- Opowiadanie: PanKratzek - Kurier

Kurier

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kurier

Stał przy ulubionej budce z tradycyjnym kebabem – wytworzonym nie przez foodruki, a własnoręcznie przygotowanym przez kucharza o zręcznych, spracowanych dłoniach. Zawsze się uśmiechał i rzucał pozdrowieniami w stronę stałych klientów, a nowych witał jak starych znajomych. Czarował ich słowami ozdobionymi naleciałościami rodem z narzecza stambulskiego.

Odebrał zamówioną porcję pachnącą czosnkiem, cebulą i przyprawami o egzotycznych korzeniach.

Teşekkür ederim – rzucił na odchodne w stronę okienka.

– Masz coraz lepszy akcent! – pochwalił go kucharz, perfekcyjnie wymawiając każdą z szumiących głosek i szczerze się zaśmiał.

– Ty swojego nie zmieniaj, jesteś wtedy bardziej wiarygodny – odpowiedział i zatopił zęby w mięsie.

Podszedł do dronmota, usiadł na ławce obok i jadł niespiesznie. Miał czas. Ledwie jednak skończył oblizywać palce, brzęczyk cyframy oznajmił połączenie przychodzące. Spojrzał na wyświetlacz, potem na palce i znów na ekran. Westchnął. Wytarł ręce w spodnie. Odebrał.

– Gdzie jesteś? – padło pytanie zadane ludzkim głosem, a nie wygenerowanym voicelike’iem. Brzmiało poważnie i ciekawie.

– Heksagon wieży Tesli, punkt kontrolny numer trzy na Popowicach – udzielił odpowiedzi bez chwili zwłoki, mimo, że pytanie było bez sensu. Cały używany sprzęt był naszpikowany markerami lokalizacyjnymi i bez najmniejszego problemu mógł zostać namierzony dokładniej niż podał przez helokom. Mogło to oznaczać tylko jedno…

– Zawracaj i podnieś zlecenie specjalne.

– Jestem o dziesięć minut od aktualnego klienta. Potwierdź anulowanie.

– Czekaj. – Spodziewał się usłyszeć odgłosy uderzania palcami w taflę rozdzielni operacyjnej, a wychwycił jedynie urywki niezrozumiałych słów.

Nie minęło kilka sekund, gdy obok niego pojawił się człowiek ubrany podobnie jak on. Na kasku widniało logo korporacji i identyfikator będący kombinacją liter funkcyjnych oraz numerów porządkowych. Wyciągał do niego rękę.

– Przekaż paczkę D3J-P4N. – Usłyszał polecenie w słuchawce. – I zapraszam do punktu podjęcia.

Zweryfikował kuriera skanerem zbliżeniowym w rękawicy. Przekazał mu ostrożnie paczkę. Wylądowała w bezpiecznej komorze tuż przed nowym opiekunem. Zlecenie zmieniło status na „Delegowane”. Silnik gwizdnął cicho, pojazd ruszył lekko. Odprowadził go wzrokiem aż za most wstęgowy na rzece Odrze.

Wcisnął starter dronmota. Podwozie rozjarzyło się ostrzegawczą czerwienią. Zwiększył lekko ciąg, wznosząc się na bezpieczną wysokość. Przekręcił manetkę i pomknął niczym Hermes, mając za napęd turbiny zamiast skrzydlatych sandałów.

*

Mknął nad Wrocławiem przeżywającym renesans parków. Zieleń zaczęła wypychać betonowe konstrukcje i połacie asfaltowych pustyń. Nieliczne wieżowce konkurowały w sięganiu nieba z wysokimi drzewami. Przeważały dwupiętrowe domki. Jednak podczas rewolucji zapomniano o zastępach zwykłych ludzi, których nie było stać na stałe przebywanie w zielonych zakątkach. Zostali zepchnięci poza dystrykt urbanistyczny lub do podziemi powstałych po drugiej, Wielkiej Burzy Słonecznej.

Targeter zapiszczał sygnalizując zbliżanie się do celu: masywnej wieży z licznymi platformami do lądowania – przypominała wielołopatowe śmigło o grubym trzpieniu. Posadził pojazd z wprawą na jednej z nich. Załączył kotwicę mechaniczną, szarpnął sterami i gdy już upewnił się, że nie dojdzie do przypadkowego porwania przez wszędobylski wiatr, wyłączył napęd. Wyskoczywszy z siedziska, odpiął sakwy transportowe i skierował się w stronę jednego z wejść.

Drzwi rozsunęły się przed nim niemal bezgłośnie. Zdjął kask, rozpiął kurtę z nanodermy i sprężystym krokiem szedł w stronę depozytorium wzbudzając nieskrywane zainteresowanie każdej mijanej osoby, niezależenie od płci. Był wymuskanym tworem postępowej i rewolucyjnej korporacji All-Imp., trzymanej twardą ręką przez szefa-wizjonera i jego współpracowników. Jako pierwszy biotek otrzymał przywilej niezależności, regulowaną rzecz jasna przez szereg obostrzeń, wyjątków i hack’ów na poziomie komórkowym. Kreatory powierzchowności i cech osobowych dały mu posturę mitycznego Adonisa, lekkość bytu Dionizosa, głos Orfeusza, błękit oczu Apolla, a jeśli sytuacja tego wymagała, wykorzystywał zdolność „Spojrzenie Meduzy”.

Skręcił lekko w prawo. Naprzeciw niego szła kobieta w świetnie skrojonym formalnym stroju ze srebrnymi wstawkami. Fason podkreślał atuty fizyczne, a zdobienia na pagonach pozycję w hierarchii. Zwolnił kroku. Zmierzyła go wzrokiem. Stanęli na wyciągnięcie rąk.

– Chciałabym dożyć kiedyś momentu, kiedy będziesz równie punktualny jak piękny. – Madame Kosa przywitała go komplementem-przyganą. Poprawiła niesforny kosmyk włosów, który nie wiadomo kiedy opuścił zamknięty krąg starannie upiętego koka, drżały jej ręce, na policzkach wykwitły rumieńce. Miał świadomość jak działa na kobiety, ale wiedział też jaki wpływ na organizm ma życie w ciągłym napięciu i stresie. Zwłaszcza osób na wysokich stanowiskach. Ugryzł się w język i nie zripostował. Milczenie od wieków wyceniano wyżej od nieroztropnego gadulstwa.

– Zapraszam. – Wskazała ręką niepozorną salę tuż obok.

Usiedli przy obłym stole. Syknął mechanizm zamykający pomieszczenie, ściany pokrył cienki filtr wytłumiający. Światło przygasło. Na blacie pojawiła się projekcja tajemniczej puszki. Jej ścianki przyozdobione scenami z zamierzchłych czasów sugerowały równie antyczną jak i cenną zawartość. Obserwowali w ciszy dzieło nieznanego mu artysty.

– Patrzę i nie rozumiem – odezwał się w końcu.

– Nie musisz rozumieć, tylko dostarczyć.

– Mało jest szarych kurierów do roznoszenia pamiątek rodzinnych?

– Nie pochlebiaj sobie. Powiedzmy, że mam do ciebie zaufanie.

– Inaczej bym to nazwał. – Ośmielił się wejść w słowo. – Kontrola.

– Bystry jak nurt w odpływie wody bytowej. – Uśmiechnęła się złośliwie. – Wyjątkowe w tej paczce jest jedno: jej otwarcie nie może nastąpić wcześniej niż u klienta. – Zrobiła wymowną pauzę. – Jasne?

Zorientował się, że wiedziała. Szybko przejrzał w myślach historię zleceń i skojarzył jedno, kiedy głód informacji rozłożył na łopatki ostrożność.

– Madame, bez daleko posuniętej bezczelności nie byłbym takim profesjonalistą.

Rozmówczyni popatrzyła na niego poważnie, potem się zaczęła śmiać. Wpierw perliście, a zakończyła rubasznym, nieprzystającym do niej, rechotem. Uspokoiła się i teatralnie wytarła niewidzialną łezkę.

– Ujmę rzecz inaczej: paczka ma zostać skutecznie dostarczona. Termin w zasadzie dowolny, choć nie ukrywam, że im szybciej tym lepiej. Nie interesuje mnie jak to rozwiążesz. – Dodała tonem tak władczym, że najwięksi ze starożytnych królów zgięliby przed nią karki i padli kornie na kolana.

– Ach… – westchnął. – Mam dostarczyć coś, czego klient nie spodziewa się otrzymać lub nie będzie chciał przyjąć?

– Odbiór w depozytorium – ucięła krótko, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi.

Światło wróciło do pierwotnej jasności, a drzwi lekko uchylonym skrzydłem zapraszały na zewnątrz. Skinął lekko głową na pożegnanie. Wyszedł, zręcznie biorąc zakręt, aby nie uszkodzić sakw. Podłoga z piezoleum tłumiła mocne uderzenia twardych podeszw, przy okazji generując energię przekazywaną do głównego węzła kumulacyjnego.

Stanowisko wydawców miał w zasięgu wzroku: stali za szeroką ladą i szybą z grafeglasu. Podkreślała granicę dwóch światów: przesyłek oczekujących i tych w drodze. Położył rękę na czytniku, a sakwy na blacie. Zniknęły mu na chwilę z oczu, wróciły zamknięte i opatrzone kodem adresowym. Nie pozostało mu nic innego jak mrugnąć zalotnie do jednej z wydawczyń i uszczęśliwić pierwszego z odbiorców jeszcze dziś.

*

– Technika tak mknie do przodu, że wystarczy przymknąć powieki na sekundę, a pojawia się nowinka wywracająca wszystko, co dotąd było pewne, do góry nogami. – Sąsiad z naprzeciwka, wywiadowca w stanie spoczynku, poprawił się na ławeczce i łypnął okiem na kuriera.

– Jeszcze niech pan powie: kiedyś było lepiej, nie to co teraz! – zripostował zaczepnie chłopak.

– O nie, nie, nie! Bez tych cudów – Klepnął się w pierś i brzuch – nie miałbym szans korzystać z radości doczesnego świata.

– Z kwantoperów, domowych foodruków, bioprotez, kriogeniki?

– Nie, z karkonoskiego bimbru, co mi ostatnio przywiozłeś. – Nalał im po pół kubka. Trunek pachniał dębową beczką i malinami.

Pili małymi łyczkami, delektując się smakiem.

– Wy, kurierzy dajecie ludziom starej daty przyjemność wyczekiwania na przesyłkę. A nie – Poruszał w powietrzu palcami na równie ulotnej, wyimaginowanej klawiaturze – Rach! Ciach! I już masz w szafie lub lodówce, albo przed drzwiami. Wydrukowane jak kartka z treścią przeciętnej jakości.

Polał jeszcze jedną kolejkę.

– A tego – Podniósł szklankę ze szkarłatnym płynem – nie da się wytworzyć nie posiadając duszy.

– O legalności nie wspominając.

– Nie wymawiaj tego w mojej obecności! – Udał złość. – Zwłaszcza kiedy mam ochotę jeszcze zapalić.

– Zdrowie! – zakrzyknęli oboje i wypili do dna,

– A miałem pytać… – zaczął powoli chłopak. – Zna pan Mateusza, ojca „Nowego Początku”?

Stary zmrużył oczy, długo szukał w pamięci, krążący we krwi alkohol biegu myśli po zakamarkach mózgu nie ułatwiał.

– Ten ksiądz? Z serialu co w Sandomierzu łotrzyków demaskował? – zapytał w końcu.

– Litości… Człowiek, który przechytrzył szefa szefów największego z farmatechów wykradając „Ogień życia” – formułę przeciw lodowaceniu organizmu! Pozwolił wyjść ludziom z podziemi!

– A, teraz coś kojarzę, choć bardziej jego siostrę pamiętam. Ma takie niedzisiejsze imię.

– Zamieniam się w słuch…

– Więc, Epimetea, dobra duszyczka, tylko nierozgarnięta nieco…

*

Przeglądał wykonane skany okolicy: rozległa, niska willa stała na naturalnie powstałej polanie. Posesję otaczał niewysoki, kamienny murek. Dało się zauważyć kilka drobnych zabudowań służebnych, starą lipę, dwie ławki i hamak w cieniu dawanym przez rozłożystą koronę drzewa. Dach pokryto czerwoną, opalizującą dachówką. Sielski widok. Zbyt piękny. Nieuzbrojony wzrok łatwo oszukać, więc poddał zdobyte dane analizie cyfrowej. Pierwszy detal wydawał się mało istotny: na kutej furcie widniała tabliczka „Pro Mateusz”, ale gdy powiększył obraz, dojrzał zatartą literę „f” i kropkę tuż po niej. Ciekawiej wyglądały wyniki dotyczące drzewostanu okalającego polanę: dominowały strzeliste sosny, gdzieniegdzie buki i dęby. W regularnych odstępach rosły modrzewie o identycznej ilości gałęzi, fakturze kory, rozkładowi igieł, a szyszki wyglądały jak…

– Emitery pola blokującego – powiedział na głos. – A jak emitery to i… – Zaczął uważnie czytać i pokiwał głową z uznaniem. – Ktokolwiek zaprojektował dom i okolice, wykonał fachową i tytaniczną pracę pod kątem zabezpieczeń.

Zatem jedyna droga do sukcesu prowadzi przez siostrę Mateusza. Poskładał skrawki informacji w całość, wyciągnął esencję z aktywności na jej kontach sieci – fakty i liczby, a sąsiedzki obraz dał punkt zaczepienia do socjotechnicznego podejścia. Wystarczy podrzucić odpowiednie zanęty i podczas rozmowy mimochodem o nich wspomnieć. Prościzna!

*

Popatrzył w lustro. Przeciągnął depilerem po twarzy – skóra odzyskała pierwotną gładkość. Przeczesał palcami zmierzwioną czuprynę. Był gotów na podbój.

Leciał nisko nad ziemią, jak za dawnych czasów. Według mapy do celu pozostały jeszcze dwa kilometry. Czujnik pól siłowych zagrzmiał basowo: minął pierwszą barierę, a im bardziej się zbliżał tym wyższy ton wydobywał się z detektora. Sprawdził zasięgi sygnałów pozycjonujących: pusto. Blokada totalna.

Zsiadł z pojazdu i podszedł do furty. Nawet nie zdążył wykonać żadnego gestu, gdy drzwi willi się uchyliły i ukazała się postać młodej kobiety. Nie miał wątpliwości kogo zobaczył. Przybrał najbardziej kurierską pozę jaką znał: podniósł wysoko paczkę.

– Przesyłka! – zawołał głośno.

– Dla mnie!? – odkrzyknęła.

– Tak tu mam napisane. Pani Epimetea, prawda?

– Proszę zaczekać! – Schowała się w domu. Usłyszał szczęk zamka i furta stanęła otworem.

– Najłatwiejsza część za mną… – pomyślał ruszając śmiało w stronę budynku. Nie rozglądał się zbytnio, powierzchnia kurtki naszpikowana sensorami dostarczała obraz ze wszystkich kierunków wprost na powierzchnię soczewek, podkreślających jednocześnie głębię koloru tęczówki.

Czekała w progu, przebierając nogami z niecierpliwości jak dziecko na chwilę przed otrzymaniem upragnionego prezentu. Zrobiła niezgrabny krok do przodu i o mały włos, zamiast paczki musiałaby przyjąć środki przeciwbólowe na uszkodzone kolano. Próba dostawienia nogi, by odzyskać równowagę zakończyła się ryzykownym szukaniem rękoma oparcia o cokolwiek. Niestety, duży terakotowy dzban tylko wyglądał na stabilny – pchnięty spadł z cokolika na posadzkę ulegając przemianie w oryginalne, trójwymiarowe puzzle. Silne ręce mężczyzny pochwyciły kobietę w ostatniej sekundzie, tej, której długość zależy od stopnia zagrożenia życia. Podniósł ją bez wysiłku. Speszona spojrzała w błękitne oczy swojego wybawcy – ta i następujące po niej sekundy zdawały się trwać wiecznie.

– Paczka! – Rozejrzała się w panice – leżała starannie odłożona w przystrzyżonej trawie, kilkanaście kroków od nich. – Jest pan bardzo szybki – powiedziała z uznaniem i bez podtekstów. Za odpowiedź posłużył szelmowski uśmiech i… czy on puścił do niej oko? Chwilę później wracał z pozostawionym na moment pakunkiem. Niósł go oburącz jak prezent dla kogoś wyjątkowego. Nie jako coś co się doręcza, a wręcza jako dar.

Zdążyła nieco uspokoić rozbiegane myśli, skoncentrować się na słowach powtarzanych przez starszego brata, by logice dać pierwszeństwo przed emocjami.

– A od kogo ta paczka? – zapytała z udawaną pewnością w głosie.

– „Mistyka” – Odczytał z etykiety. – Antykwariat na placu Teatralnym – uzupełnił.

Powtórzyła nazwę kilkakrotnie na głos przywołując z głębin pamięci zapomniane treści.

– Głupia sprawa, ale nie kojarzę bym cokolwiek tam zamawiała. Przeglądałam kilka rzeczy u nich, ale nie…

– Niektórzy otrzymują od nich rzeczy na próbę – wszedł jej w słowo – by klient mógł sprawdzić, czy nowy przedmiot zgra się energetycznie z aurą mieszkania.

Przygryzła wargi niepewna własnych myśli.

– Proszę sprawdzić wiadomości – poprosił, będąc pewien rezultatu. – Pewnie gdzieś się zapodziała w gąszczu innych, ważniejszych niż jakaś tam próbeczka. – Pozwolił sobie na żartobliwy ton.

– O tak, tak! Proszę wejść za mną do środka i poczekać. – Ruszyła przodem i zniknęła w głębi domu.

Nie mógł nie zwrócić uwagi na ostrzegawcze sygnały ze skanerów zabezpieczeń po przekroczeniu progu – właśnie dostał się do strefy o zdecydowanie zmniejszonym stopniu ochrony. Został sam w jasnym pomieszczeniu, za dużym na korytarz, a za małym na salon. Postawił paczkę na rzeźbionym stoliku. Zlustrował ściany zdobione motywami roślinnymi: bluszcz ciasno oplatał antyczne kolumny, wpadające od południa promienie słońca dodawały życia martwej naturze. Ze sklepienia zwisały kiście winogron i barwnych kwiatów – autor tego dzieła posiadał iście mityczne zdolności odwzorowywania piękna flory.

Usłyszał bas silników lądującego niedaleko ścigacza. A chwilę potem dobiegły do niego skrawki nerwowej rozmowy. Męski głos zadawał krótkie pytania:

– Na pewno zamawiałaś?

– Tak i nie, przecież ci tłumaczę: zobaczyłam ten przedmiot i wpadł mi w oko. Zapytałam o dostępność, odpisali, że mogą wysłać i bym obejrzała na spokojnie. – Kobiecy głos drżał.

– Ile razy ci mam powtarzać, żebyś uważała? – Westchnięcie. – Gdzie to jest? – Warknięcie przez zęby.

– W pianotece…

Właściciel mocnego i zdecydowanego, wręcz żołnierskiego sposobu chodzenia wpadł jak burza do pomieszczenia, gdzie czekał kurier. Za nim pojawiła się jego siostra.

Nie mógł czekać. Musiał zacząć pierwszy.

– Pan profesor? Twórca „Nowego Początku”?! Nie wierzę! – Z udawanym zdenerwowaniem przeszukiwał kieszenie. – Czy dostanę może autograf?

Marsowa mina właściciela nieco złagodniała, choć ściągnięte brwi i badawcze spojrzenie nie świadczyły o całkowitym rozładowaniu sytuacji. Rzucił okiem na paczkę. Wyciągnął z kieszeni przyrząd podobny do kamertonu, przesunął nim wzdłuż każdej ze ścianek, przestawił coś w urządzeniu i wykonał ruchy ponownie. Zerknął na kuriera pytająco.

Chwycił w lot, widział tysiące razy takie sytuacje i miał gotową formułkę:

– Oczywiście, ale już nie będzie zwrotu, tylko reklamacja – ostrzegł.

Profesor skinął głową na potwierdzenie, że się zgadza.

Rozciął opakowanie zręcznymi ruchami. Wyjął zawartość otuloną pianką amortyzującą i odłożył ostrożnie na stół. Epimetea zjawiła się migiem koło stolika i zdjęła górną część zabezpieczenia.

Mieli przed sobą niewielką szkatułkę. Misterne zdobienia zgrywały się tematycznie z wystrojem pomieszczenia, brzegi skrzyły złoceniami, drewno z odciśniętym piętnem czasu prezentowało się godnie i dumnie jak weteran wielu wygranych bitew.

– Zadowolona? – Mateusz spytał siostrę i zaczął pisać na opakowaniu. – Dla? – zapytał.

– Dora. Pan Dora – odpowiedział szybko kurier. Śledził łagodny ruch ręki profesora. – Dziękuję! – Wydusił z doskonale zagranym przejęciem i odciął kawałek biokartonu z pozostawionym podpisem i dedykacją.

Mateusz pożegnał się i zostawił ich samych. Kobieta wzięła do ręki przedmiot i oglądała z każdej strony. Dora chrząknął wymownie podsuwając terminal do autoryzacji odbioru. Miłe dla ucha pyknięcie dobiegło z urządzenia i oznaczało zakończenie procesu doręczenia.

Stał jeszcze chwilę i w końcu zasugerował:

– Niech pani otworzy. W zasadzie też bardzo jestem ciekaw czy wygląda tak imponująco jak na zewnątrz. Sam lubię takie drobiazgi.

Epimetea z przesadnym pietyzmem uchyliła wieczko.

– Cudne! – wykrzyknęła zachwycona.

Tymczasem niewidoczne dla nieuzbrojonego oka drobinki wymknęły się niepostrzeżenie, udając niewinną mgiełkę. Jednak sensory kurtki wychwyciły kilka znanych sygnatur pikobotów bojowych. Pognały w kierunku adaptacyjnie obieranych celów, by zgodnie z wgranym programem siać zniszczenie.

*

Infrastruktura „Nowego Początku” upadała, gdy zarażone klastry źródłowe przenosiły przekłamane bity do centrów konstelacji systemów zależnych. Zafałszowane informacje zalały ludzkie i biotekowe umysły, inspirując ich posiadaczy do czynów godnych psów wojny. Kulturowo ubogacone społeczeństwo wyciągnęło na wierzch głęboko skrywane różnice, wykorzystując każdy słaby punkt przeciwnika. Przemoc napędzała czarniejące od nienawiści serca. Wróciła bieda, a z nią nierówności i bezprawie.

Na szczycie góry, w rozległej posiadłości przechadzał się pan i władca All-Imp. Podziwiał swoje dzieło, sycił ego ziszczoną zemstą. Zostawił aczkolwiek drobną wskazówkę ukrytą w podwójnym dnie szkatułki, a brzmiała ona: N4D2!3j4 – hasło do cofnięcia chmary samoreplikujących się botów.

Kiedyś zostanie odkryte i użyte, lecz jeszcze nie teraz. Jeszcze nie.

Koniec

Komentarze

Całkiem zgrabnie napisane :) Ale fabularnie jakoś mnie nie porwało, pomimo cyberpunkowego sztafażu, który wcale lubię. Użycie I33tspeecha spoko, sam czasem używam, żeby nieco zaciemnić treść ;)

Historia jest w sumie tożsama z pierwowzorem, zmieniono jedynie Pandorę na Pana Dorę (co brzmi dziwnie), a Epimeteusza na Epimeteę, za tło posłużyła nieodległa przyszłość. Niby wymagana w konkursie zamiana jest, ale… hmmm, tekstowi wcale nie zaszkodziłaby zmiana powrotna, bo nie spowodowałaby zmiany wydźwięku opowiadania.

W tekście jest kilka błędów, ale niewielkich.

 

– Ty swojego nie zmieniaj, jesteś wtedy bardziej wiarygodny – odpowiedział i zatopił zęby mięsie.

Zjadło “w” przed “mięsie”. Sama konstrukcja zdania też mi się nie podoba. “Ty swojego nie zmieniaj, dzięki niemu jesteś bardziej wiarygodny” brzmiałoby lepiej, ale nie będę się upierał ;)

 

Zlustrował ściany zdobione motywami roślinnym: bluszcz ciasno oplatał antyczne kolumny,

Roślinnymi.

 

Zlustrował ściany zdobione motywami roślinnym: bluszcz ciasno oplatał antyczne kolumny,

Roślinnymi.

 

Popatrzył lustro.

Zjadło “w”.

 

Takich drobnostek jest więcej, ale nie przeszkadzają w czytaniu, jednak warto by je wyłapać i poprawić.

 

PS. Jeszcze to nagromadzenie neologizmów (foodraki, kwantopery, grafeglasy, dronmoty itp.) na początku trochę mnie męczyło, ale w dalszej części powoli zanikało i czytało się coraz lepiej.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Hej

 

Przeczytałem i pozwolę sobie zacytować.

Całkiem zgrabnie napisane :) Ale fabularnie jakoś mnie nie porwało

Przez bardzo długi czas (za długi) zastanawiałem się czy przed oczami mam to co autor chciał pokazać bo nie byłem pewny tego cop czytam.

Na plus masz to że dopiero po przeczytaniu całości zorientowałem się o co chodzi z:

– Dora. Pan Dora

Bo odniesienia szukałem raczej w damskim imieniu.

 

Chwilę później wracał z pozostawionym na chwilę pakunkiem.

Powtórzenie.

 

analogowym kebabem

Muszę cie zmartwić ale “analogowy” nie oznacza “nie komputerowy” lub “tradycyjny”. To też jest technologia ale inna niż cyfrowa. (tak czepiam się, tak spaczenie zawodowe. Jak chcesz szczegóły czym się równi jedno od drugiego zapraszam na priv)

https://sjp.pwn.pl/slowniki/analogowy.html

https://sjp.pwn.pl/sjp/cyfrowy;2553934.html

 

Pozdrawiam

 

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

A miałem nie robić redakcji na czczo, bo wtedy zjadam literki. Dzięki @Outta Sewer za wskazanie miejsc, gdzie ich zabrakło. A przy okazji kolejnego czytania, złapałem kolejną gadzinę. Strach pomyśleć, co przyniesie następne podejście.

@aKuba139 – “analogowy” zbrodnia na języku polskim popełniona tutaj świadomie, acz nieroztropnie(zostało poprawione), nie brzmiało to najlepiej, podobnie musi smakować, np. ser analogowy.

Zawsze coś się znajdzie ;)

Przeczytałem drugi raz i tak na świeżo mam jeszcze takie zastrzeżenia:

 

Naprzeciw niego szła kobieta w świetnie skrojonym formalnym stroju ze srebrnymi wstawkami.

Niezgrabne to “naprzeciw niego”. Kobieta w (…) wyszła mu naprzeciw?

 

Rozmówczyni popatrzyła na niego poważnie, potem się zaczęła śmiać.

Tutaj szyk z “się” przeszkadza.

 

Nawet nie zdążył wykonać żadnego gestu, gdy drzwi wili się uchyliły i ukazała się postać młodej kobiety.

willi

 

Próba dostawienia nogi, by odzyskać równowagę zakończyła się ryzykownym szukania rękoma oparcia o cokolwiek.

szukaniem

 

– Paczka! – Rozejrzała się w panice – leżała starannie odłożona w przystrzyżonej trawie, kilkanaście kroków od nich. – Jest pan bardzo szybki – powiedziała z uznaniem i bez podtekstów. Za odpowiedź posłużył szelmowski uśmiech i… czy on puścił jej oko?

Te pauzy tutaj strasznie mącą. Co jest wypoiwadaną kwestią, a co jest didaskaliami. “Puścił jej oko”? “Puścił do niej oczko”?

 

– Niektórzy otrzymują od nich drobne prezenty – wszedł jej w słowo – lub by klient mógł sprawdzić, czy nowy przedmiot zgra się energetycznie z aurą mieszkania.

Przeczytaj to zdanie bez przekreślonego. Trochę bez sensu.

 

Zostawił aczkolwiek drobną wskazówkę ukrytą w podwójnym dnie szkatułki, a brzmiała ona

To “aczkolwiek” brzmi dziwnie. Nie lepiej zwyczajne “jednak”?

 

To tyle. Pozdrawiam serdecznie :)

Q

 

Known some call is air am

@Outta Sewer, za uwagi dziękuję, sugestie również. Niektóre, jak widać, miały wpływ na treść.

Choć jednak zostanę przy “aczkolwiek”.

Spoko, to Twoje opowiadanie, a ja jedynie sugeruję :)

Known some call is air am

Pare niezgrabnych sformuowan, a tak to calkiem zacne. Niezle nazwy i Pan Dora i All-Imp spoko.

Bardzo mi się podobało, głównie ze względu na moją wielką miłość do mitologii greckiej :)

Początek trochę się dłużył,  można by spokojnie sobie darować jedzenie kebaba, a samo odbieranie paczki przez kuriera mocno skrócić. Poza tym w tym fragmencie trochę się zagubiłam o co chodzi, a to ze względu na wydawców, którzy z początku skojarzyli mi się z tymi od książek, a nie od wydawania paczek :D.

Dalej za to było coraz lepiej. Świetnie udały Ci się imiona i nazwy: Pro Mateusz, Pan Dora, oczywiście All-Imp, N4D2!3j4 :) 

i jeszcze te świetne wstawki:

Człowiek, który przechytrzył szefa szefów największego z farmatechów wykradając „Ogień życia”

autor tego dzieła posiadał iście mityczne zdolności odwzorowywania piękna flory.

Nie mam pojęcia, czy specjalnie, ale fajnie wyszło:)

Dodała tonem tak władczym, że najwięksi ze starożytnych królów zgięliby przed nią karki i padli kornie na kolana.

Chociaż tu sądzę, że można by podać więcej szczegółów, np. jakieś imiona: może Midas, Minos, Eurysteus czy jacy tam jeszcze byli :)

 Przekręcił manetkę i pomknął niczym Hermes, mając za napęd turbiny zamiast skrzydlatych sandałów.

Poza tym uważam, że trochę za mało pozmieniałeś. Z samej zmiany płci nie wynikają żadne zmiany w fabule, opowiadanie bez niej w sumie niczym by się nie różniło od tego.

Ogólnie czytało się przyjemnie.

Pozdrawiam:)

Cześć:-) Zgadzam się z Olutą. Początek rzeczywiscie trochę się dłuży. Niemniej czytało się płynnie, bardzo fajny pomysł z imionami oraz z osadzeniem akcji w przyszłości. Lektura przyjemna, ale mnie nie porwało niestety. Pozdrawiam

Cześć, PanKratrzku!

Zaskoczyłeś mnie, bo po takim wstępie z kebabem miałam nadzieję na jakiś bliskowschodni klimat. A tu jednak wschód, ale południowy i to Europy. Zwiodło mnie z pewnością upodobanie do czosnku.wink

A teraz na poważnie… Wstęp do właściwej akcji jest długi, choć niewątpliwie buduje bardzo dobrze atmosferę tej opowieści i pozwala wczuć się w świat przedstawiony. Tylko widzisz, sam motyw zamiany przepływa tu tak mimochodem, jakby nie był do końca ważny dla treści. I to byłoby w porządku, gdyby opowiadanie nie startowało w takim, a nie innym konkursie. Ponadto mam trochę wątpliwości do jego “kulturowego znaczenia”, bo mamy tu zmianę płci i już, żadnych specjalnych reperkusji.

Niemniej z pozycji postronnego czytelnika jestem bardzo usatysfakcjonowana spójnością i ciekawą konstrukcją świata przedstawionego i mam nadzieję, że napiszesz coś jeszcze w podobnych klimatach.

Pozdrawiam!

Fajne przeniesienie mitu o puszce Pandory w przyszłość. Czytało się dobrze. Trochę mi się początek dłużył. I to nie kebab, ale to przekazywanie zlecenia. Mam wrażenie, że ten fragment nic do akcji nie wnosi i spokojnie obyłoby się bez niego. Ale potem poszło już gładko.

Trochę mam jak przedpiścy, niby dobrze się czyta, fajny pomysł, ale też jakoś nie porwało. I cały czas zastanawiam się dlaczego. Doszłam do wniosku, że chyba za mocno skupiłeś się na głównym bohaterze z lekką szkodą dla historii jako takiej. Bo to tak naprawdę jest opowieść o kurierze, a nie o wojnie korpo.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nowa Fantastyka