- Opowiadanie: krar85 - Kolejne brzydkie kaczątko

Kolejne brzydkie kaczątko

Moje pierwsze opowiadanie tutaj.

Wariacja nad bajką HChA. pt. „Brzydkie kaczątko”

Porcja fantasy dla dorosłych i nie tylko.

Uwaga, zakończenie może przesadnie nie nastrajać optymizmem.

Bardzo proszę o opinię i konstruktywna krytykę.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Kolejne brzydkie kaczątko

Słońce leniwie wynurzyło się zza horyzontu i powoli pięło po nieboskłonie. Młoda Kaczka drzemała w gnieździe uwitym wśród trzcin. Przez ostatnich kilka tygodni całe jej życie kręciło się wokół wyczekiwanych piskląt. Nawet w nocy śniła o upragnionym potomstwie, które rosło w wysiadywanych jajach. Ze snu wyrwało ją delikatne szturchnięcie. Mama Kaczka wstała i rozejrzała się w poszukiwaniu zagrożenia, po czym spojrzała na swoje małe skarby. Jedno po drugim, jajka zaczynały pękać od uderzeń niewielkich dzióbków, a ze środka nieśmiało wystawiały główki kaczątka.

– Jesteście takie piękne! – wykrzyknęła Mama Kaczka, widząc swoje dzieci. – Jedno, drugie, trzecie, czwarte… a kim że ty jesteś? – zapytała patrząc na ostatnie z kaczątek, które wyraźnie różniło się od pozostałych. Było większe, miało puszyste, szare pióra i duże, żółte oczy.

– Co się stało, sąsiadko? – zapytała Stara Pani Bobrowa, która właśnie przepływała nieopodal. – Kto jest taki piękny?

– Moje dzieci, moje cudne pisklęta, są takie śliczne!

– Przepiękne kaczątka, w istocie, a to kto… ? – Bobrowa zauważyła wyróżniające się kaczątko. – Ty mi nie wyglądasz na kaczuszkę. Kim jesteś?

Mama Kaczka i Bobrowa przez chwilę patrzyły na ostatnie z piskląt.

– Ja… – odparła kaczuszka nieśmiało – Ja jestem twoim dzieckiem… chyba.

– To kukułka! – fuknęła Bobrowa. – Kukułka albo inny łabędź, jak w tej bajce, albo i jeszcze gorzej.

– Nie sąsiadko, to jedno z moich cudownych dzieci! Jest trochę inne, ale…

– Młoda jesteś, nie znasz się! To intruz, na razie wygląda niewinnie, ale poczekaj… zobacz, jakie jest duże, te oczy… założę się, że jak tylko opuścisz gniazdo, pożre pozostałe pisklęta!

– Pożre!?

– Tak – krzyknęła Bobrowa, po czym zwróciła się do wyróżniającej się kaczuszki. – Wynoś się, ale już! Brzydkie kaczątko. Sio!

– Sąsiadko, co ty robisz! Tak nie można, to przecież moje dziecko… chyba.

– Młoda jesteś, nie znasz się, to podrzutek! A ty, co się tak patrzysz, intruzie, zmiataj stąd, paskudo! Wynocha!

Przerażone kaczątko zamarło, zamknęło oczy i instynktownie przytuliło się do Mamy. Pozostałe kaczątka uciekły przed nim do wody, a Mama Kaczka wpatrywała się w nie zakłopotana, nie wiedząc, co robić.

Bobrowa postanowiła pomóc. Wskoczyła do gniazda i wypchnęła z niego odmieńca. Kaczątko zaczęło tonąć. Energicznie przebierało nóżkami, ale na niewiele się to zdało, bo jego szare pióra szybko nasiąkały wodą.

– Widzisz, mówiłam, nawet pływać nie umie. To kukułka! – tryumfalnie stwierdziła Bobrowa.

Mama Kaczka bez słowa wyskoczyła z gniazda i troskliwie wciągnęła kaczątko na własny grzbiet.

– Co robisz, głupia, niech się utopi! Darmozjad!

Mama kaczka, ponownie bez słów, podpłynęła do brzegu i pozwoliła odmieńcowi zejść na ląd. Zniesmaczona Bobrowa fuknęła i odpłynęła. Pozostałe pisklęta podpłynęły zaciekawione.

– Mamo, kto to jest?

– Mamo, czy ono chce nas zjeść?

Uratowany malec chciał odpowiedzieć, ale nagle z krzaków wyskoczył wielki pies, który ruszył w stronę kaczek, szczekając zajadle. Mama Kaczka oraz żółte kaczątka instynktownie uciekły w trzciny, a przerażone szare kaczątko zamknęło oczy i zamarło w bezruchu nie wiedząc, co robić. Pies dobiegł do odmieńca, nie zagryzł go jednak, tylko obwąchał i odskoczył, a następnie zaczął głośno szczekać. Co jakiś czas tylko spoglądał z góry na kaczuszkę warcząc. Wyraźnie rozkoszował się jej przerażeniem. Po dłuższej chwili zza drzew wyszli ludzie.

– Co tam masz, piesku? – powiedział wysoki, szczupły mężczyzna.

– O, to chyba mała gąska – stwierdziła tęga kobieta, dysząc i wytężając wzrok. – Weźmy ją, będzie w sam raz na święta.

Kobieta troskliwie wzięła mokre kaczątko w dłonie.

– Jesteś pewna, że to jest gąska?

– Gąska czy nie, będzie w sam raz.

Ludzie wytarli kaczątko i zanieśli do swojej zagrody na skraju lasu, gdzie kobieta przygotowała mu miejsce w kurniku. Kaczuszka szybko zaprzyjaźniła się z kurczętami i pozostałymi mieszkańcami podwórka. Tylko pies wciąż warczał na jej widok.

– Tu jest jak w raju! – gdakały kury. – Pies broni nas przed intruzami, ludzie nas karmią, mamy dach nad głową, musimy tylko jajka znosić. Istny raj na ziemi!

– A co, jeżeli nie znosi się jajek? – zapytało kaczątko.

Kura popatrzyła na nie zakłopotaniem i przytuliła, nic jednak nie odpowiedziała. Od tego dnia kaczątko każdego dnia starało się znieść jajko, niestety, bez rezultatu.

Czas w kurniku płynął szybko, tyle się tam działo, a noce stawały się coraz krótsze. Kaczątko bawiło się, dużo jadło i rosło. Bardzo szybko rosło. Po kilku tygodniach było wielkości kury, po kilku następnych dorównywało już gęsiom. Ciągle jednak wyglądało trochę jak pisklę i nadal nie wiedziało, kim jest. W miarę jak stawało się coraz większe, pozostali mieszkańcy kurnika coraz częściej unikali go. Choć kaczątko było radosne i miłe, to kurczaki, z którymi jeszcze przed chwilą się bawiło, zaczęły schodzić mu z drogi i nie chciały z nim rozmawiać. Sielankowa atmosfera skończyła się. W końcu już tylko Duża Gęś była dla niego miła.

– Pewnie jesteś łabędziem, jak w tej bajce – powiedziała radośnie Duża Gęś. – Nie bój się, niedługo staniesz się śnieżnobiałe, a wtedy ludzie wypuszczą cię na wolność.

– Wolność? A co to jest wolność?

– To świat poza kurnikiem i zagrodą. Jeziora, lasy, rzeki… Wrócisz do swoich, nauczysz się latać.

Zagubione Kaczątko przypomniało sobie Bobrową oraz szczerzącego zęby psa, przed którym truchlało nad stawem. Nie chciało wracać na wolność, w kurniku miało wszystko, czego potrzebowało do szczęścia.

Kolejnego dnia, gdy kogut piał, a kury leniwie wychodziły z kurnika, Gospodyni przyszła wcześniej niż zwykle. Zamiast zbierać jajka jak co dzień, najpierw podeszła do Dużej Gęsi i witką wypędziła ją z kurnika.

– Co się dzieje? – zapytało zaspane kaczątko.

– Lepiej ona, niż ja – gdaknął nerwowo jeden z większych kurczaków. – W kolejną niedzielę pewnie przyjdzie kolej na ciebie.

Kaczątko nic nie zrozumiało i wyszło przed budynek. Gospodyni stała z boku i śmiała się, patrząc jak Gospodarz, który zagonił gąskę w róg zagrody, niezdarnie stara się złapać ptaka za szyję. Pozostali mieszkańcy kurnika albo starali się niczego nie widzieć, albo stali w milczeniu. Pies za to ujadał, ślinił się i energicznie merdał ogonem.

– Pospiesz się! – zawołała Gospodyni. – Bo inaczej obiad będzie później.

Kaczątko zrozumiało, co się święci, i ruszyło Gęsi na ratunek. Niezdarnie podbiegło do Gospodarza i chciało go dziobnąć, by dać Gęsi czas na ucieczkę.

– Sio! – Gospodyni zaczęła odpędzać je witką.

Gęś syczała. Pies ujadał. Gospodarz w końcu złapał Dużą Gęś i zaczął związywać jej nogi. Gąska gęgała i syczała z przerażenia. Kaczątko, ignorując coraz bardziej stanowcze ciosy witką, zamachało skrzydłami, podskoczyło i natarło na Gospodarza. Wtedy nagle jego rozpaczliwy syk przerodził się w ryk, a z jego dzioba buchnął czarny dym. Pies przestał szczekać i skamląc, schował się do budy. Gospodarz stracił równowagę i padł na plecy. Duża Gęś uciekła. Na jedno uderzenie serca na podwórku zapanowała cisza.

– Jezusmaria! Diabeł! Ptak ryczy jak osioł i dymi jak piec! – krzyknęła gospodyni, chwytając się za głowę.

– Cicho, głupia kobieto! Siekierę przynieś! – Mężczyzna odczołgał się jak najdalej od kaczątka.

– Uciekaj! Belzebubie ty, precz, my prości ludzie, pobożne! – krzyknęła Gospodyni, wymachując wierzbową witką i czyniąc znak krzyża w powietrzu.

Przerażone kaczątko, najbardziej chyba zaskoczone ze wszystkich, spojrzało na Dużą Gęś i inne zwierzęta z kurnika. Wszystkie patrzyły teraz na kaczątko, i wszystkie miały w oczach strach. Gospodarz tym czasem zdołał już wstać i z motyką w dłoni stanął obok Gospodyni.

– Precz! – wrzasnął mężczyzna.

– Uciekaj, proszę, ratuj się! – gęgnęła Duża Gęś.

Przerażone kaczątko wybiegło z zagrody i co sił w nogach ruszyło do lasu. Gospodarze przez chwilę patrzyli za nim, a następnie odłożyli narzędzia i zaczęli rzucać w jego stronę kamieniami, wykrzykując obelgi. Pies też wyszedł już z budy, czując, że intruz uciekł. Jakimś cudem kaczątku udało się uniknąć kamieni i dotrzeć w cień drzew.

– Jak oni mogli, ta Gęś przecież tak ich chwaliła! Co z nią teraz będzie, i co ja mam robić!? – lamentowało.

– A kogo to moje oczy widzą? – Zza drzewa niespiesznie wyszedł Lis. – Co cię trapi, przyjacielu?

Kaczątko, które słyszało o Lisie same złe rzeczy, początkowo nie chciało z nim rozmawiać. Rudy spryciarz jednak zapewniał je, że to wszystko kłamstwa. Nie mając nic do stracenia, kaczątko zaczęło opowiadać Lisowi swoją historię. Lis słuchał przez chwilę, pocieszał je, a potem zaproponował, by razem udali się do jego nory.

– Porozmawiamy przy obiedzie, przyjacielu. Zapraszam do siebie, w mym domu znajdziesz lekarstwo na wszystkie twoje troski.

Ufne kaczątko poszło razem z Lisem. Na miejscu rudzielec ugościł przybysza po lisiemu, uśpił jego czujność i w najmniej spodziewanym momencie rzucił się na niego. Kaczuszka ryknęła z przerażenia. Zęby gryzły, pazury drapały, pierze latało po całej norze. Na niewiele się to jednak zdało, gdyż wnet okazało się, że pod puszystymi piórkami, kaczątko pokryte jest twardą, zieloną łuską.

– Cóż to!? – warknął zdziwiony Lis.

– Nie wiem! – ryknęło kaczątko, a od tego ryku zatrzęsła się ziemia.

Przerażony Lis wybiegł z nory. Kaczątko znowu zostało same. Rudzielec do nory już nie powrócił, więc bezdomne kaczątko zamieszkało w niej na jakiś czas. W dzień szukało jedzenia, w nocy czujnie spało. I ciągle rosło. Dni powoli stawały się coraz krótsze, a noce zimniejsze. Nadeszły deszcze. W końcu lisia nora stała się dla kaczątka za mała, i wiecznie głodne ruszyło dalej w las. Dni mijały, z drzew opadły liście, o jedzenie było coraz trudniej. W lesie było też jakby mniej zwierząt. W końcu któregoś dnia zaczął padać śnieg. Kaczątko, które już od wielu dni głodowało, straciło wszelką nadzieję i zrezygnowane położyło się na brzegu pobliskiego stawu.

– To koniec – zapłakało kaczątko i zamknęło oczy.

Śnieg padał przez cały dzień i całą długą noc. Pogoda poprawiła się dopiero nad ranem. Straszna, zimna noc wreszcie minęła, słońce powoli wspinało się już po nieboskłonie. Zmarznięte kaczątko otworzyło żółte oczy i otrzepało się ze śniegu. Nie czuło już zimna, bólu czy smutku, tylko głód i pragnienie. Zrezygnowane, podeszło do brzegu stawu, by napić się wody. Zanim jednak zdążyło wziąć pierwszy łyk, zobaczyło w wodzie swoje odbicie. Na jego widok zamarło i mocno się przestraszyło.  Zdecydowanie nie było już kaczątkiem. Nie było też łabędziem ani kukułką. Zamiast dzioba, miało jakby pysk, bardziej gadzi niż ptasi i w dodatku pełen krótkich, ostrych zębów. Zamiast resztek szarych piór, pokrywały je błyszczące, zielone łuski skrzące się w słońcu. Zamiast wystraszonych, pełnych rezygnacji  oczu kaczątka, pojawiły się płonące siłą, gniewem i pewnością siebie oczy Smoka.

Brzydkie Kaczątko, które obudziło się Smokiem, przerażone oraz zarazem zafascynowane, jeszcze przez długą chwilę patrzyło na swoje odbicie, aż raptem na wodzie pojawiły się zmarszczki. Bystry Smok błyskawicznie rozejrzał się i zobaczył bobra płynącego przez staw.

– Bobrowa! – Potężny ryk wstrząsnął okolicą.

Zwinny Smok instynktownie zerwał się do lotu i dwa uderzenia skrzydeł później był już nad przerażonym gryzoniem. Bóbr szybko zanurkował, ale Smok widział ciepło jego ciała i cierpliwie czekał. Gryzoń wynurzył się tylko na chwilę, by zaczerpnąć powietrza, lecz głodny Smok chwycił go w szpony, uniósł w powietrze po czym wyrzucił na brzeg.

– Litości! – łkał ranny bóbr.

Litości, niestety, nie było. To nie była Bobrowa, ale dla zwycięskiego Smoka nie miało to teraz znaczenia. Wszak pewnie wszystkie bobry są takie same, a ten nie dość, że był akurat na miejscu, to jeszcze wyglądał tak smakowicie… Z każdym kolejnym kęsem Smok uświadamiał sobie, jak bardzo był głodny. Zjadłszy gryzonia Smok rozejrzał się i dostrzegł kolejnego w trzcinach, a potem następnego na drugim brzegu. Do południa nad stawem nie było już bobrów.

Nasyciwszy się chwilowo Smok, który przed snem był kaczątkiem, spojrzał w górę. Błękitne niebo wydało mu się tak bliskie. Machnął kilka razy skrzydłami i pomknął w przestworza. Ziemia z każdą chwilą stawała się coraz odleglejsza. Smok to wzlatywał, to nurkował, rycząc przy tym z radości i rozmyślając. Co się ze mną stało? Czy to sen, czy czary? Nieważne, to już przeszłość, teraz nastanie mój czas, czas Smoka! Skrzydlaty stwór przebijał chmury, rozpędzał stada ptaków, kręcił beczki. Upajał się ile tylko mógł swoją nowa postacią bojąc się, że to wszystko zaraz przeminie. Latanie okazało się jednak bardzo męczące. Z każdym ruchem skrzydeł głód stawał się coraz bardziej dokuczliwy.

Smok począł więc spokojnie szybować nad lasem, w poszukiwaniu pożywienia. Jego bystre oczy szybko wypatrzyły stado smakowicie wyglądających saren na polanie. Głodny Smok zanurkował w ich stronę, ale czujne sarny w porę wypatrzyły go i zaczęły uciekać. Gonił je, to nurkując, to wznosząc się ponad las. Ryczał też co chwilę, upajając się lotem i strachem ściganych zwierząt.

Przerażone stado tymczasem dobiegło na skraju lasu i zaczęły wolno przedzierać się przez zaśnieżoną łąkę. Skrzydlaty stwór już zaczął się zastanawiać, którą z saren zje najpierw, ale jego uwagę przykuła zagroda, leżąca nieopodal. Znał tę zagrodę. Porzucił więc niedoszłą zdobycz i trzy uderzenia skrzydeł później szybował już nad kurnikiem, w którym kiedyś mieszkał. Najpierw postanowił odwiedzić psa.

Ryknął głośno, obniżył lot, i wylądował przed budą. Pies, przerażony i wściekły zarazem, że ktoś przerywa mu drzemkę, wypadł na zewnątrz szczekając. Gdy jednak spostrzegł gościa, rzucił się do ucieczki, przeraźliwie piszcząc, ale na niewiele się to zdało. Kipiący żądzą zemsty Smok instynktownie nabrał powietrza, poczuł, jak fala gorąca raptem wypełnia całe jego ciało, i dmuchnął. Z jego pyska buchnął ogień. Pies i buda szybko zniknęli w pożodze.

– Kogo to diabli nadali w taką zimnicę!? – Z domu wyszła Gospodyni, zaniepokojona hałasami na podwórku.

Smok odwrócił się, spoglądając jej prosto w oczy. Kobieta zamarła, widząc przybysza.

– Nie bój się, o pani, dziś nie zmarzniesz! Pamiętasz mnie? – drwiąco zapytał Smok.

– T.. t.. tak – odrzekła kobieta, i padła na kolana. W jej oczach było przerażenie.

– Gdzie jest Duża Gęś?

– Nie mamy już gęsi. J.. j.. jesteś głodny? Mamy prosiaki.

Smok chciał zapytać kobietę o tyle rzeczy, ale gniew i żądza zemsty wzięły górę. Skrzydlaty stwór ponownie nabrał powietrza, i zionął ogniem. Kobieta wraz z chatą stanęły w płomieniach. Gospodarz wyskoczył przez okno z płonącego budynku, był przerażony, zaspany i prawie nagi. Nie miał bladego pojęcia co się dzieje.

– Precz stąd! Sio! – zaśmiał się Smok na jego widok.

Mężczyzna wytrzeszczył oczy, przeżegnał się, po czym w samej bieliźnie, ruszył w stronę drogi, przewracając się co chwila w głębokim śniegu. Smok przez chwilę patrzył na nieszczęśnika, zastanawiając się, jak daleko ten zajdzie, a następnie postanowił złożyć wizytę prosiakom. Zajrzał do chlewika, który kiedyś był kurnikiem, i stwierdził, że faktycznie są tam teraz tylko świnki.

– Jesteście wolni – powiedział do przerażonych zwierząt.

– Wolni, a co to znaczy? – zakwiczał przerażony prosiak.

– Wolni! – ryknął. – Możecie iść do lasu albo nad staw, albo zostać tutaj. Wolność! Ci okrutni ludzie już tu nie powrócą.

– Ale kto da nam jeść? Oni przynajmniej nas karmili, a teraz zginiemy z głodu, albo zjedzą nas lisy i wilki, albo ty.

Głodny Smok przez chwilę przypatrywał się prosiakom. Z jednej strony czuł litość, z drugiej był coraz bardziej głodny. Świnki tymczasem, nabrawszy nieco odwagi, zaczęły złorzeczyć i rozpaczać nad swoim losem.

– Jesteś okrutny! – kwiczały. – Zginiemy przez ciebie!

– Skoro ktoś w końcu i tak ma was zjeść, to pozwólcie, że będę to ja. – Smok zionął ogniem i podpalił chlewik. Szybko przekonał się, że była to bardzo dobra decyzja, gdyż prosiaki okazały się dużo smaczniejsze od bobrów. Pożerając je łapczywie, skrzydlaty stwór zaczął mieć wyrzuty sumienia. Wszak świnki w niczym mu nie zawiniły.

Wieczorem, najedzony Smok z trudem wzbił się w powietrze i postanowił sprawdzić, jak daleko zaszedł Gospodarz. Pomimo zapadającego zmroku, jego ślady były dobrze widoczne w głębokim śniegu. Kierując się nimi, obżartuch dotarł do miasteczka. Kilkadziesiąt dużych, murowanych domów otoczonych kamiennym murem stało przy brzegu niewielkiej rzeki. Smok przeleciał nad osadą kilka razy, przyglądając się jej bacznie. Ludzie biegali, krzyczeli lub mdleli, świnie kwiczały, psy ujadały, dzieci wytykały go palcami. W pewnym momencie brama otworzyła się i wypadło przez nią kilkunastu konnych w błyszczących, blaszanych strojach. Jeden z nich energicznie wymachiwał flagą na włóczni. Smok ryknął na powitanie, a następnie wylądował na pobliskim pagórku i poczekał, aż jeźdźcy się do niego zbliżą.

– Dajcie mi go – powiedział żądny krwi Smok do ludzi na koniach.

– Jezusmaria! On naprawdę mówi! – krzyknął jeździec w czarnym płaszczu i zaczął delikatnie wycofywać konia.

– Jak się nazywasz i czego chcesz od nas, pobożnych ludzi, potworze!?

– Nazywacie mnie Belzebubem – odparł po krótkim namyśle, delikatnie mrużąc żółte oczy. Od jego głosu konie stawały się coraz bardziej niespokojne. – Rzekłem już, wydajcie mi tego, po którego śladach tu dotarłem.

– Jezusmaria! To diabeł!

– Panie, za jakie grzechy?!

– Zginiemy!

Ludzie zaczęli krzyczeć, modlić się i bluźnić.

– Cicho! – krzyknął najroślejszy z jeźdźców, dzierżący w dłoni długą włócznię. – Nas jest trzydziestu, a on, diabeł czy nie, jest jeden, tylko jeden! Zatem kupą, mości panowie!

– Giń potworze!

Kilku jeźdźców dobyło broni i ruszyło z krzykiem na gotowego do walki Smoka. Reszta konnych zawahała się i czekała. Dumny Smok przez chwilę przypatrywał się ludziom, podziwiając ich odwagę, po czym westchnął, nabrał powietrza i dmuchnął. Gdy płomienie dogasły, od strony osady dało się słyszeć lamenty pomieszane z okrzykami przerażenia. Smok również był pod sporym wrażeniem, wszak żaden z jeźdźców nie uszedł pożodze. Nawet ci, którzy zaczęli odwrót. Widać z każdym kolejnym zionięciem jego oddech siał coraz większe spustoszenie. Tego wieczoru brama miasteczka pozostała już zamknięta, więc zwycięski Smok mógł bez przeszkód delektować się koniną do samego rana.

Gdy słońce wzeszło, najedzony Smok rozpostarł skrzydła i zaryczał doniośle, obwieszczając nadchodzącą zagładę. Następnie wzniósł się w powietrze i począł niespiesznie krążyć nad osadą. Ludzie stali na murach, obserwując go, a gdy tylko zbliżał się do nich, ciskali w jego stronę bluźnierstwa, strzały i kamienie. Skrzydlaty stwór wzniósł się więc wyżej, udając, że odlatuje, a potem niespodziewanie zanurkował, nabrał powietrza i zalał całe miasteczko ogniem. Powietrze szybko wypełnił dym, smród spalenizny oraz jęki ludzkiej trwogi. Brama momentalnie otworzyła się, a przerażeni ludzie zaczęli uciekać. Pierwsi biegli mężczyźni, za nimi podążali starcy, kobiety i dzieci. Kilku ludzi wymachiwało widłami lub cepami w stronę tryumfującego Smoka, starając się odciągnąć jego uwagę od reszty uciekinierów. Ostatnia z płonącej osady wybiegła smagła kobieta z kilkorgiem dzieci. Na błotnistej drodze jedna z jej pociech, idąca o lasce, potknęła się i przewróciła. Dziewczynka zaczęła płakać i wołać matkę, ale kobieta tylko odwróciła się, krzyknęła coś, pospieszyła resztę maluchów i pobiegła dalej.

Wiecznie głodny Smok, któremu znów zaczynało burczeć w brzuchu, wylądował obok przerażonego dziecka. Dziewczynka, pomagając sobie laską, starała się wstać. Spostrzegawczy Smok szybko zauważył, że jego ofiara jest ślepa. Jej strach był niemal widoczny: brudne, kalekie i porzucone dziecko tarzające się w śnieżnej brei przed bramą płonącego miasteczka. Jakiś staruszek, dzierżący włócznię, brnął przez śnieg w ich stronę, wykrzykując przekleństwa i wznosząc broń. Reszta ludzi jakby gdzieś zniknęła.

– Nie waż się jej tknąć, paskudo! No, chodź tu do mnie, pomiocie piekielny!

Głodny Smok poczuł się trochę nieswojo, lecz zebrał się w sobie, nabrał powietrza by znów zionąć ogniem… ale w którymś momencie dziewczynka, może nieświadomie, podniosła głowę w jego stronę. Spojrzenie żółtych, żądnych krwi oczu na chwilę napotkało ślepe oczy przerażonego dziecka, i spostrzegawczy Smok zobaczył w nich swoje odbicie. Nie tylko dosłownie. W jej oczach odbijał się potwór, taki jak niegdyś Bobrowa albo pies z gospodarstwa. Zmieszany Smok powoli wypuścił powietrze by jeszcze raz popatrzeć na dziecko. Dziewczynka nie była już w jego oczach przerażonym dzieckiem, tylko małym kaczątkiem umierającym ze strachu nad stawem. Trwali tak przez chwilę, przed bramą płonącej osady. Do Smoka raptem wróciły sceny z jego poprzedniego życia. Ciepło kurnika, rozmowy z Dużą Gęsią, wspomnienie matki. A potem stanęły przed nim jakby cienie pożartych prosiaków:

– Zabiłeś nas, choć niczym ci nie zawiniliśmy!

– Pożarłeś nas, by nasycić głód i zagłuszyć sumienie!

– Zabiłeś nas, a Bobrową nazywasz potworem! Ona tylko chciała ratować innych!

– Tak dalej, teraz zabij i ją, a potem spal cały świat, bohaterze!

– Duża Gęś będzie dumna!

Prosiaki rosły, kwiczenie stawało się coraz głośniejsze. Smok miał wrażenie, że zaraz staną się prawdziwe i rzucą się na niego.

– Walcz ze mną, maszkaro! – Staruszek z włócznią niestrudzenie kuśtykał w ich stronę krzycząc ile sił.

Jego głos oswobodził wahającego się Smoka z majaków sumienia. Świnki gdzieś zniknęły, na drodze pozostała jedynie szlochająca dziewczynka. W żółtych oczach raptem zaczęły pojawiać się łzy. Przerażony tym, czym się stał, Smok podniósł łeb i ryknął wściekle, a następnie wzbił się w powietrze by po kilku uderzeniach skrzydeł wylądować obok włócznika. Widząc nadlatującego potwora, mężczyzna zaparł włócznię o ziemię, zamknął oczy i czekał, drżąc z zimna i przerażenia. Złamany Smok przez chwilę przypatrywał się mu, po czym przemówił.

– Jak się nazywasz, odważny człowieku?

Mężczyzna nie odpowiedział, trząsł się tylko a zardzewiałe ostrze drgało jak źdźbło na wietrze.

– Nie bój się, nie zrobię wam więcej krzywdy? Jak się nazywasz?

– J.. J… Jerzy.

– Od dzisiaj będą cię zwali smokobójcą.

To rzekłszy Smok poderwał się do lotu, ryknął i zanurkował, celując otwartą paszczą w grot włóczni. Ostrze spełniło swoją rolę. Umierając, bardzo smutny Smok poczuł się wreszcie wolny. Wolny od strachu, głodu oraz zaślepiającej żądzy zemsty.

Koniec

Komentarze

Hej, krar! Jak na pierwsze opowiadanie tutaj jest bardzo dobrze. Momentami nudnawe, ale generalnie czytało się dobrze i przyjemnie, choć raczej nie jest to tekst wpadający w moje gusta. Podobało mi się nawiązanie do Brzydkiego Kaczątka w taki sposób, że zwierzęta same były świadome tego podobieństwa. Nie wiem czemu, ale myślałam, że to będzie raczej jakiś potwór aniżeli smok. Ponieważ jednak kocham te stworzenia, jest to plus.

 

 

Takie małe błędy, które wyłapałam: 

 

 

– Ja… – odparła kaczuszka nieśmiało – Ja, jestem twoim dzieckiem… chyba.

Po “ja” chyba nie powinno być przecinka. Generalnie sama pozbyłabym się tego drugiego “ja”. 

 

 

Lis słuchał przez chwilę, pocieszał je, a potem zaproponował, by razem udali się do jego nory.

– Porozmawiamy przy obiedzie, przyjacielu. Zapraszam do siebie, w mojej norze znajdziesz lekarstwo na wszystkie twoje troski.

Ufne kaczątko poszło razem z Lisem. W norze rudzielec ugościł przybysza po lisiemu, uśpił jego czujność i w najmniej spodziewanym momencie rzucił się na niego. Kaczuszka ryknęła z przerażenia. Zęby gryzły, pazury drapały, pierze latało po całej norze.

Trochę za duże nagromadzenie tej “nory” ;)

 

 

Zanim jednak zdążyło wziąć pierwszy łyk, zobaczyło w wodzie swoje odbicie. Widząc własne oblicze, zamarło i mocno się przestraszyło.

Ja wiem, że to synonimy i jest ok, ale te wyrazy są do siebie tak podobne, że ten kawałek ciężko się czyta. Lepiej by było: “Widząc je…”

  

 

To rzekłszy Smok poderwał się do lotu, ryknął i zanurkował, celując otwarta paszczą w grot włóczni.

Zabrakło ci ogonka ;)

 

 

A teraz zdanie, które w szczególności mi się spodobało:

 

– Skoro ktoś w końcu i tak ma was zjeść, to pozwólcie, że będę to ja.

 

:)

 

 

Podsumowując: jest przyjemnie, dobrze się czytało, choć bez fajerwerków. Czekam na coś z większym poczuciem “wow”, co na pewno ci się uda.

Powodzenia!  

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanaVallen, dzięki, że wpadłaś i przeczytałaś. Wprowadziłem sugerowane przez ciebie poprawki. Następnym razem postaram się o większy efekt “wow”, ale najpierw chce pozbierać trochę opinii by kolejny tekst był lepszy. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć krar85,

myślę, że Twoje opowiadanie pasowałoby na konkurs z(a)miana:-)

 

Co się ze mną stało? Czy to sen, czy czary? Nieważne, to już przeszłość, teraz nastanie mój czas, czas Smoka! dlaczego nieważne? Ja jestem ciekawa w jaki sposób z kaczątka stał się smokiem.

Muszę przyznać, że początek bardzo zbliżony do oryginału, ale Smoka to się nie spodziewałam. W dodatku przedstawiłeś go jako mściwego mordercę, zabijający nie tylko z głodu, ale i z zemsty. Bez zastanowienia, niby ma przez chwilę wyrzuty sumienia, ale do mnie to nie przemawia, niestety. W dodatku uderzył mnie moment, w którym matka ze strachu przed Smokiem zostawia swoje niewidome dziecko. To bardzo okrutne. 

Ogólnie czytało się płynnie, fajny moment, w którym kaczątko ryczy, leci mu dym i wszyscy zaczynają się go bać. Wyszło tak zagadkowo, ciekawie.

pozdrawiam:-)

Olciatka, dzięki za opinię i za pomysł z konkursem. Analiza pomysłu w toku ;-)

 

Początek jest celowo zbliżony do oryginału (albo raczej do wersji, którą mamy w domu w książeczce dla dzieci). Stąd też pomysł, dzieci stwierdziły, że nie chcą tej bajki, bo już im mama dzisiaj czytała. No to ja im przeczytałem, improwizując miejscami. W bajce był kaczkosmok, a nie smok, i oczywiści był happy end (choć po drodze kaczkosmok zjadł to i owo).

Spodobało mi się, i postanowiłem spisać. Wyszło dużo bardziej mroczne i ociekające trochę ludzką małością. Następne “coś” napiszę jakieś takie weselsze (bez zostawiania dzieci).

Ten motyw z zostawieniem jest celowy. Najpierw Mama Kaczka zostawia odmieńca uciekając przed psem, a na koniec smagła kobieta zostawia niewidomą dziewczynkę na pastwę Smoka. To jeden z czynników, które powodują, że Smok dostrzega w tym dziecku siebie. Tylko teraz patrzy z tej drugiej strony. Z ofiary stał się katem.

Zgadzam się, zostawienie dziewczynki jest okrutne. Chciałem w ten sposób krótko pokazać punkt widzenia mieszkańców. Jeszcze wczoraj sielanka, piwo w gospodzie i świnia na obiad, a teraz walczą o życie, wszak smok jednym buchem spalił tych odważniejszych. Boją się. Gdy brama się otwiera pierwsi uciekają mężczyźni, a kobieta porzuca własne dziecko. Strach i instynkt przeżycia biorą górę. Złe, smutne, ale niestety często prawdziwe.

Pozdrawiam

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Strach i instynkt przeżycia biorą górę. Złe, smutne, ale niestety często prawdziwe.

No, dla mnie to był właśnie ten moment, którym mnie kupiłeś na końcu opowiadania. Bardzo ludzkie zachowanie w sytuacji kryzysowej, survival of the fittest. Czy to nam się podoba, czy nie. Zachowanie Jerzego tak samo zrozumiałe i ludzkie, starzec nie ma nic do stracenia oprócz życia, a swoje juz przeżył – nie zależy mu tak bardzo na przetrwaniu jak młodszym, więc stara się skupić uwagę bestii, w nadziei, że dzięki swojemu poświęceniu da dziecku czas na oddalenie się.

PS. Nie przyznałeś się, że to przeróbka, która zrobiłeś dla swoich dzieci :) Ja wymyślałem chłopakom własne bajki, bazujące na tym, co im się podobało kiedy byli mali. Starszy dostawał wieczorem porcje historii o rycerzach i smokach, młodszy natomiast historyjki o farmie i maszynach rolniczych :D

Tylko żona miała obiekcje, kiedy śpiewając piosenki dla dzieci, przerabiałem tekst w taki sposób, żeby się nie zanudzić na śmierć. Pan MacDonald farmę miał i na niej zombie hodował, móóóózg tu, móóózg tam itd. XD

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta Sewer, jakoś nie uznałem tego za ważne na początku, a i opowiadanie mocno odbiega od pierwotnej wersji dla dzieciaków. Pozostał tylko początek, i to też ze zmianami.

Ja swoim też bajki opowiadam, głównie na dobranoc (Żona czyta, ja opowiadam, taki mamy podział aktualnie). Powstało z tego takie multi-uniwersum, parowóz Tomek ciągnie Dinopociąg pełen Gumisiów i innych Tropicieli Zagadek. Gościnnie występują Muminki, Noddy czy co tam innego jest w przedszkolu na topie. Czasem zagląda też Świnka Pepa, ale jej występy są zazwyczaj krótki i kończą się wyjazdem na wakacje do ubojni.

Nieumarłych im jeszcze nie wprowadzałem, ale może to i pomysł (tylko później będę pewnie w nocy zmienił zasikane prześcieradła, więc może jeszcze nie)

Pozdrawiam

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Olciatka, wiedziony Twoją sugestią i ciekawością zgłosiłem na konkurs z(a)miana ;-)

 

Umknęło mi to jeszcze wcześniej: Jesteś ciekawa jak kaczątko zostało smokiem, fajnie, do końca 2020 chcę dorzucić sequel (albo prequel, nie wiem, co zrobić najpierw) do tej historii. Taki lżejszy trochę.

Pozdrawiam

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85

dobrze:-)

Powstało z tego takie multi-uniwersum, parowóz Tomek ciągnie Dinopociąg pełen Gumisiów i innych Tropicieli Zagadek. Gościnnie występują Muminki, Noddy czy co tam innego jest w przedszkolu na topie. Czasem zagląda też Świnka Pepa, ale jej występy są zazwyczaj krótki i kończą się wyjazdem na wakacje do ubojni.

Znam to :) A oprócz Tropicieli Zagadek kojarzę wszystkie wymienione :) Myślisz, że wprowadzenie zombie będzie bardziej drastyczne niż Peppa wyjeżdżająca do ubojni? :D

 

Known some call is air am

Cześć, Krarze! Pierwszy komentarz oficjalny pod Twoim tekstem. Otóż może i ta zamiana niekonwencjonalna, a początek mocno zbliżony oryginału, ale pomysł jest ciekawy.

Co do wykonania, myślę, że znasz moją opinię w dużym szczególe z bety, więc nie będę się bardzo powtarzać. Jest to całkiem udany debiut i mam nadzieję, że tak jak obiecałeś, niedługo napiszesz kontynuację. Pozdrawiam!

oidrin, dzięki za wizytę. Opinię znam i mam nadzieję, że zaprocentuje przy tworzeniu kolejnych tekstów. Czytam, piszę, porównuję. Długa droga mnie czeka, ale kiedyś jakoś trzeba zacząć.

Pozdrawiam

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Outta Sewer, Tropiciele zagadek to coś jak Noddy, tylko mają zagadki zamiast śledztw. Polecam. W przeciwieństwie do Pepy, której nie lubię, dlatego co jakiś wysyłam ja do ubojni. To taka jedna z form zakończenia bajki, jak piknik w Muppetach. Coś się kończy, Pepa stwierdza, że musi gdzieś iść, wszyscy ją żegnają i się cieszą, a potem rozstawiają stoły i czekają, aż Pepa wróci ;-)

To trochę takie pokłosie tego, jak tłumaczyliśmy dzieciom, skąd się bierze mięso (jedno z tych trudnych pytań… ). A teraz sobie z tego żartujemy. Pewnie zależy to od wrażliwości i światopoglądu, dla mnie to lżejsze niż zombiaki. Ale na nieumarłych też pewnie czas przyjdzie, wszak Wszystkich Świętych się zbliża, a wyobraźnię warto rozwijać.

 

Jeszcze pytanko na koniec, czy twój nick coś konkretnego znaczy? Niektórzy zwracają się do ciebie 404 (numer jakiegoś błędu chyba, ale nie wiem, nie znam się), a po wpisaniu translator googla dostaję osobliwe tłumaczenie, wg. programu z języka angielskiego. Uchylisz rąbka tajemnicy?

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

To trochę takie pokłosie tego, jak tłumaczyliśmy dzieciom, skąd się bierze mięso (jedno z tych trudnych pytań… ). A teraz sobie z tego żartujemy. Pewnie zależy to od wrażliwości i światopoglądu, dla mnie to lżejsze niż zombiaki. Ale na nieumarłych też pewnie czas przyjdzie, wszak Wszystkich Świętych się zbliża, a wyobraźnię warto rozwijać.

Ja akurat tego problemu – z tłumaczeniem skąd się bierze mięso – w zasadzie nie miałem. Wychowywałem się u dziadków na gospodarstwie, a teraz mieszkam kilkanaście kilometrów od tego miejsca. Przed Covidem bywałem z dzieciakami u moich dziadków przynajmniej dwa razy w miesiącu. Jakoś naturalnie przyszło skąd mięso, bo raz widziały dziesięć świnek, a za dwa tygodnie świnek już nie było. To samo z kurczakami. Oczywiście nie brałem ich ze sobą na ubój, bo po co mają oglądać tatę odrąbującego głowy kurom, ale w sumie gładko przeszli nad tym tematem. A nieumarli ich nie straszą, bo tłukłem im do głów, że to tylko wymysły, coś co nie istnieje.

 

Jeszcze pytanko na koniec, czy twój nick coś konkretnego znaczy? Niektórzy zwracają się do ciebie 404 (numer jakiegoś błędu chyba, ale nie wiem, nie znam się), a po wpisaniu translator googla dostaję osobliwe tłumaczenie, wg. programu z języka angielskiego. Uchylisz rąbka tajemnicy?

Osobliwe tłumaczenie? “Z kanalizacji”? :))) To nie do końca to, ale translator jest blisko. Od ponad dwudziestu lat słucham amerykańskiego rapu. W dodatku jestem oldchoolowcem/truschoolowcem. Nick wziął się z tego kawałka: Straight out the sewer.

Choć mój ulubiony tej ekipy to ten: Baknaffek

Zaś co do 404, to niedawno ktoś przekręcił czyjś nick na shoutboxie i poszła lawina. Zabawa w której przekręcaliśmy swoje nicki. Wilk-zimowy nazwał mnie Out of Server: 404. Spodobało się mnie, a także wielu innym użytkownikom. Dlatego jestem czasem 404 ;)

Ps. Jest kilka osób, które piszą do mnie per Q – a to z kolei wynika z tego, że tak sie podpisuję, bo w fandomie erpegowym funkcjonuję (a raczej funkcjonowałem) jako Qball.

 

Myślę, że teraz wszystko jest jasne ;)

 

Pozdrawiam

Q

 

Known some call is air am

No, odszedłeś od oryginału daaleko ;) Smoka się nie spodziewałam, przynajmniej do momentu ucieczki kaczątka z podwórka.

Scena z niewidomą dziewczynką, porzuconą przez matkę, bardzo dobra. Sprawiła, że przemiana smoka i jego decyzja wybrzmiały mocniej.

Dla mnie brzydkie kaczątko było opowieścią o dorastaniu. Sporo w niej było nadziei dla odtrąconych, nielubianych dzieciaków. Nawet jeśli teraz nie jest dobrze, to w przyszłości dzieciak ma szansę stać się pełnowartościowym człowiekiem, a nawet kimś lepszym. Oczywiście, jak to u Andersena, sporo w tej bajce moralizatorstwa, a i nadzieja, którą daje, najczęściej okazuje się płonna.

Tu kaczątko wyrosło na bezdusznego smoka, niszczącego innych. Szczerze mówiąc scenariusz bardziej prawdopodobny od andersenowskiego. Jednak, jak nie znoszę tego andersenowskiego słodzenia, tak tu mi czegoś słodszego zabrakło. Bo wydźwięk tej bajki (a przecież bajka ma to do siebie, że zawiera morał) jest taki, że jak ktoś raz zszedł na złą drogę, to nie ma już dla niego powrotu. Może sobie jedynie palnąć w łeb. Czyli też skrajność, tyle że w drugą stronę.

Ale to tylko rozważania na marginesie. Czytało mi się dobrze, debiucik udany i zacny. Kliczek jak najbardziej się należy :)

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Outta Sewer, dzięki za wytłumaczenie zawiłości twojego nicka. Masz wiele imion, jak Gandalf ;-) I dzięki za podesłanie kawałków, przesłucham (to będzie chyba pierwszy rap jakiego będę świadomie słuchał od bardzo dawna). Nie orientuje się w tym kompletnie, ale konkurs z deadlinem zachęca, by coś zrobić. Co wyjdzie, czas pokaże…

 

Irka_Luz, cieszę się, że tekst spodobał ci się. Dzięki za wizytę i za opinię (i za klika do biblioteki). Andersen ponoć traktował to jak swoją autobiografię (ale to informacja z netu…), ja chciałem pokazać, że zło wraca (podobnie jak dobro). Kaczątko, które doświadczyło zła, gdy tylko zyskuje możliwości, mści się, żre i pali. Odreagowuje, lub też idzie za przykładem.

 

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Twoja wersja kaczątka przypomniała mi tragedie dziejące się w wielu szkołach w USA, a później na świecie. Dla mnie smok to alegoria poniżanego ucznia szkoły podstawowej czy też średniej, który potem pragnie zemsty. Mógłby się nazywać, na przykład Władisław Roslakow, który również po dokonanej masakrze popełnił samobójstwo.

Ogólnie, dobrze mi się czytało. Nie spodziewałam się smoka. Szkoda, że spotkał go taki parszywy los. Przez chwilę miałam nadzieję, że poleci sobie gdzieś daleko i nie będzie musiał aż tyle żreć. Osiądzie w spokojnym kraju i będzie się “stołował” rozsądnie, jak przystało na dzikie zwierze. No, niestety.

Cześć Cytryna!

Dzięki, że wpadłaś. Nad losem smoka nie raz myślałem, ale każda inna wersja robiła się długa i słabsza w przekazie. Dalsze losy zakrywały by wtedy pierwotny zamysł. A ja też nie chciałem rozwlekać tego zbyt mocno. Spontaniczna decyzja o samobójstwie gdy bohater orientuje się, że stał się potworem.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej! Jako, że mogę już polecać do biblioteki, idę zgłosić Twojego smoka :).

O, ale fajna bajka-niabajka!  Bardzo mi się podobała, a zwierzęta u Ciebie są bardzo charakterne i takie… osobowe. Każdy zna z autopsji jakąś panią Bobrową, która zawsze wie lepiej;)  Zakończenie również fajne, Jerzy Pogromca Smoka (z przypadku)  – zacne rozwiązanie:) 

czarna adelajda, dzięki za wizytę i za opinię!

Niestety takich Bobrowych trochę na świecie grasuje.

 

Cytryna, dzięki za polecenie!

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ładnie napisana bajka. Z pewnością konsekwentna. Trzymasz się bajkowej stylizacji i, w moim poczuciu, nie gubisz jej nawet na chwilę. Początek bardzo niepozorny. Taki, który budzi pewną wątpliwość, czy poza wspomnianą konsekwencją bajka będzie miała do zaoferowania jakiś świeży pomysł. Wątpliwość zostaje rozwiana wraz z przeistoczeniem się w smoka. To od tego momentu bajka nabiera rumieńców i robi się naprawdę interesująca. Dalszy bieg zdarzeń dość typowy dla kanonu bajki. Jest warstwa pouczająca, jest próba przemycenia pewnych wartości (zaakcentowana wyraźną puentą).

Pewnie bardziej doceniłoby ten tekst jednak dziecko (choć odważne, mocne zakończenie jest jednak swego rodzaju mrugnięciem do dorosłych czytelników, a i w tekście można się doszukać pewnych mechanizmów czy zachowań, które znamy i z życia), tym nie mniej na pewno można pisać o satysfakcjonującej lekturze.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Miło słyszeć, że bajka się podobała, CM

Początek jest taki właśnie niepozorny, ale są pewne przesłanki ;-) Potem tekst stopniowo się to zmienia. To jest częściowo związane z genezą utworu (zaczęło się od bajki dla dzieci) jak i z dorastaniem bohatera. Zastanawiam się, czy ten tekst w obecnej formie nadaje się dla dzieci (od jakiego wieku?) Raczej jest to skierowane do młodzieży i wyżej, no chyba że ktoś lubi zmieniać w nocy zasikane prześcieradła.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Fajny tekst. Obsadzenie ,,kaczątka” w roli niosącego pożogę mściciela przypadł mi do gustu. Kupuję ewolucję głównego bohatera, stopniową przemianę z ofiary w kata. Ostatnie sceny też na plus, zakończenie gorzkie i dobre.

Pozdrawiam!

Cześć adam_c4, cieszę się, że lektura przypadła ci do gustu.

Tylko z tym zakończeniem nie rozumiem, co miałeś na myśli: jaka gorycz, wszak ludzie wygrali, Belzebub pokonany ;-)

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Gdy płomienie dogasły, od strony osady dało się słyszeć lamenty pomieszane z okrzyki przerażenia.

→ z okrzykami, okrzykiem?

 

– Cicho! – krzykną najroślejszy z jeźdźców, dzierżący w dłoni długą włócznię. – Nas jest trzydziestu, a on, diabeł czy nie, jest jeden, tylko jeden!

→ krzyknął.

(ten cytat chyba wcześniej jest, ale już tak mi się wkleiło).

 

Hejka! 

No przyznam, że po bajce spodziewałem się czegoś innego. Rozczarowałeś mnie.

Ale pozytywnie. Dobry pomysł na maleństwo, które przerodzi się w taką bestyjkę. Ciekaw byłem w jakim kierunku to pójdzie i jak to się zakończy i tu również pozytywy. Nie było przesłodzonego zakończenia, ani “typowego”, nudnego ubicia smoka przez jakiegoś dzielnego rycerzyka. No i ta niewidoma fajnie się wpasowała. 

No często się czepiam, ale tu dziś nie będę. Jak na takie bajkowe klimaty, to mnie przekonałeś.

Pozdro! 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

jaka gorycz, wszak ludzie wygrali, Belzebub pokonany ;-)

Ot, Sympathy for the Devil ;)

Near Death, cieszę się, że cię rozczarowałem w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Błędy poprawiłem. Póki co zmagam się z kontynuacją tej zacnej historii, bo całkiem mi się wkręciła, ale to pewnie dopiero gdzieś za 2 – 3 tyg. na betowanie wrzucę.

 

adam_c4, w kontynuacji też będzie zapewne happy end, bo ludzie też wygrają, przynajmniej niektórzy.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Finał przypomniał mi mój ulubiony w młodości cykl “Smok i Jerzy” ;)

Ale do rzeczy.

Napisane sprawnie, bez potknięć, historia baśniowa, ale z podtekstem, finał od pewnego momentu do przewidzenia. Nie wiedzieć czemu, już od kiedy przeczytałem, że pisklak miał żółte oczy, wiedziałem, jak się to skończy, ale to nie zarzut.

Sympatyczny tekst, widziałbym go z ilustracjami i w postaci książeczki – lektury szkolnej dla nieco młodszych dzieci. Na pewno fajniejsza i bardziej pożyteczna byłaby to lektura, niż jakieś obecne w programie dla czwartoklasistów (zdaje się) prymitywne bełkoty typu “Pięciopsiaczki”. (Oczywiście, w roli lektury, trzeba by dać smokowi jakąś alternatywę ;). )

Podobało się. Zabibliotekowałbym, alem się spóźnił:).

Zmieniłbym tylko nieco sam finał, na znacznie mocniejszy. Prosta operacja – wyciąłbym ostatnie zdanie. A to, o czym mówi, zasygnalizowałbym mocniej przed przełomem, jaki się w smoku dokonał na widok dziewczynki.

Pozdr.

P.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

rrybak, dzięki że wpadłeś i podzieliłeś się swoimi odczuciami. Masz nosa do wykrywania tych smoków. Dzięki też za słowa uznania, pomysł ze zrobieniem z tego książeczki pociągający, może kiedyś… (sny o potędze… ) ;-) Zakończenia nie chciałem komplikować, bo bałem się zamotania i niezrozumienia. Więc zrobiłem jedno zdanie podsumowujące całość.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nowa Fantastyka