- Opowiadanie: Realuc - Karmiciel Bagabungi

Karmiciel Bagabungi

Zainspirowany własnym drabblem, postanowiłem wyżyć się jeszcze ociupinkę w tematyce kosmicznego absurdu.

Tekst, choć trąci zapewne nieco czymś na wzór bajki, jest raczej w zupełności poważny, stroniący od bajkowej sielanki.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Karmiciel Bagabungi

 

 

Mumu wstał i otrzepał się ze złocistej sierści Bagabungi.

Przyjaciel, na grzbiecie którego przemierzał wszechświat, będzie się lenił jeszcze przez wiele kosmicznych lat. Mumu wolał jednak to niż suchą, pozbawioną miękkości skórę, na której prędzej czy później przyjdzie mu znowu bytować. Wszystko ma swój cykl. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Wiedział o tym od zawsze, tak więc od zawsze przyjmował rzeczy takimi, jakimi są.

Bagabunga zatrzymał się, podwinął ogon, wprowadził skrzydła w spokojny, miarowy taniec. Unosił się tuż przy ledwo żarzącej się gwieździe.

– O rany, dopiero się obudziłem. Daj dojść do siebie – wymamrotał Mumu z oburzeniem.

Wierzchowiec charknął i odrzekł gromko:

– Głodny.

Przymknął wszystkie cztery pary oczu. Mimo iż zobaczył nimi tysiące planet i miliardy gwiazd, nigdy nie widział swojego przyjaciela, który jest z nim od zawsze. Od zawsze, które nie miało początku, i które nie będzie mieć końca. Czuje jedynie jego stopy na grzbiecie, oddech, delikatny dotyk, słyszy łagodny głos.

– Jasne, ty to zawsze jesteś głodny. Już, czekaj…

Mumu wygrzebał ze swojego worka bez dna wędkę. Zarzucił haczyk bez przynęty w stronę gasnącej gwiazdy, a ta posłusznie się go uczepiła. Pociągnął, po czym zaczął zwijać linkę. W końcu Bagabunga otworzył ślepia i chapsnął gwiazdę na raz.

– Nigdy nie pojmę, dlaczego muszę ci je podtykać pod nos. Jakbyś sam nie mógł do nich podlecieć i je zjeść. Potrafisz sprawić, że umierające światy znikają w jednej chwili, a nie możesz zrobić tak prostej i oczywistej rzeczy. No cóż, tak jest od zawsze, tak widocznie musi być… – Rozmyślał na głos Mumu, chowając wędkę.

Bagabunga był najedzony a jego kompan wyspany. To oznaczało tylko jedno. Mogli zająć się unicestwieniem kolejnej planety.

 

 

*

 

– Co tym razem? – zapytał Mumu, przyglądając się ze znużeniem jak przyjaciel za sprawą myśli sprawia, że zielono-czerwona planeta znika. Bagabunga, zamiast odpowiedzieć, przesłał do głowy towarzysza obrazy.

Obrazy pełne bólu i cierpienia. Krwi i śmierci. Ciągłej walki i niekończącej się beznadziei. Stworzenia o podłużnych głowach i czerwonych ślepiach zabijały się nawzajem na oczach Mumu. Ten potrząsnął w końcu łebkiem odrzucając wizje.

– Wyniszczyliby się sami, rozumiem. Znasz powód?

– Tak – sapnął Bagabunga.

– Nie było nadziei?

– Nie.

– No tak, przecież ty się nigdy nie mylisz. Po co w ogóle o to pytam. Najważniejsze, że ulżyliśmy im w bezsensownym cierpieniu. Taki nasz cel. Nasza niekończąca się misja. Hej, przygodo, w drogę! Ku kolejnemu, wymierającemu światu!

Mumu zatańczył radośnie na grzbiecie przyjaciela, następnie mocno uczepił się złocistej sierści a Bagabunga poszybował, przecinając skrzydłami kosmiczną pustkę.

 

 

*

 

Wygasająca gwiazda łyknęła haczyk.

Mumu z trudem zdołał zwinąć ją przed pysk przyjaciela, gdyż była wyjątkowo pokaźna. Gdy wędka pozbyła się ciężaru, zaczął się śmiać.

– Przypomniałem sobie, jak pokazałeś mi kiedyś istoty z tej niebieskiej planety. Wiesz, tej, która była jedną z najbardziej obiecujących w całym znanym nam wszechświecie, a i tak postanowiłeś ją unicestwić, bo stworzenia ją zamieszkujące zgubił własny rozwój. Gdy któreś z nich zobaczyło na niebie jak cię karmię, nazywały to zjawisko spadającą gwiazdą. Śmieszne, co? Ciekawe, że widzieli jak przyciągam gwiazdę, a nie widzieli nas samych. Jakbyśmy byli, mimo swych niemałych przecież rozmiarów, zupełnie niewidoczni.

– Yhm – odpowiedział Bagabunga, oblizując pysk żółtym, chropowatym jęzorem.

– No tak, ciebie to nic nie interesuje. Tylko się nażreć a potem zrobić swoje. Ech, przydałby mi się jakiś…

W tym momencie Mumu zobaczył coś po raz pierwszy w życiu, a to z pewnością krótkie nie było. A raczej kogoś na czymś.

Ten ktoś był dziwacznym stworkiem o podłużnych kończynach i ciemnej skórze, która zlewała się z wszechobecną czernią. Drobnym, kościstym, nieco pokracznym. Drobnym w porównaniu do tego czegoś, czym okazało się z kolei przypominające wodne stworzenie monstrum. Przepłynęło przez dzielącą dwa kosmiczne giganty pustkę i zatrzymało się tuż przed najedzonym Bagabungą.

– Witajcie, karmicielu światów.

Mumu zapomniał jak używać języka, bo i nigdy wcześniej nie odzywał się do nikogo prócz latającego przyjaciela. Wybąkał więc tylko:

– Eee…

Popatrzył na własne dłonie. Zmierzył wzrokiem swoje ciało, potem to samo uczynił z ciałem obcego. Ten wyjaśnił nim padło jakiekolwiek pytanie:

– Tak, wyglądamy niemal identycznie. Wszyscy karmiciele światów są jak klony. Tylko nasze pupile to hybrydy stworzeń z całego wszechświata. Każdy kolejny dziwaczniejszy.

Mumu dostrzegł jak stwór przypominający istotę z jeszcze nie tak dawno istniejącej, niebieskiej planety, którego tamtejsi mieszkańcy nazywali wielorybem, wpatruje się w Bagabungę. Kolosy też rozmawiały, lecz za pomocą ich skomplikowanych umysłów. Mumu zebrał się w końcu w sobie i wybąkał:

– Myślałem, że jestem… – urwał, spoglądając w pomalowaną gwiazdami, niekończącą się przestrzeń.

– Że jesteś jedyny. Oczywiście – dopowiedział nieznajomy. – Każdy z nas tak myśli.

– Kim więc jesteśmy?

Przybysz wyciągnął z identycznego, jaki posiadał Mumu, worka, identyczną wędkę. Uśmiechnął się, choć uśmiech ten przykrywał cień smutku.

– Już o tym wspomniałem. Karmicielami światów. Przynajmniej do tego zostaliśmy pierwotnie stworzeni. Aby ratować upadające planety i zamieszkujące je istoty.

– Tyle wiem. Cały czas to ro…

– Oj nie, mylisz się – przerwał nieznajomy. – Niszczenie czegoś nie jest żadną pomocą. Zawsze jest wyjście z sytuacji, nawet tej całkowicie beznadziejnej. Zrozumienie tego zajęło mi miliony kosmicznych lat. Od tego czasu mam nową misję. Przemierzam wszechświat, który jest znacznie większy niż ci się wydaje, szukając takich, jak ty. Takich, którzy ulegli.

– Nie do końca rozumiem… – Mumu podszedł do szyi Bagabungi na tyle, na ile był w stanie, aby przyjrzeć się z bliższa rozmówcy. Latający przyjaciel miał tak dziwnie skonstruowany łeb, że nie mógł ruszać nim w żadną stronę. A próba wspięcia się w stronę pyska skończyłaby się kiedyś dla Mumu tragicznie, czyli bezpowrotnym lotem w nicość.

– Od razu ci powiem, że również nie wiem, kto nas stworzył, ani kiedy to zrobił. Jesteśmy od zawsze, i chyba na zawsze. Wiem jednak, że ktoś poplątał nam w głowach. Nam i naszym towarzyszom kosmicznej wędrówki. Tak abyśmy myśleli, że czynimy dobrze, czyniąc przy tym źle.

– Więc jest ich dwóch?

– Tak jakby. Choć to nie takie proste. Nawet nie wiemy, czy to ktoś, czy coś. Czy jest ich dwóch, czy może wyłącznie jeden, ale po milionie lat zmienił zdanie? Stwierdził, że zamiast pomagać przetrwać istotom zamieszkującym wszechświat, chce niszczyć ten, hm, gorszy sort?

Mumu podrapał się po łysym łebku.

– Mam ci w to wszystko uwierzyć tak po prostu?

– Możesz zrobić z tymi informacjami, co tylko zechcesz. Ja ruszam dalej. Powiem ci jednak coś jeszcze. Twój kumpel ma potężną siłę umysłu, o tym zapewne już wiesz. Zamiast sprawić, że dana planeta zniknie, może sprawić, że wejdzie do umysłów wszystkich rozumnych istot, jakie ją zamieszkują. Może zmienić ich myślenie. Zrobić tak, że dostrzegą to, czego nie dostrzegają, a przez co prowadzą swój świat do zagłady. W skrócie: może wszystko! Wystarczy, że go o to poprosisz. Spróbuj przy najbliższej okazji a potem zdecyduj, jaką drogę wolisz obrać.

Mumu usiadł zatapiając się w miękkiej sierści i rozłożył bezradnie ręce.

– Ale to przecież on decyduje. On to wszystko robi. On wszystko wie.

– Mylisz się. Twój przyjaciel, mimo swej niebywałej mocy, jest tylko narzędziem. Pojazdem, który bez sternika zatonie w kosmicznym oceanie. Nie potrafi pożywić się bez twojej pomocy. Jak myślisz, dlaczego? Bo to od ciebie wszystko zależy. Od ciebie wszystko się zaczyna. To dzięki tobie istoty mogą zostać nakarmione myślami, za sprawą których przetrwają.

Nikt już niczego nie powiedział. Bagabunga poleciał przed siebie, kierowany wonią kolejnej, upadającej planety. Mumu patrzył długo na oddalającego się karmiciela światów, który był niejako jego własnym odbiciem. Gorączkowe rozmyślanie przerwał nagły ryk przyjaciela:

– Głodny!

 

 

*

 

 

Gdy Bagabunga przymierzał się już do likwidacji pustynnej planety, Mumu krzyknął:

– Zaczekaj! Powiedz mi, co tym razem poszło nie tak?

Obrazy pojawiły się natychmiast. Stalowe miasta przykryte piaskową pierzyną, ciała gnijące w promieniach dwóch słońc. Zwiędła roślinność, wysuszone koryta rzek, martwe zwierzęta. Później odpowiedź sama zawitała do głowy Mumu, jakby została mu tam siłą wepchnięta.

– Czyli to sprawka jednego z dwóch słońc, jakie posiada ta planeta. Coś wydarzyło się z jego jądrem i temperatura wzrosła gwałtownie, niszcząc życie – powiedział sam do siebie.

Może wszystko – szumiały w głowie słowa niedawno spotkanego podróżnika.

– Przyjacielu! – wykrzyczał Mumu po namyśle.

– Hm?

– Mam pomysł! Trochę szalony, fakt, ale czemu nie spróbować? Słuchaj uważnie!

– Yhm.

– Złapiemy to słońce na wędkę i oddalimy odrobinkę. Tak, żeby wszystko wróciło do starych norm. Później nakarmisz istoty, które przetrwały, odpowiednimi myślami. Zresztą sam też będziesz wiedział, jak im jeszcze pomóc. To jak, Baguś, spróbujemy?

– Yhm. – Bagabunga nie zaprotestował, bo i statek nie miał przecież w zwyczaju robić coś wbrew woli sternika.

Słońce poddało się haczykowi równie szybko i dobrowolnie, co wygasające gwiazdy. Chwilę później było już w odpowiednio innym miejscu. Następnie Bagabunga przymknął cztery pary powiek i wdarł się do umysłów ocalałych istot z pustynnej planety.

Czekali.

W międzyczasie Mumu myślał intensywnie, jak jeszcze można by pomóc temu światu. Po nagłym olśnieniu rzekł podekscytowany:

– Wiem! To znaczy, nie wiem czy to zadziała, ale nie uważasz, że to dziwne, iż worek bez dna mieści w sobie tylko jeden przedmiot? Może jest tam coś jeszcze, tylko trzeba wiedzieć, jak szukać…

Grzebał, szperał, szarpał, trzepał, tarmosił, zaglądał, i nic. W końcu, lekko już zniechęcony, podjął jeszcze jedną próbę. Tym razem skupił się na myślach, które wypełnił pragnieniem udzielenia pomocy. Palce musnęły jakieś drobinki. Sięgnął głębiej, zacisnął pięść, wyjął. Otworzył dłoń, na której spoczywała garść podłużnych nasion.

– Ha, wiedziałem! Widzisz, Baguś, miałem rację! – Mumu zaczął biegać z radości po grzbiecie przyjaciela. – Możesz im to jakoś podarować?

– Yhy – odrzekł Bagabunga, po czym zamknął oczy. Chwilę później nasiona zniknęły z dłoni Mumu.

Czekali.

Nigdzie im się przecież nie spieszyło. Tak jak nie znali swojego początku, tak nie zapowiadało się, aby poznali koniec. A czas na planetach biegł z reguły o wiele szybciej niż ten spędzany w przestrzeni kosmicznej.

– Głodny – zaczął marudzić Bagabunga.

– Poczekajmy jeszcze trochę…

– Nie trzeba.

To był pierwszy raz, gdy latający towarzysz Mumu użył podczas jednej wypowiedzi dwóch słów. To mogło oznaczać tylko tyle, że wydarzyło się coś wyjątkowego. I tak też było, co karmiciel zobaczył w zesłanych mu obrazach.

Wysokie niczym góry rośliny wykiełkowały, zalewając jałowe ziemie dziesiątkami kolorów. Do koryt wróciła woda, która z rozkosznym grzmotem wędrowała do zapełniających się na nowo zbiorników. W pojedynczych miastach wracało życie, a między stalowymi budowlami przemieszczały się czteronożne istoty w srebrnych kombinezonach. Końcem wizji okazał się uśmiech jednej z nich.

– Przyjacielu, udało się – szepnął Mumu. Podbiegł do karku giganta, co zważywszy na fakt, że drogę pokonać musiał od zadu, chwilę trwało. Wskazał przed siebie ciemnym, krzywym paluchem i dodał: – W drogę. Wiele światów musimy jeszcze ocalić, aby choć odrobinę zrehabilitować swoje czyny.

Bagabunga pofrunął, mlaszcząc z głodu.

 

 

*

 

 

Gdy najedzony, skrzydlaty towarzysz oddawał się błogiemu odpoczynkowi, Mumu popadł w paskudny nastrój. Mówił na głos, choć jego hipotetyczny słuchacz wpuszczał słowa uchem skierowanym w jedną stronę wszechświata, a wypuszczał tym skierowanym w drugą.

– Nie potrafię poradzić sobie ze świadomością, że unicestwiliśmy tyle światów. Tyle miliardów istnień, które miały szanse przetrwać. Czuję się okropnie. Jakbym zmarnował miliony lat. Ale wiesz co? Pocieszam się jedną myślą. Chcesz wiedzieć, jaką?

– Yhm.

– Jeśli nie pamiętamy swojego początku, to kiedyś zapomnimy również o ostatniej uśmierconej planecie. Będziemy myśleć, że od zawsze robimy to, co robić będziemy. Czas zatrze złe wspomnienia. Tak przynajmniej mi się wydaje…

– Mhm.

– Uwielbiam z tobą rozmawiać. Niby wszystko wiesz, a zawsze się ze mną zgadzasz. Albo jestem taki mądry i za każdym razem mam rację, albo wiecznie się podlizujesz, kudłaczu!

Mumu zaczął czochrać przyjaciela. Choć początkowo śmiał się i radował, z każdą kolejną chwilą smutek uderzał go coraz mocniej, doprowadzając w końcu do zjawiska, którego doświadczył po raz pierwszy. Po kościstym policzku spłynęła łza, po niej druga, a potem następne. Pojedyncze krople przerodziły się w rzewny płacz. Czym był tak naprawdę spowodowany, nie wiedział chyba nawet sam Bagabunga.

 

 

*

 

 

Mumu wstał cały obolały.

Przyjaciel, na grzbiecie którego przemierzał wszechświat, będzie bez sierści jeszcze przez wiele kosmicznych lat. Mumu nie lubił tej suchej, pozbawionej miękkości skóry, na której musiał teraz bytować. Kiedyś jednak znów będzie mógł zasypiać w przyjemnym, złocistym kocyku. Wszystko ma swój cykl. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nie znaczy to jednak, że należy przyjmować rzeczywistość bezrefleksyjnie. Wiedział już o tym doskonale.

Bagabunga zatrzymał się, podwinął ogon, wprowadził skrzydła w spokojny, miarowy taniec. Unosił się tuż przy ledwo żarzącej się gwieździe.

– O rany, dopiero się obudziłem. Daj dojść do siebie – wymamrotał Mumu z oburzeniem.

Wierzchowiec charknął i odrzekł gromko:

– Głodny.

Przymknął wszystkie cztery pary oczu. Mimo iż zobaczył nimi miliardy planet i tryliardy gwiazd, nigdy nie widział swojego przyjaciela, który jest z nim od zawsze. Od zawsze, które nie miało początku. Czuje jedynie jego stopy na grzbiecie, oddech, delikatny dotyk, słyszy łagodny głos.

– Jasne, ty to zawsze jesteś głodny. Już, czekaj…

Mumu, przedzierając się przez masę wszelkiej maści szpargałów, wygrzebał ze swojego worka bez dna wędkę. Zarzucił haczyk bez przynęty w stronę gasnącej gwiazdy, a ta posłusznie się go uczepiła. Pociągnął, po czym zaczął zwijać linkę. W końcu Bagabunga otworzył ślepia i chapsnął gwiazdę na raz.

– Nigdy nie pojmę, dlaczego muszę ci je podtykać pod…

– Nie! – przerwał nagle przyjaciel gromkim rykiem.

– Co się stało!?

– Trucizna… – wybąkał, skręcając się z bólu. Mumu ledwo się na nim utrzymał.

Chwilę później obaj usłyszeli słowa, które przyszły znikąd, wypełniając równocześnie cały wszechświat:

– W końcu was dopadłem, tak jak dopadnę każdego, kto sprzeciwi się mojej woli.

Bagabunga zaczął obracać się bezwładnie wokół własnej osi. Mumu, choć długo walczył, w końcu stracił resztki sił, puścił się i zaczął spadać w niekończącą się pustkę. Nigdy się nie dowiedział, dlaczego brak grawitacji go nie dotyczył. Tak jak nigdy się nie dowiedział, czy to był ktoś, coś, czy było ich dwóch, czy tylko jeden. Nim całkiem pochłonęła go nicość, udało mu się zobaczyć choć jedno. Osiem oczu skrzydlatego przyjaciela, z których z każdym mrugnięciem uchodziło życie. Wszystkie wpatrywały się bezradnie w oddalającego się karmiciela światów.

Potem nastała cisza. Tajemnicza i złowroga cisza, będąca nieodłącznym elementem wszechświata.

 

Koniec

Komentarze

Uuu, ale wredny ten Stworzyciel.

Podobało mi się, zaczynasz bajkowo, potem jeszcze spotkanie z sobowtórem i zmiana strategii na bardziej… ludzką. Zupełnie nie oczekiwałam takiego zakończenia. Według naszych, ludzkich norm Mumu i Bagabumga powinni zostać nagrodzeni, a tu coś takiego. Widać wszechświat rządzi się własnymi prawami, które niekoniecznie są humanitarne. Trochę to przypomina ewolucję, najsłabsi, w jakiś sposób wybrakowani są przez naturę eliminowani. No, w każdym razie jest o czym pomyśleć :)

A, imiona nadałeś im świetne :)

Kliczek, rzecz jasna :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Hej, Irko :)

SPOILERY

Widać wszechświat rządzi się własnymi prawami, które niekoniecznie są humanitarne. – Właśnie na tym chciałem oprzeć ten tekst. Oczywiście starałem się zawrzeć w nim trochę tematów, mniej i bardziej poważnych, dających do myślenia, ale przede wszystkim tym zakończeniem właśnie chciałem pokazać, jak nieprzewidywalny jest wrzechświat. Jak nieskończony jest w nim czas i przestrzeń. Jak może zaskoczyć nawet tych, którzy niby trwali w nim tak długo i za pstryknięciem palca niszczyli planety. Czyli, że zawsze znajdzie się większa ryba czy coś :)

Dziękuję za kliczka i cieszę się, że się podobało! ;)

Obawiam się, Realucu, że nie zrozumiałam Twojej opowieści, choć musze przyznać, że czytało się całkiem nieźle.

 

za­miast po­ma­gać prze­trwać isto­tą za­miesz­ku­ją­cym… ―> …za­miast po­ma­gać prze­trwać isto­tom za­miesz­ku­ją­cym

 

Po­wiedz mi pierw­sze, co tym razem po­szło nie tak? ―> Nie rozumiem tego zdania, czy to jego ostateczne brzmienie?

 

Coś wy­da­rzy­ło się z jego ją­drem i tem­pe­ra­tu­ry nagle wzro­sły… ―> Czy jednocześnie wzrosło kilka temperatur?

 

że drogę po­ko­nać mu­siał od zada… ―> …że drogę po­ko­nać mu­siał od zadu

 

bę­dzie po­zba­wio­ny sier­ści jesz­cze przez wiele ko­smicz­nych lat. Mumu nie lubił tej su­chej, po­zba­wio­nej mięk­ko­ści skóry… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Wierz­cho­wiec po­krę­cił łbem i od­rzekł grom­ko… –> Wcześniej napisałeś: La­ta­ją­cy przy­ja­ciel miał tak dziw­nie skon­stru­owa­ny łeb, że nie mógł ru­szać nim w żadną stro­nę. ―> To nie mógł ruszać łbem i jednocześnie mógł nim pokręcić?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg ;)

Obawiam się, Realucu, że nie zrozumiałam Twojej opowieści – Nie dziwota. Tym razem postanowiłem dać upust swym dziwacznym wizjom, w związku z czym przyjmuję do wiadomości, że ktoś mógł się w nich trochę zagubić. Jednak, droga Reg, własną ręką, nogą, a może nawet i głową gwarantuję, że jakiś sens w tym tekście jest ;)

I jak zawsze z całego serducha dziękuję Ci za wyłapanie baboli. Gdy edytowałem tekst musiały skryć się skubańce w tym czasie w jakiejś czarnej dziurze :o

 

 

…własną ręką, nogą, a może nawet i głową gwarantuję, że jakiś sens w tym tekście jest ;)

Realucu, nie musisz gwarantować ani głową, ani kończynami, już to górnymi czy dolnymi – wszak nie odmawiam tekstowi sensu, ja go tylko nie rozumiem. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście, jest to istotna różnica :D W takim razie zostawiam głowę w spokoju, może się jeszcze przydać ;)

Przyda się, z pewnością się przyda. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Realuc! Jestem fanką takich bajkowych dream teamów jak dwaj główni bohaterowie. Światotwórstwo i bajkowość też przemawiają dla mnie na korzyść tego tekstu, chociaż zakończenie troszkę smutne. Z drugiej strony jakże prawdziwe, zwłaszcza jeśli pomyślimy o naturze wszechświata i o tym jak przebiega ten rok. XD Humanitarność czy może miłosierność to chyba nie jest cnota kosmiczna, tylko ludzka i to jeszcze niezaadaptowana przez wszystkie jednostki.

Tak czy inaczej, bardzo dobrze się czytało, a i uśmiechnęło, więc jak tu nie polecić?smiley

Cześć, oidrin! Jak pisałem w przedmowie, mimo bajkowej otoczki tekst nie jest, a przynajmniej nie miał być, łagodną bajką. Stąd i zakończenie takie… życiowe, nie bajkowe. Cieszę się, że spodobał Ci się ten team i dziękuję za polecajkę ;)

Podoba mi się historyjka. Na usta ciśnie mi się, choć nie do końca słusznie, słowo makabreska. Umiejętnie mieszasz bajkowo-abstrakcyjno-straszne klimaty. Również sama baza opowiadania – to, że wszechświat nie zawsze musi być fair – jest tu dobrze ukazana. :)

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dzięki za komentarz i cieszę się, że się owa makabreska spodobała ;)

Realuc, 

zaskoczyłeś mnie:-) myślałam, że będzie tak sielankowo do samego końca. Stworzyłeś niesamowity świat, piękną przyjaźń. Mumu i Bagabunga uzupełniają się, współpracują. Świetnie opisujesz, jak Mumu zdobywa dla Bagabungi pożywienie(i nie tylko), choć doskonale zdaje sobie sprawę, że ten mógłby to zrobić sam, ale i tak mu pomaga. 

A na koniec, gdy w końcu uświadamiają sobie, że można spróbować coś naprawić, a nie niszczyć i spotyka ich za to okrutna kara. Tym gorzej, że dzieje się to rękami Mumu. Chodzi o równowagę w przyrodzie? Nie wiem czy zrozumiałam przekaz:-)

Jestem zadowolona z lektury:-)

polecam do biblioteki i pozdrawiam

Interesujący tekst. Kosmiczni podróżnicy są nietuzinkowi. Ni to space opera, ni mit, ni przypowieść…

Zgodzę się z Irką, że Stworzyciel wredny. Po co właściwie mu tacy likwidatorzy? Czy rozwiązywanie problemów nie jest ciekawsze?

Ale kto powiedział, że muszę rozumieć Stworzyciela.

Mumu zatańczył radośnie na grzbiecie przyjaciela, następnie mocno uczepił się złocistej sierści a Bagabunga poszybował, przecinając skrzydłami kosmiczną pustkę.

Tak technicznie, to w Kosmosie/próżni nie da się szybować.

jeszcze przez wiele kosmicznych lat.

A jak się mierzy kosmiczne lata?

Babska logika rządzi!

Olciatka, hej! ;)

Bardzo się cieszę, że udało mi się Ciebie zaskoczyć oraz że wrażenia okazały się pozytywne :)

Chodzi o równowagę w przyrodzie? Nie wiem czy zrozumiałam przekaz:-)

Hm, w zasadzie można tak powiedzieć. Tym razem nie celowałem w jakiś jeden, konkretny przekaz. Starałem się umieścić w tekście kilka tematów, ale wszystko w otwartej formie, bez wbijania do głowy łopatą złotych myśli. A koniec opowiadania świadczy raczej o tym, że owszem, po pierwsze musi być jakaś równowaga, a po drugie, wszechświat jest tak rozległą i niesamowitą tajemnicą, iż rozwikłanie jej łatwe nie będzie ;)

Dziękuję i również pozdrawiam!

 

Finklo, dobry wieczór!

Jakże miło czytać słowa Twe :) Co do stworzyciela, nie odpowiem Ci. Stworzyciele mają bowiem to do siebie, że wyłącznie oni sami znają swe prawdziwe intencje :) 

Tak technicznie, to w Kosmosie/próżni nie da się szybować.

Tak technicznie, to pewnie i gwiazdy nie da się przyciągnąć wędką :) Generalnie sprawy techniczne w owym tekście należy rozpatrywać z przymrużeniem obu oczu. 

A jak się mierzy kosmiczne lata?

Hm, sam nie wiem. Ale Mumu z pewnością wiedział ;)

Dzięki! ;)

Podobało mi się :) Oryginalne, pomysłowe i bardzo dobrze się czytało. Rzeczywiście trochę stylizowane na bajkę, ale wcale nie bajkowe. Na duży plus bohaterowie i światotwórstowo.

Ode mnie ostatni bliblioteczny kliczek.

Katiu, tak jakoś podświadomie czułem, że to właśnie od Ciebie ten ostatni kliczek będzie :D Cieszę się, że zajrzałaś i że się podobało to i owo ;) Pozdrawiam!

smileyyes

Intrygująca wizja, pomieszanie Never Ending Story (wszystko, co jest wielkie, włochate i lata kojarzy mi się z Falkorem) z podróżami w kosmosie. Fajne. Filozoficzna opowiastka z gorzką puentą, że pomaganie innym może skończyć się tragicznie. Przeczytałam z przyjemnością. 

A i zapomniałam dodać, że tutaj jest literówka: 

"…bo stworzenia ją zamieszkujące zgubił własny rozwój" – > zgubiły

Niekoniecznie – rozwój stał się zgubą stworzeń.

Babska logika rządzi!

O, faktycznie! :)

Polska język bardzo trudna, ale jakie możliwości daje! :-)

Babska logika rządzi!

Cytryno, hej! Dzięki za komentarz, cieszę się, że mimo(a może dzięki nim) pewnych skojarzeń tekst przypadł Ci do gustu :) Co do literówki – Finkla dobrze prawi. Jest tak jak ma być, ale dzięki za czujność, pozdrawiam!

Interesujący tekst. Baśniowa oprawa, język oraz prostota przedstawienia wydaje się być przeciwieństwem niesamowicie mrocznej wymowy, ale zgrabnie je połączyłeś w jedno. Fajnie się czyta, a zakończenie zaskakuje – choć przez swą nagłość może też wywołać poczucie braku zapowiedzi (wiem, jest ten motyw poruszony w rozmowie z innym karmicielem). Jednak poza tym nie mam większych zastrzeżeń :)

Generalnie przyjemny koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, miło słyszeć, że koncert okazał się przyjemny :) Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

Hej.

Fajnie się czyta, takie połączenie Neverending storyAvatarem, ostatnim władcą wiatru. W tym drugim zresztą nawet pojawia się podobne imię: Momo ;)

Koncówka zakakuje, miało być już tak prosto i bajkowo, miała być rehabilitacja i naprawa światów, a tutaj nic z tego. I dobrze, bo historia na tym zyskuje.

Mam natomiast probelem z prostotą tej historii. Z jednej strony jest to zaleta, z drugiej czuję niekiedy, że niektóre wydarzenia dzieją się zupełnie przypadkowo. Mumu, IMO, zbyt łatwo zmienia się z niszczyciela światów w ich zbawcę; tutaj przecież chodzi o sedno sensu jego istnienia. Mam także wątpliwości co do wyrzutów sumienia bohatera, nie widzę do nich podstaw – wygląda to trochę tak, jakby Mumu nagle przyjął nasze, ludzkie wartości, nasz punkt widzenia związany z życiem i jego wartością. Nie rozumiem, jak to się stało.

Exit light

Bas, no hej!

Dobrze, że fajnie się czytało no i skojarzenia niczego sobie ;)

Co do przypadkowości wydarzeń. Z jednej strony Mumu poznawał istoty z niszczonych światów (poprzez wizje) więc niejako przyswajał też ich systemy wartości i tak dalej. Z drugiej też umyślnie często manewruję pojęciem czasu, pojawiają się kosmiczne lata o niewiadomej skali, liczby takie jak miliardy/triliardy i tak dalej. Co za tym idzie, to nie jest tak, że stworek dowiedział się o czymś i z dnia na dzień (w naszej skali pojmowania czasu) zmienił myślenie. 

Rozumiem jednak Twój punkt widzenia i dzięki za podzielenie się opinią! 

Pozdrawiam, do usłyszonka ;)

dO.ob

Ciekawe opowiadanie, Realucu.

Początek troszkę bajkowy, ale później wczułam się we wcale nie taki bajkowy klimat. Ładnie przedstawiłeś świat i bohaterów, których z łatwością można obdarzyć sympatią. Tempo spokojne, ale na moje oko równe. Przydałby się taki Mumu i Bagabunga we Wszechświecie, chociaż jak widać po zakończeniu, ktoś pewnie miałby obiekcje. ;) 

 

Podsumowując, dobre opowiadanie, podobało się. :)

 

Część Saro!

Cieszę się, że Ci się spodobało, tym bardziej, że tekst ten był jednak pewnego rodzaju eksperymentem. A co lub kto tam fruwa między gwiazdami, Mumu jeden tylko wie…

Pozdrawiam! ;)

dO.ob

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet, cieszę się! :D

Nowa Fantastyka