- Opowiadanie: LanaVallen - Żywi głosu nie mają

Żywi głosu nie mają

Opowiadanie napisane wyjątkowo szybko jak na mnie. Nagła wizja kazała przerwać  pracę nad innym tworem i koniecznie skończyć ten.

Jestem ciekawa, jak go odbierzecie, choć uprzedzam, że jest bardzo w moim stylu. 

 

Za betę serdecznie dziękuję kolodziejowi3012.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Żywi głosu nie mają

Legenda przekazywana przez stulecia mówiła o dwóch ogonach.

Historia ta, jak wiele hinduskich opowieści, jest oczywiście absurdalna.

Ludzie nie potrafiący na co dzień ułożyć poprawnych zdań, znali tysiące określeń na ich opisanie. Jeśli byłaby to pierwsza rzecz, o którą byś ich zapytał, wydałoby ci się, że rozmawiasz z wielkimi mędrcami. Zapytaj więc szybko o różnicę między królem a sułtanem, aby zobaczyć ich głupkowate twarze.

Naśmiewam się, wybacz. Właściwie nikt nie zna prawdy lepiej od mieszkańców Waranasi. Prawdy o dwóch ogonach.

 

Nie od zawsze ludzie mieli świadomość ich istnienia. Mieszkańcy dziwili się, czemu jest tak, a nie inaczej. „Dlaczego”, pytali, „niektóre dzieci rodzą się zdrowe, by kolejne nie dożyło pierwszego oddechu?”. Składali dary bogom, w szczególności Krysznie, Lakszmi i Parwati, nie wiedząc, że winni modlić się do zupełnie innych bóstw. Ich miasto bowiem przywłaszczyli sobie Śmierć oraz Życie. 

Waranasi należało niegdyś do prastarych miast pełnym pielgrzymów i rytualnych kąpieli. Gdzie byś nie poszedł, otaczała cię rozedrgana ciżba. Nad Gangesem ludzie wybierali odpowiednie drewno i olejki do spalenia bliskich – słychać było ich spory, trwające od brzasku do zmierzchu. Później… Później nikt się już nie kłócił, a ulice straszyły pustkami. Z pewnością wyobrażasz sobie, jak przerażająca jest cisza ogromnego miasta.

Nie było już morza kolorowych sari ani szeregu białych dhoti. Kobiety nie malowały na czole bindi, bo święte znaki utraciły moc. Zaprzestano wiary w nirwanę, bo potrzeba do niej nadziei, o którą tak trudno w złamanych sercach.

Z początku poświęcano zwierzęta. Tygrysy o zapadłych grzbietach, wysmukłe gazele, niegdyś wielkie antylopy nilgau i jeszcze mniejsze niż zazwyczaj antylopy czterorogie. Nie oszczędzano również bażantów i innych pięknych ptaków o egzotycznych nazwach. Na końcu, w przypływie mądrości wkraczającej wraz z najgłębszą desperacją, zabijano krowy, które w Indiach są święte. Bo ludzie chcieli żyć. Mieli nadzieję, że to wystarczy. Nie wystarczyło. Niedługo później zaczął się pogrom.

W odróżnieniu od innych bóstw bóg śmierci i bogini życia nie mówili. Nie wyjawiali swych tajemnic. Dlatego też polało się dużo krwi aż wreszcie ludzie zrozumieli. Wypracowali więc dharmę, pewien system, który dla obcego wydawał się tak skomplikowany, że nie był w stanie go przestrzegać. Dla mieszkańców zaś, nawet tych niezbyt lotnych, nie istniało nic prostszego. W końcu zrozumienie systemu i przede wszystkim egzystencja według jego zagmatwanych zasad dawały jedyną szansę na przeżycie w Waranasi. Jednak życie tam było tak niewiele warte…

 

Janya została otruta w wieku siedemnastu lat. Dziecko człowieka, który to zrobił, urodziło się martwe, bo nie wiedział, że dziewczyna przeżyła. Mężczyzna, udający jedynie Hindusa, przez następne miesiące żywił niewyobrażalny gniew do dziewczyny, która cierpiała przezeń katusze.

Janya, nomen omen, przeżyła*, choć ciało miała w szczątkach, a umysł nigdy do końca nie przetrawił doznanej krzywdy.

Nastąpił precedens. Dziewczyna powinna była umrzeć. Oszust okłamał wszystkich, że postąpił wedle systemu, więc maharadża długo nie potrafił wydać wyroku, choć miał do pomocy Radę Młodszych.

– Czy możemy pozwolić na poświęcenie kogoś, kto uciekł od przeznaczenia? – zapytał. – Janyo – maharadża skierował na nią swe niedojrzałe jeszcze oblicze – nie przyjmuje cię śmierć, nie chce cię życie. Odtąd będziesz tkwiła pomiędzy. Udasz się na Wyspę, żeby czekać na przebaczenie bogów.

Dziewczyna upadła na kolana. Myślała, że złamała ją agonia pochodząca od trucizny, gdy błagała, żeby to się skończyło. W męczarni krzyczała, że zrobiłaby wszystko. Niektórych przyrzeczeń nie należy składać, szczególnie w Waranasi.

Jednak teraz okazało się, że słowa maharadży złamały ją bardziej, jak gdyby wtedy jej dusza trzymała się na wiotkich niciach, które właśnie zostały przecięte. Pochyliła więc głowę, czarne jak noc włosy oblały posadzkę i przemówiła drżącym głosem:

– Panie, tam trafiają najgorsi przestępcy. Czyżbym miała odnaleźć się wśród nich? Czy zrobiłam coś złego?

Władca popatrzył na nią z góry. Nie był wiele starszy od Janyi, nie dokonał niczego, a skazywał ją na los gorszy od śmierci.

– Złamałaś system.

– System… Jest… Źle skonstruowany – wysapała. Nie miała nic, kompletnie nic do stracenia.

Zapadła cisza, wszyscy wstrzymali oddech. „Jak można tak choćby pomyśleć?”, przebiegało przez ich głowy. „System jest święty. Chroni nas od zezwierzęcenia”. Jednak nikt nie rzekł słowa. Żywi w Waranasi głosu nie mają.

Maharadża, który w porównaniu do mieszkańców nie był wcale taki młody, wyglądał groźnie. Oczy, nadzwyczaj drapieżne, zwiastowały nieobliczalność. Najgorsze, co mógł zrobić, już uczynił, więc nakazał jedynie podnieść przestępczynię, która nie miała siły porządnie stać, toteż wisiała na rękach oprawców, po czym uderzył ją w twarz. Janya zawyła bardziej z bezsilności niż z bólu. Wyprowadzono ją.

Czy walczyła jeszcze o życie? Wyrywała się i krzyczała do tłumu? Otóż nie. Jak zostało powiedziane, złamano ją, przełamano na pół. System, który miał normować, kogo należy poświęcić w imię nowego życia, zawiódł. Był dokładnie skonstruowany, ale tak jak każdy inny, nie znosił niczego, co się zeń wyłamywało.

Ciasne uliczki, które przed laty były rajem kieszonkowców, a teraz należały do zabójców nieprzestrzegających systemu, prowadziły do ghat, śliskich i niebezpiecznych schodów do Gangesu. Chociaż słowo „niebezpieczny” od dawna przestało znaczyć w tym mieście cokolwiek. Każda ścieżka wiodła ku śmierci. Oślizgłe kamienne stopnie nie były bardziej groźne od spaceru po prostej drodze w ciągu dnia. Nie istniała żadna ucieczka, jeśli on cię zauważył. Nie martwiono się więc o Janyę, bo w końcu śmierć jej nie chciała.

Ludzie wpatrywali się w nią beznamiętnie. Wśród wielu pozbawionych emocji twarzy można było wypatrzeć tylko jedną wykrzywioną z gniewu. Maut, równie śniady co reszta, choć malował oczy i nosił brodę, żeby zamaskować zachodnie rysy, zaciskał pięści, raniąc się paznokciami. Jego piękna żona umarła niedługo po porodzie martwego dziecka – nie tylko on uważał, że z powodu żałości. Dzięki Janyi miał mieć wszystko, ale przez nią nie miał nic.

Te obłąkane oczy przepowiadały klęskę. Zamierzał dopomóc przeznaczeniu. Nie bez powodu wybrał sobie to, a nie inne miano **.

– Jeszcze cię dopadnę, Janyo – obiecał szeptem.

Hindusi w znoszonych lungi wpakowali ją do łódki i popłynęli Gangesem na Wyspę, mieszczącą się zaledwie dwa kilometry od brzegu Waranasi. Wyspa nosiła również drugą nazwę – Smocze Leże. Tak, nowi bogowie przybrali postać groźnych, dziwnie gładkich smoków. „Nie są zbyt duże jak na smoki”, mówili niektórzy. „A widziałeś wcześniej choć jednego?”, odpowiadali z przekąsem inni.

Posłuchaj jednak, jak brzmiały słowa ulicy:

„Gdy zauważysz biały ogon śmierci, odetchnij spokojnie. Nic nie da się zrobić, należy poczekać, co nadejdzie.

Gdy wychyli się przed tobą czarny ogon życia, uciekaj ile oddechu w płucach. Bogini ta jest okrutna”.

Niedługo płynęli. Zaraz zza mgły wynurzył się ląd, który jeszcze mniej niż Waranasi przypominał resztę słonecznych Indii. Na Wyspie bowiem słońce rzadko wyłaniało się spoza chmur i bardzo często padało – nieważne czy trwał monsun, czy susza, na tym małym skrawku lądu pogoda nie była w ogóle indyjska.

Zanim jeszcze dobili do brzegu, mężczyźni podnieśli ją wysoko i wyrzucili na ziemię. Kto postawił nogę w Smoczym Leżu, zostawał wykluczony z życia. Nim się podniosła i doszła do siebie, Hindusi już dawno odpłynęli. Została sama.

Nie, wcale nie. Chciałaby, aby tak właśnie było. Nie przeszkadzało jej bycie samej, lecz samotność w grupie to koszmar. Poza tym zwyczajnie się bała. Słyszała same okropności o mieszkańcach Wyspy. Nie istniało lepsze miejsce do zesłania degeneratów. Czuła na sobie ich wzrok, lepkie, obmierzłe spojrzenia pustych oczu.

Odwróciła się raz jeszcze w stronę rzeki. Ganges nigdy nie był jej bliski. Siedem lat temu matka Janyi zachorowała na suchoty, a ponieważ w Waranasi nikogo nie leczono – nie da się powstrzymać wyboru dokonanego przez śmierć – z każdym dniem czuła się gorzej i dopiero, gdy zaczęła pluć krwią, a mięśnie coraz mniej ją słuchały, położyła się do łóżka.

W nocy miała sen. Ujrzała przyszłość, jak sądziła. Przed świtem, gdy wszyscy spali, wyszła boso z domu do ghat Hanumana. Nie kryła się, nie starała być cicho i jak zwykle w takim przypadkach – nie została zauważona. Nadludzką siłą zeszła po schodach i wkroczyła do rzeki. Powszechnie sądzone jest, że śmierć w ramionach Gangesu uwalnia od reinkarnacji i pozwala osiągnąć nirwanę. W dobrych czasach ludzie u kresu życia zjeżdżali się do Waranasi, aby tego doświadczyć.

Jak wcześniej wspomniałem, nikt już nie wierzył w przerwanie kręgu wcieleń, ale matka Janyi właśnie to ujrzała we śnie – wyzwolenie. Czuła, że jej czas nadszedł i wiedziała, co musi zrobić. Tkwiła już po pas w wodzie z odchyloną głową i zamkniętymi oczami, gdy mięśnie przestały ją słuchać kompletnie. Padła twarzą do przodu, nie mogąc się ruszyć. Umarła ze świętym Gangesem w płucach.

Dziewczyna nigdy nie dowiedziała się, czy matka osiągnęła nirwanę, ale jej akt został uznany za samobójstwo, a ona sama za przestępczynię najgorszego sortu. Ludzie patrzyli na Janyę i jej ojca z pogardą i największą odrazą. Ojca o dziwo nie wyrzucono z pracy, być może dlatego, iż nie znalazłby innej. Maharadża nakazał pomniejszyć mu pensję do dziesięciu pajs dziennie. Janya musiała szybko dorosnąć, w czym pomógł jej nieustanny głód. Zwłaszcza że niedługo potem ojciec podał się na poświęcenie z powodu wstydu i tęsknoty.

W wieku siedemnastu lat, niedługo przed spożyciem trucizny, jej hafty chroniące przed spojrzeniem mściwych hinduskich bogów sprzedawały się całkiem dobrze. Jako najlepszy środek na złe duchy szczególnie cenione były lustra – wiązała małe ich kawałki z tkaniną poprzez przeplatanie nici, a później z dziurkami ściegu.

Wiodło jej się nie najgorzej. Każdego wieczora, wracając z targu, zatrzymywała się na kubek chai z kardamonem i imbirem u tej samej sprzedawczyni. Nie było niczego lepszego po długim dniu pracy. Ta mała staruszka stała jej się bliska, opowiadając o mężu i dzieciach, których nigdy nie mogła mieć.

Jednak pewnego razu zamiast kobiety spotkała mężczyznę. Miał białe włosy, długą, typową dla ascety brodę i połataną szatę. Tym, co przykuło jej uwagę, były jego piekielnie zielone oczy. Nie wydawały się stare, pełne plam i przebarwień, ale wyzierała z nich niezwykła siła i coś trudnego do wychwycenia. Chciała odejść, bo czujność wydarła z niej ochotę na herbatę. Lecz wtem zawołał:

– Janya, tak? Moja żona wiele mi o tobie opowiadała, dziecko. – Głos miał starczy, ale znów: pełen ukrytej siły. – Satyę niestety zmógł dzisiaj ból w krzyżu.

Nie krępował się i nalał parującej chai. Lekko drżącą ręką podetkał jej kubek pod nos. Wzięła go, ale wciąż pewien instynkt mówił jej, aby nie piła nawet łyka.

– Dziękuję, że podarowałaś Satyi ten szal. Uśmiechnęła się, gdy go jej podałem do łóżka. Powiedziała, że dobrze odgania złe duchy. – Poprawił turban na głowie. – Tak, piękny wzór utkałaś. Kobieta z garncem na głowie. Nigdy nie widziałem takich szczegółów…

Twarz miał prawdziwie rozmarzoną, co ją uspokoiło. Haft podarowany staruszce należał do jedynych w swoim rodzaju, mężczyzna więc rzeczywiście musiał go widzieć.

– Farhad, tak? – spytała, upijając łyk. Herbata była pyszna jak zawsze, choć, co szybko zauważyła, staruszek dodał więcej kardamonu, bo smak wydawał się bardziej gorzki.

Mężczyźnie zaświeciły się oczy, te dziwne, obce oczy.

– Taak… Właśnie tak… – wymruczał zupełnie nie starczym głosem.

Odstawiła kubek i szybko odeszła. W przeciwieństwie do innych Janya nie uważała śmierci za zaszczyt.

Zdążyła jedynie zamknąć za sobą drzwi, gdy poczuła, że ciemnieje jej w oczach.

 

Paradoksalnie Janya nie czuła zaskoczenia, że obudziła się na Wyspie żywa. Bynajmniej nie dlatego, że bóg jej nie chciał, bo w to nie wierzyła. Po prostu czuła, jakby tkwiła we śnie. Wręcz mogła rozwiać ręką jego pozostałości, choć była to zwyczajnie mgła.

Powinna być cała przemarznięta, bo panowała wilgoć, a słońce zdawało się znajdować wiecznie za chmurami. Jednak nie czuła chłodu ni ciepła, nawet codziennego głodu. Może rzeczywiście tkwiła we śnie? Albo w skrzywionej wersji raju? Czy doświadczyła mokszy? „Ale czy wtedy”, pomyślała, „nie doznawałabym spokoju i harmonii?”.

Ruszyła naprzód. Tym razem nie wydawało jej się, że obserwują ją tysiące oczu, jednak pewien niepokój pozostał. Sięgnęła szybko po leżący na piasku konar i dzierżąc go niczym najświetniejszą z broni, stawiała krok za krokiem. Nawet nie wiedziała, nie mogła wiedzieć, że każdy z jej ruchów śledził ukryty niedaleko kredowobiały bóg śmierci. Bóg ten nieraz zastanawiał się, czemu dziewczyna nie chciała podążyć wraz z nim do jego świata, tak jak inni chętnie czynili, ale nie był zły. Po prostu był zaciekawiony.

W końcu, żeby iść dalej, musiała wkroczyć w zieloną puszczę. Uderzyła parę razy w zarośla i przełknąwszy ślinę, zanurzyła się w nie. Zupełnie nie pasowała do mieszkańców Waranasi, albowiem śmierć ją przerażała. Może dlatego, że wcześnie doświadczyła, jak bolesna może być do niej droga.

Czuła, jak rośliny przebijają się przez cienką tkaninę i dotykają skóry. Miała na sobie swój szal, którego nie chciała zniszczyć, ale niewiele mogła poradzić. Po paru krokach doszła do ocienionej polany. Z drzew nieopodal zerwały się ptaki o dwukolorowym upierzeniu – karmazynowo-granatowym. Skrzydła zaś miały czarne końcówki. Janya pragnęła poznać ich nazwę. Niestety, ja również jej nie znam.

Z plaży wszystko wydawało się bure i nijakie. Jednak tutaj otoczyła ją harmonia dźwięków i barw. Zachwycona nie zauważyła, jak z krzaków zaczęła wyłaniać się trójka mężczyzn. Nagle cały świat zbladł.

Mieli okropne, dzikie twarze, połatane dhoti zwisało nędznie z ich kościstych bioder, a w dłoniach dzierżyli własnoręcznie wykonane, koślawe bronie. Nic nie mówili, po prostu charkali.  Instynkt nakazywał uciekać, ale ją otoczyli. Ścisnęła więc mocniej konar, świadoma jego bezużyteczności.

Walka nie trwała długo. Już po chwili leżała na ziemi przyciskana z każdej strony. Mężczyźni nie podarli jej sari, po prostu podciągnęli je do góry. Może dlatego, że mieli czas całego świata. Faktycznie, z początku wyrywała się, biła i drapała, ale gdy tylko została powalona, zrozumiała, że to nie ma sensu. Z wyrazu ich oczu odczytała, że walka sprawia, że są bardziej podnieceni. Nie chciała, żeby podobało im się to bardziej, niż mogło.

Łzy lały jej się po policzkach. Czuła się paskudnie, jakby mężczyzna odbierał jakąś część należącej do niej duszy i zamieniał w coś plugawego. 

Po chwili, gdy dzikus prawie skończył, nagle znieruchomiał. Wydało się, jakby nastała noc. Pozostali zmniejszyli nacisk, przestali charkać. To trwało sekundę, bo zaraz zniknęli. Pozostał po nich jedynie ślad na ziemi i poruszające się zarośla. Janya podniosła mokrą twarz i musiała zmrużyć oczy, aby ujrzeć czarną postać na tle ciemności. Najpierw zauważyła rozedrgany, uniesiony ogon, później jarzące się oczy.

– Bogini życia…? – wyszeptała łamiącym się głosem.

Bogini pod postacią smoka poruszyła swym ogonem, przymknęła wolno oczy i jakby zmierzyła dziewczynę spojrzeniem. Wnet zniknęła. W lesie znów się rozjaśniło.

 

Czemu smoki? Może ich zapytasz? To prawda, że żyją pomiędzy ludźmi a zwierzętami, żywymi a umarłymi. Chodzą innymi jeszcze ścieżkami niż bogowie i potwory. Może więc nie jest to takie dziwne, rozpatrując, co istotne. Chciałbym jednak wrócić do Janyi, bo jej los od początku związał się osobliwie z tymi istotami.

Szła długo, powłócząc nogami. Wciąż nie czuła głodu ani pragnienia, więc przystanęła tylko na sen. Nikt więcej jej nie napastował. Gdy słońce wzeszło po raz drugi, wyrosły przed nią dwa domki. Były raczej liche, ale spełniały zadanie. Wnet zauważyła ją pewna kobieta w czarnym sari.

– Och, dziecko, jak ty wyglądasz? – zawołała, jakby ją znała. – Chodź tutaj, usiądź. Jestem Amala.

Bezwolnie jej słuchała. Usiadła na pniu, wypiła podaną wodę, lecz odmówiła jedzenia. Kobieta nie zadawała żadnych pytań, nie musiała. Również Janyi wystarczyło przyjrzeć się jej zmarszczkom, uważnym oczom i poznaczonym pracą dłoniom – wszystko to opowiadało swoje własne historie.

Zaraz z chaty wyszła druga, prawie identycznie wyglądająca kobieta – obie miały te same rysy, wskazujące na podobny wiek. Safia jednak, tak bowiem miała na imię, posiadała tęczówki o różnych kolorach. Jedno z oczu było zwyczajnie ciemnobrązowe, lecz drugie uspokajało morskim błękitem.

Wkrótce Janya zamieszkała w opuszczonym domku, który całkowicie jej wystarczał. Wreszcie mogła poczuć się choć trochę żywa. Amala i Safia świetnie radziły sobie na Wyspie, sprawiając, że nie wydawała się już taka groźna. Pewnego dnia kobiety zdradziły jej swoją historię.

Safia była młodszą siostrą Amali, jednak nigdy nie wyszła za mąż. Jako że trudno o dzieci w Waranasi, nie należało to do rzadkości. Poza tym takie oczy przynoszą pecha. Safia świeciła urodą niczym gwiazda, ale każdy odwracał spojrzenie pod wpływem jej wzroku. W pewnym momencie jedno z pasm włosów zabarwiło się na biało i ludzie bali się, że jest wysłanniczką bogów. Sama długo wierzyła, że coś jest nie tak.

Dlatego też, gdy maharadża wskazał ją na poświęcenie, nie miała obiekcji. Zgodziła się. Z przymkniętymi powiekami wkroczyła na stos.

Amala kochała męża całym sercem, choć nigdy nie zdecydowali się na dzieci. Jednak gdy jej siostra zamierzała oddać się śmierci, podjęła decyzję. Przebiła się przez milczący tłum i wyraziła sprzeciw. Chciała uratować Safi życie, lecz jednocześnie sama je straciła. Ponieważ poświęcenie musi wiązać się ze zgodą wszystkich, zesłano je do Smoczego Leża na istnienie pomiędzy.

Czy młodsza z sióstr gniewała się na starszą? Przez chwilę. Szybko zrozumiała, że na Wyspie jest więcej życia, niż w Waranasi kiedykolwiek.

Trzy kobiety spędzały czas na wyplataniu, zbieraniu jedzenia i wody, naprawianiu rzeczy. Normalne, codzienne czynności. Około czterech miesięcy później Janya nie potrafiła dłużej ukrywać ciąży.

 

– Ależ piękny dzień! – zauważyła Amala.

Faktycznie, tamten poranek zapowiadał niezwykle słoneczną pogodę. Pierwszy raz od dawna chmury ustąpiły słońcu.

Janya z trudnością usiadła przed ogniskiem. Brzuch miała ogromny i nie czuła się najlepiej. Jednak taki dzień poprawił humor im wszystkim i choć na chwilę przestała myśleć o porodzie i widoku martwego noworodka. Nie trwało to długo. Jej twarz znowu pokryła się smutkiem.

– Wiem, o czym myślisz. I powtórzę: możemy to zrobić – powiedziała Amala.

– Zgadzam się – dodała cicho Safia, zjawiając się za siostrą jak cień.

– Odebrać komuś życie, żeby zyskało je moje dziecko? Kim ja jestem, żeby decydować, kto zasługuje na to bardziej? Nie… – Pokręciła głową. – Nie mogę. Nigdy bym sobie nie wybaczyła.

Wiedziała, że żadna z sióstr, ani tym bardziej ona sama, nie zdobyłaby się na zabicie drugiego człowieka. Nie leżało to w ich naturze. Jednak wizja niemogącego złapać oddechu niemowlęcia, napawała ją strachem. Czuła się bezsilna, spętana koniecznością wyboru. I właśnie wtedy, gdy siedziała zasnuta myślami, na polanę wkroczył Brytyjczyk.

Mężczyzna miał włosy koloru pszenicy, co wyglądało dziwnie z mocno opaloną skórą. Zdawało się jednak, że nie był w Indiach długo – nosił się bardzo po angielsku. Nikt, kto przebywałby w tym kraju przez jakiś czas, nie nosiłby długich spodni i takiejże koszuli. Hindusi nie lubili widoku broni palnej, którą Anglik zetkniętą miał za pasem. Mimo to kobiety się nie przeraziły. Obcy wyglądał bardzo przyjaźnie, uśmiechał się całkiem ładnie i podniósł ręce.

– Witam, miłe panie! – mówił po hindusku, choć z ostrym akcentem. Jakby nigdy nie używał tego języka w rozmowie. – Przepraszam za najście, ale dostrzegłem ogień z oddali. Czy mógłbym liczyć na kubek tej waszej pysznej herbaty? W zamian podzielę się arakiem!

– Oczywiście, proszę. – Amala wskazała gościowi miejsce przy ogniu. Wyglądała na spokojną, choć Janya zauważyła, jak jej wzrok pada na pistolet. Mężczyzna wyglądał na przyjaznego, ale właściwie nie miały wielkiego wyboru. Brytyjczycy pokazali, co można uczynić takim narzędziem.

– Dziękuję. – Podmuchał na napój, po czym wypił łyk. Uśmiechnął się, błyszcząc śnieżnobiałymi zębami.

Postawił butelkę araku na ziemi i zaczął go rozlewać zgodnie z obietnicą. Jednak gdy wręczał kubek Janyi, gdy ta położyła dłoń na brzuchu, jego oczy rozjaśniły się dziwnie, a usta wygięły w niby uśmiechu. Trwało to sekundę, ale dziewczyna zauważyła. Zauważyła ten błysk, wydobywający się z oczu, które już kiedyś widziała. W innym życiu, jakby sto lat temu. Nie sposób było zapomnieć to szaleństwo.

– Och, proszę o wybaczenie. – Po tamtym człowieku nie było już śladu. – Nie zauważyłem, że jest pani w ciąży. Nie wyobrażam sobie, jak musi być pani ciężko. Jestem na tej wyspie od kilku godzin, a jakbym popadał w obłęd. Rozumie pani? – Błysk upiornie zielonych oczu tak niecodziennych dla Hindusa.

Nigdy nie sądziła, że chwila może być tak długa. Rozciągała się, ale i paraliżowała. Maut był szybszy, ale ponieważ Janya rzuciła się na niego, pistolet odleciał na parę metrów, niknąc w gęstwinie. Wtem rozległ się łomot i mężczyzna padł na ziemię. Janya podniosła oczy na Safię, która stała z opuszczoną łopatą.

Pierwsza przebudziła się Amala. Pobiegła po pistolet i schowała go w domku.

– Żyje – powiedziała Janya. – Dziękuję. – Skierowała się do zwykle łagodnej Safi.

Ta w odpowiedzi kiwnęła powoli głową.

– Znasz go? – zapytała starsza z sióstr.

– Tak mi się wydaje. Widziałam już te oczy. Otruł mnie w Waranasi, ale przeżyłam. 

– A więc działał zgodnie z systemem?

– Nie.

Umilkły, przyglądając się Anglikowi.

– Co robimy? – zapytała po chwili Safia cichym i spokojnym głosem.

– To proste. Mamy w końcu idealną okazję dla życia twojego dziecka, Janyo. Ten mężczyzna chciał cię zabić po raz wtóry. Spróbuje znowu. Nie jest Hindusem, nie myśli tak jak my. Zrobi to bez ważnego powodu.

Chciała zaprotestować, ale Amala była nieugięta. Zaczęła wydawać rozkazy.

– Musimy go przeciągnąć. Nie możemy przecież tego zrobić tutaj. Nie zabija się gości w domu.

Już po chwili siostry ciągnęły związanego mężczyznę w stronę plaży, a Janya szła za nimi niepewnie. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Przed oczami wciąż miała jego rozszalały wzrok, kąsający duszę. Ale zabić człowieka? Czy dałaby radę to zrobić?

– Wystarczy – rozkazała Amala. – Może się obudzić w każdej chwili.

Znajdowały się na piasku, rzeka przepływała tuż obok. Pogoda była zaiste cudna do tak niecnego czynu. Janya zatęskniła za mgłą i pochmurnym niebem. Może poczułaby się wtedy lepiej.

– Masz. – Piękna Safia wyciągnęła w jej stronę nóż. Uklękła wraz z dziewczyną nad bezwładnym ciałem. Dopiero z bliska Janya zauważyła farbę na włosach mężczyzny. – Tutaj – Safia wskazała miejsce na jego klatce piersiowej – musisz wbić nóż. Mocno i szybko.

Ścisnęła trzonek, bo pot pokrył wnętrze jej dłoni. I wtedy, zupełnie znienacka, na plaży wylądował biały smok. Był spokojny. Usiadł nieopodal i wpatrywał się w nie przenikliwymi oczami.

– To dobry znak – szepnęła Amala. – Nie wahaj się.

W przeciwieństwie do sióstr ona nie czuła się uspokojona. Uniosła jednak nóż, ale wtedy pojawił się ktoś jeszcze. Czarna jak koszmar bogini życia. Nie była jak jej towarzysz – przed lądowaniem zamiotła skrzydłami piasek, a później nie mogła usiedzieć w miejscu. Chodziła dookoła.

– O bogowie! – zawołała Amala i uciekła, ciągnąc siostrę za rękę. – Janya!

Nie pobiegła za nimi. Nie potrafiła oderwać wzroku od dzikich, smoczych oczu. Bogini waliła ogonem o ziemię, wzbijając miliony drobin dokoła.

– Czy dasz radę to zrobić, Janyo, zwiastująca życie? – jak gdyby wysyczała. – Przebijesz mu serce? To jedyne wyjście dla twojego dziecka.

Dziewczyna ponownie spojrzała na mężczyznę. Z zamkniętymi oczami wydawał się niegroźny. Tak właśnie robiono w Waranasi – odbierano życie, aby pozwolić narodzić się nowemu. Lecz on nie wyraził zgody.

– Ty też nie, indyjska córko. A jednak to zrobił. – Bogini odgadła jej myśli. – Dalej, uderz.

Bóg śmierci wciąż siedział nieruchomo. Nie ponaglał losu, zawsze czekał na to, co ma się wydarzyć. Bardzo powoli mrugnął.

Nagle pomyślała o Waranasi. Jak nieustannie baczono na wolę bogów. Odkąd dowiedziano się prawdy, nikt nigdy się nie zawahał. Żadna ciężarna nie opuściła miasta. Jak na ludzi przystało, cierpliwie znoszono panowanie bogów. Wiedziała, co musi zrobić. Niosło to ze sobą ogromne ryzyko, ale być może nikt nigdy nie postąpi tak samo.

Ponownie ścisnęła trzonek sztyletu. Uniosła go. Uderzyła. Nóż wbił się obok głowy mężczyzny.

– Nie zrobię tego – rzekła cicho, kładąc dłoń na brzuchu.

Usłyszała wściekły ryk, który niemal pozbawił ją słuchu. Ludzki, zupełnie kobiecy krzyk. Odwróciła głowę. Biały smok odlatywał, a czarny parskał, rzucał się w gniewie. Wtem bogini doleciała do niej, wyszczerzyła kły, ale Janya nie okazała strachu.

– Twój przyjaciel odleciał. Umrzesz, jeśli doń nie dołączysz. Jesteście związani, prawda? Żegnaj więc, bogini życia.

Smok charknął raz jeszcze, ale wzbił się w powietrze, lecąc za towarzyszem. Opuszczali Wyspę. Nie kierowali się w stronę brzegów Waranasi. Janya po raz kolejny złamała system.

 

Legenda przekazywana przez stulecia mówiła o dwóch ogonach.

Historia ta jest oczywiście zupełnie absurdalna.

Wydarzyła się jednak naprawdę, bo byłem jej naocznym świadkiem.

Gdy przybyłem do Indii, chciałem wtopić się w tłum. Ale wybrałem złe imię, ponieważ nigdy nie przyniosłem obiecanej śmierci. Wpierw los zagrał mi na nosie, później nie byłem do tego zdolny.

Być może wyznaczyłem sobie najgorszy z możliwych celów. Dziewczynę, której imię znaczy życie? Chciałem być przekorny, wyszło na to, że zostałem głupcem.

Gdy przebudziłem się związany, lecz żywy, z nożem wbitym obok głowy, gdy użyłem go do rozcięcia więzów, nie zatopiłem go w karku siedzącej niedaleko dziewczyny. Spojrzeliśmy na siebie. Długo, boleśnie. Nie rzekliśmy słowa. Patrzyłem, jak odchodzi. Nigdy więcej jej nie widziałem, ale w Waranasi dowiedziałem się o odejściu bogów. Nietrudno było połączyć ze sobą fakty.

Długo zastanawiałem się, czy dziewczyna przeżyła poród. Trucizna musiała zniszczyć jej ciało. Powinienem być przy niej, spróbować pomóc, choć należałem do osób, których nie pragnęła widzieć. Nie zdołałem zmusić się do takiego poświęcenia. 

Choć miasto powoli wracało do życia, nie potrafiłem dłużej chodzić jego ulicami. Zawędrowałem aż do Maduraju. Wsłuchując się w opowieści tłumu, poznałem historię o dwóch ogonach.

 

 

* Janya to z hinduskiego życie

** Maut to z hinduskiego śmierć

Koniec

Komentarze

Możliwe, że to wina duchoty i upału za oknem – ale czytając Twój tekst czuć było egzotyczny powiew. Plastyczna wizja, chociaż niestety – Indie są dla mnie krajem prawie całkowicie obcym, więc nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie odróżnić elementów faktycznie zgodnych z realiami od licentia poetica. Poprzestanę więc tylko na stwierdzeniu, że od tej strony bardzo mi się podobało. :) 

Jest jeden element, na samym końcu, który nie do końca rozumiem. Co miała na myśli czarna smoczyca życia, mówiąc “Umrzesz, jeśli doń nie dołączysz. Jesteście związani, prawda?”? Janya i Maut są powiązani ze sobą w cyklu życia i śmierci, tak samo jak smocze bóstwa – ale dlaczego nie podążenie za białym smokiem śmierci miałoby być dla Janyi zgubne? Czy smoczyca ma na myśli, że zabije ją poród (nad czym zastanawia się w epilogu Maut), czy chodzi o coś innego?

 

Z rzeczy formalnych, które wyłapałem podczas lektury:

długą, wręcz ascetką brodę

Ascetyczną?

 

To, co przykuło jej uwagę, były jego piekielnie zielone oczy.

Tym, co przykuło jej uwagę, były jego piekielnie zielone oczy.

 

Zdawało się jednak, że był w Indiach długo – nosił się bardzo po angielsku. Nikt, kto przebywałby w tym kraju przez jakiś czas, nie nosiłby długich spodni i takiejże koszuli.

Wydaje mi się, że zjadło tutaj gdzieś przeczenie – z drugiego zdania wynika, że ludzie przebywający jakiś czas w Indiach przestają nosić się po angielsku (przez co rozumiem długie spodnie i koszulę). Fakt, że mężczyzna nosił się w ten sposób, wskazuje raczej na jego niedługi pobyt. ;) Następne zdanie z kolei wspomina, że mężczyzn ma zatknięty za pas pistolet, którego widoku nie lubią Hindusi – co dodatkowo wskazuje na jego nieobycie się z krajem.

Lano, obawiam się, że chyba nie zrozumiałam Twojej osobliwej baśni. No bo jak to – ktoś musi umrzeć, aby ktoś mógł się narodzić? Wiem, że bogowie, ustalając pewne prawa, potrafią być okrutni, ale ja tych praw nie rozumiem, rodzą we mnie bunt i niezgodę na taki stan rzeczy.

Umieszczenie historii w Indiach sprawiło, że okazała się ona dość egzotyczna, a przez to bardziej baśniowa, jednakowoż sporo hinduskich słów wplecionych do opowieści nieco wytrącało mnie z rytmu czytania.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Wa­ra­na­si na­le­ża­ło nie­gdyś do pra­sta­rych miast peł­nych piel­grzy­mów i ry­tu­al­nych ką­pie­li. ―> Umiem sobie wyobrazić miasto pełne pielgrzymów, ale kąpiel to czynność, więc nie wiem, na czym może polegać pełność rytualnych kąpieli?

 

Gdzie byś nie po­szedł, omia­ta­ła cię ro­ze­dr­ga­na ciżba. ―> Chyba miało być: Gdzie byś nie po­szedł, otaczała cię ro­ze­dr­ga­na ciżba.

Za SJP PWN: omieśćomiatać 1. «usunąć kurz, śmieci za pomocą szczotki, miotły itp.» 2. «przesunąć czymś po czymś, usunąć coś z czegoś» 3. «oświetlić coś przez krótką chwilę»

 

Z pew­no­ści wy­obra­ża sobie, jak prze­ra­ża­ją­ca jest cisza ogrom­ne­go mo­lo­cha. ―> Masło maślane – miasto-moloch jest ogromne z definicji.

 

Ty­gry­sy o upa­dłych grzbie­tach… ―> Na czym polega upadłość grzbietu tygrysa?

 

nie­gdyś wiel­kie an­ty­lo­py nil­gau… ―> Czy to znaczy, że teraz zmalały?

 

W końcu zro­zu­mie­nie sys­te­mu i przede wszyst­kim eg­zy­sten­cja we­dług jego za­gma­twa­nych zasad da­wa­ło je­dy­ną szan­są na prze­ży­cie w Wa­ra­na­si. ―> Piszesz o dwóch czynnikach, więc: …da­wa­ły je­dy­ną szan­sę na prze­ży­cie

 

My­śla­ła, że zła­ma­ła ją ago­nia tru­ci­zny… ―> Agonia to stan poprzedzający śmierć – czy mam rozumieć, że trucizna umierała?

 

a drżą­cy głos prze­mó­wił: ―> Ktoś może przemówić drżącym głosem, ale to nie głos przemawia.

Proponuję: …i przemówiła drżącym głosem:

 

Chło­pak po­pa­trzył na nią z góry. ―> Rozumiem młody wiek władcy, ale mówienie o radży chłopak, jest, moim zdaniem, raczej nie na miejscu.

 

Utrzy­mu­je nas od ze­zwie­rzę­ce­nia”. ―> Jak można utrzymywać kogoś od czegoś?

Proponuję: Chroni nas od ze­zwie­rzę­ce­nia”.

 

więc na­ka­zał jed­nie pod­nieść prze­stęp­czy­nię… ―> Literówka.

 

Maut, rów­nie śnia­dy co resz­ta… ―> Maut, rów­nie śnia­dy jak resz­ta

 

Miał białe włosy, długą, wręcz ascet­ką brodę i po­ła­ta­ną szatę. ―> Co to jest ascetką broda?

A może miało być: Miał białe włosy, długą, wręcz ascetyczną brodę i po­ła­ta­ną szatę.

Choć, tak po prawdzie, to nie bardzo wiem, na czym miałaby polegać ascetyczność brody

 

ale wciąż pe­wien in­stynkt mówił jej, aby nie brała łyka. ―> Napojów nie bierze się.

Proponuję: …ale wciąż pe­wien in­stynkt mówił jej, aby nie piła nawet łyka.

 

Jed­nak tutaj oto­czy­ła ją ka­no­na­da dźwię­ków i barw. ―> Rozumiem kanonadę dźwięków, ale nie bardzo pojmuję kanonadę barw.

Za SJP PWN: kanonada «silny, długotrwały ogień artyleryjski; też: towarzyszący mu huk»

 

Czemu smoki? Może Ich za­py­tasz? ―> Dlaczego wielka litera?

 

przyj­rzeć się jej zmarszcz­kom, uwa­ża­nym oczom po­zna­czo­nych pracą dło­niach… ―> …przyj­rzeć się jej zmarszcz­kom, uwa­żnym oczom i po­zna­czo­nym pracą dło­niom

 

Safia jed­nak, tak się bo­wiem na­zy­wa­ła… ―> Safia jed­nak, tak bo­wiem miała na imię

 

I wła­śnie wtedy, gdy sie­dzia­ła za­snu­ta my­śla­mi… ―> A może: I wła­śnie wtedy, gdy sie­dzia­ła zajęta myślami/ zamyślona/ pogrążona w myślach

 

Po­dmu­chał na napój, po czym wziął łyka. ―> Po­dmu­chał na napój, po czym wypił łyk.

 

pi­sto­let od­le­ciał na parę me­trów, kry­jąc się w gę­stwi­nach. ―> …pi­sto­let od­le­ciał na parę me­trów, niknąc w gę­stwi­nie.

W ilu gęstwinach mógł się skryć jeden pistolet?

 

choć na­le­ża­łem do osób, które chcia­ła wi­dzieć naj­mniej. ―> A może: …choć na­le­ża­łem do osób, których nie pragnęła widzieć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Astraph, za wizytę i komentarz :) Waranasi to prawdziwe miasto położone nad Gangesem (Maduraj również istnieje) – nie wiem, jak jest teraz, choć domyślam się, że to się nie zmieniło, ale kiedyś ludzie rzeczywiście podróżowali tam, aby dokonać żywota właśnie w tej rzece – naprawdę wierzyli, że dojdzie wtedy do końca reinkarnacji. Rytualne kąpiele również są dosyć częste, jak i spalanie bliskich na brzegu Gangesu i wrzucanie tam ich szczątków. Ghaty Hanumana, po których schodziła matka Janyi, istnieją. Wyspa jest całkowicie wymyślona ;)

Co do zakończenia – podoba mi się, co napisałeś! Masz rację, że Maut i Janya byli związani, lecz ostatnie słowa należą do dziewczyny właśnie, nie smoczycy – życie i śmierć nie mogą istnieć bez siebie, więc Janya kazała bogini dołączyć do towarzysza, bo inaczej ta bogini przestałaby istnieć. Ponieważ bóg śmierci zrozumiał, że Janya nie zabije Mauta, choć nie da w ten sposób życia dla swojego dziecka, odleciał, ponieważ nikt nigdy nie dokonał czegoś takiego. Uznał więc, że Waranasi może w końcu stać się wolne. To właśnie on jest tym “dobrym”, choć przynosi śmierć.

Jak widzisz jest to więc zakończenie dużo prostsze od twojego i teraz myślę, że mogłam pociągnąć to inaczej.

 

 

Reg, coś tak czułam, że ci się nie spodoba :P Dziękuję jednak za wizytę i nieocenioną łapankę. Niestety nie mogłam nie wplatać hinduskich słów, czułabym się źle, gdybym napisała np. że kobieta była opleciona szalem, choć wiem, że jest to sari. Chciałam dodać pewnej wiarygodności w opowiadaniu, ale rozumiem, że mogło wytrącać to z rytmu. 

 

Choć, tak po prawdzie, to nie bardzo wiem, na czym miałaby polegać ascetyczność brody

Mężczyzna miał brodę jak asceta, czyli naprawdę długą, bo oni nigdy ich nie obcinali. Spotkałam się kiedyś z tym określeniem, ale może faktycznie nie brzmi to dobrze?

 

Czemu smoki? Może Ich zapytasz? ―> Dlaczego wielka litera?

Bo to bogowie; ma zapytać bogów, czemu przybrali postać smoków. Myślałam, że w takim wypadku używa się wielkiej litery (szczególnie, że narrator czuje do nich wielki szacunek). Czy to błąd? Naprawdę jestem ciekawa :)

 

Dziękuję wam raz jeszcze!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

No owszem, opowiadanie niespecjalnie przypadło mi do gustu, ale  nie mogę powiedzieć, że cierpiałam podczas lektury, a to już dużo. :)

Cieszę się także, że uwagi znalazły Twoje uznanie. ;)

 

Nie­ste­ty nie mo­głam nie wpla­tać hin­du­skich słów, czu­ła­bym się źle, gdy­bym na­pi­sa­ła np. że ko­bie­ta była ople­cio­na sza­lem, choć wiem, że jest to sari. Chcia­łam dodać pew­nej wia­ry­god­no­ści w opo­wia­da­niu, ale ro­zu­miem, że mogło wy­trą­cać to z rytmu. 

Lano, nie ganię wtrącania hinduskich słów i użycie ich uważam za zasadne, jednakowoż musiałam zaglądać do słowników, aby dowiedzieć się, co znaczą. I tak – sari czy turban są słowami dość powszechnie znanymi, jednakowoż szczegóły męskiego stroju poznałam z Twojego opowiadania.

 

Męż­czy­zna miał brodę jak asce­ta, czyli na­praw­dę długą, bo oni nigdy ich nie ob­ci­na­li. Spo­tka­łam się kie­dyś z tym okre­śle­niem, ale może fak­tycz­nie nie brzmi to do­brze?

Asceta to ktoś prowadzący surowy, pozbawiony przyjemności tryb życia. Jego życie jest ascetyczne. Broda nie jest ascetyczna, bo nie żyje w ascezie.

Proponuję: Miał białe włosy, długą, wręcz ascet­ką brodę i po­ła­ta­ną szatę. –> Miał białe włosy, długą, typową dla ascety brodę i po­ła­ta­ną szatę.

 

Bo to bogowie; ma zapytać bogów, czemu przybrali postać smoków. Myślałam, że w takim wypadku używa się wielkiej litery (szczególnie, że narrator czuje do nich wielki szacunek). Czy to błąd? Naprawdę jestem ciekawa :)

Mam nadzieję, Lano, że to rozwieje Twoje wątpliwości:

Za SJP PWN: bóg

1. Bóg «w religiach monoteistycznych: istota nadprzyrodzona, stworzyciel i pan wszechświata»

2. «w religiach politeistycznych: istota lub jej wyobrażenie będące przedmiotem kultu»

3. «człowiek lub przedmiot bezkrytycznie uwielbiany»

• boży

Bóg Ojciec «w religii chrześcijańskiej: pierwsza osoba Trójcy Świętej»

bogowie olimpijscy mit. gr. «bogowie zasiadający na Olimpie»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć.

Wciągająca historia, przez którą płynnie przeszedłem. Bajkowa i egzotyczna, nieco tajemnicza przez to, że niektóre kwestia pozostają niedookreślone – relacja bogów, przyczyny powstania systemu, sposób funkcjonowania świata po załamaniu systemu. Nie do końca także rozumiem motywów działania narratora-bohatera , który przybrał imię śmierci. Kim był, co robił w Indiach?

Dodatkowo z mojej perspektywy, w Twoim opowiadaniu jest mnóstwo ludzkich tragedii, które zdają się być codziennością – cały system wymiany życia za śmierć, śmierć rodziców bohaterki, gwałt na niej. Z drugiej strony jest kilka “zwycięstw”, takich jak złamanie systemu, poznanie kobiet na wyspie, ciąża czy darowanie życia Brytyjczykowi – które także nie jawią się, jako coś szczególnego, z czego można by się cieszyć. Widzę w Twojej historii dużo szarości, ciemność i światło mieszają się, tak, że świat przedstawiony spowity jest w wiecznym półmroku. Przez taki odbiór tekstu, nie potrafiłem się zaangażować w ten świat, poczuć się jego częścią i nabrać sympatii czy antypatii w stosunku do bohaterów. 

 

Martwe liście i brudna ziemia

Oczywiście jak zwykle masz rację, Reg. Dzięki, już poprawiam! :)

 

 

Dzięki, BasementKey za odwiedziny! Cieszę się, że wciągnęło i całkowicie rozumiem, że mogłeś mieć takie odczucia (choć przyznaję, że właśnie o taki “półmrok” mi chodziło). Muszę w końcu napisać coś pozytywnego. Może coś z humorem? :P Byłoby to przynajmniej coś nowego dla mnie :)  

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć :)

Opowiadanie podobało mi się, głównie  ze względu na, już wspominany w kometarzach, klimat. Aczkolwiek nie do końca wszystko rozumiem.

Janya została oskarżona za to, że zepsuła system, bo trucizna jej nie zabiła, następnie dowiadujemy się, że Maut działał poza systemem. No i zastanawiam się, jaki cel miał Mauth?

Gwałt trochę wybił mnie z rytmu, moim zdaniem nie do końca pasuje do klimatu opowiadania, ale to chyba dlatego że w ogóle nie przepadam za takimi scenami w literaturze, z drugiej strony ma duże znaczenie dla fabuły.

Samo pokonanie systemu podobało mi się bardzo, twist na końcu, kiedy dowiedziałam się, kto jest narratorem, też. Janyę polubiłam. Mam nadzieję, że przeżyła poród.

Pozdrawiam:)

Cześć, Oluta, dzięki za odwiedziny!

 

Cieszę się, że się podobało. Chyba muszę inaczej pisać opowiadania, bo to nie pierwszy raz, jak czytam, że ktoś ich nie zrozumiał. Postaram się przywiązywać do tego większą wagę!

Z tym systemem miało być tak, że jest głupi. Na początku zaznaczyłam, że nie byli to najmądrzejsi z ludzi, w końcu całe ich myślenie jest przysłonięte wiarą w miliony bóstw. Skoro Janya przeżyła zażycie trucizny, znaczy że coś jest z nią nie tak – dlaczego bóg śmierci nie zabrał jej ze sobą? W ten sposób złamała system. Maut działał poza systemem, bo Janya nie zgodziła się na odebranie jej życia, a koniecznie chciał zabić właśnie ją, bo miała na imię “życie”.

Wiem właśnie, że gwałt nie pasuje, sama też nie przepadam za takimi scenami, ale wydawało mi się to konieczne. Również mam nadzieję, że jej się udało :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Interesująca koncepcja świata. Trochę mi się wydaje dziwne, że ludzie tak łatwo pogodzili się z takim losem, że nie próbowali emigrować. Nawet i przed zajściem w ciążę. Tacy podli bogowie nie zasługują na wyznawców. A i społeczność po prostu nie może przetrwać.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo!

Zgadzam się, jest to nielogiczne, ale pisałam to z myślą o baśni/opowieści, więc nie myślałam o tym, a powinnam. Dzięki za odwiedziny i fajnie, że chociaż sama koncepcja się spodobała :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nowa Fantastyka