- Opowiadanie: Astraph - W toku

W toku

Disclaimer – za cyberpunkiem nawet nie tyle nie przepadam, co po prostu go nie czuję. Tym niemniej, widząc że tegoroczne Kryształowe Smoki miały konwencję “Cyberpunk: w służbie zła”, postanowiłem spróbować swoich sił. Pomysł lekko inspirowany “Tunelem” Sebastiana Imielskiego.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

wilk-zimowy

Oceny

W toku

Zwykły poranek, jak co dzień. Pobudka. Mycie zębów. Szybkie, lekkie śniadanie. Pięć minut na sprawdzenie biuletynu informacyjnego. Reportaż ze spotkania ambasador Związku z panią Naczelnik. Krótki klip z frontu, nasi chłopcy i flaga powiewająca nad na wpół zakopanymi w piasku ruinami. Gospodarka idzie w górę. Aktualizacja oprogramowania noosferycznego zaplanowana na drugą piętnaście.

Zbierając się do wyjścia zerkam jeszcze szybko na licznik. Piąta ranga, osiemdziesiąt dwa procent postępu do awansu na czwartą. Wspaniały system. Podskórny czip identyfikacyjny, drony monitorujące nad ulicami, pełzacze przeszukujące bezdenne głębie noosfery. Wszystko dbające, by każdy obywatel został sprawiedliwie oceniony. By za dobre wynagradzać, a za złe karać. Wyższa ranga oznacza więcej punktów do wydania, dostęp do lepszych usług, przydział na lepsze, bardziej odpowiedzialne stanowisko.

Z ciekawości sprawdzam wyszczególnienie. Ciekawe… mam naliczoną za wczoraj karę? Za co…? “Niepochlebna wypowiedź”? Muszę się zastanowić, kiedy… Tak, chyba już wiem. Muszę na przyszłość być staranniejszy. System zaprogramowali specjaliści. Psycholodzy, socjolodzy, cała rzesza znakomitych ludzi, wiedzących lepiej ode mnie, na czym polega bycie dobrym obywatelem. Muszę się dostosować.

Pierdolony kaganiec.

Zatrzymuję się w pół kroku. Myśl przeleciała przez głowę jak błysk, wypadła równie szybko jak powstała. Ale była tam. Dobrze, że nie powiedziałem nic na głos. Muszę się kontrolować. Przecież chcę tego awansu. Mieszkania z widokiem na jezioro. Pozwolenia na założenie rodziny.

– Nie dam się zasrańcom.

Ręka zastyga na klamce. Tym razem słowa wypowiedziałem bezwiednie, półgłosem. Czuję, jak po karku spływa zimny pot. Sprawdzam licznik. Nie, nie ma kary. Mikrofon musiał nie wyłapać. A jeśli jednak? Przecież system może potrzebować paru sekund na reakcję. Nie, bez zmian. Muszę wziąć się w garść. Spokojnie.

– Nie zrobią ze mnie trybika. Nie ma bata. Nie uda wam się, słyszycie? Nie!!! – krzyczę.

Chwytam nadgarstek, próbuję zasłonić terminal ręką. Za późno. Wibracja oznajmia przybycie nowej wiadomości. Boję się sprawdzić licznik. Drugie powiadomienie. Ani chybi informacja o degradacji. Szlag… nie… dlaczego?! Przecież to nie są moje myśli… ja bym nigdy tak nie… co się dzieje?!

Wciskam przycisk alarmowy. Za chwilę przyjdzie pomoc. Dysydenci. Tak, to musi być ich robota. Przecież w sieci ostrzegali, że jakaś banda planuje zamach przy użyciu nanitów. Drobne jak pył śmieci, robią ci z mózgu papkę. Czasami dosłownie. Czy to dlatego wczoraj w metrze powietrze miało ten dziwny posmak? Myślałem, że mi się tylko wydawało…

Nagle głowa eksploduje oślepiającym bólem. Nie ma miejsca na składne myśli, pozostaje jednolity jazgot, jak zgrzyt gniecionego metalu. Kolory odpływają, przedpokój zastyga, rozpada się na piksele. Ruch rozpływa się, rwie się, niknie. Dźwięk spowalnia, rozrywa się na piski i zgrzyty.

Chaos.

 

* * *

 

– Szlag.

Wskaźniki na jednym z wyświetlaczy zgasły, sygnalizując awaryjne wyłączenie systemu. Kilka poziomów niżej, w komorze izolacyjnej, jeden z obiektów został na powrót wprowadzony w stazę przy pomocy wstrzykniętego prosto w krwioobieg koktajlu anestetycznego. A szło tak dobrze. 

Sprawdził inne odczyty. U pozostałych warunkowanych nie było żadnego poważniejszego zaburzenia. Tu i ówdzie występowały drobne odchyły, ale nic z czym nie byłby w stanie poradzić sobie automat.

Ten jeden drań, pomyślał, stukając palcem w czarny ekranik. Uparł się sprawiać mi kłopoty.

Dupek ciągle wprowadzał jakieś zaburzenia do każdej symulacji warunkującej, odrzucał starannie wykrojone pod jego profil psychologiczny nagrody za dobre sprawowanie. Podświadomość zawsze znajdowała sposób by z hukiem wywrócić wszystko do góry nogami. Co za sukinkot.

Kusiło go, by po prostu sięgnąć po opcję ostateczną. Połączenie starannie dobranych neurotropów z odpowiednio zaprogramowanymi nanitami było w stanie uczynić cuda. Albo zostawić po sobie pustą skorupę w stanie śmierci mózgowej, w zależności od reakcji organizmu. No i w tym właśnie tkwił problem.

Ze zwykłymi dysydentami sprawa jest prosta. Pewne elementy osobowości – nonkonformizm, zbytnią ciekawość, przesadną samodzielność – da się usunąć, tak jak bot chirurgiczny wycina ze zdrowej tkanki zmiany rakowe. Albo jak wymazuje się uszkodzone pliki z chmury – chociaż za tym porównaniem nie przepadał. Było zbyt… prostackie. Redukowało człowieka do poziomu bezdusznego kodu. Tak czy inaczej, końcowym rezultatem był idealny obywatel. Posłuszny, karny, produktywny.

Oczywiście, umysł ludzki jest bardziej skomplikowany od krojonej skalpelem kupy mięsa. Sama operacja skalpelem czy nanitami nie wystarcza praktycznie nigdy. Konieczna jest też manipulacja stężeniem neuroprzekaźników, zastosowanie odpowiednich technik behawioralnych, czasami, nazywając rzeczy po imieniu, po prostu tresura. Wszystko to oczywiście obarczone ryzykiem porażki. Jeden źle zaprogramowany bot, drobne zaburzenie procesów biochemicznych – i gratulacje, obiekt zostaje nieodwracalnie uszkodzony.

W wypadku zwykłych dronów nie jest to wielkim problemem – żaden urzędnik czy robotnik nie jest niezastąpiony. Co innego naukowcy czy inżynierowie. Ryzykować zmarnowanie lat edukacji – a co ważniejsze, doskonałego materiału genetycznego? Co za marnotrawstwo!

Już nawet nie chciał myśleć o innych konsekwencjach. System dbał nie tylko o trywialny wybór pomiędzy dobrem a złem. Znacznie ważniejsze było dbanie o wydajność i jakość wykonywania procesów. Błędy oznaczały kary punktowe, degradację rangi, wreszcie odsunięcie od obowiązków.

Dlatego z cennymi jednostkami – tak jak tym tutaj – należy postępować ostrożnie. Przed aresztowaniem projektował biosfery dla księżycowych kolonii, był jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. Warunkowanie musiało być robione ostrożnie, krok po kroku. Całą misterną konstrukcję ludzkiej jaźni trzeba było przekonfigurować delikatnie, jak atomy w drukarce nanoskopowej. Niestety, w wypadku wybitnie opornych umysłów sprowadzało się to często do bezproduktywnego przeciągania liny. Wprowadź program. Zobacz reakcję. Zmodyfikuj parametry, zapętl. I tak w kółko, do znudzenia.

Podrapał się po nosie. Gdyby odpowiednio zredagować raport… Może dostałby zgodę na podejście do problemu od drugiej strony. Pozostawić jedynie obiektywnie cenne elementy. Intuicję techniczną. Doskonałą pamięć i zdolność do łączenia faktów z wielu dziedzin, także wybiegających poza wyuczoną specjalizację. Nieszablonowe podejście do stawianych przed obiektem problemów. Tak wypreparowany konstrukt – bo już nie osobowość – przekopiować na odpowiedni nośnik, podpiąć peryferia i jazda. Wiedział, że dało się to zrobić. Sam przecież opracował prototyp i spisał pierwszą procedurę. Owszem, podczas testów wynikły pewne drobne komplikacje, ale… gdyby tylko…

Przygasił monitory by dać odpocząć oczom. Tak, to dobry pomysł. Musiał tylko pomyśleć nad doborem słów. Poddanie obywatela trzeciej rangi – nawet zdegradowanego za udział w antypaństwowym spisku – procedurze serwilizacji wymagałoby zgody Naczelnik. A prośby skierowane do niej muszą być precyzyjne i starannie sformułowane. Na wszelki wypadek.

Przymknął oczy. Krótka drzemka dobrze mu zrobi, pomoże zebrać myśli. A potem usiądą z panem inżynierem do kolejnej tury mentalnego przeciągania liny. Tym razem uda się wytłumić echa niepokornych dewiacji. Na pewno.

 

* * *

 

Patrzyła jak uśpione za pleksiglasową osłoną ciało stopniowo się rozluźnia. Wykrzywiający twarz paroksyzm bólu ustąpił w miarę jak wstrzykiwane chemikalia wprowadzały je na powrót w stan stazy. Zerknęła na unoszący się obok hologram. Z wyświetlonego na nim raportu wychwyciła najważniejszą informację; nie udało się jeszcze przełamać oporu wobec prób przewarunkowania. Profesor cały czas ponosił porażkę w starciu z niepokornym inżynierem.

Potrzebowali go. Cały naród potrzebował z powrotem swojego największego konstruktora. Owszem, znajdą prędzej czy później kogoś na jego miejsce – ale czekanie na to oznaczało opóźnienia, zmiany i zaburzenia. Coś, co nie powinno mieć miejsca na tym świecie.

– Pani Naczelnik – odezwał się elektroniczny głos. Obła, duralowa skorupa drona stróżującego zakołysała się w powietrzu, a holograficzny raport zgasł. – Proszę wybaczyć, ale pozostała godzina do spotkania z Radą.

Odeszła od kapsuły, stukając podkutymi butami o ażurową podłogę. Mijała ciągnące się w nieskończoność rzędy pogrążonych w śpiączce ciał. Kobiety, mężczyźni, czasem dzieci. Wszyscy z jakimiś skazami, mentalnymi ubytkami do uzupełnienia. Dawniej gniliby, jedni zamknięci w szpitalach i więzieniach, inni po prostu martwi. Teraz? Teraz mieli szansę na poprawę. Żadne nieposłuszeństwo, żadna zbrodnia nie zamykała już drogi do odkupienia.

Technologia to wspaniała rzecz.

Dron stróżujący sunął bezgłośnie pół metra od niej. Strażnik idealny, ciałem i duszą. Nie męczył się, nie wahał. Już nie. Tę – prawdopodobnie jedyną – jego wadę udało się wyplenić zupełnie.

Powstrzymała się przed wyciągnięciem ręki i pogładzeniem metalowej obudowy. To nie pies, skarciła się w myślach. Istoty ludzkie zasługują na większy szacunek. Nawet, jeśli dawne błędy raz na zawsze zmieniły ich życie.

Powędrowała wzrokiem w górę, w plątaninę kabli i przewodów pokrywającą sufit. Kiedy profesor przedstawił jej pierwsze projekty urządzenia warunkującego, nie spodziewała się, że rezultat ostateczny będzie tak… chaotyczny. Niektórzy mówili, że cały ośrodek budził niepokój, że roztaczał wokół siebie dziwną aurę. Że sprawiał wrażenie sztucznej istoty, żyjącej swoim własnym, niezależnym od Państwa życiem. Jeden z pracujących przy projekcie psychotechnologów wprost twierdził, że niezależnie ile czasu spędził w budynku, nigdy nie był w stanie pozbyć się przytłaczającego poczucia obcości.

Głupcy.

Czasami zastanawiała się, jak wygląda świat profesora. Przedstawiając jej swój ostatni projekt tłumaczył, że poddany procedurze serwilizacji umysł zachowuje szczątkowe formy samoświadomości. Że przy odpowiednio skonfigurowanym środowisku obiekt może nawet nie zauważyć momentu przejścia. Że będzie pracował dalej, przekonany że wszystko pozostało po staremu. Jak mózg w słoju z opowieści dawnych wizjonerów, karmiony z zewnątrz ułudą rzeczywistości, nie do odróżnienia od prawdy.

Musiała przyznać, że nawet w niej budziło to pewien niepokój. Koniec końców… nikt nie jest nieomylny, nieprawdaż? Co by było, gdyby ktoś niepowołany dostał w swoje ręce tak potężną technologię? Gdyby uznał w swoim szaleństwie, że byłby w stanie urządzić świat po swojemu… lepiej od niej?

Na szczęście ten strach udało się zażegnać szybko, sprawnie i definitywnie. Zabawne, jak czasami problem sam zawiera w sobie narzędzia potrzebne do jego rozwiązania.

Jej terminal zapiszczał, obwieszczając otrzymanie wiadomości. Raport od profesora. Przebiegła po nim wzrokiem, odrzuciła załączoną pod koniec prośbę, usunęła plik. Dała mu wszystko, czego potrzebował. Nieograniczone środki. Całkowitą kontrolę nad procesem warunkowania i serwilizacji podpiętych do ośrodka dysydentów. Pozbawiła całego zbędnego balastu, odciągającego go od pracy. Zmęczenia, dziwnych myśli, pokus ciała. W zamian oczekiwała tylko jednego. Wyników.

A jeśli faktycznie okaże się to ponad jego siły… Cóż. Ludzie zasługują na szacunek. Programy można zastąpić. Piękno jego położenia polegało na tym, że należał do obydwóch światów.

Winda zamknęła się z cichym sykiem. Na górze czekał cały, wspaniały świat. Cały czas w toku, cały czas powstający – ale z każdym dniem coraz bliższy.

Koniec

Komentarze

Dość sprawnie napisane. Parę razy coś tam zgrzytnęło, jak na przykład to:

Tu i ówdzie występowały drobne odchyły

Chyba postawiłbym na “odchylenia”. ‘Odchyły’ to raczej język mocno potoczny, żeby nie powiedzieć slang. Narrator raczej nie przejawia więcej inklinacji w tym kierunku.

Trochę mniej mi się podobna, że ten tekst to bardziej opis wymyślonego świata. Prześlizgiwanie się po bohaterach jest pretekstem do opisu realiów w których się znajdują. Jest sytuacja, jest potencjał na historię, ale tej historii tu nie ma.

Pierwsza część od razu skojarzyła mi się z Limes Inferior, tylko streszczonym pobieżnie w paru akapitach.

Jest science, dołóż fiction i może być całkiem przyjemnie.

Faktycznie, wywaliłem się na potoczności sformułowania. Poprawka naniesiona. :)

ten tekst to bardziej opis wymyślonego świata.

Nie wiem, na ile będzie to przekonywujące usprawiedliwienie – ale taki własnie miałem zamysł. Chciałem opisać nie tyle postaci, co tę konkretną technologię i sposób w jaki mogłaby zostać wykorzystana w służbie zawartego w temacie konkursu “zła”. Ludzka świadomość to najbardziej osobista i prywatna rzecz, więc wynalazek pozwalający ją kształtować zdawał mi się świetnie wpasowywać w założenia. Nie chciałem odwracać od niego uwagi – dlatego postaci pozostały mocno generyczne.

Zastanawiałem się nad wykorzystaniem pozostałego limitu znaków na rozbudowanie pierwszej części – ale ponownie, nie chciałem odrywać uwagi czytelnika od technologii i stworzonej przez nią swoistej matrioszki światów: uwięziony dysydent → zredukowany do roli narzędzia naukowiec → stojąca na czele Naczelnik.

To może wywalić Panią Naczelnik, a poświęcić cały limit na pojedynek technologia kontra świadomość. W samym tekście jest jedno podejście i jedna reakcja na nie. Przeskakiwanie między profesorem a bohaterem mogłoby dać szansę na budzenie ciekawości i zaskakiwanie.

Nie przepadam za opowiadaniami pisanymi na konkurs, którego założeń i wymagań nie znam, i pewnie dlatego W toku, choć czytało się nieźle, nie całkiem do mnie trafiło. Nie ukrywam też, że poruszona tu tematyka, nie należy do moich ulubionych.

 

Nie!!! – krzy­czę na głos. ―> Masło maślane – czy można krzyczeć bezgłośnie?

 

Ten jeden drań – po­my­ślał, stu­ka­jąc pal­cem w czar­ny ekra­nik – na­parł się spra­wiać mi kło­po­ty. ―> Ten jeden drań – po­my­ślał, stu­ka­jąc pal­cem w czar­ny ekra­nik. Na­parł się spra­wiać mi kło­po­ty. 

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

także wy­bie­ga­ją­cych wy­uczo­ną spe­cja­li­za­cję. ―> Co to znaczy wybiegać wyuczoną specjalizację?

 

Z wy­świe­tlo­ne­go nań ra­por­tu wy­chwy­ci­ła… ―> Z wy­świe­tlo­ne­go na nim ra­por­tu wy­chwy­ci­ła

Za SJP PWN: nań «na niego»

 

 – Pani Na­czel­nik – ode­zwał się elek­tro­nicz­ny głos. ―> Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaciekawia, ale ta ciekawość nie zostaje zaspokojona, przynajmniej w moim przypadku. Jest potencjał, żeby rozbudować tę historię, opisać lepiej świat i jej bohaterów, dołożyć wyjaśnienia związane z zastosowaną technologią. Ta ostatnia, w moim przekonaniu, nieco kuleje.

 

Garść dodatkowych uwag poniżej:

 

Ten jeden drań – pomyślał, stukając palcem w czarny ekranik – naparł się sprawiać mi kłopoty. 

 

– uparł

 

Pewne elementy osobowości – nonkonformizm, zbytnią ciekawość, przesadną samodzielność – można po prostu usunąć, tak jak bot chirurgiczny wycina ze zdrowej tkanki zmiany rakowe.

 

– czyżby, tak po prostu?

 

 

Redukowało człowieka do poziomu bezdusznej maszyny.

 

– dane w chmurze to nie maszyna, raczej plik, kod.

 

procesy myślowe są splecione w nieprzewidywalny sposób, usunięcie jednej funkcji może nieodwracalnie zniszczyć pozostałe.

 

– tutaj musiałbyś się zastanowić, czy grzebiesz w “software” czy w “hardware”? Wcześniej zoruzumiałem, że chodzi o fizyczną operację na mózgu, teraz piszesz o usuwaniu funkcji. Warto byłoby dać więcej szczegółów, IMO ;)

 

Tak wypreparowany algorytm – bo już nie osobowość – przekopiować na odpowiedni nośnik, podpiąć peryferia i jazda.

 

– zbytnie uproszczenie, algorytmy mogą obsługiwać tylko proste zadania. Machine learning może?

Exit light

Ponownie dziękuję za poświęcony czas i uwagi – przeczytam, zastosuję :)

 

Regulatorzy – Dziękuję za link, – przeczytane, dodane do zakładek. Zapisywanie myśli postaci zawsze sprawiało mi sporo kłopotów, teraz mam przynajmniej dobry punkt odniesienia.

Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć :)

 

Ja się podepnę pod to co napisał seener – z “Limes Inferior” mi się to od razu skojarzyło. Nieco mniej, bo jedynie kilkoma motywami, ale też z “Różańcem” Kosika. Podoba mi się Twój styl, całkiem zgrabny, fajnie się to czyta. Szkoda tylko, że nie za wiele jest tutaj fabuły, ale skoro piszesz, że tak miało być to OK, przyjmuję tłumaczenie :)

 

PS. W pewnym momencie powiało dla mnie grozą, bo myślałem, że pójdziesz w kierunku, w którym ja poszedłem w opowiadaniu leżącym aktualnie na becie. Ale na szczęście nie poszedłeś, uff ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

No właśnie Outta, ja też pomyślałem o Twoim opku :)

Exit light

Czytałam na komórce jakieś dwa dni temu, wpadłam dzisiaj, żeby skomentować i – kurczę – nie pamiętałam tekstu. Niby sprawnie napisane, ważki temat do tego, ale czegoś brak. I właściwie trudno mi powiedzieć czego, nie mam pojęcia, czemu mi tak szybko z głowy wyparowało. Miałeś chyba stosunkowo niski limit znaków jak na tak rozbudowaną historię i może dlatego. Chyba za bardzo starałeś się skracać i streszczać, zamiast dać opowieści płynąć w swoim tempie.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Kawał dobrego opowiadania.

Obawiałem się, że będzie proste przeniesienie tego, co w którymś odcinku Black Mirror, ale nie, wyszło trochę rozważań etyczno-technologiczno-społecznych. W dodatku udało Ci się wpleść tutaj twist. Ostatni akapit trochę mi zgrzyta, ale jako całość tekst jest bardzo wciągający. Trochę brakuje mi w stylu tekstu – to znaczy jest w porządku, nie jest zły, ale przy takich rozważaniach w scenariuszu chciałbym kiedyś zobaczyć Twoje teksty na warsztacie “wyższym”.

 

Przed niektórymi akapitami masz nadmiarowe spacje.

 

"Drobne jak pył śmiecie"

– śmieci

 

"Pozostawić jedynie obiektywnie cenne elementy. Intuicję techniczną."

W nowych badaniach jednak samodzielność myślenia i wychodzenia poza schematy też jest istotna.

 

"Niektórzy mówili, że cały ośrodek budził niepokój."

A to zdanie samo w sobie… Niezależnie od jego kontekstu w tekście niesie drugą warstwę, taki komentarz do tego, że wszystko normalnieje, nawet jesli ledwie rok czy dwa wcześniej było nie do pomyślenia.

 

Dla mnie – od strony pomysłu jeden z ciekawszych tekstów ostatnich 30 dni. Brakło w nim natomiast klimatu (a szkoda).

 

Edit:

Choć inna sprawa, że w takich rozważaniach nie zawsze klimat jest najważniejszy.

 

Polecone, więc przeczytałem. Napisane sprawnie, acz pomysł nie nowy, to podane poprawnie. Początek bardzo fajny, wzbudził apetyt na to, co po nim. Ale im dalej, tym mniej mnie wciągało. Tempo siadło, dynamika z początku gdzieś wyparowała. I, niestety, mam jak Irka. Po godzinie od lektury pamiętam dobrze ten bdb początek, ale reszta gdzieś się w pamięci rozmyła. A szkoda. Chińczycy to robią, w Europie już też, aż się prosiło o rozkminę następstw moralnych, psychologicznych etc. Ale nie od strony Naczelnik! Ona kompletnie wypłaszczyła ten tekst jeśli chodzi o zaangażowanie czytelnika. O ile z bohaterem ze startu szybko się związałem, to naczelnik i jej dywagacje były mi kompletnie indyferentne. Seener miał bdb radę:). Szkoda, bo potencjał był! Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Dziękuję wszystkim nowym komentującym, a starszych spieszę przeprosić – nie byłem świadom, że poprawki wprowadzamy również na forum. Dla jasności – w żadnym wypadku nie zostały one zignorowane, wszystkie korekty wprowadzałem bezpośrednio do oryginalnego dokumentu na dysku.

Na szczęście wiedzę tę mi przekazano, wszystkie (mam nadzieję) wypunktowane powyżej błędy zostały poprawione również w poście. :)

 

Irka_Luz – Limit znaków niestety jest kiepską wymówką, jako że miałem jeszcze spokojnie miejsce na dodatkowy tekst. Jeśli już, zabrakło mi czasu – na pomysł wpadłem dosyć późno, a sam tekst słałem rzutem na taśmę… Przy czym, ponownie, kiepska organizacja pracy to równie słaba wymówka ^^’

 

wilk-zimowy – Jak pisałem we wstępie, cyberpunk czuję raczej średnio – Black Mirror w ogóle nie oglądałem dla przykładu… 

"Niektórzy mówili, że cały ośrodek budził niepokój."

A to zdanie samo w sobie… Niezależnie od jego kontekstu w tekście niesie drugą warstwę, taki komentarz do tego, że wszystko normalnieje, nawet jesli ledwie rok czy dwa wcześniej było nie do pomyślenia.

Tutaj zaryzykuję odpowiedzią pytaniem na pytanie – w którym kierunku to zdanie powinienem przerobić? Wywoływany przez ośrodek niepokój wynikał z jego nietypowej i odbiegającej od uporządkowanego, przewidywalnego wzorca konstrukcji. Z jednej strony, faktycznie, wraz z upływem czasu uczucie powinno to słabnąć, a dziwność powszednieć. Z drugiej, poprzez podkreślenie jego autonomii i imitującego żywą istotę charakteru chciałem raczej zasugerować, że niepokój ten jest bardziej podświadomy, niezależny od upływu czasu.

Tak czy inaczej, spróbowałem “coś” tutaj zdziałać.

 

Nadmiarowe spacje są jakąś ciekawą anomalią – oryginalny dokument ich nie ma… Podejrzewam że pojawiły się gdzieś na etapie przeklejania tekstu do zapostowania. Tak czy kwak – poprawnione, w przyszłości będę zwracał na to uwagę przed wysłaniem tekstu :)

 

rrybak (a także Seener) – Przez ostatni tydzień kilka razy zabierałem się do prób przerobienia całości pod tym kątem (wstęp zawiera wystarczająco dużo zaczepek by chociażby opisać ten wspomniany przez narratora atak nanitowy)… I chyba faktycznie przy najbliższej okazji spróbuję podejść do tego z tej strony. Panią Naczelnik nie chciałbym wyrzucać – wydaje mi się, że przy odpowiednim rozbudowaniu pojedynku pomiędzy pomiędzy inżynierem a profesorem jej fragment (i związane z nim spowolnienie) stanowiłoby przyzwoity epilog dla całości. Bardzo chciałem pokazać punkt widzenia “tych złych” – nie po to by ich w jakikolwiek sposób wybielić (od takich dywagacji mam subreddit r/EmpireDidNothingWrong ;) ), ale by pokazać do czego są skłonni się posunąć, by wykorzystać daną im do rąk technologię.

Astraph – no, no, jak na kogoś, kto nie czuje cyberpunka, spisałeś się całkiem nieźle (chociaż w sumie chyba nie powinnam oceniać, bo ja też nie czuję :P).

Podobała mi się koncepcja “naprawiania” ludzi, wtłaczania ich w jedyną odpowiednią formę. Bardzo niepokojąca wizja, która spełnia przesłanki “w służbie zła” idealnie :) Moje pierwsze skojarzenie (jeszcze zanim dotarłam do końca), to taki Matrix, tylko trochę inaczej ;)

Według mnie najlepiej przedstawiłeś postać inżyniera, poświęcając jej najwięcej uwagi w tekście, przez co dajesz czytelnikowi szansę na to, by związać się z bohaterem. Potem zostało Ci już niewiele znaków, które musiałeś rozdysponować między profesora, a panią Naczelnik (a musiałeś jeszcze w międzyczasie sporo powyjaśniać), przez co związek jest dużo słabszy, o ile w ogóle.

Moim zdaniem najmocniejszą stroną tekstu jest pomysł.

Zastanowiłabym się na rozbudowaniem go, dodaniem odrobiny akcji, uwypukleniem postaci profesora i Naczelniczki.

Mam tylko problem tutaj:

A jeśli faktycznie okaże się to ponad jego siły… Cóż. Ludzie zasługują na szacunek. Programy można zastąpić. Piękno jego położenia polegało na tym, że należał do obydwóch światów.

Jak to profesor należał do obydwóch światów? Nie bardzo rozumiem. Z tekstu wywnioskowałam, że ludzie są “naprawiani” i potem jakby wypuszczani na wolność. Czy oni są podpięci do tych maszyn ciągle? O co cho?

 

Warsztatowo ok, gdzieś mi mignęły jakieś powtórzenia, ale nic poważnego.

 

Generalnie całkiem nieźle, cieszę się, że miałam dobrą konkurencję (tak, też napisałam na ten konkurs :P).

O, omal nie przegapiłem Twojej odpowiedzi.

Tutaj zaryzykuję odpowiedzią pytaniem na pytanie – w którym kierunku to zdanie powinienem przerobić?

To zdanie nie musi być przerabiane. Ono ma przekaz :-)

 

 

 

Iluzja – Czy ja wiem, czy taka mocna ze mnie konkurencja… Na podium nie trafiłem :D

Jak to profesor należał do obydwóch światów?

Hm… Możliwe, że tutaj przekombinowałem. Ale spróbuję rozłożyć to na czynniki pierwsze:

Bazowo, tak. Ludzie są naprawiani i wypuszczani na wolność. Ale, cytując profesora:

Tak wypreparowany konstrukt – bo już nie osobowość – przekopiować na odpowiedni nośnik, podpiąć peryferia i jazda. Wiedział, że dało się to zrobić. Sam przecież opracował prototyp i spisał pierwszą procedurę.

Równocześnie, za Naczelnik:

Co by było, gdyby ktoś niepowołany dostał w swoje ręce tak potężną technologię? Gdyby uznał w swoim szaleństwie, że byłby w stanie urządzić świat po swojemu… lepiej od niej?

Na szczęście ten strach udało się zażegnać szybko, sprawnie i definitywnie. Zabawne, jak czasami problem sam zawiera w sobie narzędzia potrzebne do jego rozwiązania.

oraz

Dała mu wszystko, czego potrzebował. (…) Pozbawiła całego zbędnego balastu, odciągającego go od pracy. Zmęczenia, dziwnych myśli, pokus ciała.

Mówiąc pokrótce – osobniki uparte, oporne, lub w inny sposób niebezpieczne, przerabia się na posłuszne “sztuczne” inteligencje. Profesor jest twórcą tego procesu – a naczelnik, jako paranoiczna autokratka, zrobiła z profesora jeden z pierwszych obiektów tej procedury.

 

Powtórzę – możliwe, że tutaj przekombinowałem. Pisanie intryg i kamuflowanie tego, co naprawdę ma miejsce, nigdy nie szło mi za dobrze. Próbowałem podczytywać, uczyć się na przykładach, ale w większości wypadków po prostu płynąłem z tokiem opowieści i nie byłem w stanie skupić się na całej fabularnej maszynerii pracującej za kulisami. Dopiero niedawno, prowadząc swoją pierwszą poważną kampanię RPG, zmusiłem się do jako-takiego ogarnięcia tego całego procesu.

 

wilk-zimowy – Do licha ciężkiego, chyba z kwadrans spędziłem, ślęcząc nad tym fragmentem i próbując coś z nim zdziałać XD

Ale czy ja gdzieś napisałem, ze jest złe? :D

Nie zawsze gdy ktoś zwraca uwagę na jakiś fragment tekstu, musi oznaczać, że wyłapał błąd. Czasem oznacza to tyle, że udało Ci się w tym miejscu przykuć uwagę czytelnika :D 

 

udało Ci się w tym miejscu przykuć uwagę czytelnika :D 

Powyższy fragment przykuł moją uwagę, jednakże nie mam co do niego zastrzeżeń :P

 

 

Known some call is air am

Nie no, ja w ogóle lubię, gdy jakiś konkretny zwrot lub zdanie oddziałuje wyraźniej od reszty tekstu. Co ciekawe, czasami to nawet nie wynika z jego formy.

Hejka Astraph :) 

 

Siadam na widowni, jak zwykle spóźniona, ale zdążyłam w ostatnim momencie – właśnie rozsuwa się kurtyna. Choć tak naprawdę nie musiała, bo jest pleksiglasowa i wszystko przez nią widać. Ale rozsunięcie oznacza początek, czwarta ściana oddzielająca mnie, widza, od aktorów – znika. Zaczyna się. 

Czekam. 

Ukazuje się scena: jest szeroka i wysoka, z błyszczącą, metaliczną posadzką i ścianami tak wypolerowanymi, że aż czuję ich lodowatą gładkość. Jest niepokojąco czysto, sterylnie. Dużo technologicznych gadżetów, które miały życie ułatwiać, a je pustoszą. Jest intrygująco. Mrużę oczy, staram się zmusić je do przywyknięcia do jaskrawych świateł nowego świata. Nie bardzo chcą. 

Dostaję pierwszego bohatera, trochę bardziej przyzwyczajonego do realiów niż ja, ale widać, że też go uwierają. Mamy przebłyski jego świadomości i zaglądamy na moment do jego małej rzeczywistości (lekkie śniadanie, ludzie z wojska i marzenia dojrzewające gdzieś w domku nad jeziorem). Ktoś mu przeszkadza, bohater miota się, zaczyna się historia. Kibicuję mu. 

Mój bohater znika. 

Czekam.

Scenografia wynaturza i wysterylnia się jeszcze bardziej, wszystko świeci już tak mocno, że można oślepnąć, a i tak jasność ta nie zadowala majestatu najjaśniejszej Technokracji. Ciągle im mało, trzeba doświetlić jeszcze trochę. Lumenów, mocy, ulepszyć to wszystko, tu nie ma miejsca na żadne odstępstwa! 

Mój bohater nie wraca, przynajmniej nie tak, jakby on chciał wrócić, więc i dla mnie nie wraca. Patrzę na niego ja, patrzy na niego inny bohater, niewyraźny i mdły. Może to dlatego, że rozmył mi się za wieloma holoekranami. Dużo myśli, mało robi. 

Czekam.

Jest i bohaterka, jeszcze bardziej rozmyta, obserwująca mojego coraz bardziej nieobecnego bohatera. Okazuje się, że był kimś ważnym, najważniejszym. No ba, wiedziałam o tym od samego początku. Przecież myślał samodzielnie, co jak się okazało, było jego błogosławieństwem i przekleństwem. 

Dalej czekam. 

 

Innymi słowy: świetnie zrobiona scenografia, scenariusz z bardzo dobrym początkiem, mocno didaskaliowym środkiem i słabą końcówką, zagrany przez nierównych aktorów – za szybko zgasiłeś gwiazdę ;) 

 

Dzięki! 

Nowa Fantastyka