- Opowiadanie: BasementKey - To nie jest miasto dla starej magii

To nie jest miasto dla starej magii

Tekstu nie za dużo,

Lecz trochę się dzieje.

 

Niech słowa nie znużą.

Tekstu nie za dużo.

 

Reklamować więcej

już się nie ośmielę.

 

Tekstu nie za dużo,

Lecz trochę się dzieje.

 

 

Dziękuję za betę: herox002 oraz ManeTekelFares  <3

 

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

To nie jest miasto dla starej magii

Pro­log

 

Leżał twa­rzą w ziemi, po cio­sie w tył głowy i upad­ku z wy­so­ko­ści. Ze wszyst­kich sił sta­rał się nie stracić przytomności, po­wta­rzał sobie, że nie może ze­mdleć. Nie wie­dział, czy sły­sza­ne w ciem­no­ści głosy były praw­dzi­we, czy były to tylko omamy. Mimo wszyst­ko za­czął się im przy­słu­chi­wać.

– Jak on to zro­bił? Wy­ja­śnij­cie mi to!

– Ja­kimś od­bi­ciem magii chyba, nie wiem, sze­fie…

– Jakim od­bi­ciem, co ty pie­przysz? Chyba nie wy­wa­li­łeś w niego im­pul­su elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go?

– No nie, ni­cze­go nawet nie za­czę­li­śmy… To czymś innym pew­nie.

– I kto, do cho­le­ry, daje sobie ukraść ma­go­tro­ni­kę. No kto?! Ta­kie­go kogoś od razu, na zbity ryj…

– Sze­fie spo­koj­nie, Julka już nam wszyst­ko opo­wie­dzia­ła, oma­mił ją jedną z tych swo­ich ilu­zji. Ale w końcu go mamy, leży tutaj i zaraz bę­dzie po nim.

– À pro­pos ilu­zji, Pio­tru­siu, ja się z tobą po­li­czę po tym wszyst­kim. Ze Stasz­kiem rów­nież. Tak się dać po­ro­bić, prze­cież pra­wie uciekł.

Ty­tu­ło­wa­ny sze­fem męż­czy­zna umilkł, by po chwi­li zwró­cić się do le­żą­ce­go:

– No ma­gi­ku, czas na eks­plo­zję. A może im­plo­zję. A może w sumie na jedno i dru­gie. Hej, ma­gi­ku!

Magik po­wta­rzał w my­ślach jak man­trę: nie ze­mdleć, nie ze­mdleć, nie ze­mdleć, nie ze­mdleć.

– Pa­pie­ro­sa – wy­szep­tał po chwi­li. – Pa­pie­ro­sa…

– Pa­trz­cie pań­stwo, ostat­nie ży­cze­nie ska­zań­ca. Pio­truś, daj pa­pie­ro­sa – leżący usły­szał sze­lest ubrań i dźwięk prze­trzą­sa­nia kie­sze­ni. – Scho­waj tę ma­gij­ną za­pal­nicz­kę, idio­to. Daj bez­cza­ro­we za­pał­ki.

Po­da­wa­li sobie coś z rąk do rąk, pod­czas gdy męż­czy­zna u ich stóp czuł in­ten­syw­ny za­pach ziemi. Co chwi­lę ob­li­zy­wał spierzch­nię­te wargi, na któ­rych błą­ka­ły się dro­bi­ny pia­sku. W jego gło­wie po­ja­wi­ły się sko­ja­rze­nia z gro­bem, miej­scem w któ­rym miał ogrom­ne szan­se już nie­dłu­go spo­cząć. Wy­ście­ła­na trum­na, pach­ną­ca drew­nem i zie­mią, bę­dzie mógł wresz­cie od­po­cząć, za­snąć. Oczy same za­czę­ły mu się za­my­kać. Nie ze­mdleć! – wrza­snął do sie­bie po­now­nie w my­ślach.

– Po­nie­waż spra­wi­łeś nam tyle kło­po­tów, okażę ci sza­cu­nek i sam przy­pa­lę – na­chy­lił się nad nim szef.

Trzask za­pał­ki o pu­deł­ko, i ko­lej­ny, i ko­lej­ny… Z pudełka poleciały tylko iskry, w tym samym momencie na noc­nym nie­bie Zie­lo­nej Góry za­pa­li­ły się bły­ska­wi­ce. 

– Pa­trz­cie nie chcą się za­pa­lić. Za­mo­kły, czy co… – de­ner­wo­wał się szef.

Le­żą­cy wie­dział, że musi pod­nieść głowę w od­po­wied­nim mo­men­cie. Jeden raz, jeden je­dy­ny, ostat­nia szan­sa. Musi.

 

***

 

Od­wie­dzał sta­re­go przy­ja­cie­la, który miesz­kał na je­de­na­stym pię­trze w bloku z wiel­kiej płyty na osie­dlu Przy­jaź­ni. Na szczę­ście dzia­ła­ła jedna z wind, bo idąc po scho­dach bar­dzo by się zmę­czył.

– Sta­rość – po­wie­dział do niego go­spo­darz, gdy już sie­dzie­li po­chy­le­ni nad dwie­ma szklan­ka­mi moc­nej her­ba­ty bez cukru.

– Nie gadaj le­piej bzdur – ob­ru­szył się przy­by­ły.

– A sły­sza­łeś, co spo­tka­ło Kac­pra?

Gość po­krę­cił głową, przy­gła­dza­jąc dłu­gie, siwe włosy i prze­glą­da­jąc się w lu­strze, znaj­du­ją­cym się za szybą sta­re­go kre­den­su. A może ser­want­ki, z tą me­blo­wą ter­mi­no­lo­gią za­wsze był na ba­kier. Miesz­ka­nie było jakby żyw­cem wy­ję­te z lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wieku, po­dob­nie zresz­tą jak jego je­dy­ny miesz­ka­niec.

– Alek­san­drze, czy ty mnie w ogóle słu­chasz? – do­py­ty­wał go­spo­darz. 

– Oczy­wi­ście, Jerzy, mó­wi­łeś coś o Kac­prze.

– No tak, o Kac­prze, więc słu­chaj. Po­szedł do pod­sta­wów­ki, tutaj nie­da­le­ko, kilka ulic dalej. Za­pro­po­no­wał, że zrobi przed­sta­wie­nie dla dzie­cia­ków. Głupi po­mysł, jeśli byś mnie spy­tał. – Jerzy zro­bił krót­ką pauzę, na dwa łyki her­ba­ty ze szklan­ki, obej­mo­wa­nej przez me­ta­lo­wą siat­kę sta­ro­mod­ne­go ko­szycz­ka. Po czym kon­ty­nu­ował: – Ko­bie­ta w se­kre­ta­ria­cie od razu się Kac­pro­wi nie spodo­ba­ła. Cią­gle wpa­try­wa­ła się w tę, taką de­secz­kę z ru­cho­my­mi ob­raz­ka­mi, za­miast sku­pić na nim uwagę.

– Ta­blet, to się na­zy­wa ta­blet.

– Ta­blet, no wła­śnie. Po­wie­dzia­ła Kac­pro­wi od­ry­wa­jąc się na chwi­lę od tej swo­jej de­secz­ki, że je­że­li chce wy­stę­po­wać, musi naj­pierw zło­żyć ofi­cjal­ną ofer­tę. Tę ofer­tę trze­ba na­stęp­nie prze­ka­zać do dy­rek­to­ra, to nie takie pro­ste i nie tak szyb­ko. Może póź­niej nawet ko­niecz­ny okaże się prze­targ, żeby wszyst­ko od­by­ło się zgod­nie z wy­mo­ga­mi prawa. 

– Prze­targ – mruk­nął Alek­san­der – I co na to Kac­per?

– A jak my­ślisz? Zde­ner­wo­wał się tro­chę. Spy­tał ko­bie­tę, czy aby nie po­stra­da­ła ro­zu­mu. Po­wie­dział, że nie chce prze­cież szko­ły re­mon­to­wać, tylko w niej wy­stę­po­wać. Ko­bie­ta nic na to nie od­po­wie­dzia­ła, prze­rzu­ca­ła sobie tylko dalej ja­kieś stro­ny na tej swo­jej de­secz­ce.

– Nowa magia – pod­su­mo­wał Alek­san­der.

– Tak. Sam wi­dzisz jak to da­le­ko za­szło – przy­znał mu rację Jerzy. – Kac­per po­my­ślał sobie wtedy, że nici z wy­stę­pu, na wszel­ki wy­pa­dek jed­nak zo­sta­wił swoją wi­zy­tów­kę. Ko­bie­ta z se­kre­ta­ria­tu wzię­ła ją w rękę i prze­czy­ta­ła: Kac­per Ma­gnus, Pre­sty­di­gi­ta­tor. I słu­chaj teraz, bo to naj­lep­sza część. – Po­je­dyn­czy tym razem łyk her­ba­ty, wy­peł­nił krót­ką, acz ko­niecz­ną przed fi­na­łem hi­sto­rii, pauzę. – Nie zro­zu­mia­ła ostat­nie­go słowa, więc pyta Kac­pra, co to zna­czy, że jest pre­sty­di­gi­ta­to­rem. Ten za­miast od­po­wie­dzieć, prosi ją, żeby mu się do­brze przyj­rza­ła i po­wie­dzia­ła kim, we­dług niej, jest. Ona tylko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Otwo­rzył zatem drzwi i za­wo­łał jakieś, sto­ją­ce naj­bli­żej se­kre­ta­ria­tu dziec­ko. Aku­rat była prze­rwa mię­dzy lek­cja­mi. Dziec­ko po­de­szło, a on po­pro­sił, żeby po­wie­dzia­ło pani z se­kre­ta­ria­tu, kim on jest. A wiesz prze­cież, jak wy­glą­da Kac­per.

– Tak samo od lat, długa broda, oku­la­ry w okrą­głych opraw­kach, ka­pe­lusz, płaszcz i la­secz­ka w dłoni. Mag pełną gębą. 

– No wła­śnie. A to dziec­ko wska­za­ło na niego pal­cem i po­wie­dzia­ło: hip­ster. Hip­ster, ro­zu­miesz to? Dziec­ko na­zwa­ło go hip­ste­rem!

Go­spo­darz był wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny, jed­nak Alek­san­der wes­tchnął tylko. Wstał i spoj­rzał na wi­docz­ny z okna aka­de­mik, do któ­re­go wcho­dzi­ła wła­śnie grupa stu­den­tów.

– Co zro­bić, świat się zmie­nia. Choć­by Wrze­śniak. – Wska­zał pal­cem na bu­dy­nek za oknem. – Pa­mię­tasz, że kilka lat temu gro­ził za­wa­le­niem? Mu­sie­li nawet zbu­rzyć kilka pię­ter.

– A ty, czy je­steś gotów, żeby zbu­rzy­li ci kilka pię­ter? – odpowiedział Jerzy zza stołu.

– Niech tylko spró­bu­ją.

Go­spo­darz wes­tchnął, bez słowa ze­brał puste szklan­ki i po­drep­tał do kuch­ni. Alek­san­der dalej pa­trzył przez okno.

– Do­brze, że skoń­czy­łem z tym, bo w dzi­siej­szych cza­sach zu­peł­nie bym się nie od­na­lazł. – Jerzy po­ja­wił się znowu z dwoma szklan­ka­mi pa­ru­ją­cej her­ba­ty, by po chwi­li po­now­nie usiąść za sto­łem.

– No wła­śnie. – Uśmiech­nął się Alek­san­der, do­łą­cza­jąc do niego. – Przy­cho­dzę do cie­bie z jedną taką spra­wą.

– Mo­głem się do­my­ślić. – Jerzy siorb­nął nieco brą­zo­we­go płynu i zmru­żył jedno oko.

– Ow­szem, mo­głeś, a teraz do rze­czy. Z chę­cią bym jesz­cze po­roz­ma­wiał, ale mu­sisz zro­zu­mieć, że mam nie­wie­le czasu. Wiesz, że za­padł już wyrok i ofi­cjal­nie je­stem wy­ję­ty spod opie­ki Gil­dii.

Jego roz­mów­ca kiw­nął po­wo­li głową.

– Muszę wie­dzieć, kiedy po mnie przyj­dą. Zro­bisz to dla mnie? 

– Wiesz dla­cze­go od­sze­dłem na eme­ry­tu­rę?

– Tak.

– I nie boisz się?

– Po pro­stu nie mam in­ne­go wyj­ścia.

– Do­brze, więc zrób­my to.

 

***

 

– Osza­la­łeś chyba, upa­dłeś na tę swoją siwą głowę.

Ledwo Alek­san­der po­wie­sił płaszcz w przed­po­ko­ju i po­wie­dział, kogo dziś od­wie­dził, już na niego na­pa­dła. Jakby nie wie­dzia­ła, ile pola do ma­new­ru mu po­zo­sta­ło, jak mało miał dróg wyj­ścia.

– Może cho­ciaż za­pro­sisz mnie do środ­ka, czy bę­dzie­my tutaj tak stać?

Cof­nę­ła się i wska­za­ła ręką na skó­rza­ną ka­na­pę. Wszedł i usiadł.

– Do­brze ci tu, nie­mal w samym cen­trum, nie­da­le­ko ra­tu­sza – ro­zej­rzał się po miesz­ka­niu z cie­ka­wo­ścią, która dla nie­wpraw­ne­go oka mo­gła­by zo­stać uzna­na za po­dziw.

– Nie zmie­niaj te­ma­tu – od­gar­nę­ła z czoła nie­sfor­ny blond ko­smyk i załozyła go za ucho. – Byłeś tu zresz­tą już wcze­śniej.

To praw­da był już tutaj, bodaj raz. Spore miesz­ka­nie w od­no­wio­nej ka­mie­ni­cy przy ulicy Reja, po­dob­ne do in­nych miesz­kań tego ro­dza­ju, ja­kich wiele w Zie­lo­nej Górze. Takie miesz­ka­nia w więk­szo­ści są jak stare pro­sty­tut­ki, ob­fi­cie upu­dro­wa­ne i uma­lo­wa­ne, tak, że, gdy pa­trzysz na nie z ulicy, wy­da­ją się pięk­no­ścia­mi. Gdy jed­nak się zbli­żysz, gdy za­czniesz się przy­pa­try­wać, wi­dzisz zmarszcz­ki od­pa­da­ją­cych tyn­ków na su­fi­cie, ko­li­ste sińce brudu na ścia­nach oraz łzy wil­go­ci zbie­ra­ją­cej się w ką­ci­kach okien. Miesz­ka­nie Julii róż­ni­ło się tylko tym od po­zo­sta­łych, że puder był gru­biej na­ło­żo­ny, ar­chi­tek­to­nicz­ny ma­ki­jaż moc­niej­szy.

Przy­nio­sła wody z cy­try­ną, napił się po­wo­li, de­lek­tu­jąc się chwi­lą mil­cze­nia. Cisza nie trwa­ła jed­nak długo:

– Wiesz prze­cież, jak go na­zy­wa­li, zanim zo­stał wy­rzu­co­ny z Gil­dii – nie usia­dła na ka­na­pie, kon­ty­nu­owa­ła pa­trząc na niego z góry. – Sa­mo­zwa­niec, Jerzy Sa­mo­zwa­niec.

– Nie zo­stał wy­rzu­co­ny, tylko od­szedł na zasłużoną eme­ry­tu­rę.

– Nie roz­śmie­szaj mnie, sam wiesz jak było. – Usia­dła wresz­cie i za­czę­ła ob­ra­cać w dło­niach szklan­kę. – Amne­zja po­stę­po­wa go do­pa­dła, prze­stał wi­dzieć przy­szłość. Przez lata jed­nak nie przy­zna­wał się do tego i ba­zo­wał na wy­pra­co­wa­nej wcze­śniej re­pu­ta­cji. Sa­mo­zwań­czo prze­po­wia­dał dalej, nawet z nie­wiel­ki­mi suk­ce­sa­mi, ba­zu­jąc na re­gu­le sa­mo­spraw­dza­ją­cej się prze­po­wied­ni.

– Pro­szę, tylko nie rób z niego do­dat­ko­wo psy­cho­lo­ga. – Skrzy­wił się, by­naj­mniej nie z po­wo­du cy­try­ny.

– Dla niego to byłby kom­ple­ment. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Co mnie to zresz­tą ob­cho­dzi, ty i ja je­ste­śmy już dawno po roz­wo­dzie. Odwiedzaj sobie tylu świrów, ilu ci się podoba.

– Rze­czy­wi­ście Julio – przy­tak­nął. – Nie po­win­no cię to ob­cho­dzić. 

Prze­śli­zgnął się po­now­nie wzro­kiem po no­wo­cze­śnie urzą­dzo­nym miesz­ka­niu. Pla­stik i szkło, tro­chę drew­na, metal. Lekki za­pach wil­go­ci, ma­sko­wa­ny przez od­świe­żacz po­wie­trza, meble od pro­jek­tan­tów, tro­chę sprzę­tu ma­gicz­ne­go, tzw. ma­go­tro­ni­ki. Wpły­wy nowej magii widać było tutaj na każ­dym kroku.

– Widzę, że nie­źle ci się po­wo­dzi – za­uwa­żył, nieco chłod­no.

– Nie na­rze­kam – od­po­wie­dzia­ła niespe­szo­na. – Rów­no­uma­gicz­nie­nie otwo­rzy­ło mi parę dróg, stłu­kło nie­je­den szkla­ny sufit. 

– Sły­sza­łem, że gość, który to wy­my­ślił już nie żyje.

– Co to ma za zna­cze­nie?

– Tak tylko mówię. – Spoj­rzał pro­sto w jej od­mło­dzo­ną twarz. Prze­su­nię­te kości po­licz­ko­we, zmniej­szo­ny nos, po­więk­szo­ne oczy, ku­rzaj­ki usu­nię­te z cery. 

– Wiedź­ma. Kie­dyś nią byłaś, kim je­steś teraz zbra­taw­szy się z nową magią? 

– W nowej magii, każdy może być kim chce.

– Albo się jest sobą, albo nikim. Nie ma trze­ciej moż­li­wo­ści.

– Przy­sze­dłeś się kłó­cić? – Wy­rwa­ła go z chwi­lo­we­go za­my­śle­nia.

– Nie – od­po­wie­dział cicho. – Nie, Julio, przy­sze­dłem się po­że­gnać.

Ta in­for­ma­cja do­cie­ra­ła do niej po­wo­li, ob­ra­sta­jąc ob­ra­za­mi z ich wspól­nej prze­szło­ści. Po chwi­li Julia roz­pła­ka­ła się. Drżą­cą ręką się­gnę­ła po pa­pie­ro­sa, któ­re­go pomógł jej zapalić przy pomocy jej własnej, ma­go­tro­nicz­nej za­pal­nicz­ki.

 

***

 

Zmierz­cha­ło, gdy wra­cał do swo­je­go domu przy dwor­cu PKP. Kiedy tylko wszedł, zro­zu­miał, że Anna nadal tam jest. Ni­g­dzie nie ode­szła, choć prze­cież mówił jej wy­raź­nie, że tak bę­dzie bez­piecz­niej. W końcu tak na­praw­dę to jej szu­ka­ją, ją chcą skrzyw­dzić, a Alek­san­der tylko stoi im na prze­szko­dzie.

Wes­tchnął i usiadł przy stole. Za­pa­lił lamp­kę i wy­cią­gnął z kie­sze­ni ma­gij­ną za­pal­nicz­kę, którą ukradł swo­jej żonie. Byłej żonie - po­pra­wił się w my­ślach.

– Zro­bić ci coś do je­dze­nia? – za­py­ta­ła.

– Tak, po­pro­szę.

Był na nią zły i wie­dzia­ła o tym, dla­te­go wię­cej się nie ode­zwa­ła. Alek­san­der kątem oka ob­ser­wo­wał jak na­czy­nia i sztuć­ce fru­wa­ją po kuch­ni pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia po­sił­ku.

Jak czło­wiek może stać się nie­wi­dzial­nym? Anna pró­bo­wa­ła mu to wy­tłu­ma­czyć, ale nie zdo­łał tego pojąć. Mó­wi­ła o tym, że czło­wiek w pew­nym mo­men­cie czuje, jakby go już nie było, że ta nie­wi­dzial­ność za­czy­na się we­wnątrz, a potem wy­star­czy ją tylko wy­pu­ścić z sie­bie. Alek­san­der czuł, że ma to zwią­zek z jakąś tra­ge­dią, która spo­tka­ła Annę, pró­bo­wał z nią o tym roz­ma­wiać, ale nie chcia­ła się otwo­rzyć. 

Po­ło­żył za­pal­nicz­kę na stole, wszedł do kuch­ni i de­li­kat­nie objął dziewczynę. Pod wpły­wem bli­sko­ści, za­czę­ła się po­wo­li ma­te­ria­li­zo­wać, wy­tar­ła dło­nie w pa­pie­ro­wy ręcz­nik, od­wró­ci­ła się i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Może gdyby był młod­szy, gdyby nie miał tylu wro­gów w Gil­dii, a świat tak szyb­ko by się nie zmie­niał. Może wtedy… Mrzon­ki.

Pu­ścił ją i wró­cił do sa­lo­nu. Usiadł na krze­śle i sku­pił się na za­pal­nicz­ce. 

Ma­go­tro­ni­ka, elek­tro­ni­ka po­łą­czo­na z cza­ra­mi. Modne słowo wy­my­ślo­ne na po­trze­by ta­kich wła­śnie mod­nych przed­mio­tów. Po­ło­żył ga­dżet na bla­cie stołu i usta­wił wokół niego, w nie­wiel­kim okrę­gu, małe lu­stra. Zmarsz­czył czoło, do­ko­nu­jąc drob­nych po­pra­wek ukła­du. Na­stęp­nie wstał i z cięż­kiej dę­bo­wej skrzy­ni wy­cią­gnął grubą świe­cę, którą umie­ścił obok za­pal­nicz­ki, we­wnątrz okrę­gu z lu­ster. Spoj­rzał z góry i raz jesz­cze de­li­kat­nie po­prze­sta­wiał znaj­du­ją­ce się na bla­cie zwier­cia­dła. Za­mru­czał coś pod nosem, pod­niósł za­pal­nicz­kę i za­pa­lił nią świe­cę. Skra­dzio­ny gadżet położył następnie pod spód świecy i patrzył przez chwilę, jak wosk kapie łącząc oba przedmioty.

– Chodź, zjemy – do­biegł do niego głos z kuch­ni.

– Już idę. – Odwrócił wzrok od instalacji w salonie.

Zajął jedno z dwóch krze­seł przy ku­chen­nym sto­li­ku.

– Co ro­bisz teraz? – do­py­ty­wa­ła na­kła­da­jąc ko­la­cję.

– Nowa magia wy­pra­co­wa­ła coś, co an­giel­scy cza­ro­dzie­je na­zy­wa­ją “magic of things”. Każda rzecz ma być cza­ro­dziej­ska, wszyst­kie ko­mu­ni­ku­ją się ze sobą, a za­klę­cia prze­ska­ku­ją nie­ja­ko z jed­nej rze­czy na drugą. Pró­bu­ję to wy­ko­rzy­stać.

– Jak?

– Lu­stra. Od za­wsze były pod­sta­wą magii. Ale w tej praw­dzi­wej, to coś wię­cej niż za­ła­my­wa­nie świa­tła i two­rze­nie pro­stych ilu­zji.

– Od­bi­łeś ten przed­miot w ma­gicz­nych lu­strach, tylko po co?

– Stwo­rzy­łem coś, co da mi szan­sę. Za po­mo­cą magotronicznej zapalniczki, spróbuję pod­łą­czyć się do ich cza­rów. 

Spoj­rzał na swój ta­lerz: kur­czak, cu­ki­nia, jasny sos i coś żół­te­go zmie­lo­ne na papkę.

– To pesto z orze­chów – do­strze­gła jego pełne wąt­pli­wo­ści spoj­rze­nie.

– Pesto z orze­chów, oczy­wi­ście – przy­tak­nął lekko.

Jedli w mil­cze­niu, a po skoń­czo­nym po­sił­ku ta­le­rze po­fru­nę­ły do zlewu. Pu­ści­ła wodę i za­czę­ła zmy­wać.

– Sły­sza­łam o magii ognia, magii wody, ziemi i po­wie­trza. O czar­nej magii, bia­łej magii, magii pier­wot­nej i magii śmier­ci. Ale od­bi­cia? Jaka to szko­ła magii?

– Jeśli wyjdę z tego cało, nie omiesz­kam po­dzie­lić się z tobą tą wie­dzą – po­wie­dział nieco sar­ka­stycz­nie, bo był jesz­cze na nią tro­chę zły za zlek­ce­wa­że­nie jego po­le­ce­nia, żeby opu­ścić jego mieszkanie. Choć rów­no­cze­śnie jej to­wa­rzy­stwo cie­szy­ło go, mu­siał to sam przed sobą przy­znać.

– To wszyst­ko prze­ze mnie, praw­da? – za­py­ta­ła ze smut­kiem.

– Zmia­ny – wes­tchnął. – Zmia­ny są nie­unik­nio­ne. Kogo bę­dziesz winić za wy­gi­nię­cie di­no­zau­rów?

– Ponoć ude­rzył wtedy me­te­oryt. Czy ja je­stem me­te­ory­tem dla magii? 

– Dla sta­rej magii – po­pra­wił ją. – Tak ją teraz na­zy­wa­ją. I nie, nie je­steś me­te­ory­tem dla nas, masz tylko coś, czego oni pra­gną.

– Nie­wi­dzial­ność?

– Nie­wi­dzial­ność – po­twier­dził.

– Co bę­dzie, jeśli po­sią­dą tę umie­jęt­ność?

Prze­cze­sał dło­nią swoje dłu­gie włosy.

– Ka­ta­stro­fa – stwier­dził krót­ko. Po chwi­li ciszy dodał: – Oni są brutalni i bezwzględni, kilku magów, którzy sprzeciwiali im się w Gildii spotkała straszna śmierć. A mają apetyt na więcej, chcą rządzić całym światem. – Przeczesał siwe włosy szczupłymi palcami – Mu­sisz zro­zu­mieć, że to nie są już czasy mi­strzów i ter­mi­na­to­rów. Nowa magia jest do­stęp­na dla wszyst­kich i od razu, a pseu­do cza­ro­dzie­je, adep­ci nowej magii, są ze sobą po­łą­cze­ni na tej samej za­sa­dzie, co ich ma­gicz­ne przed­mio­ty. “Magic of things” moja droga, "magic of things".

– To zna­czy, że jeśli jeden cze­goś się na­uczy, wszy­scy będą to umie­li?

– Do­kład­nie.

– Czy je­steś w sta­nie ich po­wstrzy­mać?

– Nie wiem, ale muszę spró­bo­wać.

Wstał i wy­szedł z kuch­ni, czu­jąc na sobie jej wzrok. Z za­wie­szo­ne­go na wie­sza­ku w przed­po­ko­ju płasz­cza wy­cią­gnął port­fel, a z niego sto zło­tych. Spoj­rzał na znaj­du­ją­ce się w po­bli­żu lu­stro, które od­bi­ja­ło jego po­stać, po czym się­gnął dło­nią po­przez taflę szkła i za­brał od­bi­ciu bank­not. Po zwier­cia­dle prze­szły nie­wiel­kie fale, jakby wkła­dał rękę do spo­koj­nych wód je­zio­ra. Gdy po­wierzch­nia lu­stra się uspo­ko­iła, znów po­ja­wi­ło się jego od­bi­cie, tym razem z dwoma bank­no­ta­mi w dłoni. Za­brał pie­nią­dze po­now­nie się­ga­jąc po­przez lu­stro i jesz­cze raz, i jesz­cze… Po chwi­li miał już w gar­ści spory plik pie­nię­dzy.

– Weź­miesz je i uciek­niesz stąd. Nie wiem, może na wschód, tam nowa magia wy­da­je się słab­sza. Sta­raj się pła­cić nimi po­je­dyn­czo i w żad­nym wy­pad­ku nie wpła­caj ich do banku, mają ten sam numer serii.

– A ty? – za­py­ta­ła.

– Ja będę tutaj – wzru­szył ra­mio­na­mi. – To jest moje mia­sto.

Wró­cił do stołu w dużym po­ko­ju i przy­glą­dał się spo­koj­nie jak świe­ca się pali. Sły­szał dziew­czy­nę za ścia­ną, pa­ko­wa­ła swoje rze­czy. Cie­szył się ostat­ni­mi chwi­la­mi jej obec­no­ści.

 

***

Dwóch męż­czyzn w ob­ci­słych ciem­nych kurt­kach i czar­nych czap­kach z dasz­kiem, krą­ży­ło po wą­skich uli­cach wokół dwor­ca PKP.

– Mó­wi­łeś, że wiesz, gdzie miesz­ka, że tam byłeś – po­wie­dział jeden z nich do to­wa­rzy­sza.

– Po­le­cia­łem do niego, nie sze­dłem prze­cież. Te wszyst­kie szare ulice z dołu są po­dob­ne do sie­bie jak dwie kro­ple wody – od­po­wie­dział drugi i splu­nął na as­falt. Czar­ne piór­ko, przy­cze­pio­ne do jego czap­ki, mało nie spa­dło na chod­nik.

– Pio­truś Pan. – Pierw­szy po­krę­cił głową. – Cią­gle byś tylko latał, a szef prze­cież wy­raź­nie za­bro­nił. Po tych afe­rach z magic dro­na­mi, ma się tro­chę uspo­ko­ić.

– Cze­kaj jest wia­dukt, jaka to ulica?

– Ba­to­re­go.

– To tutaj, jego dom jest za wia­duk­tem. A może przed…

– Pio­truś, do ja­snej cho­le­ry!

– Sta­szek, za czy przed, wszyst­ko prze­cież za­le­ży, z któ­rej stro­ny się leci. Je­ste­śmy już bli­sko, weź go na­mierz cza­ro­lo­ka­li­za­cją.

– Nie prze­chwy­ci sy­gna­łu?

– O co ty go po­dej­rze­wasz, to stary dziad. Pew­nie czary od­pa­la na korb­kę.

– Na korb­kę, dobre… – za­re­cho­tał Sta­szek. – Od­pa­li­łem cza­ro­lo­ka­li­za­cję, czar kręci się już, zaraz go na­mie­rzę. Za­trzy­maj­my się na chwi­lę.

Usie­dli na kra­węż­ni­ku, za­klę­cie lekko ma­gne­ty­zo­wa­ło po­wie­trze, uno­sił się za­pach jak po burzy.

– A sły­sza­łeś, Pio­truś, o tej afe­rze w Parku Ty­siąc­le­cia? – za­gad­nął Sta­szek.

– Nie sły­sza­łem, co się stało?

– Sta­ro­ma­gij­ni… Jeden z nich urzą­dzał w parku pokaz. Ze­brał się mały tłu­mek, a gość jak to oni, z brodą, w tur­ba­nie. No i re­cy­to­wał gło­śno jedno z ich za­klęć: “Abbra Ka­da­bra”, a ktoś w tłu­mie usły­szał “Al­lach Akbar”. Się zje­cha­ło po­li­cji, cza­ro­dziej aresz­to­wa­ny, afera na całe mia­sto.

– Może wresz­cie zro­zu­mie­ją, że w tym mie­ście nie ma dla nich miej­sca.

– Wąt­pię. – Tym razem Sta­szek splu­nął na as­falt – Chodź, jest sy­gnał, idźmy w kie­run­ku tego sza­re­go domu.

– Na­resz­cie, miej­my to już z głowy – po­wie­dział Pio­truś Pan.

W dużym po­ko­ju, w domu ma­gi­ka, pa­li­ła się tylko świe­ca. We­szli swo­bod­nie, ko­rzy­sta­jąc z aplikacji otwar­cia i za­pro­sze­nia do środ­ka, którą Staszek miał zainstalowaną w swoim magicphonie.

– Stara magia – po­wie­dział cicho Pio­truś Pan do to­wa­rzy­sza. – Żad­nych za­bez­pie­czeń.

W przed­po­ko­ju mi­nę­li po­roz­wie­sza­ne na ścia­nach pla­ka­ty, “Alek­san­der Głaz, po­ka­zy ognia, Hala Lu­do­wa 10 marca 1980”, "Alek­san­der Głaz i jego lu­stra, Am­fi­te­atr Zie­lo­no­gór­ski 6 czerw­ca 1990”. Prze­szli obok sta­re­go dę­bo­we­go stołu w sa­lo­nie, na któ­rym pa­li­ła się świe­ca i do­tar­li w końcu do fo­te­la, w któ­rym sie­dział Alek­san­der z przy­mknię­ty­mi ocza­mi.

– Zbie­raj się star­cze – po­wie­dział Sta­szek. – Z rozkazu Gildii, pójdziesz z nami.

Magik po­wo­li otwo­rzył oczy, spoj­rzał na an­tycz­ny zegar wi­szą­cy nad sto­łem i za­du­mał się nad pre­cy­zją Je­rze­go Sa­mo­zwań­ca w prze­wi­dy­wa­niu przy­szło­ści.

– Wsta­waj, kurwa, idzie­my! – Pio­truś Pan po­my­ślał, że do­brze roz­kaz po­de­przeć prze­kleń­stwem, żeby po­ka­zać, że nie ma z nimi żar­tów.

Wy­glą­da­ło nawet, że się udało, pod­sta­rza­ły mag pod­niósł się z tru­dem z fo­te­la i zmie­rzał do przed­po­ko­ju. Otwo­rzył szafę, wziął cy­lin­der i laskę ze szkla­ną gałką, ścią­gnął płaszcz z wie­sza­ka.

– Aha – po­wie­dział Alek­san­der, gdy już otwo­rzy­li drzwi na klat­kę scho­do­wą. – Czy mogę panów pro­sić o zdmuch­nię­cie świe­cy?

To nie była zwy­kła świe­ca. Sta­szek za­uwa­żył, że wosk wy­ra­stał z ma­go­tro­nicz­nej za­pal­nicz­ki. Pio­truś Pan, ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­jąc, speł­nił proś­bę ma­gi­ka i zdmuch­nął pło­mień. I wtedy się za­czę­ło.

 

***

Cisza i ciem­ność. 

– Spójrz mi pro­sto w oczy – te­atral­ny szept za­brzmiał jakby tuż obok ucha Pio­tru­sia Pana.

Piotruś od­wró­cił się ze stra­chem i zo­ba­czył szkla­ną gałkę laski, w któ­rej świe­ci­ły dwa czer­wo­ne świa­teł­ka.

– Nie ma ni­g­dzie tego ma­gi­ka, a ja nie mogę się po­łą­czyć ze spel­l­bo­okiem – za­ko­mu­ni­ko­wał Sta­szek.

– Cicho – od­po­wie­dział mu Pio­truś Pan. – Cicho bądź!

Usły­sze­li trzask, jakby coś pę­ka­ło. Zegar spadł na pod­ło­gę, a stół w sa­lo­nie za­czął się trząść, by po chwi­li pod­ska­ki­wać na wszyst­kich swo­ich czte­rech no­gach.

– Spa­daj­my stąd! – krzyk­nął Sta­szek.

Pio­tru­sio­wi nie trze­ba było dwa razy po­wta­rzać. Wy­pa­dli na klatkę schodową, trza­ska­jąc cięż­ki­mi drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, a dalej pognali prosto w noc. Było czarno jak na ja­kiejś za­pa­dłej wsi, a nie w środ­ku mia­sta. 

– Jakby cała elek­tro­ni­ka wy­sia­dła, cała elek­trycz­ność – po­wie­dział Sta­szek pa­trząc na mia­sto.

– Co ten magik… – za­czął Pio­truś Pan, kiedy prze­rwał mu od­głos wa­lą­ce­go się za nimi bu­dyn­ku.

Zaraz potem ru­nę­ły ko­lej­ne bloki na ulicy Ba­to­re­go oraz po­bli­skich Dwor­co­wej i Jana z Kolna. Ciem­ne kształ­ty roz­pa­da­ły się z hu­kiem w gruzy, zna­cząc nocne niebo kłę­ba­mi pyłu. Upa­dli na zie­mię, chro­niąc się przed fru­wa­ją­cy­mi odłam­ka­mi, które od­bi­ja­ły się od as­fal­tu oraz chod­ni­ka i ko­zioł­ko­wa­ły w ich stro­nę. Gdy się uspo­ko­iło, wsta­li i otrze­pa­li z kurzu swoje czar­ne kurt­ki. Gdzieś zgu­bi­li czap­ki, ale nawet nie po­my­śle­li, żeby ich szu­kać. Roz­glą­da­li się wokół, pa­trząc ze zgro­zą na ruiny.

– Magik, w dupę ko­pa­ny, czary na korb­kę, tfu!

– Coś się rusza pod gru­za­mi, patrz Sta­szek, to on.

– Bie­rze­my go, Pio­truś.

Po­de­szli bli­żej. Po­stać, którą w pierw­szej chwi­li wzię­li za Alek­san­dra, rosła, była coraz więk­sza i więk­sza. Jed­no­cze­śnie zwały gru­zów wokół niej sta­wa­ły się mniej­sze, tak jakby je po­chła­nia­ła.

– To golem! – krzyk­nął Sta­szek.

Padli po­now­nie na zie­mię, li­cząc, że ich nie za­uwa­żył.

– Ma­gic­pho­ne nie dzia­ła, spel­l­bo­ok? – do­py­ty­wał szep­tem Pio­truś.

– Padła cała ma­go­tro­ni­ka.

– Do­bi­jaj się na łączu awa­ryj­nym, przez sto dwa­na­ście.

– Pró­bu­ję!

Po­twór ogrom­ny jak dom, ru­szył w ich kie­run­ku. Rzu­ci­li się do uciecz­ki, bie­gnąc w stro­nę Dwor­ca PKP.

– Do Gę­śni­ka, uto­pi­my go w Gę­śni­ku! – ko­men­de­ro­wał Pio­truś Pan.

– W tym stru­mycz­ku?

– Masz, kurwa, lep­szy po­mysł!?

Bie­gli ulicą Dwor­co­wą, a nad ko­lej­ny­mi mi­ja­ny­mi ru­ina­mi blo­ków wy­kwi­ta­ły na­stęp­ne syl­wet­ki go­le­mów. 

– Gę­śnik jest w drugą stro­nę! – krzyk­nął w pew­nym mo­men­cie Sta­szek.

Za­wró­ci­li w kie­run­ku ulicy Ba­to­re­go i po­bie­gli w górę, w stro­nę torów. Mu­sie­li prze­biec pod wia­duk­tem, a Stasz­ko­wi wy­da­wa­ło się, że stał na nim magik, który opar­ty o nie­bie­ską ba­rier­kę, uchy­lił swój cy­lin­der w szy­der­czym po­zdro­wie­niu. 

– Sta­szek, uwa­żaj! – huk­nął nagle Pio­truś.

Tuż przed nimi wy­rósł jeden z go­le­mów. W świe­tle księ­ży­ca za­uwa­ży­li ka­wał­ki gruzu, fu­try­nę okna i róż­no­ko­lo­ro­we czę­ści drzwi domów, które skła­da­ły się na ciel­sko po­two­ra. Usko­czy­li w bok, wdra­pa­li się na nasyp i bie­gli dalej to­ra­mi.

– Nie damy rady. – Sta­szek od­dy­chał z coraz więk­szym tru­dem. – Gę­śnik jest za da­le­ko.

Nagle męż­czy­zna po­tknął się o szynę i runął jak długi na zie­mię. Pio­truś klęk­nął przy nim, wokół szyb­ko za­ro­iło się od go­le­mów, które za­sło­ni­ły nocne niebo.

– Już po nas – smut­no pod­su­mo­wał Pio­truś Pan.

Dźwięk tłu­czo­ne­go szkła. Sta­szek leżał na po­sadz­ce w przed­po­ko­ju mieszkania ma­gi­ka, a po­chy­lo­ny nad nim Pio­truś Pan za­ci­skał mocno zęby ze stra­chu. W otwar­tych drzwiach na korytarz, tuż obok po­tłu­czo­ne­go lu­stra, stał łysy męż­czy­zna w czar­nym, skó­rza­nym płasz­czu.

– To ty, sze­fie? – upew­nił się Sta­szek. 

– Ja, ma­to­ły, ja – od­po­wie­dział przy­by­ły. – Ilu­zja – wska­zał ręką na zwier­cia­dło, które roz­bił przed chwi­lą pię­ścią, owi­nię­tą w połę płasz­cza. – Po pro­stu ilu­zja.

 

***

Szef stał nadal w przed­po­ko­ju, pod­czas gdy jego pod­wład­ni sie­dzie­li na ka­na­pie. Nawet nie zdjął płasz­cza, z któ­re­go sy­pa­ły się na pod­ło­gę szkla­ny­mi łzami dro­bin­ki stłu­czo­ne­go lu­stra.

– Nie wiem jak on to zro­bił, ale roz­pie­przył całą ma­gij­ną elek­tro­ni­kę.

– Nie tylko ma­gij­ną, sze­fie – za­uwa­żył Sta­szek. – Całe mia­sto nie ma prądu, nawet te­le­fo­ny nie dzia­ła­ją.

– No wła­śnie, to bar­dzo cie­ka­we. Mu­siał wła­mać się do jed­nej z na­szych apli­ka­cji, z wy­ko­rzy­sta­niem któ­re­goś z ga­dże­tów. No dobra, wró­ci­my do tego póź­niej. Ak­ty­wo­wa­łem do­stęp do spel­ków i skil­li bez­po­śred­nio z chmu­ry. Udo­stęp­nia­nie cza­rów dla wszyst­kich człon­ków, pełna ko­mu­ni­ka­cja bez żad­nych ścian. – Kla­snął w dło­nie. – A teraz skup­cie się i do­brze za­sta­nów­cie. Gdzie on jest?

– Sze­fie, chwi­lecz­kę, daj nam ochło­nąć – od­po­wie­dział Sta­szek.

Szef, cią­gle w płasz­czu, za­czął ner­wo­wo prze­cha­dzać się po przed­po­ko­ju tam i z po­wro­tem.

– Gdzie jest?! – wy­krzyk­nął po chwi­li pauzy nie prze­sta­jąc cho­dzić. – Gdzie? – wal­nął pię­ścią w drzwi od sa­lo­nu.

– Sze­fie, spo­koj­nie – włą­czył się Pio­truś Pan.

– Co, spo­koj­nie? Może wam jesz­cze tutaj her­bat­kę za­pa­rzyć, a magik sie­dzi już pew­nie w Go­rzo­wie, albo jesz­cze dalej. Jeśli się Gil­dia dowie, to je­ste­śmy udu­pie­ni. Miesiące budowania autorytetu, zastraszeń… I jesz­cze ten prąd wy­łą­czo­ny, je­ba­ny dzia­dy­ga!

– Sze­fie, w Go­rzo­wie nie ma nawet po­rząd­nej Gil­dii – za­uwa­żył Pio­truś Pan, ale szyb­ko umilkł spio­ru­no­wa­ny spoj­rze­niem męż­czy­zny w płasz­czu. 

– Chyba wiem, gdzie go szu­kać – po­wie­dział w pew­nym mo­men­cie Sta­szek. – Kiedy by­li­śmy w ilu­zji, zo­ba­czy­łem go przez krót­ką chwi­lę.

– Pro­wadź – szef zgrzyt­nął zę­ba­mi i opu­ścił miesz­ka­nie, wy­py­cha­jąc przed sie­bie Stasz­ka przy akom­pa­nia­men­cie zgrzy­tu dro­bi­nek szkła pod bu­ta­mi.

 

Na wia­duk­cie za­wie­szo­nym nad ulicą Ba­to­re­go strasz­nie wiało. Siwe włosy Alek­san­dra wy­my­ka­ły się spod cy­lin­dra i uno­si­ły we wszyst­kie stro­ny.

– Jak te­atral­nie, jak fil­mo­wo. – Na to­rach od stro­ny dwor­ca po­ja­wi­ła się czar­no ubra­na po­stać, która zbli­ża­ła się do ma­gi­ka. Szef.

Alek­san­der wy­cią­gnął laskę w kie­run­ku zbli­ża­ją­ce­go się męż­czy­zny.

– Spójrz mi w oczy – ciche słowa do­cho­dzi­ły jakby wprost z laski.

Wtem szkla­na gałka roz­pa­dła się z ję­kiem tłu­czo­ne­go szkła.

– W dzie­siąt­kę – po­wie­dział Pio­truś Pan uno­sząc się nad ulicą. W ręku ści­skał ko­lej­ny ka­mień przy­go­to­wa­ny do rzutu.

– Dosyć ilu­zji na dziś – po­wie­dział sta­now­czo szef.

– To jesz­cze nie ko­niec – od­po­wie­dział Alek­san­der.

Się­gnął do kie­sze­ni i wy­cią­gnął wo­re­czek wiel­ko­ści pacz­ki papierosów. Otwo­rzył go i rzu­cił za­war­tość w kie­run­ku Pio­tru­sia, uno­szą­ce­go się wciąż nad wia­duk­tem. Wiatr jed­nak po­rwał ma­gicz­ny pro­szek i uniósł go da­le­ko, w kie­run­ku po­bli­skie­go bu­dyn­ku Szpi­ta­la Woj­sko­we­go. 

– Nie rozś­mie­szaj mnie tymi cha­łup­ni­czy­mi cza­ra­mi. To mia­sto się zmie­nia, nie ma w nim już miej­sca na takie głu­po­ty – ode­zwał szef.

– Ow­szem mia­sto się zmie­nia – przy­tak­nął Alek­san­der.

– Mó­wi­łem ci to już na po­sie­dze­niu Gil­dii i po­wtó­rzę jesz­cze raz – ode­zwał się po­now­nie szef. – To nie jest mia­sto dla sta­rej magii. Trze­ba się roz­wi­jać, opra­co­wy­wać nowe tech­no­lo­gie, nowe czary. Apli­ka­cje, ga­dże­ty, chmu­ry, sieci – to jest przy­szłość, a nie cy­lin­dry i laski. I ma­gicz­ne prosz­ki, które byle pierd­nię­cie roz­wie­wa po całej Zie­lo­nej Górze.

– Mia­sto się zmie­nia i my zmie­nia­my się wraz z nim – po­wie­dział magik.

– Nie zmie­nia­cie się, skończ z tym pier­do­le­niem i tak nikt już w to nie wie­rzy – za­pro­te­sto­wał szef. – A tę nie­wi­dzial­ną dziew­czy­nę też znaj­dzie­my i nie myśl sobie, że nie. Jak ona się na­zy­wa­ła?

– Anna, ona ma na imię Anna.

– Wła­śnie, Anna Wie­ru­szow­ska. Do­pad­nie­my ją po tych sta­ro­ma­gij­nych bank­no­tach, które jej dałeś.

– Nie do­pad­nie­cie.

– No, ty chyba się już o tym nie prze­ko­nasz. Sta­szek, bierz ma­gi­ka – szef wska­zał Alek­san­dra dru­gie­mu męż­czyź­nie przy­cza­jo­ne­mu za ba­rier­ką wia­duk­tu.

Alek­san­der nie zdą­żył zo­ba­czyć ciosu, roz­pę­dzo­ny Sta­szek ude­rzył go pro­sto w brzuch.

– Je­stem Flash, sze­fie, je­stem Flash! – krzy­czał Sta­szek.

Magik za­chwiał się i po­chy­lił w spa­zmie bólu. Wów­czas Pio­truś Pan rzu­cił w niego po­now­nie ka­mie­niem. Ude­rze­nie w tył głowy spra­wi­ło, że cy­lin­der spadł Alek­san­dro­wi z głowy i po­to­czył się po be­to­no­wym pod­ło­żu wia­duk­tu. Jak przez mgłę zo­ba­czył dwa go­łę­bie, które wy­fru­nę­ły z cy­lin­dra oraz bia­łe­go kró­li­ka, który wy­sko­czył zaraz po nich. Na­stęp­ny cios ka­mie­niem spra­wił, że Alek­san­der runął z wiaduktu głową w dół, wprost na po­ro­śnię­ty rzad­ką trawą nasyp. Ka­mie­nia­mi rzu­ca­ją – po­my­ślał magik – a z nas się śmie­ją, że je­ste­śmy sta­ro­mod­ni. Zaraz potem po­żar­ła go ciem­ność.

 

***

Alek­san­der Głaz leżał twa­rzą w ziemi, po cio­sie ka­mie­niem w głowę i upad­ku z wia­duk­tu. Ze wszyst­kich sił sta­rał się nie ze­mdleć, po­wta­rzał sobie, że nie może ze­mdleć. Sły­szał głosy w ciem­no­ści, któ­rym sta­rał się przy­słu­chi­wać. Sły­szał strzę­py roz­mo­wy, ale nie był w sta­nie się na niej sku­pić, żeby co­kol­wiek zro­zu­mieć. Wy­god­nie jak w łóżku, po­my­ślał. Nie ze­mdleć! – po raz nie wia­do­mo który, na­krzy­czał na sie­bie w my­ślach. 

Któ­ryś z męż­czyzn do niego mówił, a on uniósł nieco głowę, żeby od­po­wie­dzieć.

– Pa­pie­ro­sa – po­pro­sił – Pa­pie­ro­sa…

– Pa­trz­cie pań­stwo, ostat­nie ży­cze­nie ska­zań­ca – pauza, w trak­cie któ­rej coś się dzie­je, męż­czyź­ni coś do sie­bie mówią, coś sobie po­da­ją. – Po­nie­waż spra­wi­łeś nam tyle kło­po­tów, okażę ci sza­cu­nek i sam przy­pa­lę.

Trzask za­pał­ki o pu­deł­ko, i ko­lej­ny, i ko­lej­ny… Z pu­deł­ka po­le­cia­ły iskry, a na noc­nym nie­bie Zie­lo­nej Góry za­pa­li­ły się bły­ska­wi­ce.

Magik pod­niósł się z ziemi w od­po­wied­nim mo­men­cie i prze­chy­lił głowę do­kład­nie w chwi­li, gdy szef trzy­mał za­pał­kę na wy­so­ko­ści swo­jej twa­rzy, a pło­mień od­bi­jał mu się w zwier­cia­dłach duszy.

– Spójrz mi pro­sto w oczy – szep­nął Alek­san­der te­atral­nie.

A szef spoj­rzał.

Po awa­ryj­nych łą­czach, na opusz­czo­nych ma­gi­cwal­lach, Alek­san­der wdarł się do sa­me­go środ­ka sieci nowej magii. Szef miał prawa ad­mi­ni­stra­to­ra, a magik prze­jął jego pro­fil. Nie na­po­tkał żad­ne­go oporu, de­mo­ny mo­ni­to­ru­ją­ce pro­ce­sy zo­sta­ły rów­nież wy­łą­czo­ne, wszyst­ko na ręcz­nym ste­ro­wa­niu, bez­bron­ne jak nowo na­ro­dzo­ne kocię. 

Magik palił i nisz­czył bez li­to­ści i opa­mię­ta­nia. Do­padł chmu­rę z cza­ra­mi, którą po­rwał na strzę­py, aż hu­cza­ły bły­ska­wi­ce da­nych. Wszyst­kie ser­we­ry sto­pił i zalał na do­kład­kę an­ty­ma­gią, jak za­le­wa się to­a­le­tę do­me­sto­sem. Rrwał sieci ko­mu­ni­ka­cyj­ne i mię­dzy­za­klę­cio­we, jakby starą szczot­ką omia­tał pa­ję­czy­ny pod su­fi­tem. Nie po­zo­sta­wił żad­ne­go za­kle­cia, żad­nej no­wo­ma­gij­nej apli­ka­cji, żad­nej zdol­no­ści. Znisz­czył wszyst­ko. Pio­truś Pan już nie po­le­ci, Sta­szek nie bę­dzie szyb­ki ni­czym Flash, była żona Alek­san­dra nie bę­dzie już miała jędr­ne­go biu­stu. Nie zo­stał ślad po magic of things, a cała me­ga­tro­ni­ka z da­ny­mi w chmu­rze, to od teraz zwyły szmelc. Wy­pa­lił to jak za­ra­zę, wy­rwał, zmie­lił, za­ni­hi­lo­wał.

Gdy otwo­rzył oczy zo­ba­czył, że trzech do­ro­słych, ubra­nych na czar­no męż­czyzn szlo­cha jak dzie­ci, któ­rym ktoś znisz­czył uko­cha­ną za­baw­kę. Zdo­był się na słaby uśmiech trium­fu, zanim ze­mdlał.

 

Epi­log

 

Lu­bi­ła być nie­wi­dzial­na, czuła się wtedy bez­piecz­nie. My­śla­ła bar­dzo pro­sto: nikt jej prze­cież nie może skrzyw­dzić, jeśli jej nie zo­ba­czy. Anna szła ko­ry­ta­rzem dwor­ca PKP, z lek­kim uśmie­chem pa­trząc raz po raz na po­dróż­nych, któ­rzy za­kło­po­ta­ni roz­glą­da­li się wokół, kiedy de­li­kat­nie ich po­trą­ca­ła. Ni­ko­go nie wi­dzie­li.

Wy­jeż­dża­ła z Zie­lo­nej Góry, po­ciąg wta­czał się wła­śnie na pierw­szy peron, jak in­for­mo­wał bez­barw­ny głos z gło­śni­ka. Je­cha­ła na wschód, tak jak ra­dził Alek­san­der, tam gdzie stara magia była wciąż silna. 

Wokół krę­ci­ło się sporo ludzi, jak to zwy­kle bywa na dwor­cu. Wy­szła na peron, a na­stęp­nie wsia­dła do środ­ko­we­go wa­go­nu pod­sta­wio­ne­go po­cią­gu. Prze­ci­snę­ła się wą­skim ko­ry­ta­rzy­kiem i usia­dła przy oknie, we­wnątrz sze­ścio­oso­bo­we­go prze­dzia­łu. W po­cią­gu mu­sia­ła znów stać się wi­dzial­na, nie chcia­ła żeby ktoś na niej usiadł, zaj­mu­jąc, wolne z po­zo­ru, miej­sce w za­tło­czo­nym wagonie. Ob­ser­wo­wa­ła przez chwi­lę sto­ją­cych na pe­ro­nie dwóch męż­czyzn w czar­nych ob­ci­słych kurt­kach, któ­rzy za­cho­wy­wa­li się jakby na kogoś cze­ka­li. Wkrót­ce jed­nak jej myśli sku­pi­ły się wy­łącz­nie na Alek­san­drze. Nie wie­dzia­ła co o nim my­śleć. Niepokoił ją i jed­no­cze­śnie ją po­cią­gał. Wy­cią­gnę­ła plik bank­no­tów, które jej po­da­ro­wał i po­gła­dzi­ła szorst­ki pa­pier dło­nią. Może na mnie też rzu­cił jakiś czar – po­my­śla­ła. – Może to, co czuję, to tylko ilu­zja.

Pa­trzy­ła dalej przez okno i snuła ma­rze­nia. Wy­obra­ża­ła sobie na przy­kład, że magik sta­nie w drzwiach prze­dzia­łu i powie jej: Nie od­jeż­dżaj, je­steś mi po­trzeb­na.

W tym mo­men­cie usły­sza­ła kłót­nię na ko­ry­ta­rzu i ostat­nie zda­nie wy­po­wie­dzia­ne ob­ra­żo­nym tonem:

– Sze­fie, nie po to ster­cza­łem na dwor­cu cały dzień, żeby teraz ją zgu­bić, jest w tym prze­dzia­le, na pewno.

Po­my­śla­ła, że po­win­na stać się nie­wi­dzial­na, kiedy do prze­dzia­łu we­szło trzech męż­czyzn.

– Wy­sią­dziesz i pój­dziesz z nami – po­wie­dział sta­now­czo ten w środ­ku, łysy, ubra­ny w czar­ny, skó­rza­ny płaszcz. – Je­steś mi po­trzeb­na.

Jego dwaj to­wa­rzy­sze, do­sko­czy­li do Anny i mocno zła­pa­li ją pod ra­mio­na.

– Szyb­ko, wy­cho­dzi­my – roz­ka­zał szef, a Pio­truś Pan i Sta­szek po­słusz­nie wy­pro­wa­dzi­li dziew­czy­nę z po­cią­gu. – Może stara magia na chwi­lę zwy­cię­ży­ła, ale zo­ba­czy­my, co po­wie­dzą te stare pryki, gdy opa­nu­je­my nie­wi­dzial­ność.

Koniec

Komentarze

Realizm magiczny osadzony w Polsce, z dynamiczną akcją, ciekawym pomysłem i licznymi analogiami do dzisiejszych rozwiązań technicznych. Szkoda, że autorzy częściej nie decydują się na pisanie tego typu tekstów, bo czytało się naprawdę dobrze. Twoje opko można czytać jako typowo rozrywkowy tekst, ale jednocześnie umieściłeś w nim garść przemyśleń i nawiązań do współczesnych „problemów”.

Na plus te wszystkie internet of magic, spellbook, magicwall itd. Kilka razy się uśmiechnąłem, wprowadzasz to wszystko do świata tak jakby były jego naturalnymi elementami. Ogólnie humor w tekście stoi na niezłym poziomie – nienachalny, czasem subtelny. Kiedy przeczytałem fragment o Gorzowie, prawie parsknąłem. Wiadomo, bohaterowie są z Zielonej Góry, więc niechęć do Gorzowa musi być ;)

Ładnie też przedstawiasz postęp. Analogia między rozwojem elektroniki i rozwojem „magotroniki” jest zdecydowanie widoczna, a pokazane w tekście zagubienie w szybko rozwijającym się świecie oddaje uczucia niejednej osoby „w średnim wieku”, której przyszło żyć w naszych czasach.

Jeśli chodzi o wykonanie, jest nieźle. Czasami brakuje przecinków, kilka zdań wydało mi się dziwnych, ale ogólnie czyta się szybko i płynnie, a całość napisana jest po prostu dobrze. Co osobiście nie przypadło mi do gustu, to takie trochę „szkolne” wypowiedzi bohaterów pojawiające kilka razy w trakcie akcji. Na przykład:

– To golem! – krzyknął Staszek.

– Staszek, uważaj! – huknął nagle Piotruś.

– Już po nas – smutno podsumował Piotruś Pan.

 

Aha, prawie zapomniałem wspomnieć. Spodobał mi się tytuł – niebanalny i przykuwający uwagę.

@Perruxie, dziękuję za wizytę, poświęcony czas i komentarz. Miło mi, że dostrzegłeś te elementy, które starałem się w tę historię wpleść i oceniasz tekst pozytywnie. Dodam, że bety pomogły wygładzić tę historię, więc duża również ich zasługa (jeszcze raz dzięki, chłopaki!).

Pomyślę nad Twoimi uwagami, co do stylu, być może jeszcze ktoś zwróci na to uwagę. Staszek i Piotruś to takie głąby, więc starałem się dostosować ich poziom wypowiedzi do założonego poziomu intelektualnego ;)

Tytuł – cieszę się, że Ci się podoba :)

Exit light

Cześć:-)

ślady łez wilgoci zbierającej się w kącikach okien.  coś mi tu nie pasuje

 

– Dla niego to byłby komplement. – Wzruszyła ramionami. – Co mnie to zresztą obchodzi, jesteśmy już dawno po rozwodzie.

Ja w tym zdaniu zrozumiałam, że jest po rozwodzie z Jerzym, a chyba chodzi o Aleksandra tak?

 

Bardzo mi się podoba, że wprowadziłeś magię do polskiego miasta, fajnie się to czyta:-) Świetny tytuł, a po lekturze już wiem, że jest też i nowa magia:-) Na plus konstrukcja opowiadania. Na wstępie zaciekawiasz czytelnika (prawie) końcową sceną, a następnie wyjaśniasz, jak do niej doszło.

Opowiadanie napisane z odpowiednią dawką humoru. Ciekawe porównanie mieszkania w kamienicy do starej prostytutki:-)

Jednak nie bardzo rozumiem po co wplotłeś historię o Kacprze… Żeby pokazać, że nikt nie wierzy w magię? Coś w stylu mugoli?:-) Szczerze mówiąc myślałam, że będzie mieć jakieś rozwinięcie. 

Jestem zadowolona z lektury. Polecam do biblioteki i pozdrawiam

Cześć, wrócę później z komentarzem, ale czy aby nie zapomniałeś konkursowego tagu?

@Olciatka dzięki za wizytę i komentarz. Wskazane dwa zdania poprawiłem, przychylając się do Twoich uwag.

Jeżeli chodzi o historię o Kacprze, moim zamiarem było wprowadzić czytelnika w realia świata przedstawionego, pokazać starą magię, jako coś staroświeckiego i odchodzącego w zapomnienie; w opozycji do nowych technologii. No i dodać szczyptę humoru. Podobną funkcję pełni krótka historia o magu w parku, opowiadana przez Staszka. Tak to sobie skonstruowałem i obawiam się, że wyjęcie któregoś z tych klocków położy historię.

Cieszę się, że Ci się podobało, za polecenie dziękuję i pozdrawiam ciepło :)

Exit light

@oidrin, dzięki za odwiedziny. Miałem dodany tag z(a)miana w becie, ale go usunąłem. Patrząc na inne teksty konkursowe i na zasady z wątku, uważam, że moja zamiana słabo wpisuje się w przyjętą konwencję.

Exit light

Światotwórstwo w tym tekście jest naprawdę interesujące, bo wrzucasz wojnę tradycyjnej magii z nową magią w bardziej swojski kontekst. Ładnie oddajesz też kontrast pomiędzy starą gwardią, a tymi, którzy są zwolennikami nowego. Rzeczywiście, tak jak mówisz, to chyba nie byłby tekst w stu procentach na z(a)mianę zgodnie z wymogami konkursu, ale z drugiej strony może dodanie taga dałoby szansę na większą grupę czytelników? W końcu teraz można więcej niż jeden tekst.

Z rzeczy, które grały mi mniej – w początkowym fragmencie jest troszkę powtórzeń, które zamiast poprawiać rytm trochę zatrzymują. Ale może to rzecz gustu.

Ze wszystkich sił starał się nie zemdleć, powtarzał sobie, że nie może zemdleć.

Ogólnie spodobało się, więc daję polecajkę i pozdrawiam.

Witaj ponownie :) Cieszę się, że świat i ścieranie się magii starej z nową w moim wydaniu Cię zainteresowało. Co do tagu, dodaję go, krzywda chyba się nikomu nie stanie, będę się najwyżej tłumaczył w komentarzach ;)

O zdaniu, które wskazałaś myślałem i postanowiłem je zmienić (pierwsze “nie zemdleć” na “ nie stracić przytomności”).

Dzięki za uwagi i polecenie :) Pozdrawiam serdecznie.

Exit light

No i w końcu się doczekałem z tym moim starannie przgotowywanym komentarzem.

Podobało mi się.

Jest całkiem fajny realizm magiczny, jest fajne scalenie magii z technologią (to chyba najbardziej mi się podoba w tym tekście), jest trochę nostalgii, bo przynajmniej ja bardziej kibicowałem staremu.

Jest organizacja opowieści. Hak na początku, Wprowadzenie, pomysł, powrót haka w kryzysie i rozwiązanie. A na koniec jeszcze podwójny zwrot z wyjściem na sequel.

Bez zbytniej ironii, może to nie Hollywood ale spece od polskich komedii romantycznych XXI wieku powinni przy Tobie odrobić parę lekcji.

Trochę mi odstają od reszty dwaj “chłopcy”, czyli Piotruś i Staszek. Trochę są za bardzo dziecinni w zachowaniu i niektórych wypowiedziach. Zgaduję, że pewnie planowo są takimi rozbrykanymi urwisami w sklepie z zabawkami, ale… odstają mi…

Ogólnie sprawnie napisane, ale widzę, że to dla Ciebie nie pierwszyzna.

Seenerze, dziękuję za odwiedziny, lekturę tekstu i pozostawiony komentarz.

Miło mi, że doceniłeś moje ujęcie magii i zaplanowanie fabuły – z tym takim swoistym prologiem, sceną, która wraca pod koniec tekstu.

Bez zbytniej ironii, może to nie Hollywood ale spece od polskich komedii romantycznych XXI wieku powinni przy Tobie odrobić parę lekcji.

Dziękuję <3 Chyba :)

 

Trochę mi odstają od reszty dwaj “chłopcy”, czyli Piotruś i Staszek. Trochę są za bardzo dziecinni w zachowaniu i niektórych wypowiedziach. Zgaduję, że pewnie planowo są takimi rozbrykanymi urwisami w sklepie z zabawkami, ale… odstają mi…

Pomyślę, bo to kolejny komentarz wskazujący, że ta para słabo sobie radzi w tekście. Dzięki!

 

Jeżei chodzi o pisanie – to czuję się wciąż żółtodziobem, aczkolwiek staram się pisać dla przyjemności, więc akceptuję to :)

 

PS. Twoja “Śmieciarka” jest już od jakiegoś czasu w mojej kolejce, spodziewaj się komentarzowego rewanżu :)

Exit light

Hejo! 

Z pudełka poleciały tylko iskry, w tym samym momencie na nocnym niebie Zielonej Góry zapaliły się błyskawice. 

→ Oh, yesss… 

. Spore mieszkanie w odnowionej kamienicy przy ulicy Reja, podobne do innych mieszkań tego rodzaju, jakich wiele w Zielonej Górze. Takie mieszkania w większości są jak stare prostytutki, obficie upudrowane i umalowane, tak, że, gdy patrzysz na nie z ulicy, wydają się pięknościami. Gdy jednak się zbliżysz, gdy zaczniesz się przypatrywać, widzisz zmarszczki odpadających tynków na suficie, koliste sińce brudu na ścianach oraz łzy wilgoci zbierającej się w kącikach okien.

→ Wywodzisz się z Zielonej, right? ;D

 

– Szefie, w Gorzowie nie ma nawet porządnej Gildii

→ Tam nic nie ma. 

Nie rozmieszaj mnie tymi chałupniczymi czarami.

→ Rozśmieszaj? 

 

Kupiłeś mnie. Tekst o Zielonej Górze zawsze na propsie. Humor faktycznie niezły i z wyczuciem. Gorzów? ŻE CZO!? 

Magia w Polskim mieście – ideolo. 

Miałem ochotę na hejterkę – ale nie tym razem. Stylowo narzekać nie będę – pamiętaj, przecinki to pierdoły ;p 

No nic, dzisiaj krótko bo padam na pysk, jednak klikiem do biblioteki się zrekompensuję. 

Kolacja udana, następnym razem postaram się być mniej miły – obiecuję! 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

ND, dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że nie dostałeś niestrawności czytając moje opoko przy kolacji ;)

 

→ Wywodzisz się z Zielonej, right? ;D

Nieeee, ale Zielona zawsze w moim sercu <3 Trochę czasu poświęciłem na research, cieszę się, że nic Ciebie, zielonogorzanina z krwi i kości, nie razi.

 

→ Tam nic nie ma. 

Filharmonię chyba mają :P Tak tylko mówię…

 

Stylowo narzekać nie będę – pamiętaj, przecinki to pierdoły ;p 

W przecinki nie umiem za bardzo, wiem :/

 

Dzięki za poświęcony czas i za polecenie. Trzymaj się, man!

 

 

Exit light

Przecinki to pierdoły? Jakby Tarnina to przeczytała… albo Reg…

Nie no, są ważne, bez dwóch zdań. I niestety mają często tendencję do pojawiania się i znikania, niczym skarpetki w praniu :/ Patrzę potem na swój tekst i się łapię za głowę.

Exit light

Fajny pomysł na nową magię. Walka dwóch rodzajów też niezgorsza, ale to już bardziej wyeksploatowane – jeśli ludzie czymś się różnią, to wiadomo, że wcześniej czy później zaczną o się o to tłuc. Choćby o to, od którego końca należy zaczynać jajko na miękko…

Obawiam się, że nie znam wyjściowej opowieści. To jakiś film? Bo jeśli miał być “Piotruś Pan”, to daleko odszedłeś od oryginału.

Trochę przeszkadzała mi rola kobiety. Jest taka obrzydliwie klasyczna – śliczna księżniczka, napastowana przez złego potwora, która sama z siebie nic nie potrafi zrobić. Za głupia, żeby uciec, mężczyzna musi się nią bez przerwy opiekować… Noooo, jestem przekonana, że to tak nie działa.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę i uwagi.

 

Obawiam się, że nie znam wyjściowej opowieści. To jakiś film? Bo jeśli miał być “Piotruś Pan”, to daleko odszedłeś od oryginału.

– hmm, no cóż trochę słaba ta zamiana, wiem :/ Film był, ale fabularnie równie daleko odszedłem, co w przypadku Piotrusia, a może nawet dalej. 

 

Trochę przeszkadzała mi rola kobiety. Jest taka obrzydliwie klasyczna – śliczna księżniczka, napastowana przez złego potwora, która sama z siebie nic nie potrafi zrobić. Za głupia, żeby uciec, mężczyzna musi się nią bez przerwy opiekować… Noooo, jestem przekonana, że to tak nie działa.

– nie wiem, czy aż obrzydliwie, ale pewnie pachnie stereotypem ;) Czy Anna jest głupia? W zamyśle miała taka nie być, raczej zagubiona i niepewna swoich uczuć; skrzywdzona.

Zresztą patrząc z tej perspektywy, była żona magika też jest dość stereotypowa. Spróbuję popracować nad bardziej konkretnymi kreacjami kobiecymi, to ważna uwaga dla mnie, dzięki! Tym bardziej, że źdźbło w oczach innych to widzę… ;)

 

PS. A jajko na miękko, to wiadomo, że trzeba przekroić na pół i zaczynać jeść od żółtka :P

 

 

Exit light

Nooo, z takimi poglądami na jajka to Lilipuci Cię zjedzą bez soli. ;-)

Babska logika rządzi!

Tekstu nie za dużo,

A i tak się dzieje!

 

Uwaga, bo w tym mieście,

Tłuką czarodzieje!

 

Magii tam, aż kipi,

Starą gryzie nowa,

 

“Trochę mi jej szkoda!” 

– płacze Koimeoda.

 

Akcja wartka, wciąga,

Płynie mi jak woda!

 

Bawię się czytając, 

Równocześnie dumam.

 

Co to za baśń jest? 

Czego tu nie kumam?

 

Kto ma płeć zmienioną,

Kto jest pan, kto pani?

 

Próbuję się dogrzebać,

W pamięci otchłani. 

 

I szukam, i myślę -

Czy to jest Dzwoneczek?

 

Skoro mam Piotrusia…

Lecz, nie – to Wendy przecież!

 

Mój umysł szybko,

Uciekł w inną stronę.

 

To Oz być musi!

Bo miasto Zielone!

 

Nie, to też nie to, nadal coś zawadza,

I tu pan, i tam samiec – znowu płeć się zgadza!

 

Laska magiczna, siwe włosy, czary…

Wiem! Prospera widzę i jego kabały!

 

O książę Neapolu, za twe zdolności nieludzkie,

Wiem, że cię wygnano, ale… aż w lubuskie?!

 

Przyglądam się temu,

Myślę – jest i zmiana!

Jeśli za Ariela, 

Jest Anna przebrana!

 

Choć nie o to chodziło,

Jam ukontentowana. 

Bawiłam się przednio,

Do kawy, od rana!

 

Kończę, nim przyjdzie burza i nas wszystkich zmiecie,

Nie tylko w zielonogórskim powiecie. 

 

***

 

Zastanawiam się co dodać? :D

Bo tego, że mi się podobało chyba nie muszę powtarzać, nie?

 

Fajne! Dobrze skonstruowane opowiadanie, jest tempo, jest rytm. Klamra mi mega siadła, lubię takie sceny w otwarciu, do których się później wraca (*ekhm, nie żeby moje opko na zamianę, które właśnie klecę tak się otwierało, ekhm, teraz będzie ekhm, że zrzynałam*). 

 

Może mało oryginalny, ale zabawnie przedstawiony wątek walki starego świata z nowym – uśmiałam się z tymi tabletami, hipsterami, abakadabrami, bookspellami :D

 

Gdzieś tam uciekły wspomniane przecinki i słynne kropki przy zapisach dialogów – osławione przykłady dźwięków gębowych i niegębowych, przeczytasz jeszcze raz, poprawisz sobie :) 

 

W kilku miejscach mogę się zgodzić z Perruxem, że dialogi tak zalatywały lekko szkolnie, choć ja bym bardziej powiedziała, że są “milordowskie”. Ten przykład:

– Aleksandrze, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – dopytywał gospodarz. 

– Oczywiście, Jerzy, mówiłeś coś o Kacprze.

→ “Drogi Watsonie, Dostojny Sherlocku, bylbyś tak laskaw mi szarmancko podać ten czaj w szklanicy i luksusowym koszyczku?” :D A to ziomki są! 

 

Ok, może Anna jest lekko stereotypowa, ale wg mnie nie ma w tym nic przesadnego, szczególnie, że mamy taki fragment jak: Aleksander czuł, że ma to związek z wielką tragedią, która spotkała Annę, próbował z nią o tym rozmawiać, ale nie chciała się otworzyć. 

Mnie takie coś sugeruje, że Anna jest naprawdę bardzo biedna, przeszła jakieś piekło, tak mocne, że aż zniknęła (!). Ja tam od takiej bohaterki nie oczekuję wielkiej odwagi i heroicznych czynów. 

 

Dobra – zamiany płci, jak widzisz po moim chałupnicznym wierszoklectwie, doszukiwałam się ostro, ale nie znalazłam :D

Może dlatego, że a) nie widziałam filmu (chociaż tytuł skojarzyłam i tytuł jest fajny!) b) nie brałam pod uwagę filmu, bo myślałam, że to stare teksty mają być c) zmylił mnie Piotruś Pan. 

Ale to nic, serio nie przeszkadzało to w czytaniu, wręcz kazało się bardziej skupić i wysilić. A mój zszekspirowany mózg uczepił się tej “Burzy” i już tak zostało ^^ 

 

Na koniec zdania, co mi się spodobały: 

 

Gdy jednak się zbliżysz, gdy zaczniesz się przypatrywać, widzisz zmarszczki odpadających tynków na suficie, koliste sińce brudu na ścianach oraz łzy wilgoci zbierającej się w kącikach okien. → <3 W ogóle ten opis mieszkania Julii był super.

 

(…) przy akompaniamencie zgrzytu drobinek szkła pod butami. → słyszę to. 

 

Dziękuję! 

 

Wydrukuję , powieszę na ścianie

Twój komentarz. Potem westchnę: Panie,

Choć ślepym mnie uczyniłeś na słowa urodę,

Postawiłeś na drodze mojej Koimeodę.

 

Gdyby ktoś chciał mnie zniszczyć słowem jak taranem,

Gdybyś ktoś chciał mnie wyśmiać, nazwał Kalibanem,

Zerknę na Twój komentarz i przypomnę sobie,

Że może jest okruch sensu w tym wszystkim, co robię.

 

Zejdę do piwnicy, w zamku klucz przekręcę,

Zapomnę o codziennej życiowej udręce.

Otworzę szufladę i wyjmę z niej światy,

Co rosną w niej jak łzami podlewane kwiaty.

 

I może coś kiedyś jeszcze tu opublikuję,

Koimeodo, to ja Tobie szczerze dziękuję.

Exit light

Cześć!

Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, co oznacza komentarz CM-a w tym konkursie, ale jeśli nie, to…

…za chwilę sobie zdasz. ;-)

 

Wcale nie dawno temu (bo akurat dzisiaj) przybył nad tekst Z(A)MIAN-owy CM. Był to mag złośliwy, co Gildią Malkontentów władał, a przyleciał na starej wycieraczce, bo latający dywan zeżarły mu mole.

Rozsiadł się CM nad tekstem Z(A)MIAN-owym, przyglądał mu się chwil kilka, aż wreszcie sięgnął po słynny artefakt. I pocierał tak niespiesznie lampę Alladyna, aż zobaczył napis “Made in China”. Wyfrunął wtedy z lampy Chin Alladin i powiada:

– Dobri Pan pitania mieć tri, ale migiem, bo stignąć mie sajgonki.

– A zatem powiedz mi, Chinie Alladinie – odparł CM – cóż mam autorowi tego dzieła napisać?

– Dobri Pan mówić tak: opowiadanie twe ze sobą nie zabrać mnie. Bić problem, aby mocniej wciągnąć się w historia. Nie znać powoda. Masa dialog. Tyci tyci akcja. Paskudna wulgarizma. Nic nie wnosić. Tyko zniechęcać. Zesłać ich do budowa chiński mur.

– Ależ Chinie Alladinie! Ja to jednak przeczytałem! Gdyby było tak, jak to mówisz, rzuciłbym ten tekst w cholerę. A to się jednak czytało całkiem fajnie.

– Więc mówić to do autor, nie do Chin Alladin! I dodać: tekst lekki, pomysła wcale, wcale fajna. Być dobre momenty. Postaci pasować do konwencja. Prologa zaciekawiać. Tekst mieć sporo zaleta. Inne opinie dobre. Nie wiciągać pochopna wnioska z papalanina CM-a. Cm lubić lekka teksta. Zachodzić w głowę, czego ten go do końca nie porwać. Autor się nie martwić.

– No dobrze, a dalej?

– A dalej CM dać autor chińska sentencja. A mnie święty spokoj!

I dał CM autorowi chińską sentencję. Później zaś odleciał na wycieraczce gnębić inne bezbronne teksty.

法律越多,盗贼就越多

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzień dobry. CM-ie :) Cieszę się bardzo, że raczyłeś zerknąć na mój tekst i zostawić swój komentarz ubrany w interesującą mini historię. Tak sobie myślę, że jesteś najbardziej pozytywnie po… kręconą enefową postacią. 

Jezeli chodzi o wulgaryzmy, było ich jeszcze więcej, ale po becie usunąłem część (dzięki Bety!). Chciałem tym zbudować obraz nowej magii, chamskiej i bezkompromisowej. 

Historia jest naprawdę lekka, taka miała być, co ma swoje plusy i minusy. Prolog był pomysłem na utrzymanie uwagi czytelnika i i chyba nieźle się sprawdził.

 

PS – wiem już, dlaczego się mianowałeś lotnym dużurnym, bo latasz na starej wycieraczce :P A co do sentencji, cóż zrobisz – złodziej na złodzieju, złodziejem pogania.

Exit light

@koimeodo, jeszzcze odniosę się do kilku uwag od Ciebie:

 

Może mało oryginalny, ale zabawnie przedstawiony wątek walki starego świata z nowym – uśmiałam się z tymi tabletami, hipsterami, abakadabrami, bookspellami :D

– cieszę się bardzo :) Uwielbiam być oryginalny, ale pewnie nie zawsze mi się to udaje, popracuję nad tym ;)

 

→ “Drogi Watsonie, Dostojny Sherlocku, bylbyś tak laskaw mi szarmancko podać ten czaj w szklanicy i luksusowym koszyczku?” :D A to ziomki są! 

– teraz z kolei ja się uśmiałem ;) Intencją autora było wyśmianie starego świata (starej magii), a Jerzy jest jej najbardziej konserwatywnym reprezentantem. Nie siadło, no okej ;)

 

Na koniec zdania, co mi się spodobały.

– świetnie, że na koniec podesłałaś sformułowania, które były fajne. Muszę też częściej to robić w komentowaniu tekstów innych.

 

No i na koniec – fajnie, że nawiązałaś do rymowanej przedmowy <3

 

Dzięki za to, że wpadłaś i podzieliłaś się swoimi uwagami. Twój komentarz, jak zwykle, onieśmiela :)

Exit light

– cieszę się bardzo :) Uwielbiam być oryginalny, ale pewnie nie zawsze mi się to udaje, popracuję nad tym ;)

→ ej ej ej ale to nie jest nic złego, naprawdę nie zawsze wszystko musi być turbo-nowe, żeby było ciekawe i niosło fajną historię! :) 

 

– teraz z kolei ja się uśmiałem ;) Intencją autora było wyśmianie starego świata (starej magii), a Jerzy jest jej najbardziej konserwatywnym reprezentantem. Nie siadło, no okej ;)

→ znowu się wytłumaczę, bo faktycznie nie zawsze wyrażę się jasno (czemu przez internety nie słychać tonu głosu, uh!): moje heheszki, to pozytywne heheszki, nigdy kpina. Śmiałam się z tego dialogu trochę, że taki sieriozny bardzo, ale nie szydzę, a skoro mówisz, że tak miało być – no to wyszło i jest ok! 

 

 – świetnie, że na koniec podesłałaś sformułowania, które były fajne. Muszę też częściej to robić w komentowaniu tekstów innych.

→ a tak, lubię to robić. Nawet w tekstach, w których fabuła mnie nie porywa, wyłapuję zdania, które po prostu mi się podobają jako zlepki słów, albo mają fajną metaforę, brzmienie, cokolwiek. Lubię ładne słowa.

No i na koniec – fajnie, że nawiązałaś do rymowanej przedmowy <3

→ de nada, dobrze się bawiłam :D i dziękuję za Twoją odpowiedź, piękna jest! Wyjmuj te światy z piwnicznych szuflad, nie tam ich miejsce!

Świetny tekst, wciągnął mnie bez reszty. 

Podobało mi się połączenie magii i technologii, podobał mi się sposób, w jaki pokazałeś używanie magii, nawet jeśli część rzeczy była trudna do wyobrażenia, jak miałaby dokładnie wyglądać. 

I fabuła, i sposób w jaki ją poprowadziłeś, wzbudzała zainteresowanie od pierwszych zdań.

Jeśli miałbym przy czymś po marudzić, to przy niewidzialnosci – troche banalna rzecz, jak na tak niebanalny świat. Nie wiem też dokładnie, czy magia jest w nim wszechobecna, czy korzystają z niej wybrani, jak w takim Harrym Potterze i wszystko dzieje się w "normalnym" świecie. Wyobrażałem sobie tę drugą opcję. 

Pomysł godzien jeszcze dłuższego tekstu, może nawet całej serii. 

 

Przychodzi mi dać klika. :) 

 

P. S. Jakiej historii to była Zamiana? Niestety, nie zorientowałem się. 

Dojechałam. Przepraszam za spóźnienie, ale najpierw pomyliłam trasy autobusów, potem padła sieć i zanim przeczytałam papierowe rozkłady jazdy to ze trzy tramwaje mi odjechały, a gdy już wiedziałam czym dojechać, zaczęła się przerwa nocna i odwiedziny musiałam przełożyć na następny dzień, bo kto to widział składać wizytki w środku nocy. :-)

 

Podobało mi się, choć nie jest idealnie. Co perfektne i mnie ujęło: miasto, które opisujesz. Jest żywe i prawdziwe. Zręcznie wprawiasz w ruch bohaterów, ganiają po ulicach, wiaduktach, fajnie ich prowadzisz, pokazując z najbliższej okolicy konieczne znaki rozpoznawcze.

Po drugie, misię – rozwijanie dwóch wątków, świat jeden lecz różne nań zapatrywania. Uważam, że odpuszczenie wątku z młodzieżą naruszyłoby konstrukcję tekstu, czyli być musi. Postaci fajnie zarysowane, wystarczająco charakterystyczne, choć w drobiazgach czepiałabym się, ale o tym za chwilę. 

Historia i wymyślony świat włącznie z gadżetami również ciekawy, choć to fantasy (może urban?), dla której poprzeczkę – mimowolnie – wyżej zawieszam.

Gratuluję opka, a słowa NIE ZNUŻYŁY, lecz wciągnęły. :-) Aż by się chciało poczytać dalej: co z dziewczyną, co ze starą magią itd itp.

 

Teraz kilka słów o moich zatrzymaniach.

Trochę bym powalczyła z atrybucjami dialogowymi, niekiedy są mało naturalne przez, jak sądzę, nieodpartą pokusę wykończenia obrąbkiem i podwójną zakładką. Podobnie z zamiennikami na bohaterów. Czasami wiadomo „kto to mówi” i nie ma potrzeby przypominania, że gospodarz, Aleksander, gość, Jerzy.  Czasami, również, chciałam skreślić tu i ówdzie jakieś słówko z dialogu, aby stał się szybszy i bardziej płynny. Szczególnie dokuczało mi to w wymianach zdań pomiędzy młodymi gangstami, co z jednej strony oznacza, że „poczułam” Twoich chłopaków – byli określeni, z drugiej, że przyjrzałabym się zwrotom, słowom, które niepotrzebne. Pewnie ustaliłabym też sama ze sobą jakich przekleństw używać i jak je zapisywać. To bardzo charakterystyczne rozmówki.

Zastanawiałam się jeszcze, czy samej narracji nie dałoby radę cośkolwiek odchudzić, ale to już praca redakcyjna i czasu więcej plus gadania byłoby do tego potrzebne.

 

Kilka zauważonych po drodze drobiazgów:

,Otworzył zatem drzwi i zawołał jakiś(+,) stojące najbliżej sekretariatu(+,) dziecko. Akurat była przerwa między lekcjami. Dziecko podeszło, a on poprosił, żeby powiedziało pani z sekretariatu(+,) kim on jest. A wiesz przecież(+,) jak wygląda Kacper.

Literówka – jakieś.

,Co zrobić, świat się zmienia – łagodził gość. – Choćby Wrześniak. – Wskazał palcem na budynek za oknem. – Pamiętasz, że kilka lat temu groził zawaleniem? Musieli nawet zburzyć kilka pięter.

– A ty, czy jesteś gotów, żeby zburzyli ci kilka pięter? – ripostował Jerzy zza stołu.

Pierwsze, chyba niepotrzebne, drugie może też. Z drugim – chyba – zaripostował, bo uczynił to raz i choć rozumiem, że mają różnicę zdań w tej sprawie od dawna, to w tym momencie odnosisz się do pojedynczej wypowiedzi.

,Uśmiechnął się Aleksander(+,) dołączając do niego, odgarnęła z czoła niesforny blond kosmyk i wsadziła go za ucho.

Może – założyła?

,Wiesz przecież(+, ?) jak go nazywali, zanim został wyrzucony z Gildii

,ma to związek z wielką tragedią, która spotkała Annę,

Może by nie podkręcać, czyli bez – wielką?

,– Dokładnie.

Może po prostu – Tak?

 

,Piotruś, do jasnej cholery!

Piotruś – a może tutaj już: Piotrek, Pietrek, skoro skojarzenie-odniesienie zostało wprowadzone i postać mamy w wyobraźni. Kiedy używa Piotruś, widzę małego chłopczyka – wiekiem, a nie młodocianego „gangsta”. W ogóle, chyba dałabym im (chłopakom) jakieś ksywy, aby nie posługiwali się „Piotruś i Staszek”, np. Pietro i Stos. Sam pomysł „Piotrusiów Panów” – fajny. 

srd:-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Geki dziękuję za wizytę i komentarz :)

 

Świetny tekst, wciągnął mnie bez reszty. 

– ooo, jak mi miło, dzięki ;)

 

I fabuła, i sposób w jaki ją poprowadziłeś, wzbudzała zainteresowanie od pierwszych zdań.

– taki był plan, ekstra, że się udało.

 

 

Jeśli miałbym przy czymś po marudzić, to przy niewidzialnosci – troche banalna rzecz, jak na tak niebanalny świat.

– zamysł był taki, że to miało być trochę z innej bajki, takie bardziej społeczno-psychologiczne. To jest też trochę osobiste dla mnie, zależało mi, żeby tę niewidzialność umieścić w historii.

 

Nie wiem też dokładnie, czy magia jest w nim wszechobecna, czy korzystają z niej wybrani, jak w takim Harrym Potterze i wszystko dzieje się w "normalnym" świecie. Wyobrażałem sobie tę drugą opcję. 

– tak, raczej ta druga opcja, dobra jest Twoja intuicja, choć sam tekst o tym nie stanowi.

 

 

P. S. Jakiej historii to była Zamiana? Niestety, nie zorientowałem się.

Mocnego akcentu na zamianę w sumie nie ma w historii. Trochę starałem się nawiązać do filmu, nie do końca to wyszło. Trochę Staszek i Piotruś nawiązują do Pana i Flasha. Słaba ta zamiana i zdaję sobie z tego sprawę.

Exit light

@Asylum dziękuję za wizytę i przekazane uwagi. Wpadaj o każdej porze dnia i nocy, jesteś mile widziana :)

 

Cieszę się, że niektóre aspekty historii, Ci zagrały :) Świat, ruch , bohaterowie – choć jasne, zawsze jest przestrzeń, żeby zrobić to lepiej.

 

Gratuluję opka, a słowa NIE ZNUŻYŁY, lecz wciągnęły. :-)

Dziękuuuuuję! :) Bardzo miłe słowa, rumienię się :)

 

Dialogi i język – trudno mi to poprawić, może za jakiś czas przysiądę i świeżym spojrzeniem zerknę. Może być też tak, że lepiej nie będzie, bo nie umiem lepiej :/ Za Twoje cenne uwagi narracyjno-językowe dziękuję.

 

Jestem także Ci wdzięczny za uwagi do konkretnych sformułowań z tekstu, większość uwzględniłem.

 

Może po prostu – Tak?

“Tak”, nie brzmi mi w tym miejscu, “dokładnie” bardziej mi pasuje, więc zostawiam.

 

 

Piotruś – a może tutaj już: Piotrek, Pietrek, skoro skojarzenie-odniesienie zostało wprowadzone i postać mamy w wyobraźni. Kiedy używa Piotruś, widzę małego chłopczyka – wiekiem, a nie młodocianego „gangsta”. W ogóle, chyba dałabym im (chłopakom) jakieś ksywy, aby nie posługiwali się „Piotruś i Staszek”, np. Pietro i Stos. Sam pomysł „Piotrusiów Panów” – fajny. 

– samo “Piotruś” w moim zamyśle już miało być taką ksywą. Ciekawy pomysł z tym ksywami, można by pewnie to połączyć z poprawkami w sposobie, w jaki się wypowiadają. Pomyślę.

 

 

Exit light

Ależ tu wysoki poziom komentarzy, aż się wstydzę prostoty i łopatologiczności mojego. XD Tak bywa, że ciekawy tekst inspiruje eee… inne formy kreatywności? Koimeoda chyba coś nam niedługo zarapuje, a CM poszedł w klimaty orientalne. Ech, czas popracować nad orginalnym stylem komentarzy na kolejny konkurs….

 

法律越多,盗贼就越多

Początek frazy do lekkiego liftingu, ale Konfucjusz powiedziałby, zdecydowanie że taka jest jedyna rada. XD

Daj spokój, oidrin, idziemy w prostotę i kopanie rowów, przed czym nas przestrzegali rodziciele. 

Bohu, dziękować za googla, bo bym nie odszyfrowała.

Tak, przyjaciele, znajomi, i niech będzie ich jak najwięcej, są warci krocie. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oidrin co Ty się w ogóle przejmujesz, zaraz nas wszystkich po chińsku zamurujesz ;D 

Nooo, Koimeodo, już się rozkręcasz z rapsami, jak widzę :D A może to są… rapsodie?

 

Exit light

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

@Anet– cieszę się, że znalazłaś chwilę, żeby tutaj wpaść. Dzięki za komentarz, bardzo się cieszę, że Ci się podobało :)

 

Exit light

Freddie <3

Exit light

Nie mówcie mi, że Freddie rapował… Nie znam się na muzyce, ale moja naiwność ma swoje granice.

Babska logika rządzi!

Hahaha no nie, nie, nie, tego naprawdę nikt nie mówi :D 

Freddi, Finklo, nie rapował, ale przekaz był. Rap to dla mnie przekaz i beat, ale może zniekształcam/upraszczam, wtedy – naprostujcie mnie. :-) Z kolei hip-hop to kultura, w której mieści się rap.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Daj spokój, oidrin, idziemy w prostotę i kopanie rowów, przed czym nas przestrzegali rodziciele. 

Bohu, dziękować za googla, bo bym nie odszyfrowała.

Tak, przyjaciele, znajomi, i niech będzie ich jak najwięcej, są warci krocie. xd

Prostota i kopanie rowów to jest to, czemu, ach czemu słuchamy czasem rodziców? XD Głowa pełna takich dziwactw potem i męczą.

 

Oidrin co Ty się w ogóle przejmujesz, zaraz nas wszystkich po chińsku zamurujesz ;D 

Koimeodo teraz aż idę zgadywać, który z tych dwóch rapsów może być twój.XD

Początek frazy do lekkiego liftingu, ale Konfucjusz powiedziałby, zdecydowanie że taka jest jedyna rada. XD

Cholera, człowiek bierze najprostszą możliwą sentencję, a translator i tak coś przy przerabianiu słów na krzaczki pochrzani. No nic, musi zostać, jak jest. Wina translatora, niech on poprawia. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Prostota i kopanie rowów to jest to, czemu, ach czemu słuchamy czasem rodziców? XD Głowa pełna takich dziwactw potem i męczą.

Rodziców nie słuchamy, no chyba że przez filtry, dobrze jeśli są swoje, tak sobie jeśli “za” lub “przeciw”.

a jak anarchistka :DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

"Mag pełną gębą. 

– No właśnie. A to dziecko wskazało na niego palcem i powiedziało: hipster"

Cudo XD

 

"kurzajki usunięte z cery ."

"wosk kapie łącząc oba przedmioty ."

Nadmiarowa spacja.

 

"Czarne piórko, przeczepione do jego czapki"

przyczepione

 

"Wypadli na klatkę schodową, a dalej w noc, trzaskając ciężkimi drzwiami wejściowymi."

Do przeredagowania. Rozumiem zamysł, bo czytając na głos to brzmi bardzo dobrze. W wersji pisanej – nie.

 

Opowiadanie spodobało się. Styl płynny, wszelkie predyspozycje do tego, żeby z czasem uczynić go jeszcze bardziej wartkim. Już jest dobrze, a widać, ze może być jeszcze lepiej. Co ciekawe, sam pomysł, choć nie jest specjalnie nowy, ani świeży, to i tak pozwala na spędzenie odrobinę czasu na fajnej lekturze.

Co najwyżej z finału mam pewien niedosyt, bo można było pokazać pełną bezradność nowomagów, gdy im się wyłączyło nowinki (tak mi się trochę skojarzyli z młodzieżą, której nagle wyłączono internet :P). Zasygnalizowałeś to ich płaczem, ale można było jednak w tym miejscu zbić szpilę mocniej, nawet gdyby to przełamało lekki styl całości. podobnie można było pokazać chwilę niepewności maga, czy po pozbawieniu magii nie skatują go butami (choć reakcja załamania jest tu wiarygodna).

Epilog – jakkolwiek samo szukanie czegoś nowego przez nowomagów jest sensowne, to trochę tu osłabiłeś wymowę finału. Nie wiem czy przez obecność epilogu, czy przez jego formę. Trudno powiedzieć. Do rozważenia. Może tylko ja mam takie wrażenie. Ale nawet z zachowaniem epilogu, można by coś z nim pokombinować. Jedna tylko uwaga – trochę za szybko się pozbierali, że złapali ją już na dworcu (teoretycznie to może być inne miasto, dużo później, ale czyta się to tak, jakby było jeszcze zanim zdążyła opuścić miasto, też kwestia jakiegoś zaakcentowania czasu lub miejsca).

 

W ogóle skojarzyło mi się z shadowrunowym podziałem na magów i adeptów – nawet jeśli tu podział jest na zupełnie innej linii.

 

“To znaczy, że jeśli jeden czegoś się nauczy, wszyscy będą to umieli?”

Niezła szpila wewnątrz tekstu, którą swoją droga przy innym tonie opowiadania, mniej pop-kulturowym, można by nieźle rozwinąć w jakąś poboczną dygresję. Bo konsekwencje tej myśli są naprawdę spore, tak dla magów, jak i dla społeczeństwa w ogóle.

 

“No i recytował głośno jedno z ich zaklęć: “Abbra Kadabra”, a ktoś w tłumie usłyszał “Allach Akbar”.”

A tu społeczeństwo w pigułce.

 

"Wszystkie serwery stopił i zalał na dokładkę antymagią, jak zalewa się toaletę domestosem"

Fajne zdanie, nieźle uśmiechnęło.

 

Dobre opowiadanie, zasłużona biblioteka, a jednocześnie potencjału na więcej i mocniej sporo, gdyby tylko spróbować napisać je w formie mniej lajtowej, a bardziej mrocznej.

 

 

EDIT:

Ale nie mam pojęcia kto uległ tu zamianie.

Zastanawia mnie tez czy niewidzialna Anna to postać z jakiejś legendy.

Hmmm. Jeszcze “The Invisible Man” może wchodzić w grę…

Babska logika rządzi!

Wilku, dzięki za wizytę i cenne uwagi, Poprawiłem spacje i to jedno, wskazane, zdanie. Co do potencjału historii, dzięki za zwrócenie uwagi, może kiedyś, gdzieś wykorzystam.

 

“To znaczy, że jeśli jeden czegoś się nauczy, wszyscy będą to umieli?”

Niezła szpila wewnątrz tekstu, którą swoją droga przy innym tonie opowiadania, mniej pop-kulturowym, można by nieźle rozwinąć w jakąś poboczną dygresję. Bo konsekwencje tej myśli są naprawdę spore, tak dla magów, jak i dla społeczeństwa w ogóle.

No, to jest ciekawe, można jakieś fajne opko na tym wykuć ;)

 

Bardzo się cieszę, że kilka miłych chwil spędziłeś przy tej historii i nawet się uśmiechnąłeś, mam nadzieję, że nie był to uśmiech wilczy :D Nawet kilka zdań przytoczyłeś z tekstu, jest to miód na moje piwniczne serduszko. A poniższa opinia, to już w ogóle mnie wzrusza:

 

Dobre opowiadanie, zasłużona biblioteka, a jednocześnie potencjału na więcej i mocniej sporo, gdyby tylko spróbować napisać je w formie mniej lajtowej, a bardziej mrocznej.

 

Pogłaskałeś, a jednocześnie zachęciłeś do pracy, dzięki, man!

 

W Shadowruna nie grałem, gdzieś coś czytałem dobrych kilka lat temu, teraz odświeżam wikipedią.

 

Ale nie mam pojęcia kto uległ tu zamianie.

Zastanawia mnie tez czy niewidzialna Anna to postać z jakiejś legendy.

@Finklo, @wilku – ta zamiana kompletnie nie wyszła, niestety, chciałem luźno nawiązać do filmu “To nie jest kraj dla starych ludzi” + te nawiązania w rodzaju Piotrusia Pana i Flasha. No nie siadło :/

 

 

Exit light

A czy tam w zasadach nie stało czasem, że oryginalne historie powinny być stare? W sumie, Piotruś Pan by się łapał…

Babska logika rządzi!

Patrząc, na inne konkursowe opka, to tak trochę na siłę by się łapał… Widzę, że rozstrzygnięcie się zbliża, nie będę teraz usuwał konkursowego tagu, ale chyba jest on jednak trochę na wyrost :/

Exit light

Nie usuwaj, bo jeszcze się okaże, że przedłużysz konkurs. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak, wiem, nie usuwam :)

Exit light

Sztama z Tobą i Finklą. Nie usuwaj tagu. To ciekawe opko i niezły pomysł na cały świat. :-) Nie wiem na ile związałeś się z bohaterami i widzisz/wiesz, co dalej, co obok, co wcześniej.  Może jakieś drugie? 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Asylum, miło, że pytasz. Może drugie, kto wie… Wilk mnie dość mocno zainspirował dziś ;)

 

 

Exit light

Cześć! Swojskie opowiadanie, walka starych z młodymi, starego z nowym, a w tle walka magików, golemy i magotronika. Piękne! Takie high fantasy tuż za rogiem, nie w śródziemiu, a w bloku, w mieszkaniu pod tobą. Super się czytało. Przy scenie z golemami zamykałem oczy i wyobrażałem sobie tą majestatyczna wizję. Miodzio!

Jak ktoś już wyżej napisał, postacie kobiet są dosyć stereotypowe (spece od gender balance zapewne już ustawiają stos…)

Zakończenie trochę filmowe. Alaksander, oszołomiony i poobijany, w jednej chwili niszczy zły system, który pozwolił szefowi zajść tak wysoko. Dobro zwycięża, zło zostaje ukarane. Dobre, piękne ale trochę nie pasuje do klimatu, tytułu i przesłania reszty. Happyend, ale taki jakby nieżyciowy. No i Epilog, dama w opałach, więc Olo będzie jeszcze musiał założyć cylinder i ruszyć do boju – ale jest furtka na kontynuację ;-)

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

@krar85, dzięki za wizytę :)

Miło mi, że dobrze Ci się czytało. Mój zamysł był właśnie taki, żeby to była fantastyka na wyciągnięcie ręki, prawie że należąca do naszego, współczesnego świata, lekko tylko podkolorowana zaklęciami. Bo przecież, czyż nasza technika, to nie magia? ;)

Tworzenie kobiecych postaci jest dla mnie wyzwaniem, na pewno będę się starał lepiej to robić. Doceniam przełamywanie stereotypów w tekstach innych autorów, czas popracować nad tym na własnym podwórku.

Zgadzam się, co do zakończenia, rzekłbym nawet, że cała historia fabularnie jest dość prosto zbudowana, a takie zakończenie po prostu się w nią wpisuje. Trochę podobnie działają tutaj stereotypy, na co sam zwróciłeś ponownie uwagę – “dama w opałach”.

Mam kilka pomysłów na ciąg dalszy, może się pokuszę ;)

 

Dzięki raz jeszcze za komentarz! Dobrego wieczoru!

Exit light

czyż nasza technika, to nie magia? ;)

Podobno magia to technika, której nie rozumiemy. Więc to już zależy od Ciebie. ;-p

Babska logika rządzi!

Uhm, a potem przyjdzie mr.maras i mi spuści… zasłonę milczenia na takie techno-magiczne wymysły :)

Exit light

Podobno magia to technika, której nie rozumiemy.

Feliks Kres opisywał Szerń z “księgi Całości” jako rodzaj mechanizmu (nie w samych książkach, w komentarzach na jej temat).

Fajne opowiadanie, wielu bohaterów, wartka akcja. Wciągnęło mnie bez reszty. Cieszyłam się, że Aleksander zniszczył dane nowych magów. Bardzo realistycznie pokazujesz rzeczywistość, w której starzy wyjadacze rywalizują z innowatorami, którzy korzystają ze zdobyczy technologicznych. 

Jedyne do czego bym się przyczepiła to rzucanie kamieniami w zbiega. Czemu nowo magijni mają takie bajery, a używają zwykłych kamyków?

Przyznaję, na początku nie byłam przekonana, gość leży na ziemi i nie chce zemdleć, potem miasto w Polsce… Jednak chwila po chwila podobało mi się coraz bardziej. Fabuła pięknie zapleciona relacyjnie, tu była żona, tutaj kolega – rebeliant. No ogólnie, szkoda, że to koniec! Może napiszesz kontynuację? ;)

 

@wilku nie czytałem Kresa, polecasz? Od razu sucharek: czy akcja jego powieści dzieje się na Kresach?

 

@Cytryno, dziękuję :) Cieszę się, że wpadłaś i że się podobało.

 

Bardzo realistycznie pokazujesz rzeczywistość, w której starzy wyjadacze rywalizują z innowatorami, którzy korzystają ze zdobyczy technologicznych.

 

Dzięki <3

 

Jedyne do czego bym się przyczepiła to rzucanie kamieniami w zbiega. Czemu nowo magijni mają takie bajery, a używają zwykłych kamyków?

W sumie racja, już prędzej mógłby strzelać z jakiegoś nerfa na kamienie. Pomyślę.

 

 

Przyznaję, na początku nie byłam przekonana, gość leży na ziemi i nie chce zemdleć, potem miasto w Polsce… Jednak chwila po chwila podobało mi się coraz bardziej.

 

Przyznam, że ja również czasem sceptycznie podchodzą do fantastyki dziejącej się w polskich realiach, tym bardziej czuję radość, że tutaj zagrało dla Ciebie :)

 

No ogólnie, szkoda, że to koniec! Może napiszesz kontynuację? ;)

 

Może napiszę, mam już nawet pomysł, choć się nieco waham, bo chciałbym pójść w bardziej mroczną stronę, zgodnie z sugestią wilka. Nie wiem czy dam radę. Poza tym obecnie priorytet ma ten konkurs ;)

 

Exit light

Klimat rzeczywiście jak z braci Coen:)  Humor świetny, pomysł świetny, wykonanie świetne.  Mag Hipster… taaak… ta dzisiejsza młodzież;) 

Witaj czarna adelajdo, dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się niezmiernie, że Ci się spodobało moje opko :)

 

Aż chciałoby się rzec: pomysł mój, wykonanie moje, darowałem Ci życie :D

 

A jeżeli chodzi o dzisiejszą młodzież, to kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów.

Exit light

Wychodzi na to, że najlepsze efekty daje połączenie starej magii z nową ;)

Podobało mi się. Tekstu nie tak mało, ale przeczytałam na jedno posiedzenie i to na dodatek na laptopie, a nie czytniku. Fajna wariacja na temat Piotrusia Pana. Magię wprowadzoną do naszego świata bardzo lubię i sama to chętnie robię. Kupiłeś mnie tym opkiem :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irko, za odwiedziny i komentarz. Niezmiernie się cieszę, że Ci się spodobała moja historia.

 

Wychodzi na to, że najlepsze efekty daje połączenie starej magii z nową ;)

Otóż to :) Gdzieś tam w planach mam rozwinięcie tej historii, żeby jeszcze bardziej to podkreślić, ale najpierw muszę ogarnąć bieżące konkursy, zwłaszcza RAPsodiowy ;)

 

Magię wprowadzoną do naszego świata bardzo lubię i sama to chętnie robię.

Wiem, wiem, miałem okazję poznać Widara. Twoja magia jest… boska ;)

 

Kupiłeś mnie tym opkiem :)

Zabawne stwierdzenie :) Cóż, pozostaje mi tylko się cieszyć i od razu zaznaczyć, że nie będę dochodził żadnych roszczeń z tytułu własności :D

Exit light

BK, przestrasz się Boga i popraw tego okropnego ortografa, zanim jakieś dziecko przeczyta i zapamięta.

Babska logika rządzi!

Przecież „bierzący” jest od „brać”. O co chodzi? ;)

Exit light

O to, że od brać, to byłby “bierny”. ;-)

No. Już dobrze.

Babska logika rządzi!

To dobrze, dzięki!

A dzieci, to powinny spać o tej porze ;) No, chyba że klikają z Nowej Zelandii…

Exit light

Nowa Fantastyka