- Opowiadanie: kasjopejatales - Śpij dziecino, śpij

Śpij dziecino, śpij

Miało być dziwnie, wyszło jak zwykle.

Miało być pełnokrwiste bizarro, wyszła wersja soft lub bardziej weird albo jeszcze coś innego.

Miało być ciężko, wyszło... lekko przytłaczająco.

 

Najlepiej wstrzymać się z jedzeniem podczas czytania.

 

*Jest to krótka, prosta opowieść, bez szalonych zwrotów akcji czy twistów, w której przyczyna lub skutek nie zawsze zostaną ujawnione.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Śpij dziecino, śpij

*

 

Lulu wolno rysowała kamieniem po betonowej posadzce. Cicho nucąc ulubioną piosenkę, próbowała stworzyć dom. Taki jak widziała w jednej z książek, które mama czytała jej na dobranoc. Policzki dziewczynki wydymały się delikatnie, a języczek dotykał górnej wargi za każdym razem, gdy kreśliła bardziej skomplikowany kształt. Mimo skupienia, co chwilę zerkała na brązowego szczura wolno sunącego wzdłuż jednej ze ścian pomieszczenia. Tomasz, jak nazwała go Lulu, pojawił się niedawno i miał wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.

– O czym myślisz? – spytał szczurek.

Długim noskiem badał zakurzoną i brudną podłogę, szukając czegoś do zjedzenia. W piwnicy zawsze mógł liczyć na kilka larw a czasem okruszki, które zostawały po posiłku dziewczynki. Nie było tego jednak wiele, bo Lulu grzecznie zjadała wszystko, co dostawała.

– O mamie – odpowiedziała, wzruszając chudymi ramionami i skupiając się na rysowaniu drzewa. Jednocześnie uważała, aby nie ubrudzić sukienki, o którą mama kazała jej dbać.

Stale węsząc, szczurek wiercił się to tu, to tam. Lubił towarzystwo Lulu, gdyż nie rzucała w niego kamieniami i nie piszczała ze strachu za każdym razem, gdy się pojawiał. „Jest bardzo miła” – pomyślał Tomek, odnajdując mikroskopijną okruszynę chleba na brudnym talerzu. Wąskim językiem zlizał ją i szybko ruszył dalej.

– Kilka dni temu poszła gdzieś z tatą i jeszcze nie wróciła. Nie widziałeś jej? – zapytała Lulu, nie odrywając wzroku od posadzki.

– Nie – skłamał Tomek.

– Tata mówił to samo. – Westchnęła cicho.

W skąpym świetle dobywającym się z jedynego okna w pomieszczeniu Lulu próbowała narysować rodzinę. Ledwo jednak widziała własne dłonie. Szyba całkowicie zasłonięta była gazetami, których dziewczynce nie wolno było już dotykać.

Kiedyś, dawno temu, Lulu wdrapała się na połamany regał i oderwała kawałek cienkiego papieru zakrywającego okno. Wraz z kolejnymi fragmentami gazet spadającymi na brudną podłogę świat dziecka stawał się odrobinę większy. Niestety nie pozostał taki na długo. Gdy tylko ojciec zobaczył, co zrobiła, zaczął krzyczeć i rzucać przedmiotami. Zakrywając uszy dłońmi, Lulu kuliła się w bezpiecznych, acz kościstych ramionach matki. Potem ona i tata wyszli do innego pokoju, zostawiając dziecko same w piwnicy, która była całym jego światem. Jakiś czas później mama wróciła. Miała porwaną sukienkę i potargane włosy. Tuląc Lulu do siebie, kobieta płakała i uśmiechała się jednocześnie. Tego wieczora ojciec przyniósł im dodatkową porcję zupy. Bez słowa podał ją matce i szybko wyszedł z piwnicy, zamykając za sobą drzwi na klucz.

 

**

 

Lulu codziennie pytała Tomka czy nie widział mamy. Bardzo za nią tęskniła, ale nie czuła się samotna. Z dnia na dzień dziewczynce przybywało przyjaciół, z którymi mogła się bawić czy rozmawiać. Za każdym razem, gdy ojciec zostawiał ją zapłakaną i obolałą pojawiały się coraz to nowe stworzonka. Jedne wesołe, inne smutne. Ciche i głośne. Wszystkie jednak z chęcią dotrzymywały Lulu towarzystwa.

Był oczywiście Tomek. Wieczny poszukiwacz jedzenia, który czasem przyprowadzał do niej kolegów. Niektórzy dawali się dziecku głaskać, ale rzadko coś mówili.

Były muchy, których cichy szum skrzydeł i bzyczenie utulały Lulu do snu.

Były pchły, które lubiły śpiewać, gdy dziewczynka płakała. Mieszkały w porwanym materacu wypchanym kłującą słomą, na którym spała. Co noc nuciły Lulu jej ulubioną piosenkę.

Była też duża rodzina wszy we włosach dziewczynki. Przechadzały się pomiędzy brudnymi i zlepionymi kosmykami, stale łaskocząc ją malutkimi odnóżami. Lulu nie chciała im zrobić krzywdy, ale drapała się nawet przez sen. Co rano budziła się z krwią pod paznokciami i poczuciem winy w sercu. Wszy zawsze obiecywały poprawę, ale rzadko kiedy pozostawały w bezruchu.

Były jeszcze pająki, które Lulu polubiła najbardziej. Kiedyś wydawały się jej straszne, ale gdy przerwały milczenie i zaczęły opowiadać dowcipy, zmieniła o nich zdanie. Były zabawne i miłe, a ich sieci przepiękne. Mogła więc im wybaczyć, że pchały się wszędzie, zwłaszcza do uszu i nosa, gdy spała. Któregoś dnia nauczyły nawet Lulu jak za pomocą odrobiny przeżutego chleba i sieci opatrywać rany, które na jej ciele zostawiał ojciec.

No i był jeszcze Staszek, który całkowicie odmienił życie dziewczynki.

 

***

 

Staszek był małym, żółtym robakiem, który pojawił się kilka dni po tym, gdy Lulu miała wypadek. W zagraconej piwnicy, gdzie śmierdziało grzybami i stęchłą wodą, a światła było tyle co nic, nietrudno było zrobić sobie krzywdę. Dziewczynka przewróciła się i upadła kolanem na kawałek brunatnego metalu. Próbując się podnieść, zrzuciła na siebie ciężkie, śmierdzące zgnilizną pudła.

Zalewając się łzami, Lulu z całych sił wołała mamę. Jednocześnie starała się zepchnąć na bok przytłaczające ją rzeczy. Matka nie odpowiedziała na wezwanie, ale ojciec dziecka już tak. Warcząc wściekle, pomógł jej stanąć na nogi. Krzyczał, że powinna bardziej uważać. Żądał, aby przestała płakać. Gdy tego nie zrobiła, uderzył ją. Wtedy Lulu zacisnęła usta i wbijając spojrzenie ciemnych oczu w posadzkę, mięła w dłoniach brudną sukienkę. Jedyną, którą miała. Materiał w wielu miejscach był porwany i poznaczony starymi, brunatnymi plamami, a teraz i świeżą krwią. Dziewczynce było przykro, że nie umiała zadbać o sukienkę, tak jak prosiła ją o to mama.

Mimo wstydu i złości Lulu stała w bezruchu marząc, aby ojciec sobie poszedł. Słyszała, jak cicho powarkuje, wypełniając powietrze odorem zgniłego mięsa i alkoholu. Wielkie, spocone ciało przysłaniało jedyne okno w pomieszczeniu, odbierając dziewczynce całą nadzieję. W końcu jednak mężczyzna przeklął głośno i szybko wyszedł z piwnicy. Zaraz potem rozległ się charakterystyczny dźwięk zamka, który towarzyszył Lulu od dnia narodzin.

I, mimo że została sama, nie oderwała wzroku od podłogi, nie ruszyła się z miejsca. Zamiast tego zaczęła drapać rączkę i robiła to aż do momentu, gdy na podłogę zaczęły spadać nie tylko łzy, ale i robaki. Mnóstwo przyjaciół, cicho szepcących słowa, których dziewczynka się wstydziła.

 

****

 

– Nadal cię boli? – zapytał Staszek, pełzając leniwie w zaognionej, czarnej ranie na nodze Lulu.

Wszystko wokół niego cudownie pachniało rozkładem i wilgocią, a jedzenia było tak dużo, że musiał zwołać kolegów. Wspólnie wili się w ciepłej sadzawce zgnilizny wymieszanej z ropą, walcząc o najlepszy kąsek. Niestety, mimo szczerych chęci, larwy plujki pospolitej nie były w stanie pomóc dziewczynce. Staszek i jego znajomi stawali się tylko grubsi i grubsi. Kiedy się zmienią, nic już nie będą mogli zrobić. „Może nowe pokolenie coś zdziała” – pomyślał Staszek, żując zgniłe mięso.

– Boli – wyszeptała Lulu, wtulając rozpaloną twarz w cuchnący materac.

Dziewczynka ledwo rozpoznawała głos przyjaciela. Brzmiał zbyt podobnie do innych żółtych robaków, które sprowadził do piwnicy, aby stali się jej przyjaciółmi. Lulu nie miała jednak siły z nimi rozmawiać, a i one nie były zbyt gadatliwe. Słyszała tylko mlaskanie i bzyczenie, ale to zapach wypełniający piwnicę był najgorszy. Nawet bardziej niż świadomość, że to jej noga tak śmierdziała. Była już niemal całkowicie czarna, a skóra poruszała się, jakby coś żyło tuż pod powierzchnią. Dziewczynka ciągle słyszała trzaski. Z początku myślała, że to stare krzesło leżące w rogu piwnicy wydaje takie dźwięki. Później zrozumiała, że była to jej noga.

 

*****

 

Lulu obudził okropny huk. Przestraszona rozejrzała się po piwnicy, ale wszystko było takie samo. Noga nadal bolała, skóra była czarna i śmierdząca, a w coraz większej ranie ucztował pulchny Staszek i jego koledzy. Cichy szum rozmów wypełniał przestrzeń.

Wzdychając cicho, Lulu przyłożyła głowę do brudnego materaca. Nagle wątłym ciałem dziecka wstrząsnął dreszcz. Strużki potu spływały po rozgrzanym czole, a obraz stawał się niewyraźny. Dziewczynka próbowała okryć się dokładniej starym, zakurzonym kocem. Bardzo chciało jej się pić, ale ojciec nie zszedł do piwnicy od dnia, gdy Lulu upadła. Słyszała ciche rozmowy swoich przyjaciół, jednak nie miała siły wziąć w nich udziału.

– Pośpiewać ci? – zapytały pchły.

– Poproszę – szepnęła Lulu, przymykając zmęczone oczy.

Robaczki od razu zaczęły nucić melodię, której nauczyły się od matki dziecka. Kobieta śpiewała ją codziennie, począwszy od dnia, gdy córka przyszła na świat w tej piwnicy.

 

******

 

– Jak tam jest? – zapytała cicho Lulu wilgotną, pulsującą ciemność wypełnioną szeptami jej przyjaciół.

Tomek przystanął i nadstawiając zakrwawiony pyszczek ku palcom dziewczynki, węszył intensywnie. Z całych sił próbował przezwyciężyć chęć natychmiastowego zatopienia zębów w miękkim ciele. Wcześniej jednak, omijając czarne i śmierdzące mięso, nie powstrzymał się przed zjedzeniem Staszka i jego kolegów.

– Gdzie? – Szczur wdrapał się na materac i wolno pomaszerował w stronę bladej, spoconej twarzy Lulu.

– Tam… – głos dziewczynki był bardzo cichy, a oddech świszczący i nierówny.

– Tak samo – odpowiedział Tomek, obserwując dziecko. Żar bił z jego ciała, podobnie jak odór zgniłego mięsa mieszający się z wilgocią.

– Ja…

– Ciii, dziecinko. Śpij. Zamknij oczy i zaśnij, a niedługo zobaczysz mamę – wyszeptał szczurek.

Wokół Lulu wszystko wirowało, brzęczało i szumiało, ale szybko niknęło pochłaniane przez miłosierną ciemność. Dziewczynka nie słyszała już śpiewu pcheł ani głosu Tomka, mimo że szczurek był tuż obok. Jego wąsy łaskotały Lulu po twarzy, a białe ząbki zbliżające się do nosa były ostatnim, co zobaczyła w ciemności.

 

*******

 

Tomek lubił dziewczynkę, ale równie mocno kochał jeść. Zbyt długo głodował, żeby przegapić taką ucztę. Zatapiając zęby w świeżym, jeszcze ciepłym dziecięcym mięsie, ignorował uporczywe pukanie do drzwi wejściowych.

„Pewnie to znowu ci dwaj panowie w mundurach, którzy byli tu także wczoraj” – pomyślał szczurek i cicho pisnął, poirytowany tym, że ktoś przeszkadza mu w pysznym posiłku. Na szczęście jedzenia było tak dużo, że na pewno starczy dla całego stada, już nie mówiąc o uczcie czekającej na nich w salonie. Musieli się tylko zastanowić, jak dosięgnąć także do tych pysznych, cudownie pachnących fragmentów znajdujących się na ścianie. Tych, które wypadły z czaszki ojca Lulu, gdy mężczyzna włożył lufę do ust i nacisnął spust.

Koniec

Komentarze

Cześć Kasjo!

 

Pierwsza! :D

Chociaż może powinnam poczekać żeby pierwszy komentarz był bardziej hurra jarający się, bo z mojej strony dostaniesz takie… no okej. 

 

Tematyka bardzo nie moja, jest niby obleśno-strasznie, ale nie wywołuje jakiś wielkich emocji, ani przemyśleń, może dlatego, że fabuła strasznie do przewidzenia. Ta piwnica, ta matka, no cieszę się, że ojciec przynajmniej tego dziecka nie zgwałcił, bo ciężko by się to czytało, a nic by to nie wnosiło poza dociśnięciem na siłę żeby “było ciężej”, chociaż wisiało w powietrzu od samego początku. I końcówka, z tym rozbryzgiem samostrzała, też nie zaskoczyła. 

 

Językowo jest dobrze, podobał mi się też (chyba jedyny?) element fantastyczny, czyli te gadające z biednym dzieckiem zwierzaczki i robaczki. To fajnie opisałaś. Choć ja to niekoniecznie fantastykę w tych stworkach widziałam, co po prostu chory umysł dziecka co od urodzenia nie widziało światła i świata.

 

Słyszała, jak cicho powarkuje, wypełniając powietrze odorem zgniłego mięsa i alkoholu.

→ ojciec też gnije? Czy jadł zgnilizne?

 

No i był jeszcze Staszek, który całkowicie odmienił życie dziewczynki.

→ nie zrozumiałam na czym polegała całkowita odmiana jej życia wywołana przez Staszka? Zjadał ją, potem szczurek zjadł jego. Szczerze mówiąc od tego fragmentu czekałam, że Staszek się jakoś przyczynił do śmierci ojca ale… no nie. Ze Staszkiem czy bez Staszka i tak by zmarła, pewno zjedzona przez Tomka albo i nie. 

 

Musieli się tylko zastanowić, jak dosięgnąć także do tych pysznych, cudownie pachnących fragmentów znajdujących się na ścianie.

→ chodzi o to, że rozbełtany mózg jest wysoko jak na szczurze możliwości, tak? :D 

 

 

A tu już rozkmina z marginesu: 

Miało być pełnokrwiste bizarro, wyszła wersja soft.

→ już się kiedyś u Olciatki zastanawiałam co to jest “bizarro” i nadal nie wiem. Że ma być rzyg, bluzg, syf, krew, kał i inne takie? Co rozróżnia “horror” od “bizarro” i “weird” i w ogóle się gubię w tych gatunkach :D 

 

Ode mnie tyle. Ciekawam innych opinii, dzięki! :) 

Koimeoda witaj. Dzięki za przeczytanie i opinię. I w ogóle cóż za tempo ;)

Tematyka bardzo nie moja, […] może dlatego, że fabuła strasznie do przewidzenia.

Tu nie do końca chodziło mi o wywołanie zaskoczenia, czy też jakieś przewrotne zaskoczenie. Raczej o to, jak dziewczynka odbiera to, co się dzieje, jak znosi pewne wydarzenia. Z początku nie do końca świadoma w jak złej sytuacji jest. Do tej pory matka ją chroniła, ale gdy odeszła wszystko skupia się na dziewczynce. Każdy nowy przyjaciel pojawia się dopiero po tym, gdy kolejne złe rzeczy się jej przytrafiają. Tak sobie z tym radzi.

Słyszała, jak cicho powarkuje, wypełniając powietrze odorem zgniłego mięsa i alkoholu.

→ ojciec też gnije? Czy jadł zgnilizne?

To raczej chodzi o to, jak dziewczynka odbiera nieświeży oddech (jest gorszy, niż to co ma na co dzień w piwnicy, a to jest wyczyn).

No i był jeszcze Staszek, który całkowicie odmienił życie dziewczynki.

→ nie zrozumiałam na czym polegała całkowita odmiana jej życia wywołana przez Staszka? Zjadał ją, potem szczurek zjadł jego. Szczerze mówiąc od tego fragmentu czekałam, że Staszek się jakoś przyczynił do śmierci ojca ale… no nie. Ze Staszkiem czy bez Staszka i tak by zmarła, pewno zjedzona przez Tomka albo i nie.

Staszek jest początkiem końca dziewczynki. Gdy się pojawił, noga zaczęła już gnić, a bez pomocy z zewnątrz oznaczało to śmierć dziecka. Tomek nie ruszyłby jej dopóki żyła (zapewne miał już kilka okazji, a jednak tego nie zrobił). A ojciec, chyba po prostu nie wytrzymał…

 

Musieli się tylko zastanowić, jak dosięgnąć także do tych pysznych, cudownie pachnących fragmentów znajdujących się na ścianie.

→ chodzi o to, że rozbełtany mózg jest wysoko jak na szczurze możliwości, tak? :D 

Ano :)

Miało być pełnokrwiste bizarro, wyszła wersja soft.

→ już się kiedyś u Olciatki zastanawiałam co to jest “bizarro” i nadal nie wiem. Że ma być rzyg, bluzg, syf, krew, kał i inne takie? Co rozróżnia “horror” od “bizarro” i “weird” i w ogóle się gubię w tych gatunkach :D 

Ja też ;) Bizarro to chyba nie tyle (albo raczej nie tylko) obrzydliwość, a raczej połączenie jej z dziwnością, posuniętą do granic możliwości.

 

EDIT:

podobał mi się też (chyba jedyny?) element fantastyczny, czyli te gadające z biednym dzieckiem zwierzaczki i robaczki. To fajnie opisałaś. Choć ja to niekoniecznie fantastykę w tych stworkach widziałam, co po prostu chory umysł dziecka co od urodzenia nie widziało światła i świata.

W tekście jest jedna rzecz, która bezspornie wskazuje na to, że nie mogły być to jedynie zwidy, czy fantazje dziecka. Tam, gdzie znajduje się opis pająków. Poza tym do zniknięcia matki nie było mowy o tym, że wcześniej dziewczynka rozmawiała z robakami ;)

Widzę, że w tym miesiącu dominują niepełnoletni bohaterowie:-) i dobrze, bo mi się bardzo podobało! 

Zaczynasz delikatnie, przedstawiasz typową sytuację: dziewczynka maluje dom, rozmawia ze swoim przyjacielem (przecież szczur też może być przyjacielem). Dowiadujemy się, że dziewczynka ma rodzinę, mama wyszła, ale na pewno zaraz wróci. Podoba mi się taki pozorny spokój. 

Bizarro to raczej nie jest, albo w wersji soft właśnie, mądrzejsi ode mnie zapewne napiszą, że to bardziej weird. Bizarro to brutalność, obrzydliwość, fekalia i chyba nic poza tym. W Twoim opowiadaniu brutalnym opisom np. gnijącej nogi towarzyszy warstwa emocjonalna, więc ma większy sens. 

Stworzyłaś świetny klimat, Kasjopejatales, i ten szczur patrzący na dziewczynkę jak na obiekt do zjedzenia– a ona uważa go za przyjaciela. Do tego okrutny ojciec– psychopata, którego Lulu cały czas nazywa tatą.

Polecam do biblioteki, bo to bardzo dobry szort!

pozdrawiam

 

Ha, jest tempo, jest moc :D 

 

To tłumaczenie ze Staszkiem rozumiem, ale nie widzę w jego postaci aż takiego “twista”, że to on jej życie zmienił. Wg mnie ona i tak by skończyła tak samo, prędzej czy później. 

 

Pająki ok, chodzi o to, że gdyby były zwykłym pająkiem a nie stworkami co z nią gadają, to by nie nauczyły jej myku z pajęczyną i chlebem. Dobra ;)

 

A z tym bizarro to ok, kumam. Jeśli taka jest definicja, to u Ciebie więcej widzę takich klasycznych horrorowych zabiegów, niż dziwności przegiętej. Ale ta dziwność… znowu ciekawy temat, dla każdego gdzie indziej przebiegają jej granice. Mnie może Japonia mi za mocno w głowę weszła i dziwność postrzegam naprawdę dziwnie :x 

Hej, Olciatka :) Miło, że wpadłaś.

Zaczynasz delikatnie, przedstawiasz typową sytuację: dziewczynka maluje dom, rozmawia ze swoim przyjacielem (przecież szczur też może być przyjacielem). Dowiadujemy się, że dziewczynka ma rodzinę, mama wyszła, ale na pewno zaraz wróci. Podoba mi się taki pozorny spokój. 

Zależało mi właśnie na w miarę normalnym wstępie. Dodając tag bizarro, wiedziałam, że większość czytelników nastawi się na ten typ opowieści, więc nie liczyłam na zaskoczenie, ani nie chciałam uśpić czujność czytelnika. A raczej pokazać, jak dziecko odbiera tę sytuację. Niby zna ten świat, żyje w nim. Z początku widzimy, że czuje się w nim naturalnie, względnie bezpiecznie. Dopiero z czasem zaczyna rozumieć, co oznacza dla niej zniknięcie matki. Na wielu poziomach odczuwa jej brak.

Stworzyłaś świetny klimat, Kasjopejatales, i ten szczur patrzący na dziewczynkę jak na obiekt do zjedzenia– a ona uważa go za przyjaciela.

No, szczurek się starał, ale to jednak szczurek. Przynajmniej zaczekał, aż Lulu wydała ostatnie tchnienie.

Do tego okrutny ojciec– psychopata, którego Lulu cały czas nazywa tatą.

W tym wieku miłość dziecka jest chyba dość bezwarunkowa. Rodzic jest rodzicem niezależnie od wszystkiego. Gdy się złości czy krzyczy, dziecko może odnieść wrażenie, że naprawdę zrobiło coś złego. Przy patologicznym ojcu, jest znacznie gorzej.

mi się bardzo podobało!

Bardzo się cieszę! I dzięki za klika.

Koimeoda

To tłumaczenie ze Staszkiem rozumiem, ale nie widzę w jego postaci aż takiego “twista”, że to on jej życie zmienił. Wg mnie ona i tak by skończyła tak samo, prędzej czy później. 

Hm, w sumie to możesz mieć rację. Z naszego punktu widzenia, faktycznie skończyłoby się tak samo. Jednak miałam w tym fragmencie bardziej na uwadze perspektywę dziecka. Gdy Staszek się u niej pojawił, jej życie faktycznie się zmieniło (żaden inny robaczek tego nie dokonał).

Mnie może Japonia mi za mocno w głowę weszła i dziwność postrzegam naprawdę dziwnie :x 

Spoko, mnie też, ale takich rzeczy to ja nie chce pisać ;) Wystarczy, że czytałam i oglądałam.

Pająki ok, chodzi o to, że gdyby były zwykłym pająkiem a nie stworkami co z nią gadają, to by nie nauczyły jej myku z pajęczyną i chlebem. Dobra ;)

Bingo :D

Mnie może Japonia mi za mocno w głowę weszła i dziwność postrzegam naprawdę dziwnie :x 

Spoko, mnie też, ale takich rzeczy to ja nie chce pisać ;) Wystarczy, że czytałam i oglądałam.

→ :D a, i żeby była jasność: ja absolutnie nie namawiam do takich tego tam powykręcanych skrajnie tekstów. To był tylko boczny komentarz do tego, co uważam za dziwne.

 

Jasne, a potem zorganizujesz konkurs na najbardziej zryte, obrzydliwe opowiadanie na portalu ;)

Mówisz? xD 

Ale tak serio to nie, właśnie nie, nie, bo z obrzydliwością, jako sztuka dla sztuki, tylko po to żeby się potaplać w ekskrementach i wydzielinach inszych po nic, to mnie jest w ogóle, ale to w ogóle nie po drodze! (*co innego gdy czemuś służy, wtedy zrozumiem ;))

Dlatego u Ciebie w opku jest spoko – bo ta zgnilizna czemuś służy w fabule, nie dostaję mięchem w twarz tylko po to, żeby poczuć na sobie jego obleśność :P 

W sumie rozumiem :)

Niestety nie kupuję tej historii. Stosujesz zestaw bardzo ogranych chwytów, przez to czytałam bez emocji. Maltretowana kobieta, maltretowane dziecko, ojciec potwór, piwnica. Zabrakło napięcia, jakiejś tajemnicy, czegoś co pchałoby historię do przodu – bo jest przewidywalnie.

Nie ma też żadnego tła psychologicznego, nie zżyłam się z bohaterką, jej historia mnie nie poruszyła. Trudno mi też uwierzyć, że kobieta urodziła córkę w piwnicy i że dziewczynka mieszkała tam całe swoje życie – to nie jest niemożliwe, ale w tekście bardziej rzucasz kliszami niż dbasz o to, żeby było prawdopodnie. Mam wrażenie, że cały pomysł na tekst opiera się na opisach stopniowo rozkładającego się ciała dziecka i owadów zjadających ją żywcem, a historia jest tylko pretekstem do przedstawienia tego procesu.

Końcówka – potencjał na łupnięcie jest, ale przez to że nic o mężczyźnie nie wiemy, nie robi wrażenia.

Językowo tu i ówdzie pojawiły się jakieś usterki, ale czytało się dobrze.

Dream big.

dogsdumpling dziękuje za wizytę i komentarz :) Oczywiście szkoda, że nie podeszło. Wiem też, że tekst nie jest super oryginalny, ale nie wszystko musi takie być.

Trudno mi też uwierzyć, że kobieta urodziła córkę w piwnicy i że dziewczynka mieszkała tam całe swoje życie – to nie jest niemożliwe, ale w tekście bardziej rzucasz kliszami niż dbasz o to, żeby było prawdopodnie.

Tu akurat nie widzę problemu, zwłaszcza że takie rzeczy (lub podobne) już się działy (np. sprawa Josefa Fritzla; wybacz, że tekst z wiki, ale to na szybko wyszukałam).

Dlatego napisałam, że to nie jest niemożliwe ;-) Chodziło mi raczej o to, że w tekście nie masz żadnego tła, które jakoś by tę sytuację uzasadniało. Stosujesz, że się tak wyrażę, gołą figurę ojca-potwora jako wytrych fabularny, a czytelnik musi Ci uwierzyć na słowo.

Dream big.

Chodziło mi raczej o to, że w tekście nie masz żadnego tła, które jakoś by tę sytuację uzasadniało.

Niby tak, ale skąd dziecko ma wiedzieć, dlaczego te rzeczy jej się przytrafiają. Ona zna tylko ten świat i widzimy go tak, jak ona go postrzega lub zaczyna postrzegać przez pryzmat tego, co przeżywa. Nie staram się na siłę pokazywać, jaka krzywda jej się dzieje, czy wywołać współczucie u czytelnika. A raczej zaprezentować tę sytuację z punktu widzenia nie całkiem świadomego swojej sytuacji dziecka. No i pewne rzeczy nie mają przyczyny, po prostu się dzieją. Nie są karą za coś, a po prostu są.

Stosujesz, że się tak wyrażę, gołą figurę ojca-potwora jako wytrych fabularny, a czytelnik musi Ci uwierzyć na słowo.

Niby tak, ale ani dziewczynka, ani narrator nigdy nie nazwała go potworem. Tekst pokazuje jedynie jego zachowanie (owszem, z naszej perspektywy mocno nacechowane negatywnie) oraz to jak dziewczynka odbiera ojca. Edit: No i takie dziecko, które nigdy nie miało kontaktu ze światem, raczej nie ma utrwalonych wzorców zachowania. Nie wie, czy to jak zachowuje się matka/ojciec, jest normalne czy nie. Może to czuć, matka mogła coś tam próbować jej tłumaczyć, ale to nie to samo co pewność. Lulu też nie zdaje sobie sprawy, że ludzie normalnie nie umieją rozmawiać z robakami, w żadnym momencie nie zakwestionowała też realności tej sytuacji.

Poza tym czytelnik w nic mi nie musi wierzyć na słowo :) Ani w postać ojca, ani gadające robaki.

A mnie się podobało. Chociaż rzeczywiście brakło mi tutaj jakiegoś wyjaśnienia powodu dla którego ojciec strzelił sobie w głowę.

Przedstawiłaś biedną dziewczynkę, maltretowaną przez ojca potwora – kupuję. Matka dziewczynki jest zastraszana przez ojca i traktowana równie źle jak dziecko, jeśli nie gorzej – to też kupuję. Szczurki, robaki, larwy i pająki, które do niej gadają – to również kupuję, bo bardzo podoba mi się ten motyw. Ojciec potwór strzela sobie w głowę – no i tego nie moge kupić.

Dlaczego się zabił? Dlatego, że coś stało się z matką? Podejrzewam, że mógł ją zabić i dlatego zniknęła z życia dziewczynki, więc to raczej nie mogło być to. Nie wiem, ciężko mi znaleźć motywację do samobójstwa u opisanego przez Ciebie socjopaty. A przez to opowiadanie nie wybrzmiewa w sposób, w jaki mogłoby.

Ale, pomimo tego, opowiadanie mi się podoba. Jest napisane ładnie i w oczy rzuciło się tylko kilka niewielkich błędów. Ogólnie, to jestem na tak :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta Sewer dzięki za przeczytanie i cieszę się, że tekst mimo mankamentów przypadł do gustu.

Ojciec potwór strzela sobie w głowę – no i tego nie moge kupić.

Dlaczego się zabił? Dlatego, że coś stało się z matką? Podejrzewam, że mógł ją zabić i dlatego zniknęła z życia dziewczynki, więc to raczej nie mogło być to. Nie wiem, ciężko mi znaleźć motywację do samobójstwa u opisanego przez Ciebie socjopaty. A przez to opowiadanie nie wybrzmiewa w sposób, w jaki mogłoby.

Rozumiem, że pozostawienie pewnych rzeczy bez odpowiedzi jest frustrujące :) Nie pozwala zrozumieć świata, poznać przyczyn pewnych wydarzeń (choć nie wszystko je ma), czy w pełni wczuć się w opowieść.

Z drugiej strony, można zadać sobie też pytanie: skąd dziewczynka siedząca w piwnicy i nie mająca, żadnej wiedzy o tym, co dzieje się poza tym pomieszczeniem, ma znać odpowiedzi? Ona wie tylko, że mama wyszła i nie wróciła. <Edit: A gdy zapytała o to szczurka, ten skłamał, że nie widział jej mamy i też nie wiemy, dlaczego to zrobił.> Z tekstu wynika, że Lulu nawet nie wie, że ojciec nie żyje (huk, który ją obudził, to był wystrzał, ale ona tego nie wie, a czytelnik co najwyżej może się domyślić). Dziecko wie tylko, że ojciec przestał ją odwiedzać. Szczurek wie, że na ścianie są pyszne kawałki jedzenia, ale skąd ma znać motywację ojca do popełnienia samobójstwa?

 

Lulu wolno rysowała kamieniem kształty na betonowej posadzce. Cicho nucąc ulubioną piosenkę, próbowała narysować dom.

– powtórzenie :)

 

Opowiadanie ma pewien urok, przy czym faktycznie od początku wiadomo, jak się skończy. Stąd też – jak zauważyli już poprzedzający komentatorzy – przydałoby się stworzyć jakiś sensowny wątek dot. sytuacji rodzinnej dzieciaka i tam wsadzić coś zaskakującego czy ohydnego :P 

I po co to było?

Z drugiej strony, można zadać sobie też pytanie: skąd dziewczynka siedząca w piwnicy i nie mająca, żadnej wiedzy o tym, co dzieje się poza tym pomieszczeniem, ma znać odpowiedzi?

Ona nie musi. Ty jednak tak. A ja, prosty czytelnik, powinienem móc się domyślić. A się nie domyślam. Więc albo jestem niedomyślny cep, albo w opowiadaniu nie ma wskazówek, które mógłbym wyłapać. Rozumiem zamysł, chciałaś się skupić na tym jak widzi to dziecko i co ono widzi. I to jest spoko – dlatego Twoje opowiadanie mi sie podoba. Ale na końcu zmieniasz perspektywę z dziecka na szczurka, który chyba wie i rozumie nieco więcej – wszak kłamał Lulu, że nie wie co sie stało z mamą a chyba wiedział. Czemu więc nie dodać w perspektywie szczurka jakiejś wskazówki?

I żebyś mnie dobrze zrozumiała Kasjo: dla mnie Twoje opowiadanie, to jest bardzo ładne “I”. Tylko temu “I” brakuje IMO kropeczki :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Ona nie musi. Ty jednak tak. A ja, prosty czytelnik, powinienem móc się domyślić. A się nie domyślam. Więc albo jestem niedomyślny cep, albo w opowiadaniu nie ma wskazówek, które mógłbym wyłapać.

Nie, no jasne… że nie jesteś niedomyślny. To po prostu nie jest tego typu opowiadanie. Sama jestem ogromnym fanem kryminałów i wszelkiego rodzaju zagadek logicznych, więc całkowicie rozumiem potrzebę znalezienia odpowiedzi, czy wskazówki w opowiadaniu. I wiele moich tekstów właśnie zawiera takie odniesienia, wskazówki czy ukryte smaczki.

Czasem jednak lubię się poddać i po prostu uznać: “Ok, tak po prostu jest”, “Nie wiem, dlaczego te stworzenia gadają, ale akceptuje to”, “Czasem złe rzeczy dzieją się bez przyczyny” (co w samo w sobie jest straszną wizją), “Nie zawsze poznamy wszystkie odpowiedzi, mimo że autor je zna i mógłby rzucić jakąś podpowiedzią”. Każdy ma po prostu inny poziom akceptacji na dziury fabularne (zamierzone lub nie).

Ale na końcu zmieniasz perspektywę z dziecka na szczurka, który chyba wie i rozumie nieco więcej – wszak kłamał Lulu, że nie wie co sie stało z mamą a chyba wiedział. Czemu więc nie dodać w perspektywie szczurka jakiejś wskazówki?

Bo jego myśli zdominowały dwie gigantyczne uczty, jakich świat nie widział ;)

I żebyś mnie dobrze zrozumiała Kasjo: dla mnie Twoje opowiadanie, to jest bardzo ładne “I”. Tylko temu “I” brakuje IMO kropeczki :)

Spoko, rozumiem ;) Mogłoby być lepsze, gdybym dodała wisienkę do tego tortu.

syf. witaj i dzięki za przeczytanie oraz podzielenie się opinią.

przy czym faktycznie od początku wiadomo, jak się skończy. Stąd też – jak zauważyli już poprzedzający komentatorzy – przydałoby się stworzyć jakiś sensowny wątek dot. sytuacji rodzinnej dzieciaka i tam wsadzić coś zaskakującego czy ohydnego :P 

W tym przypadku nie zależało mi na zaskakującym zakończeniu. Gdyby jednak chciała jej dodać (a nie chcę) to Tomek okazałby się ojcem Lulu, czerpiącym nie tylko przyjemność ze znęcania się nad córką, ale też udawania jej przyjaciela. Zniszczyłby jej umysł oraz skonsumował ciało – całkowicie ją dominując.

To, że stworzenia gadają nie wymaga wyjaśnienia, bo nie jest temu opowiadaniu potrzebne, to, że złe rzeczy dzieją się bez przyczyny też jest OK (znaczy, nie jest, ale nie wymaga uzasadnienia). Ale samobójstwo socjopaty, który katował swoją żonę i dziecko musiało jakąś przyczynę mieć. A ja jej nie widzę, mogę sobie tylko dopisywać w myślach rozwinięcia. I to też nie jest złe, jeśli nada się tym moim wyobrażeniom jakiś kierunek, nawet jeśli nie konkretny, tylko ogólnie zarysowany.

 

Spoko, rozumiem ;) Mogłoby być lepsze, gdybym dodała wisienkę do tego tortu.

Zamiast wisienki mógłby być nawet kawałeczek mózgu tatusia. Wówczas i szczurek byłby kontent ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta Sewer – przekonałeś! Faktycznie, samobójstwo ojca wymaga odrobinę więcej wyjaśnień – niezależnie od tego, czy mężczyzna był socjopatą, czy nie. Dodałam dwa zdania w końcówce tekstu, które powinny rozjaśnić sytuację ;)

No! Właśnie o czymś takim myślałem, ale nie chciałem niczego sugerować :) Teraz “I” ma kropeczkę, choc może się zdarzyć, że zarzucą Ci zbytnią dosłowność ;)

 

PS. Masz literówkę w słowie “pisną” – powinno być “pisnął”.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Teraz “I” ma kropeczkę, choc może się zdarzyć, że zarzucą Ci zbytnią dosłowność ;)

Dosłowność, dosłownością, ale z drugiej strony ojciec Lulu raczej nie zabiłby się z powodów wyrzutów sumienia. Więc takie zakończenie ma sens, a i tak nie wyjaśnia wszystkiego – np. skąd policja? Ktoś, coś, gdzieś zgłosił? A może matka… Może żyje, uciekła i sprowadziła pomoc? A może nie. No, tu już nie pomogę ;)

A literkę ogarnęłam!

Dodałam dwa zdania w końcówce tekstu, które powinny rozjaśnić sytuację ;)

Wydaje mi się, że tyle wystarczy:-)

 

Outta,

Teraz “I” ma kropeczkę, choc może się zdarzyć, że zarzucą Ci zbytnią dosłowność ;)

Dla mnie nie jest zbyt dosłowne, przecież nie wyjaśnia dlaczego przyszli (nie musieli nic wiedzieć o dziewczynce)

 

pozdrawiam

Dodałam dwa zdania w końcówce tekstu, które powinny rozjaśnić sytuację ;)

Wydaje mi się, że tyle wystarczy:-)

No więcej nie zamierzam, ale uznałam argumenty Outta za słuszne i zasadne ;)

Dla mnie nie jest zbyt dosłowne, przecież nie wyjaśnia dlaczego przyszli (nie musieli nic wiedzieć o dziewczynce)

Właśnie tak chciałam, żeby to zabrzmiało. Niby wyjaśnienie jest, ale takie które nie wyjaśnia wszystkiego. Czyli cała ja :D

Nie, no. Jest spoko i wszystkiego nie wyjaśniasz, ale panowie w mundurach dają już bardzo precyzyjny kierunek, w jakim mogą podążać dalsze ekstrapolacje ;) Been there, done that ;)

 

PS. Nie wiedziałem, że mam dar przekonywania. Wpisze to sobie do CV. Jak kiedyś do Ciebie, Kasjo, zadzwoni jakiś rekruter z dziwnymi pytaniami, to będziesz wiedziała komu podesłać głowę konia ;)

Known some call is air am

Wzięłaś na warsztat trudny temat, bo bardzo emocjonalny, a tu łatwo jest przeszarżować. Myślę, że utrzymałaś opowiadanie w ryzach, ale… Ale po kolei.

Najciekawsza jest kreacja przyjaciół Lulu. Czuć powiew świeżości, czytałem te fragmenty z dużą przyjemnością. Postać Lulu też jest wiarygodna. To mocne punkty opowiadania. I właściwe to one bronią całe tekst.

Troszkę gorzej jest z fabułą. Zbyt szybko wszystko zdradzasz, przez to utwór czyta się bez większych emocji. Bo jeśli już wiemy, co się dzieje, to trzeba tylko zaczekać na koniec. Gdybyś tak pokusiła się i przez jakiś czas nie zdradzała, kim jest Tomek, byłoby ciekawiej. Czytelnik snułby w głowie różne alternatywy. Jednocześnie jego rolą mogłabyś rozbić tekst pokazany z punktu widzenia dziecka. Bo taki punkt, ogólnie rzecz biorąc, jest zbyt naiwny i szybko męczy dorosłego czytelnika. Wtedy fabuła byłaby bardziej zrównoważona, a jednocześnie roli Tomka można było nadać różne cechy, na przykład z małą zmyłką w kierunku pedofila. Bo jaki dorosły (obcy) jest “przyjacielem” małej dziewczynki? Albo w jeszcze innym kierunku. Chodzi mi głównie o to, by jak najdłużej trzymać czytelnika w niepewności, co się właściwie dzieje. Wtedy koniecznie będzie chciał się dowiedzieć, jak to wszystko się skończy.

Najsłabszy jest finał. Ten strzał w głowę zupełnie do mnie nie przemawia. Wyszło typowo dla większości scenariuszy. W ostatniej scenie antagonista rozumie swój błąd i ponosi karę. To jedno z najbardziej popularnych zakończeń. Mnie osobiście znacznie lepiej pasuje zakończenie bez ostatniego fragmentu. Nie mniej jednak, to całkiem porządny szort.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

W tym przypadku nie zależało mi na zaskakującym zakończeniu. Gdyby jednak chciała jej dodać (a nie chcę) to Tomek okazałby się ojcem Lulu, czerpiącym nie tylko przyjemność ze znęcania się nad córką, ale też udawania jej przyjaciela. Zniszczyłby jej umysł oraz skonsumował ciało – całkowicie ją dominując.

 

A to byłby konkret :) 

I po co to było?

PS. Nie wiedziałem, że mam dar przekonywania. Wpisze to sobie do CV. Jak kiedyś do Ciebie, Kasjo, zadzwoni jakiś rekruter z dziwnymi pytaniami, to będziesz wiedziała komu podesłać głowę konia ;)

Głowa konia, powiadasz… Edit: i dzięki za polecajkę do biblioteki.

Syf. na pewno by był (to nie tak, że o tym nie myślałam), po prostu skupiłam się na trochę innym rodzaju opowieści :) Stąd też nie wiem, czy tag bizarro ma rację bytu.

Darconie cieszy mnie twoja wizyta i komentarz :) Dziękuje ci też za klika.

Najciekawsza jest kreacja przyjaciół Lulu. Czuć powiew świeżości, czytałem te fragmenty z dużą przyjemnością. Postać Lulu też jest wiarygodna. To mocne punkty opowiadania. I właściwe to one bronią całe tekst.

Starałam się, aby czytelnik także postrzegał robaczki jako coś pozytywnego w życiu Lulu. Zobaczył je jej oczami, ze wszystkimi wadami i zaletami.

Troszkę gorzej jest z fabułą. Zbyt szybko wszystko zdradzasz, przez to utwór czyta się bez większych emocji.[…]

Całkowicie rozumiem ten punkt widzenia. Niemniej jednak nie chciałam niepotrzebnie przeciągać pewnych rzeczy, a skupić się na Lulu i jej postrzeganiu świata (okropnego, brudnego, ale jedynego, który ma). Nie zależało mi tak bardzo na tym, by zwodzić, mamić czytelnika, aby móc go potem czymś zaskoczyć (choć często tak robię). Chciałam naprawdę prostej (niektórzy może uznają, że banalnej) historii, ale jednak w pewien sposób nietypowej – chociażby ze względu na robaczki.

Edit: Dzięki temu my możemy zobaczyć świat oczami Lulu. Nie takim, jakim naprawdę jest (obrzydliwym, złym miejscem), ale jakim go widzi to konkretne dziecko. Cichym, wypełnionym przyjaciółmi, którzy odpędzają samotność i pomagają w ciężkich chwilach.

Najsłabszy jest finał. Ten strzał w głowę zupełnie do mnie nie przemawia. Wyszło typowo dla większości scenariuszy. W ostatniej scenie antagonista rozumie swój błąd i ponosi karę. To jedno z najbardziej popularnych zakończeń. Mnie osobiście znacznie lepiej pasuje zakończenie bez ostatniego fragmentu.

Tutaj, poprawiłam jedną rzecz (możliwe, że przeczytałeś tekst jeszcze przed jej dodaniem). Interpretacja tego, co się stało (dlaczego ojciec Lulu popełnił samobójstwo) była trochę zbyt szeroka i za radą Outta pozwoliłam sobie dodać dwa zdania. Moją intencją nie do końca było nakierowanie czytelnika na to, że ojciec miał wyrzuty sumienia i dlatego się zabił. Zrozumiałam swój błąd w dyskusji z komentującymi, stąd dodane dwa zdania w końcówce. Rozumiem jednak, że zakończenie mimo to jest dość “zwykłe”, na pewno nie dziwaczne.

Nie mniej jednak, to całkiem porządny szort.

Cieszę się, że mimo pewnych wad – tekst miał elementy, które uznałeś za ciekawe.

Hmmm. Mnie też nie porwało – dużo starych kliszy, brak łupnięcia, zaskoczenia, granie krzywdą dziecka…

Skąd tam się wzięli gliniarze? Jeśli ktoś ich wezwał, bo słyszał strzał, to chyba nie poprzestaliby na pukaniu do drzwi. A jeśli nie – to czemu przyszli? Tatuś zalegał z abonamentem RTV?

Była też duża rodzina wesz we włosach dziewczynki.

A nie rodzina wszy? BTW, skąd one się tam wzięły? Mama przywlekła?

Stróżki potu spływały po rozgrzanym czole

Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Niestety, Kasjopejotales, nie potrafię odgadnąć, jaka idea przyświecała Ci, kiedy tworzyłaś tego szorta.

A jeśli chcesz wiedzieć, czym jest bizarro, przeczytaj coś, co napisał mistrz tego gatunku, Fasoletti.

 

Była też duża ro­dzi­na wesz we wło­sach dziew­czyn­ki. –> Była też duża ro­dzi­na wszy we wło­sach dziew­czyn­ki.

Sprawdź odmianę słowa wesz.

 

a świa­tła było tyle, co nic nie trud­no było zro­bić sobie krzyw­dę. –> …a świa­tła było tyle, co nic, nietrud­no było zro­bić sobie krzyw­dę.

 

Stróż­ki potu spły­wa­ły po roz­grza­nym czole… –> Dlaczego po czole Lulu spływały kobiety pilnujące potu?

Poznaj znaczenie słów stróżkastrużka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla szkoda, że nie przypadło do gustu, ale dzięki za przeczytanie :)

Skąd tam się wzięli gliniarze? Jeśli ktoś ich wezwał, bo słyszał strzał, to chyba nie poprzestaliby na pukaniu do drzwi. A jeśli nie – to czemu przyszli? Tatuś zalegał z abonamentem RTV?

Pozwolę sobie przytoczyć to, co napisałam Ottua, gdy rozmawialiśmy o zakończeniu:

“[Przybycie policjantów] Takie zakończenie wyjaśnia samobójstwo, ale nie wyjaśnia wszystkiego – np. skąd policja? Ktoś, coś, gdzieś zgłosił? A może matka… Może żyje, uciekła i sprowadziła pomoc? A może nie. “ – w tym tekście jest wiele niewiadomych, z wielu różnych przyczyn (np. z punktu widzenia dziecka nie mamy dostępu do takich informacji, a szczurka to nie obchodzi).

BTW, skąd one się tam wzięły? Mama przywlekła?

Może ojciec przyniósł…

granie krzywdą dziecka…

Nie to było moim celem, ale wybierając taką tematykę nie dało się tego uniknąć.

Edit: wydaje mi się jednak, że opisanie zdarzeń z punktu widzenia dziecka pozwoliło na uniknięcie ciężkich i jednoznacznych sformułowań, opisów tego, co się działo. Zamiast tego mamy niedopowiedzenia, półsłówka i domysły.

regulatorzy dziękuję za poświęcony czas. Błędy oczywiście poprawiłam.

Poznaj znaczenie słów stróżkastrużka.

Za każdym razem robię ten sam błąd. Będę bardziej uważała.

A jeśli chcesz wiedzieć, czym jest bizarro, przeczytaj coś, co napisał mistrz tego gatunku, Fasoletti.

Nie byłam pewna tego gatunku, więc wykreśliłam tag. Z polecenia na pewno skorzystam i może w przyszłości pójdzie mi lepiej.

Przeczytałem. Ogólnie rzecz biorąc jest to niezły short, lecz nie wzbudził u mnie jakichś większych emocji (no dobra, poza tym szczurem zjadającym główną bohaterkę na końcu ;) )

Muszę zgodzić się z opiniami poprzedników – szybko można zorientować się o co w tym chodzi, a później jest tylko tak ponuro… i ponuro… i jeszcze bardziej ponuro… i w zasadzie niewiele się przy tym dzieje i mało dowiaduję się o bohaterce i jej historii – przez to czytałem opowiadanie bez większych emocji. 

Oczywiście to tylko moja sugestia co mogłoby poprawić mój odbiór opowiadania, ogólnie jest OK.

 

Wielkie, spocone ciało przysłaniało jedyne okno w pomieszczaniu 

-> pomieszczeniu 

 

 Bizarro_fiction jest gatunkiem nad wyraz specyficznym. Osobiście nie gustuję w twórczości tego rodzaju, ale warto coś przeczytać, aby mieć jakieś pojęcie o rzeczy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Reg: dzięki za wyjaśnienie i podesłanie mistrza, kuknę tam! 

Bardzo proszę. Dodam jeszcze, że Karol Mitka to właśnie Fasoletti.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

kasjopejatales – a mi się podobało :) Dość łatwo ulegam emocjom (różnym haha :P) i Twoje opowiadanie może nie tyle, co mnie ruszyło jakość szczególnie, ale właśnie gdzieś emocjonalnie hmmm “zagrało”. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki pokazałaś maleńki, piwniczny świat z perspektywy dziecka. Nie oczekiwałam zaskoczeń ani twistów, wiedziałam, dokąd tekst zmierza, ale to nie odebrało “przyjemności” z lektury. 

Pomysł na rozmowę ze stworzonkami bardzo fajny, początkowo spodziewałam się, że to objaw choroby psychicznej, ale udało mi się samodzielnie odkryć ten szczegół w postaci przeżutego chleba i sieci, co zupełnie odmienia interpretację.

Dobrze, że dodałaś fragment o policjantach, można w jakiś sposób wydedukować, że ojciec zrobił to, co zrobił, w obawie przed surową karą i tym, co mogłoby go czekać w więzieniu ze strony współwięźniów. ALE moim zdaniem chyba fajniej by było, gdyby wpleść ten element nieco wcześniej (tzn też w końcówce, ale wcześniej), bo namiastką łupsnięcia na koniec mogłoby być zdanie “Tych, które wypadły z czaszki ojca Lulu, gdy mężczyzna włożył lufę do ust i nacisnął spust.” Czyli faktycznie tak, jak planowałaś skończyć :)

 

Tekst napisany sprawnie, ale rzuciło mi się w oczy kilka powtórzeń, gdzieniegdzie brakujące przecinki, na duży plus to, że na bieżąco wprowadzasz w tekst poprawki :)

 

P.S. Twoje opko przywołało miłe wspomnienia z lektury czegoś odrobinienieczkę podobnego, Czarnych Kropek autorstwa vyzarta :)

Podziałowy witaj i cieszę się, że chociaż jest ok ;)

szybko można zorientować się o co w tym chodzi

Nie celowałam w tajemnicę i szalone zwroty akcji, więc rozumiem tę uwagę.

Iluzja witaj i niezmiernie mi miło, że się podobało.

Twoje opowiadanie może nie tyle, co mnie ruszyło jakość szczególnie, ale właśnie gdzieś emocjonalnie hmmm “zagrało”.

No właśnie wiem, że u każdego gra co innego. Dlatego też rozumiem, gdy komuś nie zagra w ogóle. Cieszę się jednak, że tu coś drgnęło ;)

ale udało mi się samodzielnie odkryć ten szczegół w postaci przeżutego chleba i sieci, co zupełnie odmienia interpretację.

Niby łatwo go przegapić (bo nie specjalnie go jakoś podkreślałam), ale to właśnie on jest kluczowy do odrzucenia teorii o utracie zmysłów przez dziecko. Nie wyjaśniam jednak, czy jest to magia, jakiś dziwny rodzaj telepatii, bo i myślę, że takie tłumaczenie nie jest potrzebne.

Dobrze, że dodałaś fragment o policjantach,[…]ALE moim zdaniem chyba fajniej by było, gdyby wpleść ten element nieco wcześniej

Już to ogarnęłam :)

P.S. Twoje opko przywołało miłe wspomnienia z lektury czegoś odrobinienieczkę podobnego, Czarnych Kropek autorstwa vyzarta :)

 Na pewno zerknę w wolnej chwili :)

Ciekawy tekst i ciekawe komentarze. Ile się człowiek może dowiedzieć :)

 

Szort generalnie oceniam pozytywnie, klimat mi się “spodobał”, zwierzęta wypadły interesująco. Czytałem kiedyś coś podobnego na portalu, tylko, że z pluszakami; pluszak był wtedy bodajże narratorem. Opko dobrze napisane, płynnie przeszedłem przez historię bez żadnych zgrzytów.

Minusy masz wyżej, nie będę się powtarzał ;)

Pozdrawiam!

Exit light

Dobrze, że dodałaś fragment o policjantach,[…]ALE moim zdaniem chyba fajniej by było, gdyby wpleść ten element nieco wcześniej

Już to ogarnęłam :)

Rzeczywiście, taj jest lepiej, bo dostałem kierunek w którym mogę podążać myślami, a w dodatku mocniejsze zakończenie.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Cześć, Kasjo, powiem, że może nie jest to najdziwniejszy z weirdów, ale ma naprawdę świetny klimat. I to jak mieszasz elementy dziecięco-bajkowe z makabrą niewątpliwie wyszło tu hm… ze smakiem? Nie wiem, czy w kontekście fabuły to dobre słowo, ale chyba wiesz, co chcę przez to powiedzieć. wink Chciałabym tylko może zobaczyć więcej niż usłyszeć o okrutnym ojcu, który to zamknął dziewczynkę i jej matkę w piwnicy. Chociaż wiadomo, że szorciaki to sztuka wyboru i postawiłaś tu na perspektywę dziecka.

Podsumowując, czytelniczo jestem kontent, więc klikam. I pozdrawiam.

Sprawnie napisane, klimacik nieźle zbudowany, fajny pomysł z gadającymi z dzieckiem zwierzakami i insektami.

Kilkakrotnie już pisałam, że nie przepadam za eksperymentami w literaturze, lubię po prostu dobrze opowiedzianą historię. Ale były już opka, które mimo eksperymentalnej formy mnie przekonały. Ba, zdarzyło się takowe nominować do Piórka, albo głosować na tak. Natomiast Twoje opko mnie nie przekonało. Te, które mnie poruszyły, miały jakiś przekaz, autorzy chcieli pokazać coś, co było dla nich ważne. Tutaj tego nie widzę. Nie znalazłam w tym opku nic, poza epatowaniem cierpieniem dziecka.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

BasementKey dzięki za przeczytanie i cieszę się, że chociaż klimat się "spodobał". Co do minusów, to oczywiście rozumiem uwagi, z niektórymi nawet się zgadzam – wychodzę jednak z założenia, że nie wszystko każdemu się musi podobać.

Edit: a to, co dla jednych jest minusem, dla innych może być plusem.

 

Outta Sewer jesteś „współwiny” więc w sumie dobrze, że wyszło ok ;)

 

Cześć oidrin :) Doceniam, że doceniasz klimat (i dzięki za klika).

Chciałabym tylko może zobaczyć więcej niż usłyszeć o okrutnym ojcu, który to zamknął dziewczynkę i jej matkę w piwnicy.

Rozumiem, rozumiem, ale dla mnie nie było to priorytetem. Pewne rzeczy (dobre/złe) po prostu się dzieją (co jest samo w sobie straszne). Mają oczywiście przyczynę, ale nie zawsze dane jest nam ją poznać – a Lulu była w pełni nieświadomym dzieckiem, a szczurek to mały głodomór myślący tylko o jedzeniu.

Irka_Luz witaj i cieszę się, że jednak coś tam się spodobało (chociażby pomysł z robaczkami).

Natomiast Twoje opko mnie nie przekonało. Te, które mnie poruszyły, miały jakiś przekaz, autorzy chcieli pokazać coś, co było dla nich ważne. Tutaj tego nie widzę.

Rozumiem i wiem, że nie wszystko, co ja widzę w tym tekście (czy chciałam pokazać) może być widoczne – z wielu różnych przyczyn (albo źle to opisałam, albo inaczej postrzegam pewne rzeczy).

Edit: Jednak to, że czegoś nie widzimy, nie oznacza automatycznie, że tego tam nie ma.

Dla mnie najważniejsze było pokazanie Lulu jako kogoś, kto owszem, jest w bardzo ciężkiej sytuacji, ale radzi sobie najlepiej jak umie. Nie wie, dlaczego te rzeczy jej się przytrafiają, nie zna przyczyny takiego stanu rzeczy, ale sobie radzi. Jej kontakt z robaczkami jest istotnym elementem, bo one są tym, czym była dla Lulu matka – jej siłą, wytrwałością, spokojem i radością życia. Dzięki nim odnajduje się w tym świecie. To nie jest opowieść o tym, że wszystko będzie dobrze, jeżeli tylko bardzo się postaramy. To jest opowieść o tym, że złe rzeczy po prostu się dzieją. I to co może się wtedy liczyć to, to czy zło wsiąknie w nas, czy też oprzemy się jego wpływowi. Lulu się oparła (nie żeby to coś zmieniło, a przynajmniej nie w tym świcie), ale udało jej się to tylko dlatego, że robaczki były jej wsparciem.

I oczywiście mogłabym jeszcze się tłumaczyć, ale nic to nie zmieni. Jeżeli tekst nie przekonał, to nie przekona i moje tłumaczenie (i to też jest ok). Nie wszyscy muszą myśleć tak samo jak ja.

Nie znalazłam w tym opku nic, poza epatowaniem cierpieniem dziecka.

Wybrałam taką, a nie inną tematykę, ale na pewno moim celem nie było szokowanie dziecięcym cierpieniem. Ograniczyłam te elementy do niezbędnego minimum (aby było to wiarygodne z punktu widzenia czytelnika): często nie pisałam wprost, co się dzieje, a raczej to jak Lulu to postrzega. Owszem w momencie, gdy noga zaczęła jej gnić, pozwoliłam sobie na bogatszy opis, ale dla równowagi dałam Staszka (larwę Plujki pospolitej), który starał się pomóc dziecku. Zwyczajnie nie dał rady.

Opko ładne, choć strasznie straszne i strasznie smutne ;-) Patol pokazany z perspektywy jego własnej córki, która powoli umiera w piwnicy. Dobrze pokazany szczurzy punkt widzenia.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85 dzięki za odwiedziny i komentarz :)

…uśmiechała się jednocześnie. Tego wieczora…

Chyba podwójna spacja się wkradła.

 

Uff, ciężki klimat. Nie przepadam za tą konwencją, ale czytało się dobrze, również dzięki odpowiedniej, moim zdaniem, kompozycji.

Tekst faktycznie mógłby być dłuższy, ale w tej formie też się broni.

Troska, którą szkodniki i pasożyty przejawiają względem zrozpaczonego dziecka jest rozczulająca. Co, naturalnie, kontrastuje z ich naturą i tym, co robią z jego ciałem. Myślę, że udało Ci się osiągnąć efekt, na którym pewnie Ci zależało.

Pozdrawiam!

adam_c4 witaj :) Cieszę się, że czytało się dobrze mimo ciężkiego klimatu.

Troska, którą szkodniki i pasożyty przejawiają względem zrozpaczonego dziecka jest rozczulająca. Co, naturalnie, kontrastuje z ich naturą i tym, co robią z jego ciałem.

Właśnie na tym mi zależało. Aby z jednej strony pokazać te żyjątka takimi, jakie są (np. wszy, nic nie poradzą na to, że łaskoczą Lulu – żyją zgodnie ze swoją naturą), ale z drugiej strony bardzo się starają, by ulżyć dziewczynce, być jej wsparciem. Jak prawdziwi przyjaciele :)

Tekst robi wrażenie. Niestety zabrałam się za niego, kiedy jadłam. Początkowo miałam nadzieję na bardziej szczęśliwe zakończenie niż coś takiego… Gryzie mnie nieco, czemu gość kazał kobicie rodzić w piwnicy i tam trzymał dziecko, ale tak naprawdę to najdziwniejsze moim zdaniem jest to, że ona dała rade w tym syfie urodzić i wykarmić, i że obie nie umarły wcześniej…

Interesujące jest przedstawienie robactwa jako jedynych przyjaciół dziewczynki, de facto martwiących się o nią. W ogóle ciekawie to wszystko wyszło. Parę niedopowiedzeń wystarczających do ogarnięcia obrazu całej sytuacji oraz długość (to znaczy krótkość) tekstu przemawiają tu bardzo na plus. Pisz tak dalej, choć może mniej przygnębiająco ;)

 

“W zagraconej piwnicy, gdzie śmierdziało grzybami i stęchłą wodą, a światła było tyle[-,] co nic[+,] nietrudno było zrobić sobie krzywdę.”

 

“Materiał w wielu miejscach był porwany i poznaczony starymi, brunatnymi plamami[+,] a teraz i świeżą krwią.”

 

“Noga nadal bolała, skóra była czarna i śmierdząca[+,] a w coraz większej ranie…”

 

“Bardzo chciało jej się pić, ale ojciec nie zszedł do piwnicy od dnia, gdy Lulu upadła. Dziewczynka słyszała ciche rozmowy swoich przyjaciół, ale nie miała siły wziąć w nich udziału.”

 

“– Tak samo – odpowiedział Tomek, obserwując dziecko. Żar bił z jej ciała, podobnie jak odór zgniłego mięsa mieszający się z wilgocią.” – Skoro “dziecko”, to z jego ciała, a nie jej.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim dziękuję ci za wizytę i komentarz. Wdzięcznam też za wyłapanie błędów :)

Niestety zabrałam się za niego, kiedy jadłam.

Wybacz :/ powinnam dać jakieś ostrzeżenie albo odpowiedniejszy tag.

Tekst robi wrażenie.

Mam nadzieje, że nie tylko negatywne ze względu na obrzydliwości ;)

W ogóle ciekawie to wszystko wyszło. […] Pisz tak dalej, choć może mniej przygnębiająco ;)

Ten tekst jest dla mnie pod wieloma względami wyjątkowy. Choć faktycznie w wielu moich opowieściach próżno szukać szczęśliwych zakończeń (a przynajmniej nie są one jednoznacznie złe czy dobre).

Przeczytałem. Nasycenie turpistycznym okrucieństwem jest jak dla mnie dużo za duże, a przede wszystkim – nadmiernie epatujące, więc niepotrzebne.

Jestem na nie.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

rrybaku dziękuje za komentarz, szkoda że nie podeszło.

Nasycenie turpistycznym okrucieństwem jest jak dla mnie dużo za duże, a przede wszystkim – nadmiernie epatujące, więc niepotrzebne.

Rozumiem ten zarzut, jednak jak już wspominałam wcześniej (i dalej podtrzymuję to zdanie), nie do końca się z nim zgadzam.

Edit: to, co dla jednego jest śmieszne, dla innego może nie być zabawne. Uważam, że podobnie sytuacja ma się tutaj.

„Jest bardzo miła” – pomyślał Tomek

Dość sztucznie wyszło to wprowadzenie imienia szczura. Gdybyś napisała, dajmy na to, że dziewczynka nadała mu takie imię, albo coś wcześniej o nim wspomniala, byłoby lepiej. 

 

Potem ona i mężczyzna wyszli do innego pokoju, zostawiając dziecko same w piwnicy, która była całym jego światem.

Przedtem narrator bardzo jest związany ze sposobem postrzegania świata przez Lulu. Tutaj pojawiają się określenia "mężczyzna" i "dziecko", które nie pasują mi do narracji. 

 

 Matka nie odpowiedziała na wezwanie, ale ojciec dziecka już tak.

Zbędne. I zastanowiłbym się, czy nie lepiej mamę pozostawić mamą. 

 

larwy plujki pospolitej nie były w stanie pomóc dziewczynce

Skąd Lulu znała nazwę gatunkową? Może robak mógłby się jej przedstawić jako larwa plujki? 

 

Staszek i jego znajomi stawali się tylko grubsi i grubsi. Kiedy się zmienią, nic już nie będą mogli zrobić. „Może nowe pokolenie coś zdziała” – pomyślał Staszek, żując zgniłe mięso. -

– Boli – wyszeptała Lulu, wtulając rozpaloną twarz w cuchnący materac.

Ledwo rozpoznawała głos przyjaciela

Bardzo nieoczekiwany headhopping. 

 

Poczepiałem się, bo ostatnio grzebię, grzebię i grzebię w tekście z dziecięcym bohaterem i pewne rzeczy mi się rzucają w oczy. 

 

Sprawnie napisane opowiadanie, fajny pomysł na relację dziewczynki ze zwierzętami, które na niej żerują, ale skala niewytłumaczonej przemocy jest w tym tekście tak wielka, że nie mogłem się nim cieszyć, co w sumie może oznaczać, że świetnie oddałaś to okropieństwo. 

Co jeszcze? Motyw z oknem podsunąl mi pewien pomysł na tekst, a w sumie myślałem, że twój tekst pójdzie w tym kierunku… ale nie poszedł. :P

 

Gekikara dzięki za przeczytanie :)

„Jest bardzo miła” – pomyślał Tomek

Dość sztucznie wyszło to wprowadzenie imienia szczura. Gdybyś napisała, dajmy na to, że dziewczynka nadała mu takie imię, albo coś wcześniej o nim wspomniala, byłoby lepiej. 

Przytoczony fragment jest poprzedzony następującym zdaniem: “Tomasz, jak nazwała go Lulu, pojawił się niedawno i miał wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.”

larwy plujki pospolitej nie były w stanie pomóc dziewczynce

Skąd Lulu znała nazwę gatunkową? Może robak mógłby się jej przedstawić jako larwa plujki? 

To nie ona jest w tym momencie narratorem, a Staszek. Dziewczynka wie tylko, że jest żółtym robakiem i raczej by nie zrozumiała, gdyby chciał jej wytłumaczyć czym jest.

Staszek i jego znajomi stawali się tylko grubsi i grubsi. Kiedy się zmienią, nic już nie będą mogli zrobić. „Może nowe pokolenie coś zdziała” – pomyślał Staszek, żując zgniłe mięso.

– Boli – wyszeptała Lulu, wtulając rozpaloną twarz w cuchnący materac.

Ledwo rozpoznawała głos przyjaciela

 

Bardzo nieoczekiwany headhopping. 

Dlaczego? W jednym akapicie narratorem jest Staszek, w kolejnym Lulu. Ale może czegoś nie widzę…

 

 relację dziewczynki ze zwierzętami, które na niej żerują,…

Po części tak (no wszy nic nie poradzą na to, że są wszami), ale z drugiej próbują jej pomóc, jak tylko umieją :) No tylko, że nie bardzo umieją – nieważne jak bardzo by chciały.

 

Przytoczony fragment jest poprzedzony następującym zdaniem: “Tomasz, jak nazwała go Lulu, pojawił się niedawno i miał wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.”

Jezusie słodki jak to możliwe, że mi to umknęło… 

 

To nie ona jest w tym momencie narratorem, a Staszek. Dziewczynka wie tylko, że jest żółtym robakiem i raczej by nie zrozumiała, gdyby chciał jej wytłumaczyć czym jest.

Cóż, pogubiłem się w tym skakaniu po narratorach. :P

 

Dlaczego? W jednym akapicie narratorem jest Staszek, w kolejnym Lulu. Ale może czegoś nie widzę…

Jedni uważają, że to jest ok, drugim to przeszkadza. Mija skromna czytelnicza osoba się wtedy gubi w tekście i tez jakoś, no tak jakoś… no nie. Ale są tacy, co się tym nie przejmują np. Rowling. :) 

 

Po części tak (no wszy nic nie poradzą na to, że są wszami), ale z drugiej próbują jej pomóc, jak tylko umieją :) No tylko, że nie bardzo umieją – nieważne jak bardzo by chciały.

Kurde, a ja pomyślałem, że ten robak ją oszukiwał i dlatego szczur go zjadł. 

 

 

 

Dlaczego? W jednym akapicie narratorem jest Staszek, w kolejnym Lulu. Ale może czegoś nie widzę…

Jedni uważają, że to jest ok, drugim to przeszkadza. Mija skromna czytelnicza osoba się wtedy gubi w tekście i tez jakoś, no tak jakoś… no nie. Ale są tacy, co się tym nie przejmują np. Rowling. :) 

A nie, ok – już rozumiem. Dla mnie skakanie z jednego narratora na drugiego najbardziej przeszkadza, gdy w jednej linijce dialogu jest ich więcej niż dwóch. W osobnych akapitach jestem bardziej elastyczna ;)

Po części tak (no wszy nic nie poradzą na to, że są wszami), ale z drugiej próbują jej pomóc, jak tylko umieją :) No tylko, że nie bardzo umieją – nieważne jak bardzo by chciały.

Kurde, a ja pomyślałem, że ten robak ją oszukiwał i dlatego szczur go zjadł. 

Nie no, Staszek był w porządku :) Larwy plujki stosuje się czasem w tak zwanych „żywych opatrunkach”, aby zjadły chorą tkankę. Oczywiście inaczej niż tu, bo opatrunek powinien być jednak szczelny.

A z całej tej „bandy” przyjaciół to najbardziej wątpliwym osobnikiem był Tomek ;) Niby ok, ale jak ci się przestaje wieść, to już żegnaj. Taki typowy toksyczny znajomy.

Cześć, kasjopelates :)

Twoje opowiadanie bardzo mi się spodobało. Stopniowo wprowadzasz brutalne, straszne elementy, przez co na początku nie spodziewałam się, że całość będzie aż tak ponura. Ta gnijąca noga była mocna. Aż na chwilę musiała przerwać czytanie, żeby ochłonąć. Poza tym bardzo spodobały mi się robaczki i punkt widzenia dziewczynki, to, z jakim spokojem przyjmuje wszystkie okrucieństwa, dlatego, że nie wie, że jej życie może wyglądać inaczej. Zakończenie mnie satysfakcjonuje, moim zdaniem wszystko wyjaśnia się akurat na tyle, żeby móc się nad tym zastanawiać, ale też żeby było wiadomo, w którą stronę to zastanawianie się powinno pójść.

Widzę że zostałaś nominowana do piórka. Moim zdaniem tekst na nie zasługuje i za dwa dni też będę nominować :)

Pozdrawiam :)

Witaj, Oluta :)

Dziękuje za komentarz i miłe słowa. Cieszę się, że mimo specyficznego tematu opowiadanie ci się spodobało i to na tyle, aby polecić do wątku z piórkami. Jest mi tym bardziej miło :)

Poza tym bardzo spodobały mi się robaczki i punkt widzenia dziewczynki, to, z jakim spokojem przyjmuje wszystkie okrucieństwa, dlatego, że nie wie, że jej życie może wyglądać inaczej.

Zależało mi na tym, aby pokazać/podkreślić niewinność dziecka, które w żaden sposób nie zasłużyło na to, co mu się przytrafiło (w sumie nikt na coś takiego nie zasługuje). I że mimo całego okrucieństwa i cierpienia Lulu zachowuje tę niewinność do samego końca. A to wszystko dzięki robaczkom, które podtrzymują ją na duchu, nie dając popaść w rozpacz… ułatwiają ostatnie chwile.

Stopniowo wprowadzasz brutalne, straszne elementy, przez co na początku nie spodziewałam się, że całość będzie aż tak ponura. Ta gnijąca noga była mocna.

Wiem :) jednak sama widzę celowość w takiej, a nie innej kreacji świata. Bo tutaj, w tej piwnicy Lulu nie jest sama. Jednak wyobraźmy sobie dokładnie tę samą sytuację, ale bez robaczków… To dopiero byłaby przerażająca wizja.

"rysowała kamieniem po betonowej posadzce. Cicho nucąc ulubioną piosenkę, próbowała stworzyć dom"

"próbowała narysować rodzinę"

Walisz po głowie od początku. Serio.

Choć jednocześnie w jakiś dziwny sposób pisząc o przytłaczających sprawach zrobiłaś to w sposób, który sam w sob ie nie przytłacza.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle dla samego tekstu. W jakiś sposób pokazuje to dziecięcą naiwność, jakiś ślad po być może próbach wprowadzenia przez matkę bohaterki jakiś namiastek normalności… Choć co to za normalność, skoro wszystko tu chore…

Opowiadanie samo w sobie dobre i mocne, a przy tym głębokie. Rzecz w tym, ze zostało w pół drogi między tym, że mógł rozdeptywać czytelnika (gdyby było więcej takich fragmentów, jak te dwa cytaty na początku komentarza), a tym, żeby wpleść tę perspektywę nie znającą innej normalności.

To jest w sumie dziwne, bo tekst mógłby tez być czymś łączącym te dwie wizje. Mógłby, ale nie jest, zamiast tego będąc “pośrodku”. Nie wiem, czy to nie kwestia rozłożenia elementów w miejscach. Bo w sumie przez moment zastanawiałem się, czy za niewykorzystanie potencjału pomysłu nie odpowiada aby końcówka. Ale nie, ten element będacy jakąś koszmarnie powykręcaną parodią bajki tez ma tu swoje miejsce i pasuje do ogólnej perspektywy. Pasuje, w sensie “to z tego samego zbioru”, ale coś pod względem wkomponowania nie tyle psuje (bo nie psuje), co blokuje moc przekazu. 

Szkoda, ze nie rozwinęłaś prób wyobrażenia sobie świata – bo to jest coś, co naprawdę mogło przenieść ten tekst kilka poziomów wyżej, a bez tego jest “tylko” dobry, mocny, smutny, solidny, ale nie do końca rozjeżdżający głowę odbiorcy.

 

Witaj, Wilku, nocną porą :)

To jest w sumie dziwne, bo tekst mógłby tez być czymś łączącym te dwie wizje. Mógłby, ale nie jest, zamiast tego będąc “pośrodku”. […] Pasuje, w sensie “to z tego samego zbioru”, ale coś pod względem wkomponowania nie tyle psuje (bo nie psuje), co blokuje moc przekazu.

I widzisz, ja też mam tu problem: co opinia, to z jednej skrajności w drugą. Że za krótko, za prosto, za dużo/za mało emocji (co samo w sobie jest ok, każdy na co innego reaguje). No a teraz przychodzisz ty (cały na niebiesko) i mówisz, że tekst jest w rozkroku ;)

Oczywiście każdy ma swoją skalę i inaczej odbiera moc przekazu – z tym chyba wszyscy się zgodzimy i nie ma co się temu dziwić. Zgadzam się z twoją opinią, że mogłam pójść w jeszcze mocniejsze tony. Natomiast ja też postawiłam sobie tu pewną granicę. Bo może Lulu nie miała wpływu na to, w jakim świecie żyje, co ją spotkało, ale ja mogłam sprawić, że pozostała dobra i czysta. Robaczki były więc moją granicą – promykiem nadziei, światłem tam gdzie go nigdy nie było. Dobrymi przyjaciółmi Lulu. Bez nich byłby to koszmar, no i brakowałoby fantastyki ;)

 Zapewne, gdybym całkowicie usunęła nadzieję, tekst byłby mocniejszy, ale nie umiałam się całkowicie jej pozbyć. Przez pewien czas czytelnik może więc mieć nadzieję, że wydarzy się cud i wszystko będzie dobrze. A kiedy tak się nie dzieje (w mojej opinii tu nie mogło być szczęśliwego zakończenia), taki cios boli podwójnie – co już samo w sobie jest mocne.

Szkoda, ze nie rozwinęłaś prób wyobrażenia sobie świata – bo to jest coś, co naprawdę mogło przenieść ten tekst kilka poziomów wyżej, a bez tego jest “tylko” dobry, mocny, smutny, solidny, ale nie do końca rozjeżdżający głowę odbiorcy.

Cieszę się, że uznajesz tekst „tylko” za dobry :) Muszę przyznać, że bardzo mi miło to słyszeć.

Zaznaczę tylko jeszcze, że nie do końca chciałam (choć można uznać inaczej, czytając opis piwnicy czy gnijącej nogi) „rozjechać” głowę czytelnika. W pewnym sensie tak (obraz i przekaz musiały być mocne), ale jednak chciałam zachować ten promyk nadziei, który niestety musiał w końcu zgasnąć.

A co do świata – czytelnik miał go widzieć tak ograniczonym/małym jakiem widziała go Lulu – to był jej świat, jej rzeczywistość, jej normalność. A ona nie do końca zdaje sobie sprawę, że jest w niewoli. Że ojciec ją krzywdzi, bo jest $%@#, a nie dlatego że zrobiła coś złego. Że świat poza piwnicą wygląda inaczej i to samo w sobie sprawia, że piwnica jest dla niej normalnym światem. Nie umie więc go inaczej opisać.

Bez nich byłby to koszmar, no i brakowałoby fantastyki

A tu akurat z tekstu wynika co innego – między innymi z pytania “jak tam jest”.

Jej świadomość jest zadziwiająco duża.

 

Masz rację – tu bardziej chodziło mi o to, że z początku rozmowa z robaczkami może być objawem choroby umysłowej, jakby na to nie patrzeć dziecka znajdującego się w skrajnej sytuacji. Nikogo by to nie zdziwiło, że Lulu zaczyna wariować. Jednak w tekście znajduje się kilka ukrytych wyjaśnień i właśnie tych fantastycznych elementów (po prostu nie „in your face”). Chociażby w tracie ostatniej rozmowy ze szczurem (to, co znalazłeś), ale i w pewnym sensie podpowiedź (bo na pewno niedokładne wyjaśnienie) co mogło się stać z mamą Lulu. Natomiast całość opiera się na tej „magicznej” relacji między dziewczynką a robaczkami.

Edit:

Bez nich byłby to koszmar, no i brakowałoby fantastyki

A tu akurat z tekstu wynika co innego – między innymi z pytania “jak tam jest”

Bardziej chodziło mi o to, że to pytanie Lulu zadała szczurowi. Więc bez robaczków nie byłoby tego dialogu i całej fantastycznej otoczki. Nie definiują braku tej zdolności u dziecka, ale poniekąd są katalizatorem zwiększającym świadomość Lulu tego, co jest tu i tam.

O, a ja tego nie odbierałem jako choroby, tylko bardziej jako taki stan… Nie wiem, w czasie czytania długo zastanawiałem się, czy bohaterka jest w świecie żywych (kojarzysz film “Inni”? to inny klimat, ale jest tu coś powiązania).

O, a ja tego nie odbierałem jako choroby, tylko bardziej jako taki stan…

Po prostu kilka osób zwróciło mi na to uwagę :) W sumie podejrzałam, że tak też można odebrać to co się dzieje, dlatego podczas opisu pająków wplotłam jeden element, który miał w razie czego utwierdzić czytelnika, że to nie jest choroba psychiczna.

kojarzysz film “Inni”? to inny klimat, ale jest tu coś powiązania

Dawno temu go oglądałam, ale rozumiem, o co ci chodzi ;)

Hmmm, nie porwało mnie to opowiadanie. Czyta się szybko i całkiem przyjemnie, ale sama historia wywołuje na końcu jedynie wzruszenie ramion. Bo to już było, w wielu różnych miejscach i wariacjach. Więc nie zapamiętam go na długo.

Katiusza dzięki za przeczytanie i może następnym razem będzie lepiej.

Tytuł nie zachęcał, ale zajrzałam. ;)

Nie jest to zły tekst. Dobrze się czytało, wywarł na mnie jakieś emocje. Największą zaletą tego opowiadania wg mnie jest klimat. Owszem, pojechałaś po kliszach, ale właśnie ten klimat i odpowiednia długość tekstu sprawiły, że z zainteresowaniem przeczytałam całość. 

Pozdrawiam. 

SaraWinter witaj i dzięki za przeczytanie.

Tytuł nie zachęcał, ale zajrzałam. ;)

Ale, że mało chwytliwy czy po prostu czuć podstęp? ;)

Największą zaletą tego opowiadania wg mnie jest klimat.

Wiem, że historia jest standardowa (w sensie, że wielokrotnie już przedstawiana), jednak cieszę się, że klimat po części to wynagradza.

„Holy shit” – te słowa powtarzałem do siebie coraz głośniej w trakcie czytania tekstu. Nie ściemniałaś, pisząc, żeby odstawić jedzenie w trakcie czytania.

 

Klimat jest niesamowity, a te rozmowy dziewczynki z jej „przyjaciółmi”… potężne.

Wy tam już dajcie spokój z tymi kliszami :P Opowiadanie jest świetne i tyle.

Precz z sygnaturkami.

Niebieski_kosmito cieszę się, że przeczytałeś opowiadanie i uznajesz je za świetne oraz klimatyczne ;) Na tym klimacie najbardziej mi zależało.

„Holy shit” – te słowa powtarzałem do siebie coraz głośniej w trakcie czytania tekstu. Nie ściemniałaś, pisząc, żeby odstawić jedzenie w trakcie czytania.

No, dodałam ten tekst do przedmowy, gdy joseheim zwróciła mi uwagę, że czytała podczas jedzenia. Samo, rzadko czytam i jem (to chyba coś z koordynacją ruchową), ale czasem zapominam, że inni tak robią.

Wy tam już dajcie spokój z tymi kliszami :P Opowiadanie jest świetne i tyle.

Trudno się jednak nie zgodzić, że takie motywy przewijają się w wielu opowiadaniach. Trochę więc rozumiem takie opinie, choć nie zgadzam się, że nie ma tu nic oryginalnego (gdyby ktoś, coś takiego mówił, ale chyba nikt nie użył tych słów).

Sama należę jednak do osób, które mogą oglądać ten sam rodzaj filmu (np. slasher) i za każdym razem, mimo braku oryginalności każdej następnej produkcji, dobrze się przy niej bawić. W sumie nie wiem, czy dobrze to o mnie świadczy ;) Może poczucie, że dokładnie wiem, co się stanie, daje jakiś rodzaj przyjemności?

Muszę się zastanowić, co o tym myślę.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz – niby to tylko kilka słów, a jednak potrafią wystraszyć ;)

Przeczytałem raz jeszcze i niestety, trzymam się swej oceny: kompletnie psychologicznie niewiarygodne, epatujące okrucieństwem dla samego epatowania, no i praktycznie brak fantastyki. Dziewczynka rani się w noge, spadają na nia regaly piwniczne, wiec mozna domniemywać, ze roztrzaskują jej kosci i co? Rozmawia z robaczkami? Przeżywa niewyobrażalny bol i cierpienie i co? Jak gdyby nic snuje sobie dziecięce fantazje? A przy tym to otoczenie, te potworności, z których NIC nie wynika. Poza – powtórzę – epatowaniem nadmiarowym okrucieństwem. Oceniajcie sobie to dowolnie, ale ja jestem zdecydowanie na nie!. Nie moja bajka, powiem więcej – może i sprawnie napisana, ale absolutnie nieludzka bajka.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

[…] no i praktycznie brak fantastyki.

Fantastyka tam jest, może niepowiedziana wprost, może niestandardowa, ale jest.

Poza – powtórzę – epatowaniem nadmiarowym okrucieństwem. Oceniajcie sobie to dowolnie, ale ja jestem zdecydowanie na nie!. Nie moja bajka, powiem więcej – może i sprawnie napisana, ale absolutnie nieludzka bajka.

Nie wszyscy musimy widzieć to samo w tekście, nie musimy się we wszystkim zgadzać. Ja mam swoje zdanie, które umotywowałam, ty rrybaku masz swoje, które także umotywowałaś. W pewnych kwestiach się nie zgadzamy i tyle. Nikt nikogo nie zmusza do czytania ani pisania rzeczy, które mu nie odpowiadają – była przedmowa, był odpowiedni tag. Poza tym to, że coś jest okropne i nieludzkie nie oznacza, że nie mamy prawa podejmować tego tematu. O niewygodnych i strasznych rzeczach też można pisać.

Edit: Co więcej, jeżeli nie lubię filmów katastroficznych, to ich po prostu nie oglądam.

Zastanawiałem się, jak określić to, co powyżej przeczytałem. Użyję analogii. Jest Pieśń nad Pieśniami. Są opisy seksu w Zwrotniku Raka i Koziorożca. Ale to wciąż Literatura. I to wielka. A jest i zwyczajna pornografia. Tak samo jest z okrucieństwem i naturalizmem okrucieństwa w literaturze. Czasem jest w pełni uzasadnione. Gdy czemuś w dziele służy. Ukazaniu motywów protagonistów, ich charakterów, uwarunkowań… Umiesz odpowiedzieć na pytanie, czemu służy skrajne okrucieństwo wobec niewinnego dziecka, dziewczynki, w Twoim tekście? Poza epatowaniem zgrozą? Nawet współczucie i empatia wobec tego dziecka są w nim zasypane okrucieństwem. Także dlatego, że potraktowałaś to dziecko jak lalkę, która ewidentnie – NIE cierpi. Sobie rozmyśla, deliberuje, prowadzi rozmowy… Choć w życiu – nie ma takiej opcji!

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Tak samo jest z okrucieństwem i naturalizmem okrucieństwa w literaturze. Czasem jest w pełni uzasadnione. Gdy czemuś w dziele służy. […] Umiesz odpowiedzieć na pytanie, czemu służy skrajne okrucieństwo wobec niewinnego dziecka, dziewczynki, w Twoim tekście? Poza epatowaniem?

rrybaku, na to pytanie odpowiadałam już kilka razy wcześniej i nie przytoczę tych fragmentów (wyrwanych z kontekstu przy okazji innych odpowiedzi) tylko po to, aby teraz odpowiedzieć tobie. W każdym z tych komentarzy znajdziesz moje zdanie, uzasadnienie tego, co napisałam, w jaki sposób i co chciałam uzyskać (a czy mi się to udało, to już zupełnie inna sprawa). Nie musisz akceptować moich odpowiedzi, nie musisz się z nimi zgadzać. Jednak to, że z czymś się nie zgadzasz, nie oznacza automatycznie, że masz rację.

EDIT: rrybaku, czy ty możesz nie zmieniać treści swojego komentarza? Dodaj notatkę o edycji, a nie zmieniasz tekst, podczas gdy ja odpowiadam na komentarz.

Także dlatego, że potraktowałaś to dziecko jak lalkę, która ewidentnie – NIE cierpi. Sobie rozmyśla, deliberuje, prowadzi rozmowy… Choć w życiu – nie ma takiej opcji!

Ja rozmawiam ze sobą cały czas, pomaga mi to w pracy. Nie mierz więc, proszę, innych swoją miarą.

Poza tym twoim zdaniem potraktowałam dziecko jak lalkę, ja się z tą opinią nie zgadzam.

Mhm.

Mnie raczej nie trzeba się bać. Chciałbym po prostu napisać coś obiektywnie i z sensem – sam z siebie raczej nie zaglądam do takich tekstów. Spodobał mi się motyw gadających żyjątek, choć przyznam, że te pająki uczące pierwszej pomocy w sienkiewiczowskim stylu nie starczyły, bym sobie to wszystko poukładał w głowie zgodnie z zamysłem ;).

Jeżeli chodzi o opisy cierpień uwięzionej i tragicznego końca ojca i córki, trochę zabrakło mi kontekstu – że to przykra historia, zrozumiałbym po jednym zdaniu, ale co właściwie miałbym z niej wyciągnąć, pozostaje dla mnie niewiadomą. Obawiam się, że jej nie zapamiętam.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Kasjopejatales: rozmawiałabyś ze sobą , tak normalnie, na spokojnie, ze strzaskaną nogą, gangreną, masywnym pobiciem etc.? Szczerze wątpię. A tu mówimy o malutkim przerażonym i obolałym dziecku. Powtórzę: kompletnie niewiarygodne jak dla mnie.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Nevaz dzięki za przeczytanie i komentarz.

trochę zabrakło mi kontekstu

Rozumiem :) Dłuższy tekst pewnie lepiej wyjaśniałby historię, ale z pełną premedytacją zaczęłam i skończyłam w tych punktach. Rozumiej jednak chęć poznania pełniejszego kontekstu dla prezentowanych wydarzeń.

Obawiam się, że jej nie zapamiętam.

No nic, może następnym razem będzie lepiej :)

rozmawiałabyś ze sobą , tak normalnie, na spokojnie, ze strzaskaną nogą, gangreną, masywnym pobiciem etc.? A tu mówimy o malutkim przerażonym i obolałym dziecku.

rrybaku, ale nigdzie nie jest napisane, że po tym, jak Lulu zrobiła sobie krzywdę, zachowuje się normalnie, spokojnie, czy myśli jasno. W drugiej części tekstu opisuje ją jako chorą i obolałą, małomówną i ospałą (w przeciwieństwie do tego, jak przedstawiana była wcześniej). Poza tym od momentu, gdy Lulu upadła niemal nie rozmawiała z robaczkami, nie uczestniczyła w ich rozmowach – głównie ze względu na swój stan i zapewne wysoką gorączkę. Zauważ, proszę, że część narracji prowadził Staszek czy Tomek, którzy ze swojej perspektywy opisywali to, co się działo.

Dodatkowo właśnie po to przeskakuje pomiędzy kolejnymi fazami choroby, aby nie dawać zbyt wielu opisów cierpienia dziewczynki. Nie rozpisuje się o utratach przytomności oraz bólu, który nie pozwalał jej jasno myśleć. Nie pisze, że wyła z bólu po nocach. Uznałam, że tworząc odpowiedni klimat, czytelnik sam dopowie sobie tę część historii i nie chciałam dodatkowo tego podkreślać. Czy się bała, czy ją bolało? Oczywiście, tego chyba można się domyślić. Ale na pewno nie była sama. Edit: nie była też samotna. Jej relacja z robaczkami jest ważna, były jej siłą i nadzieją.

Powtórzę: kompletnie niewiarygodne jak dla mnie.

Moja opowieść jest według ciebie niewiarygodna – rozumiem. Akceptuję twoje zdanie, co nie znaczy, że muszę się z nim zgadzać. Czy jest w tym coś złego?

 

Dobrze napisany i naprawdę mocny w warstwie „wizualnej” (opisowej) tekst, jednak nie dostrzegam w nim większej głębi i nie widzę jakieś naprawdę ciekawej historii. Mamy tutaj zaledwie fragment (finalny) życia dziecięcej ofiary okrutnego ojca, zamkniętą i dosyć powierzchownie opisaną przestrzeń, kilka zmian perspektywy narracyjnej (robaczek, szczur) i sporo opisów mających nas poruszyć i złapać za serce podczas wymiotów. A przekaz i cel opowiadania mi jakoś niezmiennie umykają.

No właśnie. Opowieść ma nas prawdopodobnie poruszyć, a w sumie pozostawia lekko obojętnym, bo uczuciem, jakie przeważa podczas lektury jest obrzydzenie a nie współczucie. Może to wina użycia pewnych klisz (jak to widzą inni), może nadmiernego epatowania okrucieństwem i waleniem nim po oczach i innych zmysłach. A może to wina bajkowej infantylizacji tekstu, objawiającej się gadkami robaczków, pajączków, rozterkami szczura itd. Niby ten kontrast powinien nas uderzyć z podwójną siłą, ale jednak przede wszystkim odrealnia całą historię.

Bo tak naprawdę pomimo tego, o czym nas przekonujesz w komentarzach, prawdziwego dramatu wewnętrznego dziecka tu za bardzo nie ma. Zamiast owych przeżyć wewnętrznych mamy opisy gnijącej nogi, zamiast bólu i cierpienia bohaterki mamy zapewnienia, że ją boli. Lulu nie przeżywa katuszy (a powinna, poraniona, połamana, połatana pajączyną z chlebem, chora, gorączkująca, wygłodzona), Lulu zasypia ze śpiewającymi robaczkami, pożerana żywcem i kąsana przez insekty Lulu wspomina mamę, zastanawia się co z tatą, rysuje domek na betonie. Nie płacze, nie czuje i nie myśli jak konająca ofiara i więzień od dnia narodzin, nie rozrywa jej potworny ból i cierpienie, nie paraliżuje strach, żal, nie czujemy jej zagubienia czy rozpaczy, nie widzimy przerażenia czy beznadziei, które powinny być normą w tej sytuacji. Nie pokazujesz nam zatem całej gamy przeżyć wewnętrznych, emocji, uczuć, wrażeń, w tekście, który ma podobno pokazywać właśnie przeżycia dziecka. Opisujesz bardzo powierzchownie i zewnętrznie dramat, który jest sednem opowiadania. Bo jeśli nie jest, to co nim jest? Samo epatowanie dla epatowania? Temu przecież stanowczo zaprzeczasz.

I nie wszystko da się wytłumaczyć ucieczką w świat fantazji i „radzeniem sobie”, które podobno chciała pokazać Autorka (zresztą takie podejście jeszcze bardziej spycha tekst z półki „fantastyka”, ale o tym za chwilę).

A przy tym, jak na osobę, która podobno całe życia spędziła w pustej piwnicy zbyt dobrze rozumie świat zewnętrzny i otocznie, zbyt normalnie myśli, kojarzy, zachowuje się itd. I dlatego uważam, że mają naprawdę solidne powody ci, którzy poddają w wątpliwość sens tej historii i wiarygodność bohaterki. Bo nawet nie pytam co z chorobami, zwykłym bólem zębów, zanikiem mięśni, światłowstrętem, higieną, ograniczeniem umysłowym i poznawczym osoby zamkniętej w niemal pustej, ciemnej, zimnej i brudnej piwnicy od urodzenia i do tego maltretowanej. I nawet nie czepiam się tego, jak dziecko w takiej sytuacji i „śmierdzącym” otoczeniu może reagować na zapach z ust „tatusia"…

Celowo czy nie, jednak rzeczywiście ponadprzeciętnie epatujesz okrucieństwem, a skala tragizmu i dramatyzmu sytuacji, w jakiej znajduje się bohaterka (w sumie przez całe swoje życie) wypaliła większość bezpieczników w moim panelu odbiorczym (brakowało tylko pedofilii do kompletu i porzuciłbym lekturę w połowie).

Balansujesz w tekście na cienkiej linii fantastyka-niefantastyka i mam wrażenie [także po Twoich komentarzach: Masz rację – tu bardziej chodziło mi o to, że z początku rozmowa z robaczkami może być objawem choroby umysłowej, jakby na to nie patrzeć dziecka znajdującego się w skrajnej sytuacji. Nikogo by to nie zdziwiło, że Lulu zaczyna wariować. Jednak w tekście znajduje się kilka ukrytych wyjaśnień i właśnie tych fantastycznych elementów (po prostu nie „in your face”)], że nawet te porady pająków na temat leczenia ran (chyba najmocniejszy argument za tym, że te stworzenia niby naprawdę rozmawiają z bohaterką, czyli punkt po stronie fantastyki) można podciągnąć pod urojenia i przypadkowo trafny w działaniu wytwór gorączkującego umysłu. Chcesz, żeby to była fantastyka, ale jednocześnie zawieszasz swoją historię pomiędzy wytworem wyobraźni bohaterki a okrutną bajką i pozostawiasz czytelnikowi otwartą przestrzeń interpretacji. I sama przyznasz, że gadające i myślące robaczki oraz szczury w takiej akurat historii to fantastyka bardzo pretekstowa (na dodatek opierasz ją na ledwo wspomnianym i zauważalnym wątku porady od pająków). Gdybyś poszła na całość w przekaz/sens, jaki wydaje się tutaj oczywisty do zastosowania – czyli że to wszystko jest wytworem wyobraźni dziecka, które ucieka i broni się w ten sposób przed okrucieństwem i złem rzeczywistości, miałabyś tekst mocniejszy (chociaż w sumie mało oryginalny), ale nie obroniłabyś go na tym portalu przed zarzutem braku fantastyki.

Ciężko mi w sumie uwierzyć w sytuację wyjściową. Sugerujesz, że dziecko urodziło się w piwnicy, ale jak rozumiem, matka nie przebywała cały czas z córką w tejże piwnicy, czyli przez kilka lat zgadzała się na taką sytuację i nie próbowała wzywać pomocy itp.. A jeśli przebywała od urodzenia dziecka, to jak tam urodziła? Czemu nie próbowała ucieczki, walki, wzywania pomocy, czegokolwiek? Okolica, w której mieszka rodzina dziewczynki nie może być odludziem, skoro na odgłos wystrzału zjawia się pod drzwiami policja. Co z kolei nieco gryzie się z tymi gazetami na szybie piwnicy. Dziecko tylko raz próbuje je zerwać i natychmiast zjawia się ojciec? O takie detale jak toaleta itd. nawet nie pytam. Ciężko mi jednak wyobrazić sobie, że małe dziecko przeżyło kilka lat siedząc/leżąc na betonowej podłodze piwnicy. Oczywiście to są detale, którymi w tak krótkim szorcie nie zaprzątałaś sobie głowy, ale być może kilka zdań na tematy „logistyczne” pozbawiłoby mnie jako czytelnika tych wszystkich (narastających) wątpliwości.

Na koniec… zakończenie. Zakończenie jest moim zdaniem w porządku. Ojciec strzela sobie w łeb. Prawdopodobnie zabił matkę, potem w swym okrutnym szaleństwie popełnił samobójstwo, przy okazji skazując na pewną śmierć własne dziecko. Nie potrzebuję tutaj innego twista czy zwrotu fabularnego, ale też dostrzegam w takim rozwiązaniu pewne klisze i kalki, o których wspominali inni.

Czy to jest zatem ambitna literatura? Chyba jednak nie. Skoro ambicją Autora było zaledwie ukazanie nam „jak sobie radzi bohaetrka, która do końca zachowuje niewinność wobec okrucieństwa świata, w którym rzeczy złe po prostu się dzieją”, to nie są to zbyt ambitne zamiary. Wplecione w tekst wątki „fantastyczne” w postaci wszelakich stworzeń paskudnych i (głównie padlinożernych), które po części (niekonsekwentnie) zachowują swoje nieludzkie/zwierzęce charaktery, a po części zachowują się jak najbardziej po ludzku (także w sensie zachowań wręcz humanitarnych) żadnym chwytem podciągającym “ambitność” tekstu nie są. Ta personifikacja to wątek w sumie trochę bajkowy i nawet ciekawie skonfrontowany w finale ze zwierzęcą naturą szczura, ale jakoś specjalnie odkrywczy przecież nie jest.

Warsztatowo jest dobrze. Porównując ten tekst do opowiadania na konkurs Ciężki dyżur, widzę tutaj warsztat przynajmniej o poziom wyższy. Kompozycyjnie, językowo, na poziomie zasobu słów czy konstrukcji zdań jest (chociaż nadal bez fontann i fajerwerków) naprawdę przyzwoicie. Tekst czyta się płynnie i bez potknięć. Zdarzają się co prawda jakieś powtórzenia i słowa-śmieci, których można się bez żalu pozbyć (poniżej kilka przykładów), ale lektura od tej strony jest naprawdę satysfakcjonująca.

Stale węsząc, szczurek wiercił się to tu, to tam. Lubił towarzystwo Lulu, gdyż nie rzucała w niego kamieniami i nie piszczała ze strachu za każdym razem, gdy się pojawiał.

– wystarczy piszczała, po co to ze strachu?

„Jest bardzo miła” – pomyślał Tomek, odnajdując mikroskopijną okruszynę chleba na brudnym talerzu.

– skoro okruszynę to po co to mikroskopijną?

„Pewnie to znowu ci dwaj panowie w mundurach, którzy byli tu także wczoraj”

– po co to „także"?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Właściwie nie mam wiele do dodania do tego, co napisali Dogsdumpling i Maras. Może tyle: wydaje mi się, że opowiadaniu zaszkodziło to, że z wszystkimi jego “cechami” zatrzymujesz się w pół drogi. Są elementy bizarro, ale całość bizarro nie jest, bo np. za mało body horroru – niby jest obrzydliwie, ale jednak dość łagodnie. Mógłby być weird, gdyby relacja dziewczynki z niezbyt fajnymi zwierzątkami z piwnicy była bardziej rozwinięta i rozpisana na niesamowitość. Mógłby być gorzki i ponury realizm magiczny, ale też gdzieś ucieka. Na to wszystko nakłada się de facto obyczajówka – i to dość sztampowa, jeśli chodzi o dramatis personae – o patologicznej rodzinie (jak słusznie ktoś wcześniej zauważył, dobrze, że przynajmniej ojciec nie gwałci) i w zasadzie można by uznać, że fantastyki tu nie ma zbyt wiele, bo dziecko dające imiona szczurowi i robakowi to trochę mało, podobnie jak projekcja myśli zwierzątek – to w sumie mogłaby być wyobraźnia dziecka. W sumie koda o szczurze nawet by to potwierdzała…

Jest to dość sprawnie napisane, jest jakiś pomysł na ujęcie tematu, są nieśmiało wyciągnięte macki ku weirdowi i bizarro, ale całość mnie nie przekonała – ani specjalnie obrzydziła, ani przestraszyła.

http://altronapoleone.home.blog

I ja podpiszę się pod komentarzem Dogs.

 

Czytało się szybko i przyjemnie :)

 

Mamy tu zestaw klisz i spore natężenie dramatyzmu, które wydaje się prowadzić donikąd. No, umierała, umierała i umarła. Och, co za niespodzianka.

 

Po skończonej lekturze zastanawiałam się, po co właściwie zdecydowałaś się opowiedzieć tę historię. Co w niej było wyjątkowego? Rozmowy z insektami, nie wiadomo, czy prawdziwe? Klisze jak z telenoweli? Ach, gdybyś tak podparła ten tekst mocnym researchem i dołożyła szczegóły dotyczące prawdziwych przypadków, jak bogate to opowiadanie mogłoby być. Nawet w internecie można znaleźć listę podobnych twojemu przypadków, a jestem pewna, że wiele z nich dodatkowo badano i gdzieś te badania są dostępne. Mózg Lulu poprzez deprewację sensoryczną czy zaniedbanie nie mógł rozwijać się prawidłowo, a ty miałaś szansę, by to pokazać (linki są przykładami rozwinięcia tematu, nie wymogiem!). Tymczasem prezentujesz nam historię pozbawioną szczegółów, z wygodnie rozmytym tłem, i zamiast dać nam porządne podbudowanie psychologiczne, skupiasz się na mechanizmie wyparcia, który jednak jest nie mechanizmem wyparcia, a fantastyką, bo zakładam, że wzmianka o sposobie leczenia ran siecią i chlebem to jeden ze sposobów uwiarygodnienia gadających pająków?

 

Kilka lat temu przeczytałam takie opowiadanie, bardzo podobne tematycznie do twojego, które gorąco ci polecam: Richard Matheson – Zrodzony z męża i niewiasty. Opowiadanie zawiera wzorcowe wykorzystanie tematu: pokazanie upośledzenia bohatera poprzez sposób narracji, rozwój bohatera, charakterystyczne postaci, które mają swój cel i wreszcie efektowne zakończenie, które zmienia status quo. A jest króciutkie, myślę, że sporo krótsze od twojego.

 

W opowiadaniu skupiałaś się na obrzydliwych opisach (ja uznałabym tekst za gore, nie bizarro, ale to szczegół) i te wychodziły ci świetnie. Może następnym razem spróbujesz wykorzystać tę umiejętność w tekście, który byłby ci bliższy, a przez to bardziej przekonujący psychologicznie? Może następnym razem najpierw spróbujesz znaleźć fabułę, a potem ozdobić ją opisami? Fajnie jest obserwować twoją literacką drogę; ciekawa jestem kolejnych prób.

 

Językowo poprawnie :)

 

Pozdrawiam serdecznie,

Kam

 

 

Edycja.

Zwróciłam uwagę, że w niektórych komentarzach odpowiadałaś na zarzuty dotyczące rozmytego tła i braku informacji, broniąc się, że tekst jest z punktu widzenia młodej bohaterki, która jest tych rzeczy nieświadoma. Zerknij, proszę, do twojego nominacyjnego kolegi, Gekikary. Był on w stanie przekazać brakujące informacje na temat tła (ciemnej strony ojca) mimo narracji pierwszoosobowej i dziecięcego narratora.

www.facebook.com/mika.modrzynska

wzmianka o sposobie leczenia ran siecią i chlebem to jeden ze sposobów uwiarygodnienia gadających pająków

Albo nawiązaniem do “Potopu” ;)

http://altronapoleone.home.blog

Jeszcze raz, tym razem piórkowo.

 

Dla mnie najważniejsze było pokazanie Lulu jako kogoś, kto owszem, jest w bardzo ciężkiej sytuacji, ale radzi sobie najlepiej jak umie. Nie wie, dlaczego te rzeczy jej się przytrafiają, nie zna przyczyny takiego stanu rzeczy, ale sobie radzi.

To nie jest tak, że ona sobie radzi mimo sytuacji, w jakiej się znalazła. Radzi sobie, ponieważ to jest dla niej normalna sytuacja. Niczego innego nie zna, a więc nawet nie wie, że przytrafiają jej się złe rzeczy. Taka jest jej rzezywistość, chleb powszedni i jak to tam jeszcze nazwać. I gdyby to udało Ci się pokazać, to byłoby już coś. Ale się nie udało, mało tego, osłabiasz to przesłanie w scenie, w której Lulu rysuje dom, a później rodzinę. Bo te pojęcia są dla niej równie abstrakcyjne, jak dla neandertalczyka byłoby milionowe miasto i wieżowce. Lulu nie zna niczego poza piwnicą, idea domu, z którego można wychodzić i wracać, kiedy się chce, który ma okna, przez które można wyglądać choćby cały dzień będzie dla niej niezrozumiała, bo jest zbyt odległa od jej rzeczywistości.

Mogłaś też spróbować pokazać, co doprowadziło do tej sytuacji. Możliwości miałaś, bo jest szczur, który może się swobodnie przemiaszczać między piwnicą, światem zewnętrznym, a tą częścią domu, który zajmuje ojciec. Ograniczyłaś się do tego, że ojciec palnął sobie w łeb. A dlaczego właściwie? Wiesz, nie miałabym nic przeciwko temu, żeby tego typu tatusiowie tak kończyli, z reguły jednak nie kończą. Są do końca przekonani o swojej racji.

Gdyby do piwnicy weszła na koniec policja i odkryła zwłoki trzynastoletniej dziewczynki, też udałoby Ci się pokazać coś konkretnego. Bo dziecko pozbawione bodźców, potrzebnych do prawidłowego rozwoju będzie mocno opóźnione. A Lulu brzmi jak kilkulatka.

Mogłaś ją wreszcie wyciągnąć z piwnicy i skonfrontować ze światem zewnętrznym. Gdyby wymarzone drzewo przeraziło ją swoim szumem i kołyszącymi się gałęziami, gdyby zatęskniła za swoimi przyjaciółmi, a w końcu także za piwnicą. Pokazałybyś skutki.

Natomiast w Twojej wersji… Cóż mam wrażenie, że próbowałaś z niej zrobić Pollyannę. A powiem szczerze, że to kreacje, której w literaturze nie lubię, na dodatek nieprawdziwa.

Piszesz naprawdę fajnie, opko czytało się płynnie, na niczym się nie potykałam. Miałaś kilka fajnych pomysłów. Natomiast za cholerę nie potrafię zaakceptować tego, co napisałaś. Dlatego będę na NIE.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Po tysiąckroć podpisuje się pod komentarzem Irki, tyle mądrych uwag ♥️

www.facebook.com/mika.modrzynska

Tak, muszę przyznać, że komentarz Irki przeczytałam bardzo uważnie, jest bardzo pomocny.heart

Na wstępie chciałam przeprosić za tak późną odpowiedź, ale praca mnie przygniotła :) Dziękuję za wszystkie komentarze i żeby nie powielać odpowiedzi, pozwolę sobie odpowiedzieć krótko.

 

mr.maras

I sama przyznasz, że gadające i myślące robaczki oraz szczury w takiej akurat historii to fantastyka bardzo pretekstowa (na dodatek opierasz ją na ledwo wspomnianym i zauważalnym wątku porady od pająków).

Nie do końca chciałam, aby taka była :) Chciałam natomiast, aby była to delikatna fantastyka, nie wprost, niedosłowna.

Ciężko mi w sumie uwierzyć w sytuację wyjściową. […] Sugerujesz, że dziecko urodziło się w piwnicy, ale jak rozumiem, matka nie przebywała cały czas z córką w tejże piwnicy, czyli przez kilka lat zgadzała się na taką sytuację i nie próbowała wzywać pomocy itp.. A jeśli przebywała od urodzenia dziecka, to jak tam urodziła? Czemu nie próbowała ucieczki, walki, wzywania pomocy, czegokolwiek? Okolica, w której mieszka rodzina dziewczynki nie może być odludziem, skoro na odgłos wystrzału zjawia się pod drzwiami policja.

Oczywiście to są detale, którymi w tak krótkim szorcie nie zaprzątałaś sobie głowy, ale być może kilka zdań na tematy „logistyczne” pozbawiłoby mnie jako czytelnika tych wszystkich (narastających) wątpliwości.

Faktycznie pozwoliłam sobie na pozostawienie pewnych kwestii niewyjaśnionych, ale nie dlatego, że chciałam napisać krótką opowieść, ale ze względu na narracje (choć nie wszyscy muszą się z tym wyjaśnieniem zgadzać) – Lulu w końcu nie musi wiedzieć wszystkiego, może nie wiedzieć gdzie jest. Matka mogła próbować uciekać, a może nie próbowała (może Lulu nigdy się tego nie dowiedziała). Nie wiemy też (podobnie jak Lulu), jak kobieta sobie z tym wszystkim radziła (może by przetrwać postanowiła zaprzestać walki, a może nie – każdy może wybrać swoją wersję rzeczywistości). Wiele rzeczy pozostawało w strefie domysłu, ale też nie wydawało mi się konieczne dodawanie ich (może błędnie).

Okolica, w której mieszka rodzina dziewczynki nie może być odludziem, skoro na odgłos wystrzału zjawia się pod drzwiami policja.

Tu akurat to nie do końca tak. Nigdzie nie jest napisane, że to odgłos wystrzału zwabia policjantów. Raz już odwiedzili ojca, przyszli ponownie – choć w tekście nie wyjaśniam dlaczego wrócili. Ale z drugiej strony skąd szczur ma wiedzieć, w jakich celach tu byli? A może go to nie obchodzi. Nie wszystko czytelnik musi wiedzieć na pewno.

 

Drakaina

Może tyle: wydaje mi się, że opowiadaniu zaszkodziło to, że z wszystkimi jego “cechami” zatrzymujesz się w pół drogi.

Faktycznie, może tak być. Od początku chciałam napisać bizarro, ale widocznie jeszcze nie do końca czuję ten klimat.

 

kam_mod

Ach, gdybyś tak podparła ten tekst mocnym researchem i dołożyła szczegóły dotyczące prawdziwych przypadków, jak bogate to opowiadanie mogłoby być. […] Tymczasem prezentujesz nam historię pozbawioną szczegółów, z wygodnie rozmytym tłem, i zamiast dać nam porządne podbudowanie psychologiczne, skupiasz się na mechanizmie wyparcia, który jednak jest nie mechanizmem wyparcia, a fantastyką, bo zakładam, że wzmianka o sposobie leczenia ran siecią i chlebem to jeden ze sposobów uwiarygodnienia gadających pająków?

Zwróciłam uwagę, że w niektórych komentarzach odpowiadałaś na zarzuty dotyczące rozmytego tła i braku informacji, broniąc się, że tekst jest z punktu widzenia młodej bohaterki, która jest tych rzeczy nieświadoma.

W tym przypadku brak szczegółów był zamierzony i nie chciałam z tego opowiadania zrobić studium przypadku – choć na pewno dobrze by to zrobiło samemu tekstowi, jak i jego wiarygodności :) Narracja od strony dziecka miała skupić się na tym, co ważne dla Lulu i pomijać to, czego dziewczynka nie chce widzieć, z czym sobie nie radzi. Właśnie dlatego opowieść pomija pewne elementy, a opiera się na tym jak Lulu postrzega świat po odejściu matki i relacji dziewczynki z robaczkami.

 

Irka_Luz

Mogłaś też spróbować pokazać, co doprowadziło do tej sytuacji. […] Mogłaś ją wreszcie wyciągnąć z piwnicy i skonfrontować ze światem zewnętrznym.[…] Ograniczyłaś się do tego, że ojciec palnął sobie w łeb. A dlaczego właściwie? Wiesz, nie miałabym nic przeciwko temu, żeby tego typu tatusiowie tak kończyli, z reguły jednak nie kończą. Są do końca przekonani o swojej racji.

To nie jest tak, że nie akceptuje czy nie rozumiem tych uwag – po prostu chciałam zostawić pewne rzeczy niewyjaśnione. Ta wersja się nie spodobała – rozumiem :)

Sama lubię do głębienie poznać historię, jeżeli nie dostaje pewnych informacji, czuję się zawiedziona, rozczarowana. Ale też często pozostawiam wiele niewiadomych w swoich opowiadaniach. Nie wszystko przecież musi być jasno i klarownie wyjaśnione. Oczywiście mogłam więcej wyjaśnić, skupić się na tym, dlaczego w ogóle ta sytuacja ma miejsce, mogłam ocalić dziecko i pozwolić mu poznać świat. Zaczęłam jednak od punktu, gdy Lulu zostaje sama, a na końcu nie jest już sama. Mogłam oczywiście przedstawić jej historię (przeszłość), którą opowiadałaby robaczkom – nie chciałam jednak tego. Wybrałam taką wersję, moją wersję.

I to nie tak, że na siłę chcę wytłumaczyć braki w fabule. Chce tylko wyjaśnić, że taki był mój pomysł na opowiadanie. Czy ktoś ocenia tekst jako udany, czy nie to już zupełnie inna sprawa :)

Mogłam oczywiście przedstawić jej historię (przeszłość), którą opowiadałaby robaczkom

Sęk w tym, że Lulu nie ma tak naprawdę nic do opowiadania. Ona (tak jak to naszkicowałaś w opowiadaniu) tak naprawdę nie bardzo ma prawo znać dość skomplikowany język. Bo od kogo się go nauczyła? Skonstruowałaś radykalne warunki, trzeba więc przemyśleć ich konsekwencje. Ona zna tylko piwnicę i może parę słów – ja nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak wygląda rozwój takiego dziecka. Mogę sobie przybliżać, bo interesowałam się kiedyś wczesnodziewiętnastowiecznymi “dzikimi dziećmi” – część z nich nigdy nie nauczyła się mówić, mimo że żyły wśród ludzi po znalezieniu. A Twoja Lulu ma rozbudowany język, umie wyrażać emocje itd. Owszem, wspominasz, że mama kazała dbać o sukienkę – ale zarazem mamy wrażenie, że ta matka bywa tam bardzo rzadko, więc cała kwestia aparatu pojęciowego i kompetencji językowej dziewczynki stoi pod znakiem zapytania. Irka też zwracała na podobne rzeczy uwagę.

http://altronapoleone.home.blog

Czyli wszystko rozbija się o związek przyczynowo-skutkowy :) Nie pokazując przyczyny (dlaczego mama Lulu została zamknięta w piwnicy, jak udało jej się tam urodzić i wychować w miarę normalne dziecko, dlaczego nikt nie widzi tego co się dzieje w tym domu) sprawiłam, że dla niektórych czytelników skutek stał się niewiarygodny (czyli Lulu i sama opowieść).

Nie pokazując przyczyny (…) sprawiłam, że dla niektórych czytelników skutek stał się niewiarygodny

To niezupełnie tak, ale owszem, pokazanie czegoś więcej pozwoliłoby zapewne łatwiej uwierzyć w tę konkretną sytuację. Nie trzeba nawet dużo: jak długo matka była (bywała?) z dzieckiem. Na to wystarczyłoby kilka drobnych wzmianek. Z kolei gdybyś poszła w ostry weird albo bizarro, być może obyłoby się bez realiów. Zatrzymując się w pół drogi sprawiasz, że to ani obyczajówka (nie ma kontekstu), ani właśnie któryś z “dziwnych” gatunków, gdzie wszystko byłoby dozwolone.

http://altronapoleone.home.blog

Zatrzymując się w pół drogi sprawiasz, że to ani obyczajówka (nie ma kontekstu), ani właśnie któryś z “dziwnych” gatunków, gdzie wszystko byłoby dozwolone.

W sumie to trochę miałam na myśli pisząc przedmowę :) Miało być jedno, wyszło co innego.

Re: okrucieństwo wobec dzieci.

 

Okrucieństwo wobec dzieci jest istniejącą w świecie rzeczywistością i w związku z tym jest tematem literackim jak każdy inny. Co więcej, cały problem z okrucieństwem wobec dzieci polega na tym, że one go nie rozumieją i łatwo wpadają w pułapkę tłumaczenia sobie, że tak ma być. Ergo akurat ten wątek w tym opowiadaniu, które ma wiele luk rozwalających zawieszenie niewiary, jest najbardziej wiarygodny. Poza tym dziecko bez problemu i w naturalny sposób rozmawia z przedmiotami, zwierzętami itd. (a raczej gada do), więc tu też nie widzę problemu. Tu większym problemem jest to, skąd Lulu wzięła aparat pojęciowy i znajomość świata, żeby prowadzić te rozmowy.

http://altronapoleone.home.blog

W głosowaniu piórkowym będę na NIE, i to raczej bez wątpienia. To nie jest tak, że ten tekst żadnych zalet nie ma – jest starannie napisany, stylizacja idąca w kierunku baśni jest całkiem udana – ale nie przekonał mnie ani w swojej warstwie, powiedzmy, realistyczno-psychologicznej (wizerunek dziewczynki), ani w tej bizarro-makabrycznej. Pod wieloma względami zgadzam się z tym, co napisała Irka. Generalnie, pomysł z tym, że dziewczynka postrzega ten koszmar, w którym żyje, jako normalność, był bardzo dobry, podobnie jak to, że otaczające ją istoty ją wspierają – choć pozostają sobą, częścią natury (klasyczne “nature, red in tooth and claw” mi się nasuwa), a nie usłodzonymi Disneyowskimi stworkami; tylko jak dla mnie zgrzyta, bo kontekst makabry jest IMHO przerysowany i za mocny – nagromadziłaś tyle nieszczęść, że w zasadzie nawet w konwencji grozowo-niesamowitej trudno w nie uwierzyć. 

ninedin wybacz późną odpowiedź. Dziękuję ci za przeczytanie i oczywiście rozumiem, że nie wszystko mogło się spodobać :)

Nowa Fantastyka