- Opowiadanie: Sonata - Rapunkuł

Rapunkuł

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Rapunkuł

Ciemność kłębiła się wszędzie. Mala lewitowała w niej jak łódka na oceanie, którego kolor nie różnił się niczym od barwy nieba. W tej nicości nie było żadnej nadziei na światło. Fale mroku kołysały do snu i Mala wiedziała, że musi się z nimi zaprzyjaźnić. Bo teraz tak będzie już zawsze. Lecz to odpowiednia cena. 

 

*** 

 

Zark biegł co sił w nogach, zaciskając palce na rękojeści miecza. Tak blisko do zdobycia fortuny, która pozwoliłaby mu godnie żyć! Kluczem do tego była uciekająca przed nimi młoda dziewczyna w męskim stroju. Dorwanie jej to tylko kwestia czasu – pomyślał. Labirynt wąskich uliczek Łowcy Głów znali jak własną kieszeń; dziewczyna zaś, jako przyjezdna, nie mogła orientować się w ich mieście zbyt dobrze. 

– Skręciła w lewo! – krzyknął Zark i pobiegli w tamtą stronę. 

Na końcu długiej wąskiej uliczki zobaczyli dziewczynę. Drogi ucieczki były dwie… Po chwili zgraja Łowców Głów zaczęła śmiać się szyderczo i wydawać zwycięskie okrzyki, bo uciekinierka skręciła w prawo. 

– No, to zapędziliśmy ją w kozi róg! – wrzasnął Bernt. 

Skręcili i stanęli jak wryci. W zaułku otoczonym ceglanymi ścianami nie było dziewczyny. Za to przy ścianie, na wysokości ich piersi, unosił się świetlisty okrąg, w środku którego wirowała karuzela barw. Podeszli bliżej, lecz nie za blisko. 

– Wskoczyła tam. Już po niej – powiedział Bernt. 

– I po naszej nagrodzie – dodał Zark i wyjął z kieszeni pomiętą kartkę.

Pod narysowaną na niej podobizną dziewczyny widniał napis: „Niebezpieczny zbieg! Uwolniła dziesięciu nasmandzkich niewolników. Dwieście sztabek złota za dostarczenie jej żywej do zamku królewskiego w Azanie”. Zark podarł kartkę na strzępy. 

 

*** 

 

Mala upadła na kolana, dygocząc z wyczerpania. Bieg odebrał jej mnóstwo sił. Gdy wreszcie uspokoiła oddech, rozejrzała się. Przed oczami miała pogrążony w półmroku korytarz, nieznacznie oświetlony zieloną łuną, która unosiła się pośród czerni na dziwacznie niskim niebie. Ściany korytarza zbudowano z szarej cegły, pod stopami Mala miała czarną ziemistą drogę. Poza tym nie było tu nic. 

Co ja najlepszego zrobiłam? – zapytała samą siebie. Powiadają, że do Wielkiego Labiryntu jest mnóstwo wejść, lecz tylko jedno wyjście. Choć może i wskoczenie tutaj było jednak najlepszym, co mogła zrobić. Gdyby została, pojmaliby ją i prędzej czy później i tak zabili, szkodząc wcześniej jej królestwu. Tutaj też z pewnością zginie, ale przynajmniej nie będą szantażować króla Nasmandii śmiercią córki. Westchnęła i usiadła przy zimnej ścianie. Tylko jedno wyjście… Nie miała wątpliwości, że nigdy go nie znajdzie. Podobno Wielki Labirynt był ogromny jak świat. Wyjście mogło być wszędzie. 

Siedziała tak dłuższy czas, w końcu jednak wstała. Nie będzie siedzieć i czekać na śmierć, to nie przystoi księżniczce. Królestwo jej potrzebuje. Choć nadzieja nikła w mroku, Mala spróbuje znaleźć wyjście. Ruszyła w drogę pogrążonym w zielonkawym świetle korytarzem. 

 

*** 

 

Leżała na ziemi, nie mogąc się poruszyć. Od kilku godzin trochę spała, a trochę trwała w stanie półprzytomności. Czasem podczas chwil, gdy nie śniła, dopadało ją dziwaczne uczucie, jakby niemoc namnożyła się w jej ciele i napierała od środka, próbując się wydostać. Księżniczka nie mogła już dłużej tego znieść. Musiała iść dalej, nie mogła poddać się wyczerpaniu. Spróbowała wstać i po kilku dłuższych chwilach stanęła na drżących nogach, opierając się o ścianę.

Wędrowała bardzo wolno, ale ważne, że posuwała się do przodu. Krok za krokiem. Czyniła postęp. Nie po to trzy dni temu postanowiła znaleźć wyjście, żeby teraz się poddać. Mimo że nadzieja niemal całkiem zgasła, Mala walczyła. 

Minęła szkielet leżący pod ścianą i to utwierdziło ją w postanowieniu, by dalej przeć naprzód. Gdyby nie ruszyła, tylko wciąż leżała, sama by wkrótce zamieniła się w podobny. Przez te dni spędzone w labiryncie mijała już wiele ludzkich szkieletów, a jeszcze więcej zwierzęcych – nie tylko ludzie wpadali do dziur w przestrzeni. Czasami na szkieletach znajdowały się resztki gnijącego ciała i mnóstwo robaków. Księżniczka miała mdłości, czując bijący od nich fetor. Nie dodawała jej otuchy myśl, że skoro tak wiele osób w tej okolicy zginęło, to nikt nie znalazł wyjścia i musiało ono być gdzieś daleko. 

Mala pogrążyła się w otępiającym transie, błądząc po korytarzach. Patrzyła do przodu nieruchomymi oczami, myśląc tylko o stawianiu nogi za nogą. Dotarła do ślepego zaułka i z uporem zawróciła. Poszła tym razem w prawo i doszła do załamania korytarza, a tam zatrzymała się, zdumiona. Przez całą jego szerokość, wypadając z jednego przejścia i znikając w drugim, płynął gruby jasny warkocz. Mala, która dotychczas widziała tu tylko zimne ściany, czarną ziemię i zielonkawą poświatę, ostrożnie podeszła do dziwnego zjawiska. Warkocz lewitował pośrodku korytarza i skręcał równocześnie z nim. Odsuwając na bok absurd tej sytuacji, Mala pomyślała trzeźwo, że ta rzecz na pewno nie jest tu bez powodu i musi gdzieś się kończyć, gdzieś prowadzić. Być może to wskazówka do znalezienia wyjścia! A może to zwidy? Przecież warkocz w Wielkim Labiryncie jest czymś zupełnie bezsensownym… Mala jednak, z nową energią, ruszyła szlakiem wytyczonym przez włosy, bo prawie wygasły już płomyk nadziei teraz rozgorzał nowym blaskiem. 

Warkocz był zaskakująco długi i po pewnym czasie Mala przestała mieć pewność, że dokądś ją zaprowadzi, zaczęła zaś zyskiwać coraz silniejsze przekonanie, że się jej tylko zwiduje z głodu i zmęczenia. Co też stworzył jej umysł w takiej sytuacji! Warkocz! 

Nagle jednak coś się zmieniło. Mala poczuła intensywny zapach jedzenia, a w jej ściśniętym żołądku zaburczało. Nie zastanawiała się już, czy to zwidy, czy naprawdę ktoś w tym labiryncie coś gotuje, tylko spieszyła w stronę raju, jaki musiał być u źródła zapachu. Po chwili usłyszała głuche dźwięki, jakby drewno uderzało o drewno. Nie przestraszyła się ich jednak, za bardzo nęcił ją zapach jedzenia. W miarę, jak posuwała się naprzód, zaczęła wyczuwać również delikatną woń pokrzywy. Wreszcie skręciła i ujrzała korytarz, na końcu którego po lewej stronie jaśniało światło, nie zielonkawe jak wszędzie tutaj, tylko fioletowe. Warkocz niknął w przejściu wypełnionym rozjarzoną tym blaskiem mgłą. Delikatnie się poruszał. Uderzenia były teraz bardzo głośne, dochodziły właśnie stamtąd. Mala cicho podeszła i zajrzała. 

Zobaczyła dość dziwny jak na tutejsze warunki obraz. Miała przed sobą ślepy zaułek labiryntu, jednak nie pusty, jak każdy zaułek, który tutaj widziała, lecz wypełniony najróżniejszymi przedmiotami. W rogu stało łóżko przykryte futrzanym nakryciem, pośrodku stół i krzesła, było też lustro, półka z książkami i bulgoczący kociołek, na którym Mala dłużej zatrzymała wzrok. Jednak największym zaskoczeniem był postawny mężczyzna okładający drewnianym mieczem manekin ćwiczebny podobny do tych, jakich używało jej wojsko podczas treningu. Mężczyzna był bardzo przystojny, miał szeroką szczękę, jasną cerę i blond włosy. Te na głowie były ścięte na krótko, lecz broda… broda trzęsła się lekko, zapleciona w gruby jasny warkocz, ten sam, dzięki któremu Mala tu trafiła. Od mężczyzny oddzielał księżniczkę dziwaczna fioletowa mgła. 

Nie wiedziała, co zrobić, więc tylko obserwowała, jednak w końcu głód zwyciężył. Podeszła bliżej. Dostrzegła, że w ziemi, nad którą unosiła się mgiełka, zieje wielka dziura, chyba głęboka, bo Mala widziała w niej tylko czerń. Zastanawiała się przez chwilę, czy zawołać mężczyznę, czy lepiej mu nie przeszkadzać i odejść. Może być niebezpieczny… Ale jeśli odejdę, znowu zasłabnę… A może drugi koniec tego warkocza był u wyjścia? Po coś na pewno został tu umieszczony. Nie wiadomo jednak, jaką miał długość i czy Mala przeżyłaby wędrówkę do jego drugiego końca. Walczyła z tymi rozterkami i w końcu, zanim zdecydowała, co począć, mężczyzna przestał okładać manekin, odwrócił się i ją zauważył. 

– Alina? – zapytał. 

Mala stała jak drewniany manekin, nie wiedząc, co zrobić. „Alina” było z pewnością czyimś imieniem, dość egzotycznym. 

– Ee… Nie jestem Alina – powiedziała księżniczka mową wspólną, mając nadzieję, że jej rozmówca też ją zna. 

Mężczyzna drgnął, po czym pochylił się lekko do przodu, by przebić wzrokiem fioletowy dym. Gdy jego oczy spotkały się z oczami Mali, odskoczył. 

– Kim jesteś? – zapytał, na szczęście w mowie wspólnej, choć z dziwnym, suchym akcentem. 

– Jestem Mala – przedstawiła się. – A ty? 

Mężczyzna milczał przez chwilę.

– Jestem Rapunkuł – wyznał w końcu. – Co tu robisz? Myślałem, że wszyscy ludzie… 

– Proszę – przerwała mu Mala, nie mogąc dłużej wytrzymać – daj mi coś do jedzenia! Błąkam się po tym labiryncie od trzech dni i od trzech dni nic nie jadłam! 

– A tak, oczywiście. Poczekaj. – Rapunkuł przywiązał warkocz do uchwytu zamocowanego w ścianie. Włosy napięły się jak struna. – Musisz go złapać i w ten sposób przejdziesz nad przepaścią. – Wskazał na dziurę w ziemi. – Dasz radę? 

– Spróbuję – mruknęła Mala. Przepaść była tak długa, że mogłoby się położyć w niej trzech dorosłych, wysokich ludzi. Mala złapała mocno warkocz i ostrożnie zsunęła stopy w przepaść. Była osłabiona, ale głód, chęć przeżycia i zapach jedzenia popychały ją do przodu. Zacisnęła zęby i przedostała się na drugą stronę.

Mężczyzna o dziwacznym imieniu „Rapunkuł” odczepił warkocz i zdjął kociołek z ognia. Mala rozejrzała się dokładniej po zaułku. Łóżko było dwuosobowe, pod lustrem stała fiolka z wywarem z pokrzywy, zaś na jednej ze ścian wisiał portret pięknej ciemnowłosej kobiety. 

– Usiądź, proszę – powiedział mężczyzna. 

Mala usiadła przy stole na jednym z dwóch krzeseł. Po chwili Rapunkuł postawił przed nią miskę wybornie pachnącej mieszanki mięsa, warzyw i ziół. Mala, nie zważając na to, że potrawka była gorąca, zaczęła jeść szybko jak na wyścigi, jedzenie zaś smakowało jej tak, jak nigdy. Gdy skończyła, spojrzała tęsknie na kociołek. Rapunkuł bez słowa napełnił jej miskę ponownie. Potem spokojnie czekał, aż zje. 

– Wody – powiedziała Mala po zjedzeniu dokładki.

Zaraz dostała szklankę z wodą, którą wypiła w całości na jednym wdechu. Nalała sobie z dzbanka drugą. Gdy opróżniła ją do połowy, odezwała się: 

– Jestem księżniczką Nasmandii. Dziękuję ci, drogi młodzieńcze, za jedzenie, którym uratowałeś mi życie. Moje królestwo nigdy ci tego nie zapomni, zostaniesz z pewnością należycie wynagrodzony. 

Na twarzy Rapunkuła widać było wyraz wielkiego zaskoczenia. 

– Ale… – zaczął, jednak Mala mówiła dalej: 

– Możesz wybrać, co chcesz: klejnoty, złoto, kawałek ziemi… 

– Poczekaj! – wykrzyknął Rapunkuł. 

Mala spojrzała na niego ze zdumieniem. Wpatrywał się w nią z pewnym chaosem w oczach, a jego usta były rozchylone, jakby właśnie usłyszał coś dziwacznego. 

– Jak to możliwe… – wyszeptał, a jego oczy zrobiły się okrągłe. – Jak to możliwe, że oferujesz mi skarby? 

– No, jak to? – zdziwiła się Mala. – Jestem przecież księżniczką. 

– Lecz przecież cały świat opanowały niebezpieczne potwory! Nie ostał się nikt, a już na pewno żadne królestwo!

– O czym ty mówisz? – zdziwiła się Mala. – Nic mi nie wiadomo o żadnych potworach. Niedawno ludzie króla Azorii, wrogiego mojemu królestwu kraju, porwali mnie i uwięzili, udało mi się uciec, lecz ścigali mnie i musiałam wskoczyć do labiryntu. Teraz zamierzam wrócić do mego kraju i zemścić się na prześladowcach! 

Rapunkuł wpatrywał się w ścianę, jakby trawiąc to, co przed chwilą usłyszał.

– Czyli nie ma żadnych potworów? – zapytał. 

– Raczej nie. O co chodzi? 

Na ustach Rapunkuła pojawił się brzydki grymas. 

– Alina – wyszeptał, a jego oczy zapłonęły złością. 

– Nie rozumiem – wyznała Mala. 

– To nieważne. Już ja sobie z nią porozmawiam – powiedział Rapunkuł. 

Mala, najedzona i napita, odzyskała jasność myślenia. Nie chciała zostawiać swojego wybawcy z jego rozterkami. 

– Powiedz mi, o co chodzi, może pomogę. 

Rapunkuł westchnął. 

– Jestem jej ideałem. Prawdziwym ideałem – powiedział. 

– Nadal nie rozumiem – powiedziała Mala. 

– Widzisz… Moi rodzice bardzo wiele lat starali się o dziecko, ale przez długi czas matka nie mogła zajść w ciążę. W końcu zwrócili się do pewnej czarownicy o pomoc. Do Aliny. Ona zgodziła się, ale w zamian za pomoc miała poślubić ich syna, kiedy ten skończy osiemnaście lat. Podawała matce przez całą ciążę rapunkuł nasączony moim wyglądem i cechami charakteru… Dzięki temu jestem, jaki jestem. Alina całe życie nie mogła znaleźć odpowiedniego mężczyzny, więc w końcu go sobie stworzyła. Gdy urosłem i miałem osiemnaście lat, wzięliśmy ślub. Potem żyło się nam jak w bajce… Do czasu. Ala zaczęła być o mnie bardzo zazdrosna. Chorobliwie wręcz. – Rapunkuł przykrył oczy dłońmi. – Nie pozwalała mi nigdzie wychodzić, spotykać się z innymi ludźmi… Pewnego dnia powiedziała, że świat się kończy. Apokalipsa spowodowana namnożeniem się straszliwych potworów. Widziałem je… Przypomniały niedźwiedzie skrzyżowane z wężami, miały świecące czerwone oczy, a z pysków nieustannie kapała im krew. Nie wiem, to musiała być iluzja albo… Uciekliśmy razem i Alina ukryła mnie przed nimi w labiryncie. Od tego czasu wciąż tu siedzę, a ona wychodzi na zewnątrz, żeby zdobyć pożywienie i przydatne rzeczy. Wraca tu po moim warkoczu. Bez niego by zabłądziła. 

– Ale przecież to nieprawda! – oburzyła się Mala. – Nie ma żadnych potworów! 

– No właśnie… – powiedział Rapunkuł. – Oszukała mnie i ukryła tu z zazdrości, żebym się z nikim nie spotykał! W każdym razie, jak wróci… 

Niedokończona groźba zawisła w powietrzu, Mala widziała jednak w oczach mężczyzny lęk, a przecież wyglądał na silnego i nieustraszonego. Postanowiła zmienić temat, by odciągnąć go od ponurych myśli. 

– Powiedz mi… Jak ci się udało wyhodować tak długą brodę? 

– To magia. Alina wyczarowała mi taką, a teraz muszę wcierać w cebulki magiczny wywar z pokrzywy, by broda była mocna i zdrowa.

Mala chciała zapytać o coś jeszcze, bo Rapunkuł zaciekawił ją swoją osobą, ale mężczyzna powiedział: 

– Malo, proszę, idź już. Nie jesteś tu bezpieczna. Nie, kiedy może zjawić się Alina. Ona nawet zwykłą rozmowę uznaje za zdradę. A nie chcesz wiedzieć, co robi kobietom, które tylko na mnie spojrzały. No, idź już. Gdy pójdziesz po moim warkoczu, trafisz do wyjścia. Tylko szybko! Miło było cię poznać. 

– Ale… 

– Idź już, idź! Naprawdę, to najlepsze, co możesz zrobić. I jak najszybciej. Ja już sobie poradzę. 

– Dobrze. Powiesz mi chociaż, w jakim kraju się znajdę po wyjściu? – zapytała Mala. 

– W Lechni. A teraz idź, szybko! 

Lechnia… Mala miała i szczęście, i pecha. Szczęście, bo ten kraj był krajem sojuszniczym Nasmandii i mieli tu swoją ambasadę, z którą mogła się skontaktować, by wrócić do domu. Pecha, bo Lechnia znajdowała się bardzo daleko od jej królestwa. 

– Więc idę. 

Rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na Rapunkuła. Przywiązał swój warkocz do uchwytu. W jego oczach czaiło się prawdziwe przerażenie, Mala stwierdziła jednak, że jest silny i da radę zwyciężyć zło, jakie wyrządziła mu jego żona, Alina. 

– Dziękuję raz jeszcze! – powiedziała księżniczka i przedostała się za pomocą warkocza na drugą stronę.

Zostawiła Rapunkuła stojącego pośrodku umeblowanego zaułka i poszła dalej wzdłuż warkocza. Stał, wpatrując się w nią jakby… z tęsknotą? Nie, tego przecież przez fioletową mgłę nie mogła zauważyć. 

 

*** 

 

Światło! I świeże powietrze! Zapach sosnowych igieł już od dawna był wyczuwalny. Mala z narastającym zniecierpliwieniem podążała w stronę blasku.

Na zewnątrz znalazła się nagle, tuż obok dziury w przestrzeni, z której wystawał warkocz. Ze zdumieniem zauważyła, jak włosy powoli zanikają. Pewnie Alina go w ten sposób zamaskowała, żeby nikt się nie zainteresował… Mala rozejrzała się. Stała na płaskim, pokrytym lasem wzgórzu, a pod nim, w dolinie otoczonej podobnymi niskimi wzgórzami, dostrzegła wielkie miasto. Budownictwo jednak było zupełnie inne niż to, które spotkała w jej kraju albo w Azorii. Lechnijskie domki zbudowano z szarej cegły; miały drewniane okiennice i kryte strzechą dachy. Roślinność była nieco gęstsza i bardziej zielona niż w Nasmandii. 

Mala ruszyła w stronę miasta. Szła szybko, zadowolona, że udało jej się uciec przed Łowcami Głów i szczęśliwie wyjść z Wielkiego Labiryntu. Cały czas jednak gdzieś z tyłu głowy kłuła ją myśl o mężczyźnie uwięzionym w zaułku. Powiedział, że porozmawia z Aliną, ale… czy ona go wypuści, kiedy ją o to poprosi? Mala pomyślała, że warto by było zgłosić komuś sprawę. Przyspieszyła, lecz nagle usłyszała kroki. Wystraszyła się, bo wiedziała, że po takich pustkowiach chodzą najczęściej bandyci lub porywacze i ukryła na wszelki wypadek za krzakami. Kroki stawały coraz się głośniejsze, aż w końcu na wzgórzu stanęła kobieta. Miała ciemne włosy i była bardzo piękna. Po chwili Mala zorientowała się, że to przecież kobieta z portretu wiszącego u Rapunkuła. Alina – pomyślała. Długa czarna suknia powiewała za czarownicą jak burza, gdy ta szła prosto do miejsca, w którym było wejście do labiryntu. Kiedy dotarła do dziury w przestrzeni, pojawił się warkocz. Alina chwyciła go i zniknęła. 

Mala wzdrygnęła się. Czarownica wyglądała na niebezpieczną. Księżniczka jej nie ufała. Po tym, co usłyszała od uwięzionego w labiryncie mężczyzny, była przekonana, że kobieta cierpi na wyjątkowo ciężki przypadek zazdrości. Mala postanowiła zaczekać, aż Alina wyjdzie i zobaczyć, czy będzie towarzyszył jej Rapunkuł. 

 

*** 

 

– Alino, powiedz mi, jak tam na świecie? Krwiożerczych potworów jest już mniej? – zapytał Rapunkuł znad kieliszka wina, które czarownica właśnie ze sobą przyniosła. 

Spojrzała na niego, po czym odwróciła wzrok. 

– Nie, skąd ten pomysł? Potworów jest nawet więcej niż na początku. Wciąż się rozmnażają. Jeszcze długo nie będziesz mógł wyjść. 

Rapunkuł wbijał w nią wzrok, ale wciąż nie chciała na niego spojrzeć. Musiał rozegrać to z dobrą strategią, Alina bardzo łatwo wpadała we wściekłość. 

– A ty jak sobie radzisz? Boję się o ciebie.

– Przecież jestem czarownicą, potwory mi nie straszne. 

– A jeśli któryś cię zajdzie od tyłu? 

– Nie ma takiej możliwości. 

– Hmm… – Rapunkuł zakołysał trzymanym w dłoni kieliszkiem. Czerwone wino zafalowało. – Skoro jesteś tak dobra, to czemu nie mógłbym wyjść z tobą? Obroniłabyś mnie. 

– Nie jestem dość dobra, żeby zadbać o dwie osoby. O siebie jest łatwo, ale gdy w grę wchodzi ochrona kogoś innego… 

– Lecz ja nie jestem całkiem bezbronny. Przecież jestem wojownikiem! – Mężczyzna wskazał na drewniany manekin. 

– Zwykły miecz nie uczyni potworom żadnej krzywdy. To magiczne stwory. – Alina wreszcie spojrzała na Rapunkuła. – Dawno mnie tak nie wypytywałeś. Coś się stało? – Rozejrzała się po pokoju. Bardzo szybko jej wzrok padł na dwie brudne miski stojące na półce. – Dlaczego jadłeś z obu misek? – zapytała podejrzliwie. 

Rapunkuł skarcił się w myślach za to, że zapomniał je umyć i odpowiedział: 

– Jedna jest z wczorajszego obiadu. 

Jednak Alina wstała i podeszła do misek. 

– Kłamiesz. Resztki wyglądają na świeże. Ktoś tu był – stwierdziła, nie zapytała. 

Rapunkuł westchnął. 

– Tak – powiedział ostrożnie. 

– Kobieta? – zapytała Alina, odwracając się do niego gwałtownie. Była piękna i młoda, lecz w jej oczach widział ciężar wielu przeżytych lat. Jako czarownica używała zaklęć odmładzających, lecz oczy zdradzały wiek jej duszy, a także ciężar mrocznych wspomnień, jakie nosiła. Były zupełnie inne od niewinnych oczu księżniczki Mali, dziewczyny, od której wyraźnie biła urocza młodzieńcza lekkość i czystość niezapisanego jeszcze zwoju życia. 

– Mężczyzna – powiedział Rapunkuł najtwardszym głosem, na jaki było go stać. Alina otworzyła usta, ale nie pozwolił jej dojść do głosu. – I mówił bardzo ciekawe rzeczy… Otóż na świecie nie ma żadnych potworów. Okłamałaś mnie, Alino. I ja wiem, dlaczego. Od początku byłaś o mnie chorobliwie zazdrosna. Nie pozwalałaś mi rozmawiać z kobietami, a jak któraś się do mnie uśmiechnęła, choćby z daleka, odnajdywałaś ją w nocy i rzucałaś na nią paskudne zaklęcia. Mam tego dość. Wypuść mnie stąd. 

Alina długo na niego patrzyła, milcząc. 

– Nie – odpowiedziała w końcu. 

– To nieuczciwe. Nie możesz ograniczać mojej wolności. 

– Ty nie rozumiesz – czarownica usiadła i wypiła spory łyk wina. – Wiesz, ile lat byłam samotna? Żaden mężczyzna mi się nie podobał, żaden! Więc w końcu postanowiłam go sobie stworzyć: idealnego, takiego, o jakim zawsze marzyłam. Jesteś moim ideałem i bardzo mi na tobie zależy. Nie mogę pozwolić, żeby coś złego stało się z naszym związkiem. 

– Właśnie się stało. Nie chcę już więcej z tobą być. 

Oczy Aliny rozbłysły. Rapunkuł przygotował się na wybuch furii, lecz ten nie nastąpił. Czarownica spokojnie wstała. 

– Dobrze – powiedziała głosem, który tylko trochę drżał. – W takiej sytuacji sam rozumiesz… Nie mogę cię wypuścić. Albo będziesz ze mną, albo z nikim. Jesteś tylko mój i zaczekam, aż znowu będziesz chciał ze mną być. Dla własnego dobra lepiej zdecyduj się szybko.

Rapunkuł wstał, unosząc dłoń. Alina spojrzała na niego z wyczekiwaniem. Zacisnął pięść i opuścił ją. 

– Myślałem, że jesteś inna – syknął tylko. 

Czarownica wymruczała jakieś zaklęcie i srebrna mgiełka podpłynęła do Rapunkuła, a potem wniknęła w jego brodę. 

– Co to… Co mi zrobiłaś? – zapytał przerażony. 

– Rzuciłam zaklęcie, które sprawi, że kiedy odetniesz sobie brodę, żeby na przykład się uwolnić… umrzesz – odrzekła. 

– Nie! Nie możesz! – krzyknął Rapunkuł. – Alino! 

Czarownica tylko się uśmiechnęła. 

 

*** 

 

Mala szła wzdłuż warkocza, razem z ochotnikiem z ratusza, na którego wołali Ziemek. W dłoni miała gruby sznur, który dostała od jednego z pracowników. Lechnia leżała daleko na północ od Nasmandii, w ratuszu księżniczka dowiedziała się jednak, że niedługo z pobliskiego portu odpływa statek towarowy, który mógłby ją zabrać do kraju. To była wspaniała wiadomość, ale przed wyjazdem księżniczka musiała jeszcze coś załatwić. Nie chciała wracać do labiryntu, ale to zrobiła, nie mogła bowiem zapomnieć o mężczyźnie imieniem Rapunkuł. Na zewnątrz, przy wejściu, czekali strażnicy, którzy mieli pilnować, czy nie idzie czarownica i w razie czego ją zagadać. 

Gdy doszli do drugiego końca warkocza, Rapunkuł poderwał się z miejsca. 

– To ja, Mala – zawołała księżniczka. 

– Malo! Powiedziałem, że już nie chcę być z Aliną i jest wściekła! Uwięziła mnie! Lepiej stąd uciekaj, może wrócić w każdej chwili! 

– Przyszłam cię uwolnić – powiedziała Mala. 

– Nie możesz, Alina zaczarowała mnie tak, że jeśli odetnę sobie brodę, to umrę! 

– Spokojnie, mam linę. Przywiążesz ją u siebie, a ten człowiek tutaj przytrzyma ją z drugiej strony. 

– Ale… 

– Chcesz się uwolnić, czy nie? 

Rapunkuł westchnął.

– Dobrze, tylko musimy się pospieszyć. 

– Zaraz rzucimy ci linę. 

Mala podała Ziemkowi sznur, a ten przerzucił jego drugi koniec na stronę Rapunkuła, który szybko przywiązał go do uchwytu. 

– Gotowy? – zawołała Mala. 

– Tak! – odkrzyknął Rapunkuł.

Ziemek napiął linę. Rapunkuł zaczął ostrożnie przemieszczać się nad dziurą w ziemi. Gdy nie był jeszcze nawet w połowie, Mala tuż zza ramienia usłyszała wściekły głos. 

– Co tu się dzieje? 

Podskoczyła i odwróciwszy się, ujrzała piękną czarownicę, którą widziała wcześniej przy wejściu do labiryntu. Nie słyszała, jak się podkradała. Rapunkuł szybko zaczął się wycofywać na bezpieczny brzeg. 

– Pomagacie mu uciec?! Ty i ty! – Wskazała palcem kolejno na Malę i towarzyszącego jej Ziemka. – Nie wyjdziecie stąd żywi. Dziwiłam się, co za cyrk odstawiali ludzie w pobliżu wejścia do labiryntu, ale wszystko jasne! Ciebie po prostu zabiję. – Alina podeszła do Ziemka i zanim Mala zdążyła jakkolwiek zareagować, błysnęło i osunął się na ziemię bez zmysłów. 

– Alino! – wrzasnął Rapunkuł ze złością. 

– A ciebie… – Alina podeszła do Mali, która cofnęła się przerażona aż pod ścianę. – Tak myślałam, że Rapunkuł kłamał. Ciebie też zabiję. Tylko będziesz umierać dłużej. 

– Nie! – krzyknęła Mala i w desperackim odruchu z całej siły uderzyła kobietę w brzuch. Ta zgięła się wpół. 

– Głupia smarkula…! – wystękała. 

Mala podbiegła do niej i z rozpędu ją popchnęła. Kobieta zachwiała się nad przepaścią, wymachiwała przez chwilę rękami, po czym wpadła do ciemnej otchłani. Mala, przerażona tym, co zrobiła, zadrżała. Nie było jednak teraz czasu na rozmyślania. 

– Rapunkuł, szybko! – krzyknęła, biorąc do ręki linę. 

Rapunkuł stał przez chwilę nad dziurą, wpatrując się w ciemną głębię, ale szybko podszedł do liny. Mala naparła na nią z całej siły. Mężczyzna złapał sznur. 

– Uważaj! – wrzasnęła Mala, bo nagle poczuła, że lina wypada jej z dłoni. Nie, raczej się wyrywa. 

Mężczyzna zatrzymał się, a koniec sznura zatańczył w powietrzu i zniknął w ciemnej dziurze. Po chwili lina, niczym wąż, wypełzła z otchłani. Na jej końcu była Alina, która wydostała się obok przerażonej księżniczki. 

– Zapamiętasz mnie do końca życia! Czyli przez kilka dni – czarownica zarechotała. – A ciebie, Rapunkule, zabiorę stąd, tak jak chciałeś – powiedziała, podnosząc się. Mala miała wrażenie, że uniosły się także końcówki jej ciemnych włosów. – Zabiorę cię do Niewidzialnej Wieży! 

– Nie! – wrzasnął Rapunkuł. 

– Tak! Tylko tam na pewno nikt cię nie znajdzie. A ciebie, smarkulo, czeka powolna śmierć! 

Mala ujrzała błysk, a potem wszystko pogrążyło się w ciemności. 

 

*** 

 

Ocknęła się, czując na ciele piwniczne zimno. Otworzyła oczy, lecz zobaczyła tylko ciemność. Pomachała ręką przed oczami. Nic. Ciemność była tak gęsta, jakby na świecie zgasły wszystkie światła. Napierała, nieustępliwie wciskając się w oczy. Mala w panice zaczęła potrząsać głową i mrugać, ale nie udało jej się zrzucić z siebie czarnego woalu. 

Zrozumiała. Alina ją oślepiła. Teraz już nigdy nic nie zobaczy. Księżniczka zadrżała. Nie podniosła się z ziemi. Zatopiona w bezruchu i niemocy, czekała, nie wiedząc, na co czeka. Po jakimś czasie jednak przyszła ciekawość i strach. Gdzie ona właściwie jest? Co jeszcze zrobiła jej szalona czarownica?

Zaczęła macać przestrzeń wokoło. Wyczuła ziemiste podłoże, a z boku zimny mur. Po przeciwnej stronie też. Wszystko wskazywało na to, że nadal znajdowała się w labiryncie. Czarownica po prostu ją tu zostawiła, oślepioną, teraz więc bez najmniejszych szans na przeżycie i znalezienie wyjścia. 

Mala westchnęła i ruszyła, sprawdzając stopą ziemię. Nie wiedziała, czy czarownica zostawiła ją w pobliżu dziury w podłożu labiryntu, obok której mieszkał Rapunkuł, czy też wywlekła w zupełnie inne miejsce, żeby w razie czego księżniczka nie mogła odtworzyć drogi. Zastanowiła się nad tym i stwierdziła, że i tak nie dałaby rady. Droga prowadząca do wyjścia była niezwykle skomplikowana, wiele razy kluczyła przez krótsze korytarze i zmieniała kierunek, a Mala szła nią tylko trzy razy, nie zdołałaby więc powtórzyć jej bez warkocza, w dodatku po omacku. 

Szła dalej, choć nie wiedziała, po co – i tak nie znajdzie wyjścia. Nadzieja na to praktycznie nie istniała. Jednak Mala czegoś już się nauczyła podczas ostatnich dni. Nawet jeśli nadzieja jest najniklejsza, nie warto jej porzucać. Dzięki temu księżniczka przetrwała niewolę w Azorii i udało jej się uciec i również dzięki temu wyszła żywa z Wielkiego Labiryntu. Może więc ta świadomość popychała ją dalej i nie pozwalała usiąść i czekać na śmierć. 

Śmierć, życie… Tylko co to za życie bez wzroku? Ale tu też świadomość nikłej nadziei dodawała otuchy. Skoro dało się rzucić urok, z pewnością można też go zdjąć. Tylko… czy Mala nie wykorzystała już doszczętnie swojego limitu szczęścia?

Posuwała się jednak do przodu, nie gasząc małej iskierki nadziei na wyjście. Z czasem zaczynał do niej docierać zapach labiryntu, czy też zaczęła bardziej zwracać na niego uwagę. Był, kiedy wędrowała tu ostatnio, lecz teraz zdawał się intensywniejszy. Czuła surowy i zimny zapach muru, lekko zgniłą i ziemistą woń podłoża, a także piwniczny fetor charakterystyczny dla podziemnych przestrzeni. 

 

*** 

 

Ciemność, chłód, głód i pragnienie. Ale przede wszystkim ciemność. Mala nie mogła się do niej przyzwyczaić. To ona najbardziej dawała się we znaki, to ona najbardziej przykrzyła jej ostatnią być może wędrówkę. To na nią Mala najbardziej zwracała uwagę, bo jeśli stąd kiedykolwiek wyjdzie, to inne niewygody znikną, a ciemność zostanie. 

Wędrowała niestrudzenie, cały czas trzymając się ściany i sprawdzając stopą podłoże. Szło jej wolno i cały czas błądziła. Lecz w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że zaczyna wyczuwać coraz bardziej różnorodne zapachy. Mur nie pachniał wszędzie tak samo, niekiedy w jego woni dominowała wilgoć, a nawet pleśń, innym zaś razem Mala niemal czuła w nosie dotyk drobinek suchej cegły. Smród mijanych szkieletów z resztkami rozkładającego się ciała czuła tak intensywnie, że niemal powalał ją na kolana. Zauważyła również zmienną fakturę muru i nauczyła się rozpoznawać poszczególne dziury i szczeliny, które mówiły jej, że chodzi w kółko bądź wraca do tego samego miejsca. 

Gdyby jej zmysł wzroku działał, nie zwracałaby uwagi na takie szczegóły i wszędzie widziałaby ten sam mur bez żadnych punktów odniesienia. Teraz zaś, paradoksalnie, miała ułatwione sprawne poruszanie się po labiryncie i badanie go, bo inne zmysły się wyostrzyły – być może czarownica, odbierając Mali wzrok, wcale nie zmniejszyła jej szans na wyjście z labiryntu, lecz nieświadomie je zwiększyła? 

 

*** 

 

Zapach sosnowych igieł. Mala czuła go od jakiegoś czasu, lecz wciąż nie mogła dojść do źródła. Sfrustrowana, wędrowała coraz szybciej i coraz mniej uważnie, a zapach to tracił na intensywności, to zyskiwał. Gdzieś tu musi być wyjście! Była tak blisko… Nie, znowu ślepy zaułek! Niedobrze. Popędziła wzdłuż ściany, a zapach nikł, aż w końcu zniknął zupełnie. Pobiegła za daleko! Ale jeśli skręci w ten korytarz… Bo przecież musi się tam dostać inną drogą. Nie, zaraz… Wciąż nie czuła zapachu! Oddaliła się od niego i zabłądziła. Zatrzymała się przerażona. Jak teraz znajdzie wyjście? Musiała chwilę pomyśleć. Zupełnie nie wiedziała, w którą stronę iść, a jeśli teraz ruszy, może się od wyjścia zupełnie oddalić. Och, dlaczego tym razem nie badała dłońmi faktury ścian?! Podekscytowana, zapomniała o tym. 

Ciemność… Mala wytężyła zmysły. Zapadła się w nicość, była nią, była teraz tylko biernym tłem, zostawiając miejsce dla rzeczy, które istniały w labiryncie. Czuła wilgotny zapach muru, słyszała tylko ciszę. Przypomniała sobie drogę, próbowała odtworzyć ją z pamięci. Tam, w tamtym korytarzu mur pachniał sucho… Przesunęła się w prawo, a zapach muru stawał się coraz mniej wilgotny. Skręciła, przeszła jeden korytarz i skręciła ponownie. Tak! Wróciła do korytarza, w którym zniknął zapach sosnowych igieł! Upewniła się jeszcze, idąc w tamtą stronę i rzeczywiście go poczuła. Ale nie poszła tam. Wróciła się do zakrętu. Ostatnim razem skręciła w lewo i było źle, więc tym razem musi w prawo… 

Szła teraz ostrożnie, dokładnie badając fakturę ściany i zapamiętując ją. Tak! Znowu czuła sosnowe igły. Dotarła jednak do długiego korytarza z trzema przejściami. Ostrożnie sprawdziła pierwsze. Ślepy zaułek. W drugim… to samo. Pozostawało tylko trzecie. Tam było mnóstwo krótkich korytarzyków, ale to musiała być właściwa droga. Zapach stał się bardzo intensywny, Mala wiedziała, że już niedaleko. To chyba ostatni zakręt… Ale gdzie iść, w lewo czy w prawo? Zastanowiła się i jeszcze raz wytężyła zmysły. Z obu przejść zapach zdawał się tak samo intensywny. Ale… usłyszała coś innego prócz ciszy. Powiew wiatru, szeleszczące liście… Ruszyła w prawo, przeszła do końca korytarza, skręciła w jedyny zakręt, jaki był i… 

– Księżniczko! 

Świeże powietrze. Głos jednego ze strażników, z którymi wyruszyła do labiryntu. Była na zewnątrz. 

– Księżniczko, nic ci nie jest? Niestety, nie byliśmy w stanie zatrzymać czarownicy, zahipnotyzowała nas i dopiero się ocknęliśmy. Ale… Gdzie jest Ziemek? I co z twoimi oczami? 

– Ziemek nie żyje. Czarownica go zabiła. – Mala usłyszała chór przerażonych westchnień. – A mnie oślepiła. 

– Księżniczko, musimy natychmiast zabrać cię do medyka!

– Nie teraz, nic mi nie jest. Muszę jak najszybciej kogoś znaleźć. Czy słyszeliście może o Niewidzialnej Wieży? 

 

*** 

 

– Księżniczko, jesteś pewna? Nikt nigdy nie znalazł Niewidzialnej Wieży… 

– Bo jest niewidzialna – powiedziała Mala. 

Stali na skraju lasu. Księżniczka słyszała szum igieł i poćwierkiwanie ptaków, a do jej nosa docierał wilgotny zapach mchu i woń zeschniętych igieł składających się na leśną ściółkę. Nigdy nie sądziła, że na świecie jest tyle różnych zapachów! 

– Nikt nie znalazł Niewidzialnej Wieży, bo nie mógł jej zobaczyć. Ale skoro ja jestem niewidoma, właściwie nie robi mi to różnicy. Mogę jej szukać równie dobrze, jak widzialnych budowli. Chodźmy. 

Bogdan, człowiek z ambasady, złapał Malę za rękę, by ją poprowadzić, lecz księżniczka powiedziała: 

– Zaczekaj! Sama pójdę. 

– Ale… 

Mala słyszała szum wiatru odbijającego się od pni drzew. Oczami wyobraźni je sobie zwizualizowała i wkroczyła w las, nagle jednak zahaczyła o coś stopą i znalazła się na ziemi. 

– Księżniczko! 

– Ech, zapomniałam o korzeniach – wyznała. 

Musiała się zgodzić na to, by Bogdan ją prowadził. Poszli dalej w las. Mala starała się otwierać uszy jak najszerzej i rozróżniać jak najwięcej zapachów. O, tam musiały rosnąć wrzosy… A nad nimi znajdowało się ptasie gniazdo, bo słyszała ciche poćwierkiwanie pisklaków. Spacerowali cicho, ale wyraźnie słyszała każdy ich krok na leśnej ścieżce. 

– Uważaj, korzeń! – powiedział Bogdan i ostrożnie wyczuła stopą wystającą część drzewa, a następnie przekroczyła. 

Widziała tylko ciemność, lecz jednocześnie widziała drzewa wokół i zatrzymujący się na nich wiatr, widziała kapiącą z kory żywicę rozsiewającą słodką woń i widziała wiewiórkę wbiegającą po gałęzi na koronę drzewa, jej małe pazurki cichutko czepiały się kory. Widziała krople rosy zatrzymujące się z wahaniem na skraju liści, a potem opadające na ziemię i drobinki piasku uciekające przed wiatrem. Widziała więcej niż kiedykolwiek. Niż wtedy, gdy posiadała wzrok. 

Szli dalej. Musieli się pospieszyć – jej statek odpływał jutro. A jeśli nie znajdzie Wieży… Z informacji, jakie zgromadzili, wiedzieli, że Niewidzialna Wieża powinna być gdzieś na tym obszarze. Ale gdzie… 

Zrobiło się chłodniej. Mala wiedziała, że słońce musi chylić się ku zachodowi. Ale nie chciała się poddać. Musiała znaleźć Rapunkuła. Nie mogła o nim zapomnieć. Gdyby odzyskała wzrok… Pierwsze, co chciałaby ujrzeć, to jego twarz. Nie wiedziała, dlaczego. I nie wiedziała też, dlaczego, ale musiała go uratować.

Przystanęła. 

– Bogdanie, proszę, bądź przez chwilę zupełnie cicho, dobrze? 

– Jak sobie życzysz, księżniczko. 

Słyszała coś nowego. Coś innego niż wąskie blokady wiatru, jakimi były drzewa. W pewnej odległości wiatr uderzał o masywny obiekt, dużo wyższy od drzew. Poszła w tamtą stronę. 

– Księżniczko! Stój! Tam jest wielki dół. Wpadniesz! 

Zatrzymała się. Nie wyczuwała dołu. Gdyby tam był, wiatr szumiałby inaczej, słyszałaby. Wskazała ręką. 

– Czy ten dół jest tam? 

– Tak. Dokładnie.

– Zaczekaj tu. 

– Księżniczko, nie! 

– Bogdanie, zaufaj mi. Wiem, co robię. 

Szła ostrożnie, sprawdzając stopą podłoże. Wiry ciemności kłębiły się wokół niej. Zbliżała się do dużego obiektu ukrytego za drzewami. Gdy już była prawie przy nim, usłyszała, jak Bogdan krzyczy i puszcza się pędem w jej stronę, a potem nagle zatrzymuje. 

– Co… To niemożliwe. Księżniczko, ty unosisz się w powietrzu! 

– Nie unoszę. Dół, który widzisz, to widocznie iluzja mająca zniechęcić ludzi do zbliżania się do wieży, żeby nikt jej przypadkowo nie dotknął. Ale tu nie ma żadnego dołu. Wyczułam to. Tu jest Niewidzialna Wieża. 

Tak! Dotknęła muru. Nasłuchiwała przez chwilę, a potem, mając nadzieję, że czarownicy tu nie ma, wykrzyknęła głośno: 

– Rapunkuł! 

Nic się nie działo. Po chwili jednak usłyszała jakiś dźwięk z góry i głos: 

– Mala? To niemożliwe! Jak mnie znalazłaś? 

– Nieważne! Szybko, muszę cię uwolnić. 

– Ale… Ty przecież… Jesteś niewidoma. Jak chcesz mnie uwolnić? Tu nie ma schodów ani drzwi, jest tylko okno wysoko na wieży. Za pomocą mojego warkocza wciągam tu Alinę, kiedy do mnie przychodzi. 

– Wciągnij mnie!

– Ale Alina może tu niedługo… 

– Nieważne! Chcę być przy tobie. 

– Dobrze. Uwaga, zrzucam warkocz! 

Mala usłyszała, jak coś miękkiego otarło się o mur. 

– Obwiąż się nim!

Mala obwiązała się warkoczem i poczuła, jak coś ciągnie ją w górę. Gdy znalazła się już naprawdę wysoko, Rapunkuł pomógł jej wejść przez okno. Wieża musiała być wyjątkowo ogromna. 

Poczuła ciepło ciała wielkiego mężczyzny i zapragnęła otulić się tym ciepłem. Pachniał pokrzywą i czymś jeszcze, czymś przywodzącym na myśl rozgrzane słońcem trawy. Wpadła mu w ramiona, a on ją objął. 

 

*** 

 

Rapunkuł trzymał w ramionach księżniczkę okaleczoną przez Alinę. Mala odsunęła się trochę i uchyliła powieki, a on zamarł. Młode, niewinne oczy dziewczyny były puste, ukryte za mgłą. Chyba nigdy nie widział smutniejszego widoku. Przyciągnął ją do siebie raz jeszcze. Mimo takich przeszkód, dotarła tu, do niego. Znowu się spotkali! Łzy wzruszenia zbliżyły się do jego oczu, lecz wypracowywanym przez wiele lat odruchem odgonił je. Był przecież mężczyzną, a mężczyźnie nie wypada płakać. Pogłaskał Malę po policzku i pochylił się. Ich wargi się zetknęły. Wtedy usłyszał coś potwornego. Był to dźwięk, jaki nigdy nie powinien rozbrzmieć. Wściekły jazgot, podobny trochę do ryku zranionego zwierzęcia, a trochę do gromu przetaczającego się przez pola. Mężczyzna zerknął w dół i zobaczył Alinę. Jej oczy płonęły furią. 

– Co się dzieje? – zapytała zdezorientowana Mala. 

– To Alina. Widziała nasz pocałunek. 

– Znowu ty, głupia smarkulo? Jak ci się w ogóle udało wyjść z labiryntu i tu trafić? A ty, Rapunkule? Jak mogłeś mi to zrobić? – wyła Alina. – Nie wiesz, ile dla mnie znaczysz? Nie wiesz, że jesteś moim ideałem? 

– Zniewoliłaś mnie, Alino. Nie chcę już z tobą być, mówiłem ci. Jak można kochać kogoś, kto zamyka i więzi? 

– Ale ja to robiłam dla ciebie, dla nas!

– Jesteś egoistką, Alino. Robiłaś to tylko i wyłącznie dla siebie. 

– Nie!

Rapunkuł widział, jak końcówki włosów Aliny unoszą się do góry. To oznaczało, że jest naprawdę wściekła. 

– Rapunkuł, poprowadź mnie do okna – szepnęła Mala. 

Uczynił to, a Mala położyła ręce na parapecie, wychyliła się lekko i krzyknęła: 

– Alino, jeśli nie jesteś egoistką, pokaż to i pozwól mu odejść! 

– Nie ma mowy! Ja go kocham! 

– Kochasz? – Mala zacisnęła pięści. – Czy ty w ogóle rozumiesz to słowo? Wiesz, na czym polega miłość?

– Nie będzie mnie pouczać jakaś głupia smarkula!

– Miłość to pragnienie szczęścia dla drugiej osoby – ciągnęła dalej Mala, niezrażona. – A ty nie pragniesz szczęścia Rapunkuła. Gdyby tak było, nie więziłabyś go. Gdyby tak było, pozwoliłabyś mu odejść i być szczęśliwym z inną osobą! 

Rapunkuł widział, jak Alina otworzyła usta, a po chwili je zamknęła. Stała przez chwilę, wpatrując się w mur wieży. Czy ona… drżała? Z tej odległości nie widział. Mala rozluźniła dłonie.

– Może… może coś do niej dotarło… – szepnęła. 

– Co… – zaczęła Alina. – Co ty wiesz o życiu, smarkulo? Nie masz pojęcia, czym jest miłość! Całkiem się mylisz! Ale to już nieważne. Zabiję was oboje! 

Wielka błyskawica rozdarła powietrze. Wieża zadrżała. Mala cofnęła się od okna, szukając dłońmi Rapunkuła. Objął ją szybko i przytulił do siebie. Widział, jak Alina odsuwa się od wieży i formuje kolejną błyskawicę. 

– Malo… – wyszeptał. – Malo, kocham cię. 

– Ja ciebie też – odpowiedziała. 

Gdy druga błyskawica wstrząsnęła wieżą, ich wargi ponownie się połączyły. A gdy trzeci piorun zrobił wyrwę w murze, pocałunek trwał nadal. Dopiero, gdy wieża runęła na ziemię pod wpływem czwartego gromu, ich usta się od siebie oderwały, ale oni sami się nie rozdzielili. Rapunkuł trzymał księżniczkę w uścisku, którego żadna siła nie mogłaby rozerwać. Poczuł ból, a upadek na plecy pozbawił go tchu, nie puścił jednak księżniczki. Kaszląc, próbował się podnieść, w końcu przetoczył się na kolana i osłonił Malę przed spadającymi cegłami. Wokół widział tylko pył. Schronił głowę, przeczekał. Gdy pył opadł, uklęknął obok Mali. 

– Malo?

Leżała z zamkniętymi oczami. Nie oddychała. 

– Malo, nie! Ty nie możesz… Malo! 

Taka młoda… Było przed nią jeszcze tyle życia! Uciekła z niewoli, by przeżyć, dwa razy oszukała los i przeżyła, znajdując wyjście z Wielkiego Labiryntu i wszystko tylko po to, by teraz zazdrość Aliny ją zabiła? 

– To niemożliwe! Nie! Malo! 

Przypomniał sobie coś, czego kiedyś uczyli go rodzice. Taki sposób… Zaczął uciskać jej klatkę piersiową, a potem przyłożył swoje usta do jej warg i wdmuchnął powietrze. Jeszcze raz powtórzył czynność. Nic to nie dało. Jeszcze raz, nie może się poddać! Wdmuchnął powietrze po raz trzeci i zaczął ponownie uciskać klatkę, szepcząc: 

– Malo, kocham cię, nie umieraj… 

Leżała na ziemi bez odrobiny życia. 

– NIEEE! – wrzasnął mężczyzna. 

Usta księżniczki poruszyły się. Zamarł. 

– Nie mam zamiaru – powiedziała cicho i zakasłała.

– Malo! Jak się cieszę! 

Objął księżniczkę i pomógł jej wstać. Wszędzie leżał gruz i powalone pnie, spadająca wieża zniszczyła część otaczających ją drzew.

– Już po wszystkim, po wszystkim… – powtarzał do Mali. – Ale… gdzie jest… Alina?

Rozejrzał się niepewnie i ujrzał coś czarnego pomiędzy kamieniami. Podszedł ostrożnie i odrzucił na bok kilka cegieł. Leżała tam ciemnowłosa kobieta w czarnej sukni. Oczy miała otwarte, lecz cała jej twarz zalaną była krwią wyciekającą z wielkiej rany na głowie. Grymas wściekłości zastygł na pięknej twarzy. Rapunkuł cieszył się, że księżniczka nie musi oglądać tego widoku. 

– Znalazłeś ją? – zapytała Mala. 

– Tak. Ona… ona nie żyje. Zabiła ją jej własna zazdrość. 

– A nas uratowała miłość – dodała księżniczka. 

 

*** 

 

Mala unosiła się pośród ciemności, która była zupełnie nieprzenikniona. Nie widziała żadnego światła, nie widziała nic. Ale wiedziała, że jest w Nasmandii, w swoim kraju. Wiedziała, że nigdy go nie zobaczy, ale wiedziała też, że usłyszy jego gwar, poczuje zapach rosnących tu na każdym kroku ziół, smak lokalnych potraw i dotyk wytwarzanych tu jedwabiów.

Poczuje też nieraz zapach pokrzywy, którą pachniała broda Rapunkuła, już krótka, bo wraz ze śmiercią czarownicy jej zaklęcie mające go zabić, gdy ten odetnie sobie brodę, przestało działać. Poczuje nieraz, bo teraz dom Rapunkuła będzie tam, gdzie jej dom. W zamku króla Nasmandii. 

Otaczała ją ciemność, ale mimo to wiedziała, że już wszystko będzie dobrze, bo ma u boku ważną osobę. Osobę, której szczęścia pragnie. 

Koniec

Komentarze

Rapunkuł – dawna ludowa nazwa roszpunki warzywnej. Źródło 

Cześć Sonata:-)

Bardzo lubię Roszpunkę, ma świetne włosy:-) Byłam ciekawa jaką z(a)mianę zaproponujesz, bo włosy to raczej kobiecy atrybut, więc łatwo nie było.

Pierwszy akapit bardzo klimatyczny, tajemniczy i zachęcił mnie do lektury (zwłaszcza, że cały czas pamiętam Dwie pętle). Niestety, odkąd Mala trafia do dziwnego korytarza, akcja trochę się dłuży, jest tu też trochę powtórzeń np.:

Musiała iść dalej, Szła bardzo wolno, utwierdziło ją w postanowieniu, by iść dalej.

a także później odnośnie fioletowego światła.

 

kobieta cierpi na wyjątkowo ciężki przypadek zazdrości Trochę razi mnie to stwierdzenie.

 

Niemniej pomysł ciekawy, czytałam z zainteresowaniem.

pozdrawiam

Dzięki za przeczytanie i komentarz, Olciatko :) Szkoda, że akcja się trochę dłuży, ale cieszę się, że uznałaś pomysł za ciekawy. Zerknę zaraz na te powtórzenia.

Sonato, może źle to ujęłam. Dłuży się ten moment, jak ona tym korytarzem idzie. Później już jest ok:-) pozdrawiam

A, no to dobrze :)

Sympatyczna bajka. Trudno mi się wypowiadać o nawiązaniach, bo bardzo słabo znam oryginał. Ale broda zapleciona w warkocz fajnie wymyślona. :-)

Dlaczego po śmierci czarownicy zaklęcie grożące facetowi zniknęło, a oślepienie zostało?

Końcówka mało prawdopodobna, nawet jak na bajkę. No, żeby czarownica sama się zabiła… To już trochę przegięcie, IMO. Wcześniej nie wyglądała na idiotkę, potrafiła o siebie zadbać.

Babska logika rządzi!

Cześć, Sonato! Bardzo ciekawe nawiązanie do oryginału. Chyba najbardziej podoba mi się relacja Rapunkuła i Mali i klimat opowieści momentami jak z powieści łotrzykowskiej. Przychylam się do tego, że w zakończeniu coś nie do końca gra, chyba że przegapiłam jakieś wskazówki, co do jakiejś przemiany wewnętrznej wiedźmy. Niemniej resztę czytało się przyjemnie, więc jak najbardziej należy się polecajka do biblioteki. smiley

Dziękuję za komentarze i kliki, Finklo i Oidrin!

 

Trochę pobronię zakończenia :) Czarownica była wtedy bardzo wściekła, a wściekły człowiek robi się nieuważny i w zasadzie w tej sytuacji było jej wszystko jedno, czy coś jej się stanie, czy nie. Po prostu chciała się wyładować, ciskając błyskawicami. Nie przemieniła się wewnętrznie, bo stwierdziłam, że to by było zbyt sztampowe. No i chciałam, by zakończenie łączyło się z morałem “czarownicę zabiła zazdrość, a ich uratowała miłość”. 

Oczywiście nie każdemu musi pasować takie zakończenie i ja to rozumiem :) 

Królewna Sonata i siedmiu zrzędoludków

 

Dawno, dawno temu istniały wstępy długie i malownicze. Teraz jednak, gdy światem władali chorwaccy bracia Spóźnić – Niewyrobić, nikt nie bawił się w podobne ceregiele. Toteż gdy Sonata wkroczyła do komnaty, czekało już tam na nią siedmiu zrzędoludków, a widząc zaspaną królewnę, wyrwał się zaraz pierwszy, zwany Medykiem, by zdać relację z lektury. Powiada Sonacie tak:

– Kochaniutka! Toż ja tu widzę pierwsze objawy jejozy! Nie ma co czekać! Trzeba wycinać! No co tak patrzy? Syropek tu nie wystarczy! Zapiszę na kurację do doktora Gilotynowa.

Nabazgrał też i zaraz Medyk skierowanie, później zaś wybiegł z komnaty bez słowa, bo miał etaty w sześciu przychodniach.

Gdyby została, pojmaliby ją i prędzej czy później i tak zabili, szkodząc wcześniej jej królestwu. Tutaj też z pewnością zginie, ale przynajmniej nie będą szantażować jej ojca, króla Nasmandii, tym, że ją zabiją.

Po nim wystąpił drugi, zwany zrzędoludkiem Przysłówkowym. Ten powiada jej krótko: nie jest dobrze dopowiadać przysłówkami rzeczy, które powinny wynikać z tekstu. Ten tutaj jest naprawdę niepotrzebny. Że okaleczenie było niewybaczalne, wiemy z tekstu. W ten sposób, dopowiadając przysłówkiem, nie tylko w mojej ocenie deprecjonujesz całe fragmenty historii, z których ta niewybaczalność wynika, ale i wykazujesz brak zaufania do inteligencji i przytomności czytelnika. To trochę tak, jakby najpierw opisać ładnymi słowami drżenie bohatera w zimowy poranek, tylko po to, by na końcu dodać, że było mu zimno. ;)

To jest tylko jedno słowo, ale naprawdę mocno zwróciło uwagę przy lekturze.

Rapunkuł trzymał w ramionach księżniczkę niewybaczalnie okaleczoną przez Alinę.

Trzeci zabrał głos zrzędoludek Kuchcik. Pogładziwszy się po brzuchu, rzekł tak: Rapunkuł brzmiał mi trochę jak taka krzyżówka brokułów i jadalnej roszpunki. A ledwie skończył wypowiedź, zwiał był z komnaty, bo przypomniał sobie, że zostawił żelazko na gazie.

Po nim przyszedł czas na zrzędoludka Madziara:

– Szép történet. Elég érdekes. Szép írva. Kicsit túl hosszú. Hamarosan találkozunk!

Piąty zrzędoludek, Anetny, ocenił tekst jako sympatyczny i ruszył na furmance, by nieść ból i pożogę. Zrzędoludek szósty, Obersturmtarniner, już miał rozpocząć ostrzał gifowo-łapankowy, lecz powstrzymali go Władcy Pawlacza. Przyszła wtedy kolej na zrzędoludka siódmego, rodu Malkontentów, który, ukłoniwszy się nisko (i nawrzucawszy przecinków, ile tylko się dało^^), ułożył dłonie w koszyczek i mówi tak:

Opowiadanie trudne do oceny, bo to taka trochę wersja “Sonata na smyczy”. Wiadomo, że musisz się trzymać pewnych schematów pierwotnej wersji bajki, więc i trudno sklecić jakiś sensowny komentarz. Czytało się fajnie. Gatunek też przypadł mi do gustu. Uważam, że powinnaś przynajmniej jeszcze raz podejść do fantasy, napisać coś od początku do końca na własnych warunkach, bo ten gatunek naprawdę może Ci służyć. Namalujesz trochę obrazu słowem, poprzez mocną fantastykę przekażesz trochę poważniejszych rzeczy. Takich, o których chcesz pisać.

Bo tutaj, jak pisałem, mam wersję “luźnej ręki w trybach”. Ten tekst stoi dla mnie tak trochę w rozkroku między opowiadaniem, a długą opowieścią. Jest zbyt rozwleczony na opowiadanie i… za mało na opowieść. ;-)

Trudno napisać, że jakiś fragment nużył. Natomiast, jako czytelnik, miałem takie poczucie przy lekturze, jakby historia zaczynała się dla mnie dwa razy. Moment, w którym Mala traci wzrok, daje trochę takie poczucie, jakbyś czytelniczo “wracała na start”. I dlatego pisałem, że strasznie ciężko jest to opowiadanie ocenić. Ten “powrót na start” trochę jakby tę historię dla mnie hamował. Czytelnik przygasa, bo już ta bohaterka była blisko, a tu nagle cała wyprawa ratunkowa zaczyna się od nowa (piszę trochę w uproszczeniu, bo muszę powoli kończyć) i znów przychodzi czytelnikowi wyruszać w drogę do zakończenia, które, jak się zdawało, było już na wyciągnięcie ręki.

Nie wyciągałbym z tego daleko idących wniosków, bo pewnie jest to w jakimś stopniu wymuszone tym, co działo się w pierwotnej wersji bajki (nie pamiętam jej, więc nie mam odniesienia). Słowem, ma ten tekst swoje wady i zalety, czasu na pewno przy nim nie straciłem, choć wątki “uczuciowe”, na których oparty w jakimś stopniu jest tekst, to coś, czym CM porwać raczej trudno. ;-)

Podsumowując, ciut przydługa, ale całkiem przyjemna historia. Szerzej ocenić ją ciężej, bo jeśli mam się odnieść do Twojego pisania, to ono właśnie musi być od początku do końca Twoje. A w tym konkursie jesteśmy jednak trochę związani pierwotnymi historiami, co powoduje spore problemy z ocenami opowiadań. Retellingu też ocenić nie mogę, bo za diabła nie pamiętam pierwotnej historii.

W każdym razie, jak pisałem, chętnie przeczytałbym jakieś Twoje opowiadanie fantasy, ale takie, gdzie będziesz miała pełną “dowolność” tworzenia historii. Bo tutaj pokazujesz pewien potencjał. Tylko że on potrzebuje większej swobody i wspomnianej dowolności, żebym mógł Ci napisać uczciwą opinię.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ładna bajka. Nieco pamiętam oryginał i pomysł na warkocz z brody i labirynt uważam za świetny. :D

Niestety, czytając, trochę się nudziłam. To nie Twoja wina, chociaż niektóre opisy moim zdaniem są zbyt rozwinięte. Trudno zaskoczyć i zaciekawić czytelnika, który od początku lektury domyśla się, jak ta historia przebiegnie. 

Technicznie poprawnie. Czytało się bez potknięć, chociaż faktycznie może warto uruchomić gilotynę ;)

 

CMie, jak zwykle kreatywny komentarz! Nie spodziewałam się, że będę kiedyś tłumaczyć fragment komentarza z węgierskiego :) Dziękuję za przeczytanie i klika. Dobrze, że historia całkiem przyjemna. Ojej, zła jejoza, niedobrze. Z tym “niewybaczalnie” to w zasadzie były myśli Rapunka, a nie taka zwykła narracja i że on myślał, że jest to niewybaczalne, ale jak razi, to usunęłam. 

No cóż, czułam się trochę na smyczy, taki konkurs, ale też świetnie się bawiłam, pisząc to opowiadanie i miałam nadzieję, że dla czytelnika też będzie to rozrywką, ale chyba trochę nie wypaliło :) Fantasy to najbliższy mi gatunek, tego czytam i piszę najwięcej, tylko zazwyczaj do szuflady, ale pewnie kiedyś jeszcze jakieś wstawię. A że zaczyna się dwa razy? Myślałam, że takie zwroty akcji są cacy, bo przecież jakby tak od razu pozbyli się czarownicy, to byłoby gorzej :)

 

Saro Winter, dziękuję za przeczytanie i klika. Cieszę się, że wg Ciebie jest to ładna bajka i że pomysły na warkocz i labirynt się podobały. Szkoda, że się nudziłaś :( To niechcący! :D

A że zaczyna się dwa razy? Myślałam, że takie zwroty akcji są cacy, bo przecież jakby tak od razu pozbyli się czarownicy, to byłoby gorzej :)

Zwroty są OK, one takim tekstom bardzo się przydają, więc sama koncepcja tych zwrotów ogólnie była dobra. Problem z tym “drugim początkiem” polegał na tym, że już z grubsza można się było domyślić, jak będzie przebiegać dalsza część historii, więc i siłą rzeczy (w wyniku tej przewidywalności) trudniej było się z tą historią “zabrać”.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wbrew tytułowi bohaterką tej opowieści jest dla mnie zdecydowanie Mala. Rapunkuł wydawał mi się mocno gamoniowaty. Facet, a tak po prostu pozwala się ukryć przed potworami. Nie marzyła mu się walka z nimi, ocalenie ludzkości i takie tam? ;)

Czytało się dobrze, choć faktycznie, jak zauważył CM, zdażył się tam restart. Bo Mala już wygrała, już witała się z gąską, a tu pyk, musi zaczynać od nowa. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby mi to specjalnie przeszkadzało.

Trochę mnie dziwi, że po śmierci czarownicy wyparował czar rzucony na Rapunkuła, a pozostał ten rzucony na Malę. A poza tym, fajna bajka :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

CM, trafna uwaga, będę na takie coś uważać następnym razem.

 

Irko, dziękuję za klika i komentarz. Super, że fajna bajka, szkoda, że Rapunk wydał się gamoniowaty, ale w pewnym momencie było o tym, że chciał walczyć, tylko czarownica mu nie pozwoliła. No, w sumie taki trochę pantofel, ale tacy też są :) Co do czaru, wyszłam z założenia, że różne czary różnie działają. Jeden jest permanentny, inny może działać np. pochłaniając moc z czarodzieja, więc jak umrze, to już nie działa.

Interesujące odwrócenie dobrze znanej baśni :) Pomysł z labiryntem ciekawy, warkocz z brody również, postać Mali fajnie zbudowana… Ale. Ale niestety fragment z wędrówką przez labirynt już po oślepieniu mnie również trochę się dłużył. W zasadzie fajnie opisałaś w nim odbieranie otoczenia innymi zmysłami, ale trochę mnie to nie przekonało, że dziewczyna do tej pory widząca tak szybko zaadaptowała się do nowej sytuacji, jej zmysły natychmiast się wyostrzyły, a ona nauczyła się z nich korzystać – owszem, gdzieś tam się zgubiła kilkukrotnie, gdzieś potknęła… Ale generalnie rewelacyjnie sobie radziła. Nie jestem pewna, czy tak jest w rzeczywistości, choć doświadczenia w tej materii mi brak. Kolejne ale: ta nagle pojawiająca się miłość między bohaterami była trochę naciągana. Taka obrotna i zaradna dziewczyna zakochuje się ot tak w zupełnie nieobrotnym i niezaradnym facecie, bo tego wymaga baśń? No nie wiem… Jeśli chodzi o kwestie językowe, było kilka niezręcznych sformułowań i trochę powtórzeń (prawdę mówiąc, w pierwszym akapicie, w którym pojawia się warkocz, zaczęłam ów warkocz liczyć i wyszła mi okrągła piąteczka… A to był tylko ten jeden akapit), radziłabym się temu jeszcze przyjrzeć. Wytrąciło mnie też z rytmu parę słów, które wyglądały na anachronizmy (choć to tylko moje subiektywne odczucie): kilkukrotnie przywołany lekarz, a także "zerwałem" (już nie wspominając o moich wątpliwościach, czy można tak po prostu "zerwać" z kimś w przypadku małżeństwa). Podsumowując: nie wszystko mnie przekonało, a tekst prosi o jeszcze kilka szlifów. Niemniej cieszę się, że rzucił mi się w oko w bibliotece, bo przeczytałam go z zainteresowaniem i przyjemnością :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nano, dziękuję za komentarz i przeczytanie. Być może nie wszystkie elementy za dobrze przemyślałam. Zerknę na te powtórzenia z warkoczem. Cieszę się, że przeczytałaś z przyjemnością :)

Taka baśń smiley Fajny pomysł, wyraźna inspiracja “Roszpunką”, a nawet motywu nici Ariadny z mitu o Minotaurze. Konsekwentnie wykreowałaś świat. Nie dostrzegłam błędów ortograficznych, ani fleksyjnych, co też jest nie lada sukcesem w języku polskim wink Jednak język, którego użyłaś, jest bardzo prosty, wręcz momentami infantylny. Gasiłaś napięcie jeszcze zanim zdążyłaś je w pełni zbudować. Warto zwracać uwagę na atmosferę, którą się tworzy, i uważać, aby jej nie likwidować.

Pozdrawiam,

Natalia

Szklany Anioł

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Pikaczu! Ech, przy fantasy mi się czasem załącza ten infantylny język, ale pracuję nad tym. Będę uważać w przyszłych tekstach, by nie likwidować stworzonej atmosfery.

Fajnie przekształcony pierwowzór, mi osobiście fabuła się bardzo podobała, raczej to kwestie techniczne mniej,  ale tak czy inaczej było i ciekawie, i bajkowo:)  

Czarna Adelajdo, dziękuję za komentarz i cieszę się, że fabuła się podobała!

Zabije was oboje! 

Zabiję

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki, Anet! Już myślałam, że piszesz, że mnie zabijesz :D

Słuchaj, to są Twoje słowa ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nowa Fantastyka