- Opowiadanie: K.K - Kukułcze Gniazdo

Kukułcze Gniazdo

Za­czą­łem to pisać jako wy­zwa­nie – Czy je­stem w sta­nie na­pi­sać coś dłuż­sze­go do końca?

Na­pi­sać, na­pi­sa­łem, zdą­żyw­szy już trzy raz zwąt­pić w po­mysł.  Nie wiem jed­nak czy słusz­nie. Czy po­czą­tek jest dość cie­ka­wy, że ktoś chciał­by zo­ba­czyć, co było dalej? Czy też po­wi­nie­nem jesz­cze raz wszyst­ko prze­my­śleć, prze­pi­sać, lub w ogóle zająć się innym pro­jek­tem?

Oceny

Kukułcze Gniazdo

 

 Noc była idealna na ucieczkę. Mury grodu od­bi­ja­ły się od po­wierzch­ni je­zio­ra, roz­pły­wa­jąc się raz za razem, gdy na taflę spadł liść. Srebr­ne oko księ­ży­ca, skry­ło się za chmu­ra­mi, ślep­nąc na po­czy­na­nia istot, które zwy­kły do­pa­try­wać się w nim wsze­la­kich oznak do­bre­go i złego. 

W wieży, na za­chod­nim brze­gu, otwar­ła się okien­ni­ca. Bladą ko­bie­cą twarz owio­nął zimny wiatr, a parę liści za­plą­ta­ło się w jej czar­ne, jak wę­giel włosy. Oczy ba­da­ły od­le­głość od ziemi, a uszy na­słu­chi­wa­ły. 

Nagle roz­le­gło się bicie dzwo­nu. Ucie­ki­nier­ka za­mknę­ła oczy i sta­ra­jąc się wy­rów­nać od­dech, od­li­czy­ła po­ma­łu do dzie­się­ciu. Potem gwał­tow­nie zrzu­ci­ła linę z pa­ra­pe­tu i mocno się trzy­ma­jąc, opar­ła stopy o wy­stęp pod oknem. Za­czę­ła scho­dzić w dół, uwa­ża­jąc, by nie po­ru­szyć przy­pad­kiem, luź­niej­sze­go ka­mie­nia. Uszy war­tow­ni­ków były czułe, jak u nie­to­pe­rzy. 

Do­tknąw­szy ziemi, nie cze­ka­ła, aż ktoś ją za­uwa­ży, lecz od razu we­szła do wody. Była lo­do­wa­ta. Zu­peł­nie, jak roz­pusz­czo­ny śnieg. Nie było jed­nak innej drogi. Kry­jąc się wśród szu­wa­rów, do­pły­nę­ła pod most, gdzie wy­szła na nie­wiel­ką pły­ci­znę. Belki wi­sia­ły nad nią tak nisko, że nie mogła roz­pro­sto­wać ple­ców, ale też da­wa­ły bez­pie­czeń­stwo, od nie­pro­szo­nych oczu.

Drżąc z zimna, wciąż sma­ga­na ko­lej­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru, za­czę­ła prze­szu­ki­wać po omac­ku każdą piędź ziemi. Za każ­dym razem, gdy jej dłoń na­tra­fi­ła na coś tward­sze­go niż mech lub błoto, w jej sercu wzma­ga­ła się na­dzie­ja, tyko po to by zaraz prze­mie­nić się w złość na za­bie­ra­ją­cy jej czas ka­mień lub ka­wa­łek zbu­twia­łe­go drew­na. Czu­jąc już, jak krew od­pły­wa jej z pal­ców, za­czę­ła się bać, że coś po­szło nie tak, albo, co gor­sza, oszu­ka­no ją. Za­gry­zła wargi i z tru­dem po­wstrzy­ma­ła się by nie za­pła­kać. Jed­nak za­miast sło­nych łez spły­nę­ły gorz­kie myśli. – Co teraz? Sie­dzieć tu w roz­pa­czy i cze­kać na śmierć? Czy też w roz­pacz­li­wym akcie spró­bo­wać prze­pły­nąć je­zio­ro? – Do jej uszu do­biegł re­chot żaby, jak drwią­cy śmiech, który zda­wał się mówić. – I to jest twój wspa­nia­ły plan? Przy­go­to­wy­wa­ny mie­sią­ca­mi? Prze­my­śla­ny w każ­dym de­ta­lu? Wszyst­ko na nic! – Za­mach­nę­ła się, chcąc prze­go­nić na­tar­czy­we stwo­rze­nie, lecz wtedy do­strze­gła, że płaz na miej­sce swo­je­go kon­cer­tu, zna­lazł sobie dość nie­ty­po­wą gałąź. Gałąź gład­ką, jak zam­ko­wa po­ręcz lub łuska węża. Widok zna­le­zi­ska dodał jej no­wych sił. Szarp­nę­ła zań kilka razy, aż wody wy­ło­nił się kan­cia­sty kształt skrzy­ni, któ­rej uchwyt, wy­sta­wał uprzed­nio nad po­wierzch­nię. Ugrzę­zła w bło­cie i cięż­ko było ją wcią­gnąć na pły­ci­znę, lecz czego nie po­tra­fią upór wraz z na­dzie­ją?

Skrzy­nia, choć z ze­wnątrz brud­na od mułu i żwiru, była uszczel­nio­na ży­wi­cą, dzię­ki czemu mogła za­pre­zen­to­wać cał­ko­wi­cie suchą i po­rząd­nie po­skła­da­ną prze­szy­wa­ni­cę wraz ze zbro­ją la­mel­ko­wą, a także krót­ki miecz, łuk i całą resz­tą rynsz­tun­ku war­tow­ni­ka. 

Nie­wie­le my­śląc, ucie­ki­nier­ka wło­ży­ła na sie­bie zbro­ję, do pasa przy­pię­ła broń, a i tak krót­kie włosy ukry­ła pod heł­mem. Po­czu­ła, jak cie­pło znowu za­czy­na roz­cho­dzić się po ciele, a od­dech staje się spo­koj­ny. – Teraz jeśli już przyj­dzie mi umrzeć, to nie sku­lo­na pod mo­stem od noc­ne­go zimna, lecz dum­nie, od chło­du że­la­za. 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------- 

Na dru­gim końcu mostu, tam, gdzie tuż pod nie­wiel­ką wieżą, krzy­żo­wa­ły się drogi z czte­rech stron świa­ta, dwóch wą­sa­tych war­tow­ni­ków prze­cha­dza­ło się od kra­wę­dzi do kra­wę­dzi. Ich ryt­micz­ny chód wkom­po­no­wał się już dawno w me­lo­dię żab i noc­nych pta­ków. Był on je­dy­nym spo­so­bem na roz­grza­nie zmar­z­nię­tych koń­czyn i nie po­cią­gał za sobą przy­krych kon­se­kwen­cji zła­ma­nia re­gu­la­mi­nu. Chło­sta była zaś naj­lep­szym, co mogło by ich wtedy spo­tkać. Szli więc, w tą i z po­wro­tem, od­bi­ja­jąc się od po­rę­czy, jak rzu­co­ne pi­łecz­ki. My­śle­li za pewne o cie­płej zupie w kwa­te­rach, sta­ra­jąc się nie pa­trzyć na klep­sy­drę sto­ją­cą na ba­rier­ce. Pia­sek po­ma­łu od­mie­rzał czas, jaki po­zo­stał do zmia­ny warty. Nie bez po­wo­du, ucho­dzi­ło za roz­sąd­ne spo­glą­dać nań jak naj­rza­dziej, by w ten spo­sób mieć wra­że­nie, że czas pły­nie szyb­ciej. 

Gdy usły­sze­li dzwon, nie prze­rwa­li chodu. Mu­sie­li po­cze­kać, aż na sta­no­wi­sko przyj­dzie ko­lej­na warta. Wtedy bę­dzie im wolno zejść ze sta­no­wi­ska. 

Zbli­żał się świt i choć zro­bi­ło się wid­niej, stra­ci­li z oczu prze­ciw­le­gły brzeg. Wszyst­ko przez mgłę, wy­do­by­wa­ją­cą się z wody i przy­odzie­wa­ją­cą trawy per­ła­mi rosy. Straż­ni­cy nie zwra­ca­li na to więk­szej uwagi. Stali tu dzień w dzień. Ro­dzą­cy się świt był tylko o tyle pięk­ny, o ile zwia­sto­wał ko­niec służ­by. Nie mogli jed­nak wie­dzieć, że po­stać idąca ku nim z tru­dem się po­wstrzy­mu­je, by nie krzyk­nąć z za­chwy­tu. 

– Chwa­ła Kró­lo­wej! – Po­wie­dzie­li na widok ubra­ne­go, jak oni straż­ni­ka. Wresz­cie przy­sta­nę­li, spo­glą­da­jąc, jak zmie­rza ku nim twar­dym, woj­sko­wym kro­kiem. Straż­ni­cy wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Oni ma­sze­ro­wa­li tak je­dy­nie na pierw­szej linii w bi­twie, ale widać nowy jesz­cze nie otrzą­snął się z pychy, jaką da­wa­ło przy­ję­cie do dru­ży­ny przy­bocz­nej. Z chę­cią by mu po­ka­za­li, jak przy­wi­tać się ze star­szy­mi to­wa­rzy­sza­mi, lecz oto zdali sobie spra­wę, że coś jest nie tak… 

– Gdzie drugi? – rzekł jeden z nich. Niski blon­dyn o sze­ro­kich bar­kach. – Nie mówił dzie­sięt­nik, że za­wsze pa­ra­mi cho­dzić?

Nowo przy­by­ły wziął głę­bo­ki wdech i przy­mknął oczy. ,,Nie może się po­my­lić. Ca­ły­mi ty­go­dnia­mi się do tego przy­go­to­wy­wa­ła.” 

Jej dło­nie uło­ży­ły się w gest tak na­tu­ral­nie, jakby fak­tycz­nie była niema. Jeden ze straż­ni­ków zmarsz­czył brwi. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do niego, czemu nowy się nie od­zy­wa. 

– To ty je­steś tym wy­rost­kiem, co ośmie­lił się znie­wa­żyć kró­lo­wą? – Owo ,,znie­wa­że­nie” ozna­cza­ło ni mniej, ni wię­cej tyle, że na uro­czy­sto­ści za­przy­się­że­nia, nie użył wszyst­kich ty­tu­łów przy­słu­gu­ją­cych wład­czy­ni. W tym tak waż­nych jak: Nie­omyl­na, Wiecz­na, Wszech­mi­ło­sier­na. O słusz­no­ści tego ostat­nie­go mógł się prze­ko­nać, gdy za­miast tra­dy­cyj­nej kary ćwiar­to­wa­nia, ska­za­ny zo­stał na wy­rwa­nie ję­zy­ka. 

Ucie­ki­nier­ka czym prę­dzej przy­tak­nę­ła i by bar­dziej się uwia­ry­god­nić, ude­rzy­ła się kilka razy w pierś. 

– Ja to bym cię kazał roz­szar­pać psi synu. – Lecz nie nam oce­niać wspa­nia­ło­myśl­ność i słusz­ność wy­ro­ków na­szej wspa­nia­łej kró­lo­wej. Chwa­ła jej! 

– Chwa­ła jej! – Od­po­wie­dział drugi straż­nik. Wyż­szy od tam­te­go o głowę i z brodą przy­po­mi­na­ją­cą wiech­cie mio­tły. Do tej pory stał tylko z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi i zie­wał, po­zwa­la­jąc, by jego ko­le­ga zajął spra­wą. 

– Jesz­cze raz. Czemu nie za­mel­do­wa­łeś do­wód­cy, że nie ma dru­gie­go do po­ran­nej warty? – Blon­dyn zmru­żył oczy chcąc w pół­mro­ku do­strzec gesty roz­mów­cy. W od­po­wie­dzi zo­ba­czył, jak nie­mo­wa kła­dzie głowę na otwar­tej ręce, po czym wy­gra­ża pię­ścią. 

– Ano tak. Mówił, żeby nie bu­dzić go bez po­wo­du. No dobra. W takim razie wiesz może gdzie jest ten drugi, który prosi się o karę? – Niemy po­pa­trzył na nich wy­mow­nie i ude­rzył w szyję od­wró­co­ną dło­nią. 

– Jak to spił się? Nie wie co go czeka? Nie kła­miesz, aby?

W od­po­wie­dzi ucie­ki­nier­ka przy­ło­ży­ła rękę do serca. 

Blon­dyn za­klął szpet­nie i kop­nął do wody po­bli­ski ka­mień 

– W takim razie, sam go tu przy­wlo­kę, choć­by nie­przy­tom­ne­go albo od razu w dyby i na chło­stę! Piwa się ożło­pał, czart jeden! – I po­biegł po mo­ście, nim jego bro­da­ty to­wa­rzysz zdą­żył zro­zu­mieć, że teraz to on bę­dzie mu­siał zo­stać nie wia­do­mo jak długo. Mach­nął jed­nak na to ręką i za­czął po­now­nie cha­dzać w po­przek mostu. Tak jak uprzed­nio. Jakby nie było tej roz­mo­wy. Je­dy­ne co się zmie­ni­ło to to­wa­rzysz, z któ­rym nawet po­roz­ma­wiać za bar­dzo nie ma jak. Ech. Psia służ­ba, ale co zro­bić? 

Ucie­ki­nier­ka rów­nież za­czę­ła cho­dzić, jak war­tow­nik. Za każ­dym razem, gdy szła w jego kie­run­ku, uni­ka­ła pa­trze­nia mu w oczy. Mó­wi­ła sobie, że to, dla­te­go, by jej przy­pad­kiem nie roz­po­znał. Gdy mi­ja­li się ra­mie­niem, ob­ra­ca­ła na­tych­miast głowę chcąc spraw­dzić, czy tam­ten robi to samo. On jed­nak szedł pew­nie przed sie­bie, prze­kli­na­jąc w duchu pi­ja­czy­nę, przez któ­re­go musi tu tkwić. Pró­bo­wa­ła ze­brać myśli. Miała na­dzie­ję, że na po­szu­ki­wa­nia pi­ja­ne­go war­tow­ni­ka, ruszą obaj. Nie­ste­ty się prze­li­czy­ła. Nie miała wiele czasu. Tam­ten nie­dłu­go od­kry­je praw­dę i za­alar­mu­je po­zo­sta­łych. Jeśli zaraz nie uciek­nie, trafi z po­wro­tem do wieży albo jesz­cze go­rzej. 

Z rę­ka­wa fał­szy­we­go straż­ni­ka wy­su­nął się szty­let. Stary, lecz nadal ostry. Po­zła­ca­na rę­ko­jeść zdą­ży­ła zma­to­wieć, a ru­bi­no­we oczy wy­gra­we­ro­wa­ne­go orła, pa­trzy­ły wy­nio­śle i oce­nia­ją­co: ,,No dalej. Zo­ba­czy­my czy się od­wa­żysz?” Zda­wa­ły się mówić. Po­czu­ła mro­wie­nie w pal­cach, ale tym razem nie z zimna. Teraz wręcz zro­bi­ło jej się go­rą­co. Czy tam­ten za­uwa­żył ru­mień­ce? Albo drże­nie dłoni? Błysk ostrza? 

Mi­mo­wol­nie za­czę­ła my­śleć o nim, jak o kimś wię­cej niż wrogu. Kim był? Miał ro­dzi­nę? Czemu zo­stał dru­żyn­ni­kiem? Rzu­ci­ła w jego stro­nę ba­daw­cze spoj­rze­nie. W jego kroku była jakaś siła, przy­kry­ta ca­łu­nem znu­dze­nia i ru­ty­ny. To wo­jow­nik, któ­re­go siłę ujarz­mio­no dla zbrod­ni­czych celów. 

Zaraz się miną, a jego plecy będą od­sło­nię­te. ,,A więc to tu się za­cznie? Gdzieś w końcu musi. Byle tylko ręka się nie za­wa­ha­ła. Pro­szę. Byle tylko ręka się nie za­wa­ha­ła…” 

– Wiesz młody. – Bro­dacz przy­sta­nął i tę­sk­nie spoj­rzał na drugi ko­niec mostu. – Zro­bi­my tak. – Unie­sio­na dłoń mor­der­czy­ni udała, że po­pra­wia hełm, kry­jąc ostrze z po­wro­tem w rę­ka­wie. – Odkąd moja mała Dą­brów­ka, có­ruch­na ko­cha­na, po­je­cha­ła uczyć się na ka­płan­kę, nie ma kto mi zupy przy­no­sić. Taka już wola bogów. – W jego gło­sie było czuć nie­skry­wa­ną dumę. Pew­nie wspo­mi­nał o córce każ­de­mu kogo spo­tkał. – Z dru­giej stro­ny, to nie ja spar­ta­czy­łem ro­bo­tę, więc nie po­wi­nie­nem tu sie­dzieć, ale za­sa­dy i tak dalej… Sko­czę tylko po jakąś stra­wę i zaraz będę. Dla cie­bie też coś przy­nio­sę. Nie po­wiesz ni­ko­mu? Ale słowo? W od­po­wie­dzi ucie­ki­nier­ka po­kle­pa­ła się po brzu­chu (o mało się nie ob­li­za­ła) i ocho­czo po­ki­wa­ła głową. 

– Za­wsze mó­wi­łem. Żo­łąd­ki wszy­scy mamy takie same. Na głod­ne­go, to słu­żyć wręcz się nie godzi. Zaraz wra­cam. – I po­biegł do grodu. Ucie­ki­nier­ka nie pa­trzy­ła za nim. Przed nią, tuż przed mo­stem było roz­wi­dle­nie. Trzy znaki po­ka­zy­wa­ły trzy kie­run­ki. Wszyst­kie nagle stały się moż­li­we. Wie­dzia­ła któ­rym z nich pój­dzie, ale wy­star­czy­ła sama świa­do­mość. Po raz pierw­szy była wolna. 

Ru­szy­ła drogą wzdłuż brze­gu je­zio­ra. Od cie­kaw­skich oczu osła­nia­ły ją za­ro­śla i dziko ro­sną­ce klony. Trakt był o tej porze jesz­cze pusty, a do tego rza­dziej uczęsz­cza­ny. W więk­szo­ści krył się w pusz­czy – domu wszyst­kich zbie­gów i wy­rzut­ków. Tam mu­sia­ła do­trzeć. 

Zrzu­ci­ła z sie­bie zbro­je. Za bar­dzo ją spo­wal­nia­ła. W cie­płym ko­żu­chu, z łu­kiem na ra­mie­niu i szty­le­tem w rę­ka­wie mu­sia­ła sobie po­ra­dzić. 

Słoń­ce było coraz wyżej. W od­da­li roz­le­gło się pia­nie ko­gu­ta. Nie­dłu­go na po­bli­skie pola wyjdą chło­pi, by ob­siać pola.

Mgła za­czy­na­ła opa­dać. Noc, jej naj­lep­szy sprzy­mie­rze­niec, od­cho­dzi­ła na za­chód. Jed­nak i słoń­ce było jej przy­chyl­ne. Wy­su­szy­ło odzie­nie, w któ­rym za­ży­ła ką­pie­li i ogrza­ło zzięb­nię­tą twarz. Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna ucie­ki­nier­ka zdo­ła­ła szcze­rze uśmiech­nąć się do świa­ta. 

Przy­spie­szy­ła kroku. Ciem­na linia lasu była nie­speł­na trzy­sta me­trów dalej. Pusz­cza przy­zy­wa­ła. Tam bę­dzie mogła wresz­cie po­czuć się bez­piecz­nie. 

Po­czu­ła, jak bur­czy jej w brzu­chu. Być może spró­bu­je coś upo­lo­wać. Jed­nak nigdy nie po­słu­gi­wa­ła się łu­kiem. W razie czego po­zo­sta­ją grzy­by i leśne ja­go­dy. 

W wo­dzie coś plu­snę­ło i ucie­ki­nier­ka od­ru­cho­wo ob­ró­ci­ła się w tam­tym kie­run­ku. 

Na brze­gu sie­dział węd­karz. Jego ły­si­na od­bi­ja­ła świa­tło słoń­ca, za to ciem­na broda była gęsta jak nie­przy­cię­ty ży­wo­płot. Wy­dat­ny brzuch i pulch­ne dło­nie ka­za­ły są­dzić, że nie jest to byle kmieć, a ło­wie­nie ryb jest bar­dziej roz­ryw­ką niż pracą. Teraz, w naj­więk­szym sku­pie­niu mo­co­wał się z rybą, która wpraw­dzie po­łknę­ła ha­czyk, lecz nie da­wa­ła za wy­gra­ną i szar­pa­ła się w wo­dzie jak ujeż­dża­ny koń. 

Ucie­ki­nier­ka szyb­ko stwier­dzi­ła, że naj­le­piej bę­dzie przejść obok, jak gdyby nigdy nic. Kry­cie się po za­ro­ślach mogło wzbu­dzić po­dej­rze­nia. Nie mó­wiąc już o uciecz­ce.

Rybak w końcu wy­grał i moc­nym szarp­nię­ciem wy­rzu­cił je­sio­tra z wody. Teraz ryba mio­ta­ła się na ziemi w roz­pacz­li­wej walce o tlen. Rybak wstał i do­byw­szy noża ru­szył dobić zdo­bycz, igno­ru­jąc prze­cho­dzą­cą obok ko­bie­tę. Ta szła w swoim kie­run­ku, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. 

I wtedy to usły­sza­ła. 

,,Rybko moja, rybko moja, czemu się ukry­wasz? 

Czyż ja strasz­ny? Czyż ja mści­wy? Ty mnie do­brze znasz” 

Rybak śpie­wał TĘ pio­sen­kę. Sły­sza­ła ją wiele razy. Przed ocza­mi znowu sta­nę­ły jej ośli­zgłe lochy i pod­ło­ga lepka od krwi. 

,,Rybko moja, rybko moja, czemu się sza­mo­czesz? 

Sama prze­cież zja­dłaś ha­czyk, winić sie­bie mo­żesz.

Szty­let sam po­ja­wił się w jej ręce, a ru­bi­no­we oczy orła za­bły­sły czer­wie­nią. 

,,Rybko moja, rybko moja, po co tak sza­le­jesz? 

Wszak już je­steś w u mnie w domu. Już mi nie uciek­niesz.” 

Zbli­ży­ła się ku niemu, mając cały czas w gło­wie za­pach zgni­łe­go mięsa i krzy­ki bólu. Krzy­ki sła­wią­ce ma­je­stat kró­lo­wej w na­dziei o szyb­ką śmierć. 

,,Rybko moja, rybko moja, Cóżem ja tu wi­nien? 

Lubię łowić, jak ty pły­wać, tak już sobie żyjem.”

A temu wszyst­kie­mu wtó­ro­wa­ła pio­sen­ka. Pio­sen­ka śpie­wa­na nie­zbyt gru­bym, mę­skim gło­sem. Do­by­wa­ją­ca się spod czar­nej maski kata. Nigdy nie mogła wi­dzieć jego twa­rzy. On też za­zwy­czaj trzy­mał nóż, gdy pod­cho­dził do sza­mo­czą­cej się ofia­ry.  

,,Rybko moja, rybko moja, czemu mi zło­rze­czysz? 

Mamy, wszak­że go­dzin parę, jesz­cze się po­mę­czysz.” 

Maska nie ukry­wa­ła jed­nak oczu. Wod­ni­stych i męt­nych jak woda na tam­tej pły­ciź­nie. Do­strze­gła je teraz wy­raź­nie w od­bi­ciu je­zio­ra. 

Za­ję­ty zdra­py­wa­niem łusek, za późno do­strzegł bladą za­pła­ka­ną twarz i ostrze na swo­jej szyi.

– Mó­wi­łam, że nie za­po­mnę – syk­nę­ła mu do ucha – Pa­mię­tam ich wszyst­kich. Po­zdrów ich ode mnie.  

Kat był zbyt prze­ra­żo­ny by od­po­wie­dzieć. 

Chro­bo­tli­wy jęk ro­ze­rwał ciszę po­ran­ka. Krew try­snę­ła na li­ście lilii. Węd­karz za­chwiał się i padło głową do je­zio­ra. Wokół niej, woda po­ma­łu za­bar­wia­ła się na czer­wo­no. 

Gdy nie­speł­na go­dzi­nę póź­niej zna­le­zio­no ciało, ucie­ki­nier­ki już dawno nie było. Po­dob­nie jak ryby, która mimo ran, zdo­ła­ła do­stać się z po­wro­tem do wody. Choć z ha­czy­kiem w brzu­chu jej dni i tak były po­li­czo­ne. 

Koniec

Komentarze

Napiszę krótko bo mój poprzedni, długi komentarz przez moją głupotę się usunął.

Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale czy ona wróciła się do zamku, żeby odszukać tego kata/wędkarza? Bo jak nie to nie mam za bardzo pomysłu po co wracała z powrotem do miejsca, z którego wcześniej uciekła. 

 Trochę mało wiem o bohaterce. Od razu dostaje strzałem, że ucieka. Nie wiem jak innym, ale przynajmniej przydały by mi się kilka zdań przynajmniej dlaczego została uwięziona. Bo była stwierdzając po jej nazwie, która towarzyszy jej przez opowiadanie (uciekinierka).

 Opisy mimo, że piękne są w niektórych miejscach niepotrzebne. np. moment gdzie wartownicy chodzą i marzą o końcu zmiany i zupce.

 Oprócz tego i tak fajne opowiadanie. Wkradła się taka drobna literówka:

 “Wędkarz zachwiał się i padło głową do jeziora”

Pozdrawiam ;) 

Salvado

Nowa Fantastyka