- Opowiadanie: Seener - Śmieciarka

Śmieciarka

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Śmieciarka

Przede wszystkim muszę przyznać, że miałem szczęście, cholernie dużo szczęścia. Moja maszyna to nie jakiś transorbitalny liniowiec czy podwymiarowy ekspres, a już na pewno nie sportowy ścigacz. To była zwykła śmieciarka po przejściach. Młody mówił, że przypomina mu widelec, no i coś w tym było może nawet. Taki ułamany, ale widelec.

Trzeba powiedzieć, że to był całkiem dobry sprzęt i służył mi przez wiele lat. Taki wół roboczy zrobiony na szkielecie starej dobrej es-dziesiątki. Zapakujesz po sufit, a uciągnie. Z oryginału to została już tylko oś z kabiną, reaktorem i silnikiem. Ładownia po lewej stronie była też prawie jak oryginalna, trochę połatana i pospawana miejscami, było parę wstawek, ale w sumie oryginał.

Po prawej to już było dzieło Picassa. Zmyślny gość, ma taki warsztat przy Gammie. Zwozimy mu czasem trochę złomu w lepszym stanie. Radzi sobie chłop i jeszcze przeglądy wystawia.

Wiesz, jak to jest. Nie każdego stać na stocznię, a Picasso jakoś tak sprytnie kratownice pospawał, przyczepił parę starych kontenerów, łącznik zrobił, grodzie od jakiegoś złomu. Wszystko elegancko i szczelnie. Zresztą, to i tak tylko na śmieci, najważniejsza jest kabina. O to się dba, jak należy, no bo sam rozumiesz, jak coś puści, to możesz nie zdążyć w skafander narobić, a ładowni to się nawet czasem w ogóle nie uszczelniało.

Nieraz bywało, że na prawym skrzydle to i dwa rzędy kontenerów wisiały. Niesymetrycznie to wygląda, ale latać się da, no i wtedy to nawet ja widziałem ten ułamany widelec, o którym mówił Młody. Niby można jakieś osłony założyć i pomalować, ale kogo obchodzi, jak wygląda śmieciarka. Farba kosztuje, a od promieniowania i mikrometeorytów to i tak w rok obłazi. Kabinę się pociągnie, żeby ekranowanie było mocniejsze i tyle. Jak latasz po orbitach to ci aerodynamika do niczego niepotrzebna przecież. Zdarza się czasem usiąść na jakimś globusie, ale śmieci lecą poza strefę życia więc wybiera się nieduże kulki i bez atmosfery. Ciążenie małe, oporów praktycznie brak, po co ci aerodynamika.

W ogóle to tę śmieciarkę odziedziczyłem po moim kuzynie, który wziął mnie na pomocnika. Lataliśmy od stacji do stacji, zbieraliśmy gruz, śmieci, odpady. Milionerem nie zostaniesz, ale dało się żyć. No ale nic nie jest wieczne. Pojawiły się korporacje, kolorowe śmieciarki i piloci w mundurkach i białych koszulach. Zgroza, rozumiesz, śmieciarz w białej koszuli. O kawałek papieru toaletowego przegryźliby ci tętnicę. Oj było ciężko, a żyć przecież z czegoś trzeba.

Kuzyn się zahaczył do tych co latali poza strefę, do średnich orbit. Taka gazowa kulka praktycznie nie ma stałej powierzchni więc jak coś tam upuścisz, to przepadnie na wieki. Możesz tam zrzucać co chcesz, przepadnie i koniec. Śmietnik idealny, można powiedzieć. Jest tylko jedno ale, to kawał drogi, a paliwo kosztuje. No ale na wszystko znajdziesz klienta. Gorsze jest niestety drugie ale. Musisz wszystko dobrze policzyć, bo grawitacja nie wybacza, a przy takim olbrzymie grawitacja to studnia bez dna. No i kuzyn źle policzył, i przepadł. I koniec. Rozumiesz, do tej roboty trzeba mieć jednak głowę we właściwym miejscu.

Mnie została śmieciarka i trochę drobnych w kieszeni. Jakoś lawirowałem przez parę lat i powiem ci, że było ciężko. W końcu korporacje rozkręciły interes z hurtem do tych gazowych śmietników, a my wróciliśmy do łask. A to kogoś nie stać na takie luksusy, a to za mało śmieci, żeby się opłacało. Nie będę kłamał, czasem ktoś się chce pozbyć czegoś, co oficjalnym transportem nie pójdzie. Co mogę powiedzieć, każdy żyje jak umie.

Tak właśnie poznałem Młodego. Poleciałem na czerwoną czwórkę, nawet nie wiem z czym. Cała ta czwórka to jedna wielka pustynia praktycznie bez atmosfery. Zewnętrzne orbity są teraz skanowane, więc jak wyrzucisz coś trefnego, to cię zaraz federacyjni dopadną, a co oni robią z ludźmi, to chyba nie muszę ci opowiadać. Cholerni pretorianie. Nikogo nie ma nad nimi, więc robią, co chcą. To mafia najgorsza ze wszystkich. Paru chłopaków coś próbowało z nimi kręcić i przepadli bez wieści. Kiedyś mieli układ z tymi z korporacji i nie lubią nas strasznie. Ze wzajemnością zresztą. W każdym razie taka pustynia bez atmosfery to idealne miejsce, bo nic się tam nie będzie budować. Niby w strefie życia, ale kto by szukał szczęścia na kupie piachu. Powiedzmy, że nikt nie zwraca na nią uwagi.

Jak wracałem, wpadłem na Gammę dokręcić parę śrubek w ładowniach. Picasso potrzebował dwa dni, więc wsiadłem na prom. Jest tam w okolicy taki skalisty globusik. W dzień niewiele jaśniej niż w nocy, ale człowieka ciągnie czasem, żeby postawić nogi na stałym gruncie, no i okazja była, żeby w końcu gardło przepłukać.

Jest tam atmosfera, a ludzie siedzą, bo w ziemi są te świecące kamienie. Pół góry, rozumiesz, potrafią przekopać i znajdą dwa, albo trzy, ale z czegoś trzeba wyżyć. Zresztą, gdyby tego było tam więcej, to już by ich pewnie wysiedlili i wszystko przewalili jakąś wielką koparką. Żyją sobie biednie, ale na własnym. Bogaczy tam nie uświadczysz.

Przesiedziałem z nimi w knajpie dwa wieczory przy kieliszku i nasłuchałem się różnych gawęd i historii. I muszę ci powiedzieć, że mnie to w końcu dobiło. Grzebią w tych skałach całymi dniami, żeby parę groszy na jedzenie zarobić, całe życie ledwo wiążą koniec z końcem, a wieczorami opowiadają legendy, jak to podobno ktoś znalazł kamień tak duży, że poleciał na jakąś cieplejszą kulkę i już więcej nie musiał pracować. Czy to prawda? Wątpię. Jakby ktoś znalazł coś takiego, to pewnie ci, co kręcą tam tym interesem odrąbali by mu rękę razem z tym kamieniem i tyle by z tego było.

Narzekali na swój los, patrzyli tęsknie w niebo, ale jakbyś któremuś włożył w rękę bilet i parę groszy na nowe życie, to zaraz by zaczął grymasić. Że daleko, że teraz to nie ma czasu, że musiałby się przygotować. Tak przesiąknęli tym grzebaniem w skałach, że nawet jakby którego szczęście kopnęło w tyłek, to by uciekł wystraszony, zamiast skorzystać.

No i drugiego wieczoru, jak się tak nasłuchałem tych ich opowiadań, poszedłem do kibla i spojrzałem w popękane lustro. Zobaczyłem wszystkie swoje zmarszczki, zabolały mnie wszystkie mięśnie, odezwały się wszystkie stawy i nadwyrężone kręgi. I dotarło do mnie, że jestem taki jak oni.

Jak wchodziłem pierwszy raz na śmieciarkę, to miałem marzenia. Odłożę, zrobię licencję, będę latał czymś dużym i lśniącym. I tak marzyłem i marzyłem. Lata leciały nie wiadomo kiedy, a ja w końcu zacząłem wierzyć w śmieciarskie legendy, z których wcześniej sobie kpiłem. Takie same jak legendy tych biedaków, że kiedyś w gruzach znajdę skarb i się ustawię. Walizkę z pieniędzmi albo kontener fingerytu. Ile to się człowiek nasłuchał takich historii przy kieliszku, a przecież w życiu nie spotkałem nikogo, komu by się to przydarzyło.

Dotarło do mnie, że ja już nawet zapomniałem o tych marzeniach. Nie oszukujmy się, mam swoje lata. Robota na śmieciarce niby ciężka nie jest, no bo prawie wszystko w automacie, ale ile mi jeszcze zostało? Wiele dobrego to mnie nie czeka. Dokąd się da, to będę latał, a potem skończę, jak wszyscy, na jakimś śmietniku, grzebiąc w odpadach za miskę zupy i będę marzył nie o skarbie, ale o jakimś świństwie, które skończy moje męki. Sam przyznasz, że to nie nastrój do butelki. Zwinąłem się do hotelu, a na drugi dzień, poszedłem do portu, żeby wrócić na Gammę.

No i wtedy spotkałem Młodego. Tam się kręci mnóstwo dzieciaków, małych i dużych. Polują na obcych. Nie kradną, ale każdy chce, żeby mu coś dać. Biedne, brudne, obdarte i wesołe. Obskoczyły mnie, ale jedyne co mogłem im dać to uśmiech. Tylko po co im taki pomarszczony i szczerbaty?

Zauważyłem, że żadne nie chce, żeby je ze sobą zabrać. Wołają tylko o jałmużnę. Kup mi to, daj mi tamto. Jak to dzieciaki. A Młody stał na uboczu, ni to nieśmiały, ni zamyślony, taki skupiony i poważny. Był chyba najwyższy z nich i pewnie najstarszy. Od innych dzieciaków się opędzałem, a on się jakoś tak wyróżnił, że odruchowo coś do niego zagadałem, nawet nie pamiętam co.

Popatrzył na mnie z ciekawością i zauważył plakietkę w kieszeni. No i spytał, czy jestem prawdziwym pilotem. Jak powiedziałem, że tak, to spytał, czy w kosmosie jest zimno. Spytałem czemu go to ciekawi, a on, że kiedyś myślał, żeby zostać pilotem, ale boi się, że zmarznie. Rozumiesz? Stał tam, nie żeby żebrać, tylko czekał na pilotów, żeby się dowiedzieć jak jest w kosmosie.

Śmieszne było to jego pytanie, takie trochę bez sensu. Poza tym na tej ich kupie kamieni też za ciepło nie jest, bo to przecież prawie koniec strefy, a ten się martwił, że zmarznie. I nie mówił, że marzy, żeby być pilotem, tylko że chce być. Tak spokojnie, poważnie, na serio.

I tak sobie pomyślałem, że czemu by nie. Pomocnik by się przydał, a on nie wyglądał już na takiego, co mu trzeba nos podcierać. Okazało się, że ma siedemnaście lat, więc właściwie duży chłop. Poszliśmy do jego rodziców, czy chcieliby go dać do roboty. Ot zwykli miejscowi grzebacze. Jak mam być szczery, to się chyba ucieszyli, że im ktoś z pleców zdejmuje gębę do wykarmienia. Nawet za bardzo nie zapłakali na pożegnanie. Zostawiłem im w zamian parę groszy na jedzenie, no bo przecież zabierałem im ręce do roboty, a Młody obiecał, że jak się dorobi, to przyjedzie i ich wyciągnie, ale poza nim, chyba nikt tego nie brał na poważnie. Wiesz co w tym wszystkim było najgorsze? Im było wszystko jedno.

Stary jestem, ale jak zobaczyłem, jak tylko czekają, żeby się za nim drzwi zamknęły, to mnie się płakać zachciało. I obiecałem sobie, że jak będę mógł, to jakoś mu pomogę, żeby go coś lepszego w życiu spotkało, niż mnie i tych jego starych.

No i tak dostałem pomocnika.

I powiem ci, że to był dobry wybór. Młody był spokojny i pracowity. Może rakiety by nie zbudował, ale co mu się mówiło to zapamiętywał i robił. I pytał się dużo. Dużo i o wszystko. Na Gammę to się gapił, jakby świętego zobaczył, a przecież to jedna wielka kupa złomu. Z czasem przywykł, jak już sobie trochę polataliśmy, ale widać było, że mu się ten świat podoba. Nie podskakiwał z radości, tylko się wszystkiemu przyglądał z jakimś takim zachwytem i pytał, ciągle pytał. Z liczeniem też sobie dobrze radził. W końcu wygrzebałem mu jakiś kalkulatorek w śmieciach, taką przedpotopową binarną zabawkę. Trochę się namęczyłem, ale zrobiłem mu do tego zasilanie i miał w końcu na czym liczyć i robić notatki.

A liczył szybko i dobrze, czasem nawet w głowie szybciej niż ten jego sprzęt. A to wykombinował jak skrócić trasę, a to jak zaoszczędzić paliwo, a to gdzie warto się zakręcić za robotą. I ciągle pytał, i wszystko zapamiętywał. Naprawdę, aż miło było patrzeć. Jak trzeba było, to siedział cicho, jak mu się coś powiedziało, to robił. Nie był bezmyślny. Jak czasem gdzieś mieliśmy mały postój, to go zabierałem ze sobą do knajpy. Co będzie siedział sam, niech trochę pozna ludzi i życie, bo w końcu kiedyś będzie sobie musiał sam radzić, nie. Wyobraź sobie, że nigdy się nie napił, nigdy nie zapalił. Nawet wtedy zabierał ten swój kalkulatorek i coś w nim grzebał.

Śmieciarkę znał na pamięć, sporo już potrafił naprawić, kojarzył trasy i miejsca. Notował loty i klientów, żebyśmy wszystko mieli pod kontrolą. Aż się zacząłem zastanawiać, czy kiedyś z tego jakichś kłopotów nie będzie, jakby ktoś nieodpowiedni się do tego dobrał. Trochę rzeczy tam między wierszami dało się wyczytać, ale z drugiej strony kogo miałoby to obchodzić. Pisał też taki trochę pamiętnik, trochę dziennik pokładowy.

Aż w końcu mi się go żal zrobiło. No bo choćby nauczył się pilotować, choćby poznał wszystkie trasy, choćby opanował nawigację i umiał wszystko naprawić, choćby się z tego wszystkiego doktoryzował, to przecież wciąż pozostanie tylko śmieciarzem. Mądrym, sprytnym, zaradnym, ale jednak tylko śmieciarzem. No i drugi raz w życiu zachciało mi się przez niego płakać.

Rozpytałem się tu i ówdzie, i wziąłem go na rozmowę. I pytam się go, czy by rzeczywiście chciał być pilotem, takim prawdziwym. Miał już wtedy z dziewiętnaście lat. No pewnie, żeby chciał. No bo rozumiesz, w złotym pasie jest taka zielona kulka. Prawdziwe drzewa, prawdziwa atmosfera, prawdziwa woda, no i ciepło. Drogo tam i do roboty nie biorą każdego, ale na orbicie lata parę stacji, co udają tę planetę. Turyści tam oczywiście biedniejsi, ale ruch spory i robią czasem kursy dla pilotów takich małych bączków, co obsługują ruch między nimi.

Geniusza do tego nie trzeba, bo większość manewrów w autopilocie, ale za podejście do licencji trzeba zapłacić. Tak sobie pomyślałem, że Młody by sobie spokojnie poradził. Kurs, egzamin i do roboty. Nowym tam jest ciężko, jak wszędzie, ale ma łeb na karku więc szybko załapie co i jak. O to byłem spokojny. A jak się sprawdzi z cargo, to go dadzą do ludzi, a wiadomo, że napiwkami można dorobić. A jak nabierze doświadczenia, to kto wie.

No więc tłumaczę mu co i jak, że może by chciał. Polata ze mną jeszcze z rok, może dwa, odłożymy na kurs i niech szuka szczęścia. W końcu przecież chciał być pilotem, nie?

Myślisz, że się ucieszył? Znów spojrzał tymi swoimi spokojnymi, zamyślonymi oczami i widzę, że coś kombinuje. No i w końcu się pyta, a co wtedy ze mną?

Cholera, przez całe życie nikogo nie obchodziło co ze mną. Tłumaczę mu, Młody, ja już wiele nie zdziałam, pociągnę ten biznes ile dam radę, a potem sprzedam śmieciarkę i będę żył za tę kasę jak król.

Dobrze wiedział, jaka jest prawda, widział niejedno śmietnisko na planetkach. W końcu powiedziałem mu jak mężczyzna. Jesteś jeszcze młody, masz jedno życie. Mną się nie przejmuj, zrób coś, żebyś nie skończył tak jak ja.

Nie było się przecież nad czym zastanawiać. Zgodził się, powiedział, że polata ze mną, ile będzie trzeba, a jeśli to się uda, to się odwdzięczy. Zadba o to, żebym nie skończył na śmietnisku.

Tak się mówi. Szczerze mu dobrze życzyłem i wierzyłem, że tak by chciał. Skoro nie zdążyłem spełnić swoich marzeń, to może chociaż pomogę jemu. Powiem ci, że nawet te kursy nie są takie drogie. Pewnie, że wpychają tam przede wszystkim swoich, ale wiesz, jak to jest. Na każdego kuzyna musi przypadać jeden taki, co się zna na robocie, bo inaczej interes padnie.

Szło nam nawet całkiem nieźle. Tu jeden kurs, tam drugi, parę ton tam, kilka z powrotem. Wyglądało to nie najgorzej. Tylko pod koniec roku siadło chłodzenie w reaktorze. Picasso rozłożył ręce i powiedział, że jak chcę, to on to pospawa, ale żebym nie planował za wiele na przyszły rok, jeśli zamierzam tak dalej latać.

Co było robić? Młody znów nie płakał, nie krzywił się, nie rozpaczał. Wyciągnął oszczędności i większość poszła na nowe chłodnice. Trzy noce z nerwów nie spałem.

Lataliśmy potem jeszcze z pół roku, ale za stary jestem na takie sztuczki. Przecież jak znowu będziemy blisko, to albo w maszynie, albo we mnie coś strzeli i kasa się rozejdzie. Jakby się dało wzbogacić na samym oszczędzaniu, to po tylu latach powinienem być przecież milionerem.

No i zacząłem kombinować.

Podobno są uczciwi śmieciarze, tak ci każdy powie, ale bądźmy szczerzy. Ja żadnego nie spotkałem, a trochę się już kręcę po okolicy. Parę groszy każdy chętnie przytuli, a są tacy co dobrze płacą, żeby się pozbyć problemu z podwórka. Ja się tam w kłopoty nie pchałem, żeby mieć trochę spokoju, ale nie przeczę, w młodości różnie bywało. Nie jestem w tym interesie żółtodziobem, ja znam ludzi, a oni znają mnie. Wszyscy wiedzą czego się po kim spodziewać.

No i trafił się klient. Kasę bierze się w takich przypadkach z góry, jak tylko towar stanie w ładowni. Nigdy tak na sto procent nie wiesz, co wieziesz i jak się ta wycieczka skończy. Płacił grubo, a jakże. Z pięć miesięcy musiałbym latać ze zwykłymi śmieciami, a i tak nie wiem, czy bym tyle dostał. Z drugiej strony, gdyby klient to chciał utylizować oficjalnie, pewnie zapłaciłby dużo więcej. Wszystkim się opłaca. Pewnie, że jest ryzyko, ale pomyślałem sobie, że w razie czego wezmę to na siebie. Jak mnie posadzą, to przynajmniej będę miał ciepły pokoik do końca życia.

Sześć skrzynek stanęło w ładowni, a kasę od razu dałem Młodemu do schowania. A ten zamiast się ucieszyć, zaczął kombinować i zadawać pytania. No pewnie, że to nie jest bezpieczne, no pewnie, że nie jest legalne. Ryzykował tak samo jak ja, więc nie mogłem go okłamać. Nie mam pojęcia co to. Sprawdziłem skanerkiem, ekranowane dobrze, ale nie mogę zagwarantować, że po drodze nic się nie wydarzy. Nie był zadowolony, ale co miał powiedzieć.

Parę dekad temu z takim towarem było łatwiej. Było mniej patroli, pas odpadów nie był skanowany. Zdarzało się, że ktoś wyrzucił jakieś świństwo w pas asteroid, ale to spore ryzyko. Walnie w jakiś kamień i nie wiadomo gdzie potem poleci. Niektórzy to nawet wystrzeliwali z ładowni, żeby szło poza ekliptykę, ale to w ogóle średni pomysł, no i teraz jednak sporo skanerów czesze. A w ekliptyce zawsze się za coś można schować. Pod latarnią najciemniej, nie.

W sumie najbezpieczniejszy wybór, jeśli taki istnieje, to właśnie czerwona czwórka. Niby nie wolno, ale gdzieś to trzeba wyrzucać. Trzeba tylko trochę pokluczyć, żeby z trasy nie było oczywiste, gdzie lecisz. Trafisz w okolice niby przypadkiem, sprawdzasz czy na dole nikogo nie ma, siadasz, zostawiasz i lecisz. Tyle tam gruzu różnej maści, że już nikt na to nie zwróci uwagi. Trzeba się tylko rozejrzeć czy federacyjni się w okolicy akurat nie kręcą.

No więc skoczyliśmy dwie orbity do przodu, jedną do tyłu, to jakaś stacja po drodze, jedna, druga, trzecia. Trzeba też było zajrzeć na Gammę. Picasso wyszykował nam komorę w jednym kontenerze. Normalnie dba się o kabinę, reszta może być dziurawa, ale jak planujesz siąść na dole, to ze startem zawsze jest ryzyko. Kiepsko tak zostać bez tlenu w razie awarii. Jak sobie zorganizujesz komorę, to jakoś się przechowasz, zanim przyleci ratunek. Skafander nie wystarczy.

Przyznam się, że tak dawno się w to nie bawiłem, że jak już byliśmy na ostatniej prostej, to strach mnie obleciał. No ale zerknąłem czy w okolicy nikt się nie kręci. Jakby co, to lecieliśmy dalej, a chcieliśmy tylko skorzystać z procy grawitacyjnej.

Niby było spokojnie, pusto i cicho. No to wóz albo przewóz. Siedliśmy w jakimś kraterze. Zerknąłem jeszcze raz na ekrany, ale w okolicy cisza. Skrzynki poleciały w piach. Odpaliłem je pneumatycznie, żeby nie stały koło śmieciarki. Chwilę trwa, zanim się przygotuje dopalacz do startu, a jakby co, to powiem, że nie moje, leży przecież pół kilometra dalej. Nikt się na to pewnie nie złapie, ale człowiek w desperacji wszystko sobie wmówi.

No i rozumiesz, czas mi się dłużył, oj dłużył. W końcu kreski na wskaźnikach doszły do końca, dopalacz strzelił, wgniotło nas w fotele i po minucie byliśmy już na niskiej orbicie. I wciąż nikt nas nie aresztował. Ja cieszyłem się jak głupi, a Młody, jak to Młody. Skupiony i poważny. Koniec końców, udało się. Towar został tam, gdzie nikt nie chce szukać, kasa została w kieszeni. Załatwione. Wolałem do tego więcej nie wracać, żeby go nie denerwować. Trzeba przyznać, że trochę nas to podratowało.

A że i ja liczyć umiem, to mi wyszło, że jeszcze jeden taki skok i Młody będzie mógł próbować swoich sił na własną rękę. Tylko to nie jest takie proste. Trzeba trochę poczekać na okazję, no i chciałem, żeby ten pierwszy raz Młodemu trochę wywietrzał z głowy, żeby się nie denerwował za bardzo. Ale myślę, że od razu czuł, o co chodzi.

To był ten sam klient, nawet się nie targował. Ładunek podobny. Trochę kluczyliśmy, potem wizyta na Gammie, żeby Picasso sprawdził komorę, no i w drogę. Jedni mają takie szczęście, że jak coś zaplanują, to sypie się od razu. O innych pech przypomina sobie na finiszu. Zastanawiałem się po drodze, do których należę, ale przecież dzieckiem nie jestem i nie pierwszy raz to robiłem. Najważniejsze, to nie zwracać na siebie uwagi. W ładowni zalegało trochę zwykłych śmieci. Trasa była przez typowe stacje. Orbity i kierunek też, bez zarzutu. Nie może być tak wszystko książkowo, bo też się rzuca w oczy, więc przystanąłem po drodze na drinka, ale na zadupiu, żeby nikt nie zwrócił za bardzo na mnie uwagi. Przećwiczyłem to nie raz.

Do czwórki dolecieliśmy spokojnie. Potem wejście na orbitę, że niby proca, ale źle policzyłeś, no i teraz potrzebujesz chwili, żeby wszystko ustawić i się oderwać. Numer stary jak świat. Tak naprawdę potrzebujesz chwili, żeby się rozejrzeć. Ekran czarny jak noc, nikogo w pobliżu nie ma. Nie ma się co czaić, bo lepiej nie będzie. Zeszliśmy na dół i siedliśmy znów między hałdami złomu. Jak tylko kurz opadł, wystrzeliłem skrzynki i resztę śmiecia. W zasadzie byliśmy czyści.

Okazało się, że przy lądowaniu oderwał mi się jeden kontener z tych spawanych przez Picassa po prawej stronie. Żadna wielka sprawa, tak czasem bywa. Wysłałem Młodego na obchód. Robił to już parę razy i wiedział, o co chodzi. Trzeba odciąć co niepotrzebne i skonfigurować masę. Znał to na pamięć. Zielona linia na ekranie to oś balansu, czerwona kreska to wektor. Muszą się zejść. W przestrzeni niekoniecznie, tam możesz lecieć nawet bokiem i dasz radę. Dobry pilot poradzi. Ale przy starcie z kulki, nawet takiej małej, możesz fiknąć koziołka i koniec kariery. Młody wziął przenośny terminal, a ja zerkałem w kabinie. Nie poszedłem z nim, bo wiem, że sobie radzi, poza tym w ładowni jest ramię i taśmy.

Przekąsiłem coś i tylko zerkałem, jak mu idzie. No i powiem ci, że poszło mu zawodowo, elegancko wszystko ustawił. Mnie by się nawet nie chciało tak dokładnie. W międzyczasie kreski od dopalacza doszły już całkiem wysoko. Tylko patrzeć jak będziemy się zwijać.

No i wtedy zaczęło szumieć. Człowiek jest w napięciu od razu zaczyna się nerwowo rozglądać, ale przecież znałem ten dźwięk. Coś siadało w okolicy. Zerknąłem na monitor. Młody był w lewym skrzydle i pewnie też usłyszał, że coś się dzieje. Pomyślałem, że ktoś wpadł w takiej sprawie jak nasza. Udamy, że się nie spotkaliśmy i tyle. Może wybrałem za dobre miejsce. Dużo gruzu wokoło, łatwo tam coś zgubić. Może trzeba było wybrać coś gorszego.

W każdym razie chwilę trwało, zanim wszystko ucichło i piasek opadł. Myślałem, że lata całe. I widzę, że Młody cały czas przyczajony na lewym skrzydle. Sporo się chłop nauczył.

Jak już zaczęło jaśnieć na tyle, że coś było widać, to rozpoznałem ten spiczasty ogon. Federacyjni. Cholera. Musieli mnie jakoś namierzyć, po co inaczej lądowali by na śmietnisku. Pewnie stali w opozycji, na tej samej orbicie. Jakoś ich przegapiłem, moja strata. No dobra, sam tego chciałem. Robię w myślach rachunek sumienia, kombinuję jak tu wykręcić z tego Młodego. Może trzeba będzie dać kasę. Znów, cholera, cała robota na marne, a on będzie latał śmieciarką do usranej śmierci.

Ale komunikacja milczy. To było od razu dziwne. Jakby mnie namierzyli, to zaraz by było wezwanie, standardowa formułka, ostrzeżenie i inne bzdury. A tu cisza. No i dociera do mnie powoli, że oni tu nie są po nas. Taka chmura po starcie czy lądowaniu siada kilka minut, więc zacząłem z powrotem oddychać i kombinować o co chodzi.

Już wiem, że Młody zrozumiał najważniejsze i siedzi w komorze. Ja siedzę w kabinie więc też mam ekranowanie. Zwykłą i-erką nas nie wyłapią. Nie chodzi o to, że jesteśmy niewidzialni, ale ekranowanie działa w obie strony, a większość patroli na takich zadupiach nie ma nadzwyczajnego sprzętu. No, chyba że szukają czegoś konkretnego, ale wyszło mi, że nie nas, więc jest nadzieja. No i ten piach nas trochę przysypał, więc możemy wyglądać jak część tej kupy złomu za nami. Jest jakaś mała szansa, że nas przegapią. Ale niestety mamy reaktor i dopalacz nabity do pełna więc jak się tam któryś oprze o odpowiedni guzik w kabinie, to się im połowa kontrolek zaświeci. Ile mamy czasu? I jak go wykorzystać?

A komunikacja wciąż milczy. No to teraz najważniejsza sprawa. Jak nie po nas, to po co? I to jest, powiem ci szczerze, najgorsza opcja. No bo pomyśl tylko, po co taki patrol siada? Przecież nie idą się odlać w krzaki. Oni nie szukają niczego w śmieciach, oni tam chcą coś ukryć. Niby centralna policja, ale kręcą swoje interesy, jak wszyscy. I to grube interesy. Sami siebie przecież nie będą ścigać, tak? Wszyscy o tym wiedzą.

Jak już wszystko opadło to, dwóch wyszło na zewnątrz. Pochodzili dookoła tej swojej strzałki, coś oglądali albo się naradzali. A ja patrzę na kreski od dopalacza i modlę się, żeby szybciej szły. Już niewiele do końca, ale brakuje. Siedzę spięty, jak tygrys do skoku i czekam. I biję się z myślami.

No i wtedy się zaczęło. Wyszło jeszcze czterech, dwóch federacyjnych i dwóch innych. Ci dwaj mieli zwykłe skafandry, takie cywilne. No i najważniejsze, do pleców mieli przystawione lufy. Powiem ci, że wchodzenie w interesy z federacyjnymi to kiepski biznes. Im grubszy interes, tym gorzej. Jak chodzi o rozliczenia, to poderżną gardło tobie i twojej matce, i nie masz się komu poskarżyć. A czasem wystarczy, że za dużo zobaczysz i też się tobą zajmą.

Czy tamci byli winni, czy nie, nie wiem. Nie mieli najmniejszych szans. Nie było żadnego strzelania, raz, dwa i rozcięli im skafandry. Bez tlenu możesz wytrzymać jakieś trzy minuty. To nie jest tak, że jak kulka jest bez atmosfery, to od razu próżnia. Przy powierzchni zawsze coś tam, jest, ale nie ma tlenu, no i ciśnienie niewielkie. Wdychasz, ale nie oddychasz. Próbujesz robić wszystko, żeby się ratować, bo tak każe ci instynkt, ale cokolwiek wymyślisz, głowa wie, że nie zadziała. Ludzie wtedy wariują, szukają rękami nie wiadomo czego, wpychają sobie do ust co popadnie, ziemię, szmaty, ale nic nie przynosi ulgi. I oczy. Ciśnienie rośnie, pękają naczynia, gały robią się czerwone i wychodzą z orbit. Nie ma już znaczenia czy dostaniesz zawału zanim się udusisz, czy nie. Zanim umrzesz i tak pewnie odbierze ci rozum.

Nie patrzyłem na zegarek, ale wili się w tym piachu i miałem wrażenie, że trwa to lata. I choć wiele w życiu widziałem, to muszę się przyznać, że całe jedzenie poszło na podłogę. Od razu przed oczami stanęło mi paru starych kumpli, którzy w dawnych czasach przepadli bez wieści.

No i co? Teraz już wiem, że nikt mnie o ładunek nie będzie pytał. Jak nas wypatrzą, skończymy tak samo, a ja nie mam ochoty, żeby mi gały wyszły z orbit. Opanowałem się jakoś i patrzę na konsolę. Kreski są już prawie na końcu. Co robić? Uciekać? Liczyć, że nas przegapią? Jak wyczekasz za długo, może być za późno. Pot wyszedł mi na czoło i ręce mi się trzęsły jak cholera. Każde wyjście ma swoje wady, ale największa wadę ma to, że tu jesteśmy.

Pomyślałem, żeby może jakoś ściągnąć Młodego do kabiny. Tamci w międzyczasie, przesunęli tych nieszczęśników na bok, koło jakiejś sterty. Pewnie zamierzali machnąć ogonem przy starcie, żeby się wszystko zasypało i problem z głowy. No i tak się rozglądali po okolicy, no i jednemu się coś nie spodobało. Widzę, jak się zatrzymuje i gapi w naszą stronę. Może i coś powiedział do reszty, może nie, w każdym razie tamci zostali, a on sobie powoli ruszył w naszym kierunku. Wiesz, jak człowiek idzie spokojnie, to macha rękami, nie? A on jedną ręką macha, a druga, ta od strony kabury, sztywna. Coś wyniuchał, a jak nie wyniuchał, to zaraz wyniucha.

Czas na kalkulacje się skończył, trzeba się zwijać. Jak podejdzie za blisko, to go usmażymy i wtedy roześlą za nami list gończy po wszystkich układach. Słupki dopalacza były już na swoim miejscu. Wszystko, co mogłem zrobić, to puścić alert, żeby Młody w komorze wiedział, co się dzieje.

A potem tak walnąłem w starter, że aż się wystraszyłem, że się rozleci. No i huknęło. Zrobiło się pomarańczowo dokoła i śmieciarka szarpnęła. Młody sprawił się dobrze, maszyna poszła jak po sznurku. Miałem tylko nadzieję, że się tam do czegoś przypiął w komorze, ale był bystry, więc pewne siedział przypięty, jak tylko załapał, że coś jest nie tak.

No to rozumiesz, karty rozdane. Oni wiedzą, że my wiemy, my wiemy, że oni wiedzą. Teraz najważniejszy jest czas. Nie ruszą tak od razu za nami, trochę muszą poczekać, aż wszystko znowu osiądzie. Ile mamy czasu? Dziesięć minut, piętnaście? Każda jest na wagę życia. Trzeba szybko gdzieś odskoczyć, do ludzi. Śmieciarka i tak już raczej na straty, chociaż z pomocą Picassa może coś się wymyśli. Zawsze jest nadzieja, że nie będą nas szukać. Oni wiedzą, że my wiemy, co nam grozi więc może nie będziemy chcieli się wychylać.

Tylko najpierw trzeba odskoczyć. Gapię się na ekran i patrzę kiedy ruszą. Liczę sekundy i czekam na tę zieloną kropkę za nami. Minęliśmy niską orbitę. Trasę ucieczki człowiek ma zawczasu w głowie, nawet nie jedną, na wszelki wypadek, ale na pustkowiu ciężko się zgubić w tłumie. Potrzeba czasu, żeby gdzieś dolecieć. Jest niby w okolicy ta skalista kulka, z której zgarnąłem Młodego, jest parę stacji. Trzeba dolecieć do jakiejś trasy i dokleić się do kogoś.

A za plecami ciągle czarno. Zacząłem się już cieszyć, że jednak mamy szansę. I wtedy w nas trzepnęło. Takie głuche stęknięcie, ale szarpnęło i nagle wszystko zaczęło wirować. Musieli, cholera, wystrzelić coś za nami tak na farta, bo wyszło na to, że w ogóle się nie poderwali. No i oni mieli farta, a my nie. Wgniotło mnie w fotel i powiem ci, że myślałem, że już po mnie. Na konsoli dyskoteka, przeciążenie zgniata mi głowę, a na zewnątrz karuzela. Ale najważniejsze, że nie ma dekompresji kabiny. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś sięgnąłem do guzika w oparciu. Ładunki odpaliły, silniki korekcyjne zadziałały. No i zostałem sam w kabinie. Uratowany.

Chwilę mi zajęło, zanim doszedłem do siebie. Uratowany, ale czy na pewno? Patrzę na ekran, za mną pusto. Nie poderwali się jeszcze. Śmieciarkę szlag trafił. Rozpadła się na tysiąc kawałków, które rozleciały się na wszystkie strony, ale kabina jest szczelna. Nie jest tak źle, szyfrowany sygnał i kumple Picassa mnie poratują. Mogę nadać otwarte wezwanie, ale wiadomo kto wtedy pierwszy przyleci, a tak, wśród resztek po śmieciarce jakoś może mnie przegapią.

Jest tylko jeden problem. I ręce znów zaczynają mi się trząść. Co z Młodym? Co ja najlepszego narobiłem?

Dobrałem się do logów i sprawdzam. Komora była szczelna do końca odczytów więc jest nadzieja. Po odczepieniu zaczyna nadawać sygnał, tylko nadajnik mały i słaby. Z drugiego końca galaktyki nic nie usłyszysz, a cholera wie, w którą stronę poleciał. Podtrzymanie nie starczy na zbyt długo więc siedzi tam biedny sam i może tylko patrzeć, jak kreska od tlenu idzie w dół. W końcu zrobi mu się tam zimno, a tego się bał najbardziej. Że będzie mu zimno.

Patrzę przez wizjer, ale nawet jakbym wypatrzył komorę, to co? Kabina też na rezerwie. Mogę się co najwyżej obrócić w dobrą stronę i lekko odepchnąć. A potem czekać, aż ktoś mnie znajdzie. W takiej sytuacji wyłączasz co się da i czekasz aż ci reszta włosów osiwieje.

Chłopak od Picassa w końcu się pojawił, ale o Młodym nawet nie chciał słuchać. Powiedział tylko, że komora to nie schron przeciwrakietowy, a jak mam ochotę na randkę z federacyjnymi to może mnie zostawić. Rzuciłem się na niego z pięściami i wracałem przykuty do fotela. Ale uratował mnie.

Dlatego przychodzę z tym teraz do ciebie. Rozumiesz? Dam ci zapis z tego złomowiska. Dam ci wszystko, co się zarejestrowało z kabiny i jeszcze opowiem parę historii do kompletu. Puścisz to w tej swojej telewizji. Zarobicie kupę kasy i może dobierzecie się do tyłka federacyjnym. Oddam ci wszystko, ale pod jednym warunkiem. Pomożecie mi znaleźć Młodego. Sam nie dam rady go namierzyć, nie mam nawet czym lecieć.

Pasuje ci taki układ?

Koniec

Komentarze

Witam na forum świeżynkę.

Mamy tu taki niepisany zwyczaj, że pierwsze opowiadanie mieszamy z błotem, robimy autorowi ścieżkę zdrowia, wytykamy wszystkie błędy, i prawdziwe, i te wyimaginowane, coby człeka pognębić. Potem ucieka taki z płaczem w świat, i żali się, jaka to na NF swołocz bez szacunku dla sztuki i człowieka, i nigdy nie wraca.

Gotowy?

 

No dobra, żartowałem.

Zwykle na świeżynki nie zwracamy zbytniej uwagi, póki się nie zaktywizują, ale są przypadki, kiedy warto zrobić wyjątek.

Tak więc, drogi Wyjątku, trzeba mieć niezły tupet by napisać 30k tekstu w paskudnej drugoosobowej narracji, bez jednego dialogu, który można streścić jako “pieprzenie starego dziada”, a przy tym obnosić się ostentacyjnie ze swoją bytozą i za nic sobie mieć większość reguł na temat tego, jak tkać dobrą opowieść.

To nie ma prawa się udać. Po prostu nie ma. 

 

Jak więc to możliwe, że Tobie się udało? Cholera wie, ale to naprawdę niezły kawałek opowiadania. Napisany ze swadą, brawurowo, lekko. Szybko wciąga. Masz chłopie talent, tyle powiem.

Fajnie, że do nas wpadłeś. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej, bo widać, że pisanie to nie pierwszyzna dla Ciebie.

Ode mnie na razie klik do biblioteki, a pewnie i coś więcej, ale to za jakiś czas.

 

Jeżeli lubisz tego typu tematykę i styl, to polecam Rybaka: “Opowieści starego Nawigatora”. Bardzo podobny klimat, pierwsza część jest tutaj -> https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23548

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Bardzo, bardzo dobre. Gratuluję debiutu. Czyta się świetnie, pomysł tip top, wykonanie prawie popisowe. Może to jeszcze nie nawigator, ale… Czuję czyjś oddech na plecach;D. Zasłużony klik biblioteczny.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Hej, świetna sprawa. Opowiadanie, mimo tej niezbyt typowej narracji, czyta się świetnie, naturalnie i płynnie. Nie ma nudy, trzyma w napięciu, ma klimat, napisane tak, że sie nie ma czego czepiać, no rewelka. Czytając widziałem tego gościa, jego niedogoloną gębę gdzieś w jakiejś spelunie, jego zachrypnięty głos… Jestem pod wrażeniem.

Klik do biblioteki to minimum. 

 

Brawo! 

 

EDIT: nominowałem do Piórka, bo to jest tak dopracowane i spójne, że klik to za mało.

Dołączam się do grona chwalących. Rzeczywiście z daleka czuć klimaty Rybaka :) Taki monolog siłą rzeczy monotonny musi mieć swoją magię. Tutaj przede wszystkim swobodny język pozwala czytelnikowi gnać przez tekst jak kowoboj na ogierze przemierza prerię. A propos – gdyby rakietę zamienić na zdezelowanego tira, kosmos na Arizonę, w roli głównego bohatera ustawić Clinta Eastwooda, wyszedłby niezły amerykański film obyczajowy… :)

Klik obowiązkowy. Gratuluję debiutu!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A ja się cieszę, że hard sci fi umacnia się na portalu. Nareszcie!:D

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Uśpiłeś czujność. Nie to, żebym był przesadnie bystry :-), ale takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem, mimo, że w tekście widać podpowiedzi – niemniej docierają do głowy dopiero po przeczytaniu całości.

Gratuluję,

Nie mogę nie zgodzić się z wcześniej komentującymi.

Niezły pomysł, Seenerze, zamieniłeś na bardzo porządne opowiadanie, które mimo niezbyt zachęcającej formy, okazało się świetną historią, napisaną z nerwem i niezwykłą lekkością. Bawi też umiejętnie dawkowany humor w bardzo dobrym gatunku, a zakończenie zaskakuje i nie pozostawia czytelnika obojętnym.

Gratuluję debiutu!

 

No pew­nie, żeby chciał. ―> No pew­nie, że by chciał. Lub: No pew­nie, że chciałby.

 

Prze­ćwi­czy­łem to nie raz. ―> Prze­ćwi­czy­łem to nieraz.

 

po co ina­czej lą­do­wa­li by na śmiet­ni­sku. ―> …po co ina­czej lą­do­wa­liby na śmiet­ni­sku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za czytanie i komentarze. Nie jest to nowy tekst, ale chciałem dobrze zacząć.

Teraz się boję czy nie będzie za dobrze i nie skończy się równią pochyłą surprise.

Zwykle na świeżynki nie zwracamy zbytniej uwagi, póki się nie zaktywizują, ale są przypadki, kiedy warto zrobić wyjątek.

Na swoją obronę powiem, że swój debiut tutaj miałem w 2010 i… w zasadzie nic więcej. To był fanfik, który doczekał się energicznego, ale umiarkowanie entuzjastycznego przyjęcia i po zmianach w serwisie zalega sobie w ‘roboczych’. Może kiedyś, tak dla zabawy je ujawnię :).

Co do drugoosobowej narracji, to samo tak wyszło. Historia dobijała się do mnie natrętnie podczas paru bogatych w deficyt snu nocy i w końcu uległem. Zrobiłem parę prób w głowie z różnym podejściem, ale nic innego nie chciało ‘grać’.

Jeżeli lubisz tego typu tematykę i styl, to polecam Rybaka

Zerknąłem. I będę jeszcze zerkał. 

 

 

No dobra, to ja spróbuję ratować reputację portalu i jak inni nie wskazuję usterek, to ja pokażę ;P

 

Gotowy?

 

To zaczynamy:

 

Po pierwsze: jeśli kuzyn źle policzył kwestię grawitacji, to jak odziedziczono śmieciarkę, którą tam latał?

 

Po drugie: jeśli śmieciarka zwykle woziła kilka ton, a w dodatku była łatwa do przeoczenia z niewielkiej odległości, to zakładam, ze to nie był jakiś megatransportowiec*. Skoro tak, to ile tam mogło być powietrza, żeby bohater spodziewał się, że jego pomocnik będzie jeszcze miał powietrze?

*) Bo w przeciwnej opcji (wielki transportowiec) pył nie zakryłby go aż tak w całości, prędzej byłby ukryty samymi stertami – ale gdyby to one go zasłaniały, to musiałyby być wtedy tak wielkie, że i tak przestrzennie by się opisana scena nie spinała.

 

A teraz w drugą stronę: narracja sprawnie napisana, pomimo wspomnianych niespójności czytało się płynnie, szybko jak na tę długość opowiadania. Narracja starego pryka ma swój urok i wyszła naturalnie.

 

Czego nie dopięto, czyli wracamy do usterek… Punkt drugi można by ratować tym, że to już było szukanie ciała. Albo jakoś uzasadniać, że sprężone powietrze na sytuacje awaryjne. Albo nawet dać wskazówkę ile w zasadzie czasu minęło od katastrofy, do rozmowy w ostatniej scenie.

 

Osobna rzecz – choć narracja ma swój urok i mocno podnosi opowiadanie jako napisane nietypowo w porównaniu z innymi, to całkiem sporo można by tu ugrać narracją bardziej poważną (choć byłoby to trudniejsze). Bo wtedy jakoś tak naturalnie można by delikatnie (nie za mocno, żeby nie zepsuć)  zasugerować, że katastrofa mogła nastąpić dlatego, że to pomocnik wysadził kabinę, by ratować pilota. Jak? No łebski, miał narzędzia i… nie wiem jak to pod względem fizyki, ale może tu by było miejsce na wykorzystanie wspomnianych zapasów powietrza pod ciśnieniem? A może same narzędzia? Jakkolwiek.

Taki wariant (swoją droga zastanawiam się czy nie było Twoim zamierzeniem umieszczenie takiego rozwiązania, ale nie wspominanie o nim – tylko szczerze proszę) w połączeniu z poważną narracją niezłego mroku by tu dorobił i to bez rezygnacji ze sceny z dyskusją z przedstawicielem mediów (swoją drogą pogrywa tu trochę klimat Cyberpunka 2020), jako takie wyrzuty sumienia, które rozwalają psychikę bohatera, próbującego coś jeszcze robić i wypierającego swoje podejrzenia, racjonalizującego inne scenariusze.

 

No. Tak czy inaczej jest dobrze i lektura była przyjemna.

Natomiast widząc, że już dwie osoby zgłosiły opowiadanie jako “jedne z najlepszych na portalu”, muszę wskazać powyższe luki :-)

 

Witamy!

 

No dobra, to ja spróbuję ratować reputację portalu i jak inni nie wskazuję usterek, to ja pokażę ;P

:) a już miałem się pysznić sięgnięciem absolutu.

Uwagi mile widziane, bo od poklepywania po plecach to się tylko zgarbić można.

Wyjaśnię co myślałem, czy to ma sens to już inna sprawa.

Po pierwsze: jeśli kuzyn źle policzył kwestię grawitacji, to jak odziedziczono śmieciarkę, którą tam latał?

Kuzyn się zahaczył do tych co latali poza strefę, do średnich orbit.

Nie latał tam swoim sprzętem, śmieciarka ma za mały zasięg. Był tylko w cudzej załodze.

Skoro tak, to ile tam mogło być powietrza, żeby bohater spodziewał się, że jego pomocnik będzie jeszcze miał powietrze?

Picasso wyszykował nam komorę w jednym kontenerze. Normalnie dba się o kabinę, reszta może być dziurawa, ale jak planujesz siąść na dole, to ze startem zawsze jest ryzyko. Kiepsko tak zostać bez tlenu w razie awarii. Jak sobie zorganizujesz komorę, to jakoś się przechowasz, zanim przyleci ratunek.

Młody schował się w komorze jak tylko usłyszał, że coś się dzieje. W założeniu to taka kapsuła ratunkowa z wyposażeniem dającym szansę przetrwania jakiegoś czasu w oczekiwaniu na ratunek. Jak dużo jest tego czasu… to już kwestia wyobraźni ;)

tylko szczerze proszę

O rany, nie wymagasz za dużo? ;)

Robiłem podejście do narracji trzecioosobowej, ale to co mi wychodziło, nie za bardzo mi się podobało. Nie czułem tego. Narracja pierwszoosobowa sprawiałaby wrażenie zbyt “osobistej”. Wymyślenie śmieciarza, który opowiada dało szansę być w środku i jednocześnie oglądać z boku.

Co do zakończenia, to nie chciałem nadawać Młodemu zbyt aktywnego udziału w fabule. Jest tylko pretekstem, niespodziewanym podmuchem wiatru, który porusza drzazgę w dawno zabliźnionej ranie na sercu śmieciarza. W śmieciarzu tkwi jeszcze ta resztka młodości, której chce się jeszcze raz szarpnąć i walczyć. Dla siebie jest już za późno, ale nawet jeśli uda się dla kogoś, to może lżej się będzie umierać, niż ze świadomością, że całe życie spędziło się na śmietniku świata.

Dlaczego tak się to kończy? Nie chciałem zostawiać ani jednoznacznej, ani swojej odpowiedzi.

w połączeniu z poważną narracją niezłego mroku by tu dorobił

Tak… Tylko wtedy to byłoby już inne opowiadania ;)

Wybrałem, jak wybrałem. Teraz muszę ponosić konsekwencje. Mam w głowie nawet pewien epilog, ale dopowiedzenie paru rzeczy mogłoby odebrać za dużo temu, co już jest. No i moja żona się nie zgodziła na domykanie tej historii…

A po co komuś dodatkowy człowiek do podziału na jeden, jedyny taki kurs? Na logikę to miało sens, gdyby potrzebna była dodatkowa śmieciarka. No chyba, ze kuzyn potrafi coś, co uzasadniało jego obecność na tylko pojedynczym kursie.

Z komora, to w sumie niby logiczne, ale w tekście brzmi jak dodatkowy zbiornik powietrza w samej komorze, ale już nie ma wzmianki o sprzęcie typu “komora ratunkowa” (w tym o niezależnym systemie uzdatniania powietrza).

 

O roli młodego w sumie nie odpowiedziałeś (czy raczej delikatnie zasugerowałeś, że skoro bierny, to raczej nie on spowodował eksplozję). Ale tego wątku drążyć nie będę. Tu niedopowiedzenie jest dobre :) Choć własnie, w samym tekście chyba brak sygnalizacji niedopowiedzenia – ale to może inni się wypowiedzą, czy w trakcie lektury zastanawiali się pod tym kątem :)

 

A po co komuś dodatkowy człowiek do podziału na jeden, jedyny taki kurs? Na logikę to miało sens, gdyby potrzebna była dodatkowa śmieciarka. No chyba, ze kuzyn potrafi coś, co uzasadniało jego obecność na tylko pojedynczym kursie.

Lot długodystansowy więc siłą rzeczy przydaje się ciut większa załoga do większej maszyny. Sama obsługa na mostku plus ewentualne zmiany. Zbiera się ekipę tak, żeby obsadzić wszystkie stanowiska i mieć odpowiednich specjalistów (mechanik, nawigator, itd.) No i to nie musiał być jeden jedyny kurs. Jeden był feralny. Kuzyn dostał niezbędne minimum słów w tym opowiadaniu i tyle musi mu wystarczyć :) Jak zasłuży to może jego historia doczeka się spisania.

Z komorą może faktycznie jedno słowo więcej by się przydało, żeby było jaśniej.

Rola młodego, żeby już nie zostawiać wątpliwości, pozostaje symboliczna. Nic nie wysadza. To federacyjni zaryzykowali strzał.

Nic więcej (chyba) już nie powiem, żeby nie odbierać zabawy wyobraźni tych, którzy zechcą przeczytać. Ale uwagi przemyślę.

Seener, bardzo fajne, rozumiem powyższe pochwały i gratuluję :). Klimatyczne. Skojarzyło mi się z Blade Runnerem, ale o niższych warstwach społecznych. Szczególnie urzekł mnie fragment o kieliszku na skalistym globusie i ludziach grzebiących za kamieniami. Podoba mi się również slang, jaki zbudowałeś o kosmosie (”gazowa kulka”, “czwórka”) i kawałek wykreowanego świata. Cieszy, że znasz astronomię i fizykę, by przekazać to w realistyczny sposób. 

Wspaniale pokazujesz relację między bohaterami. Motywy narratora, który bierze chłopaka pod swoje skrzydła. Kibicowałam im i jednocześnie obawiałam się konsekwencji. Zastanawiałam się, czy nie wyjdzie, że Młody jest agentem Federalnych ;). Czekałam aż coś pierdyknie.

Jedynie lekko zawiodłam się na końcu. Ponieważ nie jestem pewna, czy chłopak przepadł w blaszanej puszcze, wirując w przestrzeni kosmicznej, czy też jest szansa na jego ratunek. Dlatego finisz ma dla mnie niepewny wydźwięk: jest pełen nadziei, desperacji, a może końcowej frustracji po utracie przyjaciela?

Jedynie lekko zawiodłam się na końcu. Ponieważ nie jestem pewna, czy chłopak przepadł w blaszanej puszcze, wirując w przestrzeni kosmicznej, czy też jest szansa na jego ratunek.

No właśnie… nie chciałem wyłożyć wszystkiego na ladzie. Mam wersję z alternatywnym, zamkniętym zakończeniem, ale ci, którzy mieli okazję ją zobaczyć właściwie jednomyślnie głosowali za tym, co można przeczytać powyżej. Może kiedyś gdzieś ją pokażę. Ale ostatecznie wydaje mi się, że tak ta historia ma więcej sensu.

Mogę na priv podzielić się jak się to kończy, ale ostrzegam, że to może wszystko popsuć ;).

Z oryginału to została już tylko oś z kabiną, reaktorem i silnikiem. Ładownia po lewej stronie była też prawie jak oryginalna, trochę połatana i pospawana miejscami, było parę wstawek, ale w sumie oryginał.

Trochę za dużo tych oryginałów. 

Ale poza tym to naprawdę coś. Jest monolog, ale w jakiś sposób oprócz tego, że potrafię wszystko sobie wyobrazić, całą historię, to jeszcze mam przed oczami samego narratora, tak jakbym faktycznie siedziała i słuchała jego opowieści. Super!

Bardzo dobre opowiadanie, Seenerze. :) A przyznaję, że zaglądając tutaj nie nastawiałem się, że znajdę coś dobrego dla siebie. Gatunek SF jest trudny, powiedziałbym nawet, że bardzo trudny. To znaczy rzadko znajduję utwory, w których jest właściwy balans pomiędzy nauką a obyczajówką. Często jednego albo drugiego jest zbyt dużo, i gdyby tylko zbyt dużo, ale na ogól obyczajówka jest mdła jeśli jest w nadmiarze, a science często przypomina naukowy bełkot, który zapewne przyniósł frajdę podczas pisania autorowi, ale mi wcale.

Zachowałeś wysublimowaną równowagę. Wrzucasz smaczki naukowe niby mimochodem, ba, nadal nie jestem pewien, co ma naukowe potwierdzenie, a co jest Twoim wymysłem, ale podałeś to na tyle sprawnie, że po prawdzie mało mnie to obchodzi. Czyli jest pierwszy plus.

Drugi plus za bohatera, którym mogłeś łatwo przeszarżować. Wcale niełatwo jest stworzyć takiego “Janusza”, który będzie trochę prosty, trochę głupi, trochę cwany, ale w taki sposób, że wzbudzi sympatię a nie irytację, czy w ogóle frustrację i jednocześnie będzie wiarygodny w swych działaniach. Czytałem już o takich, którzy ostatecznie okazywali się znacznie mądrzejsi ode mnie. A skoro oni byli stylizowani na “głupków” to kim jak byłem? Kołkiem w sztachecie? Często też okazywali się super bohaterami, doznając gdzieś po drodze intelektualnego olśnienia. Ach, jak ja marzyłem o takim samym… ;) Gdzieś więc ten autor musiał mnie oszukać. A tego nie lubię.

Trzeci plus za monolog, który na początku zdawał się być strzałem w kolano. Choćby na tym portalu poległo mnóstwo monologów, oj mnóstwo. A Ty utrzymałeś moją uwagę do końca. :) I nawet finał był taki, jak trzeba. Bo jaki mógł być. Ano nie miałeś wielkiego wyboru, skoro “zwyczajny” bohater, to finał nie mógłby być spektakularny. Dlaczego? Patrz akapit powyżej. Byłby wtedy kolejnym zakończeniem filmów klasy B i niżej. Ale zwyczajny finał to w końcu też lipa, bo po coś piszę się jednak opowiadanie, prawda? Żeby dać czytelnikowi coś fajnego, satysfakcję z lektury, radochę – skupiam się tu na emocjach powiązanych z powyższą konwencją. A Tobie się udało. :) Niby nic, ale wyszło, właśnie, po prostu fajnie. :)

Moje gratulacje.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Zainteresowałeś mnie na początku wyraźnie, poczułam taki Cowboy Bebopowy klimat i to było fajne. Ale potem jakoś w sumie zaczęło mi się dłużyć, rozmywać i próbowałam ogarnąć, do czego to właściwie wszystko zmierza. No i wyszło mi na to, że nie zmierzało w sumie do niczego, bo z obiecującej historii o zmęczonym życiem pilocie-śmieciarzu i rokującym dobrze uczniu robi się nagle zagadka sensacyjno-kryminalna, która pozbawiona jest kontekstu i pozostaje niezakończona. Odczuwam tu ogromne zaburzenie kompozycji – dłuuuugi wstęp o bohaterze, potem trochę o jego podopiecznym, a potem szast-prast federalne porachunki i ciach, koniec bez rozwiązania fabuły. Odczytuję to tak, jakby Młodego dawno szlag trafił (bo komora miała tylko szczątkowy system podtrzymywania życia), a bohater po prostu chciał odnaleźć – bogowie wiedza po co – jego ciało. I jakoś mnie to nie satysfakcjonuje, czegoś zabrakło.

Pomimo tego jednak czytało mi się dobrze, miodnie. Piszesz nieźle, w kilku miejscach potknęłam się o jakiś przecinek czy inny drobiazg, ogólnie jednak językowo jest ok, nie zamierzam się czepiać. Pisza dalej i tyle, nie oglądaj się na malkontentów ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A kto to przyszedł? Kam maruda, niszczycielka dobrej zabawy i uśmiechów dzieci.

 

To opowiadanie jest świetne, ale dopiero od drugiej połowy. W pierwszej nużyło mnie okropnie, próbowałam je przeczytać od dwóch dni i ostatecznie dziś udało mi się przy piątej próbie, przyłapawszy się na tym, że po każdym akapicie przeskakiwałam na inną zakładkę. Uff, trudno mi się przez ten tekst brnęło – uparłam się, by je skończyć, widząc nominacje i pośpiesznie zaglądając do pełnych zachwytu komentarzy. Nic nie zahaczyło, nic nie kazało czytać dalej, nie odczuwałam żadnej ciekawości dotyczącej losów bohaterów. Wychodzi mi więc, że zaburzona jest konstrukcja opowiadania – klasyczny przeciągnięty początek, problem wielu twórców.

 

Druga połowa zaś w mojej opinii jest świetna. Pojawia się napięcie, strach, zaczynamy grać o wysoką stawkę, dostajemy bohaterów, których losem się przejmujemy. Dobra robota.

 

Narracja jest lekka i swobodna, stylizacja przekonująca, opowiadanie cechuje wysoka poprawność językowa (yay!).

 

Żebym ja się tylko tak nie męczyła, żeby dobrnąć do końca.

 

Jeśli opowiadanie zostanie nominowane do piórka, przeczytam je jeszcze raz przed głosowaniem – na razie mam mieszane uczucia. Pozdrawiam :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Mamy tu taki niepisany zwyczaj, że pierwsze opowiadanie mieszamy z błotem

Nic nie zahaczyło, nic nie kazało czytać dalej, nie odczuwałam żadnej ciekawości dotyczącej losów bohaterów.

No i wyszło mi na to, że nie zmierzało w sumie do niczego

Jak widzisz Chrościsko, da się. Może to kwestia doświadczenia? ;)

że nie zmierzało w sumie do niczego, bo z obiecującej historii o zmęczonym życiem pilocie-śmieciarzu i rokującym dobrze uczniu robi się nagle zagadka sensacyjno-kryminalna, która pozbawiona jest kontekstu i pozostaje niezakończona.

Pojawia się napięcie, strach, zaczynamy grać o wysoką stawkę, dostajemy bohaterów, których losem się przejmujemy.

Czasem niektórych rzeczy trzeba się nauczyć na własnej skórze :(

Są historie nastawione na wydarzenia i są nastawione na bohaterów. I pewnie jeszcze inne… no w każdym razie jako, że czuję się winny trochę się potłumaczę, aczkolwiek nie gwarantuję, że poprawi to odbiór opowiadania. Kto wie, może wręcz przeciwnie :)

To jest opowiadanie o człowieku, nie o intrydze.

Jest Śmieciarz, który jest już na końcu swojej drogi.

Śmieciarz spotyka Młodego i budzą się w nim zapomniane marzenia z młodości.

Młody okazuje się być całkiem rozgarniętym “Janko Muzykantem”. Ma potencjał, ale nie dostał możliwości. Śmieciarz chce mu dać szansę.

Czy to z racji niezbyt szczęśliwych decyzji, czy trochę pecha, znów wszystko może przepaść.

 

Śmieciarz jest dość sprytny ale w swojej szklanej kuli, nie poza nią. “Choćby nawet się doktoryzował, pozostanie tylko śmieciarzem”. Dlatego końcowy kryzys nie jest wyłącznie jego winą.

Natomiast sprawa, przynajmniej w założeniu, nie jest jeszcze przegrana. Nie wiadomo czy i ile czasu zostało jeszcze młodemu.

Liczyłem, że odrobina nadziei, że nie wszystko jeszcze stracone, pozostanie. 

 

Chyba nie wszystko udało mi się przekazać tak jak chciałem, ale dzięki za uwagi i poświęcony czas. Następnym razem może wyjdzie mi lepiej ;)

Seener, tłumaczenie, o czym jest opowiadanie, jest bezcelowe, chyba że robisz to w celu zapytania nas, jak mógłbyś osiągnąć zamierzony efekt i co nie zagrało. Twoi czytelnicy mają mózgi i potrafią czytać – zostaw wyciąganie wniosków im.

 

Jeśli uważasz, że nie zrozumiałam tekstu, to mogę cię zapewnić, że nawet gdybyś poinformował mnie w przedmowie, że opowiadanie jest o człowieku (interesujący gatunek), to tak samo męczyłabym się, nie mogąc przebrnąć przez początek. Nadto uważam, że te dwie rzeczy nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Mogę cię też zapewnić, że znajdą się czytelnicy, których wrażenia będą skrajnie odmienne od moich, bo ludzie są różni i lubią różne rzeczy.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Jeśli uważasz, że nie zrozumiałam tekstu

Nie odbieraj, proszę, mojego komentarza osobiście.

Jestem ostatnim, który chciałby stać w księgarni przy półce z wydaną za własne pieniądze książką i wyklinać czytelników, że to ich wina, że im się nie podoba.

Zakładam, że taka jest formuła formu, że sobie można porozmawiać i podywagować, o ile ktoś ma czas i ochotę. Taki na przykład wilk-zimowy dał mi sporo do myślenia. Twój komentarz również, chociaż inaczej. Widzę teraz na przykład pewne różnice między pierwszą a drugą częścią. Nie mam żalu, że jesteś krytyczna i dzięki za podzielenie się opinią. Staram się w życiu uczyć na błędach.

Tekst ładnie wpisuje się w klasyczny nurt pierwszoosobowych opowieści skierowanych bezpośrednio do odbiorcy (z małym twistem w finale), do tego jeszcze dobrze odnajduje się w podgatunku „gawędziarskich opowieści kosmicznych wiarusów”, którego najbardziej znanym na portalu przykładem jest rybakowy Stary Nawigator, a niedoścignionym wzorem lemowski Ijon Tichy.

Przyznaje, czytałem Twoją historię, Seenerze, z niesłabnącym zainteresowaniem i chociaż spodziewałem się większego zaskoczenia w finale, to z lektury jestem usatysfakcjonowany. Przymykam oko na umowność strony naukowo-technicznej, odpuszczam pewien brak oryginalności, bo i świat i sama historia nie wyróżniają się niczym szczególnym – jako tekst rozrywkowy i mimo przewrotnej, dramatycznej wymowy (a także kilku poważnych i przygnębiających elementów świata przedstawionego) napisany jednak z przymrużeniem oka, jest to bardzo sympatyczne opowiadanie. Fabułę prowadzisz naprawdę sprawnie, dygresyjki i żarty ukryte w tekście nie schodzą poniżej dobrego poziomu, a życiowe mądrości i przemyślenia narratora (oraz jego bezinteresowna dobrotliwość wobec Młodego) skłaniają do myślenia także czytelnika.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do dwóch rzeczy – po pierwsze, nieco kuleje, moim zdaniem, kompozycja tekstu – szczegółowe wprowadzenie do świata opowieści oraz prezentacja bohatera i jego profesji wydają mi się nieco przydługie w kontekście późniejszych, przedstawionych w kilku akapitach wydarzeń stanowiących puentę i sedno historii.

Po drugie, nie do końca jestem pewny, czy niektóre potknięcia stylistyczne i konstrukcyjne można zwalić wyłącznie na osobę niewykształconego narratora, czy jest w tym również trochę winy Autora (np. Młody mówił, że przypomina mu widelec, no i coś w tym było może nawet. – dziwny szyk; Pod latarnią najciemniej, nie. – brak znaku zapytania; Jest tam w okolicy taki skalisty globusik […] Jest tam atmosfera, a ludzie siedzą […] – stojące blisko siebie powtórzenia konstrukcji).

To wszystko jednak małe pikusie wobec innego zgrzytu, który wręcz utrudniał mi lekturę. Czy zdajesz sobie sprawę, Seenerze, ile razy w tym tekście pojawia się zaimek „to"? Po SZEŚĆDZIESIĄTYM „to” przestałem liczyć. Proponuję zabawę – wrzuć tekst w jakiegoś Worda i znajdź w nim wszystkie samodzielne „to". Zobaczysz obraz TOtalnej wysypki. Dla zobrazowania podaję przykładowe skupiska „to" (problem dotyczy w mniejszym stopniu także innych zaimków):

 

Po prawej to już było dzieło Picassa. Zmyślny gość, ma taki warsztat przy Gammie. Zwozimy mu czasem trochę złomu w lepszym stanie. Radzi sobie chłop i jeszcze przeglądy wystawia.

Wiesz, jak to jest. Nie każdego stać na stocznię, a Picasso jakoś tak sprytnie kratownice pospawał, przyczepił parę starych kontenerów, łącznik zrobił, grodzie od jakiegoś złomu. Wszystko elegancko i szczelnie. Zresztą, to i tak tylko na śmieci, najważniejsza jest kabina. O to się dba, jak należy, no bo sam rozumiesz, jak coś puści, to możesz nie zdążyć w skafander narobić, a ładowni to się nawet czasem w ogóle nie uszczelniało.

Nieraz bywało, że na prawym skrzydle to i dwa rzędy kontenerów wisiały. Niesymetrycznie to wygląda, ale latać się da, no i wtedy to nawet ja widziałem ten ułamany widelec, o którym mówił Młody. Niby można jakieś osłony założyć i pomalować, ale kogo obchodzi, jak wygląda śmieciarka. Farba kosztuje, a od promieniowania i mikrometeorytów to i tak w rok obłazi. Kabinę się pociągnie, żeby ekranowanie było mocniejsze i tyle. Jak latasz po orbitach to ci aerodynamika do niczego niepotrzebna przecież. 

 

A to wykombinował jak skrócić trasę, a to jak zaoszczędzić paliwo, a to gdzie warto się zakręcić za robotą. I ciągle pytał, i wszystko zapamiętywał. Naprawdę, aż miło było patrzeć. Jak trzeba było, to siedział cicho, jak mu się coś powiedziało, to robił. Nie był bezmyślny. Jak czasem gdzieś mieliśmy mały postój, to go zabierałem ze sobą do knajpy.

 

I muszę ci powiedzieć, że mnie to w końcu dobiło. Grzebią w tych skałach całymi dniami, żeby parę groszy na jedzenie zarobić, całe życie ledwo wiążą koniec z końcem, a wieczorami opowiadają legendy, jak to podobno ktoś znalazł kamień tak duży, że poleciał na jakąś cieplejszą kulkę i już więcej nie musiał pracować. Czy to prawda? Wątpię. Jakby ktoś znalazł coś takiego, to pewnie ci, co kręcą tam tym interesem odrąbali by mu rękę razem z tym kamieniem i tyle by z tego było.

Narzekali na swój los, patrzyli tęsknie w niebo, ale jakbyś któremuś włożył w rękę bilet i parę groszy na nowe życie, to zaraz by zaczął grymasić. Że daleko, że teraz to nie ma czasu, że musiałby się przygotować. Tak przesiąknęli tym grzebaniem w skałach, że nawet jakby którego szczęście kopnęło w tyłek, to by uciekł wystraszony, zamiast skorzystać.

Przyznam się, że tak dawno się w to nie bawiłem, że jak już byliśmy na ostatniej prostej, to strach mnie obleciał. No ale zerknąłem czy w okolicy nikt się nie kręci. Jakby co, to lecieliśmy dalej, a chcieliśmy tylko skorzystać z procy grawitacyjnej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Gratuluję! Bardzo przemyślane opowiadanie. Byłem zaskoczony tym, jak bardzo opowiadanie mnie wciągnęło, po tak niepozornym wstępie ;) 

 

Rzuciło mi się w oczy:

Jak już wszystko opadło to, dwóch wyszło na zewnątrz.

 

W tym zdaniu “to” chyba jest nadmiarowe.

Przychodzę zajrzeć, bo od jakiegoś czasu korciło.smiley Przyznam szczerze, że mimo tego, że historia jest dość prosta, umiejętna narracja naprawdę robi to, co trzeba. Akcja nie jest może pełna wzlotów i upadków, ale czasem odnajduję się w takich opowieściach, które stoją klimatem i umiejętnym przekazaniem perspektywy na świat bohatera. Duży plus za zaadaptowanie stylu gawędziarskiego w tej konwencji.

Bardzo ciekawa historia. Jak już zostało wskazane w komentarzach, można wsiąknąć i nie sposób się oderwać do samego końca.

Stworzyłeś bardzo interesujące i pełnokrwiste charaktery, które uzupełniały się, jednocześnie stanowiąc swoje przeciwieństwa. Świetne są też obrazy społeczne – np. Gamma, śmieciarze i ich biznes, planeta Młodego i kopacze. Brawo! Wtręty egzystencjalne i motywacja działania bohaterów również na wysokim poziomie, Wszystko mi tutaj zagrało, fabularnie Twoja historia, to jedno z lepszych opowiadań, jakie ostatnio przeczytałem, nie tylko na enefie. Chylę czoła!

 

Oczywiście zawsze można się jednak poczepiać, co czynię poniżej ;)

 

To była zwykła śmieciarka po przejściach. Młody mówił, że przypomina mu widelec, no i coś w tym było może nawet. Taki ułamany, ale widelec.

Trzeba powiedzieć, że to był całkiem dobry sprzęt i służył mi przez wiele lat. Taki wół roboczy zrobiony na szkielecie starej dobrej es-dziesiątki.

 

– nie wiem, czy zamierzone powtórzenia, mnie troszkę uwierają. Ogólnie w tekście pojawia się bardzo dużo zaimka "to", o czym wspomniano wyżej, ale ja postrzegam to raczej jako styl narratora.

 

Po prawej to już było dzieło Picassa.

 

– myślałem, że to metafora, a potem się okazuje, że gość naprawdę się tak nazywa :)

 

O kawałek papieru toaletowego przegryźliby ci tętnicę

 

– "za kawałek papieru toaletowego" lub "walcząc o kawałek"

 

Kuzyn się zahaczył do tych co latali poza strefę, do średnich orbit.

 

– zahaczył się u tych [+,] co

 

Taka gazowa kulka praktycznie nie ma stałej powierzchni[+,] więc jak coś tam upuścisz, to przepadnie na wieki

 

No i kuzyn źle policzył [-,] i przepadł

 

Ze wzajemnością

 

– bardziej mi pasuje: “z wzajemnością”

 

Picasso potrzebował dwa dni, więc wsiadłem na prom.

 

– “dwóch dni”

 

 

Dokąd się da, to będę latał, a potem skończę, jak wszyscy, na jakimś śmietniku, grzebiąc w odpadach za miskę zupy i będę marzył nie o skarbie, ale o jakimś świństwie, które skończy moje męki.

 

– “Dopóki się da”; “[…] albo o jakimś świństwie”

 

(…)bo w końcu kiedyś będzie sobie musiał sam radzić, nie [+?]

 

Wszystkim się opłaca.

 

– opłacało (żeby zachować czas przeszły). Tutaj jest mowa o konkretnym kliencie, więc raczej nie można tłumaczyć, że chodzi o generalną zasadę.

 

Nie mam pojęcia [+,] co to.

 

No ale zerknąłem [+,] czy w okolicy nikt się nie kręci.

 

Człowiek jest w napięciu od razu zaczyna się nerwowo rozglądać, ale przecież znałem ten dźwięk.

 

– czegoś tu brakuje, może: Kiedy człowiek jest w napięciu [+,] od razu zaczyna się […]

 

To było od razu dziwne.

 

– propozycja: To od razu wydało mi się dziwne.

 

[…] zacząłem z powrotem oddychać i kombinować[+,] o co chodzi.

 

Exit light

129 razy…

Trochę przesadziłem z tym “to”…

Czytałem to tyle razy i nie wpadło mi w oczy. Kiepski ze mnie redaktor.

Może śmieciarz prowadził mnie, zamiast na odwrót?

Dzięki za uwagi.

Czytałem to tyle razy i nie wpadło mi w oczy. Kiepski ze mnie redaktor.

 

Ja w moich opkach takie byki strzelałem, że mi było wstyd później. Nikt sam dla siebie nie jest dobrym redaktorem, głowa do góry ;)

Exit light

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Bardzo porządne opowiadanie. 

To tak jakbyś zaprosił mnie na piwo czy kielicha i po długiej ciszy zaczął opowiadać tą historię, prosto z serca, po ludzku, normalnie, jak dawno nie widziany kumpel. Wciągnęło bardzo. 

Relacja pomiędzy starym wiarusem a młodym Młodym zdawała się realna i prawdziwa (choć to przecież klasyk) :)

Błędów nie widziałem, ale też nie skupiałem się na nich tylko płynąłem z tekstem :)

Jeśli miałbym mieć zastrzeżenie to ewentualnie takie czy opowiadanie zostanie w głowie na dłużej. 

Niemniej jednak bardzo przyjemna lektura.

Dobre opko :) Fantastycznie budujesz klimat, lubię takie gawędziarskie opowieści. Mnie się nie dłużyło, przepłynęłam przez opko i nawet totalnej wysypki nie zauważyłam ;) Najbardziej przypadł mi do gustu bohater, fajnie złapałeś ten moment, w którym gość zdaje sobie sprawę, że przespał życie, że już za późno, żeby coś wygrać, marzenia, które miał, jako młody człowiek już się nie ziszczą. I to wszystko trzepło go w otoczeniu ludzi, którymi – może nie do końca świadomie – trochę gardził.

Przeniesienie własnych marzeń na Młodego wydaje mi się wiarygodne. Bohater nie założył rodziny, nikogo innego nie miał, a fajnie jest pomyśleć, że przynajmniej dla kogoś coś się zrobiło Wdepnięcie zupełnie przypadkiem w wielką politykę i w konsekwencji utrata Młodego dopełniają całości. Desperacka próba uratowania chłopaka, która bez względu na to, co się stanie, źle się dla bohatera skończy jest IMO świetnym zamknięciem.

W gruncie rzeczy to Twoje opko strasznie gorzkie jest. I po ludzku prawdziwe. Mam nadzieję na więcej przygód pilota śmieciarki :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Seener, to podziel się, proszę, alternatywną końcówką :).

Cytryna, podeślę na priv, jak odkopię. Oryginał już chyba dość skruszał na słońcu ;)

Ja też poproszę, jeżeli można ;)

Exit light

To ja też poproszę. Bo przyszłam tu kilka dni temu zwabiona nominacjami w wątku piórkowym, przeczytałam i spodobało się – a po kilku dniach nadal pamiętam i nadal przejmuję się losami bohaterów, więc jest bardzo dobrze. I też chcę dalszych przygód tych bohaterów.

Uważam, że świetnie sobie poradziłeś z drugoosobową narracją, zwłaszcza że ostateczny twist nadaje jej dodatkowego znaczenia. Nie wiem, czy alternatywne zakończenie jest lepsze czy gorsze, jeśli dostanę na priv, napiszę :) To, które jest podoba mi się coraz bardziej z każdym dniem.

W ogóle jakkolwiek przy pierwszej lekturze (jak już przeczytałam, bo przyznaję, że zabierałam się kilka razy i technobełkot mnie z początku trochę odrzucał) miałam jakieś drobne anse, to one znikły. Słyszałam uwagi, że nadużywasz zaimka “to”, ale ja tego przy lekturze nie zauważyłam, nie zirytowało, więc jakkolwiek rzeczywiście jest go bardzo dużo, jak podświetlić, dla mnie najwyraźniej stał się kawałkiem sposobu mówienia bohatera.

Ale moja bardzo pozytywna ocena bierze się przede wszystkim z kreacji bohatera, którego przy jego krętactwie i rozlicznych wadach nie sposób nie polubić. Nie przegiąłeś w żadną stronę: nie zrobiłeś go paskudnym typkiem, nie zrobiłeś go herosem, nie zrobiłeś go świętym. Jego relacja z Młodym – na wielki plus. Był moment, kiedy myślałam, że Młody jest wtyką – i pozytywnie mnie zaskoczyłeś tym takim ładnie klasycznym, pozytywnym zakończeniem w sensie rozwoju głównego bohatera.

 

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki za miłe słowa.

Po niektórych komentarzach dotarło do mnie, że “przegadałem” chyba początek. Właściwie to przegadał go bohater, ale najwyraźniej potrzebowałem chwili, żeby go “poczuć”.

Nie chce mi się już tego przepisywać, bo tekst pokazany w sieci wydawniczo jest spalony, ale muszę pamiętać przy kolejnych tekstach.

Co do alternatywnego zakończenia to może prościej będzie wrzucić je tutaj?

Tylko nie wiem jakie są zwyczaje na tym forum? Nowy wątek czy doklejać tutaj, na końcu?

Wrzucaj tutaj, żeby się nie zgubiło :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Doklej w osobnym komentarzu, może najlepiej z jakimś rzucającym się w oczy obrazkiem, żeby nie przegapić. A co do poprawek, hmmm, mam szczerą nadzieję, że będą jednak potrzebne :)

http://altronapoleone.home.blog

No dobrze… odważę się. Alternatywne zakończenie.

Nie szlifowałem go za dokładnie, bo przegrało rywalizację, więc proszę o wyrozumiałość.

No i ostrzegam, że zawsze jest szansa, że popsuje odbiór oryginału, więc czytacie na własną odpowiedzialność ;)

Dobrałem się do logów i sprawdzam. Komora była szczelna do końca odczytów. Jest nadzieja. Po odczepieniu zaczyna nadawać sygnał. Tylko nadajnik mały i słaby, z drugiego końca galaktyki nie usłyszysz. No i cholera wie, w którą stronę poleciał. Podtrzymanie nie starczy na zbyt długo. Więc siedzi tam biedny sam i może tylko patrzeć, jak kreska od tlenu idzie w dół. W końcu zrobi mu się tam zimno, a tego się bał najbardziej. Że będzie mu zimno.

Chłopak Picassa zgarnął mnie po dziesięciu godzinach. Czaił się trochę najpierw w okolicy, żeby sprawdzić czy nikt się do mnie nie przykleił. Ja przez ten czas wypatrywałem czy gdzieś nie widać komory, ale widok z kabiny jest ograniczony, więc niewiele widziałem. A nawet jakbym coś wypatrzył to przecież nie pobiegnę za nią. Jak się tylko pojawił, to od razu się na niego rzuciłem, że trzeba szukać Młodego. Na szczęście jemu rozumu nie odebrało. Powiedział, że jak chcę się federacyjnym pchać w łapy, to może mnie z powrotem wsadzić do kabiny. Oczywiście wcale go nie słuchałem, rzuciłem się w końcu na niego z pięściami więc przypiął mnie do fotela i tak wróciliśmy na Gammę. Po drodze się nasłuchał o sobie i swojej matce, ale pewnie nie takie rzeczy już słyszał.

Jak tylko zadokowaliśmy, poleciałem od razu do Picassa, że trzeba działać. Czasu jest mało. Ten wysłuchał spokojnie, pogadał z tym co mnie ratował i mówi, żebym dał sobie spokój, że już jest po Młodym, że komora to nie schron przeciwrakietowy i żebym zapomniał. Takie jest życie. Filozof się, cholera, znalazł. Już nawet nie miałem siły zaciskać pięści. Próbowałem na rozum, próbowałem na litość, błagałem, groziłem, szantażowałem. Wszystko na nic. Nawet nie miałem nic do przehandlowania. Przynajmniej tak mi się zdawało.

W końcu przyszedł do mnie jeden z jego chłopaków, taki co najmniej bym za niego dał. Snuł się gdzieś po kątach, mało mówił i często gdzieś znikał. I prowadzał się z takimi typkami, co też mało mówią. Powiedział, że leci w tamtym kierunku i może zerknąć, i że przydałaby mu się ta moja kabina. Rozumiesz? Ten opalony kapiszon. Gdzieś tam po cichu liczyłem, że może Picasso coś wymyśli i da się jeszcze coś do tego doczepić, że wrócę do obiegu. Tylko po co się oszukiwać? Przeszło mi przez głowę, że może mnie wysadzić gdzieś po drodze i nikt się nie będzie dopytywał, gdzie jest stary pierdoła, ale są takie chwile, że się nie targujesz, jak sprzedajesz duszę diabłu.

Picasso miał kwaśną minę, a my zapakowaliśmy się do maszyny i w drogę. Powiem ci, że się zachował. Powiedział od razu, że jak federacyjni będą się kręcić po okolicy, to zwija się bez gadania, ale jak będzie czysto to poszukamy. Rokowania nie były takie najgorsze. Komora była policzona na dwóch, a Młody tam został sam, więc z wodą i tlenem nie jest tak tragicznie. Modliłem się tylko, żeby zasilanie trzymało jak najdłużej. Dziwnie to brzmi, jak mówisz o człowieku zamkniętym w trzymetrowej puszce, ale jakoś trzeba się pocieszać. Tylko czy wytrzymała wybuch? Wystarczy mała dziurka i po robocie. No ale ja wtedy nie kalkulowałem. Ręce mi się trzęsły, zęby też. Nie spałem już chyba z sześćdziesiąt godzin. A może i spałem? Nie wiedziałem już co jest naprawdę, a co nie.

Na miejscu było spokojnie. Gruzowisko po śmieciarce rozleciało się we wszystkie strony. Włączyliśmy co było pod ręką, żeby coś namierzyć. Radio, i-erka, radar, każdy skaner jaki był zamontowany, choć wiele tego nie było. Chudłem z każdą minutą. A jak żyje, a my go przegapimy? Może złapał jakąś orbitę, może go wyrzuciło w przestrzeń? A może na odwrót, może ściągnęło go na tę kupę piachu? Raz człowiek rozpacza, raz się pociesza, a w głowie się gotuje.

I w końcu odezwało się radio. Ledwie ledwie, ale kod się zgadzał. Znaczy się, baterie trzymają. Chciałem się łapać do sterów, ale tamten tylko na mnie spojrzał. Najchętniej sam bym wyskoczył na zewnątrz, tylko tak się nie da. Trzeba wszystko dobrze policzyć, złapać parę punktów, ustalić kierunek, prędkość, i resztę cyferek. Komora złapała rotację, więc musieliśmy się zsynchronizować.

Nie wiedziałem co z sobą zrobić. Człowiek ma chęć wyleźć z własnej skóry. Jest cała? Szczelna? Co w środku?

Zrównaliśmy się, tamten spokojnie, powoli wszystko ustawił, no i po paru minutach komora była w ładowni. Teraz już by mnie nie powstrzymał. Skoczyłem pierwszy. Kiepsko to wyglądało. Ściany osmalone, trochę pogięte. Może były już takie wcześniej, może to nie od wybuchu?

Stanąłem przed włazem i powiem ci, że dopiero wtedy zacząłem się bać. Co w środku? Wiem, że tam jest, ale czy żywy? A jak nie? Jakby mnie zamroziło. Gardło mi się ściska, ale co mam robić?

Chłopak Picassa się nie ceregielił. Nawet nie zastukał, żeby sprawdzić czy ktoś odpowie. Zdjął rygle z klapy i opadła na podłogę. W środku było ciemno. Mówiłem ci, że Młody był cwany. Oszczędzał prąd. Wpadało trochę światła z ładowni. Leżał na plecach, ręce wzdłuż tułowia. Mnie się w oczach zrobiło mokro, więc nawet nie widziałem czy oddycha. Może śpi, może nieprzytomny? Ale pcham się od razu do środka. No i rozumiesz, ledwo nogę przełożyłem, podniósł rękę.

Rzuciłem się na niego jak głupi i krzyczę: Młody, żyjesz. Kiepsko wyglądał, oj kiepsko. Nie wiem co pokazywał panel, ale musiał jechać na resztkach, bo temperatura w środku mocno spadła. Oczy miał podkrążone i przekrwione, policzki zapadnięte, nos zatkany, gorączka. Kiepsko z nim było, ale przeżył. Zacząłem go wywlekać stamtąd i przepraszać. Błagałem o wybaczenie, obiecywałem wszystko, sam już nie pamiętam co mówiłem. Posadziliśmy go pod ścianą. Powiedział, że napiłby się czegoś ciepłego. No pewnie.

Ja się dalej darłem, że to moja wina, że musi mi wybaczyć, a ten się napił parę łyków, a potem położył mi rękę na ramieniu i się uśmiechnął. Popatrzył na mnie tymi swoimi spokojnymi oczami i powiedział, że wiedział, że jak będę mógł, to wrócę. I że wszystko dobrze. A potem zemdlał.

Wszystko dobrze, tak powiedział. Nic nie poszło dobrze, rozumiesz, nic zupełnie. Leżał tam nieprzytomny, ledwo żywy. Oj nie masz na świecie takiego papieża, co by mi mógł grzechy odpuścić.

Potem chyba i ja padłem, bo następne co pamiętam, to jak się obudziłem na Gammie. Leżałem podpięty do kroplówki, a obok młody, też na dożylnym. Wyglądał już całkiem nieźle, gorączka zeszła, zapalenie płuc pod kontrolą. Nawet się uśmiechał chociaż policzki miał wciąż zapadnięte. Jak wyglądałem ja, nie wiem. Nie miałem od tamtej pory ochoty zaglądać w lusterka.

Jak już trochę się pozbieraliśmy, to siedliśmy do rachunków. W górze różnie bywa, więc każdy trzyma kasę przy sobie. Nie ma żadnych tajnych schowków ani innych bzdur, bo jak masz szczęście to tylko ty się uratujesz. Tak było tym razem.

No i najważniejsze, kasa się zgadzała. Może nie co do grosza, ale niewiele brakowało, resztę pożyczyłem od Picassa. W głowie się nie mieści, ale jak byśmy nie liczyli, wyszło że się udało. Młody się w końcu pozbierał, trwało to jakieś dwa tygodnie, ale zaczął wyglądać jak człowiek. Pogadaliśmy na odchodnym, powtórzył parę razy, że wróci po mnie. Dziwne, ale tym razem w to wierzyłem. Żaden z nas nie chciał się posypać przy pożegnaniu, więc skończyło się na uścisku ręki.

Odzywał się potem. Najpierw dał znać, że dotarł na miejsce i dostał się na kurs. Szło mu dobrze, tego byłem pewien. Po tym co przeszedł nic by go już chyba nie złamało. W końcu zdał egzamin i dostał licencję. Potem dał znać, że pojawili się ci goście z biznesu i chcieli, żeby zaczął dla nich latać. Taka praktyka na początek, ale wszyscy tam tak zaczynają. Musiało mu naprawdę nieźle pójść.

Ja zaczepiłem się u Picassa. Posiedziałem tam trochę przy sortowaniu, ale ręce i oczy już nie te. Od początku wiedziałem, że trzyma mnie tak trochę z litości, a trochę żeby odzyskać dług. Wysłałem Młodemu ostatnią wiadomość, spakowałem swoje śmieci i trafiłem tutaj. Nie zostawiałem nowego adresu, po co komu dodatkowy garb na plecach.

Wiem, że myślisz, że pewnie to wszystko zmyśliłem, ale to prawda. Najświętsza prawda. Śmiejesz się bo jesteś jeszcze młody i roznosisz termos z zupą. Ale latka polecą. Nim się obejrzysz, będziesz grzebał, tak jak my. A potem też zaczniesz chodzić za żółte tabliczki, bo już do niczego innego nie będziesz się nadawał. Tylko tam człowiek ma jeszcze przewagę nad maszyną. Jak się popsuje, nie trzeba go naprawiać.

To, które jest – lepsze. Dojrzalsze literacko. To jest ok, ale tamto jest świetne. No i daje lepszy punkt wyjścia do dalszego ciągu.

 

W ogóle to wracam z komentarzem nominacyjnym. Jak już pisałam, opowiadanie mnie urzekło – chwytającym za serce bohaterem, narracją, zakończeniem. Także nostalgicznym tonem. A przede wszystkim tym, że od dawna w polskiej fantastyce nie widziałam tak fajnie napisanego bohatera, który będąc pozornie takim drobnym cwaniaczkiem, okazuje się niemalże bohaterem conradowskim, dla którego odpowiedzialność jest ważniejsza od własnych sprawek i świętego spokoju. Napisałeś go bez patosu, przemycając przesłanie etyczne niemalże mimochodem – i za to moja nominacja.

To opowiadanie mogłoby mieć motto z mojej ukochanej książki, klasyki a jednocześnie fantastyki: “Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś”. Ode mnie wielkie brawa, bo dawno mnie tu żaden tekst tak pozytywnie nie poruszył, choć tekstów grających na emocjach jest tu ostatnio zatrzęsienie. A Ty oszczędnością, prostotą i właśnie brakiem emocji stworzyłeś klimat znacznie większych uczuć niż te pokazywane wprost.

Chapeaux bas!

http://altronapoleone.home.blog

@Drakaino, podzielam Twoją opinię. Bardzo się cieszę, że zajrzałaś tutaj i wróciłaś z nominacją. 

 

Exit light

Autor się zaczerwienił.

Autor nie wie co powiedzieć.

Przychodzi mu do głowy tylko jedno słowo.

Dziękuję bardzo.

Dziękuję bardzo.

A to akurat dwa słowa :P

Exit light

BK, jesteś okrutny :D

http://altronapoleone.home.blog

Dużo już tutaj napisano, więc nie mam nic do dodania. Dla mnie dobre opowiadanie! Spodobało mi się, zwłaszcza przejście do zakończenia i dobrze wybrana narracja do opowiedzenia tej historii. Bohater prawdziwy, realny, zgorzkniały i ludzki zarazem. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo dobry tekst. Narracja poprowadzona swobodnie, historia wciąga, zakończenie satysfakcjonuje (to drugie z komentarza też niezłe, ale “główne” podobało mi się bardziej). 

Jeśli miałbym zgodzić się z jakimiś uwagami z komentarzy powyżej, to pewnie mógłbyś lepiej przemyśleć konstrukcję. No, ale to nie jest wielki problem, bo udało Ci się zrównoważyć ten mankament wciągającą opowieścią bohatera.

Trzymam kciuki, żeby tekst został wyróżniony piórkiem. Szkoda, że autorzy częściej nie podejmują tego typu prób – interesująca narracja, konkretna historia, na pierwszy rzut oka taka trochę rozrywkowa, ale jednak mająca w sobie coś, przez co nie wypada szybko z głowy. Uczucia pokazane tak, jak trzeba – płynnie wplecione w opowieść.

 

Na koniec jeszcze takie przemyślenie (nie traktuj tego jako zarzut). Czy nie byłoby w kosmosie prostszej metody pozbywania się śmieci? Latanie śmieciarkami na planety wydało mi się trochę „przerostem formy nad treścią”, czymś niekoniecznie optymalnym. W trakcie czytania nie było mi łatwo tego rozwiązania „kupić”, ale w końcu przestałem zwracać na to uwagę. Zwłaszcza, że to nie jest najważniejsze dla historii.

Cześć Seener:-)

Przyłączam się do pozytywnych opinii. Napisane z lekkością i prostotą. Świetny klimat, naprawdę wciągająca lektura. Niezwykła więź bohatera z Młodym. Czytałam z przyjemnością.

pozdrawiam

A to akurat dwa słowa :P

Myślę, że autorowi w chwili egzaltacji można wybaczyć pewne zaokrąglenia do pierwszej cyfry po przecinku ;)

nie traktuj tego jako zarzut

Nawet gdyby, to nic w tym złego ;)

Czy nie byłoby w kosmosie prostszej metody pozbywania się śmieci?

Nie wiem, zacząłem się tak głębiej technicznie zastanawiać nad tym dopiero po Twoim wpisie. Przede wszystkim “urodził” mi się określony typ bohatera i pewne rzeczy musiały mu być podporządkowane. Co do śmieci to w obecnych czasach metod pozbywania się śmieci też jest wiele i mocno zróżnicowanych. Recycling, utylizacja, składowanie, wysyłanie ich jako wypełnienie produkowanych w pewnym azjatyckim kraju worków treningowych. Metody ekologiczne, mniej ekologiczne wyrzucanie do rowu, albo wywożenie do najbliższego lasu. I cała masa innych.

Jeśli więc mamy jakiś układ, w którym przynajmniej parę planet jest zamieszkanych, a do tego technologia pozwala na w miarę swobodne poruszanie się po jego wewnętrznej części, do tego stacje na orbitach wokół centralnej gwiazdy i wokół planet, to można przyjąć, że populacja dysponuje technologią pozwalającą przetwarzać w bardzo zaawansowany sposób materię i energię. A to może oznaczać szeroki zakres odpadów i szerokie spektrum metod ich utylizacji. Łącznie z tym, że opłaca się przywieźć czasem parę beczek bliżej nieokreślonego świństwa z sąsiedniego kraju i zakopać je na jakiejś łące, kupionej za grosze na jakimś zadupiu i skasować za to kupę kasy, a potem nie przejmować się, albo modlić, żeby to coś się nie wydostało za naszego życia. Pozostawianie śmieci beztrosko na orbitach już w przypadku Ziemi zaczyna być kłopotliwe, a mamy za sobą ledwie jakieś pół wieku historii podboju kosmosu.

Więc w sumie to nie wiem jak to może wyglądać, ale sądzę, że pozbywanie się niektórych rzeczy z powierzchni planet, a zwłaszcza ze stacji miałby szansę zaistnieć, a na odpowiednim poziomie rozwoju transportu, mogłoby być w zasięgu drobny kombinatorów, a zwłaszcza tych grubych.

Ale czy tak będzie… ja się już nie dowiem ;)

Bardzo trudna forma – monolog, i to jeszcze z nietypową narracją. Trudna, bo łatwo nią czytelnika znużyć. Czy udało Ci się z tego wybrnąć? Częściowo. Trochę z niecierpliwością wyglądałam końca tekstu, ale w końcu fabuła wciągnęła. Aha, lubię, kiedy dłuższy tekst jest podzielony na fragmenty, żeby można było komfortowo przerwać lekturę, zerknąć w inne miejsca. No, ale przy takiej formie, kiedy bohater opowiada całość ciurkiem…

Od drugiego lądowania na Marsie po prostu się dzieje. Wtedy już trzyma w napięciu.

Fajny dobór bohatera – nie bohater, nie rycerz z mieczem, nawet nie kapitan statku, tylko śmieciarz. Spodobał mi się, bo jest nietypowy. Nie żebym pracowała w MPO, ale można się z takim zwyczajnym człowiekiem mocno zidentyfikować.

Relacja między postaciami też dobrze pokazana, wiarygodnie.

Stylizacja sympatyczna.

Jestem na TAK, czyli.

A czy nie można śmieci rzucać w stronę Słońca? Tam też niezła studzienka grawitacyjna.

Alternatywne zakończenie też mi się podobało. Nie wiem, które lepsze.

Babska logika rządzi!

W głosowaniu piórkowym będę na TAK.

Tekst podobał mi się, przeczytałam jednym tchem. Trafił do mnie przede wszystkim ze względu na swoje walory literackie. Historia i świat są tu z gatunku, jaki nieraz już widzieliśmy; co jest, jak dla mnie, najlepsze, to dobór głosu narratora i generalnie postacie. Mam taką (mało oryginalną) teorię, że czasami wcale nie jest potrzebny powalający pomysł koncepcyjny, wystarczy ten literacki – ujęcie, narrator, bohaterowie. Ten tekst tym wygrywa – tym nie całkiem wiarygodnym, gawędziarskim, a jednocześnie zaskakująco smutnym narratorem, a także sposobem budowania fabuły. No i końcowym twistem z oryginalnego zakończenia. Kurczę, dla mnie to jest może najlepszy tekst o – de facto – ojcowskim uczuciu, jaki od dawna czytałam i tak po prawdzie z ostatniej grupy takich opowiadań (mam na myśli plus minus rok na portalu) przejął mnie najbardziej.

Jestem na tak, bardzo zdecydowanie.  

W głosowaniu piórkowym będę na TAK.

 

Super, go Śmieciarka!

 

 

Exit light

A czy nie można śmieci rzucać w stronę Słońca? Tam też niezła studzienka grawitacyjna.

W zasadzie czemu nie. Można sobie wyobrazić parę technicznych wyzwań stojących za zbliżaniem się do centrum układu, które również mogłyby zakończyć się odziedziczeniem śmieciarki. Gazowe olbrzymy nie emitują takiego wiatru cząstek, jak słońce i wydaje mi się, że z dala od słońca amplituda temperatur pomiędzy stroną nasłonecznioną, a zacienioną jest mniejsza więc po stronie science mniej problemów z termodynamiki do rozwiązania. Ale po stronie fiction chyba dużej różnicy by to nie zrobiło. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Prawdopodobnie najgorsze, co można by zrobić ze śmieciami to zostawiać je na orbitach. Ryzyko kolizji i zmiany trajektorii.

lądowania na Marsie

Kusi mnie, żeby się podroczyć. Jaki Mars? Przecież ja nic takiego nie pisałem ;)

To miało być tylko szybkie skojarzenie. Jałowa pustynna planeta. Tatooine się nie nadawało.

Na szczęście Musk nie skolonizował jeszcze Marsa więc miałem łatwy wybór.

Dobra, dobra, “czerwona czwórka” brzmi dość jednoznacznie. A jeszcze podsuwasz garść szczegółów – niskie ciśnienie – i wszystkie pasują. ;-)

Babska logika rządzi!

Wracając jeszcze do wysyłania śmieci w stronę np. gwiazdy, ja bardziej wyobrażałem sobie nadawanie paczce skompresowanych śmieci takiej orbity, żeby same tam doleciały (ewentualnie wysłanie razem z nimi “na śmierć” także np. jakiegoś małego, taniego modułu z silniczkami.

Czy to byłoby realne? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, nie robiłem reasearchu. Ale wysyłanie specjalnie załogowej śmieciarki też nie wydaje się optymalne.

 

Ale chyba nie ma sensu drążyć tematu, bo mimo że jest dość ciekawy, rozwiązanie z Twojego tekstu jest ostatecznie do zaakceptowania ;)

O, jednorazowy silniczek z malutkim ciągiem to też ciekawa opcja.

Babska logika rządzi!

Albo mała gaśnica, jak było bodajże w Wall-e’m  czy Grawitacji.

Ciekawa wizja :D

 

Exit light

Kurczę no, niedawno narzekałem pod opowiadaniem z podobną narracją, a ty tu na siłę udowadniasz, że jednak da się tak napisać fajnie i przyjemnie. Bo zdecydowanie była to przyjemna lektura. Faktycznie, jak wspominała jose, czuć tutaj klimaty podobne do Cowboya Bebopa, może nawet Firefly. Znaczy – bardzo, bardzo dobre klimaty. Historia niby prosta, ale poprowadzona zręcznie. Bohaterowie nakreśleni kilkoma podstawowymi kreskami, ale rodząca się między nimi relacja (czy może raczej uczucia u głównego bohatera, bo z jego perspektywy wszystko poznajemy) wypada naprawdę realistycznie i chce się to czytać. Oczywiście pomaga język, nie tylko zgrabny, ale też świetnie dopasowany do treści. Zakończenie może nie rzuca na kolana, ale mimo wszystko udało się nieco zaskoczyć. Praktycznie odkąd pojawił się Młody przeczuwałem, że chłopak źle skończy, ale zamiast po prostu go zabić udało ci się fajnie zawiesić wszystko w niewiedzy. Faktycznie opowiadanie ma pewne problemy konstrukcyjne, za którymi niestety idzie też pewien zgrzyt fabularny – zaburzone relacje między wstępem a resztą, początek zdecydowanie przegadany (świetnie buduje klimat, ale samą akcję rozwala), co przekłada się na zgrzyt o którym mówiłem – śmieciarzowi powinno zależeć na czasie, ale opowiada całą historię swojego życia. Ale te problemy nie przeszkadzają mi w zachwyceniu się lekturą. Jestem na TAK.

Znów mogę tylko powiedzieć: dziękuję.

Cieszę się, że po wielu latach prób udało mi się napisać coś, co mimo swoich wad, wzbudziło jakieś pozytywne emocje.

śmieciarzowi powinno zależeć na czasie, ale opowiada całą historię swojego życia

Jestem świadom tego rozwleczonego początku, ale jestem go świadom dopiero teraz. Jakoś tak wyszło, że potrzebowaliśmy parę tysięcy znaków, żeby się zaprzyjaźnić z bohaterem. Coś bym tam zaoszczędził w tym początku, jak teraz na to patrzę. Natomiast miałem nadzieję, że akurat to nie rzuci się w oczy :). Ktoś już zwrócił mi na to uwagę, ale potem podpowiedział mi wyjaśnienie. Śmieciarz nie ma nic na wymianę, poza swoją historią. Jeśli ma się udać, trzeba kupić słuchacza, który swoją drogą też będzie musiał nieco zaryzykować. Nie wiem czy to wiarygodne uzasadnienie, a do tego jest w komentarzu, nie w tekście. Ale na sądzie ostatecznym coś tam będę miał na swoją obronę ;)

wyobrażałem sobie nadawanie paczce skompresowanych śmieci takiej orbity, żeby same tam doleciały (ewentualnie wysłanie razem z nimi “na śmierć” także np. jakiegoś małego, taniego modułu z silniczkami.

Założyłem, że jesteśmy dość daleko w przyszłości. W końcu bohater stanowi jednoosobową załogę statku, nie ma odgórnego nadzoru procedur startów czy lądowań. Trochę taki Pan Józek jeżdżący na rowerze między wioskami. Jeśli ekstrapolujemy na te czasy metody pozbywania się śmieci właściwe powiedzmy dla środowisk wiejskich końca XX wieku, to wydaje mi się, że taki biznesik bohatera jest do przełknięcia :) Natomiast w niedalekiej naszej przyszłości, jeśli technologia osiągania drugiej kosmicznej odpowiednio potanieje, wysyłanie śmieci w stronę słońca jak najbardziej byłoby opcją.

Ja pitolę, dopiero teraz zauważyłam: Ty mi z Marsa wysypisko śmieci zrobiłeś! To po to się Oppy tak trudziła?!

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Seener, dzięki za wrzucenie innej końcówki. Faktycznie ta, którą wybrałeś jest znacznie lepsza! Pozostawia czytelnika w niepewności, pobudza wyobraźnię i daje możliwość rozstrzygnięcia losu bohaterów we własnej głowie ;).

Nowa Fantastyka