- Opowiadanie: Sonata - Jedenaście dzikich gwiazdozbiorów

Jedenaście dzikich gwiazdozbiorów

Ekipa betująca: Oidrin, Olciatka i Outta Sewer. Dziękuję za pomoc!

 

Baśń, do której się odwołałam, z jakiegoś powodu szczególnie zapadła mi w pamięć. Zapraszam na science-fiction w wersji soft!

 

21.09 – wprowadzone niewielkie poprawki i usprawnione dialogi.

22.09 – zmienione biliony na miliardy.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jedenaście dzikich gwiazdozbiorów

Światło rozbłysło pośród widmowych mgławic, mrugnęło obok czerwonych karłów i nadolbrzymów tworzących asteryzmy. Yank patrzył, jak łuna wypełnia pole widzenia, niwecząc mrok przestrzeni kosmicznej, jak rozlewa się wszędzie, wciska do oczu. 

Dlaczego pozwolił, by jakaś drobnostka przeszkodziła mu w wykonaniu zadania?

 

***

 

Z każdego kąta sali konferencyjnej dobiegał szmer ożywionych rozmów. Ludzie pili kawę, czytali dokumenty i rzucali ciekawskie spojrzenia w stronę szczytu stołu. W powietrzu unosił się czar ekscytacji. Yank co chwila wymieniał porozumiewawcze spojrzenia z Yvą. Nie mogli teraz porozmawiać – starsza siostra dzieliła się właśnie uwagami z szefową działu energetycznego. On z kolei musiał słuchać dyskusji między ojcem a Mirą. 

„Kiedyś zostaniesz moim następcą, bo choć jesteśmy nieśmiertelni, nie będę wiecznie dyrektorem. Musisz wiedzieć, co się dzieje w firmie” – mówił ojciec, a potem szedł do Miry i mizdrzyli się do siebie. Yank nie znosił tej kobiety, ona też go nie lubiła, ale chyba jeszcze bardziej nienawidziła jego sióstr.

W drugim rogu sali widział Curtisa – wiecznie zadowolonego z siebie picusia-glancusia, syna Miry, który używał więcej kosmetyków niż wszystkie siostry Yanka razem wzięte. Oparty niedbale o ścianę, szczerzył się do otaczających go dziewczyn. Odkąd zostali przybranymi braćmi, dokładał wszelkich starań, by uprzykrzyć Yankowi życie. We wszystkim chciał być lepszyI rzeczywiście był.

Światła zgasły, a przy wschodniej ścianie sali wyrósł hologram z napisem „Witamy!”. Wszyscy ucichli i zajęli miejsca. Ojciec Yanka stanął za metalową mównicą, a reflektor rozjaśnił jego twarz. 

– Witam na konferencji poświęconej naszemu nowemu wynalazkowi – zaczął. – Jestem Revon Deneby, dyrektor Deneby’s Teleportation Company.

Napięcie w sali czuło się przez skórę. Konferencje, bądź co bądź, rzadko odwiedzał sam dyrektor. 

– Dziś przełomowy dzień dla przemysłu teleportacyjnego. Z moją świętej pamięci Rozą – wzniósł oczy ku sufitowi – ciężko pracowaliśmy, by zapewnić ludziom szybkie podróże. Jednak nasza firma do tej pory była w stanie teleportować tylko na niewielkie dystanse. Mamy dwudziesty drugi wiek i pora, by przełamać ograniczenia. Oto Transsfer-X! – Na hologramie pojawiło się dziwaczne urządzenie przypominające wąską kabinę prysznicową. – Dzięki niemu żaden dystans nie będzie nam straszny! O urządzeniu opowie moja żona Mira, która pomogła opracować ten prototyp!

Cofnął się wśród oklasków. Za mównicą stanęła Mira. Obniżywszy mikrofon, oznajmiła: 

– Jak mówił mój mąż, teraz dystans nie stanowi dla nas problemu. Żaden. Nawet kosmiczny.

Z ust osób zgromadzonych w sali rozległy się pełne uznania westchnienia.

– Transsfer-X potrafi przetransportować ludzką świadomość na dowolny dystans i do dowolnego znanego nam obiektu. – Na hologramie wyświetlił się schemat urządzenia. Mira omówiła poszczególne części.

Ludzie chciwie łapali każde jej słowo, z zachwytem oglądając elementy maszyny. Mira skończyła prezentację z wyrazem niezmąconego zadowolenia na twarzy. 

– Jakieś pytania?

Zgłosił się mężczyzna w niebieskim garniturze, którego Yank kojarzył z działu mechaniki.

– Urządzenie może teleportować na dowolny dystans, dobrze. A z powrotem?

– Żeby móc teleportować kogoś z powrotem, trzeba przewieźć aparaturę transferującą w pobliże obiektu, do którego przeniósł swoją świadomość. Inaczej nie będzie mógł wrócić. Więc, aby wszystko zakończyło się pełnym sukcesem, musimy najpierw przetrzeć szlak oraz na miejscu ulokować drugie ciało, androida. Nie ma sensu transferować człowieka do przedmiotu, który nie jest w stanie się poruszyć.

Entuzjazm publiczności nieco ostygł.

– Jednak pokonaliśmy dystans, a to olbrzymi krok w rozwoju teleportacji i podróży kosmicznych – przemówił dyrektor.

Konferencja zakończyła się. Yank przeciskał się przez tłum rozgadanych uczestników w stronę Yvy, jednak ojciec go zatrzymał.

– Yank, chciałbym ci coś powiedzieć. – Chłopak kątem oka dostrzegł przysłuchującą się Mirę. – Jesteś naszym najlepszym inżynierem. Umiejętności, jak nic, odziedziczyłeś po matce. Dlatego mianuję cię naczelnym koordynatorem prac nad Transsfer-X!

– Co? – zapytała Mira. – To ja miałam być koordynatorem!

– Kochanie, musisz mieć więcej czasu na poznanie moich jedenastu córek!

W oczach Miry pojawiły się niebezpieczne błyski. 

– Mam siedzieć w domu z twoimi córkami? Myślisz, że na to pozwolę? – warknęła i nie czekając na odpowiedź, odeszła.

– Mira jak zwykle w świetnym humorze! – skwitował ojciec. Yank patrzył za oddalającą się kobietą. Coś w jej słowach sprawiło, że przeszedł go dreszcz.

– Tato, może ja jednak zostanę przy taśmach…

– No co ty, synu? Masz talent i idealnie nadajesz się na koordynatora. Nie pozwolę, byś się marnował przy taśmach!

– Och, co ja słyszę! – Nie wiadomo skąd pojawił się Curtis. – Gratuluję. – Zacisnął zęby, miażdżąc dłoń Yanka w uścisku. – Dobrze mieć tatusia-dyrektora, co? – wysyczał Yankowi do ucha tak, by ojciec nie usłyszał.

 

***

 

Morgana patrzyła na młodzieńca stojącego z zamkniętymi oczami pośrodku komory. Z jej myśli wybijała się jedna: Nie powinno go tu być. 

Usta gościa się rozchyliły. Najpierw ledwie zauważalnie, potem coraz szybciej, gałki oczne zaczęły wariować pod powiekami. Mały palec lewej dłoni drgnął.

Marszcząc czoło, chłopak otworzył oczy. Rozejrzał się po pokoju, zaczął oglądać własne dłonie. Zaciskał je i rozprostowywał, jakby przyzwyczajając się do poruszania ciałem. Zauważywszy Morganę, powiedział coś w niezrozumiałym języku. Włączyła szybko translator: „Gdzie ja jestem?”. Wytrzeszczyła oczy, bo urządzenie podpowiedziało, że gość mówi jednym z języków staroziemskich. To musiał być błąd.

– DC Kaitos – odrzekła.

– Dziwnie się czuję… – wyznał i spojrzał przez okno na niebo.

Gwiazdy mrugały na grafitowym niebie, nad taflą oceanu i leżącym przy brzegu rozmigotanym miastem. Młodzieniec szukał czegoś na milczącym firmamencie. Jego wzrok się zatrzymał, a oczy rozbłysły. Potem ich spojrzenie padło na błyszczące srebrne budynki. Kolorowe światła wysyłały w nocne niebo jasną łunę. 

– Nie poznaję tego miejsca. Ale skoro gwiazdy są te same, to nie szkodzi.

Oparł dłonie na parapecie. 

„Nadal mogę je zdobyć.” – przetłumaczył translator. 

Ten chłopak… dlaczego tak mówi? Morganie ścisnęło się gardło.

 

***

 

Trochę dałem ciała… – pomyślał, obserwując mrugający do niego gwiazdozbiór Łabędzia. Krzyż Północy przypominał klucz odlatujących ptaków. Co się właściwie stało? Usilnie próbował wydobyć ostatnie wspomnienia z głębi umysłu. Tak, pamięta! Wybuch, światło, przerwane zadanie. Wszystko przez jego dumę! 

Otrzymał od losu misję. Choćby miał przemierzać kosmos przez wieki, musiał ocalić siostry. Przyrzekł im to. Lecz ten cholerny Curtis poleciał za nim. Zachciało mu się pojedynku w takiej chwili! Yank mógł go zignorować i lecieć dalej. Curtis nie goniłby go przecież aż do Łabędzia. Ale Yank przegrał ostatni pojedynek na lasery i nie mógł przepuścić okazji do odegrania się. Ten jeden raz chciał być lepszy.

Był pewien, że tego dnia wygra, niedawno przecież zainstalował najsilniejszy laser, jaki istniał. Pech chciał, że Curtis też. Walczyli w pobliżu czarnej dziury. Ten wybuch, gdy ich wiązki się zderzyły… System pilotowania całkiem zwariował, czujniki ryczały, a cyferki daty zmieniały się jak szalone… I potem ocknął się tu. Musieli go jakoś odratować, lecz dziwne było, że nie czuł żadnych obrażeń. Ciekawe, czy Curtis przeżył?

Zresztą, nie będzie się przejmował tym picusiem! Musiał jak najszybciej kontynuować misję, której nawet jeszcze na dobre nie zaczął. Powinien się zmienić. Sprawić, by teraz poświęcenie, a nie bezsensowna rywalizacja, było całym jego życiem. Miał do tego siłę, czuł ją w mięśniach.

– Gdzie jest mój statek? – zapytał wprost. Nie miał czasu na konwenanse.

Dziewczyna, u której się znalazł, popatrzyła ze zdziwieniem i pokręciła głową.

– A… aparatura transferująca?

Wzruszyła ramionami. Chyba nie wiedziała, o co mu chodzi.

– Słuchaj, potrzebny mi statek! Zapłacę każdą cenę! Gdzie ja w ogóle jestem? Co to za kraj?

Wyglądała, jakby wpatrywała się w coś, czego on nie widział. Po chwili odpowiedziała z mocnym akcentem:

– Pojawiasz się znikąd w mojej komorze restartowej i masz dziwne żądania. To chyba mi należą się wyjaśnienia. – Miała suchy, chłodny głos, trochę jak syntezator.

– Nie mam czasu na wyjaśnienia!

– Więc ci nie pomogę.

Yank westchnął. Spojrzał na gwiazdy i na błyszczący ocean, w którym się odbijały. Teraz dopiero zauważył, że jego tafla była nienaturalnie gładka, bez żadnej zmarszczki. Dziwne.

– Dobrze… – Yank chciał to załatwić szybko. – Druga żona ojca przetransferowała świadomość moich sióstr do gwiazdozbioru Łabędzia i jego odpowiedników rozsianych po wszechświecie nad jedenastoma Ziemiami. Muszę je wszystkie odnaleźć i transferować z powrotem. Wszystko byłoby okej, gdyby nie mój rywal, który chciał ze mną pojedynku na lasery, kiedy wyruszyłem. Musiałem się zgodzić, żeby mu pokazać… Ech, nieważne zresztą. Zaczęliśmy walczyć, ale pojedynek zakończył się gigantycznym wybuchem w pobliżu czarnej dziury i znalazłem się tutaj.

– Czyli… ty naprawdę jesteś z Ziemi? – Morgana zrobiła okrągłe oczy. 

– Chyba wszyscy jesteśmy, nie?

– Niekoniecznie… Nie wiem, jak to się stało, ale wygląda na to, że wybuch w sąsiedztwie czarnej dziury przeniósł cię w przyszłość. W dodatku w jakiś sposób twoja świadomość trafiła do naszej symulacji cyfrowej! Może ta aparatura transferująca, którą miałeś na pokładzie, przeniosła twój umysł do naszego komputera?

– Zaraz… jak to: naszej symulacji?

Morgana spojrzała na dłonie i zacisnęła je. 

– Ze względu na warunki, jakie zaistniały w kosmosie, cywilizacja ludzka musiała zrezygnować z materialnych ciał i przenieść się do symulacji cyfrowej na niezależnych statkach.

– Ale… to ile lat naprzód się przeniosłem?

Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń.

– Z moich informacji wynika, że około sto pięćdziesiąt miliardów.

Sto pięćdziesiąt miliardów lat? Tyle czekały…? 

– Ja… Muszę jak najszybciej dostać się do gwiazdozbioru Łabędzia! – powiedział drżącym głosem, patrząc w niebo.

Morgana pokręciła głową.

– To, co widzisz na niebie, to tylko wytwór symulacji. Era galaktyczna zakończyła się miliony lat temu. Wszystkie gwiazdy umarły.

Umysł Yanka ogarnęła pustka. Dotknął szyby. Cyfrowe gwiazdy patrzyły, jak po jego policzku spływa cyfrowa łza. 

Koniec

Komentarze

Jestem na tak do biblioteki, warsztat dobry, czytało się sprawnie, a teraz przejdźmy do szczegółów:

– "picusia-glancusia" – opisz "picusia-glancusia". Wiem, co to sformułowanie znaczy, ale wolałbym bardziej wyrazisty opis.

– “oparty o ścianę w pozie „luzaka”" – j/w

– "z moją świętej pamięci Rozą (…) ciężko pracowaliśmy, by zapewnić ludziom szybkie podróże. (…) O urządzeniu opowie Mira, moja obecna żona, która pomogła opracować ten prototyp. – wyliczanie żon. Dla dalszej akcji nie ma nie za zbytniego znaczenia, można wyciąć, ale można też zostawić. Kwestia gustu :)

– “przetransferowała świadomość moich sióstr do jedenastu gwiazdozbiorów Łabędzia rozsianych po wszechświecie nad jedenastoma Ziemiami.” – tak, we wszechświecie rzeczy mogą być powtarzalne, ale nazywanie jedenastu podobnych układów gwiazd tak samo jest dla mnie rozwiązaniem kiepskim :P

– Spójność: Morgana nie wie, kim on jest. Chce wyjaśnień – On mówi coś o wybuchu przy czarnej dziurze – Morgana wiąże wybór z Ziemią (lepsze byłoby powiązanie z daną misją kosmiczną, po podaniu dodatkowych szczegółów przez bohatera; we wszechświecie takich powiązań (losowy wybuch przy czarnej dziurze) mogą być miliony) – Stwierdzenie, że wybuch przeniósł go w przyszłość (bardziej prawdopodobne będzie: znaleźliśmy twój starożytny sygnał i wgraliśmy do naszej symulacji. Motyw występujący w literaturze i filmach: po rozmrożeniu jaskiniowca nikt nie mówi mu, że zlodowacenie przeniosło go w przyszłość -> raczej jest traktowany jak artefakt dawnych czasów) – Sto pięćdziesiąt bilionów lat w przyszłość i kompatybilność została zachowana… Dorzuć jakieś teorie naukowe lub coś, co brzmi jak teorie naukowe. Aktualnie nie jestem uruchomić na Windows 7 niektórych programów, które był robione pod Windows 98, a tutaj sugerujesz kompatybilność sygnałów sięgającą bilionów lat :P

 

Fajny twist na końcu.

Opowiadanie trochę skojarzyło mi się z netflixowym “Love, Death & Robots”, odcinek “Beyond the Aquila Rift”. 

Motyw przechowywania świadomości lub transferu w przyszłość czy pomiędzy światami fajnie został opisany w trylogii "Takeshi Kovacs" (netflixowe “Altered Carbon”; książki bardzo dobre, serial spłycił je dość mocno – więc jeśli chcesz silne źródła, to bierz książki).

A false friend and a shadow attend only while the sun shines

I znowu bardzo fajny retelling:) też mi się od razu skojarzyło z Altered Carbon co prawda, ale dla mnie jak najbardziej na plus. Bardzo mi się podoba Twój warsztat. Dla mnie duży przeskok między teraźniejszością a przyszłością, chyba zamiar retrospekcji wolałabym zdarzenia opisane pod koniec jednak umieścić w teraźniejszości. Ale to tylko taka moja wizja!

Cześć, Sonato!

Dobre opowiadanie. Nie tykam kwestii techniczno/fizyczno/naukowych, bo raz że to nie moja bajka, a dwa nie chcę psuć sobie odbioru przez zastanawianie się czy to lub tamto jest prawdopodobne czy też nie.

Początek wydał mi się złym rozwiązaniem, gdyż nie lubię być zasypywany na dzień dobry nazwami lub imionami (a te masz naprawdę fajne!). Dalej jednak zrozumiałem, że w tym konkretnym przypadku było to dobre rozwiązanie. Poznanie tych wszystkich bohaterów było niezbędne do dalszej historii, więc rozgrzeszyłem Cię całkowicie w tej kwestii ;)

Motyw świadomości przesłanej przez złą żonkę do gwiazd, super. Końcówka, czyli desperacja Yanka, kiedy dowiaduje się o czasie, jaki minął, chęci ratowania sióstr a potem informacja o wymarciu gwiazd i o tym, że to co widzi to tylko symulacja – miodzio jak dla mnie.

Zgłaszam i pozdrawiam

dO.ob

Hej :)

 

Bravincjusz napisał:

O urządzeniu opowie Mira, moja obecna żona, która pomogła opracować ten prototyp. – wyliczanie żon. Dla dalszej akcji nie ma nie za zbytniego znaczenia, można wyciąć, ale można też zostawić. Kwestia gustu

Told Ya, Sonato ;)

 

Sto pięćdziesiąt bilionów lat w przyszłość i kompatybilność została zachowana… Dorzuć jakieś teorie naukowe lub coś, co brzmi jak teorie naukowe. Aktualnie nie jestem uruchomić na Windows 7 niektórych programów, które był robione pod Windows 98, a tutaj sugerujesz kompatybilność sygnałów sięgającą bilionów lat

To, że kompatybilnośc została zachowana jakoś specjalnie nie powinno dziwić. Jeśli przeniósł się przez czarną dziurę, wpadając za Horyzont Cauchy’ego, to zakładając, że podróże w czasie są możliwe, możemy równie dobrze założyć, że dla niego podróż trwała nie 150 bilionów lat ale może nawet kilka sekund. Mnie bardziej zastanawia, jak cywilizacja istniejąca tak daleko w przyszłości zachowała wiedzę na temat ludzkich języków z okresu XXII wieku.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Ciekawy pomysł z przeniesieniem baśni Andersena w realia SF, dopiero pod koniec tekstu zorientowałem się, którą bajkę wybrałaś. Ogólnie – podobało mi się, choć jakieś uwagi też się pojawiły.

Myślę, że można byłoby dopracować dialogi, żeby brzmiały bardziej naturalnie i mniej „infudompowo”.

Sto pięćdziesiąt bilionów lat – tutaj według mnie zdecydowanie przesadziłaś. Historia życia na Ziemi obejmuje kilka miliardów lat i pomyśl tylko, jak życie w tym czasie się zmieniło. Analizując liczby wychodzi na to, że rozwój dzisiejszych cywilizacji z pierwotnych komórek nie zajął nawet jednego promila czasu, który upłynął w trakcie transferu świadomości bohatera przed ostatnim fragmentem. Nawet biorąc pod uwagę, że to symulacja, wygląda ona zdecydowanie zbyt podobnie do dzisiejszego życia.

Bravincjuszu, dziękuję za klika i przeczytanie. Co do picusia-glancusia i luzaka, mi tam się te określenia podobają, bo pasują do charakteru głównego bohatera i narracji od jego strony, ale jeszcze nad tym pomyślę, jak Ninedin odpowie, czy można jeszcze wprowadzać poprawki. To samo z Ziemiami, chociaż tam może nie tyle chodziło mi o nazwę, a po prostu określenie oznaczające planetę taką samą jak Ziemia. Hmm, co do innych zaproponowanych przez Ciebie zmian, musiałabym pomyśleć nad tym dłużej, ale są to dość poważne zmiany logiczne, a konkurs się już zakończył, więc raczej do ogłoszenia wyników nie będę mogła nic z tym zrobić. Zaznaczyłam w przedmowie, że jest to soft sf, czyli nie wszystko musi być realne naukowo itp. Jest to po prostu bajka w otoczce sf, więc myślę, że konwencja soft pasuje tutaj, bo elementy niezbyt naukowo potraktowane można tłumaczyć bajkowym fatum :) Cieszę się, że czytało się sprawnie. Zerknę na te książki.

 

Czarna Adelajdo, dziękuję za przeczytanie i komentarz :) Miło mi, że podoba Ci się warsztat. Hmm, nie wiem, czy dobrze rozumiem Twoje słowa, umieściłam zakończenie w przyszłości, bo chciałam się odnieść do jednej z teorii końca wszechświata, gdzie wszystkie gwiazdy umierają, co pasowało do fabuły.

 

Realucu, dziękuję za przeczytanie i tak pozytywną opinię :) Tak, musiałam wszystkich przedstawić na początku, żeby potem było wiadomo, o co chodzi. Cieszę się, że pomysł na przesłanie świadomości sióstr do gwiazd i końcówka się podobały :)

 

Outto, no właśnie z tymi żonami, to jednak one były potrzebne wg mnie, bo chciałam zaznaczyć, że rodzona matka Yanka i jego sióstr nie żyje, a ulokowanie tej informacji gdzieś indziej mi nie pasowało, choć próbowałam. Trochę zmieniłam ten akapit po Twojej becie, żeby była żona dyrektora jednak po coś w tej wypowiedzi była :)

Mnie bardziej zastanawia, jak cywilizacja istniejąca tak daleko w przyszłości zachowała wiedzę na temat ludzkich języków z okresu XXII wieku.

Przytoczę dla ewentualnych czytelników, co pisałam na becie, jak to wygląda z mojej strony:

Z jednej strony racja, z drugiej pomyślałam sobie, że skoro teraz jesteśmy w stanie teraz odtworzyć, co było w czasie Wielkiego Wybuchu, to za 150 bln lat być może wynajdziemy takie coś, co będzie mogło odtworzyć dawne języki? Zresztą teraz wszystko jest w internecie, a z niego tak łatwo rzeczy nie znikają, więc możliwe, że akurat współczesne języki przetrwają dość długo.

Perrux, dziękuję za przeczytanie i komentarz! Cieszę się, że się podobało. Popracuję nad dialogami, jak już będzie można. Co do stu pięćdziesięciu bilionów lat – to tylko gdybanie, co kiedyś będzie, a czego nie. Życie ludzkiej cywilizacji mogło się zmienić bardzo, mogło też zatoczyć koło i wrócić do korzeni :) Na potrzeby bajki taka właśnie symulacja była mi potrzebna.

Spoko, luz. To tylko moje, takie ta, uwagi ;)

Known some call is air am

Nie, nie! Chodziło mi o przeskok między rozdziałem kończącym się słowami „tatuś dyrektor” a kolejnym z Morganą – wyjaśnienie, co się działo pomiędzy, wstawiasz dopiero potem w formie retrospekcji, mi by się bardziej podobało po kolei, zgodnie z chronologią zdarzeń:) 

Cześć, Sonato! Myślę, że w sumie na becie dałam tylko część opinii o tekście, więc wrzucę teraz jakieś rozszerzenie.

Zatem to bardzo interesująca adaptacja baśni w futurystycznej oprawie. Dajesz krótki, ale sugestywny opis świata orz relacji między postaciami, nie jątrzysz kwestii technologicznych, choć dajesz tyle szczegółów, że wyobraźnia czytelnika może spokojnie pracować i dopowiedzieć sobie resztę. Czyli zgraby szorciak Ci wyszedł. Satysfakcjonujący czytelniczo, bo nie mam wrażenia, że dałaś mi tylko palec.smiley

Pozdrawiam i klikam bibliotekę.

 

Adelajdo, a, już rozumiem. No, tak jakoś mi pasowało zrobić z retrospekcją, niż pisać wprost :) 

 

Oidrin, dziękuję za pozytywną opinię. Cieszę się, że poczułaś satysfakcję czytelniczą :)

Cześć!

Z opowiadania najbardziej podobało mi się zakończenie, ostatnie kilka akapitów rzeczywiście jest super, to przeniesienie ludzkości do symulacji komputerowej intryguje.

Co oczywiście nie znaczy, że wprowadzenie i środek było nudne. :)

Ogólnie czasu nie zmarnowałem, a wiedz, że mam na półce tyle nieprzeczytanych książek, np. Hyperiona, że konkurencję miałaś całkiem zacną. ;)

Pozdrawiam!

Łap się Corrin za Hyperiona. Dla mnie jedna z najlepszych książek jakie czytałem :)

Known some call is air am

Jednak nasza firma do tej pory była w stanie teleportować tylko na niewielkie dystanse. Lecz mamy dwudziesty drugi wiek i pora, by przełamać ograniczenia.

Słowa różne, ale przeciwstawne znaczenie takie samo. Unikałbym, moim zdaniem brzydko to wygląda – pokusiłbym się o usunięcie “lecz”.

 

Czytało mi się w porządku. Przyznam, że nie znam tej baśni Andersena, stąd zapewne umknęło mi co nieco, natomiast mogę się wypowiedzieć o tekście jako takim.

Nie jestem pewien, Sonato, czy tematyka SF Ci służy. Poziom fluktuował i momentami było fajnie, ale momentami, gdy aż się prosiło, żeby pociągnąć temat pod hard SF, tak jakby brakowało Ci pary i postaci zaczynały “walczyć laserami”. Nikt by się nie czepiał, gdybyś uczyniła z tej historii opowieść o ludziach, kwestię science zostawiając gdzieś z boku – jako istotny, ale jednak element tła. Tymczasem zdecydowałaś się stanąć w rozkroku i wypadło nieco nieporadnie.

Zakończenie bardzo fajne. Od razu nasuwa do głowy pytania: skoro wszechświat się skończył, a gwiazdy poumierały, to jakim cudem symulacja jest w stanie nadal trwać? Paradoksalnie chyba dobrze, że nie próbujesz tutaj narzucać konkretnych odpowiedzi, bo ktoś upierdliwy [ ;) ] mógłby podważać proponowane rozwiązania. Sprytne, dobrze zastosowane niedopowiedzenie.

Na dialogi pogrożę paluszkiem. Miejscami za dużo w nich ekspozycji, zdarzają się też nienaturalne fragmenty – np. ktoś tam przedstawiał żonę i odniosłem wrażenie, jakby mówił o obcej kobiecie, z którą go nic nie łączy. Curtis wypadł także w bardzo przerysowany sposób.

Nie znam konkurencji, ale – powodzenia w konkursie!

Corrinnie, dziękuję za pozytywny komentarz, miło mi :)

 

MrBrightside, również dziękuję za komentarz i opinię. Tak to jest, jak się human zabierze za sf :) Aczkolwiek myślę, że w takim bajkowym tekście nie są konieczne elementy hard sf, ale będę uważać w przyszłych tekstach na wspomniane przez Ciebie kulawe momenty. Nad dialogami popracuję, jak Ninedin pozwoli, trochę późno wpadł mi do głowy pomysł i miałam mało czasu na dopracowanie wszystkiego. Wszechświat się nie skończył, skończyła się tylko era galaktyczna, a po niej nastała era ciemności i chłodu. Inspirowałam się tym filmikiem i trzecią teorią: https://www.youtube.com/watch?v=WABvrUOnmMA&ab_channel=Astrofaza Cieszę się, że zakończenie się podobało!

Baśni, na której się opierałaś nie znam, więc pewnie nie wszystko wyłapałam. Czytało się dobrze. Trochę mnie ten pojedynek na lasery z taktu wytrącił, bo trochę to dziecinne zachowanie ze strony bohatera było, a na takiego nie wyglądał. Poszłaś w tym momencie mocno w bajkowość, choć początek zapowiadał raczej science– fiction. Rozumiem jednak, że było potrzebne fabularnie :)

Myślę, że opko zyskałoby, gdybyś je trochę rozwinęła. Do limitu Ci jeszcze sporo brakuje, domyślam się jednak, że zadziałała kwestia czasu.

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

myślę, że w takim bajkowym tekście nie są konieczne elementy hard sf

Jasne, zgadzam się. Natomiast odniosłem wrażenie przy początku opowiadania, że tekst celuje w nieco twardszą warstwę science.

A bubelki poprawiaj, póki nie widzą. Nic Ci nie udowodnią! ;D

Heeej :)

 

Generalnie podobało mi się. Nieco czepialstwa powtórzę za moimi komentarzowymi poprzednikami.

Zamiana fajnie wyszła, historia nieco mniej znana, więc nie do końca kumałem na początku jaka to baśń, co było dobre :) Czytało się przyjemnie, bez zgrzytów.

 

Science nie do końca tutaj gra, dla mnie największe zastrzeżenia to:

– urządzenie do przenoszenia świadomości: uważam, że powinny być dwie kabiny do transferu, jedna kabina wysyła transfer, druga go przyjmuje. Wysłanie świadomości do dowolnego obiektu, który znajduje się w dowolnym miejscu, ale poza kabiną odbierającą transfer, wydaje mi się niemożliwe;

– podobnie jak Perrux uważam za sporą przeginkę te sto pięćdziesiąt milionów lat ;)

 

Dodatkowo: duży przeskok fabularny po scenie prezentacji transfer x sprawił, że nieco się zgubiłem.

 

Z nawiązań fabularnych, to moje pierwsze skojarzenie to film Mucha, może warto byłoby zabezpieczyć transfer-x przed owadami? :D

 

Exit light

Cześć.

 

Opowiadanie przypomina mi trochę odwrócony “Jaunting” S.Kinga, ale to może tylko takie wrażenie. Generalnie jest fajne, ale ten twist na końcu… no, to jest lekka przesada XD

150 000 000 000 000 lat to kawał czasu. Już stwierdzenie, że cokolwiek obdarzonego świadomością będzie istnieć tyle czasu, jest bardzo odważne. Według mnie, o ile nie zakładamy, że ludzkość wymrze, to wyobrażanie sobie czegokolwiek w przyszłości bardziej odległej niż jakieś 10 000 lat jest bardzo problematyczne, i nie zabierałbym się za to.

 

Ale z drugiej strony, nie mogę dyktować nikomu, co ma robić. Jeśli pisanie o takich hardkorowych konceptach sprawia ci przyjemność, to pisz :)

Precz z sygnaturkami.

Już stwierdzenie, że cokolwiek obdarzonego świadomością będzie istnieć tyle czasu, jest bardzo odważne.

 

A może sama świadomość jest nieśmiertelna i może? ;) Ale to gdybanie jest i czary mary w sumie. ;)

 

BasementKey napisał: 

– urządzenie do przenoszenia świadomości: uważam, że powinny być dwie kabiny do transfery, jedna kabina wysyła transfer, druga go przyjmuje. Wysłanie świadomości do dowolnego obiektu, który znajduje się w dowolnym miejscu, ale poza kabiną odbierającą transfer, wydaje mi się niemożliwe;

 

Z jednej strony tak, ale czy na pewno możemy stwierdzić, że takie coś nie zostanie kiedyś wymyślone? Na podstawie dzisiejszej wiedzy, chyba nie, ale cholera wie, co będzie za X lat.

Zastanawiam się, na czym, Sonato, oparłaś ten pomysł, bo najbardziej pasuje mi do tego splątanie kwantowe, ale właśnie do takiej teleportacji byłoby potrzebne drugie urządzenie odbierające. Ale mniejsza. Nie będziemy się tu rozwodzić nad fizyką. :)

Przejdę do tekstu: 

Zaczęłaś ładnym opisem, wprowadzając czytelnika w klimat. Dalej, ten nieco tajemniczy klimat ustąpił miejsca samej historii. Piszesz płynnie, miejscami nawet poetycko, ale nie przesadzasz z tym. Może ze dwa razy coś tam mi zgrzytnęło. 

Nie znam tej baśni, chociaż coś w głowie świta. 

Czy te 150 bilionów lat to gruba przesada? Brzmi grubo. ;) Moim zdaniem podjęłaś się niełatwego zadania. Połączyłaś elementy baśniowe z science fiction. Mogłaś totalnie polec, ale udało ci się tak dobrać elementy sci i baśniowe, że wyszło całkiem ładne opowiadanie. 

Widzę, że przeniesienie tekstu do Biblioteki to tylko kwestia czasu, więc już tylko pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie. :)

 

Irko, dziękuję za komentarz i klika!

Trochę mnie ten pojedynek na lasery z taktu wytrącił, bo trochę to dziecinne zachowanie ze strony bohatera było, a na takiego nie wyglądał

Chciał się odegrać na “przeciwniku”, męska duma :) Dziecinność jak najbardziej zamierzona :)

 

BasementKey, dziękuję za opinię! Co do urządzenia przenoszącego świadomość: wynalazek, jak to wynalazek, znaleźli sposób na to, a że konwencja soft, to nie koncentrowałam się na tym: jak :)

– podobnie jak Perrux uważam za sporą przeginkę te sto pięćdziesiąt milionów lat ;)

Dla mnie ta przeginka miała być zaletą opowiadania i pobudzać wyobraźnię, a nie wadą, ale jak widać, nie wyszło ;_; 

Z nawiązań fabularnych, to moje pierwsze skojarzenie to film Mucha, może warto byłoby zabezpieczyć transfer-x przed owadami? :D

Hmm, nie oglądałam, ale brzmi ciekawie ;)

 

Niebieski kosmito, dziękuję za wizytę i komentarz!

150 000 000 000 000 lat to kawał czasu. Już stwierdzenie, że cokolwiek obdarzonego świadomością będzie istnieć tyle czasu, jest bardzo odważne. Według mnie, o ile nie zakładamy, że ludzkość wymrze, to wyobrażanie sobie czegokolwiek w przyszłości bardziej odległej niż jakieś 10 000 lat jest bardzo problematyczne, i nie zabierałbym się za to.

Niby kawał czasu, ale miałam taką wizję świata za te 150 bln lat i chciałam ją tam umieścić. Liczyłam, że czytelnikom się to spodoba. Mi tam wydaje się takie coś super-odjechane i uważam to za zaletę. Gdybanie, co będzie za 150 bln lat to rzeczywiście cienki lód, ale wydało mi się inspirujące (polecam filmik z linku wyżej).

 

Saro Winter, dzięki że bronisz opka :D Cieszę się, że się podobało. Hmm, pomysł na urządzenie transferujące wzięłam w zasadzie z głowy, nie odwołując się do niczego konkretnego.

Nie będziemy się tu rozwodzić nad fizyką. :)

Otóż to! :)

Czy te 150 bilionów lat to gruba przesada? Brzmi grubo. ;)

No właśnie, chciałam żeby to była zaleta opka, to brzmienie grubo :D 

Podobało mi się, jak przeniosłaś bajkę Andersena, na scenę lekkiego s-f. Zamiast zamiany w łabędzie, mamy umysły sióstr przeniesione do gwiazdozbiorów Łabędzia – bardzo oryginalny pomysł ;) Podoba mi się też zakończenie (wiem, dziwnie to brzmi), że mimo starań i podobnej determinacji co w oryginale bratu nie udaje się uratować rodzeństwa.

A i grałaś może w Somę? Jeżeli nie to polecam, a jeśli nie jesteś graczem, to możesz zerknąć na gameplay na YouTube (zresztą każdemu polecam). Jest to bardzo oryginalny horror, w którym niemal nie można uświadczyć jumpscarów. Opowiada bardzo ciekawą historię mężczyzny, który pewnego dnia budzi się na stacji (placówce badawczej). Nic co widzi, nie przypomina jego świata, a my wraz z nim odkrywamy co się tam naprawdę dzieje. Nie spoilerując – czytając końcówkę twojego opowiadania, wyczułam podobny klimat jak z końcówki gry, a przede wszystkim to, co bohater czuje :)

Kasjopejatales, dziękuję za komentarz i cieszę się, że podoba Ci się zakończenie! W grę nie grałam, ale brzmi ciekawie, na pewno zerknę :)

Chciał się odegrać na “przeciwniku”, męska duma :) Dziecinność jak najbardziej zamierzona :)

Ach, te chłopy ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

:) :D

Sonato,

powtórzę swoją opinię z bety. Bardzo podoba mi się pierwszy akapit, przyciąga uwagę i zachęca do lektury. “Dzikie łabędzie” to mało znana baśń, nie pamiętam szczegółów oryginały, ale moim zdaniem wyszła Ci ciekawa zamiana nie tylko ze względu na płeć. Uważam, że umiejscowienie akcji w odległej przyszłości wyszło temu opowiadaniu na dobre. Dramatyczne poszukiwanie sióstr właściwie bez szansy na powodzenie. 

Całość czyta się płynnie, bez żadnych dłużyzn. 

Nie jestem pewna, czy masz już wystarczającą liczbę głosów do biblioteki, więc dla pewności dołożę jeszcze swój:-)

pozdrawiam serdecznie

Olciatko, dziękuję za komentarz i klika :)

Całkiem fajne, acz skondensowane.

Science fiction wygląda na trochę nierówne, bo początek wydaje się być taki trochę rodem z poważniejszego SF, a później jednak wtłaczasz miejscami w ten tekst więcej baśniowości, przez co ni cholery nie wiadomo, jak do końca ten tekst oceniać. Bo z jednej strony, jeśli jako poważne SF, to pewne elementy się tam trochę gryzą (lasery, biliony lat), Z drugiej, jeśli jednak oceniamy jako rodzaj baśni opartej na SF, to jednak niektóre fragmenty trochę poza ten gatunek wykraczają (wspomniany już wstęp na przykład, jak pisałem, zapowiada coś poważniejszego).

Samej baśni nie znałem, więc trudno mi ocenić retelling jako taki. Jeżeli miałbym się skupić na historii, to jednak żałuję, że nie jest nieco dłuższa. Jest temat teleportacji, są jakieś pokręcone relacje międzyludzkie, gdzieś pomiędzy tym musi się rozwijać cała historia. Słowem, trochę sporo tych elementów, jak na niecałe 10 000 znaków, przez co żaden nie wybrzmiewa do końca tak, jak powinien.

Generalnie bardzo się cieszę, że tekst trafił już do biblioteki, bo tak, jak moim zdaniem zasługiwał na klika, tak komentarz napisało mi się w taki sposób, że ciężko byłoby mi to udowodnić. :D

Powinienem teraz więc dla równowagi trochę pochwalić, ale wiesz… przeczytałem do końca. Gdyby mi nie podeszło, to bym się nie męczył. To chyba wystarczający argument, że wyszło Ci to opowiadanie całkiem nieźle, nie? ;-)

Dobra, wiem, że nie, ale naprawdę tekst wypadł nieźle, a marudzę, żeby następnym razem wyszedł po prostu dobrze. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo fajny pomysł z gwiazdozbiorem Łabędzia. Miodny wręcz.

Coś w tym jest, że siostrze udało się uratować braci niemal w całości, a chłopak wdał się w jakąś durną potyczkę. W tym przypadku zamiana wszystko wywróciła do góry nogami.

Dołączam do zespołu uważającego, że 150 bln to przesada. Czy wtedy w ogóle będzie Wszechświat? Większości gwiazd chyba wystarczy parę miliardów. Nasze Słonko za bodajże sześć będzie przechodzić poważne zmiany, a to raczej stateczna gwiazda jest.

Zresztą teraz wszystko jest w internecie, a z niego tak łatwo rzeczy nie znikają, więc możliwe, że akurat współczesne języki przetrwają dość długo.

Wiesz, z glinianych tabliczek rzeczy znikają jeszcze trudniej, a rzeknij coś w języku Sumeryjczyków. Marne kilka tysięcy lat minęło…

Babska logika rządzi!

Zaskoczył mnie pomysł przeniesienia baśni Andersena do sf. Wyszło ciekawie, chociaż w pierwszej odsłonie zagrałaś ryzykownie, zamieszczając długą scenę konferencji. IMO, udało się utrzymać uwagę czytelnika, podobało mi się mocne zakończenie tej sceny.

Zgadzam się z przedpiścami, że opowiadanie można było trochę bardziej rozwinąć, np. pokazać walkę Yanka z Curtisem. Jednak w tym kształcie tekst też jest ciekawy. Twist na koniec – niespodziewany i fajny. Ogólnie, satyfakcjonująca lektura.

DOBRA POKONALIŚCIE MNIE, ZMIENIAM NA MILIARDY.

 

CM, dziękuję za przeczytanie i komentarz. Ech, zawsze mi piszesz, że masz nadzieję, że mój następny tekst będzie lepszy, po czym piszę następny i nie jest lepszy :c Czyli mówisz, że jak soft SF to lepiej w ogóle nie opierać się na naukowych faktach? Myślałam, że nieco researchu będzie działało na korzyść tekstu.

 

Finklo, dziękuję za komentarz! Cieszę się że się podobało. Co do tych bilionów, zmieniłam już na miliardy, chociaż Wszechświat nie jest taki nietrwały, jak myślisz. Wciąż powstają nowe gwiazdy, natomiast najdłużej będą żyły czerwone karły, te gwiazdy, które są najmniejsze i dają najmniej światła. W porównaniu do nich nasze Słońce o wiele szybciej wyciągnie kopyta :)

 

Ando, również dziękuję za komentarz. Cieszę się, że się podobało i że lektura była satysfakcjonująca. Rzeczywiście można było rozwinąć, ale wydawało mi się, że pisanie wprost o walce zadziała na niekorzyść opowiadania.

Owszem, im większa gwiazda, tym szybciej się spala.

A ile jeszcze pożyje Wszechświat? To już ustalono, czy spory na temat jego płaskości wciąż trwają?

Babska logika rządzi!

Trudno ustalić taką rzecz :) Co daje wielkie pole do popisu tworzącym opowiadania na ten temat!

Ech, zawsze mi piszesz, że masz nadzieję, że mój następny tekst będzie lepszy, po czym piszę następny i nie jest lepszy :c

Szefowo, spokojnie. ;-)

Łosiotowi tak zrzędziłem parę miesięcy, zobacz, jak teraz piórka kosi (tak, jakby to była moja zasługa XD). ;)

Czyli mówisz, że jak soft SF to lepiej w ogóle nie opierać się na naukowych faktach? Myślałam, że nieco researchu będzie działało na korzyść tekstu.

Może ujmę to tak: ja, jako autor, bym się tego trochę obawiał. Bo jeśli pokażesz kawałek researchu, to czytelnik może zacząć oczekiwać, że cały tekst będzie na nim oparty. Więc nawet nie chodzi o to, że takie podejście jest złe. Ono zwyczajnie wydaje się “taktycznie” ryzykowne, bo czytelnik łatwo może Ci skręcić w stronę oczekiwań, jakich wobec danej konwencji mieć nie powinien. ;-)

Tak mi się wydaje, ale też z tej jednej Cm-owej opinii nie wyciągałbym daleko idących wniosków.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wielce przyjemna lektura, acz faktycznie początek znacznie wg mnie lepszy od końcówki, jak dla mnie zanadto pospiesznej. W niej by się przydało nieco obficiej… ;)

Jedno pytanie – gwiazdozbiory, nawet cyfrowe, nie są statyczne. Ileś tam milionów lat temu gwiazdozbiory na naszym ziemskim niebie wyglądały inaczej niż obecnie. A u Ciebie są identyczne jak w XXII wieku, choć minęło mnóstwo miliardów lat. Coś mi tu wymaga jakiegoś dopowiedzenia w tekście, chocby jednym zdaniem – dlaczego akurat taki archaiczny układ gwiazdozbiorów przerzucono do wirtualnego świata, choć ta przeprowadzka miałą miejsce miliardy lat póżniej. A może ona była niewiele późniejsza niż świat Yanka? Co tłumaczyłoby przystawalność mentalną istot postludzkich do Yanka jako takiego? W ewolucji (a jak pokazał Dukaj czy Lem tudzieź Snerg – istoty postludzkie, albo cyfrowe, ewoluują jeszcze szybciej niż ludzie) , miliardy lat to w tej perspektywie wręcz nieskończoność. To robi różnice jak między Bogiem a żabą… Może przemyśl skrócenie tego odstepu czasowego do np. milionów lat? W końcu – katastrofa wszechświatowa, typu nagłe przyspieszenie śmierci energetycznej Universum, mogła nastąpić w każdym czasie… ;) Nawet za sprawą samej ekspandującej Ludzkości…

Pozdr.

P.

 

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

CM,

Ono zwyczajnie wydaje się “taktycznie” ryzykowne, bo czytelnik łatwo może Ci skręcić w stronę oczekiwań, jakich wobec danej konwencji mieć nie powinien. ;-)

Ech… Tak źle i tak niedobrze :D

 

Rrybaku, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że uznałeś lekturę za przyjemną. Co do ruchomości gwiazd, w sumie to się nad tym nie zastanawiałam, pomyślę jeszcze, jak to w tekście wytłumaczyć, że układ gwiazd był taki, jak nad Ziemią. Ech, już ciężko mi było skrócić ten czas z bilionów do miliardów, więc nie chcę zmieniać tego jeszcze na miliony, bo zaburzyłoby to moją koncepcję starego, wygasłego kosmosu :) A może istota cyfrowa, jaką była Morgana, nie pokazała po prostu w tekście swojego potencjału, jaki u niej wyewoluował? 

Dlaczego pozwolił, by jakaś drobnostka przeszkodziła mu w wykonaniu zadania?

→ też się nad tym zastanawiałam, Yank. Ale nie zawsze postępujemy logicznie i roztropnie, a ty masz przygłupiego brata, także rozumiem.

 

– Gratuluję. – Zacisnął zęby, miażdżąc dłoń Yanka w uścisku. – Dobrze mieć tatusia-dyrektora, co?​

→ uh, nawet bardzo rozumiem!

 

Zachciało mu się pojedynku w takiej chwili! 

no bo to picuś-głuptuś jest

 

Yank mógł go zignorować i lecieć dalej.

→ powinien

 

Curtis nie goniłby go przecież aż do Łabędzia.

nie byłabym taka pewna, skoro lata za nim z czystej złośliwości

 

Ale Yank przegrał ostatni pojedynek na lasery i nie mógł przepuścić okazji do odegrania się.

yeah, laser fight!!!

 

 

 

 

Ten jeden raz chciał być lepszy.

no i to cię zgubiło, stary. Ale jak mówiłam: rozumiem. 

 

Jak widzisz – zaangażowałam się, więc podobało mi się :D 

 

Pojedynek braci jakoś najbardziej zapadł mi w pamięć, nie wiem w sumie czemu – czytałaś może opko Dukaja *jak to w ogóle brzmi haha* z “Innych Światów”? “Imperium Chmur” się nazywało. Straaaasznie mi się skojarzyło, tam jest dwójka braci goniąca się po świecie i tłukąca w nieskończoność w swoich hm powiedzmy steampunkowych statkach. Ładne, polecam. 

 

Podbijam opinie przedmówców: Przeskok między konferencją, a sceną z Morganą (mogę zapytać czemu to imię?) zbyt nagły, pogubiłam się na moment. Ale bohater też miał zasko gdzie jest, więc jakoś się później z nim odnalazłam. W ogóle bym tekst rozszerzyła. Konferencja trochę nudnawa (jak to konferencje…), aczkolwiek nie widzę, jak mogłabyś ją skrócić, musiałaś tam wprowadzić bohaterów i zawiązać fabułę. Ale w stosunku do skrótowo potraktowanych dalszych części, trochę mi to zaburzyło równowagę całości.

 

gwiazdozbiór Łabędzia. Krzyż Północy przypominał klucz odlatujących ptaków.

→ ładne heart

 

I na koniec: mówicie, że Andersen :x

 

Najpierw pomyślałam o Kaju i Gerdzie, później mocno mi weszli Grimm z – jak potem zriserczowałam – dwoma swoimi baśniami: “Dwunastu braci” oraz “Sześć Łabędzi”. 

Nawet nie wiedziałam, że to dwie osobne, bo i tu i tu liczni bracia i siostra, wszędzie ratunek, wszędzie zła królowa… I jakoś tak czekałam na koszule z pokrzyw :D A na końcu łup, to nie ta bajka! 

 

Podsumowując: fajnie się latało. 

 

Dziękuję i powodzenia, Sonato!

Cześć!

Fajna baśń w realiach starego dobrego s-f (pojedynki na lasery w pobliżu czarnej dziury, kabiny do teleportacji… klimat ery atomowej). Nie złapałem jaki tekst (jeżeli jakiś faktycznie) stanowił inspirację.

Scena prezentacji wynalazku jest taka trochę… naiwna. Cała “rodzina” bierze w niej udział, nieśmiertelny ojciec mówi synowi, że kiedyś odda mu stery firmy. Jak dla mnie ludzie by się tak raczej nie zachowywali, ale to kwestia gustu czy punktu siedzenia.

Motyw z przeniesieniem w przyszłość świetny. I ta ludzkość cyfrowa w erze post galaktycznej. Intrygująca wizja. Pełna jakiejś takiej grozy baśniowej.

Motyw z wybuchem po zderzeniu wiązek laserowych mi trochę niezbyt przypadł do gustu, ale ja mam ogólnie problem z science w s-f (a w zasadzie z jego brakiem). Ale poza tym świetne, w sam raz na rozwinięcie tematu.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Koimeodo, dziękuję za komentarz i miło, że się zaangażowałaś i że się podobało. Nie czytałam opka Dukaja, ale brzmi ciekawie. Może i powinnam rozwinąć bardziej to opowiadanie i zadbać o równowagę między poszczególnymi częściami, ale niestety ten pomysł wpadł mi trochę za późno i czas gonił :) Coś w tym jest, że dużo jest starych bajek o braciach i łabędziach, ale ja wybrałam akurat Andersena, bo mam ładne wydanie jego baśni, które z tego co pamiętam dostałam, jak jeszcze nie do końca umiałam czytać i tylko oglądałam ładne obrazki :) Pamiętam, że mnie obrazki do tej akurat baśni zaintrygowały, więc bardzo chciałam się dowiedzieć, o czym jest i kazałam mamie, żeby mi przeczytała :D Ale kolczugi z pokrzyw były właśnie w tej :)

 

Krar85, dziękuję za przeczytanie i komentarz. Baśń może nie jest zbyt znana, to “Dzikie łabędzie” Andersena. Chyba wiem, dlaczego naiwna mi wyszła ta scena z konferencją, tak to jest, jak się pisze o rzeczach niezbyt bliskich autorowi, a nie byłam nigdy na takiej konferencji :c Ale była mi potrzebna, więc musiałam ją umieścić w tekście. Cieszę się, że podobał Ci się motyw przeniesienia w przyszłość i dostrzegłeś w tym grozę baśniową :)

Muszę przeczytać te “Dzikie Łabędzie”. Dzięki za informacje.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Sonato – serio u Andersena też są kolczugi z pokrzyw? Przypuszczam, że i Grimm, i on bazowali na tej samej baśni, jakimś podaniu ludowym, tylko nie wiem jakiej. Ciekawe, trzeba zgłębić temat :> 

I śmiesznie, że mówisz, że masz to jako jedno ze wspomnień z dzieciństwa – ja to samo! Tylko słuchałam tego jako słuchowiska jakiegoś radiowego… Nie pamiętam wiele, ale obraz braci zaklętych w łabędzi z tymi kolczugami z pokrzyw strasznie mi zapadł w pamięć. 

Mnie się kojarzy, że to były koszule…

Babska logika rządzi!

Mnie też, ale Sonata napisała o kolczugach – może u Andersena są kolczugi? 

Zresztą, co za różnica, ważne, że pojawia się czarodziejskie ubranko z pokrzyw, które mógł przywdziać łabędzi brat ;) Metoda wykonania pewnie się różni w zależności od wersji baśni – pytanie jak siostra plotła pokrzywę :P czy w kółeczka, czy lamelki, czy jednak – perfekcjonistka! – ściegiem jechała i robiła mankiety u koszul ;D

Koimeodo, bo faktycznie raczej te wszystkie baśnie nie są dziełem Grimm czy Andersena, lecz je po prostu spisali z ogólnoznanych podań. Aczkolwiek nie wiedziałam, że Grimm też napisali tę baśń, muszę ją zgłębić :)

 

EDIT Tak, u Andersena było o kolczugach, nie wiem, czy to wina tłumaczenia, czy zamysłu autora :)

Ale ja chyba też znam Andersenową wersję.

W sumie, pokrzywa jest dość włóknista. Może po prostu utkała?

Edytka: Kolczuga niekiedy nazywana bywa kolczą koszulą, więc może te wersje nie są tak sprzeczne, jak się wydaje…

Babska logika rządzi!

Może. Albo na drutach i to jednak były sweterki :D Dania, zimno, brrr.

Koszulka kolcza IMO. Pewnie tłumaczenie było niedokładne.

Known some call is air am

Jeżeli z pokrzyw, to pewnie parzy, a różnica między parzy a kłuje niewielka (zwłaszcza dla tego, który założył). Więc chyba każde wdzianko z pokrzyw można nazwać kolczym.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Otóż to!

Aha, Koimeodo, zapomniałam odpowiedzieć skąd imię Morgana. Oczywiście od pojawiającej się w baśni wróżki Fatamorgany, która pomaga bohaterce :)

Dzięki! Bo już myślałam, że tam jeszcze legendy arturiańskie wplotłaś :D 

No, ja też się zastanowiłem na Morganą i doszukiwałem się motywów arturiańskich :)

Known some call is air am

Aj, niedobrze, że się tak kojarzy :c

Chyba dobrze (za wiki): 

Od imienia Morgany Le Fay, której przypisywano zdolność wywoływania miraży, pochodzi nazwa fatamorgana.

Wychodzi na to, że każda fatamorgana kojarzy się z Morganą :)

I wychodzi na to, że to dobry trop i tak ma być :) 

Dobre! 

Zamknęłas w tym szorcie ogromny pomysł. Nie kojarzę, albo nie pamiętam, historii, którą zmienias,z, ale to nieistotne, bo tekst sam w sobie wypadł super. Trochę typowego sci-fi, trochę space opery, a na koniec taki twist. 

Wszystko, co powinien mieć szort, tu jest. 

Jedyny zarzut, jaki mógłbym mieć, to że… za mało! Chętnie bym więcej o tej symulacji poczytał. :) 

Gekikaro, dziękuję za tak pozytywny komentarz! Miło mi, że się podobało. Historia, na której się wzorowałam, to "Dzikie łabędzie" Andersena :)

Pomysłowesmiley Nie kojarzę tej baśni, ale ciekawy pomysł z tymi jedenastoma siostrami i gwiazdozbiorami (z komentarzy trochę się dowiedziałam i rzeczywiście zamiana bohatera tu dużo daje w jego zachowaniu i podejmowanych decyzjach). Ponieważ nie przepadam za s-f, mnie nie przeszkadza brak wyjaśnień naukowych jak, co i po co. W końcu to fantastyka/baśń a nie rozprawka naukowa. Jedyne co, trochę mnie kuły te wspomniane wcześniej walki na lasery. Może chodzi o samo opisanie tego. No i lasery wydają mi się już zbyt oklepane.

Rozumiem Twój zamysł z tymi latami, skoro gwiazdy mają zgasnąć. Czuć ten upływ czasu. Widzę tu inny problem – skoro nie ma Słońc to i Układów Słonecznych, a więc planety również mogą nie istnieć devil (chyba, że cała planeta jest cyfrowa angel).

 

Powodzenia w konkursie :)

 

Czy ja wiem? Jeśli paliwo się skończy, z gwiazdy zostaje stygnąca skorupa, to chyba nadal mogą dookoła tego krążyć planety? Tylko z dopływem energii krucho.

Babska logika rządzi!

Monique, dziękuję bardzo za komentarz! Cieszę się, że ogólnie się podobało. Co do tych laserów, no może rzeczywiście trochę oklepane, ale nie chciałam się specjalnie rozwodzić w tekście nad tym, czym tam oni walczyli :)

skoro nie ma Słońc to i Układów Słonecznych, a więc planety również mogą nie istnieć devil (chyba, że cała planeta jest cyfrowa angel).

Miałam na myśli, że są oni na statku kosmicznym, nie na planecie, tylko w symulacji widzą, że jest to planeta. DC Kaitos to jego nazwa, która miała trochę na to naprowadzić :) Myślałam, że się skojarzy z czymś takim jak USS Enterprise :D

Aha, czyli statek… To może w tekście wpleść mimochodem, że znajdują się na pokładzie statku. Odnośnie istnienia planet, aż tak to nie jestem w temacie (choć kosmos mnie interesuje), ale sądzę, że to ciekawa teoria. W moim wyobrażeniu Gwiazda wybuchała, niszcząc wszystko, albo stawała się czarną dziurą. Z ciekawości zerknęłam jednak przed chwilą do źródeł i są np. białe karły. Więc wszystko jest możliwe :).

Ok, dopisałam na końcu, że są na statku. No cóż, jeśli gwiazdy umierają, to z planetami krucho, aczkolwiek ostałyby się może te, które krążyłyby wystarczająco daleko od gwiazd.

Nie pamiętam jak było wcześniej, ale dla mnie jest teraz czytelne i jak najbardziej ok:).

:)

Nowa Fantastyka