- Opowiadanie: czarna adelajda - Kryształ i Róża

Kryształ i Róża

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kryształ i Róża

 

 – To co zawsze – rzuciła do pani za ladą. Zaciągnęła długie rękawy na dłonie.

 – O, Tola! Wychynęłaś ze swej nory! 

 Cholera, chyba nie może udawać, że nie słyszała. Zrobiło jej się gorąco z nerwów. Już się od niej nie odczepi, psiakostka. Odruchowo dotknęła policzków – pod grubą warstwą fluidu wyczuła igiełki włosów, kiełkujące mimo porannej toalety.

 – Czołem, Rudolf. 

 Niziutki urolog przeczesał palcami grzywę złotych włosów, nucąc pod nosem – bez nutki fałszu! – cholerną, obrzydliwie optymistyczną piosenkę „Masz tę moc”. Studentki, chichoczące nad szarlotką, obrzuciły go przeciągłym spojrzeniem. On nie zwrócił na nie uwagi. Nie, patrzył wciąż, do diaska, na to zakapturzone, zapięte po szyję w dres dziwadło o bujnych, brązowych włosach. Uśmiechając się przy tym nieznośnie szeroko i przyjaźnie. Tola zamrugała nerwowo, wpatrując się w styropianowe pudełko, pełne na wpół surowej wątróbki… 

 – Zjemy razem?

 Jej skołowane spojrzenie mówiło samo za siebie. 

 – My…? – wydukała.

 Rudolf był nieustępliwy. 

 – To chociaż wspólna przechadzka? Ej, musisz się czasem trochę przewietrzyć!

 – Muszę? – powiedziała rozpaczliwie. 

 Rudolf już ją ciągnął za łokieć, pchając w kierunku schodów.

 – Mam sprawę – powiedział, uśmiechając się, może troszkę zbyt szeroko. 

 Ach, o to chodziło. Gdzieś w środku, gdzie od jakiegoś czasu tkwiło w kawałku lodu jej serce, robiło się już nieprzyjemnie ciepło. Całe szczęście, że rzeczywistość szybko sprowadziła ją na właściwe tory. Gdzie tam, ośle spojrzenia czy inne motyle w brzuchu. W jej brzuchu było miejsce tylko na… Przełknęła ślinę, odganiając natrętną myśl.

 – Tak? – zapytała grzecznie i rzeczowo.

 Po krótkim marszu szpitalnym korytarzem dotarli pod drzwi. Rudolf z jemu właściwą galanterią usiłował dostać się do klamki, ona, spocona z nerwów, skutecznie zagradzała mu drogę, jednocześnie udając, że nie może znaleźć kluczy. Przecież nie wpuści go do środka!

 Rudolf wciąż się uśmiechał. Stał, zapierając się nogami, jak desperat na festiwalu muzycznym pod toi-toiem. Nie miała szansy. Zrezygnowana, przekręciła klucz w zamku, powoli, żeby dać wszystkim w środku czas na ucieczkę. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt – drzwi do jej ciemnego królestwa stanęły otworem. Rudolf wparował do środka, nagle zapominając o galanterii. Omiótł spojrzeniem stół z leżącym denatem, którego technik zdążył już wstępnie przygotować dla Toli. Herbata z dzikiej róży, zaparzona przez usłużną laborantkę Zytę, parowała na parapecie. Ciężkie, bordowe zasłony szczelnie okrywały okna, nie wpuszczając słońca. 

 W tle grało radio. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby w powietrzu nie unosiły się dźwięki pościelowych ballad Love Mega Hits 80’. Tola wbiła paznokcie w środek dłoni, rozciągając usta w uśmiechu.

 – O – powiedział Rudolf. Przysiadł na taborecie i wziął łyk kawy z kubeczka. – Całkiem tu przyjemnie macie. Jak na, hmm, hmm, możliwości. 

 Tymczasem Tola czuła ściekające po plecach strużki zimnego potu. Wyczulone nozdrza zaalarmowały ją szybciej niż wykrywacz dymu, że Mariolka, czyniąca zaszczyty pani salowej tego przybytku, postanowiła zapalić kadzidełko o woni pomarańczy. 

 – Psst – dobiegło z brudownika. – Rozepnij fartuszek, dziołcha. Cyc do przodu i …

 Tola kopnęła wystający przez niedomknięte drzwi mop i, ignorując oburzone kwiknięcie, przekręciła klucz. Po czym założyła ręce na piersiach.

 – Co ty nie powiesz – rzekła, pstrykając wyłącznik radia.

 – A tam nikogo nie ma? – Rudolf pokazał palcem trzęsące się drzwi.

 Tola przewróciła oczami. Cholerna Mariolka.

 – Mopy się przewróciły. Wysłużone – dodała złośliwie, chociaż wiedziała, że igra z ogniem. 

 Na szczęście Rudolf nie był zainteresowany drugim życiem prosektorium. Wbił wzrok w kawę i posmutniał.

 – Do wróżenia potrzebne są fusy – zażartowała Tola, przysiadając na stołku przy denacie. Obróciła się plecami do urologa, głównie po to, by nie widział, jak jej się ręce trzęsą. W czasach studenckich przyjaźnili się z Rudolfem, z jego strony może i była nadzieja na coś więcej, jednak dla niej facet niższy o głowę był… no cóż, nadal niższy o głowę.

 Dawniej to się było wybrednym, pomyślała, metodycznie krojąc wątrobę na równiutkie płaty. Stopniowo uspakajała się przy tych rutynowych ruchach, oglądając skrawek po skrawku.

 – Do wróżenia to są potrzebne, jasne. Ale ja… nie chcę wróżyć. Ja chcę mieć pewność. – Chrząknął. – Słuchaj, Tola, nie będę owijać w bawełnę, słodzić. Dzisiaj do waszej chłodni wjechał nasz pacjent. 

 – Ex-pacjent – mruknęła, prostując się. – Chyba, że wstanie.

 – Sparaliżowany po udarze. Nie wstanie. Ale jakby zaczął mówić, o, to bym chętnie posłuchał.

 Tola odłożyła wątrobę. Zdrowa, bez meta. Czas na śledzionę. 

 – Posłuchałbyś? 

 – Weźmiesz mnie za świra.

 – Pamiętaj, do kogo kierujesz te słowa. 

 Rudolf chrząknął.

 – Dziadek twierdził, że ma wszczepiony chip.

 – No, to norma. W pewnym wieku to albo słyszysz kosmitów, albo Maryję…

 – Czekaj! – Rudolf huknął pięścią w blat. Pudełko ze zużytymi skalpelami zagrzechotało, podskakując. Róża, stojącą przy parapecie jedynego odsłoniętego okna, przemieściła się kilka centymetrów. Rubinowy płatek spadł dostojnie, lądując przy łokciu speszonego wybuchem urologa. – Oj, przepraszam. Nerwy mnie poniosły. Podlewałaś dziś ten kwiatek? Bo coś marnie wygląda. Gdzie masz konewkę?

 – Nie ruszaj! – Tola wpatrywała się w płatek szeroko otwartymi oczami. Policzyła do trzech. Byle spokojnie. Byle spokojnie. – Od pacjenta dostałam – powiedziała po chwili. – Wiesz, rzadko nam się to zdarza.

 – Zalewasz – odpowiedział Rudolf, mierząc różę podejrzliwym spojrzeniem.

 – Chciałabym. Ale do rzeczy, Ruduś, do rzeczy. Bo ja tu pracuję, a ty prokrastynujesz. I kwiatki mi chcesz niszczyć.

 – No, dziadek twierdził, że przy okazji operacji na pęcherzu – raka miał – mamy mu zerknąć, czy nie ma gdzieś tam chipa. Bo od ostatniej operacji brzucha słyszy głosy potępionych, chóry anielskie, pogróżki demonów. Powiedział mi, cytuję, najwyższy czas wyjąć to cholerstwo, panie doktorze. 

 – I co, wyjąłeś?

 – A, wyjąłem.

 Powaga w głosie Rudolfa podszyta była paniką. Tola odłożyła śledzionę do metalowej miseczki. Obróciła się powoli na krześle, ostatkiem rozsądku trzymając ubabrane rękawiczki nad stołem prosektoryjnym.

 – Co? – powiedziała słabo.

 Rudolf położył coś na blacie. Coś małego, jarzącego się nikłym, błękitnym światełkiem.

 – To. Znaczy, nie wiem, czy to chip. Wygląda bardziej na jakiś kryształ. Na dodatek, jak mu się przyjrzałem pod lupą, z wyrytymi znaczkami, takimi w stylu Tolkiena.

 – … aha?

 – I jeszcze szef. Zawołałem go na salę, instrumentariuszki miały ubaw po pachy, jak po niego dzwoniły. A on z miną znawcy, że to – jak on to nazwał? – implant radioaktywny? Kazał nam go natychmiast zabezpieczyć, wrzucić do metalowej puszki, odnieść do jego gabinetu. Nie chwalić się nikomu, bo nas odsuną od pracy na jakiś czas. Instrumentariuszki podchachane, ale na groźbę obcięcia kontraktów nabrały wody w usta. A ja wrzuciłem implant, ale do gazy, i do kieszeni. Powiedziałem, że się zgubił. Szef pieklił się, jakbym co najmniej diament w błoto wyrzucił. Ale mu przeszło. Póki co. No, i przyszedłem z tym do ciebie. Mając nadzieję, że to jednak nie radioaktywny implant i będę jeszcze kiedyś miał dzieci.

 Tola powoli zdjęła rękawiczki. Podeszła do kranu, dwie krople mydła, palący ból mycia rąk, delikatne otarcie podrażnionej skóry papierowym ręcznikiem. Nie odzywała się.

 – Wiedziałem, że mnie nie olejesz – powiedział Rudolf. – Nie po tym, jak pewnego dnia twoi pracownicy rozpłynęli się w powietrzu. 

 W powietrzu, pomyślała Tola, to się, mój drogi, nie rozpłynęli. 

 – Co ja mam do tego? – zapytała, zerkając mimo woli na świecący kryształek. Takie to małe, a tyle problemu. Jakby swoich nie miała dość. Z brudownika dobiegało miarowe stukanie poirytowanej Mariolki. 

 – Sprawdzisz, czy dziadek nic więcej w sobie nie miał? To raz.

 – Yhm. Jasne, że sprawdzę. Taki los patomorfologa. Grzebię w ludziach. A dwa?

 – Nie myślisz, że to podejrzane, że mój szef coś o tym wie?

 Tola nie odpowiedziała, tylko przysunęła się bliżej świecidełka. Szef Oddziału Urologii może nie był sympatyczny (jak to większość ordynatorów), nie był też luminarzem operatywy (patrz punkt pierwszy), za to o konszachty z siłami nieczystymi trudno go było podejrzewać. Oczywiście, Tola jeszcze pięć lat temu wierzyła, że nieczysta może być tylko instrumentariuszka na bloku (zwana potocznie brudną), a nieodłącznym atrybutem czarodzieja była miotła i spiczasty kapelusz. Wyobraziła sobie grubawego, łysego doktora Ugońskiego, niekwestionowanego mistrza doodbytniczego badania usg, jak rysuje pentagram pod swoim biurkiem, w cieniu trójwymiarowego modelu prostaty wielkości globusa.

 – Nie wiem. Nie wydaje się szczególnie… okultystyczny. 

 – Czyli kogoś kryje – podsumował Rudolf, stukając paznokciem w kryształ. – Pytanie, kogo. Nie mówiąc o tym, dlaczego ktoś, do cholery, wszczepia takie rzeczy ludziom! Co to w ogóle jest!

 – Gdyby trochę mniej świeciło, powiedziałabym, że Svarowski – rzuciła Tola. 

 Popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Jak kiedyś. Za dobrych lat.

 – Lecę. Wpadnę jutro. Pogrzebię w papierach, może wpadnę na jakiś trop. Przynieść pizzę?

 – A fe. Ja tylko zdrowe rzeczy jem. Z bufetu. 

 Rudolf zerknął na podciekający krwią styropianowy pojemnik. Następnie na denata, milczącego towarzysza Tolinego obiadu.

 – Jasne. To smacznego. Kryształ zostawiam, jakbyś chciała się napatrzeć. 

 – Czekaj…

 Ale drań wyszedł, zadowolony, zostawiając jej świecącego w półmroku fanta. Zanim kroki Rudolfa ucichły, drzwi brudownika zaskrzypiały. Radosny, tleniony mop wyślizgnął się z brudownika, a w ślad za nim wychynął szkielet, ubrany w fartuch.

 – I co? I co? – dopytywała Mariolka, zerkając to na Tolę, to na Roberta.

 Robert wzruszył ramionami, sprzątając po sekcji. Przekleństwo czarnoksiężnika oprócz ciała odebrało mu głos. Nagle zastukał w blat, wskazując na różę, z której – nie wiadomo dlaczego – opadł kolejny płatek. 

 – Nie! – krzyknęła Tola, zmartwiona. Dlaczego?! Przecież nic nie zrobiła! Ten piekielny, mściwy czarodziej spierniczył to swoje zaklęcie!

 – Dziewczyno, weź ty się za siebie. Umaluj i hop, upoluj tego pięknego chłopa! – Mariolka zaczęła powoli jeździć po podłodze. – Chyba nie chcesz tak spędzić całego życia! Bo ja na pewno nie!

 Serce Toli drgnęło pod lodową pokrywą. Ociupinkę. Dotknęła twarzy. Zarost był już wyczuwalny. I tak miałaby kogoś pocałować? A gdyby – no, powiedzmy – Rudolf – przesunął ręką po jej plecach i wyczuł miękkość futra?

 Na samą myśl zalała ją fala wstydu. 

 – Mamy czas – powiedziała zażenowana, stawiając różę w promieniach jesiennego słońca. 

 

 ***

 Dziadek, który istotnie umarł na powikłania wylewu, zapęcherzowo miał ślady run, wypalone głęboko w śluzówce. Tola poczuła, jak dreszcz przebiega jej wzdłuż kręgosłupa. Ponure fatum najwidoczniej ciążyło nie tylko nad nią, ale też nad całym szpitalem. Fatum albo… Co? 

 Nie było chyba czegoś takiego, jak szajka czarnoksiężników…?

 Zabębniła palcami o metalową miskę, wpatrując się w rozkawałkowaną nerkę. O co w tym wszystkim chodziło?

 – Wróżenie z nerki daje lepsze efekty?

 Podskoczyła, podczas gdy Rudolf, opięty markową, fioletową polówką, wdzięcznie prezentował bicepsy i tricepsy, niosąc pączki z bufetu.

 – Nie wiedziałam, że zostawiłam otwarte…?

 – Pukałem i ktoś mi otworzył. Może któryś z twoich niewidzialnych pracowników, ha, ha. 

 – Ha, ha – mruknęła Tola. – Nie spodziewałam się ciebie… tak późno.

 – Skoczyłem na siłkę. Tajemnice tajemnicami, ale rzeźba sama się nie zrobi, Toleńko. – Wgryzł się w pączka, oblizując palce z truskawkowego dżemu. Już zdążyła zapomnieć, jak irytująco mlaska przy jedzeniu.

 – Nie przeszkadza ci zapach? – spytała Tola zrezygnowana. Przykryła ciało denata prześcieradłem. – Chodźmy do kanciapy.

 Rudolf, który wszędzie czuł się jak u siebie, rozwalił się na kanapie, podczas gdy Tola usiadła brzeżkiem na krześle obrotowym.

 – Pokrótce. Pogrzebałem w systemie. Od jakiś pięciu lat…

 – Pięciu? – wyszeptała Tola.

 – Pięciu lat, dobrze słyszysz… starsi pacjenci, roczniki okołowojenne, są przerzucani między Oddziałami Chirurgicznym i Urologicznym a Kliniką Psychiatrii. Halucynacje, psychozy, rozmaite rozpoznania ICD. Nawet znalazł się 92-letni schizofrenik, ha! Diabeł siedział pielęgniarce na głowie i bohaterski kombatant próbował go powalić kaczką. Szczęśliwie dla siostrzyczki pustą. Natomiast w Klinice Psychiatrii – oprócz pozyskiwania tysięcy punkcików NFZ za długie hospitalizacje – wszystkim tym staruszkom podaje się – w ramach badań klinicznych – jakiś lek, o nazwie… tylko się nie śmiej, proszę… Cristal. Badaniami klinicznymi kieruje doktor Kier. Przychodzi raz w tygodniu z psychiatryka i kwalifikuje pacjentów. 

 – Doktor Kier. W życiu nie słyszałam.

 – Tia. A wiesz, co jest najlepsze, maleńka?

 Tola wpatrzyła się w czubki swoich szpitalnych tenisówek, czując, jak oblewa ją rumieniec. Nic to, że obecnie jej muskuły były niewiele mniejsze od rudolfowych. 

 – Jutro. Jutro jest ten dzień! Dorwiemy tego typka!

 – Czy to bezpieczne…? Taka zabawa w dziennikarzy śledczych?

 – Bezpieczne? Żartujesz? Biorę ze sobą dyktafon i idę do prokuratury, jak tylko coś się nam uda z niego wycisnąć! Nie żal ci staruszków?

 Tola zacisnęła usta. 

 – Chyba mnie z tym nie zostawisz, piękna?

 I jak tu takiemu odmówić?

 

 

 ***

 

 Czekali, aż personel otworzy im drzwi. Rudolf ułatwił im podjęcie decyzji, przyciskając bez przerwy domofon. 

 – Urolog na konsultację – powiedział czarującym głosem do poirytowanej pielęgniarki, która wybiegła z dyżurki z kanapką w ręku.

 – Ale jak? – spanikowała. – Do kogo?

 – A, doktor Kier, nie znam człowieka. Jakieś wątpliwości przy kwalifikacji do…

 – W zabiegowym. – Pielęgniarka wygładziła fartuch. Tak właśnie Rudolf działał na kobiety. Sprawiał, że za wszelką cenę chciały być lepsze. Tola uśmiechnęła się krzywo pod kapturem. Ona sama umalowała dziś usta na krwisty kolor, ale on nawet tego nie zauważył, pochłonięty, wiadomo, Tajemnicą.

 Pod drzwiami do zabiegowego kręcił się zagubiony dziadek. Rudolf wziął go pod rękę.

 – Tutaj, proszę pana.

 Rozbiegany wzrok kombatanta skoncentrował się nagle na Toli.

 – Wilkołak! – wrzasnął. I podniósł swoją kulę, by wyrżnąć Tolę w głowę.

 Tola błyskawicznie chwyciła kulę i szarpnęła. 

 – Wilkołak!!! Ratujcie!!! Gaśnicą ją! – Weteran, pozbawiony broni, wymachiwał rękami.

 Z zabiegowego wyszedł niski, korpulentny mężczyzna o nieproporcjonalnie dużej głowie.

 – Psychotropy! Szybko! 

 Pielęgniarz wyleciał z dyżurki ze strzykawką. Rudolf odciągał dziadka od Toli, która czuła, jak wzbiera w niej agresja. Ona im wszystkim pokaże… Jak wgryzie się w ten kościsty, przedwojenny tyłek…

 Doktor Kier popatrzył na jej zaciśnięte pięści – i nagle zrozumiała, że on wie. Że on WIDZI, czym się stała. 

 I schował się, drań, do gabinetu, przekręcając klucz. 

 Nie wytrzymała. Chwyciła drzwi za gałkę – i wyrwała je z futryny. 

 – Chyba musimy porozmawiać, doktorze Kier – powiedziała. – Patomorfolog Tola Nowicka, a to mój kolega z urologii, Rudolf Kowalski. Ojej. Zepsułam drzwi? Naprawdę?

 Rudolf nałożył drzwi na zawiasy, chrząkając. Przymknął je, bo zamknąć się już ich nie dało.

 – Dzień dobry. – Podał dłoń przerażonemu doktorowi Kier. – My w sprawie leku Cristal.

 Doktor Kier cofnął się. 

 – O, o tym już nie ze mną – wymamrotał. 

 – A o świecących implantach to też już nie z panem doktorem? – Tola gotowała się ze wściekłości. Chwyciła Kiera za fartuch, potrząsając nim – i nagle poczuła w rękach pustkę. Sylwetka Kiera spłaszczyła się, kolory zyskały niespotykaną intensywność – i zamiast lekarza stała przed nimi karta, chociaż wciąż o wyłupiastych, rozbieganych oczach. 

 – Na mnie już czas! – powiedział doktor Kier, malejąc. Ruszył w stronę uchylonego okna.

 – Łap go! – krzyknęła Tola do oniemiałego Rudolfa.

 Ale zanim Rudolf zdążył zareagować, karta prześlizgnęła się pod parapetem. Gdy Tola wychyliła się przez okno, na podwórzu było pusto. 

 – O, pan doktor już poszedł? – Pielęgniarka oblizała palce, pobrudzone od pomidora. – I królika zostawił? 

 Obrócili się obydwoje.

 – Królika? – spytał słabo Rudolf.

 

 

 

 ***

 

 

 Kicał sobie na podwórzu, wyjadając bratki i niedopałki papierosów. Rudolf zmył się, przebąkując coś o zmęczeniu. Tola siedziała na obdrapanej ławce i wpatrywała się w królika tępym wzrokiem. Dała się ponieść. Pozwoliła Bestii przejąć kontrolę. Najgorsze było to… że w zasadzie czuła się z tym cudownie.

 Podrapała się po twarzy. Irytujące drobiny zarostu kłuły ją i szczypały. 

 Skrzypnięcie drzwi za plecami.

 – Kolejne płatki spadły – powiedziała Mariolka, wzdychając. – Ale królika za to ładnego przyniosłaś. I jak ta wasza Tajemnica?

 – Przetajemna. Nici.

 – A romans?

 Królik zaglądał pod każdy kamyczek i uważnie obwąchiwał każdy wyschnięty badylek, grzebiąc śnieżnobiałą łapką w ziemi. Zastrzygł uszami nonszalancko, po czym pokicał w stronę budynku SORu. 

 – Romans to możemy na Polsacie pooglądać – zaproponowała Tola.

 – A możemy. Z kim rozmawiasz? – Rudolf zjawił się niespodziewanie. 

 Tola zerknęła na mop, oparty niewinnie o podjazd dla niepełnosprawnych.

 – A, zmyła się – powiedziała ogólnikowo, wstając. – Nie myślałam, że przyjdziesz… Rany, co robi ten królik!

 Królik rozpoczął metodyczną akcję dewastacji mienia zielonego szpitala i zaczął ryć dziurę w trawniku, kręcąc puchatym ogonkiem. 

 – Ej, maluszku, daj sobie spokój, bo nam wypłatę obetną. – Rudolf zbliżył się do zwierzęcia. – O! Ale sobie tu zrobiłeś jamę nie lada… Niezły jesteś… Ej, nie właź tam cały… 

 Kucnął przy dziurze, zaglądając do środka. 

 – Nie uciekaj! – Chwycił królika za tylną łapkę, marszcząc czoło. – Wiesz, jaki on tu tunel kopie…

 Jego ciałem szarpnęło – i zanim Tola zdążyła mrugnąć – Rudolf został wciągnięty pod ziemię. 

 – Ruduś! – Tola rzuciła się na ratunek. Głęboko w króliczej norze ujrzała lewą stopę Rudolfa – chwyciła ją z całej siły, a siły nigdy jej nie brakowało – i poczuła, jak miękka ziemia rozstępuje się, obłapia jej ciało – i wsysa w ślad za Rudolfem i królikiem.

 Gdy uniosła powieki, leżała na miękkim, zielonym mchu, tuż obok śpiącego mężczyzny. Nad nimi kicał oburzony królik, wymachując zegarkiem w ręku.

 – Dzięki za ratunek, ale jestem spóźniony – wyseplenił przez długie siekacze. 

 Tola zaczęła drzeć się na całe gardło. Królik zrobił obrażoną minę i pobiegł wąską ścieżynką, wysypaną drobnym żwirem. 

 – Królik!!! – Tola potrząsnęła Rudolfem. – Gada!

 – Ale co? Gdzie? – wybełkotał Rudolf, przeciągając się. – O! Gdzie my… – nie odzywał się przez chwilę. – Głęboka była ta nora.

 Tola miała ochotę płakać. Ciemny meszek odrastał jej na dłoniach, a najgrubsza nawet warstwa fluidu nie ukryje sierści na policzkach. 

 – Ja chcę wrócić… – chlipnęła nieoczekiwanie.

 Rudolf machnął ręką tak, jak odgania się natrętne muchy.

 – Przecież to jest niesamowite! Ta ścieżka wygląda, jakby żyła!

 Pociągnął podłamaną Tolę za sobą. Olchy i buczyny nachyliły się nad nimi, szumiąc, a ścieżka, która przed chwilą jeszcze skręcała w prawo, w ostatniej chwili zmieniła zdanie i zawróciła o 180 stopni. Wydawała się poirytowana, że postanowili ją deptać i podtykała im złośliwie pod nogi poskręcane korzenie. 

 – Fantastyczne! – zachwycał się Rudolf, pokazując palcem jaskrawe kwiaty, zwisające z gałęzi. – Tak sobie zawsze wyobrażałem haj po LSD!

 – Super, świetnie, Rudolf, ale to się dzieje naprawdę! 

 Dywan z kamieni podniósł się i próbował odlecieć, ale Rudolf wskoczył na ścieżkę z rozbiegu, przyciskając żwirek z powrotem do podłoża.  

 – Ciekawe, co chce przed nami ukryć – powiedział.

 Ścieżka zrezygnowała z walki i grzecznie wyprostowała się. Przez przerzedzające się drzewa przezierał biały, kwadratowy budynek. Przypominał hangar, ale taki, jaki wybudowałby sobie Alibaba po obrabowaniu czterdziestu rozbójników. 

 – To zły pomysł. – Tola patrzyła, jak Rudolf biegnie przed siebie, jakby był w Disneylandzie. – Chodź tu, Rudi.

 – Tu są runy! Jak na krysztale! – zawołał Rudolf, gwiżdżąc pod nosem Lady Gagę. Kiwał złotą czupryną do skocznej melodii, zadowolony z siebie. – To jakaś cholerna kraina czarów!

 Toli stanął przed oczami obraz białowłosego czarodzieja, strącającego filiżankę z kawą na podłogę. Trzask pękającego szkła, trzask pękającego serca. Czerń, pełznąca powoli do jej stóp. 

 – Chodź, Rudolf – poprosiła, zaciskając dłonie w pięści. 

 Rudolf jednak już skręcał za róg, jakby czekały tam na niego darmowa cola i popcorn. Z budynku wybiegła mysz – wielkości dobermana. Zaczęła głośno piszczeć, wymachując łapkami. 

 – Witaj – powiedział Rudolf, błyskając zębami. – Pochodzę z Ziemi. Nie mam wrogich…

 Błysk paralizatora – i Rudolf trząsł się na ziemi, miotany konwulsjami. Zadowolony z siebie, dziarski staruszek wyszedł zza węgła i przybił piątkę groteskowej myszy. 

 – Teraz jeszcze musimy znaleźć królika i Królowa Kier będzie…

 Poniewczasie dostrzegł, że szarżuje na niego prawie dwumetrowa kobieta z szałem w oczach i świeżo wyrwanym drzewem w rękach. Tola rzuciła brzózką, zmiatając niedobraną parę w krzaki. Zajrzała w oczy leżącemu Rudolfowi. Pustka. Piana na ustach. Objęła jego głowę, klepiąc go po policzkach. Niezbyt pierwszorzędna pomoc medyczna, ale jak na patomorfologa i tak nieźle.  

 – Nie zostawiaj mnie tu samej – wyjęczała. – Proszę, otwórz te cholerne oczy…

 Z budynku wyszło kolejnych dwóch staruszków, uzbrojonych po zęby. Każdy z nich wyglądał na dobre osiemdziesiąt lat. Mimo to szli raźnym krokiem, wymachując maczugami godnymi Goliata. 

 – Panienka zostawi tego łobuza – zagroził jeden.

 – A co my wam zrobiliśmy?

 Łysy, chudy staruszek pomarszczył się groźnie. Milczenie zaczęło się przedłużać.

 – Co oni zrobili? – zapytał drugi staruszek pogodnie, szturchając pierwszego. 

 – Bo ja wiem, nie pamiętam – burknął pierwszy, wyciągając zza pazuchy zeszyt pełen notatek, spisanych krągłym, eleganckim pismem. – O! Napaść na Króla Kier! Kradzież królika! – Zamknął zeszyt, promieniejąc z dumy. – Aresztujemy was w imieniu Jego Kierowatości! Chyba, że zdradzicie, gdzie jest królik!

 – Zwiał – burknęła Tola, potrząsając po raz kolejny nieprzytomnym Rudolfem tak energicznie, że prawie zafundowała mu wstrząśnienie mózgu. – A doktora Kier nikt nie napadł! Ja tylko odrobinkę sponiewierałam drzwi. 

 – A to nas nie interesuje. Prawda, Czesiu?

 Czesław tymczasem odłożył maczugę i rozmasował łokieć. 

 – Siła siłą, ale kości mnie bolą, i stawy też – powiedział. – Doktor obiecywał, że będziemy jak bogi. A tu ni to bogi, ni to pierniki. 

 Pierwszy z dziadków przystanął przy Toli i Rudolfie z groźną miną.

 – Ruszać mi się stąd, panienko – rzekł. – Ja muszę zaaresztować tego kawalera.

 – Nie. – Tola twardo obstawała przy swoim. – A kim wy w ogóle jesteście, co? 

 Tymczasem z krzaków powoli wykuśtykał trzeci dziadek, podrapany, posiniaczony i zły. 

 – Armia Krainy Czarów – powiedział. – Oddział Leśnych Dziadków.

 Rudolf zabulgotał dziwnie. Tola położyła jego głowę na kolanach, marszcząc nos.

 – Chyba umiera – powiedział Czesiek z zainteresowaniem. – Mój przyjaciel z AK miał tak samo. Trochę pobulgotał, kilka razy westchnął i już. Po przyjacielu. A dziewięćdziesiąt lat miał, piękny wiek, piękny wiek. Nie to, co twój kawaler.

 – Pocałunek prawdziwej miłości przełamie czar – pisnęła groteskowa mysz, stając na tylnych łapkach. – Szybko, może go jeszcze uratujesz!

 – Ale ja go nie kocham! – zaprotestowała Tola. – Ja go chwilami nawet nie lubię!

 – E, czy to kochać trzeba? – Czesław nachylił się nad Rudolfem. – Czasem wystarczy się przymusić. 

 – To Kraina Czarów – rzekła mysz zachęcająco. – Warto spróbować.

 Tola nachyliła się nad Rudolfem, spoglądając na jego wykrzywione wargi. Zamknęła oczy. Szybki skłon -

 – To dziobnięcie to miał być pocałunek prawdziwej miłości? – Rudolf uchylił jedną powiekę. – Bajki to nikt by o tym nie napisał. – Mrugnął okiem do zaskoczonej Toli.

 Dziadek Czesiek zarechotał dobrodusznie, opluwając przy tym sumiaste wąsy. 

 – Dobra, gołąbeczki. Skrzydełka do góry i idziemy! – powiedział, podnosząc maczugę.

 Tola napięła mięśnie i zawarczała, obnażając zęby. Kły, które co wieczór po umyciu piłowała pilniczkiem, już zdążyły odrosnąć. Jednak prezentacja nie wywołała żadnego wrażenia na trzech dziadkach i myszy. 

 Tupanie. Doktor Kier stanął w zdobnych złotem drzwiach białego bunkru. Na rzadkich, ciemnych włosach spoczywała spiczasta, papierowa korona. 

 – Skuć i do lochów! – zakomenderował. – Bestię pierwszą. 

 Rudolf wypiął muskularną pierś, biorąc słowa do siebie.

 – Weźcie mnie, Tolę zostawcie – powiedział rycersko. Błysk słońca odbił się w jego jasnej czuprynie. 

 Mina mu zrzedła, gdy dziadki, grożąc Toli paralizatorem, skuli ją jako pierwszą.  

 – Nie fikaj, bo Pięknemu głowa spadnie – powiedział Król Kier do dziewczyny. 

 – O co jesteśmy oskarżeni?! – krzyknęła Tola, szamocząc się z więzami.

 – Właśnie – powiedział Czesław. – Bo ja już zapomniałem.

 Król Kier wypuścił z siebie głośno powietrze. Obłok zamienił się w uciekającego króliczka.

 – O kradzież królika. Gwoli ścisłości, pani doktor Bestio, królika, który przekopuje dziury między światami. 

 Tola zaklęła. Dziadki popatrzyły na nią z oburzeniem, Rudolf kręcił głową.

 – A o co chodzi z tymi kryształami? – zapytał. – I dziad… starszymi pacjentami?

 Król Kier uśmiechnął się szeroko.

 – Kryształy zamieniają waszych biednych, schorowanych pacjentów w moją Niezwyciężoną Armię, dzięki której wraz z moją połowicą przejmiemy całą Krainę Czarów. I pozbędziemy się tych wszystkich, paskudnych, radosnych kotów, Gąsienic, Kapeluszników i reszty niesubordynowanej ferajny. A potem weźmiemy się za wasz NFZ. 

 Hmm, pomyślała Tola, może nie powinniśmy im przeszkadzać?

 – Panie doktorze Kier, jeśli mogę wtrącić słówko – Czesław porzucił maczugę i pokazał na łokieć. – Przypisze mi pan coś na stawy? 

 Król Kier zmrużył oczy.

 – Tak. Skrócić o głowę! 

 Towarzysze Czesława z pewnym ociąganiem skuli kolegę i całą trójkę zaprowadzili do bunkra. 

 – Lochy są w budowie – powiedział pierwszy dziadek, szukając trzęsącymi się dłońmi pęku kluczy. – Tymczasowo zamkniemy was w skarbcu. 

 Skończyli w środku, przykuci do betonowego słupa, ze stopami nurzającymi się w złotych monetach. Tola mocowała się z łańcuchami.

 – Gdybyś nie udawał, że jesteś nieprzytomny – powiedziała wściekle – może bym nas zdążyła uratować!

 – Wybacz – odpowiedział Rudolf poirytowany. – Byłem trochę skołowany. Trochę mnie to wszystko przerasta. – Brzęknął łańcuchami. – O co chodzi z tą Bestią, tak w ogóle?

 – Nie mam ochoty teraz o tym mówić – warknęła.

 Dobrze, że nie widziała swoich rąk, porastających włosami. 

 – To wasza pierwsza wizyta w Krainie Czarów? – spytał pogodnie Czesław. Jako jedyny miał ręce skute z przodu. Właśnie udało mu się wyciągnąć z kieszeni ciastko. 

 – Tak – powiedzieli unisono.

 Czesław chrząknął.

 – Najważniejsze to wiedzieć – powiedział – jak uciec. 

 Chrupnął ciastko. I zniknął.

 Tola podskoczyła, Rudolf zaklął.

 – Gdzie on jest?!

 Nagle urolog zaczął wrzeszczeć jak opętany, podskakując.

 – Szczury! Szczury! Zjedzą nas żywcem…

 – To ja – pisnął Czesław. – I nie podskakuj, młody człowieku, bo ja nie mam twoich stawów! Masz, zjedz kawałek. Powinno podziałać. Drugi kawałek daj pannie Bestii. Ja zmykam. Gąsienica was odczaruje. 

 Rudolf połknął ciastko bez gryzienia. Nie zmalał tak bardzo, jak Czesław, był mniej więcej wielkości siedzącego psa, ale to wystarczyło. Więzy wokół słupa poluźniły się. 

 – Wyglądasz słodko – powiedziała Tola. – Jak cherubinek. 

 Połknęła ćwiartkę ciastka i zamknęła oczy.

 Cholera, ale ją swędziała skóra na rękach i policzkach.

 – Oj – powiedział Rudolf. – Chyba… chyba to było inne ciastko.

 – Co…?! 

 – Jesteś… Jeśli ja przypominam cherubinka, to ty bardziej… golden retrievera?

 Tola poczuła, jak trzęsie się jej broda. Coraz bardziej i bardziej. Najwyraźniej klątwa, rzucona przez czarodzieja musiała wpłynąć na czar ciasteczka… I zamiast stać się mniejszą sobą, stała się bardziej sobą. Boże, jak ona nienawidziła tego świata!

 – Znajdź tego królika – powiedziała drżącym głosem. – Czesława, gąsienicę, kogokolwiek. I wyciągnij mnie stąd.

 – Nie zostawię ciebie tutaj…

 – Jestem bestią, nie widzisz?! Nic mi się nie stanie! – Wbrew sobie wybuchnęła płaczem. – Idź, proszę. Inaczej mnie nie uratujesz. – Przez fontannę łez dostrzegła, że Rudolf wpatruje się w nią z dziwną miną. – Na co czekasz?! – wydarła się, pokazując kły. – Ruszaj i masz mnie uratować do jutrzejszego ranka! Bo jak nie… bo jak nie, to cię dorwę i wypatroszę!

 Chyba go nie przekonała, bo gdy przeciskał się przez uchylony świetlik, obdarzył ją smutnym spojrzeniem.

 Tola walnęła głową w betonowy słup. Strop jęknął i z sufitu oderwały się pojedyncze kawałki tynku. Gdyby tylko nie odrzuciła ze śmiechem awansów tego zarozumiałego, upartego jak wół czarodzieja… 

 Nie miałaby teraz kłów jak sztylety, pazurów jak niedźwiedź i włosów Chewbacci, ot co. Pociągnęła jeszcze raz za betonowy słup. Zadygotał.

 I mięśni jak Arnold Schwarzeneger. 

 Tola otaksowała sufit uważnym spojrzeniem. 

 

 

 Król Kier wpadł do skarbca. Papierowe czoło rosił mu ciemny pot, fałdując tekturową koronę. Pył z sufitu pokrywał już całe złoto, zalegał na skrzyniach, właził do srebrnych kielichów i pokrywał patyną szmaragdowe kolie. Sufit trzeszczał i jęczał, grożąc zawaleniem. Tola huśtała słupem, uśmiechając się leniwie. 

 – Ładny bunkier tu sobie zbudowałeś – powiedziała. – Przytulny. Jednak chyba… niebawem… zrobi się tu niezły przeciąg.

 – Skrócę cię o…

 – Nie zdążysz.

 Mierzyli się wzrokiem. Jednak Tola trenowała powstrzymywanie się od mrugania na trupach – byli to twardsi zawodnicy niż Król Kier. 

 – Uwolnij mnie, nie rób mi krzywdy, a przysięgam, ja też ciebie nie skrzywdzę – powiedziała, starając się brzmieć niewinnie – jak na Bestię.

 Król Kier wydawał się niezdecydowany. 

 – Nawet skrócona o głowę jestem bardzo wysoka – dodała Tola przekonywująco. – Nie warto.

 – Dotrzymasz słowa?

 – Oczywiście!

 – Przysięgnij na… różę.

 Wiedział o róży. Tola nie mogła się pozbyć podejrzenia, że jej – nieżyjący już – czarodziej pochodził z tej samej paskudnej krainy. 

 – Przysięgam.

 Król Kier skinął upierścienioną dłonią. Łaskawie. Łańcuchy, oplatające Tolę, zamieniły się w papierowe, kolorowe, takie, jakie dzieci kleją na Gwiazdkę. Rozdarła je jednym szarpnięciem. Wstała, otrzepała futro i ruszyła przed siebie. Prosto na Króla Kier. Chwyciła go za szyję, był lekki jak karta. Szamotał się, przechodząc na zmianę z trzech do dwóch wymiarów.

 – Ale… przysięgłaś!

 – Kłamałam? 

 Wpakowała resztę ciasteczka, którego z ostrożności nie zjadła całego, do otwartych ust Króla Kier. Ściskała go z całych sił. Gdy zmalał, przemienił się znowu w kartę. Tola chwyciła go w zęby, odszukała portmonetkę i wcisnęła Króla Kier pod jej zamek. Stękania, narzekania i groźby dobiegały z jej środka, ale miała to, prawdę powiedziawszy, gdzieś. Miała dość tych wszystkich czarodziei, panoszących się w jej życiu bez pytania. Dość strachu, dość chowania się po kątach. Stała się Bestią. Albo zawsze nią była. Koniec z oglądaniem się na konsekwencje.

 Gdy minęła główne drzwi od bunkra, mysz – doberman cofnęła się, piszcząc.

 – Gdzie Król? – zapiszczała.

 Pod ciężarem wzroku Toli umknęła w las. 

 Bestia usiadła nad strumykiem i czekała. 

 

 Rudolf, już właściwego wzrostu, zjawił się nocą w towarzystwie nerwowego, zerkającego na zegarek królika i tłustej, ciężkiej gąsienicy. 

 – O. 

 Tola uniosła głowę. Piekła kiełbaski z chwilowo bezrobotnymi Leśnymi Dziadkami. 

 – Uciekłam – wyjaśniła. 

 – A Król?

 – Króla to ja mam w kieszeni. – Machnęła ręką.

 Rudolf zamrugał. Odłożył świeżo wystruganą dzidę. 

 – Skoro tak, to niech szanowny Pan Gąsienica zdejmie z ciebie czar i wracamy do szpitala.

 Królik popatrzył na falującą kieszeń Toli i zastrzygł uszami niespokojnie. Istoty magiczne nie przechodzą do porządku nad słowami, które mają drugie dno. Tola mrugnęła do niego szelmowsko okiem. 

 Pan Gąsienica okrążył Bestię, zostawiając tłusty, lepki ślad śluzu na trawie. 

 – Tia. – Zapalił nargile. – Jakby to powiedzieć. Nie zejdzie. 

 – Co? – Rudolf był skołowany. – Ale ciasteczko…

 – To nie ma nic wspólnego z ciasteczkiem – odparła Tola. – Palenie powoduje raka płuc, panie Gąsienico.

 Gąsienica wydmuchał z lubością obłok dymu.

 – Nie mam płuc – powiedział z satysfakcją. 

 Rudolf wyjął mu cybuch z palców.

 – Ja mam, ale muszę zapalić. O co w tym chodzi, Tolu? Co ty przede mną ukrywasz?

 Nerwowo zaciągnął się dymem. 

 – Przyszedłem cię uratować, a ty…

 Westchnęła.

 – Jestem Bestią. Nie potrzebuję ratunku. 

 Przeczesała palcami falujące włosy na policzkach. Nadszedł czas wstydu. Czas zwierzeń. Pokrótce opowiedziała, wpatrując się w płomienie, jak – przy okazji robienia biopsji tarczycy – po raz pierwszy i ostatni w swojej karierze umówiła się z pacjentem. Wydawał jej się interesujący, jednak już po pierwszej randce zdecydowała się go spławić. Wyśmiała jego lnianą, białą koszulę, bordowe mokasyny i znak zodiaku, zwisający na srebrnym łańcuszku z szyi. To, że parał się wróżbiarstwem, różdżkarstwem i zielarstwem, słowem, szarlatanerią. Gdzie takiemu do eleganckiej pani doktor? Jakoś tego nie widziała. Białowłosy mężczyzna gwałtownie odsunął krzesło. Czarna jak smoła kawa pociekła po geometrycznych, czarno-białych kafelkach, niczym żywe stworzenie pełznąc do czubków różowych, zamszowych szpilek Toli. Doniczka z podarowaną, drobną różą zatrzęsła się na stoliku, Tola przytrzymała ją ręką, żeby nie narobiła większego bałaganu. Widziała zaalarmowane kelnerki, przyglądające się całej scenie. Ale żenada. 

 Tymczasem szarlatan Andrzej, trzęsąc się z oburzenia, dotknął palcem doniczki z różą.

 – Rzucam na ciebie klątwę. Będziesz potworem, bestią. Dopóki nie zdecydujesz się kogoś pocałować z miłości, akceptując jego przywary, i nie wstydząc się swoich, zostaniesz w tej postaci. Róża będzie odmierzać czas twojej klątwy. Bacz na to, że masz czas do chwili, gdy wszystkie płatki opadną. Jeśli zachowasz się podle lub źle, zapłaci za to róża. Bywaj, zarozumiała dziewczyno.

 Drzwi huknęły. 

 Tola zarumieniła się. Wymieniła porozumiewawczym spojrzeniem z kelnerką i wyciągnęła portfel, chcąc jak najszybciej zapłacić za całe to nieporozumienie, zwane randką.

 Pisk opon, brzdęk tłuczonej szyby, krzyk. Zbiegowisko ludzi. 

 Wyszła, drobiąc na obcasach, przed kawiarnię.

 – Przesuńcie się, jestem lekarzem – powiedziała niepewnie, bo i jaki z niej był klinicysta, no żaden. Jednak poczuwała się do ratowania życia, a przynajmniej do trzymania za rękę i dzwonienia na 112. 

 Na ulicy, kilka metrów od wgniecionego auta, leżał mężczyzna. Nie oddychał – chyba nie oddychał. Trochę krwi, nie za wiele. Nie musiała podchodzić bliżej, żeby wiedzieć, że to był Andrzej. 

 Gdy dotknęła jego głowy, czuła, jak kości się przemieszczają pod palcami. Mimo to z pomocą przechodniów obróciła go na plecy i zaczęła reanimować. Bezskutecznie. Gdy pogotowie odjechało, stwierdziwszy zgon, wsiadła do taksówki i całą drogę patrzyła na swoje buty, ze śladami kawy i krwi. Gdy następnego dnia poszła do zakładu, Mariolka wyleciała do niej, szczebiocząc, że przyszedł pan z kawiarni, przyniósł kwiat i słodycze. 

 Tola wybuchnęła płaczem. 

 Technik Robert wziął różę z rąk zdziwionej salowej i postawił na parapecie, odsłaniając żaluzje. 

 Później tego samego dnia, gdy pochlipując, oglądała pod mikroskopem preparaty z biopsji tarczyc, poczuła, jak swędzi ją skóra. 

 Futro porosło ją całą. 

 Mariolka, która trzymała różę, zamieniła się w mop, a Robert w kościotrupa. 

 I tak tkwili w klątwie. Od pięciu lat. 

 Rudolf objął ją ramieniem. Złoty chłopak, surfujące bożyszcze plaż Helu, przytulił ją, Tolę, która obecnie w istocie najbardziej przypominała Golden retrievera.

 – No, nie chcę przerywać magicznej chwili, ale komu w drogę, temu czas – powiedział królik, podskakując niecierpliwie i zerkając na zegarek. – Och! Już jestem spóźniony. 

 I zaczął kopać między korzeniami wierzby.

 – Musicie mu wybaczyć – powiedział Gąsienica, wylegując się przy ognisku. – W końcu przekopuje się przez grządki czasoprzestrzeni. Rozumiem, że… Król Kier nie będzie nam już zagrażał…?

 Tola kiwnęła głową. 

 – W dowód wdzięczności, Bestio – powiedział Gąsienica – odeślemy wam waszą niezwyciężoną armię staruszków. 

 – Fantastycznie – mruknął Rudolf. 

 – Bywajcie – odpowiedział Gąsienica i przymknął oczy.

 

 

 Tym razem spletli dłonie, gdy opadły na nich ziemie czasu i wiry przestrzeni. Na niebie nad szpitalem wisiał księżyc, wydobywając z ciemności odrapany tynk, spękany beton i przysychające bratki. Rudolf ścisnął jej rękę.

 – Wiesz co?

 – Tak? – zapytała Tola, mrużąc oczy.

 Pocałunek smakował kiełbaskami, które przed chwilą jedli. Roześmiali się, odsuwając się od siebie, nieco zawstydzeni.

 – Cóż, nadal jestem Bestią – powiedziała z rezygnacją Tola. 

 Rudolf wzruszył ramionami.

 – Zawsze chciałem mieć i dziewczynę, i psa. Teraz nie muszę mieć już…

 – Nie kończ – warknęła Tola, otwierając drzwi od zakładu. Rozpaczliwe szlochanie Mariolki niosło się korytarzami. 

 Tola nie musiała sprawdzać, ale mimo to podeszła do róży. Smutnego, zielonego badylka, pozbawionego płatków. Złamana przysięga Króla Kiera przekreśliła jej szanse na wolność od Bestii. Tola chwyciła badyl i z mściwą satysfakcją wrzuciła do kosza, obok resztek wątróbki i pizzy. Przez ostatnie pięć lat wszystkie jej myśli krążyły wokół tego purpurowego wiechcia. Tej pożal się Boże klątwy. A teraz, kiedy wiedziała, że już nie ma wyboru…

 Czuła się wolna jak nigdy.

 

 

 Zamieszkali razem z Rudolfem i jedyne, na co narzekał, to często zapychający się włosami odpływ prysznica. Słowem, było fajnie. Króla Kier dała Robertowi, żeby zatopił go w parafinie, tak samo, jak robili to z preparatami. Nosiła go nadal w portfelu, raz czy dwa z roztargnienia próbowała go przyłożyć do terminala płatniczego. W takich chwilach wściekał się i stroił miny, jednak przeważnie spał – czasem uśmiechał się przez sen, pewnie ścinał głowy niepokornym sługom. 

 Kraina Czarów zgodnie z obietnicami odstawiła wszystkich stu dzielnych żołnierzy, którzy dziarsko podreptali pod drzwi Kliniki Geriatrii, domagając się czegoś na bóle stawów. 

 Życie toczyło się swoimi torami.

 Pewnego poniedziałku, gdy szła do Sowy po ulubione eklery, młody mężczyzna, rozmawiając przez telefon, uderzył ją w bark. Niechcący, ale zabolało. Syknęła.

 – Czekaj, słonko, popchnąłem jakąś panią – powiedział do rozmówcy i odwrócił się z szarmanckim uśmiechem. – Najmocniej prze…

 – ANDRZEJ.

 Mężczyznę zmroziło. Przez chwilę patrzyli na siebie.

 – Przecież ty nie żyjesz – dodała.

 – Szykowna pani doktor – powiedział Andrzej, nerwowo pocierając ręce. Najwyraźniej zapomniał nawet, jak ma na imię. – Z tym życiem u czarodzieja to jak u kota. Ha, ha. Trochę się uniosłem te kilka lat temu, co?

 – Trochę?! – chwyciła go za marynarkę. Już nie nosił się jak podstarzały hipis. Podniosła go do góry, tak, że granatowe new balance nie dotykały podeszwami ziemi. – Trochę?!

 – To klątwa jeszcze działa? Ojej! 

 – OJEJ? 

 – Ja tak tylko… miało się samo wyczerpać po tygodniu… Nie myślałem… Bo mnie pani udusi! Pani doktor!

 – Róża całkiem zwiędła! – warknęła Tola. – A ty mi mówisz, gnojku, ojej?

 – Ja… już, muszę tylko odczarować… Jakby mnie pani na ziemię odstawiła…

 – Nigdzie cię nie puszczę, dopóki nie zdejmiesz tej klątwy!

 Andrzej, purpurowy na twarzy, wykonał dziwne znaki w powietrzu. Zapachniało kawą. 

 – I jeszcze moi pracownicy – dodała Tola wściekle. – Mariola i Robert.

 – Dotknij ich dzisiaj i zadziała.

 – A skąd mam wiedzieć, że mnie odczarowałeś? – zapytała, mrużąc oczy.

 I nagle mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa. Runęli na ziemię. Zanim zdążyła się podnieść, poobijana i potłuczona, Andrzej już uciekał. Chciała wstać, ale zakręciło się jej w głowie. Dotknęła dłoni, z której leciała krew. Skóra była gładka jak pupa niemowlaka.

 – Wszystko w porządku? – przechodnie zainteresowali się płaczącą kobietą, ściskającą własną rękę.

 – Tak – powiedziała Tola. – Coś… coś mi się w życiu skończyło – powiedziała nieskładnie. 

 Ktoś zasugerował, że może uderzyła głową, że trzeba dzwonić po lekarza.

 – Nie, nie, okej. Wszystko okej. – Podniosła się. Otrzepała. I otarła łzy za Bestią, która odeszła wtedy, gdy ona nauczyła się ją kochać. 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

O, takie opowiadania to ja mogę czytać i komentować z przyjemnością :) 

Lubię teksty, które mnie wciągają, gdzie podoba mi się całość, jako całość, bo się angażuję i chce mi się o nich gadać, wygrzebywać różne smaczki i szczegóły. Wtedy nawet te drobnostki, co mi się nie podobają, wyciągam po to, żeby sobie porozmawiać. Przy historiach, które fabularnie wywołują tylko wzrusz ramion, szukam ratunku w ładnej scenografii lub doszukuje się jakiś ozdobników w tle. Bardzo się cieszę, że u Ciebie tego nie miałam ^^

 

No, to przejdźmy do konkretów:

Bardzo fajnie ograłaś i Alicję, i Piękną i Bestię. Podobał mi się taki mariaż. W obu przypadkach grasz oczywistymi skojarzeniami, jeśli chodzi o świat Alicji, to już w ogóle bezpośrednio nas do niego przenosisz, ale zrobiłaś to zabawnie i lekko, przemawia do mnie ta mieszanka. Jest barwnie, dużo się dzieje, jest akcja. W sumie akcja, razem z humorem, zdecydowanie dominują, więcej tego niż jakiegoś czasu na przemyślenia czy pogłębione emocje bohaterów, ale to jest jak najbardziej spoko. Czuć co ma być czuć, bohaterka fajnie zbudowana (super pokazana powolna przemiana, którą próbuje ukryć, to jak ją drapie skóra!) postacie poboczne też, nie są tylko tłem, ale są wyraźne i mają charaktery. Dobre to było.

 

W kwestii emocji jedynie mam niedosyt w końcówce bo… miała super potencjał! Już Ci tłumaczę: naprawdę BARDZO podoba mi się pomysł, że klątwę ściąga miłość do siebie, a nie miłość pochodząca od kogoś z zewnątrz (klasyczny pocałunek wielkiej miłości itd. → tak, to ładny motyw, ale Twój podoba mi się bardziej ;)). Więc o co mi chodzi? A o to, że na końcu był potrzebny ten Andrzejek! Jakoś tak przypadkowo i w sumie z głupia franc, zdejmuje klątwę. Wolałabym chyba, żeby zniknęła właśnie tylko w wyniku akceptacji swojego potwornego “ja” Bestii, która nauczyła się kochać siebie taką jaką jest. Że sama, bez pomocy Andrzeja. Ale to tylko mój odbiór, to co ja bym wolała, to sobie mogę woleć – w historii wydarzyło się, co miało i też jest bardzo fajnie :) Pomysł super, ciesze się, że nie przeszło jej bo się pocałowali z Rudolfem i już. Btw – Rudolf, który pokochał ją mimo wszystko jest super <3 

 

Zastanawiałam się czy w królestwie czarów nie poszło im trochę za łatwo? Wystarczyło zmieść króla i się wszystko posypało, a jakaś Królowa Kier czy coś? Ale wiesz co – się czepiam. Skoro cała ta ich armia była ukartowana (hehe), to w sumie nie dziwota, że wystarczyło uciąć głowę i wszystko się posypało. 

 

Fajne to wplatanie naszej przaśnej rzeczywistości. Tym fragmentem mnie kupiłaś: 

I pozbędziemy się tych wszystkich, paskudnych, radosnych kotów, Gąsienic, Kapeluszników i reszty niesubordynowanej ferajny. A potem weźmiemy się za wasz NFZ. Hmm, pomyślała Tola, może nie powinniśmy im przeszkadzać?

:D 

 

Bardzo ładnie piszesz w ogóle, żywo, jest rytm i tempo, językowo mi się podoba, nie ma żadnej nudy, ani przekombinowania. Każdy ma inne preferencje, ale w mój gust się wpasowałaś :)

 

Tutaj podobała mi się animizacja: 

(…) ścieżka, która przed chwilą jeszcze skręcała prawo, w ostatniej chwili zmieniła zdanie i zawróciła o 180 stopni. Wydawała się poirytowana, że postanowili ją deptać i podtykała im złośliwie pod nogi poskręcane korzenie. 

 

A tu króliś:

 Kicał sobie na podwórzu, wyjadając bratki i niedopałki papierosów.

:,) 

 

 

Z kategorii czepialstwa: miałam kilka razy wrażenie, że za szybko, praktycznie w ciągu jednego zdania, przeskakuje mi akcja albo lokalizacja, przez co trochę się gubiłam gdzie jestem i co robię. Już przykładuję: Fragment z początku, gdzie mamy Tolę i Rudolfa w stołówce:

 – Tak? – zapytała grzecznie i rzeczowo.

 Stanęli pod drzwiami. Rudolf z jemu właściwą galanterią usiłował dostać się do klamki, ona, spocona z nerwów, skutecznie zagradzała mu drogę, jednocześnie udając, że nie może znaleźć kluczy. Przecież nie wpuści go do środka!

Jadąc dalej, wiem, że stoją pod drzwiami do prosektorium, ale podczas czytania po raz pierwszy miałam taki zbyt szybki przeskok – tu rozmawiają przy barze jakimś, on ją chwyta za ramię i zagaduje, żeby wyszli się przewietrzyć, a tu nagle stoją pod drzwiami. Szczerze mówiąc miałam wrażenie, że stoją pod drzwiami do jej domu i próbowałam ogarnąć, jak się tu znaleźli. 

 

 

 Z budynku wyszło kolejnych dwóch staruszków, uzbrojonych po zęby. Każdy z nich wyglądał na dobre osiemdziesiąt lat. Mimo to szli raźnym krokiem, wymachując maczetami godnymi Goliata. 

→później cały czas piszesz maczugi, maczety nie pojawiają się już ani razu, ale w sumie jeśli byli “uzbrojeni po zęby”, to mogli w pierwszej scenie machać maczetami, a później posługiwać się maczugami :P 

 

I na koniec dodam z uśmiechem: zaraz przyjdzie Ci tu szanowny użytkownik CM, znany z bycia pogromcą przekleństw i wytknie (ale z wyjątkową gracją! :D) nadmiar używania słowa “cholera”. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, ale myślę, że mogłabyś urozmaicić przekleństwa, na samym początku masz już 3 cholery (o, i jedną piękną psiakostkę! :D)

 

 – To co zawsze – rzuciła do pani za ladą. Zaciągnęła długie rękawy na dłonie.

 – O, Tola! Wychynęłaś ze swej nory! 

 Cholera, chyba nie może udawać, że nie słyszała. Zrobiło jej się gorąco z nerwów. Już się od niej nie odczepi, psiakostka. Odruchowo dotknęła policzków – pod grubą warstwą fluidu wyczuła igiełki włosów, kiełkujące mimo porannej toalety.

 – Czołem, Rudolf. 

 Niziutki urolog przeczesał palcami grzywę złotych włosów, nucąc pod nosem – bez nutki fałszu! – cholerną, obrzydliwie optymistyczną piosenkę „Masz tę moc”. Studentki, chichoczące nad szarlotką, obrzuciły go przeciągłym spojrzeniem. On nie zwrócił na nie uwagi. Nie, patrzył wciąż, do cholery, na to zakapturzone, zapięte po szyję w dres dziwadło o bujnych, brązowych włosach. Uśmiechając się przy tym nieznośnie szeroko i przyjaźnie. Tola zamrugała nerwowo, wpatrując się w styropianowe pudełko, pełne na wpół surowej wątróbki… 

 

Tyle! Wybacz, że tak dużo gadam, ale i tekst długi, to chyba mogę :P Ja lubię długie opowiadania, jest czas na zbudowanie świata i poprowadzenie wciągającej akcji. Udało Ci się :) 

Dziękuję za lekturę i życzę powodzenia w konkursie! 

Bardzo, bardzo dziękuję za dogłębny komentarz, Koimeoda!!! Rzeczywiście, tzw. „przejścia” to nie jest moja mocna strona. Jeśli chodzi o maczety i maczugi to – umknęły mojemu zawodnemu oku…  Co do Króla Kier, postanowiłam, że on też podlegnie zamianie płci – dlatego ma zamiar skracać wszystkich o głowę. Jeśli chodzi o zakończenie, założyłam, że ze względu na to, że Tola skłamała Królowi Kier podczas potyczki, róża zwiędnie do końca i Bestia zostanie Bestią. A Tola pewnego dnia dorwie Andrzejka :)  Hmm, chyba nie mogę już edytować opowiadania, skoro jest konkursowe, ale wszystkie uwagi  wezmę do serca!!!! I to ja dziękuję za lekturę!  Jestem nowicjuszką tutaj i Twoje słowa są na wagę krasnoludzkiego złota;)

:) 

 

Nie biczuj się (maczugami, ani niczym innym ;)) z tymi “przejściami” czy zawodnym okiem – to są naprawdę drobnostki. Możesz jeszcze edytować tekst, dopóki jest przed terminem, a w Z(A)MIANIE to jest 19.09. Także jeśli masz ochotę coś doszlifować, to masz jeszcze dwa dni. Później też pewnie będziesz mogła, tylko dopiero po ogłoszeniu wyników. 

 

Co do Króla Kier, postanowiłam, że on też podlegnie zamianie płci

→ ok, teraz rozumiem, ALE w takim wypadku o kim jest mowa tu? 

 – Teraz jeszcze musimy znaleźć królika i Królowa Kier będzie…

 

:D To mnie wprowadziło w błąd i zasugerowało, że jest poza Królem jakaś Królowa.

 

 Jestem nowicjuszką tutaj i Twoje słowa są na wagę krasnoludzkiego złota;)

Ciesze się, że mogę Cię ciepło przywitać, sama mam krótki staż portalowy, wiem jak takie miłe początki są motywujące i ważne :)

Cześć więc, rozgość się! 

Hej,

 

przeczytawszy tytuł spodziewałem się historii inspirowanej Pierścieniem i różą. Inspiracje są inne, ale nie mogę powiedzieć, żebym czuł się zawiedziony. Historia jest ciekawa i dobrze napisana, szczególnie doceniam dialogi i humor :) Popieram Koimeodę w jej ocenie, a fragment o NFZ’cie sprawił, że się zaśmiałem pod wąsem :D Generalnie podoba mi się Twój tekst.

 

Zastanawiam się tylko, czy nie za dużo wzięłaś na swoje barki? Odwrócona historia Belli, jak dla mnie, byłaby wystarczająca. Chciałbym przeczytać więcej o mopie i kościotrupie i o tym, jak pomagają Toli w pracy patologa; chciałbym móc lepiej poznać Rudolfa. Tymczasem akcja pędzi jak szalona – doktor Kier ucieka, króli kopie norę, Tola i Rudolf porwani. Przydałoby się z 20k znaków więcej, żeby ten świat i postacie dopracować, uczynić bardziej mięsistymi. Albo zrezygnować z niektórych wątków.

 

Końcówka jest dla mnie niezrozumiała, wydawało mi się, że Tola była szczęśliwa z Rudolfem, a okazuje się, że jednak żąda zdjęcia klątwy. Być może chodziło o Mariolkę i Roberta, ale nie wynika to wprost z tekstu.

 

Garść uwag na koniec:

 

Rubinowy płatek spadł dostojnie w dół.

pleonazm, no w górę raczej nie spadł ;)

 

Dotknęła twarz.

– “twarzy”.

 

Mimo to szli raźnym krokiem, wymachując maczetami godnymi Goliata. 

– maczety raczej kojarzą mi się z kibicami z Krakowa, a nie z Goliatem.

 

 Czesław tymczasem odłożył maczugę i rozmasował łokieć.

– to maczety mają czy maczugi?

 

Szybki skłon -

– kropka na końcu zdania a nie myślnik.

 

Tola chwyciła go w zęby, odszukała portmonetkę i wcisnęła Króla Kier pod jej zamek.

– jak to pod zamek? Do którejś zakładki, czy raczej do kieszenie na drobne? Niezrozumiałe.

 

 – Tia. – Odpalił nargile.

– że co? :D

 

Exit light

Wszyscy poszukujemy ratunku w walce NFZ :D 

 

BK – ja nie autorka, ale pogadać mogę, także nawiąże do Twojego komentarza :P 

 

Też na początku miałam wrażenie, że może za dużo tu się dzieje, że tekst jest naładowany atrakcjami i wodotryskami, ale po czasie myślę, że to też może być jego siła. Też mnie korci (hehe) żeby poznać szczegóły życia Mariolki the Mopa oraz Kościastego Roberta, też bym chciała poznać bliżej ten świat, bo został fajnie zarysowany, jednak jak dla mnie to wszystko, jako tło, robi dobrą robotę. Nawet jeśli nie ma tam kolejnych planów mięsistego (jakże mi się to określenie podoba!) świata. A to, że zaintrygowało i spodobało się na tyle, że zostawiło nas ze smakiem na więcej to chyba dobrze nie? 

 

BTW, autorko, apropos życia Marioli i Roberta, mam palącą sprawę: 

– Psst – dobiegło z brudownika. – Rozepnij fartuszek, dziołcha. Cyc do przodu i …

 

To… Mariolka the Mop ma romans z Robertem i – co więcej – ma fartuszek i cyc? Tak tylko pytam, dla koleżanki ;D 

 

BK: 

Końcówka jest dla mnie niezrozumiała, wydawało mi się, że Tola była szczęśliwa z Rudolfem, a okazuje się, że jednak żąda zdjęcia klątwy.

→ bo była szczęśliwa, ale jak się napatoczyła okazja, żeby zdjąć klątwę, to nic dziwnego, że skorzystała. Ileż można odtykać odpływ prysznicowy.

Chociaż też bym tą końcówkę inaczej załatwiła, ale to już mi Czarna Adelajda odpowiedziała, więc milknę w temacie.

 

Rubinowy płatek spadł dostojnie w dół.

– pleonazm, no w górę raczej nie spadł ;)

To samo wyłapałeś u mnie :D Już na zawsze zapamiętam haha <3 

 

maczety raczej kojarzą mi się z kibicami z Krakowa, a nie z Goliatem.

→ moje miasto takie piękne, sława na całą Polskę :,) 

 

A nargila to fajka wodna, taka do shishy. Też musiałam sprawdzić, ale jakoś gąsienica z Alicji zawsze mi się kojarzyła z fajką wodną, wiec tak to sobie wyobraziłam. 

Koi, tłumaczysz mi świat :D

 

Z tą nargilą, to mi się wydawało, że może to literówka jest czegoś w stylu: “odpowiedział nagle” :D

 

– Psst – dobiegło z brudownika. – Rozepnij fartuszek, dziołcha. Cyc do przodu i …

– a mi się wydaje, że to było skierowane do Toli, żeby zbajerowała Rudolfa.

 

Btw, Rudolf to mi się nierozerwalnie kojarzy ze Świętym Mikołajem, no nie mogę, cały czas czekałem, aż mu się nos na czerwono zaświeci chociaż :)

Exit light

– Psst – dobiegło z brudownika. – Rozepnij fartuszek, dziołcha. Cyc do przodu i …

– a mi się wydaje, że to było skierowane do Toli, żeby zbajerowała Rudolfa.

aaaaaaa faktycznie! Czemu ja to usłyszałam męskim głosem :x Dzięki, teraz Ty tłumaczysz mi świat. 

Wyedytowałam! I napisałam – zapalił nargile. To inna nazwa sziszy:) ja właśnie pamiętam takie tłumaczenie Alicji, ale może nawet nie tłumaczenie, bo dawno temu czytałam w oryginale. Tak czy inaczej w słowniku PWN jest to synonim sziszy – a jakie ciekawe słowo! Zgadzam się, że mogłabym jeszcze rozwinąć opowiadanie… ale i tak ledwo zmieściłam się w 40 tys słów, a na konkurs jest maksymalnie 44 tys. Bardzo dziękuję, BasementKey, za wnikliwy komentarz! I tak,  Mariolka każe Toli zabajerować Roberta. I oczywiście, Koimeoda, masz rację – kto by nie chciał pozbyć się zapychającego odpływu w prysznicu? Jej, jak mi miło na sercu! PS// w słowniku PWN bodajże nie ma nargili w liczbie pojedynczej, tylko w mnogiej. Też się zdziwiłam. 

I tak,  Mariolka każe Toli zabajerować Roberta

→ Rudolfa! :D Chyba, że Mariola swata Tolę z tym niemym Kościszem, też spoko! 

 

ale i tak ledwo zmieściłam się w 40 tys słów, a na konkurs jest maksymalnie 44 tys.

→ dobra robota dziewczyno! Ja się nie wyrobiłam ani w limicie słów, ani w terminie :P 

 

a jakie ciekawe słowo!

→ tak, dzięki Tobie się nauczyłam o tych nargilach.

 

Jej, jak mi miło na sercu! 

→ heart

→ Rudolfa! :D Chyba, że Mariola swata Tolę z tym niemym Kościszem, też spoko! 

Heeeej, masz coś do szczupłych i małomównych? :P

 

→ dobra robota dziewczyno! Ja się nie wyrobiłam ani w limicie słów, ani w terminie :P 

Ehm… Ale zobacz, co ninedin napisała w wątku, można wrzucać teksty również po terminie, jbc.

Exit light

Heeeej, masz coś do szczupłych i małomównych? :P

→ absolutnie! Tacy najlepsi, bo dobrze słuchają i dzielą się żarciem :D 

 

Ehm… Ale zobacz, co ninedin napisała w wątku, można wrzucać teksty również po terminie, jbc.

Exit light

→ Wiem, wiem, dlatego właśnie wyluzowałam z ciśnięciem na czas, na spokojnie sobie skończę, pomysł już raz poczęty, nie zostaje porzucon (I Twojej bety nie odpuszczę, sam nie wiesz na coś się pisał, bo to tylko się wydłuża i wydłuża, za przyjemnie mi się pisze :P) 

 

Wybacz Adelajdo, że Ci tu offtopujemy. Wracając do opka – bardzo lubię tego króliczka! :D 

 

 Królik rozpoczął metodyczną akcję dewastacji mienia zielonego szpitala i zaczął ryć dziurę w trawniku, kręcąc puchatym ogonkiem. 

 

Ja też czekam na tę betę, nie mogę się doczekać wręcz ;)

 

A króliki są mega, polecam każdemu. Miałem krolika ponad 12 lat, był doskonałym towarzyszem. I nie jadał petów, jbc :P Ale też nie kopał dziur do innych wymiarów.

Exit light

Heh! Ale racja, chodziło mi o Rudolfa… będę czekać na Twój tekst Koimeoda:) ale powiem Tobie ze jednak dobrze wyznaczyć sobie jakąś datę, mnie to zawsze bardziej motywuje . 

Czarna Adelajdo – dziękuję! Chyba celowo gadam, że piszę, żeby czuć się zmotywowana do ukończenia :P 

BK – <3 (no i gratuluję, 12 lat piękny wiek jak na króliczka)

Cześć czarna adelajdo, początek mnie zaciekawił. Pani patolog z pojawiającym się zarostem na policzkach i futrem na plecach. Fajny pomysł, zwłaszcza, że dostrzegłam wątek kryminalny:-) niestety wydaje mi się, że za dużo się w tym opowiadaniu dzieje, nagromadzenie postaci zarówno z "Pięknej i Bestii" jak i "Alicji z Krainy Czarów", trochę mnie przytłoczyło. To znowu odbiesienie do Lady Gagi, alibaby i czterdziestu rozbójników i jeszcze Arnold gdzieś tam się przewinął:-) zakończenia nie zrozumiałam. Bestia zaakceptowała siebie, ale gdy tylko spotkała Andrzeja wymusiła na nim zdjęcie klątwy, a następnie poczuła żal. Zgadzam się tutaj z koimeodą: po co ten Andrzej w tej przemianie? Wybacz moje czepialstwo, językowo opowiadanie napisane bardzo dobrze. Po prostu do mnie nie przemówiła ta historia. Pozdrawiam serdecznie

Cześć Olciatka! Słowem – za dużo i za szybko! Aj, napakowałam, napakowałam tego dobra:) No, końcówki będę bronić, bo uważam, że akceptacja akceptacją, ale pragnienie powrotu do swojego dawnego ja… Tak przez analogię – piękna sportsmenka po ciąży nauczy się akceptować swoje ciało… ale czy  nie skusiłaby się, w przypływie emocji, na powrót do dawnego? Nawet jeśli to ciało to historia jej życia? Uważałam to za bardziej prawdziwe, po prostu.  Pozdrawiam i dziękuję za lekturę i komentarz:)

Cześć, Czarna Adelajdo! Muszę przyznać, że mam odczucia bardzo podobne do Olciatki. Chyba poniekąd strzeliłaś sobie w stopę miszmaszem dwóch bajek, który świetnie wypadłby w dłuższej niż pozwala na to limit formie. A tak, to widzę tu masę świetnych pomysłów, które nie mają szansy w pełni wybrzmieć ze względu na limit.

Osobiście uważam, że najmocniejsza w tym wszystkim jest postać Toli i jej relacja z Rudolfem. Makabryczno-humorystyczny klimat tego tekstu też niewątpliwie bardzo na plus. Językowo jest całkiem w porządku, więc nie będę się specjalnie rozwodzić. Zachęcam Cię bardzo do szlifowania kolejnych pomysłów, bo to całkiem niezły debiut.wink Pozdrawiam.

Oidrin, bardzo dziękuję za komentarz! Pozdrawiam:)

Sympatyczne opowiadanie. Owszem, limit cisnął i to widać, ale i tak mi się podoba. Fajnie, że wmieszałaś tyle motywów z różnych bajek. Wyszło na bogato, można było szukać różnych smaczków. Poszalałaś z fantazją, jest dobrze.

Babska logika rządzi!

Jejciu, ależ to było smakowite :) A jak bogato zastawiłaś stół :) Podobał mi się misz-masz dwóch bajek (o ile Alicję w krainie czarów można nazwać bajką). Bohaterka też Ci się udała. Trochę szkoda, że ją odczarowałaś, bo mogłaby wystąpić w jeszcze niejednym opku, wraz z Mariolką i Robertem.

Sprawnie napisane, płynęłam, nie potykając się o nic. Zakończenie jak dla mnie zrozumiałe. Mogła się zaakceptować, ale zrozumiałe, że chciała wrócić do poprzedniej postaci. A kiedy już wróciła, dostrzegła, że pewne rzeczy straciła i to ich właśnie żałowała. Jak dla mnie gra i buczy :)

Misie i kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Zawsze można pisać prequele. W końcu parę lat minęło między zaczarowaniem a czasem akcji.

Babska logika rządzi!

To już raczej coś w tak zwanym międzyczasie. Po przygodzie w króliczej norce, a przed odczarowaniem :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Konkursowo czy poza – czytałabym. smiley

FinklaIrka_Luz – dziękuję za kliki, ale przede wszystkim za lekturę! Może rzeczywiście się skuszę na jakiś prequel czy… interquel:) ale raczej w przyszłości,  poza konkursem. Takiego odzewu to przyznam, że się nawet nie spodziewałam – nie dość, że się komuś spodobało, to jeszcze, o zgrozo, wołają więcej Mopującej Mariolki! Bardzo, bardzo mi miło! (Mariolce również.)

Oidrin – ahh. Dziękuję!!!

A ja chcę więcej króliczka! (i też zgłosiłam Cię do kliczka :D)

Podbijam pomysł dziewczyn w kwestii prequeli czy tam fanfików ;) Mariolka, Kościasty i reszta ekipy prosi się o rozwinięcie! 

Koimeoda:):):)  zaklepię dla Ciebie króliczka! Dziękuję za polecenie! Ale mi się  gęba dzięki  Wam śmieje! 

Nie? Też tak miałam i dalej miewam ^^ 

Cześć!

Oj, uśmiałem się z tego opka! Takie niecodzienne. Trochę w nim głębi, trochę strachu a najwięcej humory i dystansu. Pani lekarka wilkołak oraz postrach Hellskich plaż, niewysoki doktor biceps o bujnych włosach. A w tle nasz barwna słożba zdrowia i krwista wątróbka w podsiąkająca wydzielinami z denata.

Inne ujęcie krainy czarów, mop Mariolka i międzywymiarowe króliki. I te cudne wyznania miłości:

– Zawsze chciałem mieć i dziewczynę, i psa.

No trudno nie spaść z krzesła. Ubaw po pachy.

 

Jest też głębsza treść, cały motyw z klątwą i “oczekiwaniami” wysokiej pani doktor. 

Dobry materiał do rozwinięcia, albo i powieść fantastyczną w realiach polskiej służby zdrowia, ale taką lekką z dystansem (na lekkim kacu).

 

Pozdrawiam i polecam do biblioteki (bo chyba już mogę…)

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No, fajne, nawet bardzo fajne! Wielowątkowa historia, różne baśnie utkane w jedną fabułę, nietuzinkowi bohaterowie! Ależ oryginalny pomysł, by kobiętę-bestię, pracującą jako patologa w szpitalu wysłać do Krainy Czarów :D.

Przyznaję, że był moment, kiedy miałam również uczucie przesytu nawiązaniami do innych dzieł kultury, ale to nie ograniczyło przyjemności z lektury. Szczególnie na początku nie mogłam się połapać w mnogości postaci i powiązań, ale z daszym biegiem wydarzeń wszystko się wyrównało.

Do mnie końcówka akurat trafiła. Bohaterka zaakceptowała w sobie Bestię, ale widać wściekłość na Andrzeja zwyciężyła (swoją drogą, pięknie to brzmi: “szarlatan Andrzej”, haha) i potrzeba wyrównania rachunków. 

To, co najmniej mi siadło to porównanie Bestii do golden retrivera. To rasa faktycznie kudłata, ale przecież o sierści (zazwyczaj) w kolorze złota, o delikatnych mordkach i subtelnym, przyjacielskim usposobieniu. Nijak mi to nie pasowało do Bestii ;).

Pozdrawiam! Kliknęłabym do biblio, ale jeśli dobrze liczę, to opko zebrało już potrzebą 5-tkę :).

Krar, Cytryno – bardzo Wam dziękuję! Cieszę się, że dobrze się Wam czytało! Myślę, że rzeczywiście przy dłuższej historii wszystko by spokojniej się rozwijało, wykręcę się limitem słów:)  ha, powieść… może kiedyś! Cytryno – a jaką rasę psa byś tu widziała? Może wodołaz?  Zależało mi na czymś włochatym… i niepudlowym. A goldenki – może nie do końca są bestiami – ale swój charakter mają! 

Adelajdo, wodołaz były super! Bardziej przypomina niedźwiedzia, bestię :), też niektóre odmiany wielgachnych owczarków (ale są rzadkie i niezbyt znane) lub po prostu klasyczny owczarek niemiecki. Dobry pies dla zobrazowania owłosionego człowieka :P.

Cześć. Fajne opowiadanie :)

Co prawda na początku nieco się zagubiłam i nie do końca ogarniałam, kto jest kim, a prawdę o mopie i kościotrupie odkryła dopiero, kiedy Tola wspominała w jaki sposób stała się Bestią, ale później jest już coraz lepiej. Kraina czarów mnie urzekła, zwłaszcza armia staruszków :D 

Też jestem za tym, że zakończenie obyłoby się bez odczarowania Toli. Ten fragment trochę psuje wydźwięk myśli przewodniej, morału, czy jak to tam nazwać – że Tola musiała po prostu zaakceptować siebie.

Mimo kilku uwag, podobało się.

Pozdrawiam :)

Oluto, bardzo dziękuję za poświęcony czas! Słowem, przydałoby się trochę zwolnić akcję;) No, ja mam z morałami taki  problem, że… nie lubię morałów:) Ale rzeczywiście, może bez odczarowania zakończenie miałoby mocniejszy wydźwięk. Kiedy ja tak chciałam się zemścić na Andrzejku szarlatanie! Generalnie chciałam zaznaczyc w zakończeniu,  że to, co jedna osoba powie – rzuci słowa/ czar na wiatr– może mieć dla kogoś duże znaczenie , większe niż osoba rzucająca czar (słowa) miała na celu. I ta osoba, ten Andrzejek, chodzi sobie zadowolony, niby nigdy nic, a Toli życie się sypnęło. O. Tak to bardziej widziałam. Dlatego tez chciałam, żeby nastąpiła jeszcze ich konfrontacja :) chociaż, oczywiście, Tola tez miała swoje za uszami:) pozdrawiam! 

Generalnie chciałam zaznaczyc w zakończeniu,  że to, co jedna osoba powie – rzuci słowa/ czar na wiatr– może mieć dla kogoś duże znaczenie , większe niż osoba rzucająca czar (słowa) miała na celu. I ta osoba, ten Andrzejek, chodzi sobie zadowolony, niby nigdy nic, a Toli życie się sypnęło

Akurat na to nie wpadłam, ale rzeczywiście – ma to sens.

No, ja mam z morałami taki  problem, że… nie lubię morałów:)

O, to ja mam akurat na odwrót – morał mi się zawsze wciska gdzie nie trzeba :)

 

:):):) Hmm, no cóż, tak to sobie w głowie ułożyłam jak pisałam zakończenie, ale umówmy się, nie znaczy to, że dało się to odczytać z moich wypocin!  Pewnie powinnam była rozwinąć bardziej zakończenie … jak wiele innych wątków w tej historii!  Ale bardzo się cieszę, że przebrnęłaś przez to grubaśne opowiadanie!

Ale bardzo się cieszę, że przebrnęłaś przez to grubaśne opowiadanie!

To akurat była przyjemność :)

A tak przy okazji, poprzedni komentarz wstawił Ci się dwa razy.

Nowa Fantastyka