- Opowiadanie: Gekikara - Kiedy po nas przyszli

Kiedy po nas przyszli

Opowiadanie balansuje na ostrzu brzytwy Lema, do tego nie jest napisane dla efektownego plot-twistu, ale właśnie takim je czułem. I mam nadzieję, że to uczucie uda mi się przekazać Wam.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Kiedy po nas przyszli

To zawsze działo się w nocy, kiedy spałem… choć tak naprawdę, to tylko udawałem, że śpię. Budzili mnie za każdym razem szelestem liści, trzaskiem gałęzi i wykrzykiwanymi w ich języku przekleństwami, kiedy niezdarnie przedzierali się przez las. Zawsze o tej samej porze, zawsze w czasie pełni.

Gdy już czuć było ich zapach – woń potu, dymu i czegoś, czego nie umiem nazwać – tata sprawdzał co ze mną, poprawiał mój koc i wychodził z kryjówki. Zwykle wracał po kilku minutach, a oni odchodzili, zostawiwszy nam jedzenie, dziwną wodę, która wcale nie była wodą i tata nie pozwalał mi jej pić, oraz maść na zgnilicę. Niekiedy nie było go dłużej. To stanowiło zły znak. Wtedy krzyczeli, a on wracał poturbowany, posiniaczony, czasem krwawił.

Siadał wówczas przed dogasającym ogniskiem, otwierał butelkę wody, która nie była wodą i, krzywiąc się, pociągał łyk za łykiem. Kiedy wypił dużo, zaczynał mówić do siebie. Czasami rozmawiał z mamą, która przecież odeszła dawno temu, kiedy indziej z wujem Ihrermem, ze starym znachorem i z innymi, którzy mieszkali w naszej wiosce – oni wszyscy też już odeszli. Zostaliśmy tylko my dwaj, ja i tata.

Potem, kiedy już zasnął, wzywał przez sen Matkę i błagał ją o przebaczenie, albo przeklinał ją i tych, którzy przychodzili w czasie pełni, a następnego dnia budził się bez humoru i pachniał trochę tak, jak oni.

 

***

 

Tata lubił opowiadać o dawnych czasach.

Gdy nadchodziła pora zmiany opatrunków, znaleźliśmy już kryjówkę, rozpaliliśmy ogień i najedliśmy się do syta – to znaczy ja się najadłem, tata nie brał dla siebie wiele, mówił, że to ważne, żebym był w pełni sił, a jemu więcej nie potrzeba, ale wiedziałem, że to nieprawda – odwijał bandaże z moich rąk i nóg, oceniał postęp choroby i zawsze mówił to samo:

– Jest trochę lepiej niż wczoraj. Jeszcze kilka tygodni i choroba całkiem zniknie.

Ale to też nie była prawda.

Potem, nakładając maść, zaczynał snuć historie. Mówił o festiwalu kolorów, kiedy znad kwiecistych łąk w powietrze wzbijały się chmary motyli, a on i mama tańczyli pośród traw. Mówił o podróży do wielkiego dębu w sercu lasu, gdzie w dzień wiosennego przesilenia spotykały się wszystkie Dzieci Matki. Mówił o podróżach nad brzeg morza, o złotym piasku i niezmierzonym błękicie ciągnącej się aż po horyzont wody, a kiedy tak opowiadał, bolało mnie jakby mniej.

Czasami, w lepsze dni, udawało mi się nawet na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co się stało, a wtedy śmialiśmy się razem, jakby nasza kryjówka (nieważne czy szałas, czy jaskinia, czy opuszczona chata), ognisko i my dwaj ogrzewający się w jego cieple, to był cały świat.

 

***

 

Raz, czasem dwa razy w miesiącu, trafialiśmy na innych tułaczy.

Sam bym ich nigdy nie zauważył, nie byli jak ci przychodzący o pełni. Liście nie szeleściły, gdy ich dotykali, a gałązki nie trzeszczały pod ich stopami. Przemykali jak cienie. Ale tata – on umiał patrzeć. Przystawaliśmy i zaczynał nucić, potem śpiewać, a las ożywał. Pojawiali się tam, gdzie wcześniej widziałem krzewy i gałęzie drzew.

Zostawaliśmy na kilka dni, czasem dłużej, tak długo, póki nie odkryli, że jestem chory. Grałem z ich dziećmi w kamyki, albo piekliśmy razem kasztany w ognisku, a tata siadał z dorosłymi i rozmawiał o tym, co było i o tym, co będzie. Przekazywali sobie wielką fajkę, szare okręgi dymu unosiły się w powietrzu, a kiedy któryś odleciał dość daleko od dorosłych, próbowaliśmy go złapać, albo przerzucaliśmy przez niego żołędzie i szyszki. Lubiłem te spotkania, ale tata zawsze był wtedy smutny, jakby nosił wielki ciężar w sercu.

Gdy nadchodziła pełnia, znów byliśmy sami. Tata wybierał kryjówkę blisko wzniesienia, rozpalał tam ognisko i wysyłał znaki w niebo, a ja wiedziałem, że kiedy przyjdą tamci, zostawią nam jedzenie i maść, a tacie nie stanie się nic złego.

Bili go tylko wtedy, gdy cały miesiąc nikogo innego nie spotkaliśmy, na przykład kiedy złamałem nogę i nie mogłem opuścić kryjówki, a tata nie spał, prawie nie jadł, tylko mnie doglądał.

Nie mogłem tego zrozumieć.

 

***

 

Las był ogromny, tak wielki, że prawie nigdy nie trafialiśmy w to samo miejsce. A może to ja nie umiałem ich rozpoznać? Nie byłem jak tata, nie potrafiłem patrzeć tak, jak on. Tata zapewniał, że to przychodzi z czasem i w końcu się nauczę, ale mówił wtedy w ten sam sposób, jak kiedy zmieniał mi opatrunki.

Pamiętam tylko jedno miejsce, do którego na pewno wróciliśmy.

Znaleźliśmy je, kiedy pierwsze liście zmieniły kolor na złoty, czerwony i pomarańczowy i z daleka przypominały chochliki przemykające pośród gałęzi.

Mała chatka ukryta w rozpadlinie. Pamiętam zielony dach, płytki strumyk w którym moczyliśmy stopy i ogródek z najpyszniejszymi pomidorami, jakie jadłem, pyszniejszymi nawet niż te tutaj, a tu wszystko jest najlepsze, przynajmniej inni tak mówią. Pamiętam też pana Dagoberta i panią Astrid. Byli dobrymi ludźmi. Pomagali wszystkim, którzy do nich przyszli. Dzielili się jedzeniem, dawali dach nad głową, ukrywali takich jak my, kiedy szukali ich tacy jak oni.

Wróciliśmy tuż po pełni, kiedy się rozchorowałem. Tata niósł mnie, owiniętego w koce, przez las w czasie deszczu, bo gorączka zabrała mi siły i nie mogłem sam iść. Nie zatrzymywał się w dzień ani w nocy, aż tam dotarliśmy. Tylko że chaty już nie było, został jedynie popiół i trochę drewna.

Tata czasem płakał, ale zawsze, kiedy myślał, że śpię. To był jedyny raz, kiedy rozpłakał się przy mnie.

 

***

 

Nie rozmawialiśmy o tym, co się stało w naszej wiosce. Tata chyba myślał, że tak będzie łatwiej zapomnieć. Ale to wcale nie było łatwe.

Na początku śniło mi się to każdej nocy, potem rzadziej. Teraz nie śnię o tym wcale, bo tutaj nie ma koszmarów. Nie ma niczego, co budziłoby strach, albo sprawiało ból. Tutaj wszyscy są szczęśliwi. Czasem wydaje mi się, że nie powinienem tu być.

Nadal pamiętam te sny.

Wszystko w nich płonęło, nawet ściany piwnicy, w której się chowałem. Na górze trwała burza, uderzał grzmot za grzmotem i wszyscy krzyczeli, a ja zamykałem oczy, by nic nie widzieć i zatykałem uszy, by nic nie słyszeć, ale czułem ten zapach. Woń obcych.

Naprawdę było inaczej. Wioskę spalili dopiero później, patrzyliśmy na to z tatą, kiedy szliśmy do lasu. To znaczy ja patrzyłem, zerkałem przez ramię, a tata ciągnął mnie za rękę, kazał się nie odwracać i nie spoglądać na ludzi.

Wypuścili tylko nas. Tata ich przekonał. Znał ich język, bo handlował z nimi, kiedy dopiero co zjawili się na świecie, mieszkali nad brzegiem morza i było ich niewielu. Wiedział, że chociaż nie rozumieją lasu i nie znają jego praw, to potrafią wiele. Mają broń, która pluje kulami i znają leki na choroby, których nie widzieliśmy nigdy wcześniej. Takie jak zgnilica.

Zapytałem tatę, dlaczego pozwolili nam odejść.

– Dla ciebie zrobię wszystko – powiedział wtedy – absolutnie wszystko.

A potem objął mnie ramieniem i mocno przytulił, żebym już tam nie patrzył.

 

***

 

Nadciągała zima, ale las nigdy nie przestawał być zielony. Dęby i buki zrzucały liście, ale były też świerki, jodły i modrzewie. Tata pokazywał mi, jak rozpoznawać te gatunki. Mówił, że to ważne, że przyda mi się, kiedy będę dorosły, ale ja wiedziałem, że do tego nie dojdzie. Chorowałem coraz bardziej i tata nie mógł już udawać, że jest lepiej.

Im bliżej gór podchodziliśmy, tym więcej było zieleni.

Za to tata coraz rzadziej znajdował ślady innych z naszego rodzaju, aż w końcu nie dostrzegał ich wcale. Podczas kolejnej pełni nie dostaliśmy zapasów, a tata wrócił bardziej posiniaczony niż zwykle.

– Musimy przeprawić się przez góry – powiedział, chociaż obydwaj wiedzieliśmy, że jestem za słaby.

Nie zostało nam już wiele do niesienia, więc tata przerzucił sakwy przez ramię i postanowił, że poniesie mnie na barana. Przynajmniej tak długo, jak będzie mógł.

Zauważyłem ślady na śniegu gdzieś daleko przed nami i ucieszyłem się, że znów spotkamy kogoś, kto nam pomoże, ale tata zdjął mnie z pleców i postawił na ziemi, a z kieszeni wyjął nóż.

Kiedy po nas przyszli, byliśmy ostatnimi elfami w naszym lesie.

 

***

 

Nasz las był ogromny – ale ten jest jeszcze większy. Ciągnie się w nieskończoność, jest pełen zwierząt, drzewa cały rok dają owoce, a zima nigdy nie nadchodzi.

Jest tu mama i wuj Ihrerm, i stary znachor, i wszyscy, którzy mieszkali w naszej wiosce i których spotkałem z tatą, kiedy żyliśmy w lesie. Nie martwię się zgnilicą, nie muszę nosić opatrunków, bo tutaj nie ma chorób, ani nikt się nie starzeje. Wszystko tu jest najlepsze, a przynajmniej każdy tak twierdzi.

Tylko taty tutaj nie ma.

Ten las należy do Matki. Przechadza się po nim i czasem widzę ją między drzewami w pobliżu miejsca, w którym teraz mieszkam. Chciałem iść i zapytać ją, czy przyprowadzi tu tatę, bo może trafił do innej części lasu i nie wie, jak nas znaleźć, ale mama mi zabroniła.

Pytałem innych dorosłych, czy go spotkali, ale wszyscy odpowiadali, że on nie może tu być, bo zrobił wiele złego i dla takich jak on jest inne miejsce – ale ja wiem, że to nieprawda! Oni chyba wcale nie znają mojego taty i kiedy tak mówią, ogarnia mnie smutek i gniew. A przecież tu wszyscy powinni być szczęśliwi! Może inne miejsce jest również dla takich jak ja?

Pana Dagoberta i pani Astrid też tutaj nie ma. Mama mówi, że ludzie mają własne miejsce, choć wątpi, czy ktoś z nich jest dobry na tyle, by się w nim znaleźć. Ja wiem, że oni byli.

I tak sobie myślę, że tata, przez pomyłkę, mógł trafić do innego dobrego miejsca. Może dlatego, że rozmawiał z ludźmi? Że często pachniał podobnie do nich? Mówił w ich języku? Długo z nimi przebywał? Może Matka pomyliła go z człowiekiem i wysłała tam, gdzie jest pan Dagobert i pani Astrid?

Następnym razem, kiedy będzie spacerować w pobliżu naszego domu, pójdę i ją zapytam.

 

 

Koniec

Komentarze

Fajna historia. Naprawdę. Mocno melancholijna, a ja takie lubię czasem poczytać. Poruszasz w niej też ważny dla mnie temat: czy bycie dobrym jest wystarczające by osiągnąć zbawienie, kiedy neguje się, lub nawet nienawidzi, bogów. A to rodzi pytanie, czy bogowie są hipokrytami, łasymi na uwielbienie wiernych i nakazującymi im być dobrymi, ale karzącymi tych, którzy są dobrzy, lecz nie oddają im czci.

Chciałbym poznać odpowiedź Matki na pytanie chłopaka.

 

Poniżej kilka rzeczy, które rzuciły mi się w oczy:

 

Przekazywali sobie wielką fajkę, szare okręgi z dymu unosiły się w powietrzu,

To “z” przed dymu, chyba niepotrzebne.

 

Czasami, w lepsze dni, udawało mi się nawet na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co się stało, a wtedy śmialiśmy się razem, jakby nasza kryjówka (nieważne czy szałas, czy jaskinia, czy opuszczona chata), ognisko i my dwaj ogrzewający się w jego cieple, to był cały świat.

To tylko sugestia, ale przemyśl jak brzmiałoby zastąpienie pogrubionego: była całym światem.

 

Za to tata coraz rzadziej znajdował ślady innych z naszego rodzaju, aż w końcu nie dostrzegał ich wcale.

Coś mi tutaj zgrzyta. Chodzi mi o “dostrzeganie”. IMO trzeba by to nieco przebudować, ale nie będę się upierał, bo to może tylko moje widzimisię.

 

Big up i propsy za fajnego szorta, który umilił mi dzisiejszy poranek.

 

PS. A ten fragment bardzo mi się podoba, bo jest taki niewinny, prawdziwy i… ludzki:

Oni chyba wcale nie znają mojego taty i kiedy tak mówią, ogarnia mnie smutek i gniew. A przecież tu wszyscy powinni być szczęśliwi! Może inne miejsce jest również dla takich jak ja?

Known some call is air am

Bardzo dobre opowiadanie. Naprawdę bardzo dobre. Spokojnie wiedziesz czytelnika swoimi ścieżkami, nie każesz się niczego domyślać, wszystko jest kompozycyjnie i stylistycznie zadbane, klimat postapo (a kto powiedział, że tylko ludzie mogą mieć swoje postapo) wyraźny, opowiadanie syna – super. Słowem – klik w pelni zasłuzony.

Ale…. jedno “ale” mam, i to, niestety, solidne: Brzytwa Lema!

Zamień elfowie na Indianie. A krainę elfów na Amerykę Północną na przełomie XVII/XVIII wieku, gdy plemiona indiańskie ze wschodniego wybrzeża ruszyły ze swych lasów-ogrodów nad Atlantykiem i Wielkimi Jeziorami na zachód – na prerie i w puszcze. Bo – choć biali ludzie (zwłaszcza Europejczycy) o tym zazwyczaj nie wiedzą – właśnie tak zaczęła się kultura Indian prerii, po serii wojen plemiennych między migrującymi (uciekającymi ze Wschodniego Wybrzeża przed białymi kolonistami) Indianami , a nielicznymi jeszcze bardzo wówczas – Indianami preriowymi. Skończyły się gwałtownie pierwsze indiańskie miasta, sieci połączonych pieszymi duktami osad, starannie pielęgnowany ekosystem, a nawet pierwsze specjalistyczne ośrodki (np. wytapiające miedź i robiące narzędzia) – czyli to, co było już powszechne u Indian nadatlantyckich), a zaczęła – rozpaczliwa koczownicza indiańska (w istocie – uchodżcza) walka o przeżycie na wielkich preriach i w puszczach – tam gdzie jeszcze biali docierali sporadycznie. Przecież nawet słynne plemię, z którego wywodziła się Pocahontas – mieszkało jeszcze w pełni stacjonarnie, że się tak wyrażę. Dopiero potem – niedobitki – uciekły w dziksze ostępy.

 

I teraz, po zamianie słowa elf na Indianin – czy widzisz jakąkolwiek różnicę w odbiorze całości? Nawet woda ognista i zawleczona do Ameryki przez białych “ospa” się u Ciebie pojawiła. ;)

 

Bo ja nie widzę tej różnicy. Sama Wielka Matka to zdecydowanie za mało, jak dla mnie. Tym bardziej, że się głównie przechadza, jak pierwsza z brzegu indiańska szamanka. Dlatego tylko klik.

p.s. Nawet sam matecznik elfów, czyli święty las – Indianie też takie mieli.

 

pozdr.

P.

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Witam pierwszego czytacza. :)

 

Fajna historia. Naprawdę. Mocno melancholijna, a ja takie lubię czasem poczytać. Poruszasz w niej też ważny dla mnie temat: czy bycie dobrym jest wystarczające by osiągnąć zbawienie, kiedy neguje się, lub nawet nienawidzi, bogów. A to rodzi pytanie, czy bogowie są hipokrytami, łasymi na uwielbienie wiernych i nakazującymi im być dobrymi, ale karzącymi tych, którzy są dobrzy, lecz nie oddają im czci.

W zasadzie on bogów wcale nie-nienawidzi, właściwie to, co się dzieje, jest ukryte gdzieś między wierszami. Narrator nie mówi o tym wprost, wręcz w ogóle o tym nie mówi, bo raz – jest dzieckiem, a dwa – nie przyjmuje do siebie tego, że jego ojciec mógłby zrobić coś złego.

 

To “z” przed dymu, chyba niepotrzebne.

Fakt.

 

To tylko sugestia, ale przemyśl jak brzmiałoby zastąpienie pogrubionego: była całym światem.

Tak, to by była bardziej poprawne… ale zastanowiłem się, jakby to powiedziało dziecko i przyjąłem taki wariant, jaki wpisałem.

 

Coś mi tutaj zgrzyta. Chodzi mi o “dostrzeganie”. IMO trzeba by to nieco przebudować, ale nie będę się upierał, bo to może tylko moje widzimisię.

Nad tym musze pogłówkować… no nic, zobaczymy, co przyniosą kolejne komentarze. :)

Rrybaku, bardzo mi pochlebia Twoja opinia! Tym bardziej, że w podobnym czasie wrzuciliśmy podobnie opowiadaną historię. :)

 

Co do brzytwy Lema – wiedziałem, że takie zarzuty się pojawią, stąd taka przedmowa. :P

Widzę, że bez mrugnięcia okiem prześwietliłeś wszystkie moje inspiracje, chociaż w sumie są one tak mocno wplecione w tekst, że od razu nasuwa się porównanie elfy=Indianie. W zasadzie dziwi mnie, czemu tak rzadko (rzadko? może wcale nie) w literaturze taka paralela się pojawia. 

Na swoją obronę mam te fragmenty, w których Matka jest przedstawiana jako bogini, oraz – przede wszystkim – ostatni fragment, gdzie narrator trafia do świata-lasu bez bólu, bez chorób, bez zimy, gdzie spotyka wszystkich. Nawet matkę, która “odeszła” dawno temu. Nie powiedziane jest wprost, że to świat pozagrobowy – bo takie walenie wprost nie pasowałoby do tego tekstu – ale zasugerowane jest to mocno. 

Bardzo mi się podoba ta historia. Narracja świetnie poprowadzona, podoba mi się, że narratorem jest dzieciak i czytelnik widzi świat jego, nieco naiwnymi, oczami. Trochę odbywa się w fabule swoisty spektakt między synem a ojcem, ojciec kłamie, że będzie dobrze, a syn udaje, że w to wierzy.

Historia wydaje się tak bardzo prawdziwa. Relacje wojenne opowiadają o tym, jak trudno jest zachować ład moralny, niektórzy decydują się na poświęcenie wszystkiego w imię jednej cennej “rzeczy”.

Nie czepiałbym się braku fantastyki, opowiadanie buduje tajemnicę i ma specyficzny mroczny klimat, jak rrybak słusznie zauważył, klimat postapo. Dodatkowo są spotkania przy pełni, maść, tajemnicza choroba, “żywy” las. Nie byłbym w kwestii fantastyki aptekarzem.

 

Tekst na klika się nadaje ewidentnie, a myślę, że może także powalczyć o piórko.

 

Jeszcze drobiazg na koniec:

 

zostawiają nam jedzenie i maść, a tacie nie stanie się nic złego.

 

– "zostawią"?

 

Exit light

W zasadzie on bogów wcale nie-nienawidzi, właściwie to, co się dzieje, jest ukryte gdzieś między wierszami. Narrator nie mówi o tym wprost, wręcz w ogóle o tym nie mówi, bo raz – jest dzieckiem, a dwa – nie przyjmuje do siebie tego, że jego ojciec mógłby zrobić coś złego.

Przepraszam, Geki, najwyraźniej niejasno się wyraziłem. Mnie nie chodziło o narratora, ale o jego ojca. Bo pewnie był przykładnym elfem, który z miłości do syna, by ten mógł żyć, wszedł w konszachty z ludźmi i robił rzeczy, które nie spodobały się bogini. Zakładam, że nie zrobił niczego szczególnie złego, ale wiara nakazuje ściśle trzymać się pewnych zasad, których on się nie trzymał i dlatego nie zasłużył na zbawienie. Dla mnie to ważna kwestia – być dobrym człowiekiem, ale nie trzymać się zasad, które nie krzywdzą innych ale są nie po linii programowej bóstwa.

Potem, kiedy już zasnął, wzywał przez sen Matkę i błagał ją o przebaczenie, albo przeklinał ją i tych, którzy przychodzili w czasie pełni,

W pełni rozumiem jego rozgoryczenie i czym ono jest spowodowane.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Zakładam, że nie zrobił niczego szczególnie złego, ale wiara nakazuje ściśle trzymać się pewnych zasad, których on się nie trzymał i dlatego nie zasłużył na zbawienie. Dla mnie to ważna kwestia – być dobrym człowiekiem, ale nie trzymać się zasad, które nie krzywdzą innych ale są nie po linii programowej bóstwa.

Mi się wydaje, że właśnie ojciec uczynił wielkie zło. Był przecież gotów uczynić wszystko dla dobra swojego dziecka.

Exit light

Przeczytałem raz jeszcze i możesz mieć, BK, rację. Ale tylko możesz. Bo w wiosce skazanej na zagładę ojciec mógł wybrać opcję minimalizacji strat ;)

Known some call is air am

Basement, super, że zwróciłeś uwagę na relację ojciec-syn i to, jak się zachowują względem siebie. Ogromny nacisk kładłem w tej historii właśnie na pokazanie ich stosunków. Jako ojciec, sam zastanawiam się, ile mógłbym zrobić dla swoich dzieci, czy dałbym rade zrobić coś złego dla ich dobra… i dlatego myślę, że postawa ojca jest bardzo prawdopodobna. 

Czy ojciec zrobił coś bardzo złego? Mógłbym odpowiedzieć, ale tak, jak unikałem walenia wprost w tekście, tak będę je omijał w komentarzach. :P

 

Tekst na klika się nadaje ewidentnie, a myślę, że może także powalczyć o piórko.

Fajnie by było, fakt, że piórka dostają naprawdę świetne teksty, ale zobaczymy. :)

Jak już ktoś je zgłosi, bo uzna, że jest na tyle dobre, to będę to poczytywać za sukces.

 

Dzięki za znalezienie literówki! 

 

Bardzo dobre opowiadanie. Płynnie, powoli, z taką bardzo naturalną naiwnością narracji, wyczuwalną, ale doskonale tworzącą klimat.

Co ciekawe, nawet to, że gdzieś w trakcie tekstu można się domyślić o czym mowa, to wypływa, a nie pokazuje się nagle. Powoli, naturalnie, a i tak nie w całości. Jest naprawdę smutnoładne.

Co ciekawe – i finał jest taki bardzo otwarty, pozostawiający wiele czytelnikowi, jeśli tylko będzie chciał się nad tym zastanowić. Ba, nawet wychodząc poza tekst, bo w jakiś sposób dotyka to problemu “różnych nieb dla różnych wyznań”.

 

“Pytałem innych dorosłych, czy go spotkali, ale wszyscy odpowiadali, że on nie może tu być, bo zrobił wiele złego i dla takich jak on jest inne miejsce – ale ja wiem, że to nieprawda!“

 

Trochę mam problem z tym wykrzyknikiem. Krzyk, pewność, to jest tu naturalne, a jednak wybiło mnie z rytmu. Może gdyby lekko przeredagować, to ten wykrzyknik byłby tu bardziej naturalny? Ale mogę nie mieć racji, zobaczymy, czy ktokolwiek będzie mieć podobne wrażenie.

 

“Pana Dagoberta i pani Astrid też tutaj nie ma”

To jest nieźle wpadające zdanie. Nagle cofnąłem się do wcześniejszego tekstu, bo wcześniej odbierałem te dwa imiona jako jakieś istotniejsze osoby z wioski dziecka, a tu nagle wali w głowę podwójne znaczenie zdania “Pamiętam też pana Dagoberta i panią Astrid. Byli dobrymi ludźmi”.

 

“I tak sobie myślę, że tata, przez pomyłkę, mógł trafić do innego dobrego miejsca. Może dlatego, że rozmawiał z ludźmi?

Następnym razem, kiedy będzie spacerować w pobliżu naszego domu, pójdę i ją zapytam.”

 

I to jest nieźle dające do myślenia przesłanie, na wielu poziomach. Na poziomie skomplikowanej moralności, skomplikowanej ceny ratowania bliskich za wszelką cenę, brudnego, szarego, okrutnego świata oczami niewinnego dziecka. Ale też tego jak nagle spojrzenie nieukształtowanego jeszcze do końca pod względem społecznym umysłu może inaczej widzieć ideę “miejsc po śmierci”. Niby drobiazg, niby w pierwszej chwili łatwo to przegapić, ale to jest, a raczej mogłoby być największa siłą tekstu.

Bo ogólnie mam po lekturze tego tekstu wrażenie, takie, że ten ukryty ładunek tekstu na końcu to niewykorzystany potencjał. To znaczy dobrze, ze finał pozostał otwarty i dalej w zakresie naiwności postrzegania. Ale jednak można tu było nieźle zapędzić czytelnika do niejednoznacznych ocen i srogich przemyśleń, również w kontekście tego, jak zło może się brać z poczucia bezsilności, z desperacji, a potem już tkwić, pozostawać, stawać się częścią codzienności do tego stopnia, że czyniący zło nie odrzuca tego (a jeśli dobrze czytam tekst, to chyba pozostawiasz wskazówki, że ojciec tego dziecka czuł się bardzo źle z tym co robił).

A mam poważne wrażenie, ze byłbyś w stanie zrobić to bez rezygnowania ze sposobu narracji.

Szkoda, bo byłby z tego solidny potencjał piórkowy (pisząc solidny mam na myśli, ze mogło być z tego piórko bardzo zdecydowane – a pisze to choć zwykle przeważa u mnie surowa selekcja piórek), a bez tego widzę tyko bibliotekę.

Niemniej, skoro o tym mowa, przez przypadek stworzyłeś ciekawy eksperyment. Bo Twój tekst w pewnym sensie robi na poziomie emocji dobrze w fantasy to, co Rybak zepsuł w SF w poprzednim miesiącu (Rybaku, widzę, że czytasz wątek, więc nie jest to komentarz za plecami, potraktuj to jako uzupełnienie komentarza spod Twojego tekstu). U niego był “tekst -o– emocjach”, u Ciebie “emocje -w– tekście” (w obu przypadkach dotyczące relacji rodzic-dziecko, choć w różnych ujęciach i okolicznościach). U niego na początku pojawił się wielki spoiler zakończenia, u Ciebie wszystko wypływa z czasem. U niego końcowy twist jest z kapelusza, u Ciebie twist (za który postrzegam rozważania o innych miejscach i potencjalne konsekwencje rozmowy z Matką), choć jest “nowym wątkiem”, to jednak nie robi tu za “a teraz akuku”, wpasowuje się we wcześniejszy tekst i dodaje sporo do myślenia. No więc jestem ciekaw czy i na ile rozłożą się ewentualne nominacje osób, którym podobało się “Bo wiesz”. Jeśli chodzi o mnie – ocena “Kiedy po nas przyjdą” jak wyżej, ale… Mocna biblioteka.

Swoją drogą udało Ci się zaskoczyć podwójnie. Znając Twój styl, mimo że zdążyłem zauważyć, że bywa z różnym podejściem, spodziewałem się czegoś od początku fest mrocznego. Zaskoczyłeś, bo sposób narracji sprawił, że jednak miało się wrażenie, że z czasem pójdzie w coś spokojniejszego. A i tak wyszło spokojnie o popieprzonym świecie.

Dzięki za lekturę i zostawiam do przemyślenia czy te niewykorzystane ścieżki tekstu pod sam koniec nie nadają się aby na stworzenie z tego zupełnie osobnej, skomplikowanej, smutnej, mrocznej, dziwnej historii.

Bo jeśli tu – niestety! – z tego nie skorzystałeś (być może przypadkiem, być może w obawie przed wybiciem z wiarygodności narratora, to i tak szkoda zmarnować pomysł. Działaj!

 

Edit:

A co do Brzytwy Lema – do znudzenia powtarzam, że większość dobrych tekstów fantastycznych nie przechodzi Brzytwy Lema. Fantastyka to tylko sceneria. Ładna, dlatego ją lubimy. Ale nie cel sam w sobie. Tu fantastyka jest, a Brzytwą Lema przejmować się nie trzeba :-)

 

Cześć Gekikara, to znowu ja:-)

jak dobrze, że narratorem jest chłopczyk i że to przez jego dziecięce postrzeganie świata poruszasz kwestię dobrych i złych uczynków, i tego, kto zasłużył na to, by żyć przy Matce, a kto nie. Chłopczyk jest zdziwiony, że nie ma z nim ojca, pana Dagoberta i pani Astrid, a w jego przekonaniu byli przecież dobrzy. A dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje:-) Pokazałeś więź ojca z synem subtelnie, z wyczuciem.

A co złego zrobił ojciec?

Muszę przyznać, że czytałam dwa razy i nie umiem tego odczytać:-( Ale wydaje mi się, że ma to związek z panem Dagobertem i panią Astrid:-) nie? a może był po prostu za bardzo ludzki? 

Czytałam z przyjemnością, dlatego polecam do biblioteki

pozdrawiam:-)

A co złego zrobił ojciec?

Muszę przyznać, że czytałam dwa razy i nie umiem tego odczytać:-(

Olciatko, chodzi zapewne o cenę.

 

wilku, cenę?

Jedyne co przychodzi mi do głowy to to, że bratał się z ludźmi, by pomóc synowi, niczego innego nie dostrzegłam:-)

pozdrawiam

Wilku, przede wszystkim dzięki ci za poświęcony czas i tak rozbudowaną opinię. 

Do głosowania piórkowego jeszcze tak daleko, że hoho, o ile do niego dojdzie, a ty zaserwowałeś mi już komentarz godzien eliminacji piórkowych. :) 

Nie chciałbym wpływać na twoją opinię, bo przecież to sprawa indywidualnego odbioru i preferencji, ale prawem czytelnika oceniać, a prawem autora odnieść się do oceny. :P

 

Trochę mam problem z tym wykrzyknikiem. Krzyk, pewność, to jest tu naturalne, a jednak wybiło mnie z rytmu. Może gdyby lekko przeredagować, to ten wykrzyknik byłby tu bardziej naturalny? Ale mogę nie mieć racji, zobaczymy, czy ktokolwiek będzie mieć podobne wrażenie.

 Wiesz, długo zastanawiałem się nad tym wykrzyknikiem, bo jestem świadom tego, że wybija z rytmu, szczególnie, że w całym tekście, nawet przy opisie najbardziej dramatycznych wydarzeń, się nie pojawia, ale… on miał wybić z rytmu. Niespodziewanie narrator wyraża gniew, w jednej, jedynej sytuacji: kiedy ktoś krytykuje jego ojca. Później jeszcze raz unosi się emocjami, powątpiewając w doskonałość miejsca, do którego trafił. Ojciec, jaki by nie był, jest dla niego wzorem i prędzej zaneguje ostateczną, boską sprawiedliwość, niż zmieni swoje myślenie o ojcu.

Słabo to zaakcentowałem? Ano, może, ale wiele rzeczy w tym tekście zaznaczam subtelnie. Ta niedoslownosc – moim zdaniem – buduje jego klimat i nie mógłbym, nie chciałbym z niej rezygnować, nawet za cenę tego, że jakaś intencja autora nue zostanie odczytana. 

 

Niby drobiazg, niby w pierwszej chwili łatwo to przegapić, ale to jest, a raczej mogłoby być największa siłą tekstu.

 To chyba materiał na oddzielny tekst. Tak, wiem, że wielu ludzi tutaj, albo w ogóle wielu ludzi, lubi historie skomplikowane, wielowątkowe, im więcej, tym lepiej… a ja z kolei w swoim pisaniu zawsze kieruję się tą wizją, którą chcę uchwycić i ucinam, ucinam, żeby nic nie kradło jej pola. 

Ta historia jest o ojcu i synu, przede wszystkim o miłości ojca do syna i afirmacji ojca przez syna, wydanych na próbę. Gdybym pociągnął ten wątek… tak, to miałoby rozmach. Mógłbym nawet uderzyć w tony relatywizmu, pokazać, że to co złe było dla elfów, nie było złem dla ludzi, ale jeśli uchwycić to, co zrobił ojciec, ciężko byłoby to rozgrzeszyć z jednej strony. A z drugiej zagubiły się w tym relatywizmie obraz syna, który mimo wszystko podziwia i kocha ojca, i nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby zrobić coś złego. Tak samo gdzieś rozmyłaby się tragedia ojca, który wie, że jego zło jest oczywiste, ale, jak sam twierdzi, zrobi dla syna wszystko. Nawet jeśli dzięki temu przeżyje dłużej o rok, miesiąc, dzień.

Tekst od początku do końca jest subtelny, wręcz kameralny i taki rozmach… w moim odczuciu by go zepsuł. A na pewno przestałby być tym tekstem, który chciałem napisać. 

 

Bo jeśli tu – niestety! – z tego nie skorzystałeś (być może przypadkiem, być może w obawie przed wybiciem z wiarygodności narratora, to i tak szkoda zmarnować pomysł. Działaj!

Tak, jak napisałem wyżej, jest to całkowicie nieprzypadkowe i wynika z wrodzonej sympatii do tekstów, które opierają się na klimacie, a nie zawiłościach fabularnych – i chyba tamie teksty wychodzą mi najlepiej – i jeśli kolejny raz dostanę za to 9 "Nie"… to chyba wyjdzie na to, że moje pisanie po prostu nie jest piórkowe. Może kiedyś się zmieni. :) 

 

Tymczasem dzięki za komentarz! 

… a jeśli do głosowania nad tym opowiadaniem dojdzie, to jeszcze masz dużo czasu, by albo zmienić opinię, albo utwierdzić się w swoim przekonaniu. :) 

 

Pozdrawiam

Olciatka, dzięki za wizytę! :) 

Co do tego, co zrobił ojciec… nie powiem. Z jednej strony to dobrze, że nie jest to podane tak, by było oczywiste, bo narrator odrzuca od siebie tę myśl i jest jeszcze dzieckiem, więc w ogóle ciężko mu to sobie uzmysłowić. 

A co ojciec zrobił? Parafrazując Czarnego Pana: są znaki (w tekście), przyjacielu, i więcej niż pogłoski.

 

Jest kilka fragmentów, które, jeśli czytać uważnie, jasno mogą to wskazać. 

 

Pozdrawiam 

"Słabo to zaakcentowałem? Ano, może, ale wiele rzeczy w tym tekście zaznaczam subtelnie. Ta niedoslownosc – moim zdaniem – buduje jego klimat"

I jest w tym sporo racji, ale też nie do końca chodzi o akcent – można było choćby pokierować spostrzeżeniami odbiorcy. Co jest cholernie trudne i przy czym bardzo łatwo przedobrzyć lub zepsuć całość. Ale gdyby się udało przy jednoczesnym (!) zachowaniu subtelności – ugrać na wywoływanych wrażeniach można by sporo.

 

"wielu ludzi tutaj, albo w ogóle wielu ludzi, lubi historie skomplikowane, wielowątkowe"

To jest chyba inny rodzaj komplikacji. Bo to można przedstawić równie dobrze jako skomplikowane dosłownie, jak i skomplikowane w sensie "a może to twoje postrzeganie, zwykły człowieku, jest do bani". Nie musi być dużo, by zmusić odbiorcę do myślenia.

 

"Mógłbym nawet uderzyć w tony relatywizmu"

A nie uderzyłeś? Zło jest niewątpliwe, ale to jest w całości opowieść z kategorii "co ludzie robią, gdy znajdą się w sytuacji skrajnej – i ile to się ma do ich deklaracji, gdy jest wygodnie".

 

"to chyba wyjdzie na to, że moje pisanie po prostu nie jest piórkowe"

Błąd. Masz styl pisania na naprawdę mocnym poziomie i zdolność tworzenia klimatu też solidną. Zwyczajnie w grę wchodzi więcej czynników. Widziałem już Twój tekst, który "technicznie" i "klimatycznie" był bardzo wysoko, tym razem jest tekst, który wysoko jest "tematycznie", ale brakło tego "wow". Kwestia połączenia jednego z drugim i szanse będą spore (choć ja tez mam specyficzny gust, wiec nie wiem czy moją opinią należy się jakkolwiek przejmować ;)).

 

I jest w tym sporo racji, ale też nie do końca chodzi o akcent – można było choćby pokierować spostrzeżeniami odbiorcy. Co jest cholernie trudne i przy czym bardzo łatwo przedobrzyć lub zepsuć całość. Ale gdyby się udało przy jednoczesnym (!) zachowaniu subtelności – ugrać na wywoływanych wrażeniach można by sporo.

To jest kunszt, panie – oby przyszedł z czasem. :) 

 

To jest chyba inny rodzaj komplikacji. Bo to można przedstawić równie dobrze jako skomplikowane dosłownie, jak i skomplikowane w sensie "a może to twoje postrzeganie, zwykły człowieku, jest do bani". Nie musi być dużo, by zmusić odbiorcę do myślenia.

Właśnie t a k i e g o relatywizmu nie chciałem. To znaczy, nie chciałem negować zła tego, co robi ojciec. Chciałem pokazać, że kryje się za tym miłość dla syna, że zmusza go pewna konieczność i sytuacja – na tym poziomie znajduje się "relatywizm" w tym opowiadaniu. 

 

Widziałem już Twój tekst, który "technicznie" i "klimatycznie" był bardzo wysoko, tym razem jest tekst, który wysoko jest "tematycznie", ale brakło tego "wow".

 Może trafi się jeszcze pomysł na tekst z "wowem", ten… po prostu inaczej go sobie nie wyobrażam. 

 

Właściwie to w żadnym razie nie byłoby negowanie zła. Może źle zostałem zrozumiany, ale chodziło mi bardziej o “jakie to wszystko popaprane”.

Ale też rozumiem Twoje argumenty w kierunku innego podejścia do tekstu.

 

Wilku, jak już moj tekst omawiasz "piórkowo" pod innym tekstem, i to dobrym, to jest dobrze! A nawet bardzo dobrze. :D

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Gekikaro, w wolnej chwili przeczytam jeszcze raz:-) i nie przejmuj się, że ja tego nie wyłapałam, tekst jest bardzo dobry! Nie pisz wprost, bo popsujesz:-) pozdrawiam

Fajny pomysł, żeby pokazać zaświaty innych ras (acz nie wykorzystałeś w pełni tego potencjału). I klimat postapo – to też jest interesujące.

Ale – jeśli dojdzie do głosowania nad piórkiem – będę na nie, bo czuję się niedopieszczona fabularnie, nie ma tu jakichś świeżych pomysłów. Tylko kompozycja ze znanych skądinąd elementów, za mocny zapach zwyczajnej, ludzkiej historii (ci Indianie). Samymi emocjami mnie nie kupisz.

Paralela indiańsko-elfia pojawia się w literaturze, chociaż może niekoniecznie wprost. U Sapka jest zdanie “dobry elf to martwy elf” będące parafrazą słynnego “dobry Indianin to martwy Indianin” wypowiedzianego przez jakiegoś generała.

Zastanawiał mnie wiek narratora. OK, elfy rosną i dojrzewają wolniej niż ludzie. Ale mija sporo czasu – rzeczy dzieją głównie w pełnie, a chłopiec musiał ich już sporo widzieć, skoro robi jakieś podsumowania – i narrator się nie zmienia. Niby te wydarzenia nieźle pamięta (w odróżnieniu od ludzkiego dwu– trzylatka), ale nie wpływają na jego stan wiedzy. Jakby zapisał w mentalnej kronice, ale nie rozumiał, co z tego zapisu wynika i nigdy notatek nie czytał. Rodzice są bogami – wierzy im bez zastrzeżeń, właśnie jak dwu– trzylatek. A z drugiej strony – potrafi rozpoznać, kiedy tata kłamie. Odrobinę mi te rzeczy zgrzytały. To nie jest istotny zarzut, ale gdybyś kiedyś robił z tego powieść, przemyśl takie kwestie.

Inny ciekawy temat – czy zmarłe dzieci dorastają w zaświatach. Hmmm…

Dlaczego właściwie pełnie? Nasuwa to myśl o wilkołakach. Czy potrzebnie?

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla! 

 

Fajny pomysł, żeby pokazać zaświaty innych ras (acz nie wykorzystałeś w pełni tego potencjału). 

Namawiacie. :P

To był tekst całkiem nie o tym i nie chciałem przenosić środka ciężkości w tę stronę. Aczkolwiek rozumiem, czemu ten pomysł się podoba. 

 

Ale – jeśli dojdzie do głosowania nad piórkiem – będę na nie, bo czuję się niedopieszczona fabularnie, nie ma tu jakichś świeżych pomysłów. Tylko kompozycja ze znanych skądinąd elementów, za mocny zapach zwyczajnej, ludzkiej historii (ci Indianie). Samymi emocjami mnie nie kupisz.

Tak, bo to ludzka historia ubrana w fantasy. Gdyby fabuła była zaplątana, to sądzę, że ucierpiał właśnie ten ładunek emocjonalny, bo ta warstwa by go przykryła. A tak, historia zmierza do określonego punktu, bardzo prawdopodobnego, wręcz tak mogłaby się potoczyć w rzeczywistości, jakby odjąć fantastykę z opowiadania – dla mnie w tym tkwi siła tego tekstu, ale jako autor nie mogę tu być obiektywny (:P), a twoją opinię rozumiem i nawet takiej się spodziewałem. :) 

 

Zastanawiał mnie wiek narratora. OK, elfy rosną i dojrzewają wolniej niż ludzie. Ale mija sporo czasu – rzeczy dzieją głównie w pełnie, a chłopiec musiał ich już sporo widzieć, skoro robi jakieś podsumowania – i narrator się nie zmienia. Niby te wydarzenia nieźle pamięta (w odróżnieniu od ludzkiego dwu– trzylatka), ale nie wpływają na jego stan wiedzy. Jakby zapisał w mentalnej kronice, ale nie rozumiał, co z tego zapisu wynika i nigdy notatek nie czytał. Rodzice są bogami – wierzy im bez zastrzeżeń, właśnie jak dwu– trzylatek. A z drugiej strony – potrafi rozpoznać, kiedy tata kłamie. Odrobinę mi te rzeczy zgrzytały. To nie jest istotny zarzut, ale gdybyś kiedyś robił z tego powieść, przemyśl takie kwestie.

To akurat, Finklo, miałem dobrze przemyślane, trochę ja bazie własnych rodzicielskich doświadczeń. 

Mam w domu sześciolatka – i nadal jest to wiek, kiedy opinia rodziców jest bardzo ważna, wręcz sądzi, że rodzice mogą wszystko… a przy tym, już od dawna, potrafi oszukiwać. :P Do tego kwestie śmierci dopiero niedawno zaczęły być dla niego w miarę zrozumiałe, ale nadal twierdzk, że on nie umrze i zawsze będzie z rodzicami. :) Za to kwestie zła moralnego są w tym wieku jeszcze abstrakcją, jeśli dziecko wie, że czegoś nie wolno, to dlatego, że dorosły tak powiedział. 

Sądzę, że nawet jeśliby przyjąć, że historia, którą narrator opowiada, rozgrywała się mniej więcej jak miał te pięć, czy sześć lat, nie ma tu nieścisłości. Nawet mógłby być starszy, bo weź pod uwagę, że on nie ma nikogo poza ijcem, więc kogo ma widzieć jako wzór? A w dodatku pewne rzeczy, ze względu na traumę, może od siebie odrzucać. 

 

Co do pełni – w sytuacji, kiedy nie ma się kalendarza, tak najłatwiej określić czas spotkania. :P

“Nasuwa to myśl o wilkołakach. Czy potrzebnie?”

 

Też miałem takie skojarzenie i IMO wyszła z tego ciekawa zmyłka.

OK, uznaję Twoje argumenty o wieku narratora. Chociaż na zasadzie “każde dziecko jest inne”. Brak interakcji z innymi też do mnie przemawia.

U mnie w rodzinie zaobserwowałam trochę inne zachowania. Gdzieś w wieku pięciu-sześciu lat bratanek nauczył się zwalać winę za złe zachowanie na Szatana (BTW, uważam, że religia w przedszkolu to słaby pomysł). Zapamiętałam fragment dialogu: “No to należy nie słuchać Szatana”, “Ale on bardzo głośno mówi”. ;-)

Kwestionowanie słów dorosłych też się pojawiało. Od “dlaczego ja mam iść do domu, kiedy kolega może jeszcze zostać na podwórku?” do węszenia, jak to jest z prezentami od Mikołaja. Ech, słodkie było, kiedy dziewięciolatka przekonywała sześciolatkę, że ta Wróżka Zębuszka to ściema. Bo ta starsza kiedyś straciła zęba, ale nie powiedziała nic rodzicom, tylko schowała pod poduszkę. I rano nie było kasy. :-D

No, ale tu już ważne są kontakty z rówieśnikami i kuzynami…

Babska logika rządzi!

Też miałem takie skojarzenie i IMO wyszła z tego ciekawa zmyłka.

 

Ja podobnie.

 

Co do pełni – w sytuacji, kiedy nie ma się kalendarza, tak najłatwiej określić czas spotkania. :P

Ja jeszcze zracjonalizowałem sobie to tak, że wtedy nocą jest jasno, dobry moment na jakieś konspiracyjne działania.

Exit light

Na naprawdę konspiracyjne działania lepszy byłby nów. :-)

Babska logika rządzi!

 

Zapytałem tatę, dlaczego pozwolili nam odejść.

– Dla ciebie zrobię wszystko – powiedział wtedy – absolutnie wszystko.

A potem objął mnie ramieniem i mocno przytulił, żebym już tam nie patrzył.

 

Gekikaro, to ojciec odpowiadał za to podpalenie?:-)

Nie, Olciatko, tekst nie kłamie i to ludzie spalili wioskę. 

Kluczem jest to, kiedy syn i ojciec dostawali zapasy, a kiedy ojciec wracał pobity. I jego reakcja na widok spalonej chaty Dagoberta i Astrid. :) 

Nie napiszę nic odkrywczego. Dobry tekst i dobrze napisany. Pewnie ktoś mógłby wyłapać jakieś przecinki, pewnie niektóre zdania dałoby się napisać inaczej, ale… to nie znaczy, że lepiej. Tekst biblioteczny, a możliwe że i Loża będzie musiała się nad nim pomęczyć ;)

Zastanawiałem się przez chwilę nad brzytwą Lema, ale doszedłem do wniosku, że to w sumie bez znaczenia. Tak ma swój urok, a ustawieni elfów w roli bohaterów powoduje, że ten raj na końcu nie budzi zastrzeżeń natury teologicznej. Łyka się go jako naturalną część kreacji i sprowadza do sensu. Przynajmniej tak to zadziałało u mnie. Może nawet podrzucenie informacji, że bohaterowie są elfami nieco wcześniej dałoby silniejszy efekt?

Tak, jak ja rozumiem tę historię, postawa ojca jest od początku “beznadziejna”. Postępując w ten sposób (czyli sprzedając swoich, jak sądzę) tylko odwleka w czasie to co nieuniknione. Czyni zło w imię dobra. No cóż, miłość rodzicielska w realnym świecie potrafi prowadzić do absurdalnych decyzji. Nic więc dziwnego, że w tym raju są wszyscy, poza ojcem.

Mam do tego tekstu tylko jedno, za to poważne, zastrzeżenie.

Jest smutny.

Gratuluję, solidny kawałek.

Wiecie, z Brzytwą Lema to jest tak, że np. Saurona można zamienić na dyktatora, a drużynę pierścienia na szpiegów obcego mocarstwa niosących jakąś przesyłkę. Także tego ;-)

Pod warunkiem, że pierścień zmienisz w walizkową bombę atomową. A to w tym przypadku mało realne. No i co zrobisz z Entami?:p

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Enty? Pospolite ruszenie :P

Exit light

Coś w tym jest.:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

A z brzytwy Lema zamieni się w krem Nivea :)

Nie jestem ortodoksem ani zwolennikiem machania ostrymi narzędziami gdzie popadnie.

Całą to rozmowa o brzytwie przypomina mi klasyczny kawał z cyklu pytań do radia Erewań:)

Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody?

Prawda, ale

nie w Moskwie tylko w Petersburgu,

nie na Placu Czerwonym tylko na Prospekcie Lenina,

nie samochody tylko rowery

i nie rozdają tylko kradną.

 

To jeden z moich ulubionych dowcipów <3

 

Krem Nivea, to raczej po goleniu tą brzytwą :) A sama Nivea, wiadomo – kałaszników wśród kremów.

 

Podrzucam przy okazji kolejny z moich ulubionych dowcipów:

 

II wojna światowa. Marszałek Żukow wychodzi z gabinetu Stalina zdenerwowany, na korytarzu zaklął i mruknął „A to skurwysyn wąsaty!”. Ale przed drzwiami stał oficer NKWD i zareagował natychmiast pytając:

– Co powiedzieliście towarzyszu?

Żukow na to, że nic.

– No to wrócimy do gabinetu tow. Stalina i wyjaśnimy sprawę – powiedział oficer.

Wrócili więc i oficer melduje:

– Towarzyszu Stalinie, ja będąc na służbie usłyszałem jak marszałek Żukow powiedział „A to skurwysyn wąsaty!”.

Stalin popatrzył na Żukowa i zapytał:

– Kogo mieliście na myśli towarzyszu?

Żukow natychmiast odpowiedział:

– Jak to kogo, Hitlera!

Wtedy Stalin popatrzył przeciągle na oficera NKWD i zapytał:

– A wy towarzyszu, kogo mieliście na myśli?

Exit light

Dowcip przedni:D Ale – Ochrony. Ochrana była za cara, ale nie zajmowała się bezposrednim pilnowaniem Imperatora. Tym zajmował się Sobstwiennyj Konwoj. :)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

No tak, Ochrana przecież była carska. Zmieniłem na NKWD, żeby jakiś tam rys historyczny pozostał.

Exit light

Widzę, że tu się niezły offtoo zrobił, więc muszę zainterweniować i się dołączyć. 

Jeden z moich ulubionych:

 

Breżniew przyjechał do Polski. Gomułka oprowadza go po ulicach Warszawy.

– To jest ulica Lenina.

Widząc akceptację na twarzy gościa, Gomułka prowadzi go następnie na ulicę Żukowa i Plac Dzierżyńskiego. Breżniew tak się rozochocił, że gdy mijali następny plac, sam spytał o nazwę. Gomułka zmieszał się wyraźnie.

– To jest Plac Zbawiciela…

Breżniew poklepał przyjaźnie Gomułkę po ramieniu.

– No Władek, bez przesady, nie trzeba…

 

Swoją drogą z dowcipami o komunistach tonjest tak, że trudno rozpoznać, co jest zmyślone, a co jest prawdą. 

Na przykład: po śmierci Stalina odgórnie narzucono polskim czasopismom, by na pierwszej stronie dały nagłówek "Stalin nie żyje"… wystarczy powiedzieć, że po tym numerze redaktor "Po Prostu" stał się byłym redaktorem, bo zbitkę: "Po Prostu Stalin nie żyje" uznano za prowokację. 

No to uściślę dodatkowo: aż do 1952 r. bezpośrednia ochrona Stalina nie podlegała w istocie GPU, NKWD, NKGB, MGB, (choć nominalnie stanowiła jego część, w istocie szefowie nkgb i kolejnych takich organow byli niezależni od Mienżyńskiego, Jagody, Jeżowa czy Berii, ale byli podporządkowani gen. Własikowi. Bezpośrednio podlegającemu samemu Stalinowi. W kwietniu 1952 Beria swymi intrygami spowodował, że Stalin wywalił Własika i zastąpiono jego ludzi ludźmi Berii. I to był koniec Stalina. Bo coraz więcej wskazuje, że w przededniu kolejnej szykowanej przez niego wielkiej czystki, politbiuro się zbyt poważnie wystraszyło…;)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Dziś też dowcipy o Rosji są często równie trafne. Spytano Putina, w czasie corocznego wywiadu-rozmowy z internautami:"Z kim graniczy Rosja?". Odpowiedź była krótka: -"Z kim chce!".

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Dał mnie dobre opko:-), tylko za krótkie, bo fabuły brakuje. Narracja, relacja pomiędzy ojcem i synem fajna, dobrze się czyta, ale przygód, przeciwności brakuje.  Tekst oparłeś na jednym pomyśle, odczuciu i ładnie ubrałeś. Gustownie, podoba się, ale. 

Skarżypyctwo poszło by w ruch, ale niepotrzebne. Brzytwę Lema by przeszło dla mnie, ale musiałoby być w nim coś więcej. 

Ps. A poza tym super, bo inne od dotychczasowych. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dzięki za wizytę. :) 

Co do przeciwności i przygód – tekst jest opowiadany przez narratora z pewnej perspektywy i przeciwności, które, a jakże, są, opisuje nie tak, jakby działy się przed chwilą, by wywołać niepokój o los bohaterów, ale właśnie już "po wszystkim". Pewien etap ich historii się zakończył, definitywnie, nie wiadomo (choć można się domyślać) jak, ale chciałem, by czuć było, że historia jest opowiadana z odpowiednio dalekiej perspektywy czasu. Narrator mówi o spaleniu wioski, o tułacze, o tym, jak złamał nogę, jak chorował, a miejsce, w którym mogli liczyć na pomoc, zostało zniszczone, mówi o tym, jak jego ojciec wracał pobity, jak kończył im się prowiant… oj, trochę ich spotkało, już nie wspominając o finale ich podróży.

Ale fakt, nie opowiadam tego w sposób, który stworzyłby wartką akcję, raczej, jak wspominał Wilk, tekst płynie powoli, bardziej jak refleksja nad tym, co zaszło, niż przedstawienie wydarzeń. :) 

Niedokładnie się wyraziłam, Geki. ;-)

Opowieść jest świetnie napisana, lecz we wspomnieniach brakuje mi mocniejszych punktów. Mogę nie mieć racji, ponieważ trochę są obecne, ale wolałabym – chyba – jako czytelnik, aby były dłuższe. Wspomnienia są silne, zwłaszcza takiej osoby jak ojciec. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, jasne, masz święte prawo do własnego odbioru i oczekiwania bardziej rozbudowanych opisów męki może mieć uzasadnienie. :) 

Mnie, kiedy wyobrażałem sobie to opowiadanie, przyszło do głowy to, że rodzic za wszelką cenę od dziecka chciałby ten cały trud odsunac. Dlatego narrator wspomina, że np. ojciec prawie nie jadł, by on mógł jeść. Dlatego też ojciec postępuj tak, jak postępuje, żeby zapewnić synowi jak najlepsze życie, nawet w takich warunkach. 

Pozdrawiam! 

Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. Pamiętam Twoje poprzednie teksty, zwykle są bardzo emocjonalne, tym razem również. Dla mnie najciekawsza była zagadka – kim są bohaterowie, co się wydarzyło, dlaczego wędrują. Fajnie odsłaniasz te informacje w czasie opowieści. Sytuacja narratora i jego ojca skojarzyła mi się z wojną. Fantastyki rzeczywiście mało, ale opowiadanie udane. Dobrze, że trafiło do biblioteki. Dodałabym trochę więcej fantastycznych elementów w konstrukcji świata, może nawet nową rasę czy tło konfliktu.

Cześć, Geki, to ja, Twój pierwszy czytacz ;)

 

Czy ojciec zrobił coś bardzo złego? Mógłbym odpowiedzieć, ale tak, jak unikałem walenia wprost w tekście, tak będę je omijał w komentarzach. :P

Pamiętasz tę deklarację? Pewnie tak, a potem zrobiłeś to:

Kluczem jest to, kiedy syn i ojciec dostawali zapasy, a kiedy ojciec wracał pobity. I jego reakcja na widok spalonej chaty Dagoberta i Astrid. :) 

I zepsułeś mi trochę swoje opowiadanie. Zaraz wyjaśnię w jaki sposób, ale najpierw to, jak ja rozumiem tę zależność, której wcześniej – gupi ja – nie dostrzegłem.

A rozumiem to tak:

SPOILER WARNING

Ojciec za życie swoje i swojego syna dogadał się z ludźmi. Obiecał, że będzie dla nich zdradzał ukryte leśne osady elfów. Kiedy spotykał elfy, szedł z nimi do ich wioski, a potem – w czasie pełni (nie rozumiem, dlaczego niektórzy odczytali tę pełnię jako swego rodzaju nawiązanie do wilkołaków) – wysyłał znaki ludziom, Ci przychodzili, dawali mu prowiant i bimber, sami dostawali info gdzie jest wioska. Potem mordowali i palili, a ojciec ruszał dalej, by zdradzać kolejne elfy. I tego za cholerę nie kupuję.

Bo robił to dla syna, tak? Dogadał się z ludźmi i przeżył on, jak i jego syn. Ale czemu nie zdradził ludzi? Czemu brnął dalej, wiedząc, że kiedyś elfie wioski się skończą a on i jego syn w końcu umrą? Nie jestem w stanie zrozumieć jego motywacji, aby dalej czynić zło, kiedy mógł uciec razem z dzieckiem. Wiem, wiem, dyn miał zgnilicę, a gdzieś wcześniej wspominasz, że ludzie mieli broń i lekarstwa, jakich elfy nie znały. Ale równocześnie piszesz, że noga, pomimo aplikacji maści, wyglądała coraz gorzej i kwestią czasu była śmierć dziecka-narratora. I on sobie z tego zdawał sprawę, bo odgrywał ten spektakl. A to sprawia, że tym bardziej nie kupuję przesłanek ojca. I nie, to, że mówi “Dla ciebie zrobię wszystko, absolutnie wszystko.” nie tłumaczy go w żaden sposób. Wcześniej widziałem go, jako ojca który poświęci wszystko dla dziecka, teraz widzę go jako głupca, nie potrafiącego pogodzić się z przegraną, który zamiast minimalizować straty i chronić dziecko, straty jedynie powiększa w imię… no właśnie, czego? Nadziei? Ale jej nie ma i on to widzi. Miłość nie musi być racjonalna. Ale odegranie kluczowej roli w zagładzie swojego gatunku, wykracza grubo poza moje pojmowanie irracjonalności rodzicielskiej miłości tego typu.

Nie lubię już ojca narratora. Jest głupcem, który zasłania się miłością, a tak naprawdę jemu jest tak po prostu wygodniej, bo rozumie swój błąd, ale brnie dalej, bo tak jest łatwiej. Pije, użala się nad sobą i nieuchronnością swojego potępienia, a zło które czyni składa na barki miłości do dziecka, bo od tego się zaczęło. Jeszcze raz – nie rozumiem jego motywacji, jako ojca.

Zepsułeś mi to opowiadanie. Ale to nadal kawał dobrego opowiadanie i nadal ślę propsy za to co udało Ci się pokazać oczami dziecka w tym tekście.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć! Fajne opko, krótkie, zwięzłe i na konkretny temat. Obraz ludobójstwa widziany oczami nieświadomego dziecka będącego (jeśli dobrze rozumiem) jego narzędziem. Powoli odkrywasz karty wciągając czytelnika w świat końca. Do słowa “elfami” zakładałem, że to będzie o Indianach (chociaż drzewa trochę nie pasowały). 

Czy to jest fantastyka, nie wiem, w komentarzach widzę, że zdania są różne. Jak dla mnie to wersja z Indianami i ospą/gruźlicą byłaby nawet lepsza (ale wtedy to by już nie była zdecydowanie fantastyka, chociaż w sumie zakończenie też jest fantastyczne – zależy od preferencji czytelnika). 

Podsumowując, bardzo ładne i klimatyczne opko, jednak z fantasy trochę wtłoczonym na siłę (ale było o tym w przedmowie, więc nie można narzekać).

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hmmm. A ja to odczytałam w ten sposób, że ludzie przychodzili co miesiąc do lasu. W czasie pełni – polować na wilkołaki, odprawiać magiczne rytuały, łotewer. A ojciec ich zabijał i zabierał im prowiant. Ale czasami nie udało mu się zaskoczyć ludzi i wtedy dostawał bęcki.

Babska logika rządzi!

Nie spodziewałem się takiej popularności tego tekstu, a widzę, że niektórzy czytają nawet nie swoje komentarze – Dzięki Wam! :) 

 

I po kolei:

 

ANDO dzięki za wizytę! Twoje skojarzenie jest jak najbardziej trafne. :) 

Elementów fantastycznych nie chciałem dodawać więcej, by realizm sytuacji nie ucierpiał – poza tym chyba wizyta w zaświatach to dość by tekst uznać za fantastyczny. Tak sądzę. 

 

404 jedna deklaracja z drugą się nie kłóci, bo dałem tylko trop, a nie napisałem wprost. :P

Wiem, zachowuję się jak polski polityk, ale do rzeczy… SPOILER WARNING ludzie w sytuacjach kryzysowych przyjmują skrajne postawy, a skrajne, to nie oznacza racjonalne. O ile rozumiem, że możesz motywacji ojca nie popierać, a samego ojca nie lubić, to ich prawdopodobieństwa będę bronił jak konstytucji. Ludzie nie dokonują takich kalkulacji na chlodno, na pewno nie jeśli chodzi o ich dzieci – nie bez powodu szantażyści wykorzystują właśnie dzieci jako słaby punkt. Ojciec… miał albo pozwolić synowi umrzeć, albo próbować go wyleczyć. O tym, jakich metod chwytają się ci, którzy mają chore dzieci, kiedy cierpią na ciężkie choroby, można poczytać. Znachorzy, dziwne terapie, sekty… 

Do tego dochodzi potęga zastraszenia. Gdyby ludzie kierowali się matematyką, a nie emocjami, to zamknięci w obozach zagłady pokonaliby ich nieliczny i słabo wyposażony personel. 

Poza tym nigdzie nie stwierdziłem, czy to ojciec im zaproponował współpracę, czy oni ją na nin wymogli. 

… a ostatecznie, to jestem zdania, że autorzy nie tworzą, tylko współtworzą swoje dzieła, więc traktuj to jako interpretację, a nie arbitralny pogląd. :) 

 

krar85 dzięki za opinię! Co do fantastyki na siłę, to Seener doskonale wyłożył, co daje obecność elfów. A jeśli mowa o fantastykę na siłę, to właśnie więcej jej elementów byłoby… na siłę. :) 

 

Finkla, ciekawa interpretacja! Nie oczekiwałem takiej, ale to dobrze, bo widać, że telst pozostawia pole dla wyobraźni. 

Smutnoładne, jak to napisał Wilk, to chyba najlepsze określenie.

Dobrze się czyta. Fabularnie spokojnie i melancholijnie, jest trochę niejasności ale chyba robisz to celowo, bo dzięki temu czytelnik skupia się na emocjach i udziela mu się zagubienie narratora. Tak jak dziecko, niekoniecznie musimy wiedzieć co się dzieje, mamy czuć jego niepokój. I to wyszło.

 

Widzę w komentarzach, że odbiór ojca różny, jak i jego motywacji – ja zrozumiałam, że on w jakiś sposób “wydaje” swoich, “sprzedaje” elfów ludziom w zamian za prowiant, leki itd. Dlatego przez sen prosi Matkę o wybaczenie, dlatego później, jako zdrajca, nie ma wstępu do elfickich zaświatów. Naprowadziły mnie na to głównie fragmenty jak ten: 

Za to tata coraz rzadziej znajdował ślady innych z naszego rodzaju, aż w końcu nie dostrzegał ich wcale. Podczas kolejnej pełni nie dostaliśmy zapasów, a tata wrócił bardziej posiniaczony niż zwykle. 

Pewnie nie dowiem się czy to słuszna interpretacja czy nie, bo wygląda na to, że chciałeś zostawić tutaj pole do domysłów. I to jest ok :) Tak czy siak na pewno postać ojca jest tragiczna, bo dokonuje wyborów, których normalnie by nie podjął, ale jest przyparty do ściany, widać, że się swojego zachowania wstydzi i sobie z nim nie radzi (choćby upijanie się jest na to dowodem). Z jednej strony mnie tam go żal :( Z drugiej, jeśli założymy, że skazał świadomie na śmierć masę pobratymców, to jest konflikt wewnętrzny. 

Hm. Chyba o to chodziło, żeby pomyśleć.

 

No i bardzo skojarzenie z tym tekstem (skojarzenie, że podobny motyw, a nie że źle ;))

 

Geki, nie wiem, czy dobrze – gdzieś na początku labiryntu źle skręciłam. Potem pokręciłam się po nim, wyszłam jakimś innym wyjściem z przekonaniem, że przeszłam labirynt. A tu wcale nie, bo nie widziałam głównej komnaty ze skarbem. :-/

Babska logika rządzi!

Smutne to Twoje opko. Jak powiadają nadzieja umiera ostatnia, ale czasem wcześniej zabiera ludzi do piekła. I to się chyba tutaj wydarzyło, żal mi i syna, i ojca, i elfów, których zdradził. I nie podoba mi się bogini, która z taką łatwością skazuje swoich wyznawców. Widzę tu sytuację bez dobrego wjścia, tak zagmatwaną, że nie odważyłabym się powiedzieć, jak ja zachowałabym się na miejscu ojca.

Fajnie, że wybrałeś narrację z punktu widzenia dziecka, bo dzięki mogłeś całą sytuację pokazać bardzo subtelnie, pozostawiając czytelnikowi ocenę postępowania ojca i jego motywów. Nie ma moralitetu, każdy w głębi duszy musi dokonać własnej oceny. I to jest chyba siła tego opka. Dobry tekst :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Koimeoda, super, że zwróciłaś uwagę na to, jak opowiadanie z perspektywy dziecka przekłada się na ilość informacji, które otrzymujemy o tym, co się dzieje. Dokładnie o taki efekt chodziło. :) 

 

Finkla, to już do labiryntu i jeszcze raz szukać! Może nawet znajdziesz trochę tej fabuły w fabule. :P

 

Irka, fakt, smutne to moje opko, nawet pojawiły się głosy, że mroczne – następnym razem postaram się napisać coś wesołego. :P

Cieszę się, że trafiła do ciebie perspektywa dziecka, właśnie na tej subtelności mi zależało. Tak samo nie chciałem oceniać w tekście tego, co się stało, by z jednej strony każdy mógł sam to ocenić, a z drugiej by pokazać, że za złem może kryć się coś innego niż duchowe okropieństwo i lubowanie się w cierpieniu innych, tylko bezsilność, nadzieja i miłość. Gdyby ludzie czynili zło, tylko dlatego, że są źli, świat byłby o wiele prostszy i zerojedynkowy. 

i oczekiwania bardziej rozbudowanych opisów męki może mieć uzasadnienie. :) 

Uchrońcie mnie bogowie od niezrozumiałości, proszę. ;-) Zero męki, Geki, chodziło mi o rozpisanie pozytywnych doświadczeń, one tu miały zadziałać. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Yo!

 

jedna deklaracja z drugą się nie kłóci, bo dałem tylko trop, a nie napisałem wprost. :P

Przeczenie przez podwójne potwierdzenie: dobra, dobra. :P

 

ludzie w sytuacjach kryzysowych przyjmują skrajne postawy, a skrajne, to nie oznacza racjonalne. O ile rozumiem, że możesz motywacji ojca nie popierać, a samego ojca nie lubić, to ich prawdopodobieństwa będę bronił jak konstytucji.

Ale sytuacja kryzysowa nie sprzyja chłodnej kalkulacji jedynie na początku kryzysu. A tutaj, ów kryzys trwa przez dłuższy czas. Dobra, nie będę się upierał, ludzie (i elfy pewnie też) mają różne konstrukcje psychiczne, więc OK, ten konkretny miał taką, która jest zupełnie dla mnie niezrozumiała. Co w zasadzie nie jest dla mnie nowością. Po prostu, chciałem Ci powiedzieć, że po zrozumieniu tego, co robił, nawet jeśli to tylko jedna z możliwych interpretacji, całą moją sympatię przeniosłem na dzieciaka. Bo ta interpretacja jest najbardziej, dla mnie, możliwa ze względu na przesłanki zawarte w tekście :)

Może nie w ekstremalnym stopniu, ale trochę wiem o tym, ile można poświęcić dla chorego dziecka.

 

a ostatecznie, to jestem zdania, że autorzy nie tworzą, tylko współtworzą swoje dzieła, więc traktuj to jako interpretację, a nie arbitralny pogląd. :) 

Racja, dobre spostrzeżenie. Ale dla mnie ta interpretacja jest już jedyną właściwą :P

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Spójrz na to inaczej: tak się wczułeś w postać narratora, że zobaczyłeś ojca jego oczami. :) 

Ale teraz już nie widzę i to mniej mi odpowiada :) Zrozumienie bywa bolesne ;)

Known some call is air am

Koimeoda, super, że zwróciłaś uwagę na to, jak opowiadanie z perspektywy dziecka przekłada się na ilość informacji, które otrzymujemy o tym, co się dzieje. Dokładnie o taki efekt chodziło. :) 

→ ciesze się :) Myślę, że w tym umiejscowieniu narracji kryje się też problem z usprawiedliwianiem ojca. Patrzymy oczami syna, który widzi tylko poświęcenie, troskę i miłość. Sama głównie czytałam tekst myśląc o tym dziecku, patrzyłam jego oczami, a ojciec całkiem-całkiem ukrył te swoje straszne czyny nawet przed nim (czyli i mną, skoro wchodzę w skórę narratora ;)). Jak zaczniemy się wczytywać, domyślać, to zaczyna się obraz klarować, albo raczej powinnam powiedzieć – coraz bardziej mącić. Tak, ten brak zero-jedynkowości i beznadzieja pewnych wyborów tutaj bardzo do mnie trafia.

Szczególnie reakcja ojca – po raz pierwszy pękł przy synu! – na zniszczenie domu Astrid i Dagoberta, jest taka wymowna. Moment, gdy dociera do niego, że ludzie, którzy byli lepsi od niego (mieli odwagę ukrywać elfy, zamiast wydawać), zginęli szybciej niż on, ja odczytuję jako jego upadek, jako chwilę, gdy jego decyzja go przerosła, przygniotła, dobitnie poczuł ciężar swojego wyboru. Jego postawa dała mu przetrwanie, a ich postawa – szlachetniejsza – przyniosła im zgubę. Myślę, że to jest świadomość przerastająca wszystko, widzi namacalnie, że zło się bardziej opłaciło niż dobro i to chyba go przeorało, równocześnie wie, że nie da rady zawrócić już z tej ścieżki i trzyma się jej kurczowo, wszystko dla tego dziecka (wszystko usprawiedliwiając dzieckiem?). Owszem, pewnie już dawno gra nie jest warta świeczki (uh, paskudnie to brzmi!) ale on chyba nie umie już inaczej. Ja tak to widzę. 

A jednoznacznie negatywna w tym wszystkim to jest elfia pani i jej kraina nieśmiertelnych tylko dla czyściutkich duszyczek ;) 

 

nawet pojawiły się głosy, że mroczne – następnym razem postaram się napisać coś wesołego. :P

→ jak dla mnie wcale nie ma jakiegoś nadmiaru mroku, ilość bólu i smutku idealnie wyważona, żeby przekazać co chciałeś. 

Koi, co mogę powiedzieć, odczytujesz moje zamiary jak z otwartej księgi. :) 

 

A jednoznacznie negatywna w tym wszystkim to jest elfia pani i jej kraina nieśmiertelnych tylko dla czyściutkich duszyczek ;)

Nie mów tego głośno, bo jeszcze cię Bóg usłyszy. :P

Lekka lektura pomimo wagi przekazu. Przez takiego, a nie innego lektora. Mocne skojarzenia z Indianami. Też zastanawiało mnie dlaczego akurat pełnie. Fabularnie prosta historia, ładnie wszystko słada nam się w całość i wychodzi co robił ojciec narratora i dlaczego.

Na klika do biblioteki tak, na piórko byłbym na nie.

Wychodzi na to, że podpinam się pod opinie rybaka i Finklii.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ładne opowiadanie, sporo tu emocji, płynęło się przez nie, ale jakoś szczególnie mnie nie porwało. 

 

Mytrix, dzięki za opinię, w sumie mógłbym powtórzyć to, co pod opinią Wilka i Finkli, ale czytasz komentarze, to nie będę się powtarzał. :) Dzięki za przeczytanie! Będzie miło, jak kiedyś jeszcze zajrzysz do mojego tekstu, bo fabuły raz są mniej, raz bardziej zawiłe. :)

 

Sara, raczej nie ma tu mrożenia krwi w żyłach, czy skoków adrenaliny, jak napisał Wilk, opowiadanie płynie powoli, swoim tempem. Dzięki za komentarz. :)

Smutnoładne to faktycznie dobre określenie.

Spoko tekst, dobrze mi się czytało, mocno wybrzmiewa melancholijna nuta. Aczkolwiek nie dołączę do zachwytów AŻ TAKICH jak powyższe ;)

Fabuła jest jakby niepełna. Mamy sytuację: syn z ojcem błądzą po lasach, ojciec popełnia grzeszki, następnie: syn trafia do “nieba”, ojciec nie. I tyle. (Wybacz uproszczenie, to na potrzeby komentarza ;)). Zabrakło mi tutaj większej ilości elementów, jakichś, nie wiem, zawirowań?, a także zmian, tak w sferze wydarzeń, jak i w sferze emocji, emocjonalność jest cały czas na tym samym poziomie.

Perspektywa dziecka: dobry wybór, fajnie przedstawiłeś to, jak syn nie wie do końca co robi tata, ale bezgranicznie mu ufa itd. ALE: wg mnie (ale ja się nie znam na dzieciach, więc mogę się mylić :D) narracja z perspektywy syna jest nieco niespójna, tj. czasem syn mówi faktycznie jak kilkuletnie dziecko, a czasem bardzo jak dorosły.

Aha, i zabrakło wyjaśnienia, dlaczego czasem ojca bili, a zazwyczaj nie.

Brzytwy Lema się nie czepiam, bo nie lubię się jej czepiać. ;) Jeśli tekst jest dobry, to przymykam oko na zawartość fantastyki.

Mam nadzieję, że coś pomogłem.

Pozdrawiam

Lobo

 

PS. Twój tekst przypomina mi jakieś opowiadanie… Ale nie przypomnę sobie jakie. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muymalo, dzięki za wizytę! 

Co do zachwytów, to jedni się zachwycają, inni nie, więc nie jesteś osamotniony. :) 

Fabuła… nie ma twistu (poza tym, z zaświatami) i poziom emocji z uzasadnionych przyczyn jest stały, a przeciwieństwa losu, które napotykają, są opisane z perspektywy czasu i ich wspomnienie służy czemu innemu, niż wywołaniu niepewności o los bohatera… ale w sumie jesteś drugą osobą, która to wspomina i na pewno ma to uzasadnienie. 

Co do narratora, w pewnych momentach, może… ale z drugiej strony taka zbyt infantylna narracja mogłaby wyjść na szkodę, a tego nie chciałem. Poza tym dzieci, które doświadczą traumy, często mają w sobie "dorosłość". 

Co do wyjaśnienia, czemu ojca bili, a czemu nie – akurat to jest między wierszami. Nie wprost, bo narrator tego nie wie / nie chce wiedzieć. Parę osób to odgadło. ;) W sumie, jeśli oddzielisz się od narratora, szybko to zobaczysz między słowami. :P

Aha, i zabrakło wyjaśnienia, dlaczego czasem ojca bili, a zazwyczaj nie.

IMO to akurat bardzo jasno wynika z tekstu. Połącz z tym, co poprzedzało sytuację, gdy go nie bili, a czego nie było, gdy bili.

Obawiam się, Gekikaro, że chyba nie zrozumiałam opowiadania. :(

Pojęłam tylko, że ktoś tępił elfy w wielkim lesie, ale nie wiem kto i dlaczego. Podejrzewam też, że tata chłopca był konfidentem i zdradzał obcym miejsca pobytu swoich ziomków, w zamian za co dostawał jedzenie i wódkę, jednak takim postępowaniem zamknął sobie drogę do elfiego raju. Natomiast trafił tam chłopiec, którego w końcu zmogła zgnilica.

Brakło mi fantastyki – obecność elfów nie załatwia sprawy.

 

mu wię­cej nie po­trze­ba… ―> …jemu wię­cej nie po­trze­ba

Choć rozumiem, że to relacja dziecka.

 

przy­po­mi­na­ły cho­chli­ki ukry­te po­śród ga­łę­zi.

Mała chat­ka ukry­ta w roz­pa­dli­nie. ―> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, bardzo miło cię widzieć! 

Nie wątpię, że wszystko zrozumiałaś. :) Tekst przedstawia ojca oczami dziecka. Cokolwiek ojciec nie robi, dla syna jest troskliwym, rodzicem. Obserwujemy z perspektywy syna wybór, przed jakim stanął ojciec i jego tragedię. Ja z kolei rozumiem, że tekst, który jest zbudowany głównie na emocjach, może nie być w twoim guście, podobnie, jak nie był w guście na ten przykład Finkli. :) 

Za to z fantastyki, poza elfami, są przecież zaświaty i nawet bogini się przechadza. 

 

Tekst jest krótki, ale widzę, że łapanka też krótka, co chyba najbardziej mnie cieszy z twojego komentarza, bo chociaż twoje rady są nieocenione, to aż miło patrzeć, kiedy się okazuje, że udało się napisać coś, co nie jest naszpikowane błędami. :) 

 

Pozdrawiam! 

Owszem, Gekikaro, dostrzegam, że to opowieść dziecka, w której główną rolę odgrywa ojciec, jednakowoż to, co dzieje się w tle relacji chłopca pozostawia sporo miejsca na domysły, sianie wątpliwości, a nawet przemilczenia. I dlatego nie byłam pewna własnych odczuć. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Odczucia jak najbardziej trafne. :) 

Hura! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

„Grałem z ich dziećmi w kamyki[-,] albo piekliśmy razem kasztany w ognisku…”

 

„…próbowaliśmy go złapać[-,] albo przerzucaliśmy przez niego żołędzie i szyszki.”

Zapoznaj się z zasadami stosowania przecinków przed „albo”.

 

„gorączka zabrała mi siły i nie mogłem sam iść.” – Proponowana zamiana szyku: „nie mogłem iść sam” podkreśla przekaz.

 

„Nie zatrzymywał się w dzień[-,] ani w nocy…”

 

„Tylko[-,] że chaty już nie było…”

 

„Nie ma niczego, co budziłoby strach[-,] albo sprawiało ból.”

 

„Nadciągała zima, ale las nigdy nie przestawał być zielony. Dęby i buki zrzucały liście, ale były też świerki, jodły i modrzewie.”

 

„Mówił, że to ważne, że przyda mi się, kiedy będę dorosły, ale ja wiedziałem, że do tego nie dojdzie. Chorowałem coraz bardziej i tata nie mógł już udawać, że jest lepiej.”

 

„…bo tutaj nie ma chorób[-,] ani nikt się nie starzeje.”

 

 

Przybyłam tu zwabiona polecajką w wątku z nominacjami. Ogólnie podoba mi się pomysł na kontynuowanie tekstu “w lepszym miejscu”, wyjaśnienie czym są tajemnicze istoty w sumie mnie zaskoczyło, ale całość nie rzuciła mnie na kolana. Mam wrażenie, że poza grą na uczuciach (łzawa relacja chory syn-pełen poświęceń ojciec) niewiele tu jest, zaledwie zarys jakiegoś pomysłu, jakiegoś bardziej skomplikowanego świata. Bo to jedyne, co dostajemy – szkic konfliktu międzyrasowego. Tekst jest krótki, więc jego lektura szybko płynie, ale pozostawia znaczący niedosyt. Rozwiń kiedyś ten potencjał ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zapoznaj się z zasadami stosowania przecinków przed „albo”.

Przecinek orzed albo może się pojawić, jeśli oddziela dopowiedzenie/wtrącenie. :) 

Reg, rozsądzisz? 

 

Proponowana zamiana szyku: „nie mogłem iść sam” podkreśla przekaz

Tak, ale zastosowany szyk brzmiał mi bardziej… dziecinnie. 

 

Co do powtórzeń, to zastanawiałem się, czy przekonstruować te zdania, albo użyć zamienników, ale uznałem, że ti będzie zbyt przekombinowane zważywszy na postać narratora. Z powtórzeniami zdania brzmią, oczywiście dla mnie, bardziej wiarygodnie. 

 

Bo to jedyne, co dostajemy – szkic konfliktu międzyrasowego

Konflikt nie jest clou tegi tekstu, tylko właśnie postawa ojca, a raczej to, jak go widzi syn. I nawet nie najważniejsza jest ta "łzawość", ale właśnie moralna ocena ojca, który jest potępiony przez ogół, ale ukochany przez syna. Widzimy jego rozdarcie wewnętrzne, poznajemy powody, czemu znalazł się w takiej sytuacji. 

 

całość nie rzuciła mnie na kolana

Tak bywa, rzucanie się na kolana jest nieobowiązkowe. :) 

Gekikara, akurat w żadnym z wynotowanych przeze mnie przypadków nie ma wtrącenia, te przecinki przed “albo” nie są uzasadnione ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cześć. Jeżeli tacy są, to dołączam do nieusatysfakcjonowanych czytelników. Za mało. Stanowczo domagam się rozwinięcia, choć z drugiej strony chyba rozumiem intencję. Niechcący mógłbyś dopowiedzieć coś, czym chciałeś przetestować wrażliwość i inteligencję czytelnika (mnie pomogła dyskusja w komentarzach:-) ). Uwagę mam tylko jedną. Zastanów się, czy nienadużywasz zaimków. (Tak, mam zaimkofobię ;p).

Intrygująca historia apokalipsy w wydaniu fantasy. Ostatnie elfy rozgromione przez człowieka, widziane do tego z perspektywy dziecka. Czuć klimat śmierci oraz odchodzenia – to bardzo na plus.

Kupiłem bohatera-narratora jako dzieciaka. Brzmiał dla mnie dziecinnie, odzywał się dziecinnie, a jego nieumiejętność nazwania przybyszy tylko dodawała tajemnicy i klimatu.

Trochę nie podpasowała mi końcówka – w sensie to nagłe “lepsze miejsce” zniwelowało dla mnie część klimatu z poprzednich fragmentów, a i tkliwość końca zabrzmiała zbyt… optymistycznie, że tak to ujmę. Zabrakło mi więc bardziej pasującej puenty (choć treściowo na pewno pasuje).

Wykonanie dobre, niewiele chrzęściło w trakcie czytania tego koncertu fajerwerków. Generalnie jestem zadowolony :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Emocje przekazane w tym tekście urzekły mnie od pierwszych linijek. Co do brzytwy Lema, to może i jest to krawędź, ale tańczysz na jej granicy z niemałą gracją. Z drugiej strony lubię motywy spotkania tubylców z najeźdźcami czy to elfy czy inni aborygeni, więc ten wątek przypasowałby bez względu na procenta fantastyki w fantastyce.

Co lekko zgrzytnęło? Rola ojca w całej tej apokalipsie, bo są tu pewne wskazówki, ale prowadzą do tego samego labiryntu, z którego nie wyszła nadal Finkla. Niemniej, niedopowiedzenia w krótkich tekstach bywają wartością dodaną i tu imho też tak jest.

Nie no, wyszłam. W komentarzach były mapki z trasą zaznaczoną na czerwono. Ale nie o to chodzi…

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Ciekawe opowiadanie. Podobał mi się zwłaszcza klimat, trochę mroczny i tajemniczy. Relacja syna z ojcem też niczego sobie. Tekst jest krótki, ale jest w nim dużo emocji i dużo się dzieje. Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o tym, co złego zrobił ojciec, ale w sumie myślę, że takie niedopowiedzenie jest lepsze, bo każdy może sobie wyobrażać coś innego. Coś mi się wydaje, że może mieć on coś wspólnego z pożarem wioski albo z tym, że zostali już ostatnimi elfami w lesie. 

Jedyne, co niezbyt mi się podobało, to zakończenie. Świat po śmierci jakoś nie pasuje mi do klimatu tekstu. Poza tym tekst mógłby być dłuższy, chętnie poznałabym więcej szczegółów na temat świata, w którym dzieje się akcja. 

Ale to tylko moje odczucia i widzę, że wielu ludziom podoba się tak, jak jest, zresztą to, jak jest, jest ważne dla opowiadania.

Pozdrawiam:)

Dzięki Wam wszystkim za komentarze, na prawdę nie spodziewałem się, że ten tekst trafi do aż tylu osób i jestem mile zaskoczony – a za to powinienem podziękować Olciatce i BasementKey, bo na pewno by się tak nie stało bez waszych zgłoszeń w temacie piórkowym, więc dzięki Wam jeszcze raz!

A teraz po kolei. :) 

 

joseheim, co do użycia albo:

Wreszcie była pewna liczba jeńców, która za wszelką cenę próbowała pozostać, nie chciała wracać do ZSRR. Może mieli złe przeczucia, może byli bardziej inteligentni i odgadli, co ich czeka, a może niektórzy mieli rzeczywiście nieczyste sumienie, albo zrobili coś złego, żeby przeżyć, albo tylko mieli dość 'Raju" – https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/Wreszcie-byla;103,2;52692.html

Zwróć uwagę na pierwsze albo. Wydaje mi się, ale oczywiście wydaje, że użyłem go podobnie. 

 

ManeTekelFares… w sumie sam odpowiedziałeś sobie, dlaczego napisałem tyle, a nie więcej. :P

Czasem mniej znaczy więcej – zawsze kieruję się tą maksymą, może choć nie zawsze słusznie. 

Sprawa z zaimkami, chociaż nie pamiętam, bym ich nadużywał, ale przecież pamięć jest zawodna, może być to pochodna stylizacji wypowiedzi. 

 

NoWhereMan, rozumiem, że to zniwelowanie klimatu polega na tym, że na koniec dostajemy, może połowiczny, ale happy end. Tak, historia mogłaby skończyć się wcześniej/inaczek, ale straciłbym wtedy najważniejszy dla mnue element, czyli zderzenie dziecięcej wizji ojca z jego wizerunkiem w oczach wszystkich pozostałych.

 

oidrin, Finkla, myślę, że ten labirynt nie jest aż tak zawiły. :) 

Gorzej, jakby wszystko było podane na tacy, to to dopiero mi się nie podoba. 

 

Anet jak zwykle na posterunku. :) 

 

Gekikaro, mam nadzieję, że jeszcze więcej osób doceni Twoje opowiadanie, bo jest naprawdę dobre. Liczę na to, że będziesz miał szansę powalczyć o piórko;-) powodzenia! 

Wzruszyłam się. Bardzo piękna, smutna historia. 

Najpierw wątek zabawny. Zastanawiałam się, kim są bohaterowie i miałam różne typy: zombie /wampiry (pobicia, leki na zgniliznę, woda – nie do picia, więc święcona?), może chorzy na trąd (chłopiec w gorszym stanie), uciekinierzy wojenni, bestie czy wilkołaki (lub przynajmniej ojciec, który jest mniej pobity, kiedy wcześniej kogoś spotkał – może kogoś zjadł i dzięki temu przy spotkaniach zachowywał ludzką postać?), o elfach, ludziach lasu również myślałam, szczególnie od połowy tekstu ;). Ale miałam dochodzenie, haha :).

Napisałeś, że tekst będzie bez plot twistu. Dla mnie jak najbardziej występuje tutaj zaskoczenie. Najpierw, tęga rozkmina, kim oni są, potem okazuje się, że po śmierci tata trafił gdzieś indziej. Nie spodziewałam się. Przykre i niesprawiedliwe, ale przy tym “życiowe”. Trochę taki prztyczek w nos, że nawet w raju nie może być idealnie.

Czytało się gładko, właściwie mogę powiedzieć, że płynęłam przez tekst :).

Mocno trafił w serduszko!

A i jeszcze podejrzewałam, że bohaterowie to rdzenni Amerykanie ;).

Wzruszyłam się. Bardzo piękna, smutna historia. 

Miło słyszeć. Właśnie o takie wrażenia chodziło. 

 

Zastanawiałam się, kim są bohaterowie i miałam różne typy: zombie /wampiry (pobicia, leki na zgniliznę, woda – nie do picia, więc święcona?), może chorzy na trąd (chłopiec w gorszym stanie), uciekinierzy wojenni, bestie czy wilkołaki (lub przynajmniej ojciec, który jest mniej pobity, kiedy wcześniej kogoś spotkał – może kogoś zjadł i dzięki temu przy spotkaniach zachowywał ludzką postać?), o elfach, ludziach lasu również myślałam, szczególnie od połowy tekstu ;). Ale miałam dochodzenie, haha :).

Zadziwia mnie, jak różne interpretacje mogą wpaść do głowy czytelnikom. Chyba największym zaskoczeniem dla wszystkich jest prostota tej historii. Sądzę, że w tym jej siła i urok. Nie ma tu udziwnień. 

 

Napisałeś, że tekst będzie bez plot twistu. Dla mnie jak najbardziej występuje tutaj zaskoczenie. Najpierw, tęga rozkmina, kim oni są, potem okazuje się, że po śmierci tata trafił gdzieś indziej. Nie spodziewałam się. Przykre i niesprawiedliwe, ale przy tym “życiowe”. Trochę taki prztyczek w nos, że nawet w raju nie może być idealnie

Tak, ale raczej to wypływa z tekstu, jak napisał Wilk, a nie jest nagłym obrotem o 180stopni.

 

 

Gekikara, mnie akurat Twoje opko zaskoczyło – na plus :). 

Opowiadanie jest proste, zgadzam się, że w tym jego urok i siła, niemniej jednak na początku nie dostajemy jasnej odpowiedzi, kim są bohaterowie. 

Przeczytałam pozostałe komentarze i widzę, jak wiele refleksji, wniosków (Indian, a nawet wilkołaków ;)) oraz kontrowersji wzbudził tekst. To też świadczy o jego wartości.

Czyli ojciec wydawał inne elfy, by uratować dziecko, jak długo się da… Tragiczne starania rodzica, które nie mogły odnieść skutku (jakim by było ocalenie chłopca) i potem gorzkie konsekwencje: rozdzielenie z ukochanym synem. Ciekawe, czy ojciec wierzył w elfie zaświaty i mimo to chciał uniknąć śmierci dziecka. Wydają się przyjemne i bezpieczne, lecz jakby nudne, wyprute z emocji? A dla malca przede wszystkim są miejscem bez ukochanego rodzica, który go nie opuścił aż do końca ziemskiej egzystencji.

Przyznam, że moje zrozumienie i sympatia wobec dorosłego elfa nieco zmalały, ale z drugiej strony myślę: “nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” i “tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Na pewno ta historia zapadnie mi w pamięć.

Trzymam kciuki za piórko dla Ciebie!

Opowiadanie jest proste, zgadzam się, że w tym jego urok i siła, niemniej jednak na początku nie dostajemy jasnej odpowiedzi, kim są bohaterowie. 

Ano. Jak wspomniał ktoś na początku: elfy też mogą mieć swoje postapo. :) 

 

Przeczytałam pozostałe komentarze i widzę, jak wiele refleksji, wniosków (Indian, a nawet wilkołaków ;)) oraz kontrowersji wzbudził tekst. To też świadczy o jego wartości

Powszechnych ochów i achów nie wzbudził, ale jak to mówią: wszystkim nie da się dochodzić, za to łatwo wszystkich wkur…. :P

 

Ciekawe, czy ojciec wierzył w elfie zaświaty i mimo to chciał uniknąć śmierci dziecka

Dobre pytanie i jesteś pierwszą osobą, która je postawiła. 

Swoją drogą ludzie, nawet głęboko wierzący l, kurczowo trzymają się życia i walczą o życie bliskich. Zawsze mnie to zdumniewa, bo to taka niby sprzeczność, ale bardzo ludzka. 

 

Wydają się przyjemne i bezpieczne, lecz jakby nudne, wyprute z emocji? A dla malca przede wszystkim są miejscem bez ukochanego rodzica, który go nie opuścił aż do końca ziemskiej egzystencji

Coś jak chrześcijańskie niebo, nie? ;) 

 

Trzymam kciuki za piórko dla Ciebie!

 

Loża jest wymagająca, szczególnie w tym roku, ale kiedyś w końcu się uda! Nie tym, to innym razem. :) 

Cytryno,

Trzymam kciuki za piórko dla Ciebie!

Jeśli chciałabyś, żeby opowiadanie Gekikary powalczyło o piórko, to musi mieć pięć głosów użytkowników, a z tego co pamiętam teraz ma cztery:-) nominować możesz tutaj:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/25328

 

pozdrawiam

edit. a widzę, że już tam zajrzałaś:-)

Olciatko, dzięki, właśnie dodałam nominację :).

Za wcześnie, Cytryno. Teraz Twój głos jest nieważny. Warto czytać regulamin na górze wątku. Zwłaszcza wyboldowane fragmenty. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ależ oczywiście, że skojarzenia z Indianami są nieuniknione. Ale przecież nie od dziś taka paralela elfy-Indianie każdemu czytelnikowi klasycznej fantasty się poniekąd nasuwa sama (życie w zgodzie z naturą, wrodzona szlachetność przeciwstawiana (białemu) człowiekowi, uduchowienie, dostojność, wypieranie przez intruzów itd.). Według mnie poza tymi oczywistym skojarzeniem z Indianami gdzieś w tle Twojego tekstu pobrzmiewa również Andrzej Sapkowski i jego opowiadanie „Na krańcu świata” oraz cała jego wizja prześladowanych, eksterminowanych i wydziedziczanych z własnej ziemi elfów. 

Zaznaczę już na wstępie, że nie podważam (jak niektórzy czytelnicy) fantastyczności opowiadania i zgadzam się z Autorem, że ów finałowy wątek pozaświatowy (wszak bohater opowiada nam swoje story “pośmiertnie”) oraz elfie pochodzenie bohaterów to w zasadzie wystarczające w tym przypadku elementy fantastyczne, chociaż ledwie zasugerowane (takie pretekstowe lajtowe fantasy). Reszta, jak słusznie zauważył Rrybak, niemal dosłownie przepisuje historyczne, filmowe i literackie przedstawienia eksterminacji Indian i przekłada je dosyć bezpośrednio na Twoje elfy, Gekikaro.

Tutaj może wtrącę małą uwagę. Jak wiadomo, u Tolkiena elfy jako istoty nieśmiertelne mogły odejść „dobrowolnie” ze świata śmiertelników do Nieśmiertelnych Krain, mało tego, w Valinorze (czy ogólnie Amanie) elfy mogły opuszczać Domy Umarłych (i chyba również swoje ciała za życia) i żyć pod postacią czystego ducha. Także do ogrodów Valinoru trafiały dusze elfów uśmierconych w innych krainach Ardy (i nie tylko elfów, chyba również entów i kilku innych ras). U Ciebie elfie dziecko trafia po śmierci do wielkiego lasu, w którym nie ma chorób, nie ma śmierci, panuje ogólne szczęście i sielanka. Zapewne jest to miejsce gdzieś pomiędzy elfim „rajem”, a właśnie tolkienowskimi krainami niewidzialnymi Amanem/Valinorem, gdzie bóstwa/duchy większe (np. Valarowie) spacerują pomiędzy elfami (jak u Ciebie Matka). Do czego zmierzam. Otóż Twoja koncepcja zaświatów nieco mi zgrzyta. Sugerujesz poniekąd jakiś inny, równoległy ludzki raj, ale sugerujesz też elfie piekło (do którego trafił w domyśle ojciec bohatera). I przyznam, że trochę mi zgrzyta ta bardzo chrześcijańska koncepcja z klasycznie pogańskimi/mitycznymi elfami (piszę to, uwzględniając głęboką wiarę Tolkiena).

Oczywiście nie z powodu tego małego zgrzytu będę na NIE w głosowaniu Loży. Będę na NIE, ponieważ uważam, że to dobrze napisane, ale proste w wymowie i wykonaniu opowiadanie, któremu sporo brakuje na kilku płaszczyznach do poziomu piórkowego.

Czego zatem brakuje? Przede wszystkim tekst nie ma (moim zdaniem) zbyt wielkiej siły, mocy literackiej, emocjonalnej, znaczeniowej, która rzeczywiście poruszyłaby mnie do głębi, czy w ogóle poruszyła. Może dlatego, że nie jest ani szczególnie oryginalny i porywający w swojej koncepcji, ani odkrywczy w swoim przesłaniu. Jest w sumie nawet dosyć wtórny (wybacz) i… letni.

Owszem, niby porusza i opisuje „dramatyczne” wydarzenia, ale robi to, rzekłbym, dosyć dyskretnie. Ta dyskrecja nie jest jednak subtelnością, „brakiem nachalności”, tylko poniekąd mnie jako czytelnika przeprowadza obok Twojej historii.

I nie chodzi mi rzecz jasna o wpadanie w skrajność i epatowanie tragizmem, dramatycznymi wydarzeniami, chwytającymi za serce scenami i wzruszającym tło wydarzeń (znajdziesz wiele dowodów na to, że nie jestem entuzjastą takich zagrywek), ale o zaoferowanie czytelnikowi czegoś więcej niż smutna opowieść dziecka-sieroty, które okazuje się umarłym elfem i opowiada o złych ludziach, nadając z zaświatów. Chodzi mi o jakiś naddatek, bonus, coś wybijającego się ponad prostą historię i proste emocje. Zamierzyłeś sobie taką akurat opowieść (jak piszesz we wstępie), i napisałeś tak a nie inaczej, co akurat u mnie skutkuje umiarkowanym zadowoleniem z lektury i średniej klasy wzruszeniami. Co nie znaczy, że nie znajdą się czytelnicy, których tekst poruszy do głębi i zachwyci (a skoro nominują to znaczy, że się tacy znaleźli).

Bo przede wszystkim brak mi w Twoim tekście jakiegoś kopa, który przełamałby tę dosyć mało oryginalną historię – a potencjał na takiego kopa miał według mnie wątek ojca zdradzającego swoich pobratymców dla ratowania najbliższych (nie to żeby był to wątek specjalnie oryginalny), ale jest on zaledwie wspomniany, naszkicowany, przez co nie wybrzmiewa z odpowiednią mocą w tekście.

Zagrałeś nam w sumie bardzo znaną melodię, Gekikaro. Punkt widzenia dziecka (łatwa, pierwoszosobowa narracja), wytransferowana w realia fantasy historia Indian, choroba chłopca, śmierć taty itd. Właściwie największym wkładem własnym Autora w fabułę jest to przykre z perspektywy wrażliwszego czytelnika rozdzielenie w elfich zaświatach ojca, który pokutuje za swoje nie całkiem jednoznaczne moralnie winy, od syna. Za to należy się na pewno plus. Ale nie jest to jednak twist/motyw/wątek z gatunku wyrywających z butów. A reszta to, moim zdaniem, już tylko motywy i zagrywki dosyć znane i nieco wyeksploatowane.

Od strony technicznej tekst jest napisany dobrze, poprawnie, ale również bez rewelacji stylistycznych, warsztatowych i językowych (widziałem jakiś Twój wcześniejszy tekst i był pod tym względem lepszy i ciekawszy, pamiętam, że wciągnąłem Ciebie na listę portalowych autorów, na których warto zwrócić uwagę). Zaraz mi pewnie ktoś wyskoczy z usprawiedliwieniem, że to wynika zapewne z powodu dziecięcego narratora. Ale przecież ten wybór narratora to była świadoma zagrywka Autora, który wiedział na co się decyduje i wiedział także, że taki język narracji nie będzie szczególnie zachwycał. No i nie zachwyca. Oczywiście, gdyby jeszcze to oddanie dziecięcego języka narratora było jakimś literackim i psychologicznym majstersztykiem, to może by i zachwycało. Ale przecież nie jest. Jest po prostu dobrze, poprawnie, zwyczajnie, ładnie, grzecznie.

Do czego zmierzam. To nie jest ani szczególnie oryginalne w przekazie/wymowie oraz fabule opowiadanie. I nie jest też wyjątkowe np. głębią psychologiczną postaci, opisem lub kreacją świata przedstawionego (zresztą mało oryginalnego i bardzo powierzchownie zaprezentowanego. Wiem, wiem, dziecięcy narrator), czy choćby zaskakującymi wydarzeniami lub powalającym twistem w finale. Nie porywa również fajerwerkami warsztatowymi czy językowymi. Dobrze się czyta, można nad nim chwilę podumać po lekturze, nie ma w nim zgrzytów i baboli.

Czyli jest to tekst w sam raz do biblioteki, ale nie na piórko.

Ps. Są również w opowiadaniu pewne wątki niezrozumiałe dla czytelników. Pierwszy z brzegu: być może podczas spotkań z ludźmi ojciec pił, bił się, był bity albo zwyczajnie napadał wraz ze swoimi ludzkimi sojusznikami na osady ziomków (moje podejrzenia). Nie mam pewności. Widziałem nawet trop wilkołaczy w komentarzach (o zgrozo).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Są również w opowiadaniu pewne wątki niezrozumiałe dla czytelników

IMO te wątki rozjaśniają się wraz z lekturą. Nie wszystko musi być ogłaszane krzykiem.

 

Co nie zmienia faktu, że kilku czytelników nie miało 100 % pewności co do intencji Autora.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki Marasie za twój, jak zawsze szczegółowy i rozbudowany, komentarz. 

Jest on pełen cennych uwag co do tego, jak widzisz tekst piórkowy, czym jest piórko i co by zbliżyło go do piórkowego ideału, co postaram się wykorzystać… choć, jak pisałem do Wilka, możliwe, że moje teksty są w założeniu zbyt proste, by spełnić takie warunki. Albo inaczej: przy bardziej skomplikowanych tekstach nie prezentuję takiej jakości, niż przy tych prostszych w założeniu (oczywiście mówię tutaj o własnym odbiirze moich tekstów). Ale po kolei:

Ależ oczywiście, że skojarzenia z Indianami są nieuniknione. Ale przecież nie od dziś taka paralela elfy-Indianie każdemu czytelnikowi klasycznej fantasty się poniekąd nasuwa sama (życie w zgodzie z naturą, wrodzona szlachetność przeciwstawiana (białemu) człowiekowi, uduchowienie, dostojność, wypieranie przez intruzów itd.).

Prawda? I to skojarzenie może działać w obie strony, to znaczy, myślałem, że działa w obie strony. To, że czytelnik pomyśli o Indianach było dla mnie niemal pewne, dlatego ukrywam prawie do końca prawdziwą tożsamość bohaterów. Dlaczego? A chociażby dla tej zmiany odbioru pewnych zdań w tekście o "dobrych ludziach", na którą zwrócił uwagę Wilk. 

 

Według mnie poza tymi oczywistym skojarzeniem z Indianami gdzieś w tle Twojego tekstu pobrzmiewa również Andrzej Sapkowski i jego opowiadanie „Na krańcu świata” oraz cała jego wizja prześladowanych, eksterminowanych i wydziedziczanych z własnej ziemi elfów. 

Jestem zaskoczony, że nikt wcześniej – łącznie z autorem – nie zauważył tego podobieństwa. Ta wyobraźnia to jednak dziwnie działa, coś przeczytasz, zaslyszysz, a potem ona zrodzi coś, co ci się wydaje twoje. :) 

 

Tutaj może wtrącę małą uwagę. Jak wiadomo, u Tolkiena elfy jako istoty nieśmiertelne mogły odejść „dobrowolnie” ze świata śmiertelników do Nieśmiertelnych Krain, mało tego, w Valinorze

Moje elfy, a elfy Tolkiena, to zupełnie dwie różne sprawy. 

Jeśli miałbym już do czegoś przyrównać ich pośmiertną krainę, to do… Krainy Wiecznych Łowów, czyki wracamy do Indian. :) Nie zaprzeczam (przeciwnie: potwierdzam!), że stanowili inspiracje dla tej historii, przede wszystkim dlatego, że chciałem, by była ona jak najbliższa prawdziwemu życiu, a fantastyka stanowiła tylko pretekst, by pokazać dysonans między tym, kim jest ojciec w oczach syna, a kim jest w oczach innych elfów. I wzmocnić motyw miłości synowskiej, która nawet przy zderzeniu z faktami, nawet w obliczu ich elfickiego boga i w elfickim raju, nie zmienia się. 

 

Jest w sumie nawet dosyć wtórny (wybacz) i… letni.

Wybaczam z jednym zastrzeżeniem, o którym poniżej. 

 

Owszem, niby porusza i opisuje „dramatyczne” wydarzenia, ale robi to, rzekłbym, dosyć dyskretnie. Ta dyskrecja nie jest jednak subtelnością, „brakiem nachalności”, tylko poniekąd mnie jako czytelnika przeprowadza obok Twojej historii.

To historia, jeśli tak określić eksterminację elfów, dzieje się obok. Na pierwszym planie jest syn i ojciec, a w zasadzie syn i obraz ojca w jego oczach. Tak jak ojciec robi co może, by ukryć przed synem obraz tragedii, tak ja ukrywam to przed czytelnikiem. Ale oczywiście rozumiem twój punkt widzenia i jak najbardziej można byłoby to pokazać. Choćby czyniąc z ojca drugiego narratora. Nie chciałem tego zrobić, z pełną premedytacją zaplanowałem "letniość" tego tekstu, ale też nie mogę mieć pretensji, jeżeli jest to dla ciebie jego niedoskonałość. 

 

Zagrałeś nam w sumie bardzo znaną melodię, Gekikaro. Punkt widzenia dziecka (łatwa, pierwoszosobowa narracja)

Może bym się zgodził, gdyby nie to, że przed tym tekstem (i w sumie równolegle z nim) pracowałem nad innym, w którym bohater również jest małym chłopcem. Ile to razy musiałem głowić się, jak opisać coś tak, by jednocześnie jakoś brzmiało i nie zgrzytało (a przynajmniej nie zgrzytało mocno) z osobą narratora, a więc było odpowiednio proste (czasem kosztem powtórzeń)… narrację "dorosłego" uważam za o wiele bardziej komfortową. 

 

największym wkładem własnym Autora w fabułę jest to przykre z perspektywy wrażliwszego czytelnika rozdzielenie w elfich zaświatach ojca, który pokutuje za swoje nie całkiem jednoznaczne moralnie winy, od syna.

To w zasadzie jest jedynie pretekst. Pretekst, by zderzyć obraz ojca w oczach syna z rzeczywistością i pokazać, że syn tę smutną prawdę odrzuca. Właśnie to – ojcowskie poświęcenie z góry skazane na klęskę i więź między ojcem a synem, jaką ono zbudowało – jest moim największym wkładem i trochę ubilewam, że nie zwróciłeś na to uwagi. 

Jasne, można znaleźć teksty, w których występuje podobny motyw, choćby genialna "Droga" McCarthyego. Aczkolwiek u niego ojciec nie buduje ściany między synem a rzeczywistością (i nie jest obarczany tak wątpliwymi moralnie czynami). 

 

widziałem jakiś Twój wcześniejszy tekst i był pod tym względem lepszy i ciekawszy, pamiętam, że wciągnąłem Ciebie na listę portalowych autorów, na których warto zwrócić uwagę

Też go za taki pod tym względem uważam, zresztą wypunktowałeś, czemu jest taki, jaki jest, a i odpowiedziałeś już na to literackim majstersztykiem, więc pozostaje mi się tylko uśmiechnąć z nadzieją, że jeszcze mnie z tej listy nie skreśliłeś. :) 

 

Ps. Są również w opowiadaniu pewne wątki niezrozumiałe dla czytelników. Pierwszy z brzegu: być może podczas spotkań z ludźmi ojciec pił, bił się, był bity albo zwyczajnie napadał wraz ze swoimi ludzkimi sojusznikami na osady ziomków (moje podejrzenia). Nie mam pewności. Widziałem nawet trop wilkołaczy w komentarzach (o zgrozo).

Podzielam tu zdanie Wilka, że ogólny zarys tego, co się wydarzyło, wypływa z tekstu i gdyby miał być mocniejszy, to już by było prowadzenie za rączkę. Oczywiście, mogłem wepchnąć w usta jakiegoś martwego elfa w zaświatach jedno czy drugie zdanie i tym, co robił ojciec, ale to by z kolei – w moim odczuciu – zrujnowalo cały efekt, jaki chciałem uzyskać, czyli maksymalne przybliżenie czytelnika postrzeganiu narratora. 

Syn, o ile słyszał o tym, co robił ojciec, o tyle tej myśli do siebie nie dopuszcza… nie dopuszcza jej nawet w rozważaniach, czyli nie dopuszcza jej opowiadając ten tekst. 

Czyli czytelnik do końca nie wie, co się stało, twój trop bardzo mi się podoba i jest zgodny ze wszystkimi wskazówkami, więc równie dobrze mógłby być prawdą lub którąś wersją prawdy. 

Trop z wilkołakami… no, tutaj, to już był odjazd. :P

 

I jeszcze na koniec przyszło mi do głowy porównanie muzyczne:

Wszyscy znamy "(I can get no) Satisfaction" Stonesów. Jest pełne energii, daje wspomnianego kopa… ale jest też cover tego utworu wykonywany przez Cat Power – jednostajny, powiedzieć można "letni". Obydwu wersji słucham w taką samą… satysfakcją. :) 

Nowa Fantastyka