- Opowiadanie: UngardHandwick - 24683 b.a. (13112 a.o.), Kopalnia sitowa BOLT-3 na planecie Kepler-1387 b, ostatnie wspomnienia grabieżcy.

24683 b.a. (13112 a.o.), Kopalnia sitowa BOLT-3 na planecie Kepler-1387 b, ostatnie wspomnienia grabieżcy.

Opowiadanie jest jednym z kilkudziesięciu jakie powstało w ramach projektu Objawienie Apokalipsy. Cała dotychczasowa twórczość i zamysł artystyczny znajduje się na facebooku, gdzie można zgłębić resztę ponurego tworu graficzno/tekstowego. Zapraszam: 

https://www.facebook.com/objawienieapokalipsy/

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

24683 b.a. (13112 a.o.), Kopalnia sitowa BOLT-3 na planecie Kepler-1387 b, ostatnie wspomnienia grabieżcy.

 

Olbrzymia łuna zabłysła na południu. Chwilę potem ziemia zatrzęsła się, rozsypując bazaltowe kolumny niczym bierki. Odskoczyłem na bok, podnosząc spod butów chmurę pyłu, ale drobny wulkaniczny odprysk uderzył mnie w ramię, powalając na spękaną, rozognioną ziemię. Gdyby nie kombinezon wzmocniony włóknem węglowym, zapewne straciłbym rękę. Podźwignąłem się z kolan, sycząc z bólu. Wykrzesałem z siebie resztki energii jakie mi zostały po trzech dniach na planecie – śladowe zapasy dożylnego białka i węglowodanów już dawno mi się skończyły. Zmuszając ociężałe nogi do chodu, ruszyłem w dół zbocza, w stronę pozostawionego w bezpiecznym miejscu pojazdu.

Wyłonił się spomiędzy popiołów na jednej z kilku skalnych półek okalających urwisko. Trzy sztywne podpory pracowały z sykiem na siłownikach, utrzymując poziom. Kolejny wstrząs zawibrował w powietrzu. Głuchy trzask wybrzmiał niczym grom. Megalityczna, zastygnięta struktura złamała się wpół i wystrzelona niczym pocisk, poszybowała kilka metrów, rozdmuchując na boki potężne obłoki dymu. Z otworu w ziemi wyjrzały ku mnie strumienie lawy, bijąc zwartą fontanną w niebo. Potworny hałas spadających bloków zadudnił mi w uszach. Szeroki jęzor żywego ognia potoczył się w moją stronę. W panice rzuciłem się do statku, majaczącego wśród furkoczących wulkanicznych bomb. Dopadłem krawędzi urwiska. Kilka pumeksowych kamieni umknęło mi spod stóp i potoczyło się z chrobotem w dół. Zachwiałem się i… runąłem w przepaść.

Jakieś 500 lat temu korporacje górnicze nazywały tę planetę Tyglem. Wszystko co tylko kotłowało się wewnątrz stopionego płaszcza wypływało przez wąską skorupę w formie stopionych glinokrzemianów z domieszkami cennego, odpornego kruszywa wymywanego z głębszych warstw. To właśnie ów dodatek sprawiał, że niebezpieczne sejsmicznie tereny zaczęły pokrywać odkrywkowe sita, wyławiające przy temperaturze 1500 stopni Celsjusza najcenniejsze i najbardziej odporne surowce. Kopalnie pochłonęły wiele istnień, aż w końcu, olbrzymim nakładem funduszy, udało się zautomatyzować większość pracy. Potężne maszynerie przesiewały stopiony urobek, ładując go samodzielnie na ciężkie pojazdy transportowe wysyłane do odległych cywilizowanych światów. Wydajne kompleksy wydobywcze zapewniały wartki napływ funduszy dla górniczych potentatów, a niemal nieskończone zasoby Tygla zachęcały coraz większą liczbę inwestorów. Zasilane geotermalną energią sita stawały się łatwiejsze w utrzymaniu, a zniewolona siła globu przestawała budzić lęk.

Jednak nie tylko przedsiębiorcy skupili swe pazerne spojrzenia na Tyglu. Kopalnie zaczęły kusić także przestępcze syndykaty, którym mało było kradzieży transportów urobku. Agresywni i zdeterminowani rabusie poczęli atakować sita i przejmować produkcję. Bezbronne kopalnie poddawały się jedna po drugiej, a szabrownicy wzmacniali swe wpływy dzięki nielegalnemu barterowi. Z braku odpowiedniej wiedzy przejęte kompleksy ulegały częstszym awariom, ale łupieżcy ani myśleli zajmować się naprawą i konserwacją zdobyczy. Porzucali uszkodzone maszynownie, wysadzali niedziałające konstrukcje i rzucali się na kolejne, wciąż funkcjonujące.

Tygiel spłynął krwią, kiedy zaawansowane systemy ochronne, wielkokalibrowe działa i tarcze kinetyczne wypełniły pozostałe górnicze budynki. Inwestycje defensywne zrównały się niemal z zyskiem, a rozgorzałe walki przyniosły kolejne zniszczenia. Olbrzymie konglomeraty poczęły upadać, gdy rentowność wydobycia stanęła pod znakiem zapytania. Planeta, jak gdyby nakarmiona ludzkim bólem, rozbudziła się z letargu, zasnuwając niebo wulkanicznym dymem. W coraz liczniejszych trzęsieniach ziemi uszkodzeniom uległy następne sita. Zrujnowanych maszyn nie opłacało się już naprawiać, a po jakimś czasie nie było już nawet czego bronić. Zbankrutowani górnicy zaprzestali wreszcie wydobycia, zostawiając ostały sprzęt i resztki urobku na pastwę szabrowników. A Tygiel wciąż zwiększał swoją aktywność sejsmiczną. Trząsł się miotany wybuchami coraz to nowych gejzerów magmy i trzaskał topionymi od spodu kontynentami. Jego powierzchnia stała się grząska i niestabilna. Gorący i niebezpieczny glob znów obudził w sercach pierwotny respekt. Planeta stała się opuszczonym skarbcem i tylko desperaci decydowali się, by wstąpić w jej niegościnne progi.

Trzy ziemskie dni temu, kiedy posadziłem statek na podziurawionym, sinym trachicie, byłem jednym z takich ludzi. Zrządzenie losu popchnęło mnie do czynów zakazanych i niemoralnych, co następnie pociągnęło za sobą lawinę różnorodnych kłopotów. Finalnie moja sytuacja finansowa wymagała natychmiastowych działań i niedługo miałem położyć pod nóż własną szyję. Nie mając do dyspozycji nic, co bezwzględnie mogłoby mnie uratować, zdecydowałem się na podjęcie ryzyka związanego z Tyglem. Dysponowałem kradzionymi mapami inżynieryjnymi kompleksu przesiewowego BOLT-3 znajdującego się na dość bezpiecznym sejsmicznie biegunie południowym planety, toteż zakładałem, że być może uda mi się uruchomić jedno z sit i zebrać wystarczająco dużo materiału, by wykupić dług od swoich wierzycieli.

Nękany złym przeczuciem trafiłem do komory siewnej obiektu i nie bez problemu uruchomiłem zardzewiałe, nadtopione urządzenie. Z potwornym świstem, w obłokach dymu i pary, grudy lawy zebrały się przy twardych okach siatki, a następnie spłynęły przezeń gęstym, rozgorzałym strumieniem. Brudna, pokryta sadzą i popiołem szyba rozgrzała się momentalnie, a grube przesłony opadły na nią, zostawiając zaledwie niewielkie luki służące do obserwacji. Wydawało mi się, że wystarczy paręnaście godzin, abym mógł spłacić swe długi. Kawały urobku zapełniały powoli zsyp, opadając na stos u spodu. Zachęcony pierwszym powodzeniem zdecydowałem się uruchomić kolejne sito. Obszedłem zabezpieczenia, które ktoś zainstalował na konsolecie i odtworzyłem program. Konstrukcja, prostując wsporniki, z przerażającym zgrzytem poruszyła się w górę. Podpora leja magmowego złamała się jednak niczym zapałka, zarzucając gęstą, stygnącą lawą cały budynek maszynowni. Skorupa krzemianów pogrążyła mnie w nim niczym w grobowcu.

Niektóre warstwy lawy charakteryzują się sporą porowatością, dzięki czemu dość łatwo się przez nie przebić. Gorąco zasklepiło jednak drzwi i otwory wentylacyjne, a to znacznie utrudniało nie tylko odkopywanie, ale i samo przeżycie w ośrodku. Wiedziałem, że muszę najpierw pootwierać śluzy i naprawić przepaloną elektronikę, aby ponownie odpalić urządzenia filtrujące dwutlenek węgla. BOLT-3 był jednak kompleksem starszego typu. Zautomatyzowany, nie został gruntownie przebudowany, przez co wciąż nadawał się do obsługi przez człowieka. Oznaczało to, że wszystkim można było zawiadywać z wewnątrz, a ciężki sprzęt i systemy podtrzymywania życia znajdowały się w parterowych holach.

Mimo odpowiednich narzędzi, udało mi się wydostać spod gruzowiska dopiero po pełnym roku na planecie. 54 godziny ciągłej pracy, bo tyle wynosił okres orbitalny Tygla, odbiły się na mnie wycieńczeniem. Miałem dosyć – ręce bolały mnie od wysiłku, brzuch ściskał z głodu. Byłem wściekły, ale kiedy zobaczyłem wreszcie zasnutą dymem powierzchnię planety cieszyłem się jak dziecko. Przebiłem szpikulcem ostatnie kawałki zastygniętej lawy, które blokowały moją ucieczkę kanałem wentylacyjnym i wytoczyłem się na zewnątrz. Szczęśliwie pierwsze sito wciąż pracowało. Potężna konstrukcja jęczała żałośnie przy każdym ruchu stalowych podpór. Chwiejąc się na nogach z odwodnienia, opróżniłem platformę kolekcjonującą. Kilkadziesiąt kilogramów urobku zaciążyło mi na ramieniu. Ledwo zdołałem to unieść, ale nie miałem w tamtej chwili czasu na przebieranie materiału. Drgania ziemi dawały o sobie znać niskimi pomrukami, analizator podpowiadał, że aktywność sejsmiczna już dawno wykroczyła poza bezpieczną skalę. Zabawiłem zbyt długo, ryzykując życiem. Czym prędzej ruszyłem w stronę statku. Po opuszczeniu kompleksu udało mi się przejść zaledwie 400 metrów, zanim trafił mnie szrapnel.

Kiedy odzyskałem świadomość po upadku w dół urwiska, zdałem sobie sprawę ze szczęścia jakie miałem. Żyłem, a cenny urobek nie wypadł mi przy potknięciu. Dopiero wtedy rozejrzałem się wkoło, orientując w rzeczywistej sytuacji. Leżałem na kawałku gąbczastego w dotyku głazu. Był tak rozgrzany, że uginał się pod palcami, a pędząca wokół lawa parzyła mnie mimo grubej warstwy izolacyjnej stroju. Statek znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej, odgrodzony ciekłym, bulgoczącym materiałem, którego nie mogłem przebyć. Systemy skafandra trąbiły ostrzeżenia o temperaturze. Obliczenia komputera potwierdzały, że w ciągu pół godziny ugotuję się żywcem.

Groźba wywołana uciekającym czasem paraliżowała mnie. Zmęczenie odbijało się na moim organizmie potęgowane gorącem. Termometr kombinezonu wskazywał 52 stopnie, a kreski wciąż rosły. Fale potu zalewały mi oczy, wypełniały kąciki ust słonym smakiem. Ulegałem narastającemu napięciu, rzucając się na niewielkiej powierzchni skały jak ćma przy żarówce. Kiedy moje oczy zaczęły szczypać z wysuszenia, zamknąłem je, zakładając najgorsze. Pogodziłem się ze swoim losem, przechodząc ze stadium paniki w zobojętnienie. Czerwonawą ciemność wnętrza moich powiek rozświetlał tylko alarm przebijający się nachalnie do oprogramowania siatkówki. 65 stopni. 67. 68. Modliłem się abym zemdlał.

W pewnej chwili aparatura kombinezonu uległa uszkodzeniu. Termometr utkwił na 73 stopniach i od jakiegoś czasu nie błyskał już alarmowo. Zmieszany z łzami pot parował w gorącu hełmu, utrudniając oddychanie. Wentylacja nie nadążała z odprowadzaniem wilgoci i ryzykowałem poparzeniem, jednak otworzyłem oczy, chcąc przyjrzeć się jeszcze raz nadchodzącej zagładzie. Wulkaniczny krajobraz zasnuty był dymem. Straszliwa łuna okalała mnie, promieniując z otaczającej ostaniec lawy. Strumień zwolnił jednak wyraźnie. Ogniste jęzory tężały w kontakcie z powietrzem twardą, kruchą skorupą. Ciemne plamy znaczyły nieprzebytą otchłań pęcherzami zastygającego ognia. System chłodzenia odniósł pierwszy sukces. Temperatura poczęła spadać.

Niecałą godzinę później lawa zastygła na tyle, iż mogłem się po niej przemieszczać. Wzrok mętniał mi wciąż od przegrzania, gdy stawiałem niepewne kroki po porowatej powierzchni utwardzonej skały. Kiedy dotknąłem opuszczone skrzydło pojazdu, nie czułem jednak szczęścia. Byłem zbyt słaby, by się cieszyć, zbyt zmęczony, by czuć cokolwiek. Otworzyłem trap i wczołgałem się na fotel pilota. Bezcenny urobek rzuciłem obok.

Po wielu dniach dotarłem nareszcie do stacji napędowej, z pomocą której miałem dostać się do cywilizacji. Wraz z postępem w podróży stan mego organizmu nie poprawiał się jednak. Zacząłem mieć trudności z oddychaniem, skóra piekła mnie niemiłosiernie, a ukryte w czepku włosy opadały mi wiechciami na szyję. Byłem nieznośnie osłabiony i nawet niekiedy zapadałem w letarg – nie potrafiłem już sobie wmawiać, że problemy wywodzą się z przegrzania. Autopilot pomógł mi przycumować statek do śluzy stacji. Zdziwiłem się, kiedy obsługa nie wpuściła mnie do środka, ale oznajmiono, że mój pojazd jest mocno skażony i dla bezpieczeństwa załogi należy wpierw przeprowadzić skan medyczny. Licznik promieniowania już z metra nie mógł się zamknąć. Trzeszczenie jakie z siebie wydawał wbijało się w mój mózg niczym młot udarowy. Na podetkniętym przed twarz lusterku dojrzałem swoje oblicze. Nabrzmiała na policzkach skóra pokryła się różowymi owrzodzeniami. Krwawe zacieki znaczyły drogę od uszu. Kątem oka zobaczyłem jak przykucnięty przy mnie technik medyczny kręci głową.

– Dane nawigacyjne stwierdzają pobyt na Tyglu – powiedział jeden z nich, grzebiąc w moim komputerze. Nie miałem siły by prostować. Drugi podniósł torbę.

– Jakie ciężkie – jęknął. Chciałem rzucić mu pogardliwe spojrzenie, krzyknąć, żeby to zostawił, ale jedynie obśliniłem sobie brodę. Mężczyzna sprawdził pojemnik licznikiem i zagwizdał cicho. Trzaski przypominały wystrzały z automatycznego karabinu. Rzucił torbę na podłogę i otworzył ostrożnie.

– Co ty żeś nabrał? – skierował połyskliwą maskę hełmu w moją stronę. Rozchylił materiał, ukazując zebranym wielki kawał skalnego odłamka.

– Monacyt. Ze skał magmowych. Pewnie było go tam pełno – powiedział ten od komputera.

– Nie dotykaj, jest promieniotwórczy – rzucił inny.

Czułem narastające napięcie. Spoglądali ku mnie i, mimo iż nie widziałem ich twarzy, przeczuwałem o czym myślą. Siedziałem przez tyle dni w ciasnym, hermetycznym pomieszczeniu razem z wielkim kamieniem toru i uranu. Zatruwałem się, myśląc, że ratuję swoje życie.

– Wywal to – ten przy komputerze od niechcenia machnął ręką. – Tu nie ma wartości.

Koniec

Komentarze

Hej :)

 

wewnątrz stopionego płaszcza wypływało przez wąską skorupę w formie stopionych glinokrzemianów

Nie lepiej byłoby “cienką”?

 

ładując go samodzielnie na ciężkie pojazdy transportowe wysyłane do odległych cywilizowanych światów.

Zamiast pojazdy, użyłbym słowa “statki” albo coś pokrewnego, co sugeruje, że przemieszcza się nie po lądzie, ale przez przestrzeń (choćby transportowce, frachtowce, tankowce).

 

a szabrownicy wzmacniali swe wpływy dzięki nielegalnemu barterowi.

Czy barter jako forma transakcji jest nielegalny? Jeśli nie, warto może wyjaśnić co było przedmiotem barteru.

 

rozbudziła się z letargu

Nie lepiej “obudziła” albo “wybudziła”?

 

Kawały urobku zapełniały powoli zsyp, opadając na stos u spodu.

Ta informacja jest zupełnie niepotrzebna i przez nią zdanie brzmi niezgrabnie.

 

Obszedłem zabezpieczenia, które ktoś zainstalował na konsolecie i odtworzyłem program.

Tutaj nie miało być “otwarłem/otworzyłem”?

 

54 godziny ciągłej pracy, bo tyle wynosił okres orbitalny Tygla, odbiły się na mnie wycieńczeniem.

Liczby zapisujemy słownie. Pogrubione jakoś mi nie leży, źle brzmi. Odbić się wycieńczeniem?

 

brzuch ściskał z głodu.

Może “w brzuchu ściskało z głodu”?

 

odgrodzony ciekłym, bulgoczącym materiałem, którego nie mogłem przebyć.

Wydaje mi się, że słowo “materiałem” tutaj średnio pasuje, nie oddając widoku przelewającej się magmy.

 

Zmieszany z łzami pot parował w gorącu hełmu, utrudniając oddychanie.

Chwilę wcześniej oczy szczypały go z wysuszenia, a teraz płacze?

 

Nie miałem siły by prostować.

Protestować?

 

Ogólne wrażenia na plus. Tutaj jest jakaś historia, która ma początek i koniec, czego o wcześniejszych tekstach powiedzieć nie mogłem. Czytało się nieźle i w miarę płynnie, choć potykałem się kilka razy. Wyszczególnione powyżej potykacze nie są wszystkimi, jakie przeszkadzały mi w odbiorze.

 

Krótko: podobało mi się, choć nie porwało.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

 

Known some call is air am

Może i Twój projekt jest zajmującym przedsięwzięciem, ale forma wielu krótkich tekstów jakoś mnie nie przekonuje. Przeczytałam bez przykrości, ale nie nabrałam ochoty na więcej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć :)

 

Dobrze napisany tekst w warstwie opisowej. Dobrze czytało się opisy działania kopalni, czy magmy wydobywającej się spod skał.

Mam problem z początkiem – nie rozumiem, co tam się zadziało? Bohater runął w przepaść i co dalej? Fragmenty opisu dość chaotycznie, IMO, rozdzielają akcję na części. Może lepiej byłoby opisy dać na początek, wplatając w akcję, np. przez relację z lądowania Grabieżcy na Tyglu? Dodatkowo rozczarowała mnie końcówka, spodziewałem się jakiegoś twistu, czegoś wow.

Twoja historia przypomina mi jeden z odcinków Ulissesa 31, może jakieś mitologiczne nawiązania, mogłyby uatrakcyjnić tę opowieść? Pomyśl ;)

Exit light

Nowa Fantastyka