- Opowiadanie: maciekzolnowski - COP CAR, cz. 1 - opowiadanie na podstawie filmu z dodanym wątkiem fantastycznym

COP CAR, cz. 1 - opowiadanie na podstawie filmu z dodanym wątkiem fantastycznym

Oceny

COP CAR, cz. 1 - opowiadanie na podstawie filmu z dodanym wątkiem fantastycznym

To było małe, znajdujące się na terenach półpustynnych miasto, takie, jakie pokazują nieraz w telewizji nocą, gdy leci amerykański kryminał albo film drogi, a na zewnątrz jest mokro, wietrznie i zimno. Jedna uliczka na krzyż, jeden kościół baptystów, biuro szeryfa, dwa zapyziałe bary przydrożne, szkoła z boiskiem sportowym z czasów Kennedy'ego, stacja benzynowa, warsztat samochodowy, sklepik oraz parę niepozornych i niczym nie wyróżniających się domków. Jednym słowem: zadupie, na którym nie chciałbyś za nic w świecie mieszkać, a zresztą kto by chciał?! Ludzie, którzy tu żyli nie byli wcale ani źli, ani dobrzy, choć oczywiście mieli swoje za skórą, jak to ludzie. Niewinne potyczki, uliczne kłótnie, pijackie burdy, drobne kradzieże – nic wielkiego. Ci ludzie byli po prostu swoi, zastani, zżyci z miejscem, a co za tym idzie – znali się jak łyse konie. Obcego zwęszyliby na milę albo dwie, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przepadał w Superior za obcymi, bo przybysz oznaczać mógł wyłącznie kłopoty i interesowanie się nie swoimi sprawami. Na szczęście nikt tędy nie przejeżdżał ani się tu niepotrzebnie nie pałętał, a jeśli już – to tylko po to, ażeby przekimać noc lub dwie, zatankować, najeść się do syta, napić i jak najszybciej stąd spieprzać. Taka to była senna mieścina z pogranicza jawy i snu – kraina wiatrów pędzących tumany pyłu i biegacze – tak mała i nic nieznacząca, że prawie aż nierealna, prawie nieistniejąca i, co tu dożo gadać, nudna do bólu. Nudzili się nie tylko dorośli, ale także dzieci, przy czym te ostatnie nudziły się bardziej. Aby się czymś zająć, wymyślały najrozmaitsze i najdziwniejsze zajęcia, czasem dość niebezpieczne.

 

Tak było i tym razem, kiedy owej leniwej soboty jedenastoletni Oliver Chester Snow, dla przyjaciół Oli, i dziewięcioletni Theodore Henry Cooper, zwany Teo, zmierzali do indiańskiego uroczyska kultowego, będącego w istocie od dawna już nieczynnym cmentarzyskiem, gdzie w skąpym cieniu kaktusów, dzierżąc proce domowej roboty, mieli chłopcy zamiar walczyć z własnym nieróbstwem, grzechotnikami i cholernie, ale to cholernie nieznośnym upałem. Ptaszki kwiliły gdzieś w oddali, a lekki wiaterek szumiał niewinnie… i mógłby ktoś pomyśleć, że tak właśnie wygląda zew wolności utrwalony na obrazku jakiegoś symbolisty albo zatrzymany w stop-klatce, że tak przedstawia się zapach potencjalnie możliwej do przeżycia przygody. Ale chłopcy nie wiedzieli jeszcze, jaka to przygoda i co czeka ich za przysłowiowym rogiem. Szli, potykając się co chwila o wystające z piachu, rozgrzane kamienie i klnąc jak szewcy.

Można powiedzieć, że to starszy Oliver był wszystkiemu winien. Mianowicie jakiś czas temu wymyślił nową zabawę i postanowił nauczyć świętoszkowatego Teo paru ordynarnych zwrotów. Chodziło o to, ażeby jak najlepiej utrwalić dane przekleństwo w głowie, powtarzając je w kółko. A potem kolejne i jeszcze raz kolejne. Kto wypowiedział straszniejsze, ten wybierał następne wyrażonko, które było z kolei powtarzane przez kompana niczym mantra. A jeśli już niczego nie potrafił wykombinować, wtenczas oddawał głos, pasował. Prawda że proste? Proste i piękne jak symetrycznie zbudowana dziewica, jak nimfa pustyni, o ile w ogóle jest coś takiego.

Dziś chłopcy także licytowali się na wulgaryzmy, co zresztą traktowali jako rodzaj swoistej gry, i jednocześnie wałęsali się po okolicy, dzierżąc w dłoniach zastrugane kije (każdy, kto choć raz w życiu trzymał takie rózgi w rękach wie, jakie to fajne uczucie).

– Pipa – powiedział Oli.

– Pipka – powtórzył Theodore i natychmiast poczerwieniał. Teraz stał i czekał bezradnie na reakcję kolegi.

– Suka!

– Suka! – powtórzył Teo.

– Fiut! – zawołał Oli bez, jak by to powiedział jego ojciec, z zawodu mechanik, obcyndalania się.

– Palant i taki pacan, że ho, ho! A na dodatek stary i durny fiut! Śmierdzący kutafon, he, he!

– Ile przeszliśmy? – przerwał na moment Oli.

– Ze sto dwadzieścia mil będzie.

– To dobrze. Już niedaleko. – Jedenastolatek wskazał palcem na przeszkodę. – Tylko uważaj na rdzę. Nie chcę, żebyś się nią zatruł. Może być toksyczna.

– Toksyczna? Jak to? Ee, wkręcasz mnie.

Obaj minęli siatkę, która stała im na drodze. Wysportowany Oliver schylił się nieznacznie i przelazł ogrodzenie zwinnie niczym kot, natomiast Teo zaczął piekielnie się guzdrać, że o zaczepieniu kurtką o stalowe kolce – zwieńczenie owej siatki – nie wspomnę. Dobrze, że nie zrobił sobie krzywdy kalecząc się ani nie zniszczył doszczętnie ubrania.

– Aaa, pieprzyć to! Pieprzyć to wszystko, cały ten bajzel, cały świat i ten grajdoł wraz z jego mieszkańcami.

Kiedy to mówił, miał Oli twarz aniołka. Zapowiadał się na niezwykle przystojnego młodzieńca i już teraz podobał się dziewczętom. Na razie jednak był po prostu dzieckiem, pisklakiem, ślicznym chłopczykiem o twarzy niewiniątka (twarzy bardzo ładnie opalonej – dodajmy).

– Pieprzyć wszystko, nawet samego Boga!

– Nie powiem tego – stwierdził poważnie Theodore po chwili namysłu. – O, nie, nie.

Był to krępy, niewysoki chłopiec w okularach, któremu najwyraźniej przeszkadzała obecność piegów na tym łez padole, sam fakt ich istnienia. Tak, piegi były jego największym przekleństwem i bardzo, ale to bardzo się ich wstydził.

– Nie powiem tego – oznajmił. – To najgorsze przekleństwo jakie znam. Nie dam rady go powtórzyć. I nawet nie chcę tego robić, rozumiesz?

– Koleś z ósmej klasy powiedział, że to po rusku, blyad, więc można tak gadać. No, wal śmiało, nie bądź cipa! Jeśli tego nie zrobisz, to jesteś uparty jak wół i jak wół głupi. – Na swój sposób Oliver dopingował kumpla, którego przecież bardzo lubił i z którym przyjaźnił się nie od dziś. – Teo jest głuuupi, głuuupi. Głupi i uparty, he, he!

Nagle dziewięciolatek ożywił się i wskazał ręką kierunek, w którym należało biec:

– Węże! Tam na wzgórzu, spójrz! Tuż pod kamieniami. Chodźmy!

Mały miał najwidoczniej nosa do tych spraw, bo istotnie w niewielkim kopcu znajdowało się gniazdo wraz z prowadzącymi doń otworami, które należało dyskretnie zatkać za pomocą długaśnych kijów – te mieli chłopcy w dłoniach – w taki sposób, ażeby pełzające paskudy nie pouciekały. Teraz Teo mógł być z siebie naprawdę dumny: nie dość, że odkrył plugawe gadziny, to jeszcze uniknął napiętnowania i otrzymania tytułu tchórza podwórza, że o cipie nie wspomnę.

– Ty! Wrzucimy do norki skorpiona? Coś tu dzisiaj za spokojnie jest – zauważył Oliver. – Zróbmy małe zamieszanie, małą „Pustynną Burzę”.

– Przecież wiesz, że grzechotnik wygra, tak jak było za ostatnim razem.

– Wcale nie wiem. – Oliver uśmiechną się szyderczo. – No dobra, kij z tym! Nie będzie skorpionowego deszczyku, kap, kap, kap… – westchnął zrezygnowany.

Czas mijał, a chłopcy powolutku zbliżali się do celu, gdzie w niewielkiej niecce znajdowało się coś w rodzaju oazy, z lasem potężnych kaktusów, wonnymi opuncjami i morzem nie do końca wyschniętych wodnych oczek… no i cmentarzem, o którym była mowa wcześniej. Jednak to nie piękno miejscowej flory ani osobliwości świata fauny przykuły uwagę podrostków. Oto bowiem w nieosiągalnej na pozór dali wyraźnie skrzył się tajemniczo znajomy przedmiot, który intrygował i rodził pytania, a przywodził na myśl kabriolet albo jakąś inną wypasioną furę. Ponieważ sprawa domagała się wyjaśnienia, Oli i Teo podbiegli naprzód, ale tylko paręnaście jardów, następnie padli na kolana i podczołgali się bliżej. Teraz nie mieli wątpliwości: przed nimi rysował się radiowóz jak z ulubionych komiksów i, co ważniejsze, pojazd był kompletnie pusty, a w pobliżu jak okiem sięgnąć nikogo nie było.

– Ekstra! – Oliver musiał to po prostu wykrzyczeć, wcale nie kryjąc się z okazywaniem męskich, a raczej chłopięcych emocji.

Przyjaciele stali tak przez dłuższą chwilę w całkowitym milczeniu, napawając się zastanym widokiem. Sam na sam z odpicowanym i gustownie wykonanym, czarnym pojazdem. To było dopiero coś i mało który łepek z ogólniaka mógł się czymś takim poszczycić, że o młokosach z podstawówki nie wspomnę. Stali i stali, aż w końcu naszła ich ochota, by posunąć się o jeden krok dalej.

– Dawaj kamień! Zobaczę, czy uda mi się walnąć nim w koguta.

– Zwariowałeś, Oli? Chcesz pozostawić odciski palców? – Obu szczwanym druhom przydałyby się dwie rzeczy: natychmiastowe ostudzenie emocji i czas na zastanowienie.

– Hej, Teo! Wyzywam cię. Wyzywam cię, mały draniu! Musisz koniecznie zejść do oazki póki nikogo nie ma, podejść i go dotknąć, no, pogłaskać tak jakby. Pamiętaj, że to jest wyzwanie i nie możesz się wymigać. Jeśli stchórzysz to pozostaniesz tchórzem już na zawsze, na wieki wieków, zgoda?

Theodore tylko na to czekał. Oto nadarzała się okazja, by dowieść męskości i skończyć raz na zawsze z opinią fujary, podwórkowej ofermy jaka ciągnęła się za nim jak smród za szkopskim wojskiem. Choć z drugiej strony… ten glina mógł przecież w każdej chwili wrócić i zrobić nielichą zadymę, a tego by Teo za nic w świecie nie chciał. Upływające sekundy oraz minuty pokazywały dobitnie, że dzieciak ma niemały zgryz.

– To idziesz czy ja mam pójść za ciebie, maminsynku? – Oli zaczynał się już niecierpliwić.

– Czekaj! Nie powiedziałem, że nie idę, tylko że mam wątpliwości. A co, jak nadjedzie drugi radiowóz? Ojciec mówił mi kiedyś, że gliniarze pozostawiają suki w pobliżu dróg w celach prewencyjnych, no wiesz, tak żeby kierowcy tak strasznie, strasznie nie grzali.

– Zgadza się. Tylko że to się inaczej nazywa, bo widzisz… suki służą do przewożenia więźniów bądź aresztantów.

I tak po trzech minutach ogryzania paznokci i drapania się w łepetyny chłopcy postanowili, że zjadą wspólnie na tyłkach po stromym zboczu urwiska, ku oazie. Jeszcze przez chwilę niepewnie zbliżali się do auta, obchodząc je i czając się jakby wykonywali dziwny szamański taniec wokół ogniska. W końcu jednak nacisnęli klamkę i… okazało się, że drzwi są zamknięte. Oli okrążył raz jeszcze pojazd i spróbował go powtórnie otworzyć, tym razem jednak mocniej i pewniej nacisną klamkę, skutkiem czego drzwi ustąpiły i chłopiec wlazł powoli do środka.

– No nie wierzę! Udało się! Wskakuj, Teo – zachęcał młodszego kompana; ten na drżących nogach obszedł radiowóz po raz trzeci i z wahaniem wsunął się na przednie siedzenie pasażera; teraz wystarczyło już tylko odpalić bryczkę i wiśta wio (oczywiście tak wyłącznie w wyobraźni).

– I kto jest najlepszy, no kto?! – wołał zachwycony Teo, pokazując palcem na obracającego kierownicą Olivera.

Właśnie zabawa zaczynała się rozkręcać, gdy nagle ze schowka wypadły kluczyki od stacyjki. Jedenastoletni Oli – chuligan, miejscowy rozrabiaka i postrach starszych pań – spojrzał porozumiewawczo i już wiedział, po co tu dzisiaj przyszli. Wiedział mianowicie, że jest to ich przeznaczenie i przygoda życia.

– Umiesz prowadzić?

– Ha! No pewnie! – zaśmiał się Oli. – A jeśli nie umiem, to zaraz będę umiał. – I włożył kluczyki do stacyjki, następnie je przekręcił, odpalając silnik.

– No to jazda!

– Jazda!

– To w drogę!

– W drogę! – Zdawało się odpowiadać i ich przedrzeźniać pustynne echo, co brzmiało posępnie, a nawet złowrogo; i Teo mógłby przysiąc na rodzoną matkę, że gdzieś w tym echu kryje się odwieczna tajemnica spalonej słońcem ziemi indiańskiej.

– Dlaczego nie ruszamy, co? – spytał zawiedziony Oli.

– A dodałeś gazu? To po prawej. Nie! Nie ten. Od gazu jest drugi. – Teo wskazał palcem pedał. Aż miło było popatrzeć, ile wie o motoryzacji ten nieśmiały i niewydarzony dzieciak.

– Włącz koguta, będzie ciekawiej. – Zachęcał kierowca. – Może być ciekawiej i fajniej…

– Taaa… no i głośniej.

Chłopcy mknęli przez oazę, potem wyjechali na pustynię i nią śmigali, mknęli ku drogom, ku cywilizacji i majaczącemu w dali „złotemu miastu”. Poza tym wszystko było po staremu, jakby się nic a nic nie stało: słońce prażyło, deszcz nie padał, i to już od dawna, a ptaszki, jak to ptaszki, śpiewały ody wolności i swobody.

– A co będzie, jak nas ktoś zobaczy? – miał Oli wątpliwości.

– Jak to co? Powiemy, że jesteśmy z policji, że z nimi współpracujemy, że jesteśmy na co dzień tajniakami, się wie.

– Dobry pomysł.

– Dobry no. To teraz NASZ RADIOWÓZ. Oli, powtórz: to NASZ RADIOWÓZ!

– To tylko NASZ RADIOWÓZ! Hip, hip! Hurra, hurra, hurra!!!

Koniec

Komentarze

Już widzę te odpowiedzi w rodzaju: ale gdzie fantastyka? I otóż to właśnie: gdzie? Ano nie w tej części, Moi Drodzy, nie w tej części. Ot, taka sobie wprawka literacka – poskramiaczka rozbuchanego języka poetyckiego, bo gdzie trzeba, tam trzeba, a gdzie nie trzeba, to nie warto. Ale wątek stosowny będzie, oj, będzie. Tylko że nie w tej części jeszcze. :-)

Maćku, tekst prezentowałby się znacznie estetyczniej, gdybyś zechciał go należycie wyjustować.

 

edycja

Maćku, próbowałam przeczytać tekst, ale cóż, w obecnym kształcie jest to, delikatnie mówiąc, niełatwe. Wrócę, kiedy wszystko należycie wyedytujesz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, zrobione. Twe życzenie jest dla mnie rozkazem, ale wcale nie muszę Ci tego mówić, prawda?

Mam nadzieję, że nie przesadziłem z wulgaryzmami. No cóż, Kinga się kiedyś czytało… “Jesień niewinności”. Ale nie jestem pewny, czy mnie to tłumaczy. ;-)

Dziękuję za zrobienie. ;)

A czy coś Cię tłumaczy, powiem po przeczytaniu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, Maćku, na ile fragmentów masz zamiar posiekać tę historię, ale mam wrażenie, że robisz jej tym krzywdę. Niby to prosta opowiastka o nudzących się chłopcach, ale zaciekawiła i fajnie się ją czytało, i kiedy zaczęło się coś dziać, urwałeś niemal w połowie zdania. I co? I muszę wziąć na wstrzymanie.

Jednakowoż nie mogę nie spytać, kiedy nastąpi dalszy ciąg i oby stało się to jak najszybciej. ;)

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia nieco do życzenia.

 

leci ame­ry­kań­ski kry­mi­nał albo film dro­go­wy… ―> Chyba miało być: …leci ame­ry­kań­ski kry­mi­nał albo film dro­gi

 

i in­te­re­so­wa­nie się nie­swo­imi spra­wa­mi. ―> …i in­te­re­so­wa­nie się nie­ swo­imi spra­wa­mi.

Nie przypuszczam, aby sprawy w mieście mogły być nieswoje.

 

kra­ina wia­trów pę­dzą­cych tu­ma­ny pyłu i skoł­tu­nio­ne źdźbła traw… ―> Te skołtunione kule toczące się po pustynnych pustkowiach to biegacze.

Może: …kraina wiatrów, pędzących tumany pyłu i biegacze

 

i klnąc jak szew­ce. ―> …i klnąc jak szew­cy.

 

– Fiut! – za­wo­łał Oli bez – jakby to po­wie­dział jego oj­ciec, z za­wo­du me­cha­nik – ob­cyn­da­la­nia się. ―> Raczej: – Fiut! – za­wo­łał Oli bez, jak by to po­wie­dział jego oj­ciec, z za­wo­du me­cha­nik, ob­cyn­da­la­nia się.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo zapis staje się nieczytelny.

 

– Ile prze­szli­śmy? – Prze­rwał na mo­ment Oli. ―> – Ile prze­szli­śmy? – prze­rwał na mo­ment Oli.

 

Malec miał naj­wi­docz­niej nosa do tych spraw… ―> Dziewięcioletni chłopiec, moim zdaniem, to już nie malec.

 

że o wspo­mnia­nej cipie nie wspo­mnę. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

z dy­wa­nem won­nych opun­cji, lasem po­tęż­nych kak­tu­sów… ―> Opuncje nie są roślinami płożącymi, więc nie tworzą dywanów. Opuncja to też kaktus.

 

Oboj­gu szczwa­nych dru­hów przy­da­ły­by się dwie rze­czy… ―> Obu szczwa­nym dru­hom przy­da­ły­by się dwie rze­czy

Obojgu – jeśli pisałbyś o chłopcu i dziewczynce, a tu mamy dwóch chłopców.

 

po­ka­zy­wa­ły do­bit­nie, że dzie­ciak ma nie­ma­łą za­gry­chę. ―> Czy dzieciak na pewno miał zagrychę czyli zakąskę?

Proponuję: …po­ka­zy­wa­ły do­bit­nie, że dzie­ciak ma niemały zgryz.

Za SJP PWN: zgryz  2. «kłopot, zmartwienie»

 

nie­pew­nie zbli­ża­li się do auta, ob­cho­dząc go… ―> Auto jest rodzaju nijakiego, więc: …nie­pew­nie zbli­ża­li się do auta, ob­cho­dząc je

 

ob­szedł ra­dio­wóz po raz trze­ci i drżą­cym kro­kiem wsu­nął się na przed­nie sie­dze­nie pa­sa­że­ra… ―> Drżeć mogą nogi, ale nie kroki, a krocząc, chyba trudno wsunąć się na siedzenie.

Proponuję: …na drżących nogach ob­szedł ra­dio­wóz po raz trze­ci i niepewnie/ ostrożnie/ z wahaniem wsu­nął się na przed­nie sie­dze­nie pa­sa­że­ra

 

– A jeśli nie umie, to zaraz będę umiał. ―> – A jeśli nie umiem, to zaraz będę umiał.

 

– W drogę! – dziw­ne pu­styn­ne echo zda­wa­ło się od­zy­wać. ―> – W drogę! – Zdawało się odpowiadać dziwne pustynne echo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Droga Reg. Zaraz zabieram się za poprawianie byczków i byczątek, a raczej bydlątek. Poprawiania – nie ukrywam – jest o wiele przyjemniejsze od samego pisania, kiedy się wie, co poprawiać. A ja już wiem!

Przypomniało mi się przed chwilą, co mówiłaś o własnych ewentualnych próbach literackich, że mianowicie umiałabyś opisać to, co widzisz, gorzej byłoby ze stworzeniem zajmującej historyjki od podstaw. To, co ja usiłuję tu uczynić to opisać film, scena po scenie, ujęcie po ujęciu. I zauważam ze zdziwieniem, że nie jest to wcale takie łatwe.

Ponadto – nie wiem, czy ktoś już robił to przede mną – marzy mi się zabawa intertekstualna czy wręcz intersemiotyczna w stworzenie nowego (nienowego) gatunku literackiego w postaci odpowiednika dzieła filmowego, muzycznego, malarskiego etc. Czy to zabawa? Pewnie, że zabawa. Czy frajda? Jeszcze jaka frajda. A czy przy okazji można się czegoś nauczyć? Jak opiszę choćby jeden kryminał, to wtedy Ci powiem, ale mniemam, że tak.  

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wiele filmów zostało nakręconych na podstawie książek. Powstawało też mnóstwo tekstów na bazie dokonań kinematografii. Często pisarze stawali w roli scenarzystów lub – odwrotnie – ulegali magii kina i czerpali garściami od innych. Nawet na naszym podwórku znalazłoby się paru Janickich i Hłasków – ludzi pióra zw. ze światem filmu.

Przepraszam, że tym razem rozpisałem się aż za bardzo. I że forma przerosła treść, bo przecież moja opowiastka jest banalna, ciągle świeża i niedopracowana. Niemniej spróbuję ją pociągnąć i: albo odejść zupełnie od filmowego pierwowzoru, albo pozostać mu wiernym do samego końca, jak ostatni rycerz na polu chwały.  

Bardzo proszę, Maćku, i cieszę się, że poprawianie tekstu przypadło Ci do gustu. ;)

 

Cieszę się też, że opisywanie filmu sprawia Ci przyjemność, choć dostrzegasz w tym także pewne trudności. Bardzo jestem ciekawa efektu końcowego, ale też odczuwam pewien niepokój…

Kiedyś uważałam, że filmy kręcone na podstawie powieści, nie dorównują dziełu pisanemu.

Pierwszy film zrobiony na podstawie książki, a który bardzo mi się spodobał i zapadł w pamięć to Dzień Szakala z 1973 roku, na podstawie powieści Fredericka Forsytha. Potem było jeszcze kilka, ale nie chce mi się grzebać w pamięci i szukać tytułów.

Po latach przeżyłam coś na kształt małego szoku – bo, choć niezmiernie lubię Kinga, to bardziej od lektury Skazanych na Shawshank czy Zielonej mili, zdecydowanie lepsze okazały się wersje filmowe tych dzieł.

Natomiast kiedy zachwycona filmem Stowarzyszenie Umarłych Poetów, kupiłam książkę napisaną na podstawie filmu, doznałam takiego rozczarowania, że kiedy książka, czytana przez brataniczkę podczas wycieczki kajakowej, wpadła do wody i dokładnie zamoczywszy się uległa zniszczeniu, wcale się nie zmartwiłam.

Życzę sobie, Maćku, aby lektura dalszego ciągu Twojej opowieści sprawiła mi tyle przyjemności, ile dostarczył powyższy fragment. Rzecz jasna nie będę miała nic przeciw, jeśli ciąg dalszy okaże się jeszcze bardziej zajmujący. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję posłusznie, że poprawiłem co nieco, a nawet dopisałem dwa zdania. A o filmo-książkach to sobie chętnie jeszcze z Tobą pogawędzę, jeśli pozwolisz, bo widzę, że dużo wiem (żart), ale Ty wiesz więcej, a zatem c.d.n. :-)

Pozwolę, Maćku. Zważ tylko, że moja wiedza pochodzi sprzed wieków. O współczesnych dziełach raczej nie mam pojęcia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka