- Opowiadanie: rrybak - Bo wiesz, córeczko

Bo wiesz, córeczko

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Bo wiesz, córeczko

Bo wiesz, córeczko, to wszystko wcale nie musiało się wydarzyć. Kawałek międzygwiezdnego śmiecia, rozpędzony do wysokiej podświetlnej meteoroid, okruszek ledwie stukilogramowy, który znalazł się w miejscu, w którym już był główny komputer naszego statku. Oraz systemy dublujące.

Milisekunda wcześniej lub później i nikt nawet by tego nie zauważył. Ale stało się. Akurat w momencie, w którym  pierwszy lądownik – z tobą, mamą, mną jako pilotem i kilkunastoma tysiącami osiedleńców wchodził w górne warstwy atmosfery planety – celu naszej wieloletniej podróży.  Naszej, Ziemian, osadników. 

W innych wahadłowcach miały wylądować kolejne setki tysięcy. Miały. Dlaczego do tego nie doszło? Już ci wyjaśniam, maleńka. Odczyty z rejestratora naszego promu, roztrzaskanego podczas nieudanego awaryjnego przyziemienia, były jednoznaczne. Dwukilometrowy międzygwiezdny korab, zawierający wszystko, co potrzebne, by zapoczątkować na tej niepozornej planetce, kilkaset lat świetlnych od Sol, zupełnie nową cywilizację, właśnie wyłączył tranzytową osłonę siłową, ale jeszcze nie włączył lokalnej, orbitalnej. Mgnienie oka, nieistotna przerwa, raptem dwie tysięczne sekundy. Dla intruza wystarczająca. Przypadek jeden na kilkaset miliardów, nikt nie ponosił winy. Ale w efekcie sto pięćdziesiąt tysięcy par w hibernatorach, podobnie jak pięćdziesiąt tysięcy śpiących słodko dzieci, miliony przechowywanych w zbiorowych anabiozerach zwierząt, całe ładownie zapasów, roślin, sadzonek i nasion, laboratoria pełne kultur bakteryjnych przydatnych przy terraformowaniu, zniknęły po eksplozji siłowni. Również uszkodzonej i pozbawionej na ten jeden krytyczny moment stabilizacji pokładowych AI. Nie, to nie ich wina. Zwyczajnie, okazało się, że wbrew wszystkim zabezpieczeniom, czasem bywa i tak. A teraz dość już pytań! Koniec lekcji. Szkoda słońca. Leć się bawić!

***

Bo wiesz, córeczko,  myśmy jednak,  jakimś cudem, wylądowali. Jako jedyni cało i zdrowo. Nie licząc twoich drobnych zadrapań. Bez koordynacji idącej on-line ze statku-matki, lądownik się niestety roztrzaskał. Mama i wszyscy inni zginęli. Ale ty i ja nadal żyjemy. Chyba bym wtedy nie wytrzymał, gdybym stracił was obie. Chce ci się spać? Zaraz podam ci kocyk i poduszkę. Śpij, maleńka. Ja tymczasem trochę popracuję. Ładowarka się zawiesza, a na pewno nie chcemy, by się zepsuła. Do rana się z tym uporam, nie martw się, drobinko. Wszystko będzie dobrze. A bo to pierwszy raz? Po to zebrałem wszystkie nieuszkodzone części i podzespoły naszego lądownika, by żadna naprawa nie stanowiła problemu. Nauczę cię kiedyś, zobaczysz, jakie to łatwe. Dobranoc, córeczko.

***

Otworzyłaś oczy? Jak się spało? Mnie też doskonale, nie ma to jak zdrowo zmęczyć się przed snem. Choćby machając łopatą. Dlaczego wesoło się uśmiecham? Bo wiesz, córeczko,  dziś są twoje dziesiąte urodziny. Patrz, zrobiłem ci torcik z liofilizatu i świeczki z serwetek nasączonych tłuszczem z racji żywnościowej. Zdmuchniesz świeczki?  Tym razem nie? Przekorna jesteś, ale nic w tym złego. No dobrze, ja to zrobię. Też się uśmiechnij, malutka, nadal ze sobą jesteśmy, a to najważniejsze. Spójrz, mam dla ciebie prezent: całkiem nowy zamrażacz. Zamrozisz nim wszystko, co zechcesz. Fajny, prawda? Też mi się podoba. A jaki przydatny! Chcesz się pobawić? Tylko nie kieruj go na mnie, bo odmrażacza na razie nie zbudowałem. Może kiedyś zrobimy go razem. No dobrze, na pewno zrobimy, obiecuję ci, kochanie.

***

Znów ten wiatr. Wyje i wyje, jakby chciał nam coś powiedzieć. Też słyszysz w tym pojedyncze słowa? Mówisz, że nawet zdania? Przypadek, w końcu to zupełnie obcy świat. Chodź, schowajmy się do baraku. Porządny, z tytanowej blachy, nic go nie ruszy. Prawdziwy dom. Daj mi rękę. I niczego się nie bój. Bo wiesz, córeczko, tata będzie z tobą zawsze, a na tej planecie naprawdę nie ma się już czego bać. Damy sobie radę. Jak i do tej pory. Głodna jesteś? A może chce ci się pić? No zobacz, odsalacz wody pracuje, aż miło. To nic, że prowizorka, za to jaki trwały. Czwarty rok na chodzie. Pytasz, czy było trudno go zmontować? Niespecjalnie. Ale musiałem cię na kilka dni zostawić, pamiętasz, resztki ładowni spadły kilkadziesiąt kilometrów od kabiny pilota. Za to dziś mamy wodę. I lód. I wszystko słodkie… Dobrze jest żyć i mieć całkiem słodką wodę i siebie, nawet jeśli jesteśmy ostatnimi ludźmi w tym układzie. Albo pierwszymi.

***

Hmmm…  No dobrze, porozmawiajmy. Nie martw się, wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno. Bo wiesz, córeczko, zaczynasz dorastać. Właśnie stąd te ostatnie zmiany w twoim organizmie… Ale to przejdzie. Nie dzieje się nic takiego, czym musiałabyś się przejmować. Robisz się szczuplejsza w jednych miejscach, przybywa cię w innych, z pewnością mama wytłumaczyłaby ci wszystko najlepiej, ale mama jest daleko. I od dawna nikomu i niczego już nie tłumaczy. Czujesz się czasami, jakbyś nie panowała w pełni nad swoim ciałem? To też normalne. Dojrzewanie zmienia. Czasu nie zamrozisz, zwłaszcza, że zamrażacz znów się popsuł. Że niby nie ma powodu do żartów? Są, kochana, nie przejmuj się, na pewno naprawię.  Jeszcze dziś, najpóźniej jutro. A na razie spójrz, przygotowałem dla ciebie nowe łóżko. Wąskie? No wiesz, tak krawiec kraje… Daj rękę, pomogę ci wejść. Wygodne? No, ja myślę! Dwa tygodnie zaplatałem włókninę z pokładowych foteli. Dla ciebie wszystko, córeczko moja. Tak, wiem, że mnie bardzo kochasz. Ja ciebie też. Śpij dobrze, jutro zajmiemy się nowym ubraniem. Moje jeszcze się trzyma, ale twoje już całkiem nie pasuje.

***

Potrzebujesz więcej swobody? Rozumiem. I w pełni akceptuję. Bo wiesz, córeczko, jesteś już dorosła. Chcesz rozmawiać z wiatrem? Nie ma sprawy. Ja też kiedyś chciałem, jeszcze na Ziemi. Tutejszy jest inny. Groźny. Silny. Nieprzerwany. Sam się trochę dziwię, że te piekielne tornada aż tyle lat omijają nas z daleka. Twierdzisz, że uczycie się od siebie? Że to żyjąca istota? Faktycznie, też czasami mam wrażenie, jakby coś do mnie mówił. Rozumiesz, co? Że najpierw my zrobiliśmy gruby błąd, a potem on? Dobry żart. Błąd zrobiłem jedynie ja. Jaki? Namówiłem mamę na tę wyprawę.

***

Ta planeta jest jałowa. Terraformowanie miało to zmienić, lecz wszystko, co do niego potrzebne, spłonęło na statku-matce. Jesteśmy tu tylko my, sami. Ale wierzyć w ratunek trzeba. Wierzyć w ludzkość. Wierzyć w nas, w siebie, we własne możliwości i siły. I jeśli się tylko da – żyć dla innych. Z całej mocy! Bo wiesz, córeczko, bez tego już dawno by nas tu nie było. Żywych. Nie mielibyśmy żadnych szans. Mówisz, że ty w ludzkość nie wierzysz? Że jej w ogóle nie znasz? Że ma nas w nosie i dlatego wolisz wierzyć w wiatr? Masz prawo. Jeśli tylko pomoże ci to przetrwać…

***

Proszę cię, nie płacz. Niepotrzebne nerwy. W końcu nas odnajdą. Muszą. W przyrodzie nic nie ginie. Myśmy też bezpowrotnie nie zaginęli, zwyczajnie jesteśmy na bardzo długiej wycieczce. Chcesz coś przekąsić? Nie, nie traktuję cię jak dziecka. Zresztą, w porządku, może masz i rację. Przepraszam. Też mam już dosyć tych wiecznotrwałych liofilizatów i sztucznych witamin. Lecz dziękujmy Bogu, że mamy ich wciąż na dziesięciolecia. Oj, młoda, znów coś powiedziałem nie tak?!

…Chcesz zamieszkać sama?… Masz prawo, córciu. Ale odwiedź kiedyś starego ojca. No, nie krzyw się, żartuję tylko. Przecież wiem, że też mnie kochasz.

***

Fajnie, że znów przyszłaś. Nie, nie przejmuj się, nic takiego się nie dzieje. Wszystko w normie wieku, jak kiedyś mówiono. Martwisz się, bo marnie wyglądam i powinienem odpocząć? Może i powinienem. Ale jeszcze nie czas na to, i nie jest ze mną tak znów najgorzej. Bo wiesz, córeczko, owszem, zgoda, że siedem dych właśnie mi stuka. Za to ty jeszcze jesteś młoda. Dlatego wciąż za wcześnie, bym sobie odpuścił. No dobrze, niech ci będzie, dość młoda…

***

Podsumujmy: wiesz już i potrafisz wszystko to, co ja, uczyłem cię przecież dekadami. Najważniejsze sposoby na przetrwanie znasz. Z wyposażeniem oraz sposobami jego napraw także cię zapoznałem. Pamiętasz? Sprawa podstawowa: nadprzestrzenny nadajnik krótkiego zasięgu, do czterech parseków. Ogarniasz go idealnie. Zamontowałem nawet ostatnio mikrofon. Gdyby coś mi się stało, gdybym na przykład kiedyś zasnął na dłużej, pamiętaj: musisz codziennie włączać go na kwadrans. Tyle wytrzymają ładowarka i ogniwa słoneczne. I o tej samej porze.  Pokazywałem ci, jak.

***

Też cię kocham, córeczko. Chyba muszę się dziś wcześniej położyć, sen mnie jakoś morzy. Dobranoc, kochana… Tak, jesteś… dla mnie najważniejsza… na… świecie. Zawsze byłaś. Bo… wiesz… córeczko…

***

– Piotrze, pogadajmy wreszcie o raporcie dla Starego. Może zacznę od tego, że jednak ktoś ocalał. A myśmy tyle dekad sądzili, że wszyscy zginęli. Dobrze, że znów tu dotarliśmy.

– Zaraz tam my, na razie tylko roboty sondujące. Zanim my podejmiemy drugą próbę kolonizacji, to jeszcze ho ho, dekada lotu minie. Toż jesteśmy dopiero na półmetku.

– Wieczny malkontent. Grunt, że nasze sondy  zarejestrowały cykliczne włączanie nadprzestrzennego nadajnika, co dzień o tej samej porze.

– I co z tego, Anno? Przecież  u źródła sygnałów, na powierzchni planety, automaty znalazły wyłącznie rozpadający się barak z tytanowych blach, resztki zapasów żywności, odsalarkę i zmumifikowane zwłoki pilota orbitalnego lądownika.  Nawiasem mówiąc, miał gość siłę! Przeżyć  samotnie pół wieku w takich warunkach. Ciekawe, że leżał na posłaniu, jakby tylko drzemał, musiał parę lat wcześniej zasnąć i już się nie obudzić. A wiatr zrobił resztę.

– Tylko ten nadajnik. Nie mogę przestać o nim myśleć. Niby potem sam się załączał? Codziennie? Nie ma takiej opcji! Przecież nie chodził automatycznie, wymagał ręcznego sterowania. A na planecie nikogo więcej nie było! Sprawdźmy raz jeszcze, może ktoś tam nadal  żyje, tylko się ukrywa.

– Sprawdzałem, i to wielokrotnie, Anno. Oprócz cmentarza i zbiorowych grobów kilkunastu tysięcy, którzy zginęli podczas katastrofy, na całej planecie niczego i nikogo więcej. Chyba że uwzględnimy dziecięcy szkielecik z potrzaskanych kości, owiniętych bandażami. Wiesz, ten na… plecionej półce w chatynce pilota. Tak, pod zepsutym zamrażaczem. Nasz Robinson, zdaje się, po tej tragedii nie był całkiem normalny. Bo po co brałby zwłoki i trzymał je przy sobie, zamiast pochować, jak resztę? Wyniki analiz szczątków i charakteru obrażeń są jednoznaczne: małe dziecko płci żeńskiej, ono również straciło życie podczas nieudanego lądowania.

– Więc co mam wpisać w raport? Kto przez tyle lat, codziennie o tej samej porze, uruchamiał nadajnik? Po śmierci pilota?

– I co mam ci odpowiedzieć? Napisz, Anno – wiatr. Wiatr uruchamiał. A roboty po prostu  zatarły ślady. Pasuje?

– Bzdura. Ale niech będzie. Tylko koniecznie wyślij polecenie automatom: niech pochowają zwłoki przed naszym lądowaniem.

– W zbiorowym grobie, z innymi?

– Może być obok.  Ale razem.  

– Coś jeszcze?

– Niewiele, Piotrze, właściwie tylko jedna sprawa: ostatni komunikat z nadajnika. Ten jedyny głosowy, z dokładnymi parametrami dla poszukiwaczy. I wyjącym wiatrem w tle. Kiedy już sondy szykowały się do lądowania, dwa tygodnie temu.

– Co z nim?

– Analizator potwierdza, że wygłosiła i nadała go bardzo młoda kobieta. Właściwie dziewczyna. Jakiś pomysł, jak mam przekazać to komandorowi?

– Po prostu skasuj.

Koniec

Komentarze

Ciekawe :) Czytałem z zainteresowaniem.

 

Pozdr.

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Dzięki za odwiedziny:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Cześć, rrybaku! Tekst bardzo przypadł mi do gustu zarówno w warstwie kompozycyjnej, jak i konstrukcyjnej. W dość niewielkiej liczbie znaków zmieściłeś niebanalną, pełną mięcha historię, w dodatku napisaną lekko jak dobre czytadło. Jedyne, co nie do końca mi zagrało to mało przejrzysty podział na podrozdziały, bo początkowo zgubiłam się w tym, kto teraz mówi… Ale szybko odnalazłam, więc może trochę mój problem.

Przyznam, że to kolejny z grona tekstów, które – powoli, bo powoli – przekonuje mnie do sf. Polecę zatem do biblioteki. Pozdrawiam.

 

Zanim zabiorę się do lektury… A myślałeś Ty, Drogi Rrybaku, o wersjach audio swych opowiadań? NF nie jest i jest zarazem forum hermetycznym, dla zapaleńców i prawdziwych miłośników fantastyki, a szkoda po prostu nie trafić do większego grona czytelników bądź też słuchaczy z czymś takim (mówię o Twoich wspaniałych pracach generalnie, a nie o takim czy innym, konkretnym opowiadaniu). Ludzie skrzykują się niekiedy i tworzą wspólnie kompilacje oraz gotowe – że tak powiem – produkty w rodzaju “Horroru na Roztoczu”, który z tego miejsca szczerze polecam (dla fanów gatunku i nie tylko).

Oidrin, dzięki wielkie. Maćku, nie myślałem. Na razie nie;)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Kurczę, Rybaku, zaskoczyłeś mnie. Takiego chwytacza za serducho się nie spodziewałam :) Pięknie Ci wyszedł. Niby żadnych emocji, prościutka opowieść, a miłość ojca jest widoczna. Do tego zaskoczenie na koniec i nagle człowiekowi robi się autentycznie żal tego człowieka. I jeszcze jedno zaskoczenie na samiusieńki koniec. Czy to wiatr tak przejął się losem samotnego człowieka, że stał się jego córeczką?

 

Drobiazg, pytanie, które może się w czep przerodzić

 

 Chodź, schowajmy się do szałasu. Ten jest porządny, z tytanowej blachy, nic go nie ruszy.

No tak, tylko że planeta była jałowa, skąd tam tlen, czym oddychali, skoro szałas wystarczył?

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Atmosfera tlenowa nie wyklucza jałowości:). Dzięki za uznanie. Myślałem, zeby zamieścić we wrześniu, ale jeśli tak dobre jak piszesz, szanse nadal ma;) Pozdr. P.s. A bo przecież już wiesz, że ja zawsze piszę o ludziach… I fantastyka to jedynie opakowanie…;). Przecież takie jest całe nasze życie, niezależnie jak bogate i nasycone uczuciami, zawsze w końcu Ktoś naciska "Delete"…

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

UWAGA MOC SPOJLERÓW PROSZĘ NIE CZYTAĆ

 

Planeta była nawiedzona przez ducha? :D

 

Świetne opowiadanie. Pełne uczuć, napisane świetnym językiem, z zasysającą narracją. Po raz kolejny w tym miesiącu dostaję opowiadanie bez dialogów (a cóż to za moda na enefie?) i z tych kilku twoje opowiadanie podoba mi się zdecydowanie najbardziej.

Historia bogata w emocje, ciekawy, intrygujący pomysł, niewiarygodny narrator i pytania, które pozostają w głowie po skończonej lekturze. I to wszystko w tak maleńkiej formie! Dobra robota.

 

Ze wstydem przyznam, że zakończenia nie zrozumiałam. To skąd w końcu ten głos, skoro przeszukano całą planetę? Myślałam przez chwilę, że dziewczyna bała się tej obcej ludzkości, więc schowała się przed nimi, ale to nie wyjaśnia dziecięcego szkieletu.

 

Kilka drobiazgów:

Bo… wiesz,…córeczko…

zbędny przecinek i brak spacji

Grunt że nasze sondy

brak przecinka

jednoznaczne: małe dziecko płci żeńskiej

Czy małe dziecko to nie masło maślane?

wyślij polecenie automatom: niech pochowają zwłoki przed naszym lądowaniem.

podwójna spacja się wkradła

 

Dzięki za lekturę, bardzo mi się podobało :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Odpowie Ci wiatr/ wiejący przez świat/odpowie Ci, Siostro tylko wiatr?;). Słowem – do wyboru, do koloru ;). A kto to wie, co potrafią miłość i rozpacz? Przecież nawet nie ma już nagrania…;). Dzięki za wysoką ocenę, pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Chyba za twardo stąpam po ziemi, żeby wpaść na takie rozwiązania :D :D Dzięki, już rozumiem :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Cześć. :-)

Niemal od początku przeczuwałem, że dziecko też zginęło, ale kompletnie mi to nie przeszkadzało. Czekałem na potwierdzenie. Dostałem. Finał zaburzył mi ten komunikat głosowy. Niestety, moja wyobraźnia nie potrafi podpowiedzieć, co to mogło być. Duch? Ale skąd, dlaczego? Gdybyś zakończył wiatrem uruchamiającym nadajnik miałbym komplet wrażeń bez pytań bez odpowiedzi. To naturalnie moje osobiste preferencje i mam świadomość, że inni mogą oczekiwać więcej, inaczej… Daję tylko feedback od jednego odbiorcy.

Sumując, jestem pod wrażeniem i była to przyjemna lektura.

A teraz kilka uwag.

Ale w efekcie sto pięćdziesiąt tysięcy ludzkich par, pięćdziesiąt tysięcy urodzonych po drodze dzieci, miliony zwierząt, całe ładownie zapasów, roślin, sadzonek i nasion, laboratoria pełne kultur bakteryjnych

 

Jakżeś to zmieścił na tych dwóch kilometrach? Seul, jedno z najbardziej zatłoczonych miast na świecie – gęstość zaludnienia szesnaście i pół tysiąca na kilometr kwadratowy.

 

lądownik się niestety roztrzaskał.

Lądownik niestety się roztrzaskał? Niestety lądownik się roztrzaskał?

 

Zaraz tam my, na razie tylko roboty sondujące. Zanim my podejmiemy drugą próbę

W podkreślonym fragmencie, coś się chyba zagubiło.

 

zbiorowych grobów kilkunastu tysięcy poległych podczas katastrofy

A wcześniej było ich trzysta pięćdziesiąt tysięcy.

 

Lecę do odpowiedniego wątku w HP.

 

 

Seul ma "jeden pokład"? Dwa?;) No właśnie:). Dzięki za lekturę . Ps. Solaris czytałeś?;)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Seul ma "jeden pokład"? Dwa?;) No właśnie:)

W sporej ilości przypadków nawet kilkadziesiąt.

A ile pokładów miał Twój korab?

Wystarczająco:). Anabiozery zajmują mało miejsca. Plus ładownie zewnętrzne:).I jak zapewne zauważyłeś, rozpyliło go, w próżni gdy odłączył od niego dopiero pierwszy lądownik… Przeczytaj dopisek pod "rybakiem". Ten o researchu :D

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Anabiozery spłodziły 50k dzieciaków? Za mądre to jak na moje możliwości.

Ale nic, jak napisałem opko jest dobre, a to, że nie mogę uwierzyć, by taką chmarę ludzi i zwierząt zmieścić w kilku kilometrach sześciennych, to już inna sprawa.

:-)

Mieści się, mieści. Sprawdziłem. Zmiany dyżurujące też robią swoje;). Też sprawdzilem. Kulisty statek o średnicy 2 km ma objętość ok. 4 MILIARDY metrów sześciennych. W jednym metrze sześciennym spokojnie wejdą dwa anabiozery. A niechby i tylko jeden. To i tak zajęłyby może 5-10 proc . Pojemności statku. Drugie tyle zwierzaki, nasiona i sadzonki. A ładownie zewnętrzne, modułowe? Nie wierzysz? Wzór na obj. kuli proponuję;). Tak że ten… Komplikujesz bez potrzeby.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Mocno przewidywalne. Na tym portalu, kiedy tylko jedna osoba bierze udział w dialogach, trudno nie zacząć podejrzewać, że z tą drugą coś jest nie halo. Końcówka to nieco wynagradza – tutaj coś zaskakuje.

Tlen. Nie kupuję wyjaśnień w komentarzach. Wolny tlen jest bardzo reaktywny, coś by sobie znalazł – wodór w górnych warstwach atmosfery, żelazo z meteorytów, proste związki węgla…

Babska logika rządzi!

Tak? No to załóżmy, że dziś wymiera całe życie na Ziemi. Ile setek tysięcy, czy wręcz milionów lat atmosfera pozostanie tlenowa? No to Ci powiem , bo też sprawdziłem (patrz– paleontolog Shanan Peters, USA) – przez wiele milionów lat. A jego poziom przez pierwsze setki tys. lat spadłby w porównaniu z dzisiejszym raptem o ok 0,5 pkt. proc.). Dla potrzeb opka zupełnie taki model wystarczy. Trzeba tylko pomyśleć niejako od drugiej strony;P. A i superinteligencja nieludzka znajdzie wtedy wytłumaczenie… Nieprawdaż?;). Naprawdę myślisz, że tego wcześniej, czyli podczas konstrukcji tekstu, nie przemyślałem? Życie jest naprawdę za krótkie na niechlujne researche;P. Dzięki za wizytę i klika:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

rrybaku, cóż, ogranicza nas wyobraźnia i matematyka. W tym przypadku wyobrażenie o matematyce. I choć nadal się to w mojej prywatnej kuli nie mieści, bezwzględnie masz rację. … Cztery miliardy, o matko. [Jest w szoku ale z pełnią wiary w to, co przeczytał]

Objętość kuli: 4/3 razy pi razy r do potęgi 3. Cbdu;)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ile jeszcze razy mam się kajać? ;P

Aha, jeszcze do przedmowy – podobno według Einsteina to w tych zawodach największe szanse ma głupota ludzka. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, to Ty pisz o głupocie, a ja wolę o miłości. ;). MTF: sprawdziłem, jaką objętość zajęłaby CAŁA ludność CAŁEJ Ziemi, gdyby wsadzić ją do sześcianu, w którym każdy człowiek (zajmujący objętość ok 70 litrów, czyli jedną piętnastą metra sześciennego) , miałby dla siebie AŻ 2 metry sześcienne. Otóż cała ludność Ziemi zmieściłaby się wówczas w sześcianie o boku 2,3 km. Zaledwie.:). Albo jeszcze lepsze porównanie: plac Tiananmen w Pekinie ma 300 na 800 metrów i mieści (stojacych obok siebie, ale nie depczących sobie po nogach) pół miliona ludzi. Gdybyśmy więc wszystkich pasażerów naszego statku postawili na tylko JEDNYM pokładzie (tym największym, na średnicy statku-kuli), zajęliby oni raptem ósmą jego część. A przecież pokładów są na tym wymyślonym dwukilometrowym statku setki…:D. Ot, zabawa taka…;)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ładne! I ładnie napisane :)!

Co prawda tacy starcy jak ja i Rybak myślą podobnie, więc zakończenie (pierwsze, z córeczką) nie zaskoczyło, za to drugie (z wiatrem) już tak.

Na siłę mogę się przyczepić do:

– “rozpędzony do podświetlnej” – skoro są jeszcze w czasach przedsnuffowych, to wszystkie prędkości im znane są podświetlne; nawet ślimak się z taką porusza ;) ;

– szałas – to moje subiektywne wrażenie, ale szałas kojarzy mi się natychmiast z gałęźmi; wolałbym barak;

– wiara w nadchodzącą pomoc – to chyba wyłącznie złudne nadzieje narratora, bo przecież takie wyprawy kolonizacyjne to nie prom przez Wisłę; spodziewam się, że kontakt spodziewany byłby po kilkuset latach (albo po wynalezieniu napędu nadprzestrzennego).

Ale to tak na siłę, bo przepłynąłem przez tekst bez zacięć i zgrzytów.

Co do objętości i liczebności – polecam “Stojąc na Zanzibarze” i genezę tego tytułu ;).

 

Podsumowując – piękny i wzruszający pean na temat miłości rodzicielskiej!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki Staruchu:). Podświetlną podkręcilem, żeby nie była ślimacza. Z szałasem też masz rację. Cieszę się, że wzruszylo. Oni lecieli przez galaktykę z nadświetlną. A nadzieja… Cóż, tylko to bezimiennemu bohaterowi pozostało… Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Rybak w formie, jak zwykle. Bardzo zgrabne opowiadanko, uwielbiam formę monologów pod warunkiem, że jest dobrze tj. wciągająco zrealizowana, a tu jest.

Lektura skojarzyła mi się z filmem Passengers, zwłaszcza w początkowych partiach. Z kolei motyw z wiatrem skojarzył mi się z pewnym epizodem z mojej “Chmury” – tyle, że u mnie jest dosłownie, u Ciebie ma posmak tajemniczości.

Podobnie jak Irka jestem zaskoczony warstwą emocjonalną, która ociepla i “humanizuje” tekst (wybacz słowo “warstwa” ponoć ciut obciachowe).

Nie będę się chwalił, że przewidziałem epilog; przynajmniej w moim przypadku Twój suspens zadziałał.

W sumie świetna lektura

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, wdzięcznym za taką ocenę tekstu:). Jednak fajnie, że jest sporo osób zwracających uwage na to, co naprawdę ważne. Jednak powinienem chyba zamieścić we wrześniu;). W tym konkurencja przykryje mnie czapkami ;D. Ale taki los… ;D. Dużo zdrówka :).

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Hej, ja od razu przyznam – niczego nie przewidziałem, finał mnie zaskoczył, zrobiło wrażenie. Zamknąłeś całe dekady w krótkim tekście, ale zadbałeś o szczegóły, no bardzo to dobre. Sposób narracji trochę razi sztucznością, ale tak fajnie uzasadniony, że przymykam oko. Gorzej z ostatnim dialogiem, jest bardzo "startrekowy", w rozumieniu szybkiego zrzutu podstawowych informacji w dość generycznych wypowiedziach. W sumie, bardzo fajne, chce podkreślić na koniec.

Wszyscy biją brawo, więc przydałby się jakiś malkontent.

Ale ja nie pomogę.

Brawo, nieźle napisane jak na drugoosobową narrację ;)

Trochę przygnębiające na początku, jak dla mnie i przyznam, że dopiero za trzecim podejściem nabrałem ochoty na całe danie. Jest science, jest fiction i jest jakiś sens na koniec.

Mam parę (dokładnie chyba trzy) przemyśleń, którymi odważę się podzielić.

  1. Zmiana narracji i stylu w epilogu trochę psuje mi nastrój. Z osobistego, wypełnionego emocjami monologu przeskakujemy do zimnej technicznej gadki. Emocje znikają pod łopatologią i dopiero sama końcówka przywraca klimat. Może za dużo informacji technicznych, może warto na koniec oddać narrację wiatrowi albo obiektywnemu narratorowi. Nie wiem. Szkoda tego nastroju zbudowanego całym opowiadaniem.
  2. Science. Przyznam szczerze, że mnie też wytrącały z rytmu i budziły pewne wątpliwości szczegóły techniczne. Jaki jest sens przełączania osłony, co się zmieści w dwukilometrowej puszce, jakie ma znaczenie uniwersum wskazane w notce od autora. Wyszło mi, że brzytwa Lema się tu nie przyda, chociaż jest całkiem niezły film o izolacji na skutek katastrofy, który dzieje się w relacja ziemskich (Cast Away). Czasem jednak mniej znaczy więcej. Gdyby na przykład nie podawać rozmiaru ‘korabu’ i powiedzmy dokładnej liczby zwierząt. Zostaje przestrzeń dla wyobraźni, a znika mało w sumie istotny detal.
  3. Wiatr. Siłą rzeczy nasuwa się skojarzenie z oceanem Lema… no i chmurą tsole (oddajmy bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie). Całkiem fajny pomysł, choć nie nowy, ale w tej wersji pozostawiał miejsce na domysły czy to prawda, czy efekt “szaleństwa” pilota. No i ostatnie parę zdań wykłada kawę na ławę (chyba)… i popsuło mi zabawę :( 
  4. Ale to tylko moje marudzenie. Dobry tekst. Gratuluję.

Łosiocie, Seenerze… Bardzo dziękuję za wysoką ocenę tekstu:). To na wszelki wypadek przypomnę tylko wszystkim, którym się on naprawdę bardzo spodobał, że aż do 8 września (zdaje się) można go zgłaszać do piórka za sierpień. Tak tylko, gwoli spokojności;). Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Wow, no brawo

Szklany Anioł

Przede wszystkim bardzo podoba mi się narracja. Monolog do ukochanej córki… Od pierwszego zdania podejrzewałam, że coś z kochaną córeczka jest nie tak, że nie żyje albo że nie jest człowiekiem. Tak czy inaczej, moje podejrzenia ani trochę nie zepsuły mi lektury. Dużo tu emocji, smutku, nostalgii, ale wyczuwam też pozytywne wibracje. Poza tym dobre zakończenie i jak to u Rybaka bardzo porządnie napisane :)

Pikaczu, dzięki:) Katiu – wdzięcznym za odwiedziny i przychylne oko:). Starałem się. Drugoosobowa narracja jest jedną z trudniejszych, zatem raduje się rybacza dusza, że Ci się taka właśnie podoba. Serdeczności.:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ciekawa historia, fajny ten podwójny twist na końcu. Generlanie bardzo mi się podoba :) Historia mnie tak wciągnęłą, że nie bardzo nawet się skupiałem na ewentualnych błędach, albo ich po prostu nie ma ;)

Delikatny zgrzyt poczułem przy przejściu z monologu wypowiedzianego do dialogu naukowców (czy kim oni tam są). Delikatny, bo widzę, że okroiłeś opisy i inne elementy narracyjne i zostawiłeś tylko dialog. Mimo wszystko, IMO, gdyby cały tekst pozostał monologiem, byłby kompozycyjnie dużo lepszy. Czy fabularnie udałoby się zachować ten poziom i zaskoczenie na końcu? Na pewno trzeba by się sporo nagimnastykować.

 

Exit light

BK, cieszę się, że się spodobało. Gdyby baaardzo – to wiesz, co zrobić ;D

Pozdrawiam

rybak

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

No i się pojawiłem, ale bez popcornu :P

 

Co moge Ci powiedzieć na temat opowiadania?

Żywy ocean w “Solaris” Lema. Żywy świat w “Kameleonie” Kosika. Żywy wiatr w opowiadaniu rrybaka. Dostatecznie dziwne i oryginalne, żeby mnie przekonać i pozwolić mi przymknąć oko na to, że nie występuje tam życie, a jest akurat tlenowa atmosfera – o którą się kilka osób czepia. Podobało mi się, nawet bardzo. Gdzieś tam, po drodze, jest kilka fragmentów, które zazgrzytały konstrukcją zdań, ale i tak całość czytało się bardzo przyjemnie. Ładnie przedstawione emocje pilota, twist na końcu jednak nie zaskoczył – to, że dziecko nie żyje podejrzewałem od początku, a gdzieś przy drugiej wzmiance o gadającym wietrze zacząłem miec flashbacki ze wspomnianych “Solaris” i “Kameleona”, a nawet lemowego “Niezwyciężonego”, więc też zacząłem podejrzewać co się święci :)

Zaś to zdanie:

Rozumiesz, co? Że najpierw my zrobiliśmy gruby błąd, a potem on?

Skłania mnie do refleksji nad tym, czy katastrofa statku była rzeczywiście przypadkiem. Odczytuję to tak: ludzie popełnili błąd, chcąc tam przylecieć, wcześniej nie upewniając się, czy planeta nie posiada jakichś lokalnych i inteligentnych form życia. A potem żywy wiatr (może planeta) popełnił błąd niszcząc statek. Zrozumiał to jednak dopiero, kiedy poznał i zrozumiał pilota oraz jego uczucia. Chcąc jakoś zadośćuczynić, animował dla niego córkę? Kurcze, sam już nie wiem co o tym myśleć.

 

Ale: jedna z lepszych rzeczy jakie czytałem na portalu. Serio. Jestem w stanie to napisać, pomimo, że mamy dosyć rozbieżny światopogląd a Ty jesteś momentami strasznie upierdliwy w dyskusjach ;) Szacunek rrybaku. Niekłamany.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Bardzo dobrze odczytujesz. Dziękuję Ci za przywröcenie mi wiary w Czytelnika przez wielkie C! 10/10! Czyli jasno to jednak napisałem:). Upierdliwość? Owszem. Ale cieszę się, że coś z siebie daję dobrym ludziom:) . Bo masz rację: w tym opowiadaniu KAŻDE zdanie MA znaczenie. Uważny Czytelnik to dostrzeże. A przynajmniej POCZUJE, w sferze emocji. Nieuważny, leniwy, czy w koncu – ulegajacy osobistym uprzedzeniom – nie. Pozdrawiam Cie serdecznie P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Uważny Czytelnik to dostrzeże. A przynajmniej POCZUJE, w sferze emocji. Nieuważny, leniwy, czy w koncu – ulegajacy osobistym uprzedzeniom – nie.

Nie powinieneś tego pisać, Rybaku.

Ja jeszcze nie przeczytałam tego opowiadania, a już wiem, że jeśli mi się nie spodoba, uznasz, że jestem nieuważna, leniwa albo ulegam osobistym uprzedzeniom.

To po co mam się denerwować?

Czytanie ma mi sprawiać przyjemność.

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Tam jest, zresztą, jeszcze jedna warstwa. Wyjaśniająca całą resztę:). Anet, nie mam żadnych wątpliwości, że i poczujesz, i zrozumiesz:). A co do tego, czy powinienem… Ja nie mam do Dukaja pretensji , że lektura jego wielowarstwowych opowiadań i powieści zmusza mnie do wysilku, wzmożonej uwagi czy niekiedy czytania jego prozy ponownie. Wręcz się tym raduję. I nie jest dla mnie potem ważne, czy mi się jakieś jego dzieło potem nie podoba (a jest kilka takich). I tak sprawia mi to ogromną satysfakcję. Bo to oznacza, że on mnie, jako czytelnika, zwyczajnie szanuje! A ja swoich Czytelników bezwzględnie szanuję i przynajmniej w tym jednym jestem podobny do Dukaja :).Ot, co!

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Dzięki rrybaku za miłe słowo. Trochę klasyków sf przeczytałem (Asimov, Sagan, Bradbury, Aldiss, Niven, Silverberg i wielu innych), a opowiadanie jest napisane w sposób przywodzący na myśl dzieła z okresu świetności tamtych tytanów sf, poszukujących niebanalnych rozwiązań, jeszcze nie zanieczyszczonych popkulturą i związaną z globalizacją i rozwojem internetu grą pod publikę. Z czasów, kiedy można było się zachwycić dziełem literackim i pozostać z tym zachwytem samemu, bez szukania kierunku dla swoich przemyśleń w przemyśleniach innych odbiorców. Dlatego nie przeczytałem komentarzy przed napisaniem swojego.

Tej dodatkowej warstwy znaczeniowej może bym sie domyślił, szkoda więc, że ją tłumaczysz w ostatnim komentarzu, bo odebrałeś mi w ten sposób przyjemność z jej ewentualnego odkrycia. Ale skoro już wyjaśniłeś, to przyznam, że to się ze sobą skleja i ciekawie uzupełnia przedstawiony obraz. Opowiadania takie jak to noszę w sobie przez długi czas. Jak długi, nie wiem, bo jest we mnie kilka które trwają od ponad dwudziestu lat i ich wspomnienie nie blaknie. Może Twoje będzie jednym z takich właśnie.

Jeszcze tylko dodam kilka słów na temat zakończenia. Ostatnio wspominałem opowiadanie “Ziemia Chrystusa” Dukaja, którego koniec jest podobny do Twojego, ale jednocześnie stoi w całkowitej opozycji. Podobieństwem jest zaprzepaszczenie zrozumienia. Jednak u Dukaja wynika ono z grozy, jaką niesie uświadomienie sobie konsekwencji tego zrozumienia. U Ciebie wynika ono z ignorancji i konformizmu. Ale obydwa zakończenia posiadają jeden czynnik, który pozwala zapamiętać mi je na dłużej – marnotrawstwo wiedzy, które budzi mój sprzeciw, niezależnie od przesłanek. Nie wiem, czy wyrażę się jasno, ale te zakończenia jakby przekreślają dla mieszkańców wymyślonych w nich światów cudowność którą niesie przedstawiona przez autora historia. Chyba mało jasno, ale inaczej nie dam rady tego wytłumaczyć.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Echchch, Q, wiesz, coś teraz mnie, prostemu rybakowi zrobił? No raczej wiesz:). Bardzo, bardzo Ci dziękuję za to, że zrozumiałeś dosłownie WSZYSTKO, co starałem się przekazać. Tak. Dokładnie TAK! P.s. za ostatnią warstwę przepraszam. Uległa wycięciu…

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Podobało mi się, rrybaku. 

Możemy się spierać do upadłego o różne sprawy, ale pisanie jest tym skrawkiem lądu, na ktorym się spotykamy. :-)

Zgłaszam do piórka za:

* konstrukcję i bardzo miękką narrację. Końcowy dialog mi nie przeszkadzał, lecz przeciwnie, podkreślił to, co się wydarzyło, niejako postawił kropkę nad „i”.

* wietrzną planetę i wizję pierwszego kontaktu. Nie mógł być inny.

* nawiązania do utworów innych pisarzy sf.

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pytasz się, córeczko, o co w tej historii chodzi? The answer is blowin' in the wind :)

No proszę, mamy klasyczne sf, takie, jakie chyba nigdy mi się nie znudzi. Interesująca historia (choć spleciona z dobrze znanych motywów), która wciąga od początku i bardzo ładnie składa się w całość. Wszystko przemyślane jak trzeba, zawarte w odpowiedniej objętości.

No właśnie – objętość. Cieszy mnie, Rybaku, że nie zdecydowałeś się zbędnie wydłużać tekstu. Narracja drugoosobowa, te wszystkie pytania do córeczki, są fajne właśnie m. in. dlatego, że nie zdążyły zmęczyć. Utrzymanie takiej narracji na dłuższym odcinku mogłoby okazać się ryzykowne. Co do zmiany narracji w końcówce – osobiście mi nie przeszkadza, dzięki temu zabiegowi wyjaśniłeś to i owo.

Co tu dużo się rozpisywać – uczucia opisane jak trzeba, językowo ładnie i dość oszczędnie (to na plus), zakończenie dobrze podsumowujące historię, ale bez łopatologii. Pierwszy kontakt co prawda wyszedł ludzkości nieudany, ale już drugi niesie nadzieje na przyszłość. Co prawda „Skowronki i sowy” spodobały mi się bardziej, ale to może wynikać po prostu z czytelniczego gustu.

Nad nominacją jeszcze pomyślę (zgodnie z nowymi zasadami zresztą), ale na ten moment uważam, że tekst wart jest mojego głosu.

Powiem tak – właściwie nie jestem pewna, co tam się dokładnie wydarzyło, ale w zupełności mi to nie przeszkadza. Napisałeś bardzo fajne, krótkie opowiadanie. W trakcie miałam jedną czy dwie wątpliwości, jednak w zasadzie rozwiały się one podczas lektury. Jak nie znoszę narracji pierwszoosobowej, tak tutaj łyknęłam ją bez większych problemów. Zastosowałeś troszkę uproszczeń (jak choćby to, że uratowało się dość liofilizowanego jedzenia na dziesięciolecia), ale przecież nie to jest ważne, tylko wydźwięk i przekaz. Ładnie, ciepło oddałeś relację ojciec-córka, nie przesadzając w liczbie słów i akcentów. Podobało się.

 

„Bo wiesz córeczko” – Tuż pod tytułem, gdzie jest przecinek, ten brak przecinka przed wołaczem bardzo rzuca się w oczy ;)

 

„musiało się wydarzyć.  Kawałek międzygwiezdnego” – zbędna spacja po kropce

 

„lub później  i nikt” – zbędna spacja przed i

 

„podróży.  Naszej” – I znowu zbędna spacja. Rzucają okiem na kolejne akapity widzę, że jest ich tu mnóstwo, więc nie będę ich więcej zaznaczać.

 

„w górne warstwy atmosfery. Planety – celu naszej wieloletniej podróży.” – Bardzo kulawe jest to zdanie, nienaturalne, zgrzyta. Czemu w ogóle jest osobno? Górne warstwy atmosfery planety – celu naszej podróży.

 

„nikt z nas nawet by tego nie zauważył. Ale stało się. Akurat w momencie, w którym  pierwszy lądownik – z tobą, mamą, mną jako pilotem i kilkunastoma tysiącami osiedleńców wchodził w górne warstwy atmosfery. Planety – celu naszej wieloletniej podróży.  Naszej, Ziemian, osadników. Po nas, w innych promach, miały wylądować kolejne setki tysięcy. Miały.”

 

„Po nas, w innych promach” – Na promach?

 

„zniknęło po eksplozji siłowni.” – Przyznam, że się nie znam. Czym jest siłownia na statku kosmicznym?

 

„Zwyczajnie[-,] okazało się”

 

„Bo wiesz[+,] córeczko” – kilkukrotnie

 

„zwyczajnie[-,] jesteśmy na bardzo długiej wycieczce.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięk8, Jose, ponanoszę:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Zapraszałeś. Oto jestem.

Bo wiesz córeczko

Zjedzony przecinek.

górne warstwy atmosfery. Planety

Hmm. Nie wiem, czy bym to rozdzielała. Atmosfera, ostatecznie, nie jest planetą.

ludzkich par

Hmm. English, this.

laboratoria pełne kultur bakteryjnych przydatnych przy terraformowaniu, zniknęło

Spieszysz się. Laboratoria nie zniknęło, a na pewno nie z przecinkiem.

po eksplozji siłowni. Pozbawionej

Jakoś dziwnie dzielisz zdania w tym tekście. To ma uzasadnienie?

Bo wiesz córeczko

Przecinek! I w następnym akapicie też. I w następnym. Wołacz oddzielamy, pamiętaj.

do baraku. Ten jest porządny

A jest jakiś inny?

pracuje aż miło

Pracuje, aż miło.

Dojrzewanie cię zmienia

Bit English.

zwłaszcza że

Zwłaszcza, że.

No ja myślę!

No, ja myślę!

twoje już kompletnie nie pasuje

Anglicyzm. Ani trochę nie pasuje, wcale, nijak. Do wyboru, do koloru, ale nie "kompletnie".

Ta planeta jest kompletnie jałowa

Jak wyżej, choć tu "kompletnie" jeszcze ujdzie.

Wierzyć w nas, w siebie, we własne możliwości i siły – też.Wierzyć w nas, w siebie, we własne możliwości i siły – też.

dawno by już nas tu nie było

Dawno już by nas tu nie było.

zwyczajnie, jesteśmy

Bez przecinka.

nie traktuję cię jak dziecko

Traktuję cię jak (kogo, co?) dziecko, ALE nie traktuję cię jak (kogo, czego?) dziecka. I don't make these rules.

jest ich wciąż na całe dziesięciolecia

Hmm.

No nie krzyw się

No, nie krzyw się.

zgoda że

Zgoda, że.

wszystko co

Wszystko to, co.

Ogarniasz go idealnie.

Mocno kolokwialne.

Też cię kocham córeczko

Też cię kocham, córeczko.

A myśmy tyle dekad myśleli, że wszyscy zginęli.

Nienaturalne i zrymowane.

leżał na posłaniu jakby

Leżał na posłaniu, jakby.

szkielecik z potrzaskanych kości

Hmm.

głosu potwierdza, że wygłosiła

Powtórzenie.

Żeście się uparli, żeby mnie dołować ostatnio, jakbym nie miała tego dość. Uh. Ad rem: nic nowego, ale uczuciem (smętnym) nasycone i odrobione porządnie. I co dalej? Tylko się upić… Jestem, wyznaję, trochę uprzedzona, ale długo by tłumaczyć, dlaczego (bardzo długo, bardzo głośno i zapewne przy wódce) – może za jakiś czas o tym napiszę.

Ogólnie myślę, że tekst jest dobry – ale nie w Twoich górnych rejestrach. Ciebie stać na więcej.

Tlen. Nie kupuję wyjaśnień w komentarzach. Wolny tlen jest bardzo reaktywny, coś by sobie znalazł – wodór w górnych warstwach atmosfery, żelazo z meteorytów, proste związki węgla…

Ale w końcu nie zostanie już nic do przereagowania – skorupa ziemska w ponad czterdziestu procent składa się z tlenu, to jest właśnie to, co utleniło glin (bardzo trwały tlenek), żelazo etc. i właśnie dlatego pierwiastki rodzime są (wyjąwszy metale szlachetne) praktycznie niespotykane.

A potem żywy wiatr (może planeta) popełnił błąd niszcząc statek.

Najprawdopodobniejsze wyjaśnienie. W zasadzie sam wiatr może też być przejawem czegoś innego żywego, ale nie mnóżmy bytów ponad potrzebę.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dziękuję za lekturę i pieczołowite poprawki. Ponanoszę jutro rano. Z dużą  wdzięcznoscią:). Pozdrawiam serdecznie. Co do tlenu… Dotknęłaś, Tarnino, najgłębszej warstwy tekstu… Najwyraźniej dawniej (nie aż tak dawno, ale wystarczająco, by ślad zatarł czas (a wystarczy kilkaset tysiecy lat), na planecie BYŁO inne życie, fotosynteza itd, za to nie było Wiatru. Ale… Teraz jest Wiatr a nie ma za to innego życia, tego poprzedniego. Co z kolei tłumaczy całą resztę… Tlenowa atmosfera jak widzisz – jest więc absolutnie niezbędna. Dlatego przed chwilą dodałem do tekstu jedno ważne zdanie… Pozdrawiam serdecznie

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ale w końcu nie zostanie już nic do przereagowania – skorupa ziemska w ponad czterdziestu procent składa się z tlenu, to jest właśnie to, co utleniło glin (bardzo trwały tlenek), żelazo etc.

Jeszcze krzem, ale ja nie o tym. A co z tym węglem (prawdopodobnie), od którego pierwotnie odłączył się tlen? W taczkach wywieźli? OK, może sobie leżeć w złożach węgla, ropy i innego metanu. Ale jeśli ludzie wysyłają na planetę statki kolonizacyjne, nie zainteresowawszy się takimi szczegółami, to nie myślę dobrze o ich inteligencji.

Babska logika rządzi!

Tak? No to załóżmy, że dziś wymiera całe życie na Ziemi. Ile setek tysięcy, czy wręcz milionów lat atmosfera pozostanie tlenowa? No to Ci powiem , bo też sprawdziłem (patrz– paleontolog Shanan Peters, USA) – przez wiele milionów lat.

Ale tam mamy do czynienia z inną sytuacją. Na Ziemi sami możemy doprowadzić do jej wyjałowienia, zmiany klimatyczne, zanieczyszczenie środowiska, wycinka lasów i takie tam. Jednak na tej Twojej planecie zdarzyło się coś innego. Może podzieliła los Marsa, albo Wenus, ale tak czy siak to, co doprowadziło do wyjałowienia planety, zapewne spowodowało też zniknięcie tlenu.

Wiesz, normalnie bym się nie czepiała, ale skoro masz już nominację, to się tłumacz ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Najwyraźniej dawniej (nie aż tak dawno, ale wystarczająco, by ślad zatarł czas (a wystarczy kilkaset tysiecy lat), na planecie BYŁO inne życie, fotosynteza

Coś takiego już czytałam… ale gdzie?

co doprowadziło do wyjałowienia planety, zapewne spowodowało też zniknięcie tlenu.

Chyba, że to właśnie powstanie tej jedynej formy życia, która utłukła wszystko inne…

A co z tym węglem (prawdopodobnie), od którego pierwotnie odłączył się tlen?

Zdaje się, że tlen ucieka pierwotnie z wody pod wpływem promieni UV. Potem wodór odlatuje jako lżejszy, ale zapytaj Chrościska. Złoża węgla i ropy są pochodzenia organicznego.

 

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Co doprowadziło do… O, to to!:). Wytłukło życie (inteligentne, byc może własnych tworcow), a tlen na razie nadal jest (poczytaj wyzej, na jak długo tlen utrzymalby sie w sporym procencie na Ziemi po zniknięciu CAŁEGO życia). Miliony lat! Już to wyjaśniałem, powołując się na śródło, amerykańskiego paleontologa!). Bodajże mój 7 czy 8 wpis od góry! To tylko powtórzę po nim: gdyby DZIŚ zniknęło z Ziemi CAŁE życie i fotosynteza, zawartość tlenu w atmosferze pozostałaby na niemal niezmienionym poziomie przez setki tys lat! Gdy tymczasem ostatnie oznaki dawnej cywilizacji zniknęłyby po góra kilkudziesięciu tys lat (e bodajże discovery był o tym świetny serial dokumentalny). Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Hmmm, IMHO, rozmawiacie o różnych sprawach. Mówimy o gazowej powłoce otaczającej ciało i masie grawitacyjnej wystarczającej do jej utrzymania. Masa musi być wystarczająco duża, aby uniemożliwiła cząsteczkom ucieczkę. W przypadku niższej temperatury prędkość może być mniejsza, patrz Pluton. 

Zastanawiacie się skąd tlen, tlen to i na Marsie jest, według ostatnich doniesień. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Masa grawitacyjna jest wystarczająca. Bo tak! Planeta nadaje sie do osadnictwa, więc MUSI mieć odpowiednią grawitację:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Czyli, ok, bo reszta jest w obszarach wyobraźni. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No i jak ja mam pisać krytyczny komentarz, żeby zaraz nie było o "fanklubach" i "uprzedzeniach"? A całkiem poważnie, będzie o opowiadaniu, nie o autorze. Na podobnej zasadzie jak mogę na przykład lubić "Notekę", a nie lubić autora "Noteki".

No więc w tekście jest cała masa problemów. I nie chodzi mi o problemy z formatowaniem (które tu też są, ale to akurat drobiazg). Chodzi raczej o kwestie logiczne, matematyczne, ekonomiczne, technologiczne…

I tu z miejsca zastrzeżenie. Uwazam, że w opowiadaniach, które nie są "hard SF", nie wszystko musi być supernaukowe, niektóre rzeczy mogą nie stykać, gdy czemuś to służy. Może się nawet zdarzyć, że coś zostanie przeoczone, też bywa. Czasem jest to uzasadnialne konwencją, czasem celem opowiadania, a czasem zwyczajnie nie wpływa na odbiór całości. Gorzej, jak skumuluje się więcej rzeczy bijących po oczach.

Plusy w tekście też są – ale napiszę o nich w dalszej części. Teraz co nie poszło.

Jeden meteor trafia w jedno miejsce i trafia jednocześnie w system główny i system dublujący? Owszem, w warunkach kosmicznych wiele rzeczy działa nie tak, jak powinno, w dodatku zawodzą nawet systemy poczwórne, wspominałem o tym, broniąc takiej zawodności, jakiś czas temu w komentarzu do opowiadania Chrościska ("I'll be seeing you, Oppy"), pod którym część osób negowało możliwość zawodności takich rozwiązań. Tutaj nie było ani śladu sugestii dlaczego system dublujący miałby zostać uszkodzony z systemem głównym w awarii punktowej. A rozwiązać można to było łatwo – albo nie wspominając o systemie dublującym (w końcu to nie jest hard SF) albo pisząc, ze jednocześnie zawiódł ten system (bo mógł być gdzieś indziej i nie zaskoczyć).

To jednak jest z kategorii "przeoczenie" i wymieniam raczej przy okazji, niż jako "argument przeciw".

Problemy zaczynają się przy opisie załadowania statku. to, że opisany ładunek jest trochę wbrew temu, w którą stronę idzie przemysł kosmiczny, jeśli chodzi o zapewnianie wyżywienia astronautom, to to, co opisano, nie ma sensu ekonomicznego (transport kilku milionów zwierząt – nie, nie chodzi o kwestie prawozwierzęce, a o czysty pragmatyzm). Zresztą kontynuując powyższe, w tekście wyraźnie stoi: "Ta planeta jest kompletnie jałowa. Terraformowanie miało to zmienić" – i brali kilka milionów zwierząt na tym etapie? Jeśli jeśli terraformacja ma się dopiero zacząć, to byłoby to spore obciążenie na starcie kolonizacji.

Ale jedźmy dalej: tu matematyka wali czytelnika po głowie. Statek ma dwa kilometry. Nie zostało napisane wprost, ze chodzi o długość, ale jednak w takich opisach zwykle chodzi o najdłuższą miarę. Zakładam, ze nie jest to sześcian, ani nawet kula. Co najmniej trzysta tysięcy dorosłych ludzi (bo 150 tysięcy par), nie są zahibernowani (w wyniku czego dochodzi 50 tysięcy dzieci), więc potrzebują przestrzeni życiowej. A ze względu na ich liczebność raczej większej, niż na wahadłowcach. Nawet jeśli zwierzęta zostały zahibernowane (a podejrzewam, że raczej nie miałeś na myśli tylko zwierząt małych), to po uwzględnieniu wszystkich systemów podtrzymania życia, magazynów, hangarów na lądowniki, maszynerii, silników… No nie, te liczby nie trzymają się kupy. A jesteś z pokolenia, które matematykę miało nauczaną staranniej, więc naprawdę w Twoim przypadku jest to spory błąd.

Bardzo bije też po oczach inny element. W tekście jest mowa o zbiorowej mogile dla kilkunastu tysięcy ciał. Lądownik rozbił się na dużej powierzchni, bo jest wzmianka o tym, że ładownia kilkadziesiąt kilometrów dalej od kabiny pilota. Można założyć, ze miejsc było kilka. to teraz tak, nawet jeśli założymy, że większość ciał było w jednym module, to mamy alternatywę. Albo miał obóz tuż obok rozkładających się zwłok albo bez żadnego sprzętu nosił te zwłoki. W sumie nie miał co innego do roboty, ale jak to wpłynęło na jego zdrowie fizyczne przy ubogości sprzętu?

Zakładam, ze "łopata" to tak naprawdę automatyczny sprzęt górniczy, ale… Czemu opisuje go jako łopatę dziesięcioletniemu dziecku?

Jednak głównym problemem jest tu fakt, że tekst jest nie tyle przewidywalny, co zawierający zaraz na początku spoiler, dla wszystkich, którzy po samej narracji nie zauważą, ze cały czas wszystko wskazuje na mówienie do martwego dziecka. Nie, końcówka nie jest "zwrotem akcji wynikającym z innego kąta widzenia. ta końcówka jest zwrotem akcji wyciągniętym z kapelusza, bo po pierwsze nie wiadomo dlaczego hipotetyczna inna córka miałaby tylko jeden raz nadać parametry, a główny bohater nie robić tego ani razu (i nie jest to raczej kwestia awarii nadajnika, jeśli roboty tak dokładnie prześledziły co tam się dzieje, to by przecież mogły obserwować sam nadajnik). Nawet jeśli to ma być "żywy wiatr" jak sugerujesz w komentarzach, to problem polega na tym, że wskazówek w treści nie ma w ogóle.

Łopatologia byłaby zła, ale jedncoześnie konstrukcja tekstu jest taka, że wychodzi "kapeluszowość". I żeby teraz być dobrze zrozumiałym. Ja lubię teksty, w których coś jest ukryte, niejasne, nie wszystko jest na tacy, część rzeczy jest poza polem widzenia czytelnika i tak już pozostaje. Tylko rzecz w tym, jak to jest eksponowane. Nie chodzi o konkretne rozwiązanie, bo Lem w "Solaris" eksponuje wyraźnie, a dajmy na to Lynch w "Twin Peaks" i "Lost Highway" do końca wiele pozostawia niewyjasnione. Są też opowiadnaia, w których dzieje się coś dziwnego, co wpływa na akcję, co jest "ciałem bcym" w tekście, ale co nie służy do wstawienia na samym końcu "bo nie".

Ale teraz w słowo w drugą stronę: jeśli faktycznie pierwotnie miał być "inteligentny wiatr", to pomysł był ciekawy – nawaliła tylko jego ekspozycja. Ale możliwości są ogromne (co widac choćby na przykładzie tego, jak Watts przedstawił inteligentne chmury). Także plus za pomysł (choć minus za brak pokombinowania z jego realizacją).

Sama narracja…. Jest dobra. Ale na pewno emocje dużo lepiej oddałeś w "Sosnach", w których emcoje były mocną stroną tekstu.

Z innych rzeczy dobrych – podoba mi się oldschoolowość tego opowiadania. Stara fantastyka ma swój posmak i gdy powstają nowe teksty w tym posmaku, to warto czasem po nie sięgnąć.

Także finalnie opowiadanie jest dobre. Nie podzielam powyższych zachwytów ze względu na to, że wszelkie powyższe usterki naprawde rzuciły mi się w oczy i podejrzewam, że osobom nowym na forum dawno by to wszystko powytykano. Jedncoześnie całość ma swój nastrój i gdyby nieco skrócić przegadanie (choć nie za dużo) mogłoby nawet pójśc trochę w górę.

Myślę też, że moje zastrzeżenia są ścieśle związane z opisanymi w opowiadaniu szczeółami. To ciekawy problem, bo zwykle dodatkowe szczegóły nadają realizmu, a w tym konkretnym przypadku go zburzyły. Rada na przyszłośc – przesledzić tekst pod katem tego typu niespójności. Czasem lepiej dac niedomiar (nawet jeśli całość będzie przez to zubożona) niż posypać wiarygodność. całkiem możliwe, że wtedy i finał łatwiej byłoby przełknąć. W tym miejscu przemyślenie: ta ewentualnosć przełknięcia finału po wyeliminowaniu niespójnosci byłaby możliwa właśnie dzięki oldschoolowości tekstu (i tu wracam do poczatku komentarza, gdzie wspomniałem o tym, że czasami konwencja pomaga niektóre rzeczy akceptować). Bo jednak właśnie w starych filmach fantastycznych człowiek może się przyzwyczaić do tego, że po napisach pojawia się dodatkowa scena typu "to jednak żyje".

No i oczywiście uzupełniając poprzedni akapit: jeśli inteligentny wiatr, to najlepszym rozwiązaniem byłaby modyfikacja lub uzupełnienie ekspozycji, choć cały czas zdecydowanie bez łopatologii. Tajemnica tajemnicą, ale czasem lepiej nawet przesunąć moment, w którym zjawia się ta obca siła (i na końcu włączyć czytelnikowi lampkę "A!"), niż zrobić zakończenie niewiele różniące się od klasycznego "i się obudził" (nawet jeśli interpretację faktycznie da się nałożyć na całość). to jest zresztą coś, co często podkreślają zwłaszcza autorzy kryminałów – bo właśnie w tym gatunku najczęściej pojawia się tego typu problem z finałami (w tym zakresie polecam wywiady z Wojciechem Chmielarzem, parę razy wspominał o tym, zarówno z punktu widzenia autora, jak i opinii, jakie słyszał od czytelników; nawet w "Zombie" końcowe rozwiązanie, choć może zaskakiwać, miało swoje umocowanie w treści).

 

Pojemność statku BAZY – nie masz racji. I tyle. Ja wiem, że to kwestia praktycznego ogarniania geometrii, ale tu nie trzeba niczego ogarniać, wystarczy wymyśleć statek – kulę, a nawet wyoblony prostopadłościan foremny I podstawic liczbę do prostego podstawowego wzoru Mialbys rację TYLKO w jednym przypafku: gdyby statek był płaszczakiem, czyli miał tylko jeden poklad. A nie miał. Nie wymyślaj więc za mnie ksztaltu statku, bardzo Cie proszę, byle tylko móc udowadniac jakąś swoją tezę, ok?I jednak włącz trzeci wymiar;). I podstaw wzór na objętość kuli. Choćby i przypłaszczonej…;D Wahadłowce – promy (moze dwa, a może trzy?) to były przecież tylko transportowce na trasie statek baza – powierzchnia planety. Przewożące kolonistów sukcesywnie, partiami. A jasno przecież napisalem, że baza rozpyliła się tuż po starcie PIERWSZEGO rejsu promu, z kilkunastu tysiącami ludzi na pokładzie, zaledwie. Czyli liczbą łatwą do wyobrażenia sobie np na przykładzie 10 proc stadionu narodowego, czy calej pierwszej z brzegu hali widowiskowej, np w Łodzi, o srednicy raptem 100 metrów z ogonkiem. Nie rozumiem wiec co Ci tu nie pasuje?;). Ale pora na grubsza sprawę: dlaczego mi i czytelnikom Twrgo wpisu suponujesz, że pasażerowie statku bazy w większości nie są zahibernowani, skoro tego nie napisałem, a nawet wręcz przeciwnie? To bardzo nieuczciwe z Twojej strony, Wilku! Bardzo! Teraz kolejny kwiatek: system dublujący: nie musiał być obok głównego! Niby skąd takie twoje podejrzrnie??? Meteor uderzajacy w dwukilometrowy statek z wysoką podświetlną, przebije go przecież w milisekundę NA WYLOT! Wzór na energię kinetyczną 100 kg kawałka np irydu rozpędzonego do np 150 tys km na sekundę… Znalazłeś? Podstawiłeś?;D. To jeśli w ogóle podstawisz, wyjdzie Ci równoważnik trotylowy uderzenia moze nawet juz nie w kilotonach, a wręcz w megatonach. Jeśli rzecz jasna nie machnąłem się w obliczeniach. A w takiej sytuacji systemy dublujące mogły byc sobie na statku bazie (znajdującym sie na orbicie) wówczas i kilometr dalej. Ba! Wiele kilometrów i setki pokładów dalej. Meteoroid poruszający sie praktycznie w linii prostej, przeszedlby przez statek jak przez masło! I nawet jeśli matematyka i fizyka są dla Ciebie nie prostsze, jak sugerujesz, niż dla mnie, i tak możesz to zweryfikować od ręki. I wyprowadzić mnie z mylnego błędu:). Jeden wzór i dwa przeliczniki, zamiast gdybania i masz mnie;D. Teraz zwierzęta: – anabiozery są po prostu tańsze i szybsze niż żmudne klonowanie zwierzaka po zwierzaku. To przecież ewidentne! Kolejna Twoja nietrafiona sugestia: Bohater nie musiał mieć obozu tuż przy rozkładających się tysiącach zwłok. Za to miał na ich pochowanie aż pół wieku. Nie rozumiem, o co Ci chodzi z tą łopatą. Że powiedział, że nią machał? No i co w tym Ci nie pasuje? No machał. Miał prawo, jego decyzja i praca. Znów pudło! Itd itp. Że Ci się opko nie podoba, czy zwracasz uwagę na słabsze jego strony, ok. W pokorze przyjmuję. Ale nie szukaj proszę, aż tak rozpaczliwie dziury w całym, aby tylko szukać, bo bezstronnemu lożaninowi zwyczajnie nie wypada. Przyjmij, że zawczasu to co podważasz, przemyślałem, obliczyłem, wyciągnąłem możliwie precyzyjne (jak na mnie;) implikacje. Ja NAPRAWDĘ Wilku jestem wyznawcą rzetelnego researchu! Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

No to teraz nadchodzi drugi malkontent. I zgodnie z moim wrednym charakterem będę walił prosto z mostu. Tak już mam, że swoje NIE staram się dosadnie i obszernie argumentować.

Po pierwsze i najważniejsze – nie lubię brania mnie na ckliwość, a ten tekst jest ckliwy do bólu. Do tego jednak wrócę później.

Po drugie… Wspominasz w komentarzach o trudności prowadzenia takiej narracji, jaką wybrałeś do opowiedzenia swojej historii. W sumie, biorąc pod uwagę przedstawioną w tekście sytuację, taka narracja jest chyba dosyć sensownym wyborem. Tyle że ja nie uważam, żeby była ona jakoś szczególnie wymagająca. Kolejny już raz sadzasz „przed mikrofonem” faceta i od gada, gada, opowiada, nawija o tym i owym, a głównie ckliwe kawałki do córki i infodumpy rzekomo tłumaczące jej bieżącą sytuację i wcześniejsze wydarzenia, a w rzeczywistości skierowane wprost do czytelnika. I to niestety widać i czuć od pierwszych akapitów.

Już samo takie infodumpienie wymuszone przez tego rodzaju narrację jest dla mnie męczące i nienaturalne. I potem czytam słowa skierowane niby do „córki”, które brzmią: "Ta planeta jest kompletnie jałowa. Choć, wnioskując ze składu tlenowej atmosfery, od relatywnie niedawna. Terraformowanie miało to zmienić, lecz wszystko, co do niego potrzebne, spłonęło na statku-matce".

Przecież trudno uwierzyć, że ktoś będzie tak rozmawiał z córką. Nawet wyimaginowaną. W efekcie mamy w tym monologu na przemian wstawki sztuczne, pełne szczegółów technicznych itp. i bezpośrednie zworty do córki na jednej, ckliwej nucie: córeczko, jak się spało, nie płacz itp.

Tymczasem narracja, którą zastosowałeś wręcz upraszcza całą resztę literackiej roboty. Odpada m.in. kreacja i prezentacja świata przedstawionego – mamy tylko ubogie i suche opisiki padające z ust bohatera, odpadają didaskalia, prezentacja postaci, ich przeżycia wewnętrzne, opis zachowania, uczuć, dialogi itd. – wszystko ograniczasz do monologu postaci. I widzę, że właśnie takiej narracji „gawędziarskiej” się trzymasz uparcie od czasów Nawigatora i nic się w tym temacie nie zmienia właściwie.

Kolejna sprawa. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie jak idiotę. A przy tym podkreśla na każdym kroku jak bardzo ważny jest research i strona merytoryczna dla Autora. W powyższym tekście to zjawisko (robienie ze mnie idioty) występuje w kilku odmianach.

I naprawdę zachodzę w głowę, o czym mowa, kiedy zapewniasz czytelników o „kolejnych warstwach opowiadania” i ważności każdego zdanie, które podobno dokładnie przemyślałeś i każdej kwestii merytorycznej, które rzekomo szczegółowo sprawdziłeś. Bo imo nie sprawdziłeś.

Powiem tak. Rybaku! Pal licho ile osób zmieści się na pokładzie Twojego statku międzygwiezdnego. Zostawmy statek-matkę. Ja zupełnie nie widzę tego lądownika z kilkunastoma tysiącami ludzi na pokładzie. Bo gdy dodamy do tych kilunastu tysięcy cały sprzęt niezbędny do przeżycia takiej masy ludzi (z jednego lądownika) na obcej planecie zaraz po lądowaniu, to robi się z tego coś niewiarygodnego. Bo chyba przecież cały ten sprzęt też leciał w pierwszej kolejności i nie zaplanowano sytuacji, gdy ląduje najpierw kilkanaście tysięcy ludzi, którzy potem stoją i gapią się w niebo, wypatrując gdzie jest cała aparatura potrzebna do przeżycia? A właśnie. Właściwie, dlaczego sprzęt nie poleciał jako pierwszy? Jeszcze przed całą tą hałastrą (edit. i to z małymi dziećmi!)? Dlaczego jakieś automaty wysłane wcześniej nie przygotowały najpierw podstawowej bazy dla osiedleńców? Kolejna ekipa wysyła przecież najpierw automaty?

Kolejne pytanie. Leci taka misja kolonizacyjna wysłana przez cywilizację na bardzo wysokim poziomie technologicznym i… spotyka ją zagłada z powodu obiektu przelatującego obok? Czy takie statki-cuda techniki nie mają jakiegoś systemu ostrzegania? Przeglądu otoczenia? Nie skanują przestrzeni? Tym bardziej przed tym niezrozumiałym przełączeniem pól siłowych? U ciebie wygląda to tak: dolatują na miejsce, wyłączają pole siłowe (?!) włączają jakieś lokalne pole siłowe (WTF?) i giną po locie trwającym kilkadziesiąt lat? Co to za technologia? Cymbałów międzygwiezdnych?

Przy okazji. Czy na pewno zniszczenie głównego komputera (który chyba powinien znajdować się w jakimś szczególnie bezpiecznym i chronionym miejscu, np. w sercu statku), wywołuje eksplozję siłowni? Ale o czym my mówimy. Obiekt rozpędzony do takiej prędkości jak sugerujesz (wysokiej podświetlnej) pewnie by właściwie aniahilował cały okręt w milisekundzie (sam to widzę zauważyłeś i dopisałeś w komenatrzu dla Wilka, szkoda, że podczas pisanie tekstu tego nie przemyślałeś). Anihilował nie tylko cały statek, ale i okolicę w jakiejś implozji, więc po co piszesz o tym głównym komputerze, który znalazł się w tym samym miejscu co meteoroid? Zresztą przy takiej prędkości wszystko działoby się zapewne zbyt szybko i na pewno pilot odlatującego lądownika nie miałby pojęcia i nigdy by się nie dowiedział co spowodowało katastrofę, ile kilogramów ważył ten kamyk i w co dokładnie trafił na statku. Rozumiem więc, że bohater tylko tak sobie gada trzy po trzy, wymyślając takie szczegóły?

Zastanawia mnie również ta niespotykana rozrodczość. Piszesz, że było 150 tys. par na pokładzie i z tego rodzi się 50 tys. dzieci (mieli 500+?)? Czy aby nie podkręciłeś tej liczy dla większej dramaturgii i tragizmu? (czytaj: ckliwości)

Kolejna dziwna sprawa. Zanim dowiemy się, że córeczka też zginęła w katastrofie, narrator pisze, że tylko on i ona ocaleli. W jaki więc sposób córka pilota miałaby się znaleźć akurat obok pilota lądownika? A nie z matką i resztą kolonizatorów w jakiejś ładowni? I to ładowni gigantycznego lądownika na kilkanaście tysięcy osób (plus sprzęt, dużo sprzętu). Właściwie wystarczy krótka chwila zastanowienia nad tym faktem i już po całej tajemnicy.

Kolejna kwestia. Po co był właściwie ten pilot skoro lądownik z tysiącami kolonizatorów po utracie jakiejś „koordynacji online ze statku macierzystego” rozbija się przy ladowaniu? Zero autonomii? Żadnych rezerwowych systemów? Ręcznego sterowania? Autopilota? Czy ludzcy piloci siedzą tam jako ozdoba kokpitu? Kolejny raz rodzi się pytanie. Jakim sposobem cywilizacja takich cymbałów doleciała do innej planety?

Kolejna sprawa. Katastrofę przy lądowaniu przetrwały racje żywnościowe, podzespoły, nadprzestrzenny nadajnik krótkiego zasięgu (do czterech parseków), nieuszkodzone części i np. ładowarka, a nie przeżył nikt z kilkunastu tysięcy kolonizatorów? Tylko pliot? Jak oni lądowali bez tej koordynacji, że akurat pilot przetrwał?

Dziwi mnie również trochę ten pilot-majsterklepka, który znajduje co trzeba i montuje sobie zamrażacze, odsalacze (czy tam było jakieś morze, bo nie wspomniałeś chyba?) i inne sprzęty. Przyznaję, to musiał być bardzo wszechstronnie wykształcony człowiek.

No i zapewne nie przetrwały tego katastrofalnego lądowania żadne automaty, skoro o nich nie wspominasz, bo przecież prędzej przetrwa pilot niż jakiś przystosowany do eksploracji obcej planety automat, prawda?

Takich (moim zdniem) nielogicznych treści w tekście napotkałem sporo (część wspomnieli poprzedni komentujący i nie chciałem się powtarzać).

Teraz wrócę może do tego traktownia mnie jak idiotę. Podam kilka przykładów.

Czy bohater serio mówi do córki, że mają fajny odsalacz o urządzeniu, które pracuje dla nich już cztery lata?

Czy po bardzo rzucających się w oczy wstawkach o uplecionej macie, zamrażaczu, tytanowym schronieniu itd. musimy czytać potem tak drętwe i sztuczne wyjaśnienia i powtórzenia tej całej wyliczanki elementów charakterystycznych, jak w tym nienaturalnym dialogu na koniec?

Czy naprawdę autor uważa, że takie przedstawienie sytuacji w dialogu brzmi normalnie i wiarygodnie jako rozmowa dwóch zorientownych w temacie osób?

 

"– Piotrze, pogadajmy wreszcie o raporcie dla Starego. Może zacznę od tego, że jednak ktoś ocalał. A myśmy tyle dekad myśleli, że wszyscy zginęli. Dobrze, że znów tu dotarliśmy.

– Zaraz tam my, na razie tylko roboty sondujące. Zanim my podejmiemy drugą próbę kolonizacji, to jeszcze ho ho, dekada lotu minie. Toż jesteśmy dopiero na półmetku.

– Wieczny malkontent. Grunt, że nasze sondy zarejestrowały cykliczne włączanie nadprzestrzennego nadajnika, co dzień o tej samej porze."

 

Czy właściwie ktoś tak do siebie mówi, nawet nie będąc bohaterem oldskulowego opowiadanie s-f?

 

"– Piotrze, pogadajmy wreszcie o raporcie dla Starego.

[…]

– I co z tego, Anno?"

 

Czy ja wyglądam na takiego kretyna, że trzeba mnie traktować taką skrajną łopatologią?

"Chyba muszę się dziś wcześniej położyć, sen mnie jakoś morzy. Dobranoc, kochana…

[…]

Ciekawe, że leżał na posłaniu jakby tylko drzemał, musiał parę lat wcześniej zasnąć i już się nie obudzić."

 

Czy ta superaśna międzygwiezdna cywilizacja przyszłości nie potrafi przeprowadzić prostego testu DNA i domyślić się powinowactwa zmarłych?

"Nasz Robinson, zdaje się, po katastrofie nie był całkiem normalny. Bo po co brałby zwłoki jednej z ofiar i trzymał je przy sobie, zamiast pochować, jak resztę? Wyniki analiz szczątków i charakteru obrażeń są jednoznaczne: małe dziecko płci żeńskiej, ono również zginęło na miejscu, podczas nieudanego lądowania."

Czy potrzebne jest wysyłanie parametrów dla poszukiwaczy, kiedy automatom wystarczy ustalenie źródła sygnału?

"Przecież u źródła sygnałów, na powierzchni planety, automaty znalazły wyłącznie rozpadający się barak z tytanowych blach, resztki zapasów żywności, odsalarkę i zmumifikowane zwłoki pilota orbitalnego lądownika.

[…]

Ten jedyny głosowy, z dokładnymi parametrami dla poszukiwaczy. I wyjącym wiatrem w tle."

Zapewne tradycyjnie odbierzesz mój komentarz za przejaw marasowej wredoty i wpiszesz mnie do jakiegoś antyfanklubu Rrybaka, ale ja zwyczajnie nie kupuję takiej ilości naciąganych motywów i możesz do woli je tłumaczyć i na wszelkie sposoby oraz przytaczać legendy o swoim researchu. 

A to, co mi się najbardziej nie podoba w tekście to wspomniana na wstępie ckliwość. To jest tak ckliwe i rozpisane na jedna pełną żałości nutę opowiadanie, że aż rozbolały mnie zęby i zaczałem grać na skrzypcach rzewne melodie. Ta katastrofa, śmierć matki, kochający i troskliwy tatuś, urodziny przy świeczce, płacz, dorastanie, ubranka i prezenty itd. – kondensacja elementów „wyciskających łzy”, przebija wiele telenowel brazylijskich. Apogeum następuje zaś w tym fragmencie: „Też cię kocham córeczko. Chyba muszę się dziś wcześniej położyć, sen mnie jakoś morzy. Dobranoc, kochana… Tak, jesteś… dla mnie najważniejsza… na… świecie. Zawsze byłaś. Bo… wiesz… córeczko…”, w którym bohater umiera i żegna swojego makabrycznego Wilsona.

Podsumowując. Pomysł fajny. Warsztatowo dobrze. Językowo uproszczone. Merytorycznie tak sobie… 

Emocjonalnie to zupełnie nie moje rejestry i tego pewnie się uchwycisz (że nie zrozumiałem, nie poczułem itp.). Podejrzewam, że ilość żalu i boleści zawarta w tekście może jednak przerosnąć nawet niektórych portalowych wrażliwców.

To, co mi się podoba w twoim opowiadaniu, to te sugestie, które gdzieś tam widnieją na horyzoncie. Że to nie np. duch, tylko jakiś byt obcy, że być może na planecie istniało kiedyś życie, które przetrwało w niematerialnej formie itd. Niestety mam jednak wrażenie, że dopisujesz sobie te interpretacje na bieżąco wraz z kolejnymi komentarzami czytelników, doszukujących się w tekście nawiązań do innych utworów literackich.

Fajny jest też klimat opowiadania, ten wewnętrzny – w świecie przedstawionym oraz zewnętrzny, jakby retro, klimat oldskulowej fantastyki z science w sporym cudzysłowie.

Ale to jednak za mało na moje TAK.

 

edit. I proszę, Rybaku, jeśli zaszczycisz mnie odpowiedzią na ten komentarz, to nie edytuj jej potem bez ostrzeżenia, zmieniając swoje wypowiedzi.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pisanie na komórce wymaga wielokrotnych poorwek i korekty. Niestety. Ale zdziwie Cie: masz prawo odrzucić tekst, bo DLA CIEBIE za ckliwy itd. Kwestia gustu. Są röżne i dżentelmeni o nich po prostu nie dyskutują:). Co do statku i meteorytu, tudzież komputerów: przeciez jest jak byk, że go rozpyliło. I tyle. Pozdrawiam.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Aha. Zapomnialem zapytać. Sugerujesz, że to “wiatr” lub coś spowodowało katastrofę statku. A jakim niby cudem to coś wpłynęło na obiekt, który nadleciał z prędkością nadświetlną z kosmosu? 

edit. Nie wspominając, że sugerujesz, że wpłynęło na taki obiekt i wycelowało dokładnie w chwilę kiedy było to okienko w przełączeniu pól siłowych. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale co do szukania na planecie, mr.marasie: hmmm, a skąd wiesz, czy sygnał nadprzestrzenny w ogóle da się triangulować i pelengować (hi hi, z woja zapamietane pojęcie). A jeśli się nie da? Wiesz? Próbowałeś? Przecież łącznośc nadprzestrzenna to CZYSTA fantazja, dlaczego więc piszesz o niej w swej krytyce jak o NAUCE? ;P

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

A dlaczego niby miałoby to cos nadlecieć z kosmosu?? I gdzie ja napisalem, ze nadleciało Z NADŚWIETLNĄ? Bo jakoś nie moge znaleźć. A nie od Wiatru aby? Hej, nie zapętlasz się aby, Boże uchowaj?:D Pozdrawiam serd.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Z prędkością podświetlną z wiatru?

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Od Wiatru. A to nie to samo. Edit: Nie wiem, jak to Supetinteligencja/Wiatr wyczaiła, tę zmiane rodzaju pól ochronnych, no ale od tego była przeciez Superiteligencją. :P

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ok. Podświetlną, To nie ma tutaj znaczenia. Z zarąbiastą prędkością nadleciało coś i trafiło w to “okienko”? Rozwinęło taką prędkość na odcinku planeta-statek na orbicie? Odczytało procedury i trafiło w ten momencik… 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja się tam nie znam na ładownościach i systemach dublujących, więc się w tej kwestii nie wypowiem.

 

Ale odpowiem na to pytanie:

Albo miał obóz tuż obok rozkładających się zwłok albo bez żadnego sprzętu nosił te zwłoki. W sumie nie miał co innego do roboty, ale jak to wpłynęło na jego zdrowie fizyczne przy ubogości sprzętu?

Myślę, że dobrze. Praca przy grzebaniu ciał pozwalała mu utrzymywać sprawność fizyczną.

 

po pierwsze nie wiadomo dlaczego hipotetyczna inna córka miałaby tylko jeden raz nadać parametry, a główny bohater nie robić tego ani razu (i nie jest to raczej kwestia awarii nadajnika, jeśli roboty tak dokładnie prześledziły co tam się dzieje, to by przecież mogły obserwować sam nadajnik)

Przecież tam nie ma mowy o nadaniu jeden raz. Nadajnik był uruchamiany przez wiele lat po śmierci pilota, codziennie o tej samej porze. Mowa jest o tym, że jeden raz nadany został sygnał głosowy, z podanymi dokładnymi parametrami pozycji baraku pilota i nadajnika. Gdzieś przy końcu pilot opowiada córce, że zdołał ostatnio zmajstrować mikrofon i może nie miał już możliwości nadać komunikatu głosowego, bo zmarł. A Wiatr nadał sygnał głosowy dopiero wtedy, gdy wykrył zbliżające się sondy, które przygotowywały się do lądowania. Wzmocnienie przekazu, mające zachęcić do lądowania i odnalezienia szczątków pilota. I masz rację, sondy bardzo dokładnie zbadały szczątki i miejsce katastrofy, to wynika z treści rozmowy ludzi na końcu. Wiatr uznał pewnie, że nie musi wysyłać kolejnych komunikatów, ponieważ dotarły do adresatów, tak jak tego chciał ojciec/pilot. Co więc miały zaobserwować sondy? Wiatr? Pewnie zaobserwowały, ale ludzie nie powiązali naturalnego zjawiska atmosferycznego z żywą inteligencją.

 

"Lost Highway" do końca wiele pozostawia niewyjasnione.

No, jak ładnie. Czy “Lost Highway” wyjaśnia na końcu cokolwiek? Często wracam do tego filmu i próbuję odnaleźć w nim jakieś wskazówki, które mogły mi umknąć. Ale podejrzewam, że ich tam po prostu nie ma. To, jak zinterpretujesz to, co widzisz, zależy wyłącznie od ciebie. Czy to jest zła praktyka? Mnóstwo miejsca do interpretacji, mnóstwo miejsca do nadinterpretacji. Brak miejsca dla pewności co do wysnutych wniosków i czy pokrywają się one z zamysłem autora – to jest siła tego filmu, która nie pozwala mi o nim nie myśleć za każdym razem, kiedy go obejrzę.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

A pilot lądownika, który znany był z tego, że potrafi strasznie szybko kręcić szyją w przelocie zobaczył, że to kamień ważący sto kilo i że leci prosto w system główny ukryty gdzieś w kadłubie statku za rufą jego lądownika z prędkością podświetlną?

edit. Ja bym Rrybaku nie podśmiewywał się tylko spróbował sensownie odpwiedzieć na te wątpliwości. Albo zmienił syganturkę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hi hi… Mr.Marasie, a jestes pewien, że krytykujesz opko sci-fi? Bo zaczynam podejrzewać, że pomyliło Ci się z popularnonaukowym ;P. Pozdr. serd.:DDD

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Exit light

Hihi to ja mogę powiedzieć, widząc jak “mistrz researchu” ucieka przed wyjaśnieniem takich baboli w tekst, że to opwiadanie s-f a nie popularnonaukowe.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie, mr.marasie. Po prostu tak jak Wilk szukasz dziury w calym, tyle że też nie masz argumentow i zaczynasz (w przeciwieństwie do Wilka) uciekac w małe złośliwostki. To jeszcze napisz, że opko ma babole, bo ładowarka nie ma prawa zasilić nadajnika nadprzestrzennego, no i podstawowy zarzut: że prędkość nadświetlna jest NIEMOŻLIWA :DDD. I  styknie:D. Dobranoc.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Nie, Rrybaku, to Twoim koronnym argumentem jest “bo ja robię super research i basta!” albo “szukasz dziury w całym!”. Naprawdę proponuję zmienić sygnaturkę. Dobranoc.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Piszesz to jako członek Loży? Gratulacje.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ponieważ otwarł się sezon na malkontenctwo, to i ja dołączę, choć podejrzewam, że też usłyszę o fanklubach, uprzedzeniach albo czymś jeszcze gorszym. I po prawdzie po poczytaniu odpowiedzi na choćby najmniejsze słowo krytyki miałam ochotę nie komentować – ale skomentuję, bo pewne wątki nie zostały jeszcze poruszone. Kwestie logiczno-techniczne wyczerpali już bardzo sensownie przedmówcy, więc mogę jedynie powiedzieć, że jestem przekonana ich argumentami.

Natomiast sama z siebie już za pierwszą lekturą (niedługo po wrzucie) miałam jeden zasadniczy problem: nie podoba mi się mieszanie konwencji i ono psuje mi odbiór tekstu. (Nieznośna ckliwość też, ale o tym za chwilę). Chciałeś, jak rozumiem, napisać tekst wysoce metaforyczny, niemalże mistyczny, w którym metafizyka goni metafizykę. Nie przepadam za takimi tekstami, ale bywają lepsze i gorsze. Akurat w ich przypadku uważam, że im mniej konkretu, tym dla przesłania lepiej. A u Ciebie te wszystkie wyliczenia i szczegóły, psujące odbiór. Alegoryczno-metafizyczna treść zderza się z próbą hard s-f i mnie ta mieszanka nie przekonuje. Wolałabym świat bliższy Gwiezdnym Wojnom, czyli space fantasy, czy choćby space operę, gdzie nie musisz przejmować się tym, czy w próżni słychać dźwięki, czy prędkość nadświetlna jest możliwa i tak dalej. Słowem: im mniej by w tym tekście było technobełkotu, tym większe miałby szanse mnie przekonać. Nie musiałoby od razu być Mocy Jedi czy innych para-magicznych elementów, bo chciałeś wprowadzić ten swój – metafizyczny wiatr. I on miał być zaskoczeniem. Więc może po prostu konwencja space opery, która też pozwala na pewną swobodę czy wręcz dezynwolturę techniczną. Ale nie: uparłeś się, że ma być hard sf z riserczem, obliczeniami i, co najgorsze, uporem, że w tych obliczeniach i riserczach to Ty masz stuprocentową rację, a krytyk nie może mieć jej nawet w promilu promila.

Nie jestem też zachwycona twistem, a konkretnie pomysłem z wiatrem. Bez czytania komentarzy (a może wręcz były one późniejsze od mojej lektury opowiadania) miałam skojarzenie z “Solaris”. Pech jest taki, że to akurat ta powieść Lema, za którą nie przepadam. I to między innymi za podobny element, który irytował mnie w Twoim opowiadaniu: ckliwość i kiczowatość głównego wątku. To niejedyny element, który wydawał mi się tu nieoryginalny – również twist z tym, że córka jest martwa (co skądinąd zgadłam dość wcześnie) to choćby “Psychoza” Hitchcocka.

W kwestii tej rzekomo trudnej narracji – podobnie jak Maras nie widzę tu nic szczególnie trudnego. Nie masz tu żadnych fajerwerków, które by ją utrudniały – np. bohater nic nie robi, co zaburzałoby jego monologi. Nie rozmawia z nikim, jedynie monologuje do trupka. O braku światotwórstwa już wspominano, nie będę powtarzać, bo i tak nasze komentarze to monstra. W każdym razie znacznie trudniej byłoby prowadzić taką narracje w sytuacji, kiedy pisałbyś o czymś więcej niż roztkliwianie się bohatera nad dzieckiem (czy wyobrażeniem dziecka) – np. o tym, co on poza tymi chwilami robi.

Bo przecież coś robi i tu przechodzimy do kolejnego problemu – na tym elemencie opowieści poszło się bujać moje zawieszenie niewiary. Jasne, mogłeś sobie jako autor wybrać tylko te fragmenty z życia bohatera, Twoja sprawa. Ale jednak gdzieś tam są te dziesiątki tysięcy trupów, jest budowanie sobie prowizorycznego schronienia, jest być może grzebanie tych zmarłych (piszesz o cmentarzu!!! to oznacza celowe, świadome i choćby minimalnie rytualne pochówki albo też to konkretne słowo jest jednak nieprzemyślane – a jeśli jest przemyślane, to koleś powinien coś o tym opowiedzieć), jest codzienność, od której można oszaleć. I spoko, można oszaleć w ten sposób, że się gada do martwej córeczki, która autorską decyzją, bo nie logiką, stała się szkielecikiem, podczas gdy tatuś się zmumifikował, a cała reszta tych kilkunastu tysięcy w grobach. No więc po części problem tu jest taki, że skeletonizacja i mumifikacja wymagają nieco innych warunków – np. co zjadło ciało dziecka, skoro na planecie nie ma żadnego życia? Na logikę oboje powinni być zmumifikowani, zakładając suche powietrze (przy wilgotnym bez czegokolwiek, co rozprawiłoby się z miękką materią organiczną, będzie nieco inny proces, ale ciało też się zachowa, vide ludzie z torfowisk). A bardzo podkreślasz całkowitą jałowość tej planety itd.

Kolejny problem jest już bardziej idiosynkratyczny, niemniej miałam problem – i to dwuwarstwowy – z tym kawałkiem, gdzie on jej tłumaczy dojrzewanie. Jak dla mnie był w tym jakiś taki podtekst fascynacji tą dojrzewającą kobietą. I – paradoksalnie – mój problem poszedł w dokładnie odwrotną stronę, niż można by się spodziewać. Mianowicie pomyślałam sobie, że w sytuacji jeden mężczyzna + jedna kobieta na świecie (bo tak należy tę sytuację interpretować), nawet spokrewnieni i to w pierwszym stopniu, kazirodztwo, a przynajmniej jego pokusa, będzie bardzo prawdopodobne. Nie wiem zresztą, czy w tak ekstremalnej sytuacji nawet wyniesiona z Ziemi mocna wiara zakładająca bardzo ścisłe rygory moralne miałaby szanse – przez tyle lat! – wygrać z biologią, instynktem, wreszcie potrzebą bliskości. To mi też cholernie mocno zazgrzytało.

No i do tego wszystkiego, co zgrzyta, ta kosmiczna wręcz ckliwość. Wilk ma rację – lepiej Ci wyszła podlana Stachurą w “Sosnach”, lepiej tam była uzasadniona, mimo że z powodu ogólnej niechęci do ckliwości tam też miałam do niej anse.

Czy zatem znajduję jakieś plusy? Owszem. Jest pomysł, może poskładany ze znanych elementów, ale w końcu większość literatury od setek lat to powtarzanie znanych elementów, więc to samo w sobie nie jest niczym złym. Ten pomysł mógł się znacznie lepiej zrealizować, gdyby nie niepotrzebne przemieszanie konwencji – do mnie znacznie lepiej trafiłby w uniwersum podobnym do całego mnóstwa fantastyki, nie tylko Star Warsów: cyklu haińskiego Le Guin, Darkoveru Zimmer Bradley, Jeźdźców smoków McCaffrey, Coldfire Friedman, w sumie to i Carda czy Diuny, przywoływanych tu opowiadań Dukaja, a choćby i części powieści Lema, bo nie udawajmy, że w takiej “Solaris” wszystko się naukowo klei.

Jest też dobry początek – dwa pierwsze akapity obiecywały mi coś zupełnie innego, niż ostatecznie dostałam. Coś ciekawszego, napisanego z większym pazurem, bo potem nawet stylistycznie mi się ten tekst rozłazi, choć jest w nim trochę ładnie napisanych zdań. Końcówka ze zmianą perspektywy jest imho przegadana, zanadto oldskulowa, zanadto infodumpowa (po drodze też sporo infodumpów, o tym też przede mną napisano).

Reasumując: jest potencjał, ale to, co z tego pomysłu wycisnąłeś, do mnie nie przemawia.

http://altronapoleone.home.blog

Czemu Ty wciąż edytujesz swoje posty, zmieniając ich wymowę, Rrybaku?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Drakaino, Masz święte prawo do własnego gustu. To raz. A co do argumentów kolejnych "naukowych": rozkład powodują także drobnoustroje znajdujace sie WEWNĄTRZ człowieka. Zapytaj Wiktorii, jeśli nie wierzysz. Pozdrawiam. Edit: z tym "dojrzewaniem" to nie do końca tak. Ale każdy odczytać może po swojemu. I dobrze :). Pozdr. Edit2: rany boskie, doczytałem, co napisalaś. I jako ojciec powiem Ci tylko, że z tym podejrzewanym / sugerowanym (jako bardziej interesujaca opcja) przez Ciebie u bohatera kazirodztwem to jakaś za przeproszeniem masakra! Sorki, ale przeze mnie po prostu nieakceptowalna. Boszszsz, naprawdę masz takie skojarzenia i piszesz cos tak strasznego poważnie??? Zlituj się! Żaden kochający swe dziecko ojciec nawet by tak nie pomyślał.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

RRybaku, miałam antropologię fizyczną na studiach, a praktyki roku zerowego zaczęłam od neolitycznej czaszki. Twój argument nie tłumaczy, dlaczego jedne zwłoki się zeskeletonizowały, a drugie w tych samych warunkach zmumifikowały, ot tyle. Poza tym to nie ja podkreślam jałowość planety, tylko Ty. Skądinąd skoro już (słusznie, choć szkoda, że nie w tekście) zaczynasz o drobnoustrojach przywiezionych przez ludzi, to one odjałowiły tę planetę. I po prawdzie te kilkanaście tysięcy pochowanych na niej trupów to trochę problem ekologiczny. Chyba że się jednak wyjałowiły i wszystkie zmumifikowały.

http://altronapoleone.home.blog

To dlaczego na Ziemi nie jest z tym rozkładem jednakowo? Nawet na tym samym cmentarzu? Nie przesadzasz aby? Dobranoc.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Bo na Ziemi nie jest jałowo i różne zachowania zależą od warunków. A na cmentarzach są różne trumny i inne elementy pochówków, co też wpływa na proces rozkładu, ale obstawiam na podstawie tego, co widziałam i czytałam, że jednak duże skupiska trupów w jednym miejscu zachowują się podobnie. Ty masz zbyt małą próbę (nie liczymy tych kilkunastu tysięcy, bo nic o nich nie wiemy z tekstu), zbyt małą przestrzeń i zbyt jednorodne warunki “przechowywania”, żeby była aż tak duża różnica. Ewentualnie użyłeś słowa “zmumifikowane” albo “szkielet” przypadkowo, a teraz usiłujesz to nakryć teoriami, podczas gdy znacznie łatwiej i efektywniej byłoby powiedzieć “ups, kiks, każdemu się zdarza”.

http://altronapoleone.home.blog

Nieprzypadkowo i ten szkielet, i te zwłoki bohatera. Tak miało być. I może dlatego jednak pisz w swoim imieniu te "upsy";). Po tym proponowanym przez Ciebie bohaterowi kazirodztwie myślę, że by się przydało. Sorki, ale nadal jestem w szoku, że komuś może coś takiego w ogóle przyjść do głowy przy okazji oceny opowiadania o rodzicielskiej miłości. Dobranoc.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Tarnino:

Jeszcze raz Ci dziękuję za sugestie i uważną lekturę, Twoje poprawki sumiennie ponanosiłem. Słowo “ogarniasz” – zostawiłem ;). Dropy tu i ówdzie – powygładzałem.

 

Jose – takoż dziękuję :). Z tymi podwójnymi spacjami sprawdziłem, jak i gdzie się dało. W kilku przypadkach były, ale w kilku innych – nie. Co mogłem – wyłapałem.

 

Pozdrawiam

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Z tymi spacjami to jakiś bug formatowania. Np. tu:

“Bo wiesz, córeczko,  myśmy jednak,  jakimś cudem, wylądowali.” – W tym zdaniu zostały dwie podwójne spacje. Jak się kopiuje tekst do edytora tekstu to okazuje się, że jedna z tych spacji jest zawsze twarda.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zawsze po napisaniu tekstu wykonuję prosty zabieg: zamień “ “ (dwie spacje) na “ “ jedną spację.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

rrybaku, obawiam się, że to ostatni Twój tekst, jaki skomentowałam. Mam dość Twojego protekcjonalnego tonu i obrażalstwa. Jest mi cholernie przykro, bo zasadniczo raczej lubię Twoją pisaninę (i nie wykluczam, że nadal będę większość jej czytać), ale po prostu nie mam ochoty być nadal traktowana jak nastoletnia idiotka, którą usiłujesz zastraszyć swoim autorytetem i zakrzyczeć – nie po raz pierwszy. Nie potrafisz się przyznawać do błędów – Twój problem, ja z tym walczyć nie będę, bo mi szkoda życia, czasu i nerwów.

Jednakowoż ustosunkuję się do kwestii kazirodztwa vs. rodzicielskiej miłości. Z punktu widzenia czytelnika opublikowany tekst jest tekstem, a nie intencjami autora. I jeśli ja jako czytelniczka widzę coś niezbyt dla mnie smacznego w sposobie, w jaki dojrzały mężczyzna opisuje swoją dojrzewającą córkę, to niestety na skojarzenia nic nie poradzę. I deklaracja autora, że tekst jest o rodzicielskiej miłości, nic tu nie zmieni, bo czytam tekst, a nie intencje autora. I autor napisał to tak, że mam takie, a nie inne skojarzenia – autor mógł mieć inne intencje, ale pech, tak mi akurat ten opis zabrzmiał.

A dalszy wniosek? Ot, antropologia. Zauważ, że ja tego nie potępiam, tylko zauważam, że tak może sie stać w sytuacji, jaką sobie stworzyłeś w opowiadaniu. Może gdyby w tym było mniej prób robienia hard sf, o czym pisałam wcześniej, takiego skojarzenia by nie było – w tekście czysto metaforycznym konkretne rozwiązania socjologiczne nie przychodziłyby mi zapewne na myśl. Niemniej narzuciłeś “realistyczne” czytanie sytuacji, wiec moje myślenie poszło w niewygodny dla Ciebie realizm… Bo takie zachowanie byłoby całkowicie wytłumaczalne sytuacją i biologią. Nie uważam, że Twoi bohaterowie zasługiwaliby na potępienie, gdyby instynkt i biologia zatriumfowały albo gdyby uznali, że w sytuacji, kiedy są jedynymi ludźmi, zostają zawieszone wszelkie społeczne zasady. Zwłaszcza że zauważ, że gdyby ona była żywa, to w niej w tym czasie obudziłyby się hormony i potrzeby. I co? Ja nie potępiam. To Ty potępiasz – głównie mnie, że śmiałam w ogóle wyobrazić sobie taką sytuację wbrew Twoim intencjom, które deklarujesz względem tego tekstu.

Nie chcesz spojrzeć poza jakieś swoje wyobrażenia o świecie, a także o Twoich tekstach? Twój problem. Nie chcesz zastanowić się nad niczym, co idzie wbrew Twojej linii programowej. Nie uznajesz dyskusji, a dyskutantów potępiasz. Zawsze wiesz lepiej, a już na pewno nie popełniasz nawet językowych pomyłek (bo nadal uważam, że po prostu szkieletu vs. zmumifikowanego ciała nie przemyślałeś, napisałeś to jako synonimy, a teraz dorabiasz teorię, bez szczegółów). Nie widzę dla siebie sensownego miejsca w takim układzie, bo trudno to nazwać rozmową czy dyskusją. Nie przyjmuję tego miejsca, które mi wyznaczasz.

Uważam, co więcej, że to mógłby być cholernie ciekawy tekst, ten o kazirodztwie, z bardzo poważnym problemem, z mnóstwem pola na psychologię, antropologię i brak ckliwości. I może na cholernie dobry tekst o miłości. O jej bardzo różnych aspektach. O konfrontacji z wyobrażeniami o społeczeństwie, o zasadach. “Władca much” – jeszcze lepszy, prawdziwszy, ciekawszy. Szczerze? Chętnie bym taki tekst przeczytała: kontrowersyjny, ostry, trudny, może i bolesny. Optymistyczny lub pesymistyczny. Chętniej bym go przeczytała niż idealistyczny obrazek, jaki nam zaserwowałeś.

http://altronapoleone.home.blog

1)To Ty Drakaino, pisz pasjonujące opowiadania o kazirodztwie, a ja będę pisał byle jakie o rodzicielskiej miłości ;D.

2) Mamy najwyraźniej całkowicie inne skojarzenia, wynikające z diametralnie innego spojrzenia na świat i ludzi oraz absolutnie innych wyznawanych wartości. Pozwól mi pozostać przy swoich.

3) Nadal uważam, że wsadzanie wszędzie i promowanie nawet przy tekście o miłości ojcowskiej seksualnych patologii jest drastycznie nienormatywne. Gdybym coś takiego przeczytał, uznałbym to za chore! I dla mnie absolutnie nieakceptowalne. Życie jest wystarczająco pełne i bogate bez nich i bez sprowadzania istoty człowieczeństwa do patologicznego zaspokajania popędu.

4) A teraz specjalna czcionka na sarkazm:

:D

Wielka to szkoda, że Fiodor Dostojewski umarł przed obecną obyczajowo-polityczną rewolucją. Krytycy wyrzucaliby mu zapewne z dostojnym poczuciem pewności i racji (toutes proportions gardées ;D ), że z ogromną, ba! wręcz niepowetowaną szkodą dla tekstu autor poprzestał na prymitywnym zarąbaniu przez Raskolnikowa staruchy siekierą, a przecież onże bohater powinien ją przedtem w wyjątkowo wyuzdany (za to w niewątpliwie ”nowoczesny”) sposób zgwałcić! ;P.

Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Mamy najwyraźniej całkowicie inne skojarzenia, wynikające z diametralnie innego spojrzenia na świat i ludzi oraz absolutnie innych wyznawanych wartości

Otóż, rrybaku, nie zamierzałam już odpowiadać i w ogóle pojawiać się pod tym tekstem. Niemniej zostałam poinformowana o bardzo nieeleganckich insynuacjach i tego nie zamierzam pozostawić bez odpowiedzi, ponieważ retoryka, jaką stosujesz, jest podła.

Nie, nie uważam kazirodztwa za rzecz dobrą ani w społeczeństwie dopuszczalną. Podobnie jak nie uważam za dobre tego, co Golding opisał we “Władcy much”. Niemniej, owszem, dopuszczam możliwość, że w sytuacji, kiedy społeczeństwo nie istnieje, jego zasady przestają obowiązywać, z bardzo różnych powodów. Nie oznacza to akceptacji wszystkiego, co w ramach tego rozpadu społeczeństwa się dzieje, a jedynie chłodną obserwację, że tak może być. I nie należy od razu potepiać hipotetycznych bohaterów w czambuł tylko dlatego, że zachowają się zgodnie z tym, co podyktuje im sytuacja, biologia, instynkt przetrwania i tak dalej.

Przede wszystkim, skoro Ty cytujesz Dostojewskiego, to ja zacytuję inną klasykę: “Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Nie mam zwyczaju osądzać ludzi znajdujących się w skrajnych sytuacjach, zwłaszcza za brak heroizmu, ponieważ nigdy nie znalazłam się w sytuacji ekstremalnej – zwłaszcza takiej, gdzie moje przetrwanie jest zależne od innych ludzi i od ewentualnie nieetycznych decyzji. Co ciekawe, w szkole dwa razy zostałam wyrzucona na korytarz z uwagą do dzienniczka za odmowę takiego potępienia, mimo że powołałam się właśnie na zasadę niepotępiania ludzi za brak heroizmu, jeśli samemu nie było się w analogicznej sytuacji. Raz wyrzucił mnie szkolny sekretarz PZPR i znany ubek za to, że odmówiłam potępienia jednego z bohaterów “Popiołu i diamentu” – tego, który niepięknie zachował się w obozie koncentracyjnym. Drugi raz przez panią od życia w rodzinie, jeszcze na przykościelnych lekcjach, za odmowę potępienia każdej kobiety, która dokonuje aborcji. Za każdym razem miałam ten sam argument: nikt nie jest w stanie przewidzieć swojego zachowania w sytuacjach ekstremalnych, a ten, kto uważa, że może je przewidzieć, grzeszy pychą. I dokładnie to samo stosuję do hipotetycznego kazirodztwa czy innych nieetycznych zachowań w sytuacjach “robinsonów”.

Oraz: nie uważam, że wszędzie należy wsadzać patologie, ba, wręcz przeciwnie. Nie znoszę literatury z molestowaniem, pedofilią czy gwałtem w tle – idź poczytaj moje wypowiedzi w wątku o fantastycznych Słowianach czy pod opowiadaniami, które takie wątki poruszały. Niemniej nie znoszę też ckliwych lukrowanych obrazków, zwłaszcza udających realizm.

Skądinąd dlaczego uważasz (bo to nie moja opinia, nigdzie czegoś takiego nawet nie zasugerowałam!!!), że to musiałby być gwałt? A nie po prostu wzajemna fascynacja, uczucie, pożądanie, szacunek przy wiedzy (na pewno ze strony ojca, bo córce mógłby oszczędzić wiedzy o tabu), że robią coś, co w społeczeństwie spotkałoby się z potępieniem? Gwałt tu dopisałeś Ty i to jest skądinąd bardzo ciekawe, zwłaszcza w kontekście tego, co mi insynuujesz.

Co więcej, kazirodztwo wcale nie jest/było globalnie i jednoznacznie potępiane. Sankcjonwoane związki o charakterze, który dziś uznalibyśmy za mocno kazirodczy (drugi stopień pokrewieństwa powszechnie, a nawet i pierwszy, choć częściej bracia i siostry), zdarzały się nie tylko u pogańskich Ptolemeuszów, ale i u arcykatolickich Habsburgów. Z antropologicznego punktu widzenia u podstaw tabu kazirodztwa leży nierozumiana ale obserwowana genetyka: ryzyko upośledzeń (na Habsburgach zresztą sie zemściło). Ergo z antropologicznego punktu widzenia można sobie łatwo wyobrazić społeczeństwo tak małe, że aby nie wymrzeć, musi wchodzić w takie ryzykowne związki, również w najbliższym pokrewieństwie. A tu masz raptem dwie osoby. I powtórzę: gdybyś nie upierał się przy realizmie tej historii, taka konsekwencja przedstawionego przez Ciebie świata i sytuacji zapewne nie przyszłaby mi do głowy. Przy uporze, że to realistyczna sf, konsekwencje społeczne są równie ważne jak technologiczne. A to jest po prostu jedna z możliwych konsekwencji społecznych. I tyle. Żaden wyraz moich rzekomych poglądów.

Insynuowanie mi, że jestem niemoralna i propaguję zboczenia, uważam za podłość, po prostu podłość.

http://altronapoleone.home.blog

Nie znam się na kazirodztwie, generalnie omijam temat z daleka, jeśli mogę, ale wiem jedno: czasami, wcale nie tak rzadko, w literaturze zwłaszcza, mniej znaczy więcej. I tego się trzymam nie tylko w tym opku.

Niczego ci przy tym nie insynuowałem i nie ja zainicjowałem temat kazirodztwa. Sama napisałaś, i to napisałaś kilkakrotnie, że się Tobie konkretny fragment mego opka konkretnie kojarzy. I jasno napisałaś, że wg Twego mniemania taki temat by owo opko że tak powiem – znacząco ubogacił.

Mnie się ani tak nie kojarzy, ani tak nie uważam. Zdecydowanie.

Dlatego co do owej “podłości”. Nie przesadzajmy. Skojarzenia wynikają przecież wprost z głębokich, jeśli nie najgłębszych, pokładów świadomości, podświadomości, wartości, słowem – ze zinternalizowanej przez danego człowieka warstwy symbolicznej. Mamy inne skojarzenia, inne aparaty pojęciowe, inne podkłady kulturowe (co wcale nie oznacza, że lepsze czy gorsze, po prostu inne), inne bagaże życiowych doświadczeń, preferowanych baniek osobistego komfortu itd. Co powoduje, że co innego nam się podoba, i co innego uważamy za wartościowe lub nie. To przecież zupełnie normalne. Ja nie narzucam Ci, jak masz wzbogacać swoje opowiadania, pozwól więc, że i ja nie będę musiał bez wyjątku zawsze – uważać Twoich pomysłów w tej mierze za (dla mnie) pożyteczne czy cenne.

No niby ludzie się w tym od siebie nie różnią? Wszyscy muszą myśleć tak samo, identycznie oceniać różne zjawiska? Jeśli tak istotnie jest, to po co po dziś dzień spece od Id, ego i superego męczą ludzi testem Rorschacha? A ideolodzy rozmaitej maści (obojętnie – czarnej, czerwonej, brunatnej czy kolorowej) bezskutecznie męczą się nad glajszachtowaniem ludzkich umysłów, pod strychulec jedynej słusznej ideolo?

I na koniec ów gwałt ubogacający “Zbrodnię i Karę”… No cóż, sarkazm to faktycznie niekiedy spory problem. Zwłaszcza dla osób z ponadwybitnie, że się tak wyrażę (absolutnie przy tym NIE wartościując oraz NIE oprzymiotnikowując nikogo) rozwiniętym poczuciem własnej wartości… A zatem z brakiem dystansu do samego/samej siebie.

 

I tyle, dalsza dyskusja na ten akurat temat nie ma sensu.

 

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ciężko dyskutować z kimś, kto zmienia treść i wymowę swoich postów już po przeczytaniu odpowiedzi na te posty.

Ciężko dyskutować z kimś, kto raz wykłóca się o tlen i objętość kuli i przechwala dokładnym researchem i ważnością każdego zdania, a potem, wobec innych zarzutów stosuje metodę "to jest tylko opowiadania s-f (czyli jednak science) a nie popularnonaukowe”.

Ciężko dyskutować z kimś, kto na poczekaniu wymyśla "zewnętrzne ładownie", których nie ma w tekście itp. i traktuje to jako swój argument.

 

Pogodziłem się z tym, że na moje zapytania i wątpliwości, podważające logikę niektórych wydarzeń (np. skąd pilot lądownika wiedział o 100 kg kamieniu) i ów słynny research nie otrzymam odpowiedzi innej niż "szukasz dziury w całym".

 

Odniosę się tylko do jednej z Twoich wymijających odpowiedzi, Rrybaku.

 

Ale co do szukania na planecie, mr.marasie: hmmm, a skąd wiesz, czy sygnał nadprzestrzenny w ogóle da się triangulować i pelengować (hi hi, z woja zapamietane pojęcie). A jeśli się nie da? Wiesz? Próbowałeś? Przecież łącznośc nadprzestrzenna to CZYSTA fantazja, dlaczego więc piszesz o niej w swej krytyce jak o NAUCE? ;P

 

Chyba zdajesz sobie sprawę, że dyskutujesz sam z sobą, Rrybaku? Wszak to Ty napisałeś w tekście, a ja tylko cytowałem, że:

 

"Przecież u źródła sygnałów, na powierzchni planety, automaty znalazły wyłącznie rozpadający się barak z tytanowych blach, resztki zapasów żywności, odsalarkę i zmumifikowane zwłoki pilota orbitalnego lądownika.

 

Zatem, jak rozumiem, chodziło o sygnały z owego nadprzestrzennego nadajnika krótkiego zasięgu (do czterech parseków)? A dalej w tekście piszesz:

 

Ten jedyny głosowy, z dokładnymi parametrami dla poszukiwaczy. I wyjącym wiatrem w tle."

 

Na cholerę więc ten jeden sygnał głosowy i chyba jednak ta “triangulacja” była możliwa?

 

Mam po prostu wrażenie, że piszesz coś na czuja, dla efektu, potem krzycząc na prawo i lewo, że wszystko sprawdziłeś, a następnie, jak ktoś wypomni jakąś nieścisłość lub brak logiki, to go próbujesz zakrzyczeć, uciec od odpowiedzi, wymyślić coś na poczekaniu, czego nie ma w tekście, krzycząc, że to powinno być oczywiste (jak te ładownie zewnętrzne), zmienić treść tekstu lub posta bez zapowiedzi, zmienić temat albo bagatelizować, że to tylko s-f i szukanie dziury w całym. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ech. Drakaino, glass houses, much? Ciut empatii. Rybaku, Mt 5: 3, 5, 7, 9, a przede wszystkim 22-26. Nie cały świat istnieje dla Twojej nieprzyjemności.

Zachowujcie się jak dorośli, bo przyjdzie Deadpool.

Jak dzieci. Jak dzieci, tylko Wam wódka i panienki w głowie.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No masz rację w sumie. Ale jak to mówił niezapomniany Litwin w monologu w Piwnicy p. Baranami: -" Takie i inne sceny powtarzały się dość często, aż znudziło mię się być bitym" :DDD Uwielbiam Piwnicę, nawiasem mówiąc:). Pozdr. I dzięki (za Mateusza).

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

rrybaku, i mnie zatrzymała sekwencja z dojrzewaniem córki. Nie chciałam o tym pisać przy nominacji, bo narracja, z tym wyjątkiem, mnie uwiodła. Próbuję ważyć “taki i nietki”. Tu, lecimy na schemacie, ciągle jeszcze obecnym wszech i wobec. Inicjacja robiona rękami faceta, to trudne, na każdym ze światów, z różnych względów, na “abarot” też podobnie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wiesz, Rrybaku, ja Cię za bardzo nie rozumiem. Napisałeś fajne opko i mam wrażenie, że powoli je psujesz. Ileś Ty tam do tych rozmów z córką podopisywał, żeby odpowiedzieć na wątpliwości czytelników. Jeśli się nie mylę tego fragmentu tam wcześniej nie było:

Choć, wnioskując ze składu tlenowej atmosfery, od relatywnie niedawna.

Po co Ci to. Rozumiem człowieka, inżyniera, czy tam kogoś w tym guście, że w taki sposób rozmawia ze zmarłą córką, ale nie przeginaj. Tak naprawdę wszystkie te wątpliwości, które czytelnicy, włącznie ze mną przedstawiali, są nieważne, bo to opko jest o ojcowskiej miłości, reszta jest tylko tłem. Po diabła bronisz tego tła jak niepodległości? W całej tej dyskusji tutaj to co najważniejsze schodzi na drugi plan. Po co to wszystko wyjaśniać? We Wszechświecie jest miejsce na niewyjaśnione i takie tłumaczenie zupełnie by wystarczyło. Pisałeś, że opko jest częścią Uniwersum Snuffa. No to masz, cholera, nawiedzoną planetę. Wyślij go tam kiedyś, niech powyjaśnia to, co niewyjaśnione. A tu już więcej nie dopisuj.

Jeśli chodzi o nominację piórkową. Twój tekst mi się podoba, nie widzę w nim emocjonalnej przesady, próby gry na uczuciach czytelnika. Opisujesz tragedię ojca w prosty, oszczędny sposób. Motyw z wiatrem też mi się podobał, choć kiedy zaczynasz dopowiadać mu jakieś dodatkowe znaczenia, krzywię się. Rzecz w tym, że to jest raczej miniaturka, impresja. Dobra, ładnie napisana, chwytająca za serducho, ale z dość umownym światotwórstwem. Tak, tak, wiem, jak się to ma do tego, co napisałam wcześniej. No nijak, bo to nie jest zarzut. To nie zmienia faktu, że mi się Twoje opko podoba. Po prostu nie jest to tekst piórkowy.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No więc ja też pozostaję nieprzekonana. 

Pomysł na jałową planetę, na której życie było, Coś je “zjadło”, a potem to Coś spotyka inne życie, niszczy je, po czym to, co zostaje z tego innego życia, budzi w nim – trudno powiedzieć co, uczucia? – jest bardzo dobry. Pewnie, to twój tekst i piszesz, co chcesz, ale hmm, może bym przeczytała o tym, jak obcy niszczyciel uczy się od obcego rozbitka – rodzicielstwa? Miłości? W sensie – przeczytałabym tekst, w którym to jest mocniej wypunktowane, na powierzchni, kosztem może detali technicznych katastrofy.

W sumie to moje nieprzekonanie wynika właśnie z faktu, że nie mogę, no nijak nie mogę zawiesić sobie niewiary na tę katastrofę i to, jak do niej doszło i co po niej zostało. Albo mam za mało danych (na sugestię, że to była jakaś interwencja z zewnątrz, na przykład ze strony planety), albo za dużo (twoje wszystkie wyliczenia w komentarzach, spoza tekstu) – no nie brzmi mi to jak coś, w co bym była w stanie uwierzyć nawet w hollywoodzkim blockbusterze, a co dopiero w kameralnym opowiadaniu, gdzie ważne są detale. Tym bardziej, że przecież te detale z mojego czytelniczego punktu widzenia ważne nie są, bo tekst się przecież nie skupia na kwestii tego, jak to się stało, skupia się na postaciach i ich relacji – a tymczasem to, że cała katastrofa i to, co przetrwało, a co/ kto nie, wydaje mi się spowodowane jedynie mocą imperatywu narracyjnego, przysłania mi inne rzeczy i jako czytelniczkę uwiera.

Jedna rzecz, rrybaku – ode mnie nie tyle jako od czytelniczki, co jako od literaturoznawczyni: nieważne, czy twoje wyliczenia działają. Naprawdę. Nieważne. Jeżeli czytelnik tego nie widzi, jeżeli nie wydaje mu się to prawdopodobne wewnątrz świata, to to, że matematycznie może i masz rację (naprawdę nie wiem, nie znam się), nie bardzo ma znaczenie. Możesz się pieklić, że czytelnicy nie zrozumieli twoich intencji, jak Alan Moore sie piekli na fanów Rorschacha, ale nie wygrasz, i pokazywanie pozatekstowych obliczeń nie pomoże. Sam byś się czepił, gdybym napisała opko umieszczone w średniowiecznej bizantyjskiej Grecji i umieściła w nim jako zwykłą typową postać trzecioplanową Greka-buddystę, prawda? Choć statystycznie nie jest to przecież niemożliwe, zważywszy na wcześniejsze kontakty z Indiami od Aleksandra do czasów jeszcze rzymskich. Ale jakbym nie dała w tekście sugestii, skąd i dlaczego bohater tak ma, tylko napisała sobie buddystę, bo tak – ale byście mieli na mnie używanie! I słusznie, dodam: może i to jest nie-niemożliwe, ale ja jako autorka odpowiadam za to, żeby przekonać – w tekście, nie w komentarzach pod nim. Cała ta długawa dygresja jest po to, żeby podsumować: nie, ile byś wyliczeń nie przedstawił, to jeżeli nie przekonałeś czytelników TEKSTEM, że to się mogło zdarzyć, to już ich nie przekonasz.

To nie jest historia, która akurat mnie by jakoś szczególnie emocjonalnie ruszyła (dla mnie, zupełnie idiosynkrastycznie, jest za jednostronna w swoim skupieniu na bohaterze – to hymn do miłości rodzicielskiej, w której córka jest wyłącznie córką do tego stopnia, że nie ma imienia, a jedyne uczucia, jakie istnieją, to uczucia ojca, o niej nie wiemy nic; ale powtarzam, to jest osobisty odbiór, nie obiektywny zarzut). Piszesz sprawnie, ale zawsze tak piszesz, ja tym razem pozostanę raczej nieprzekonana.  

Obawiam się, że jest znacznie gorzej, Asylum.… Inicjacja? A może raczej tłumaczenie samemu sobie, w tłumionej podświadomie skrajnej ojcowskiej rozpaczy, czyjegoś…rozpadu, ostatecznego znikania? Zanim Wiatr się wtrącił? Bo niby po co był ten zamrażacz na prezent? Co to się potem zepsuł i znaleziono pod nim, na splecionej przez oszalalego ojca półeczce, tylko szkielecik? Tropów było dość, ale bynajmniej nie seksualnej natury… Irko: właściwie masz rację. Łopatologię wstawioną w międzyczasie – wycinam

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Twist ze śmiercią córki do odgadnięcia niemal od razu (od momentu braku zdmuchnięcia świeczek), ale ten drugi z tajemniczym głosem i nadajnikiem znacznie lepiej zakamuflowany :)

Generalnie tekst to jedno z tych Twoich, Rybaku, bajań. Klimatyczne, przemyślane, z nutką tajemnicy i lekkiego horroru. Czyta się przyjemnie, klimat twardszego s-f też jest.

Tak wiec ja jestem ukontentowany tym koncertem fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, dziękuję Ci za lekturę. UWAŻNĄ lekturę:). Ja cały czas się mocno dziwię, jak można było w ogóle odczytywać i odbierać to opowiadanie jako domenę Erosa, skoro tam był EWIDENTNIE niemal wyłącznie Thanatos? Hormony młodości? Postmodernistyczne ukąszenie? Brak empatii? Aprioryczność osądu? Niewielkie rodzicielskie doświadczenia? No kurczę, tam było zatrzęsienie wskazówek przecież.

Tym bardziej że byli – i to liczni – i to wiem bezpośrednio – Odbiorcy, którzy załapali od pierwszego strzała. O co chodzi z tym zamrażaczem i świeczkami, z plecioną półeczką – "nowym łóżkiem" POD zamrażaczem, z tymi "zmianami" ciała córeczki PO awarii zamrażacza, (które ewidentnie racjonalizował sobie oszalały z bólu ojciec jako “dorastanie”), to było przecież podanie rozwiązania (pierwszego z dwóch twistów) na okazałej tacy.

I co interesujące – Czytelnicy w większości podświadomie trafnie odczytywali, w sferze emocji, przeczuć, co tam naprawdę zaszło, ale… często w warstwie świadomej – nie chcieli uwierzyć, "racjonalizując" to sobie w każdy inny możliwy sposób. Co z kolei upewniło mnie, że opko JEST udane. Bo wprowadza pytania i zamieszanie w umysłach odbiorców, ale oddziałując na ich emocje, czyli tak jak chciałem (dla odmiany – w “Carskim wagonie” równie świadomie postawiłem niemal wyłącznie na klimat, w “Sowach i Skowronkach” – na fundament i odniesienia kulturowe, w “Basiorze” – na żelazną logikę kompozycji i drobiazgową wiarygodność researchu. Za każdym razem z pełną premedytacją i zamysłem).

“Bo wiesz, córeczko” z podobnych co poprzednie opka (autorskich) zamiarów i powodów, opierało się głównie na uczuciach. Upewniło mnie też przy okazji, jako autora, że czasem warto zwracać uwagę na interesujące sny. I wierzyć, że czasem dają interesujące i warte rozwinięcia podpowiedzi. Oraz – co dla mnie równie ważne – że absolutnie NIE warto zanadto ułatwiać, więc zarazem ulegać (i wielkie dzięki, Irka za uwagę o moich modyfikacjach w tekście!) osądom dosłownie kilku tutaj osób, które i tak, z racji swej aprioryczności, albo po prostu innego gustu (o których jak wiadomo, się nie dyskutuje) będą z założenia kontestować każde moje opko (D., to absolutnie NIE o Tobie!:). A zatem takich, na których zdaniu w ogóle nie powinienem się opierać i w ogóle się ich opiniami przejmować. I teraz, i w przyszłości.

Paradoksalnie – teraz już wiem, że to bardzo ważny etap w rozwoju pisarskim KAŻDEGO autora – przestać się przejmować zdaniem wszystkich bez wyjątku. A zatem, – twardo trzymać się własnej linii i wierzyć w nią, jeśli się sprawdza głównie u Czytelników, a nie Krytyków. Bo (i to także pewien etap samoświadomości pisarskiej – to opko mnie w tym utwierdziło) nie na opinie wszystkich bez wyjątku krytyków warto reagować. A na pewno znacznie lepiej – uważać na opinie 97 procent pozostałych odbiorców, którzy przyjmują moje dziełka z krytyczną życzliwością, a na pewno – z niekłamanym zainteresowaniem. :D.

A że “Córeczka” to wbrew pozorom – trudne opko… I dla Odbiorcy i dla Autora… A kto obiecał, że ma być zawsze łatwo, prosto i przyjemnie? Przecież każdy tu już wie (kto CHCE to wiedzieć), że ja naprawdę szanuję Czytelników :D. Dając im zawsze coś ponad cenę (czy tego oczekują, czy też nie ;D ).

Jako się rzekło – uważnych Czytelników.

NWM, raz jeszcze dziękuję i pozdr. serd.:). I ciebie, i czytelników, którym się chciało przeczytać, zagłębić się, skomentować… A nawet – jak widzę naprawdę licznie – zagłosować :D.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Jaaaasne. Wszystko to z góry zaplanowałeś i przewidziałeś. Jak zwykle ;). Potęga Twojego twórczego samozachwytu i samozadowolenia zawsze mnie zaskakuje.

No dobra, pośmialiśmy się, a teraz na poważnie – wyjaśnisz wreszcie te błędy logiczne?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Za to Ty mnie niczym już zaskoczyć nie dasz rady, Mr.M. , członku bezstronny Loży.

Niestety, po raz czwarty pod rząd nie mam czasu już nic Ci wyjaśniać….

I wiesz co? Jak zaznaczyłem powyżej – pogodziłem się z tym :D

pozdr.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Problem w tym, że niczego nie wyjaśniłeś.

Ale pewnie nie dostrzegam tych przemyślanych warstw i głębi… Za to u Ciebie bez zmian: ci co chwalą to widzą, ci co krytykują są ślepi.

 

Edit. Rozumiem, że nie jestem bezstronny, bo krytykuję Twój tekst i nie kupuję Twoich wymijających odpowiedzi?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dać Ci łopatkę i wiaderko?

:D

pozdr.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Zatrzymaj je sobie, Rrybaku. Przydadzą się do szukania warstw i głębi.

Po przeczytaniu spalić monitor.

:D

(i jest sto jeden!)

Dziękuję, Mr.M, za współpracę :D

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Na mnie zawsze możesz liczyć, Rrybaku ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Akurat w momencie, w którym  pierwszy lądownik – z tobą, mamą, mną jako pilotem i kilkunastoma tysiącami osiedleńców wchodził w górne warstwy atmosfery planety – celu naszej wieloletniej podróży.

Przeredagowałbym to zdanie, bo użyte w ten sposób półpauzy wprowadzają zamieszanie. Proponuję:

Akurat w momencie, w którym  pierwszy lądownik – z tobą, mamą, mną jako pilotem i kilkunastoma tysiącami osiedleńców – wchodził w górne warstwy atmosfery planety, będącej celem naszej wieloletniej podróży.

 

Dwukilometrowy międzygwiezdny korab, zawierający wszystko, co potrzebne, by zapoczątkować na tej niepozornej planetce, kilkaset lat świetlnych od Sol, zupełnie nową cywilizację, właśnie wyłączył tranzytową osłonę siłową, ale jeszcze nie włączył lokalnej, orbitalnej.

Tu z kolei oddzieliłbym półpauzami zaznaczony fragment (wiem, narzekam).

 

W przyrodzie nic nie ginie, znasz to powiedzenie?

Skąd miałaby znać? Jest z ojcem od małego na obcej planecie. 

 

Bo po co brałby zwłoki jednej z ofiar i trzymał je przy sobie, zamiast pochować, jak resztę?

To “jednej z ofiar” trochę takie… sztywne. I chyba niepotrzebne. 

 

 

…dobra, pierwszy raz do długiego czasu dorwałem się do komputera, stąd ta łapanka. 

 

Dobre opowiadanie. Prowadzisz narrację nieśpiesznie, pozwalasz sobie na snucie tej historii i mnie ot kupiło, złapałem rytm tej historii i byłem tam z Tobą. To mi się podobało i wcale nie dlatego, że, całkowitym przypadkiem, pracuję właśnie nad podobnie opowiadanym tekstem.

Przyznam, że w pewnym momencie – przy zdmuchiwaniu świeczek – nabrałem sporych podejrzeń, czy aby ta córeczka w ogóle istnieje, czy nie jest wytworem wyobraźni narratora (bo w końcu które dziecko nie chce zdmuchnąć świeczek?) i spodziewałem się twistu… a ty zrobiłeś jeszcze lepszy twist!

To połączenie sci-fi ze zjawiskami paranormalnymi bardzo mi się spodobało, a epilog przy okazji świetnie podsumowuję “racjonalną” postawę, która odrzuca wszystko to, czego racjonalnie nie da się wyjaśnić. Przez chwilę myślałem, że to będzie opowieść o dorastaniu i rozpadzie więzi między córką a opuszczonym przez nią ojcem, a ta puenta mnie zaskoczyła.

 

Widzę, że opowiadanie wywołało długą dyskusję, więc pozwoliłem sobie jej nie czytać. :)

 

Pozdrawiam! 

Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. I że twist jednak zaskoczył:). Propozycjom poprawek rzecz jasna się przyjrzę (edit: przyjrzałem się i dwie uwzględniłem), bo jak wiadomo, z zewnątrz często widać więcej.

Jeśli chodzi o dyskusję, wiele nie straciłeś, to tylko dwóch moich cichych wielbicieli z Loży pod pozorem dbałości o szczegóły, dawało wyraz swym tradycyjnie płomiennym uczuciom do autora, nic nowego… ;D.

Pozdrawiam

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Bez obaw. To był ostatni Twój tekst skomentowany przeze mnie, Rrybaku.

Po przeczytaniu spalić monitor.

V kuli = 4/3 razy Pi razy r do trzeciej

 

:D

 

pozdr. serd.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Uspokójcie się wszyscy. Bierzecie siebie zbyt poważnie.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Będzie krótko, przede wszystkim dlatego, że widziałem jak rozbudowane komentarze kwitowałeś tutaj dwoma zdaniami. Więc do sedna: jestem na NIE.

Opowiadanie jest przyzwoite – czytało się całkiem przyjemnie, zdecydowanie bibliotekowalne, ale nic więcej. Być może byłem odrobinę uprzedzony, bo nie lubię takiej formy narracji. Jasne, pewnie nie dało się jej uniknąć, jeśli chciałeś zaskoczyć śmiercią córki (chociaż to akurat chyba niewielu zaskoczyło), ale i tak, jestem na nie. Po prostu na ogół nudzi mnie takie samo ględzenie bohatera pozbawione czegokolwiek innego. Totalne odwrócenie podstawowej zasady – show, don’t tell. Jasne, odwrócenie w pełni świadome i celowe, ale i tak męczące. Tyle dobrego, że sam tekst napisany sprawnie i krótki, więc nie miałem problemów z dotrwaniem do końca.

Pomijając samą formę, reszta też nie rzuciła na kolana. Tekst opiera się na dość prostym, żeby nie powiedzieć tanim, graniu na emocjach czytelnika, przynajmniej na swojej najbardziej podstawowej warstwie. I to granie, te oparcie się na uczuciach, moim zdaniem wypadło dość średnio. Tyle rzec, że ostatecznie informacja o śmierci córki wywołała co najwyżej wzruszenie ramion. Ale zaraz pewnie odpowiesz mi, że to albo mój problem z nieczułością, albo brakiem dzieci, więc nie zamierzam ciągnąć tego wątku.

To co było ciekawsze, to ta nieco głębiej ukryta warstwa z planetą na której życie zanikło, a pozostał tajemniczy, żywy, inteligentny wiatr. No i cóż. Zdecydowanie wolałbym opowiadanie należycie rozbudowujące ten motyw, a nie tylko delikatnie go zarysowujące. Jasne, takie rozbieranie tekstu na kawałki i szukanie przyczyn też ma swoje zalety, ale tutaj po prostu moim zdaniem to zbyt fajny pomysł, żeby go tak marnować. Bo nieco go tym tekstem zmarnowałeś.

Ostatni dialog, między załogą następnego statku, jest straszny. Poważnie, nie pamiętam kiedy ostatnio czytałem tak drętwy, nienaturalny dialog. Szkoda.

Widzę też po komentarzach, że wprowadzałeś a potem usuwałeś masę poprawek. W związku z tym nie mam pojęcia jaką wersję czytałem, ale nie zamierzam się tego doszukiwać. Niezbyt też podobała mi się twoja podstawa w komentarzach – zasadniczo wychodzę z założenia, że tekst ma się bronić sam, ty zaś naprawdę dużo do samej treści dopowiadasz w komentarzach. A mnie jako czytelnika obchodzi tylko tekst i to co jest w nim.

Kurde, miało być krótko. 

Arnubisie, dziękuję za lekturę i szczerą ocenę. W tym tekście oceny szeregowych czytelników rozjechały się dość znacznie z ocenami Loży. Dlatego cieszę się z tego pierwszego i niespecjalnie martwię tym drugim :). Pozdr. P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Irko: właściwie masz rację. Łopatologię wstawioną w międzyczasie – wycinam

O, i dobrze :)

To jak mi się tak udało Cię przekonać, to Ci coś jeszcze dopiszę. Mam wrażenie, że to opko pisało czucie i wiara, kierując się intuicją, ale w którymś momencie, pewnie na etapie ostatnich szlifów, zaczęło się w nim rządzić szkiełko i oko. A już na pewno szkiełko i oko dyskutuje tutaj z czytelnikami. Co jest o tyle bez sensu, że przecież czytelnik dowiaduje się, co się wydarzyło z ust oszalałego z rozpaczy człowieka. Chorego człowieka. Racjonalizowanie jego opowieści IMO mija się z celem. Rozumiem, że research jest dla Ciebie ważny. I w sumie fajnie mieć szkiełko i oko pod ręką, coby głupot nie wypisywać, ale są momenty, kiedy lepiej je odesłać w cholerę i pozwolić od początku do końca decydować czuciu i wierze.

Patrząc z perspektywy chorego człowieka mnie się ta historia składa. W szaleństwie faktycznie często jest metoda. I właściwie wszystko, co on opowiada ma swoje uzasadnienie i jest częścią tej metody. Ale Bogiem a prawdą szkiełko i oko, które tu się zaczęło rządzić psuje mi odbiór opka, bo odwraca moją uwagę od tego, co w tym opku ważne.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Święte słowa! Ale co robić, gdy niektórzy krytycy świadomie jadą pękniętym szkiełkiem i krótkowzrocznym okiem? Fakt, mogłem w ogóle nie odpowiadać,a nie dopiero po tym, gdy zorientowałem się, że co najmniej w jednym przypadku to czyste szukanie dziury w całym. Człowiek uczy się całe życie;). Czemu, zresztą, dałem wyraz w jednej z odpowiedzi owym krytykom. (dziś bym już nie dawał, po prostu bym przemilczał, bo w trakcie tego odpierania zarzutów zrozumiałem, że czucie i wiara tudzież intuicja w tym opku są faktycznie najważniejsze, research i tak jest ok, a autor MA w tym przypadku rację BEZ przepychanek z fanklubem :D. Pozdrawiam Cię serdecznie.P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Rybaku, czy naprawdę wszystkie komentarze krytyczne musza zostać sprowadzone do gadania o “fanklubie”? Czy mój komentarz był przepychanką, czy wskazaniem luk? Różnice miedzy oceną Loży a oceną użytkowników wynikają z prostej kwestii – inaczej się ocenia pod bibliotekę, a inaczej pod piórko. Tylko i aż tyle.

Nawiasem mówiąc masz wskazane mniejsze i większe problemy. Możesz z nimi zrobić trzy rzeczy. Dopasować fabułę/konwencję/styl tak, by te problemy nie przeszkadzały. Lub naprawić problemy. Lub je ignorować/negować.

Żadna z tych opcji nie jest lepsza czy gorsza, nawet ta trzecia, ale jeśli wybierzesz trzecią, to nie miej pretensji do osób, którym dany element przeszkadza w odbiorze tekstu.

 

co robić, gdy niektórzy krytycy świadomie jadą pękniętym szkiełkiem i krótkowzrocznym okiem?

Można było np. po pierwszym szkiełkookowym komentarzu powiedzieć, że tu rządzi czucie i wiara, a nie bronić dziurawego riserczu jak niepodległości… Jeden taki komentarz od autora uciąłby dyskusję. Pisałam zresztą w moim pierwszym komentarzu, że ten tekst obroniłby się w szeroko pojętej science fantasy, ale to autor nam wmawia, że to hard science fiction, w której to konwencji tekst się nie broni. Sorry, rrybaku, ale pijesz piwo, które sam nawarzyłeś.

http://altronapoleone.home.blog

Wilku, nie wszystkie. Arnubisa na przykład. Ninedin. A nawet w znacznej mierze Drakainy. (Edit: choć, drakaino, "dziurawy research" to czysta złośliwość z twej strony). A moj błąd polegał wyłącznie na odbiorze uwag kilku wielbicieli – w dobrej wierze . Np. podając im wzor na V kili czy obliczoną wg wzoru energię kinetyczna. To było w ich przypadku rzeczywiscie bez sensu. Obiecuję, że to się nie powtórzy. :P. Pozdrawiam

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Nie, nie złośliwość. Zbyt wiele osób wytknęło rozmaite dziury w riserczu, żeby go nazywać inaczej, niezależnie od sygnatury. I prawdopodobnie nikt by nie robił z tego problemu, gdyby nie postawa autora ;)

Dla jasności: toleruję dziury w riserczu, a raczej nie tyle dziury, ile – uproszczenia. Dam przykład z własnej działki: gdybym np. kazała bohaterom podróżować dokładnie tak, jak podróżowano w XIX wieku, to większość czytelników by mnie wyśmiała, a opisy bagaży i ich pakowania zajęłyby mi pół opowiadania. Więc upraszczam i nie każę bohaterom zabierać ze sobą pół domu. Mimo że byłabym wierniejsza riserczowi.

Już Arystoteles albowiem zauważył, że fikcja literacka to prawdopodobieństwo, a nie prawda. U niego chodziło o uniwersalizm literatury vs. partykularyzm historii, ale wychodzi na to, że w fikcji musisz “uśrednić” pewne zjawiska. W stosowaniu riserczu też, bo czytelnik ma w Twoją historię uwierzyć, zwłaszcza jeśli wiara i czucie są w niej ważniejsze od szkiełka i oka.

No i niezależnie od tego, kto z nas lubi takie czy inne fabuły, dorżnąłeś to opowiadanie uporem przy naukowości i bezbłędności własnego riserczu. Powtórzę: pijesz piwo, które sam nawarzyłeś.

http://altronapoleone.home.blog

Nie, drakaino. Niczego nie piję. Zwyczajnie – Nec Hercules contra plures. Chcieliście, drogi fanklubie, coś udowodnić i udowodniliście. Nie mnie, bo ja o tym doskonale wiem od dawna. Zwykłym użytkownikom portalu. Np. zgłaszającym Wam teksty do piórek. I tyle.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Nec Hercules contra plures. Chcieliście, drogi fanklubie, coś udowodnić i udowodniliście. Nie mnie, bo ja o tym doskonale wiem od dawna. Zwykłym użytkownikom portalu. Np. zgłaszającym Wam teksty do piórek. I tyle.

Chwilowo sugerujesz, że Loża nie jest obiektywna w ocenie tekstu, że się zmówiła, żeby mu piórka nie dać, co jest nie fair i w zasadzie podpada pod zniesławienie.

Myślę jednakowoż, że jako człowiek inteligentny, zajmujący się ważnymi sprawami i obracający się wśród ważnych person, zdajesz sobie sprawę, że istnieje ogromna różnica między kliknięciem przez osobę niedecyzyjną “bardzo mi się podoba”, zwłaszcza kiedy ktoś prosi “kliknij lajka, skoro się podoba”, a przyznaniem ważnego wyróżnienia. (Tak, ważnego, cokolwiek napiszesz w odpowiedzi, bo piórka przestały być ozdobą profilu, są przepustką do druku i potencjalnie nagród, więc wyścig po nie stał się poważniejszy). To inny poziom odpowiedzialności. Nominacja sprawia, że Loża czyta opowiadanie. Twoje, po części w związku z atmosferą, jaką wokół niego wytworzyłeś, większość Loży przeczytała zanim jeszcze była nominacja. I już wtedy wyrażaliśmy swoje obiekcje. Więc, bardzo proszę, nie sugeruj, że zrobiliśmy jakąś zmowę, anty-fanklub i tak dalej, bo najzwyczajniej pod słońcem obrażasz te osoby, którym opowiadanie nie przypadło do gustu na tyle, żeby je uznać za piórkowe. Zgłosiło je sześć osób, na razie podobna liczba Lożan uznała je za niepiórkowe, podobnie zresztą jak pozostali czytający, którzy nie zgłosili. Naprawdę, uważanie, że jest w tym jakaś głębsza warstwa, jest trochę infantylne i nie przystoi jednemu z portalowych seniorów (co podkreślasz na każdym kroku), bo chyba jeszcze nie dobiłeś do tego wieku, kiedy się dziecinnieje ;)

Tak że jedna prosta rada (i to od osoby, która ma dość rekordową liczbę nominacji bez piórek): wyluzuj.

 

EDYTA 14 września.

 

Nie chcę podbijać opka na liście komentowanych, a dopiero teraz zauważyłam w jednym z rozlicznych autorskich komentarzy bardzo manipulatorskie przekłamanie:

 

Niczego ci przy tym nie insynuowałem i nie ja zainicjowałem temat kazirodztwa. Sama napisałaś, i to napisałaś kilkakrotnie, że się Tobie konkretny fragment mego opka konkretnie kojarzy. I jasno napisałaś, że wg Twego mniemania taki temat by owo opko że tak powiem – znacząco ubogacił.

Nie. Nigdzie nie napisałam, że to konkretne opowiadanie byłoby lepsze, gdyby wprowadzić do niego temat kazirodztwa. Napisałam, że potencjalnie ciekawym mogłoby być hipotetyczne inne opowiadanie, które podjęłoby taki problem: dwójka blisko spokrewnionych ludzi na pustej planecie, potrzeby erotyczne obojga, załamanie się norm społecznych. Inne opowiadanie. Inne.

A już na pewno nie użyłam słowa “ubogacił”, ponieważ go wyjątkowo nie lubię.

http://altronapoleone.home.blog

Ano, wyluzuj. Cóż więcej mogłabym dodać do tego, co już powiedziałam?

Dlaczego właściwie przy tym tekście pojawił się zupełnie kosmetyczny znaczek “beta”? Czyżby portalowe chochliki wczoraj piły?

A, i – drakaino:

gdybym np. kazała bohaterom podróżować dokładnie tak, jak podróżowano w XIX wieku, to większość czytelników by mnie wyśmiała, a opisy bagaży i ich pakowania zajęłyby mi pół opowiadania. Więc upraszczam i nie każę bohaterom zabierać ze sobą pół domu.

to, że czegoś nie opisujesz ze szczegółami, niekoniecznie musi oznaczać, że to nie miało miejsca heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino: Na chwilę wycofałem, ale potem uznałem, że nie dam kilku osobom tej satysfakcji, odpowiedziałem i przywróciłem. Edit: Pewnie mój własny komentarz końcowy, uczyniony w statusie "wersja robocza " zapisał się jako beta :). Pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

A to ciekawostka, bo kiedy ja z ciekawości kliknęłam, wszystko działało. Może czytelnik, który już skomentował, liczy się jako beta? Ale nie, bo ludzie narzekali, że nie widzą skomentowanych tekstów, a potem się okazywało, że wycofane…

Nie na moją głowę ta technika.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Przy komentarzach z bety wisi tabliczka “beta”.

Babska logika rządzi!

to, że czegoś nie opisujesz ze szczegółami, niekoniecznie musi oznaczać, że to nie miało miejsca

To nawet nie o to chodzi: moi bohaterowie podróżują “lekko”, co wtedy było rzadkością. Nie musiałabym, oczywiście, opisywać każdego kufra, ale tak naprawdę na tygodniowy wyjazd tych kufrów powinno być kilka, a u mnie bywa, że jeden nieduży ;) Bo nie piszę dokumentu, tylko fikcję. Kusi mnie jednakowoż podkreślenie, że bohater nie jest typowym podróżnikiem…

 

Btw wycofanie nastąpiło po moim poprzednim komentarzu.

http://altronapoleone.home.blog

u mnie bywa, że jeden nieduży

A, chyba, że tak.

Kusi mnie jednakowoż podkreślenie, że bohater nie jest typowym podróżnikiem…

W końcu jest bohaterem :D

Przy komentarzach z bety wisi tabliczka “beta”.

Ale wisiała przez chwilę przy całym tekście, co mnie zbiło z tropu.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, kiedy Autor albo betujący przegląda komentarze, to od razu widzi, który został dodany w ramach bety. O to mi chodziło.

Babska logika rządzi!

Finklo, zdaję sobie z tego sprawę, mówię tylko, że tabliczka była przy tekście na liście ostatnio skomentowanych.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Owszem, i wisiała tam aż do momentu wstawienia komentarza poza betą. Lista nie aktualizuje się tak bez potrzeby.

Babska logika rządzi!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cześć.

 

Słyszałem, że opowiadanie wzbudza… sporo emocji. Pozwolę sobie wygłosić opinię na temat opowiadania i na tym poprzestanę, opinie o opiniach, o autorze etc. sobie daruję. (Nie czytałem za wielu komentarzy, bo i jest tego N razy więcej tekstu, niż samego opowiadania, także nie wiem, czy nie będę się powtarzał)

W toku czytania opka bardzo szybko pojawiło się u mnie skojarzenie z opowiadaniem S.Kinga – „Pod psem”. Bohater w bardzo podobny sposób mówi do córki, tak jak tamten facet mówił do żony. Martwej żony, której rozkładające się zwłoki trzymał w mieszkaniu. Przeczucie mnie – przynajmniej częściowo – nie myliło, skoro na końcu znaleziono „dziecięcy szkielecik”. (Z drugiej strony planeta jakoś przejęła cechy córki, skoro wiatr włączał nadajnik, a na nagraniu usłyszeli głos młodej kobiety – tu z kolei pojawia się nieuchronne skojarzenie z „Nemezis” Asimova. Tam też, zdaje się, inteligencja planetarna przemawiała poprzez wiatr)

 

Trochę nie rozumiem, jakim cudem pilot ocalał, skoro „kilkanaście tysięcy” innych osadników zginęło wskutek zderzenia… Jeśli był jakiś system ratunkowy wyłącznie dla pilota, to bardzo egoistyczne podejście. Ale mówi się trudno.

 

Poza tym nie znalazłem raczej większych dziur i problemów w opowiadaniu. Gdzieś tam mignęły mi zarzuty, że statek za mały (Aj, cholera, a miałem sobie darować opinie o opiniach! Ale akurat liczyć potrafię, więc tu się wypowiem) – no cóż, jeśli była to kula o dwukilometrowej średnicy, to powiedziałbym, że 4 miliardy metrów sześciennych przestrzeni to całkiem nieźle, jak na 350 000 osób, czyli m/w populację Bydgoszczy. Upychając 176 kmkw Bydgoszczy warstwami w kuli, wychodzi około 30 m na warstwę, czyli całe miasto bez problemu powinno wejść do środka (budynki wyższe niż 30 m kroimy na kawałki i wpychamy tam, gdzie nie ma zabudowy – nadal pozostanie mnóstwo miejsca). A skoro weszło całe 350-tysięczne miasto, ze wszystkimi nadmiarowymi obszarami, to i powinna wejść 350-tysięczna kolonia przyszłości, która zamiast lasów ma ładownie nasion, zamiast zoo – anabiozery, i tak dalej. Dla sześcianu (sześcian o boku 2km też można określić jako „dwukilometrowy”, chociaż oczywiście po przekątnej ma więcej) wychodzi nawet lepiej, ok. 2 razy tyle miejsca – więcej się już raczej nie da.

 

Także, podsumowując… mam jakieś tam drobne zarzuty merytoryczne, ale jeśli masz „czyste sumienie” – to znaczy nie skopiowałeś pomysłów z Kinga i Asimova, a nie mam jak tego sprawdzić – to ogólnie opowiadanie oceniam pozytywnie.

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Niebieski Kosmito, kwestię przestrzeni poruszyłem ja, ale jest tu powtarzana do znudzenia tak, jakby chodziło wyłącznie o nią – a zaznaczyłem w swoim komentarzu, że jeden czy dwa błędy byłby do pominięcia, problem robi się przy ich spiętrzeniu. Także moja uwaga została jakby pozbawiona pierwotnego kontekstu.

Ale jeśli już drążysz temat – nie sztuka przeliczyć samo pole kuli (które już na starcie jest wartością większa, niż będzie mieć statek, a i tak się liczbowo nie zepnie). Liczba metrów sześciennych oczywiście brzmi ładnie, ale to tak samo jak metr sześcienny ma ładną liczbę centymetrów sześciennych – ale to nie znaczy, ze zmieści się w nim dużo ludzi (choć przecież stojący człowiek nie zajmuje dużo centymetrów kwadratowych). Tutaj oprócz 350 tysięcy ludzi mamy dużą liczbę zwierząt, magazyny żywności dla ludzi, magazyny żywności dla zwierząt (hodowla rolnicza wiąże się z nieproporcjonalnie dużym zużyciem paszy względem normalnego zapotrzebowania), sprzęt terraformacyjny, sprzęt eksploatacyjny, hangary, silniki, systemy dublujący, systemy podtrzymania życia, bariery chroniące przed promieniowaniem – wymieniać można dużo. Nie zepnie się, naprawdę.

Natomiast podkreślam – moja uwaga nie dotyczyła tylko tego szczegółu (który zresztą łatwo można naprawić zmieniając “dwukilometrowy” na “ogromny” i po problemie). Moja uwaga dotyczyła napiętrzenia się podobnych rzeczy, które jako ścisłowcowi rzucały mi się w oczy i wybijały z rytmu. Co jednak również warte zaznaczenia – zwróciłem uwagę, że w niektórych konwencjach (a także w niektórych stylizacjach) na takie rzeczy można machać ręką nawet w dużym natężeniu. Rzecz  w tym, że tu jest stylizacja na hard SF.

Co autor zrobi z uwagami, to już sprawa autora. Ja jedynie wskazałem moje uwagi i szkoda, ze potem zostało to pozbawione kontekstu w celu prób udowadniania, że chodzi tylko o jedną składową.

 

No to drążymy dalej! (To znaczy wiem, że przestrzeń nie jest jakoś kluczowa – good point że wystarczyłoby zamienić “dwukilometrowy” na “ogromny”, ale nie lubię zostawiać spraw niedokończonych :D )

 

Wiem, że mamy dużo rzeczy oprócz 350 tysięcy ludzi. Właśnie dlatego nie policzyłem przecież objętości człowieka i pomnożyłem przez 350 tysięcy (nawiasem mówiąc, do zapakowania takiej masy ludzi jak sardynki wystarczyłaby kula o średnicy 40 metrów), tylko wsadziłem tam do środka całe miasto – przestrzenie mieszkalne, ciągi komunikacyjne, przestrzenie wspólne, tereny przemysłowe, usługowe, magazyny, lasy, łąki, można by wymieniać – żeby mieć jakieś wyobrażenie o przestrzeni, jaką zajmuje 350-tysięczna kolonia. Oczywiście tysiące lat w przyszłości, zamiast roku 2020, i statek kosmiczny zamiast powierzchni Ziemi – to dość różne warunki, ale jak to lepiej oszacować? Zakładam, że technologia umożliwi raczej miniaturyzację wszelkich systemów i że taka kolonia będzie zajmować mniej miejsca, niż współczesne, 350-tysięczne miasto.

Precz z sygnaturkami.

Dzięki Kosmito za lekturę. Opka, o którym pisałeś, nie znam, i pewnie raczej nie sięgnę, bo Kinga niespecjalnie lubię, wolę Koontza. Ale co do Twych obliczeń, masz absolutną rację. Tam gdzieś podałem nawet pojemność placu Tiananmen w Pekinie– 300 na 800 m i pół miliona ludzi. Biorąc pod uwagę jakieś 3 metry wysokości na pokład, a i to, że nawet połowa kuli zajęta jest przez silniki, siłownie etc, to i tak tych pokładów (i to nie licząc kilkudziesięciu najmniejszych, wychodzi ze 250, od takiego o polu 3 miliony mkw (12 razy Tiananmen), po najmniejszy, o powierzchni ok 200 tys. mkw . Tak że absolutnie masz rację, Kosmito. Bowiem, Wilku: nie chodzi tu o POLE kuli, a jej OBJĘTOŚĆ. Zdaje się, że albo wyobraźnia Cię zawiodła, albo wzory pomyliłeś, tak czy inaczej ja Ci w tym nie pomogę i na "ogromny" na pewno dla twej satysfakcji nie zmienię! :p. Bo niby jak to sobie wyobrażasz? Tak więc Wilku, widzę z przykroscią, że nadal brniesz z uporem w swój absurd, nawet wbrew geometrii, nie potrafiąc przyznać się do błędu lub niewiedzy. To drugie jest wybaczalne, to pierwsze – u Lożanina – niespecjalnie. Przyznam, że o ile na pierwsze Twoje subiekcje co do objętosci mego statku patrzyłem z sympatią (bo wiem, jak trudno wytłumaczyc tak wielkie liczby np memu dziecku, które jednak zawsze w koncu je pojmuje i woła wtedy "Wow!":), o tyle później – próbowalem Ci to przedstawiać z rosnącym niedowierzaniem, a teraz to już tylko ze smutkiem. Bo niemożliwe jest, by ktos na Twoim poziomie intelektualnym nie pojmował tak prostych rzeczy. A więc – w grę wchodzić tu musi nie tyle brak wiedzy, co świadomie zła wola. A coś takiego członka Loży po prostu dyskwalifikuje! Bo… Tertium non datur, Wilku.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

No cóż, Rrybaku, tak jak do tej pory fajnie czytało się Twoje opowiadania, tak przez to, choć krótkie, brnęłam z trudem, mocno zmordowana gadaniem „tatusia”. Takie monologi to zupełnie nie moja bajka. Podobał mi się tylko wiatr.

 

Oprócz cmen­ta­rza i zbio­ro­wych gro­bów kil­ku­na­stu ty­się­cy po­le­głych pod­czas ka­ta­stro­fy… ―> Oprócz cmen­ta­rza i zbio­ro­wych gro­bów kil­ku­na­stu ty­się­cy, którzy zginęli pod­czas ka­ta­stro­fy

Polec można w walce, ale nie w katastrofie.

Za SJP PWN: poległy I «taki, który zginął w walce» poległy II «żołnierz zabity w walce»

 

Wiesz, ten na … ple­cio­nej półce w cha­tyn­ce pi­lo­ta. ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję za wizytę. I za uwagi, już naniosłem. Czasami piszę takie opowiadania z całkiem innej bajki. Nie zrażaj się ;)

Pozdr.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Bardzo proszę, Rrybaku. No i, niezrażona, będę śledzić Twoją twórczość. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, nareszcie tutaj dotarłam! :) Z mojego punktu widzenia szczegółowo opracowany tekst. Zwróciłam uwagę na realistyczny, obrazowy opis planu zaludnienia jałowej planety, a także tragedii statku. Sam pomysł, opisania Robinsona w kosmosie, świetny. Doceniam również wybór drugoosobowej narracji, myślę, że najtrudniejszej do prowadzenia akcji w tekście. Ciekawy, enigmatyczny wątek z wiatrem i radarem. Kto lub co go włączało? :o

O dziwo, mniej mi leży warstwa emocjonalna opowiadania. Nie wiem czemu, nie wzruszyłam się wątkiem miłości rodzicielskiej i “wskrzeszaniem” córki przez główną postać. Natomiast odczułam spokój, zadowolenie, że ów człowiek zbzikował właśnie w ten sposób. Samotność w kosmosie to przerażająca wizja, lecz wyobrażenie sobie, że córka wciąż żyje, dodawało mu otuchy, przywracało poczucie sensu egzystencji. Dlatego przy zakończeniu cieszyłam się, że pilot żył ze szkieletem (a może i duchem) dziewczynki. 

To tragedia, ale mnie pociesza. Szaleństwo, które pozwala przetrwać, działa jak dobry narkotyk lub lek psychoaktywny. 

Cytryno, dzięki za lekturę i recenzję. Zachęcam do innych mych opek:). Np. Ateńczyków i Carskiego wagonu. Pozdr. P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Przyszedłem tu tylko i wyłącznie z ciekawości. Chciałem sprawdzić, czy rybak vel rrybak vel przemilczę vis Loża są w stanie wojny. Wychodzi na to, że raczej nie, przynajmniej głosowanie na to nie wskazuje. Krótkie uzasadnienie:

Od początku można się domyśleć, że dziewczynka nie żyje, więc to znacznie obniża emocje. Szkoda, że pozbawiłeś opowiadanie dialogów. Właśnie rozmowy z dziewczynką mogłyby spowodować zaskoczenie na końcu. Tym bardziej, że mógłbyś nadać jej własny charakter, osobowość, stworzyć osobę, której utratę odczułby nie tylko ojciec, ale też czytelnik.

Nie przekonuje mnie też ciągłe rozmawianie o misji, wypadku, skutkach, zasobach itd. To jest dobre na pierwszy akapit. Na, powiedzmy, pół roku życia. Takie zastanawianie się co i dlaczego z misją. A i tak wydaje mi się to zbytnio wydłużonym okresem. Później myślisz tylko o przetrwaniu, gadasz do siebie z córką o zupełnie innych sprawach. O życiu, o wspólnych relacjach, na pewno wielokrotnie o rzeczach, które razem robiliście PRZED wypadkiem. Bo to naturalne, rozpamiętywać najpiękniejsze chwile. Ludzie robią to po utracie dzieci do starości. U Ciebie nie ma o tym ani słowa.

Podsumowując, przyzwoita narracja, chociaż na początku potykałem się o zdania, ciekawy pomysł, ale położony w sferze relacji między ludzkich i emocjonalnych. Choć podejrzewam, że masz zupełnie odmienne zdanie.

D.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za wizytę i lekturę oraz uwagi. Ciekawe uwagi. Nawet do solidnego przemyślenia uwagi. :)

Hmmm… To mówisz, że wg Ciebie nie są w stanie wojny? Przy 6/5 i 0:8 ? ;)

W stanie wojny może i nie (co do wzoru na objętość kuli i energię kinetyczną dżentelmeni o faktach po prostu nie dyskutują :D, bo musiałaby to być z miejsca dyskusja o co poniektórej … hmm… niewiedzy… albo (tertium non datur) osobistej stronniczości;).

Ale na jedno ów werdykt Loży wskazuje z pewnością: na solidny rozjazd (w tym przypadku) opinii Forumowiczów i Loży. A ja od mniej więcej roku wolę opinię Forumowiczów. Jest ona dla mnie, zwyczajnie, znacznie bardziej miarodajna. A nawet zdecydowanie bardziej. ;)

Dlaczego? Bo poza Lożą na tym Forum jest czynnych naprawdę wiele (jak dla mnie) autorytetów. Tak traktuję co najmniej kilkunastu Forumowiczów oceniających moje opka. A fakt, że stale czyta je nawet po kilkaset osób – to dla mnie Autorytet zbiorowy. Tymczasem w Loży za takowe autorytety uważam osobiście (na dziś) dokładnie osób pięć. :D

Pozdr. serd.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Rrybaku, daj już lepiej spokój. Ciekawe co byś napisał, gdybyś to piórko dostał. A werdykt Loży świadczy tylko o tym, że zdaniem jej członków nie napisałeś opowiadania zasługującego na piórko. I tyle.

Nie Ty pierwszy otrzymałeś taki werdykt w tym roku (do zera). Nie Ty pierwszy nie dostałeś piórka mimo nominacji portalowiczów (to oczywiste, że Loża wybiera tylko te, które jej zdaniem zasługują na piórko i dostaje je tylko pewna część nominacji).

Piórko jest (wszyscy mamy taką nadzieję, a Ty swoją “walką” o odebrane przez ban piórko to chyba potwierdzasz, również przy tym tekście widać było wyraźnie, jak Ci na nim zależy) prestiżowym wyróżnieniem dla naprawdę najlepszych opowiadań na portalu, a nie dla po prostu fajnych tekstów. Forumowicze nominują to, co im się spodoba i nie wiąże sie z tym żadna odpowiedzialność. Loża ma za zadanie ocenić opowiadanie dogłębnie i zadecydować, czy to rzeczywiście tekst należący do grona najlepszych na tym portalu.

Oczywiście każdy głos na nominację od portalowicza cieszy i jest wartościowy, sześć takich głosów ma swoją wagę i znaczenia dla Autora. Ale jest chyba czymś nieco innym od TAKa Loży, za którym stoi pewien splendor, wzmianka w NF, przywileje piórkowicza, publikacja w antologii itd.

Poza tym sam na sporą część tej Loży głosowałeś. Teraz na wiele sposobów próbujesz podważyć jej kompetencje do oceniania Twoich tekstów. Słabe to.

edit. Znow coś w międzyczasie dopisałeś i zmienieś więc i ja dopiszę: możesz sobie teraz pisać ilu i kogo z Loży uważasz za autorytety, może deprecjonować wartość głosów lożan i wyższość głosów portalowiczów, wykazywać czyje głosy i opinie są dla Ciebie ważne a czyje zupełnie nieważne, ale nie zmienia to faktu, że zwyczajnie marudzisz bo nie dostałeś piórka, a wcześniej, po komentarzach lożan, marudziłeś bo nie potrafisz znieść krytyki. I bardzo wyraźnie to widać.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A nawet 6, co mi tam;)

Piórko za Sowy opku się po prostu należy – to kwestia sprawiedliwości nie autorytetów

V kuli =… ;D

Na Lożę formalnie nie głosowałem – po powrocie miałem za krótki staż :D

Będą kolejne wybory – WTEDY napiszę, kto z obecnej Loży to wg mnie Autorytet. Jest ich większość. Acz nie wszyscy.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Co Ty z tą kulą do mnie non stop pijesz?

Po przeczytaniu spalić monitor.

A znasz już ten wzór?:D

Gdybym piórko za “Córeczkę” dostał – byłbym zdziwiony. Mile, ale zdziwiony.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ja? Oczywiście. Ale nie ze mną o tym rozmawiałeś więc nie rozumiem pytania.

 

Edit. Znów coś dopisujesz do komentarza. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Aaaa, faktycznie, u Ciebie chodziło o wzór na energię kinetyczną :D. To inny Lożanin leciał objętością… ;)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Znam kilka osób, dla których bycie autorytetem dla Ciebie to porażka ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Biedacy… To wskaż ich, żebym ich nie ranił :D

(edit:) – no i sam widzisz, Darconie… :D

(edit2) – Mr.M – to jest porażka, czy może to byłaby porażka? Bo to nie to samo :DDD

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

I co z tą energią kinetyczną? Ona tłumaczy skąd pilot lądownika wiedział o 100 kg kamieniu i gdzie on trafił? Albo jak się rozpędzil ów kamień do prędkości wysokiej podświetlnej na trasie z powierzchni planety na orbitę? Albo co robiło dziecko w kabinie pilota? Albo bezsensowne procedury pól siłowych na statku kosmicznym i niewiarygodne działanie lądownika z pilotem, który to lądownik się rozbija bez połączenia online (?) ze statkiem? Itp.? Na wiele pytań nie udzieliłeś odpowiedzi.

 

Edit. No patrz ;) Mam nadzieję, że ten "edit" wejdzie Ci w nawyk.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.M. : Dawaj! dawaj! :D

(bo nie muszę nic dopowiadać, wszystko jasne;)

p.s. To buziaka nie będzie ?:(

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Wiem, już to pisałeś, nie musisz nic dopowiadać, bo to tylko "science-fiction" a nie opowiadanie popularnonaukowe. Tylko po co te wstawki o sprawdzeniu wszystkiego, ważnym każdym zdaniu i słowie w tekście i niesamowitym researchu? I po co te spory z czytelnikami o sprawy techniczne skoro to bajka z dziurami logicznymi?

Po przeczytaniu spalić monitor.

W zasadzie nic nie muszę odpisywać, Mr.Marasie. Mówisz sam za siebie wszystko… A nawet więcej. Trochę to żenujące…

Pa, pa.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Rrybaka, ile razy trzeba Ci powtórzyć, żeby trafiło? Przypięcie piórka sowim i skowronkiem nie leży w gestii loży. To nie loża przypina piórka, więc przestań mieć do nas pretensje…

http://altronapoleone.home.blog

Dawno dawno temu, o ile dobrze pamiętam, beryl stwierdził, że to decyzja Loży. Były też wypowiedzi Lożan, że zwrot piórka się temu opku nie należy Wiec mamy tylko trzy możliwości: albo ja źle pamietam, albo ktoś tu mówi coś bez pokrycia. Ale spoko, drakaino, trzeci raz na pewno nie poproszę.;p

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Rrybaku, może głos spoza Loży będzie dla Ciebie bardziej zrozumiały – Loża przyznaje piórka, ale Loża nie ma mocy ani ich odbierania, ani przywracania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm… To wiele wyjaśnia;). A właściwie wszystko. Dzięki, Reg:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Bardzo proszę, Rrybaku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Każdy lożanin, podobnie jak każdy inny użytkownik portalu, ma prawo do własnego zdania co do tego, jak postępować w takim przypadku. Bardzo możliwe, że pamiętasz prywatne wypowiedzi lożan na ten temat (choć loża zdążyła się od tego czasu zmienić), ale one nijak się nie przekładają na to, czy administrator przypnie Ci to piórko, czy nie, bo to jest jego decyzja. Oczywiście, możesz założyć wątek z dyskusją, a nawet głosowaniem, co w takiej sytuacji należy robić, ale nadal Beryl może wziąć vox populi pod uwagę albo nie. Coś takiego nigdy nie było formalnie dyskutowane przez lożę, wydaje mi się zresztą, że akurat loża nie ma tu żadnego wyróżnionego głosu i jeśli kogokolwiek pytać, to ogółu, a ostatecznie i tak decyduje administracja, bo skoro uważa, że ban powinien łączyć się z jakimiś dodatkowymi konsekwencjami, to ma do tego prawo. Natomiast loża nie może zdecydować o tym, czy takie piórko przykleić, czy nie.

 

A tak nieco ogólniej. Lożanin jest uprzywilejowany, ale tylko w jednym względzie: głosowania w kwestii wyróżnienia opowiadania. Pragnę jednakowoż zaznaczyć, że jak bardzo często bywa, ten przywilej łączy się z odpowiedzialnością: trzeba opowiadanie porządnie przeczytać, trzeba spojrzeć na nie bardziej krytycznie, czasem wyjść poza własne preferencje (nie chcę robić offtopa, ale zdarzało mi się głosować na TAK na teksty, które były bardzo nie moją czytelniczą bajką). Zwykła nominacja może być podyktowana prostym “podoba mi się”, bo ma na celu zwrócenie uwagi loży i innych na fajny tekst – fajny jednak nie zawsze znaczy piórkowy. Dlatego między innymi jako zwykła użytkowniczka czy dyżurna nominowałam więcej – żeby pokazywać fajne teksty innym. Teraz zaś staram się każdemu nominowanemu przez choćby jednego użytkownika opowiadaniu dać szansę, czyli przynajmniej do niego zaglądam, jeśli nie uzbierało nominacji użytkowniczych. Dzięki temu “Śmieciarka” dostała nominację.

http://altronapoleone.home.blog

Dawno dawno temu, o ile dobrze pamiętam, beryl stwierdził, że to decyzja Loży.

Pozwolę sobie zacytować to, co Ci napisałem po Twoim powrocie na portal:

Brązowe piórka straciłeś z tamtym kontem, ale mogę ponownie nadać Ci piórko złote

Oraz ponownie po tym, jak o tę kwestię dopytałeś:

Miałem pewne wątpliwości, więc skonsultowałem się z Lożą.

Faktycznie zapytałem członków Loży (co warto podkreślić: członków Loży POPRZEDNIEJ kadencji, ponieważ miało to miejsce w listopadzie tamtego roku) co o tym sądzą, jednak zostałem utwierdzony po tych konsultacjach w swojej decyzji, że brązowe piórka nie zostaną Ci zwrócone.

 

Kwestia przyznania Ci utraconych z banem piórek została rozwiązana wtedy i jest zamknięta.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No cóż. Nie jest dobrze, gdy opowiadania piórkowe tracą piórka i nie mogą ich odzyskać. Ale już zupełnie fatalnie, gdy autor zmienia się na portalu NF w Józefa K. Ja tylko przypomnę, że w polskim systemie prawnym nawet wykroczenie nie skutkujące pozbawieniem lub ograniczeniem wolności , ulega automatycznemu zatarciu po roku od wyroku sądu. Czyli osoba ukarana od tego momentu traktowana jest jako niekarana. Zatem to, co dzieje się z piórkiem dla opowiadania "Sowy i Skowronki z Keplera" na portalu NF, odbieram od tej pory WYŁĄCZNIE w kategoriach Twoich, Berylu, osobistych animozji i uprzedzeń, a nie sprawiedliwości. Tyle.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ja tylko przypomnę, że w polskim systemie prawnym nawet wykroczenie nie skutkujące pozbawieniem lub ograniczeniem wolności , ulega automatycznemu zatarciu po roku

Zatarcie skazania za wykroczenia następuje po 2 latach. Kodeks wykroczeń nie zna kary “pozbawienia wolności” – taka kara za wykroczenia nie występuje (najcięższą karą jest kara aresztu). Wnioskuję, że chodziło Ci o zatarcie skazania za przestępstwo – dość istotna różnica.

Pozdrawiam.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Świetnie że doprecyzowałeś. Liczyłem na to.

Bo nawet w takim przypadku (zatarcie kary za “wykroczenie” po dwóch latach, bo nie można tu mówić o przestępstwie) – dwa lata od ukarania już na pewno minęły. Nieprawdaż?

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Nowa Fantastyka