- Opowiadanie: Bravincjusz - Demonolog Jack

Demonolog Jack

Oceny

Demonolog Jack

− Biegnij, robaczku! − Echo demonicznego głosu dudniło między drzewami.

Jack wiedział, że z siłami ciemności nie ma żartów, więc biegł. Biegł, ile sił miał w nogach, łapczywie łapiąc powietrze. Walczył z żarem wypełniającym płuca, rozlewającym się po całym ciele. Gdyby przystanął choćby na chwilę, runąłby w otchłań.

Świat rozpadał się.

Fala anihilacji sunęła. Ziemia pękała, spadała w pustkę. Rośliny czerniały, a następnie rozpadały się na niewielkie fragmenty, porywane przez wiatr, zanim ostatecznie zmieniły się w proch. Woda unosiła się strugami, by stać się częścią ogromnego wiru na niebie.

Nie można biec w nieskończoność. Jack był u kresu możliwości i zdawał sobie sprawę, że nie zdoła uciec przed rozszerzającą się nicością. Zatrzymał się, dysząc ciężko; otarł pot z twarzy i spojrzał przez ramię na obraz końca.

Wyprostował palce, dłoń skierował ku sobie i pchnął. Przeniknęła ubranie, skórę, żebra i ujęła serce. Ścisnął mocno, by poczuć oddech śmierci na karku. Dreszcz przeszył go jak błyskawica. Oderwał kawałek swojej duszy; na tyle mały, by przeżyć, ale dostatecznie duży, by uhonorować kontrakt zawarty przed laty z mroczną istotą.

− Kzeero… − wysapał. – Twoje oczy… daj mi je…

Trawa wokół pękała z coraz głośniejszym trzaskiem. Na skórze Jacka pojawiło się mrowienie. W końcu grunt pod stopami zniknął, a Jack spadał pośród pyłów i fragmentów tego, co kiedyś było światem.

− Kzeero! − wrzasnął.

Wzrok utkwił w coraz szybciej oddalającym się fragmencie rozrywanej rzeczywistości. Ciepło, które biło z dołu zmieniło się w doskwierający gorąc, aż w końcu długie jęzory ogni piekielnych stały się powszechnym widokiem. Zmrużył oczy i wstrzymał oddech. Dłonią usiłował stłumić wyrastające na rękawie płomienie.

Nagłe ukłucie z tyłu głowy przyniosło niezwykłą jasność umysłu. Patrzył pożyczonymi oczami.

Widział dokładnie, gdzie teraz jest i z pewnością nie było to pogranicze anihilacji. Ogień i żar zniknęły, pustka zniknęła, rozpadający się świat także. Jack leżał na chłodnym piasku. Oddech ulatywał mu z ust pod postacią mgiełki, odbijającej blady blask księżyca. Wpatrywał się w gwiazdy, dopóki nie odzyskał części sił. Uniósł głowę. Wydmy rozciągały się w każdym kierunku.

Nabrał piasek w dłoń i pozwolił mu przesypać się pomiędzy palcami. Z uwagą obserwował opadające ziarenka. Wyglądały realnie, tak bardzo prawdziwie jak tylko się dało. Coś mu jednak mówiło, że są przepełnione fałszem, pustą obietnicą istnienia.

Pożyczone oczy, zdolne ujrzeć prawdę skrytą za bardziej wymyślnymi kłamstwami demonów, nie ukazywały nic poza rozciągającym się w nieskończoność piaskiem, gwieździstym niebem i księżycem. Wprawdzie rozproszyły wizję końca, lecz Jack nie potrafił pozbyć się przeczucia, że znalazł się w kolejnym sztucznym świecie.

Coś mąciło mu w głowie. Niewyraźne wspomnienia nie łączyły się spójnie z tym co było i z tym co jest. Dzieci mroku potrafiły sadzić nasiona nieprawdy w umysłach ludzi. Jack wielokrotnie miał z tym do czynienia, dzięki czemu nauczył się je rozpoznawać i izolować nim wykiełkują.

Tym razem było inaczej. Pojawił się dodatkowy element, którego Jack nie mógł zidentyfikować.

Wstał, strzepnął z siebie piasek. Nie miał pewności, gdzie powinien się udać. Wszystko wyglądało tak samo; pomarszczone oceany piasku sięgające nieskończoności.

Wybrał kierunek na chybił trafił i ruszył.

 

Szedł już kilka godzin, ale nie odczuwał zmęczenia. Nie odczuwał też chłodu, ani głodu. Nie przeszkadzało mu to. Szedł dalej.

 

Mijały dni, a Jack maszerował, bez snu, bez jedzenia, bez jakichkolwiek oznak wyczerpania. W końcu musi gdzieś dojść.

 

Nie pomyślał choć raz, by się zatrzymać, gdy szedł już kilka miesięcy. Wieczna noc nie zwracała jego uwagi. Nie mogła, bo Jack miał cel, którego nie chciał opuszczać. Musiał iść przed siebie.

 

Po kilku latach bez wody, snu i odpoczynku, Jack szedł nadal. Nie poddawał się. Księżyc stał się jego przyjacielem, który nie opuszczał go nawet na chwilę. Jack szedł.

 

Minęły dekady i Jack nie był już tak młody jak kiedyś. Szedł więc wolniej, lecz nie poddawał się. Bo miał cel. Iść.

 

Jack umarł ze starości.

 

Śmierć nie zdołała zatrzymać go w lodowatych objęciach, gdyż musiał iść. Podniósł więc swe martwe ciało i ruszył. Zrobił krok, lecz poczuł ukłucie z tyłu głowy.

– Wystarczy, Jack – odezwał się Kzeero.

Jack zamrugał, słysząc znajomy głos. Odwrócił się i utkwił wzrok w śladach, które zostawił na piasku. Zacisnął zęby.

– Dziesięć kroków?! – zawył zrozpaczony. – Dekady poświęceń, wytrwałości i zrobiłem tylko dziesięć kroków?

– Jack…

– Przez te wszystkie lata… Przez te wszystkie lata tylko patrzyłeś jak idę! – Upadł na kolana. – Wszystko stracone… Wszystko zmarnowane… Moje życie…

– Nie, Jack, dramatyzujesz. Minęła chwila, nie więcej. Masz moje oczy, więc widziałem te wszystkie lata. Te długie, ciągnące się lata. To nie było prawdziwe, Jack. Nie minęły lata, minęła chwila.

Jack dotknął swojej twarzy. Nie był martwy, nie był stary. Nic się nie zmieniło od tego pamiętnego dnia, gdy zrobił pierwszy krok ku niekończącym się piaskom.

– Dlaczego czekałeś aż do mojej śmierci, żeby wyrwać mnie z tego… tego transu?

– Jack, nie mogłem. Byłem zbyt ciekaw tego jak długo możesz iść.

– Lubisz patrzeć jak cierpię, co? – warknął.

– Nie zaprzeczę. Co teraz?

Jack wyciągnął się na piasku, kładąc ręce za głową. Wpatrywał się w księżyc, kontemplując metaforyczne bagno, w jakim się znalazł. Gdy tak gdybał, wspomnienia marszu przez pustynię stały się mgliste, zupełnie jak sen. W końcu wstał, zaczął biec, po czym zatrzymał się. Powtórzył te czynności jeszcze kilka razy.

– Co robisz, Jack? – zapytał Kzeero.

– Sprawdzam coś. Byłoby łatwiej, gdybyś nie był tylko głosem w mojej głowie…

– Prawda?

– …ale chyba już pojmuję, co tu się dzieje. Weźmy na przykład moje ślady. Zawsze takie same, niezależnie jak długi krok, nieważne w którą stronę biegłem. To, co nas otacza, takie samo. W każdym kierunku powtarza się to samo.

– Wnioski?

– Wydaje mi się, że wcale nas tu nie ma. Jesteśmy tylko obserwatorami. A skoro nas tu nie ma… to gdzie jesteśmy?

Wiszący wysoko księżyc, wydmy i zimny piach wokół. Jack usiadł, skupił wzrok w jednym punkcie i patrzył tak długo, aż zapiekły go oczy, aż wszystkie kształty zaczęły wyginać się i tańczyć. Aż kątem oka ujrzał krawędź.

– Mam! – zawołał triumfalnie.

Wzrok ostrożnie przesunął poza krawędź, starając się jej nie rozproszyć. Spoglądał na odrapaną ścianę. Rozejrzał się wokół, mrużąc zmęczone oczy. Znajdował się w jakimś pokoju. Przy ścianie stał regał wypełniony książkami, trochę dalej stolik i krzesło. Wnętrze oświetlały promienie słońca, wpadające przez okno. A przed Jackiem wisiał obraz przedstawiający pustynię podczas pełni.

– Przeklęty obraz? – zapytał Kzeero.

– Nie – odparł Jack. Zdjął malowidło ze ściany, odwrócił je i położył przy stoliku. Nie miał ochoty więcej spoglądać na nocne wydmy. – To nie obraz. I na pewno nie klątwa. – Wskazał na podłogę. – Pełno tu magicznego pyłu, a magiczny pył zostawiają za sobą leśne łapserdaki.

 

– Nie ma żadnej klątwy, hrabianko. – powiedział Jack. – Ale to jeszcze nie powód, by świętować. Z pewnością dzieje się tu coś złego.

Ariana pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Kamień spadł mi z serca, Jack. Gdyby rozniosło się, że jesteśmy przeklęci, ludzie by się od nas odwrócili… – Zmrużyła bursztynowe oczy, chwytając nagłą myśl. – Ale skoro nie klątwa, to cóż to jest?  Byłam przekonana, że stoi za tym któryś z wrogów rodziny.

– Iluzje i pozory – wyjaśnił pokrótce. – Niezwykły pech, zaginięcia, zgony, ludzie robiący rzeczy, których później nie pamiętają… Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to na klątwę, lecz nie znalazłem potwierdzenia. A szukałem dość dokładnie.

– Nie wątpię – uśmiechnęła się. – Służba doniosła, że zaglądałeś nawet w miejsca dość… w miejsca niezbyt przyjemne dla oka i nosa.

– Tak, wychodki i gnojowniki. Jestem tu już tydzień, hrabianko. I powoli kończyły mi się pomysły. Aż w końcu to, co było uważane za klątwę, dopadło i mnie.

– Jack… – Zakryła usta zszokowana. – Nie może być… Jak dobrze, że nic ci się nie stało.

Wzruszył ramionami.

– Potrafię się zabezpieczyć przed klątwami i jestem na nie przygotowany, w końcu tym się zajmuję. Ale to było coś innego; coś, co udawało klątwę. Bardzo potężna iluzja, dwupoziomowa. Obudziłem się w domu dla służby… I właśnie tam znalazłem pierwsze ślady magicznego pyłu, a na zewnątrz kolejne.

– Magicznego pyłu? – zastanowiła się. – Przywodzi mi to na myśl opowieści o wróżkach. Ale w opowieściach wróżki zawsze są dobre, prawda?

– Boginki, rusałki, piksy, nimfy, mamuny, dziwożony… Te istoty, a czasem nawet jeszcze inne, mogą kryć się za słowem wróżka. Nie wszystkie zostawiają za sobą magiczny pył. Mogą być dobre, ale mogą być też niebezpieczne.

– Dlaczego miałyby atakować moje gospodarstwa? Jack, o co tu chodzi?

– One nigdy się tak nie zachowują… – Skrzyżował ręce zastanawiając się nad możliwymi przyczynami. Już nie może wezwać Kzeero na pomoc. Bez pożyczonych oczu nie zobaczy magicznego pyłu, najcenniejszej wskazówki. – Muszę zebrać więcej informacji. Już wiem, gdzie patrzeć i o co pytać. Nie wykluczam, że będzie mi potrzebna pomoc pewnej elfki z Everetu…

Ariana uśmiechnęła się.

– Dobrze zrobiłam, sprowadzając cię tutaj. Dziękuję za raport i żywię głęboką nadzieję, że dalsze śledztwo przybliży nas do odkrycia prawdy.

 

Trzymał w ręku gałązkę i zrywał z niej niewielkie listki, jeden po drugim. Obserwował jak wirując upadają powoli. Zbliżał się wieczór.

W brzozowym gaju Jack nie znalazł nic, co mogłoby świadczyć o obecności istot nadnaturalnych. A szukał dobrych kilka godzin. Z reguły ukrywają się one przed ludzkim okiem, lecz biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, istniała szansa, że w jakiś sposób zamanifestują swą obecność. Tak się jednak nie stało.

Zniechęcony rzucił gałązkę na bok i ruszył w stronę zabudowań. Okolicę przetrząsnął dokładnie i nie widział powodu, by robić to raz jeszcze. Jedyne, co mógł zrobić, to spróbować wyciągnąć coś nowego od miejscowych. Byli skłonni do współpracy, bo w końcu kto by nie był w takich okolicznościach?

 

Grab siedział przed swoją chatą, położoną na skraju wioski i powoli pykał fajkę, patrząc na leniwie sunące po niebie chmury, w których odbijały się barwy zachodzącego słońca.

– Pan demonolog! – zawołał, gdy tylko zobaczył zbliżającego się Jacka. – Udało się już ściągnąć klątwę? Demona jakiego przepędzić, co by nas w spokoju ostawił?

– Niestety nie – odparł.

– Żaden wstyd, chłopcze, żaden! – Uśmiechnął się życzliwie. – Był tu już jeden taki przed tobą. Wielki, dumny uczony! Dwa tygodnie chodził, patrzył, a jak już wyjeżdżał, bo nic nie znalazł, to nie był ani wielki, ani dumny. – Zaśmiał się.

– Nie mógł znaleźć, bo klątwa nie istnieje.

 Grab odłożył fajkę i wstał, krzyżując ramiona.

– Ejże – rzekł poruszony. – Co to jak nie klątwa? Przecie my sami z siebie tego nie robimy. Może są my prości ludzie, ale uczciwi!

– To nadnaturalni mieszkańcy lasu – odparł spokojnie. Twarz Graba na ułamek sekundy wykrzywił nerwowy grymas, co nie umknęło uwadze Jacka. – Ich działania są skoordynowane i zaplanowane. Szukałem jakichś śladów w gaju wierzbowym, ale to raczej przegrana sprawa.

– Tak… Jak coś, co z lasu wylazło, to nie zobaczy się tego… Potrafią się ukryć…

– Dlatego jutro wracam do Everetu. – Grab odetchnął, rozluźniając ramiona. Chciał coś powiedzieć, lecz Jack znów się odezwał. – Znam elfkę, która może pomóc. – Brwi mężczyzny drgnęły. Jack zauważył to i wiedział, że na coś trafił. – Wrócę szybko i wszystko wyjaśnimy.

– Elfka, tak – rzekł ponuro mężczyzna, kiwając głową. – Elfka może pomóc, może zobaczyć więcej niż człowiek. No cóż, powodzenia życzę, chłopcze. Mam nadzieję, że uda nas się w końcu uwolnić od tych nieszczęść. Na mnie już czas.

Wyciągnął dłoń w pożegnalnym geście. Jack uścisnął ją, lecz nie zamierzał puszczać. Spoglądał Grabowi prosto w oczy.

– Przyjrzymy się jeszcze raz twojej chacie, tym razem dokładniej.

– Chłopcze, Jack, przecież już to robiliśmy. Bardzo dokładnie. Nie ma potrzeby znowu…

– Nie – przerwał mu. – Gdybyśmy zrobili to bardzo dokładnie, to belka na belce by nie została. Czego mi nie mówisz? I nie wykręcaj się, bo strażnicy hrabianki z chęcią przekonają cię, że kłamstwo nie popłaca.

Jack rozluźnił uchwyt, a Grab cofnął rękę. Przez chwilę walczył z własnymi myślami, lecz w końcu uznał porażkę.

– Coś znalazłem. I ukryłem to w piwniczce.

– Piwniczce? – zdziwił się. – Ta chata nie wygląda jakby miała piwniczkę.

– Dobrze ją zamaskowałem. – Puścił oko do Jacka. – To skrytka na samogon, zapasy na czarną godzinę.

Weszli do chaty. Grab ściągnął z podłogi kilka większych desek. Odgarnął zalegającą pod nimi ziemię, odkrywając sporych rozmiarów drewnianą klapę. Z szuflady wyciągnął dwie świece i je zapalił. Jedną podał Jackowi. Następnie otworzył wejście do piwniczki i zaczął schodzić po drabinie. Jack ruszył za nim, zachowując ostrożność.

– Musisz być wielkim miłośnikiem samogonu, Grab. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto zbudowałby… – Zamilkł, gdy blask świecy padł na leżące na środku pomieszczenia ciało. – Co to, do kurwy jasnej, jest?! Co to jest, Grab?

Obszedł monstrualne zwłoki, analizując je dokładnie. Rozkładały się, lecz nie wydzielały charakterystycznego odoru. Zamiast tego w pomieszczeniu dominował zapach ziemi i mokrych liści. Jack przykucnął, rzucając nieco więcej światła na pokrytą mchami twarz.

– Leszy – szepnął do siebie. – Demon lasu…

– Bardzo dobrze – rzekł Grab nieswoim głosem. Jack poderwał się na nogi. – Nie wiesz wszystkiego, ale wiesz za dużo. Koniec maskarady. To, na co patrzysz, było moim ciałem. Nauczyłem się je zmieniać. Porzucać dawne i przyodziewać nowe.

– Nie władasz klątwami, nie władasz iluzjami. Ale mimo to chcesz wszystkich przekonać, że czarna magia jest winna tego, co dzieje się na tych ziemiach. Co ty chcesz osiągnąć?

– Władam lasem, lecz to za mało. Lasy giną, Jack. Kurczą się. Zawładnę człowiekiem. Człowiek rośnie, człowiek rozprzestrzenia się. To będzie wystarczyło.

– Jesteś spaczony! Jaki w tym cel?! Dlaczego zmuszasz leśne istoty do pozorowania klątwy?

– Nie dowiesz się. – Zrobił krok w stronę Jacka. – Ludzie nie mogą się dowiedzieć. Nie sprowadzisz tu elfki… I zostaniesz tu już na zawsze.

Jack skrzyżował ramiona i zbliżył się do leszego. Spojrzał na górującą nad nim bladą twarz.

– Jesteś zbyt pewny siebie, wilczy pasterzu.

Koniec

Komentarze

Fajne, zawsze lubię nawiązania do słowiańszczyzny, aczkolwiek na początku wydawało mi się to bardziej w stylu Johna Constantine. Układ z siłami nadprzyrodzonymi, bohater prowadzący śledztwo itd. Trochę szkoda że fragment tak się urywa.

 

 

Celne skojarzenie :)

A false friend and a shadow attend only while the sun shines

Cześć! Bardzo fajne opowiadanie, z potencjałem. Polecił bym do biblioteki, gdybym mógł. Zaczyna się od iście niesamowitej drogi, jaką pokonuje bohater: ucieczka przed unicestwieniem, marsz aż do śmierci… klimat! Chwytanie za serce, pożyczone oczy. Lubię takie klimaty! Również duży plus za nasze swojskie straszydła – żadnych tam Pań z Jeziora czy innych krzewicieli kultury anglosaskiej ;-) Trochę szkoda, że kończy się tak szybko, nie ma żadnego finalnego starcia czy odsieczy z innego wymiaru, ale opowiadanie super! Rozwiń, jak masz chwilę, bom bardzo ciekaw, co się stanie.

 

Rzuciło mi się w oczy coś takiego:

To będzie wystarczyło.

Cyba lepiej by brzmiało: To wystarczy. Chyba, że to było celowe.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej! Dzięki za opinię :) Niestety nie planuję pisać rozwinięcia, ale za to mam zamiar opublikować jeszcze kilka fragmentów, z innymi bohaterami w centrum, które będą ze sobą luźno powiązane. A potem może w końcu wezmę się za pisanie pełnym opowiadań ;)

Cyba lepiej by brzmiało: ‘To wystarczy’. Chyba, że to było celowe.

Celowe. Zdanie miało być w czasie przyszłym i brzmieć nieco nieporadnie, więc chyba udało mi się uzyskać zamierzony efekt ;)

A false friend and a shadow attend only while the sun shines

Bardzo podobał mi się styl i lekkość lektury. Pomysł jest ciekawy, podobnie jak odniesienie do pewnego demona. Dla mnie jednak zakończenie jest nieco zbyt nagłe i zalatuje diablikiem z pudełka ;) przez to opowiadanie wydaje mi się nieco urwanie. Co nie zmienia faktu, że czytało mi się z przyjemnością. W jednym ze zdań zamieniłbym "skwar" na "gorąco".

Hej, cieszy mnie, że się podobało :)

Słowa skwar użyłem, bo w moim odczucia ma nieco mocniejszą wymowę niż gorąco, więc bardziej pasowało. 

A false friend and a shadow attend only while the sun shines

Może się mylę, a na pewno się czepiam, ale skwar jednoznacznie kojarzy mi się nie tyle z gorącem, co z warunkami atmosferycznymi, upałem, działaniem słońca itd. ;) Jako że komentuję opowiadanie z motywami mitologii słowiańskiej – słowo brzmi też podejrzanie podobnie do Swaroga, więc popieram swoje skojarzenia autorytetem bóstwa solarnego :)

Ok, takiemu argumentowi trzeba przyznać rację ;) Stosowna poprawka dokonana.

A false friend and a shadow attend only while the sun shines

Nowa Fantastyka