- Opowiadanie: boware - Linia numer 22. Kierunek: Chorzów Batory Pętla

Linia numer 22. Kierunek: Chorzów Batory Pętla

Pierwsze opowiadanie, które udało mi się zacząć i SKOŃCZYĆ. Mocno inspirowane Poe i Lovecraftem z dużą dawką samoświadomości.  Za jakiś czas może posłużyć jako mała kapsuła czasu, przypominająca mi o życiu w czasie pandemii. 

 

Całość inspirowana trasą autobusu nr 22 (trasę można prześledzić na Google Maps).

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Nevaz

Oceny

Linia numer 22. Kierunek: Chorzów Batory Pętla

 

 

Nie widzę sensu w próbach przekonywania kogokolwiek, że zdarzenia, które zaraz tutaj opiszę, wydarzyły się naprawdę. Przez tych kilka dni zbyt wiele razy marnowałem czas, udowadniając moją poczytalność ludziom, którzy z góry wiedzieli, że nie mają zamiaru mi uwierzyć, niezależnie od tego, jakich użyję argumentów. Mając to na względzie, przejdę od razu do konkretów, a kwestie wiary i niewiary pozostawiam do indywidualnego rozpatrzenia każdemu czytelnikowi. Mam nadzieję, że spisanie moich przeżyć w takiej formie choć trochę złagodzi gotujący się we mnie od tego czasu niepokój i pozwoli mi spojrzeć na cały ten… koszmar z większym dystansem.

Była końcówka kwietnia, a ja późnym wieczorem wracałem z długo odwlekanej wizyty u mojej dziewczyny w Siemianowicach. Rządowe restrykcje dopiero powoli zaczynały się luzować i wcześniej ograniczaliśmy się do maksymalnie dwóch spotkań tygodniowo. Nie byliśmy jakoś wyjątkowo przejęci trwającą pandemią, ale w takiej sytuacji woleliśmy ograniczyć ryzyko przyniesienia do domu wirusa, nie chcąc mieć na sumieniu swoich rodziców czy dziadków. Teraz sytuacja zdawała się powoli uspokajać, a przynajmniej wszyscy odnosili takie wrażenie, niezależnie od tego, czy zagrożenie faktycznie malało, czy nie. Do pewnego stopnia oswoiliśmy się z naszym “końcem świata”.

Od przystanku autobusowego dzieliło mnie mniej-więcej dziesięć minut szybkiego marszu pod górkę. W połowie drogi zacząłem tracić oddech. W okolicy już od dłuższej chwili nie widziałem żywej duszy, więc zdjąłem maseczkę i postanowiłem resztę drogi pokonać jako kryminalista. Potencjalny mandat wydawał mi się niewielką ceną za chwilę odpoczynku od wrzynających się za uszami szorstkich gumek. Odetchnąłem pełną piersią.

W czasie pandemii podróż autobusem wydawała się dość ryzykowna, ale wtedy nie miałem innego wyjścia. Jako student zawsze wolałem zaoszczędzić kupując ulgowy bilet kwartalny niż wydawać pieniądze na używany samochód, którego serwisowanie będzie mnie kosztowało więcej niż roczny budżet na bilety. Nawet gdybym teraz zdecydował się na kupno, to znalezienie otwartego komisu graniczyłoby zapewne z cudem. Swego czasu miałem jeszcze, co prawda trochę obciachowy, skuter. Nie była to może Yamaha, ale zatankowanie baku do pełna kosztowało niewiele więcej niż sześciopak piwa i gdyby nie rozregulował mu się gaźnik, pewnie dalej śmigałbym po ulicach moim Czerwonym Szerszeniem.

W drodze do przystanku zobaczyłem tylko jeden samochód dostawcy pizzy, poza tym ulica była zupełnie pusta. Zwykle o tej porze cały czas trzeba było uważać przy przechodzeniu na pasach, a idąc chodnikiem wyminąć przynajmniej kilku wstawionych gości weselnych z "Osterii", którzy w przerwie pomiędzy “Oczami Zielonymi” Martyniuka a “Cudownych rodziców mam” Sipińskiej wyszli zaczerpnąć świeżego powietrza przy papierosku i odpocząć od imprezowego zgiełku, krzycząc do siebie jakby stali po przeciwnych stronach ulicy. Kiedyś to było…

Zaczęło padać, kiedy doszedłem na przystanek autobusowy naprzeciw kościoła. Wcześniej już od ponad tygodnia w wiadomościach trąbili na zmianę tylko o suszy i wirusie. Wyglądało na to, że przynajmniej jedno mieliśmy już z głowy. Szybko schowałem się pod wiatą. Już po chwili ulicą płynęła głęboka do kostek rzeka deszczówki. Kościelne witraże, których teraz nic nie oświetlało od środka, przypominały wysokie ściany z czarnego szkła. Wszechobecną ciszę wypełniało jedynie gwałtowne dudnienie deszczu o blaszany dach wiaty. Poczułem dziwny wewnętrzny niepokój… Coś w tej nienaturalnej pustce ulic i chodników napełniało mnie zwierzęcym lękiem. Szybko wyciągnąłem z kieszeni telefon, żeby trochę się rozluźnić.

Z transu bezmyślnego przeglądania wydarzeń na Facebooku wyrwał mnie dopiero kobiecy głos dobiegający z głośnika: “Linia numer dwadzieścia dwa – kierunek: Chorzów Batory. Pętla”. Podniosłem wzrok znad telefonu. Przede mną swoje drzwi otwierał nowiutki egzemplarz autobusu miejskiego z napędem hybrydowym. Na otwartych drzwiach zawieszono kartkę z informacją, że dla zachowania wymaganych odstępów między pasażerami tylko połowa miejsc siedzących w autobusie może być zajęta. W środku na co drugim siedzeniu przyklejono kartki z tą samą informacją. Poza mną i schowanym za gęstymi zasiekami z biało-czerwonej taśmy ostrzegawczej kierowcą autobus był zupełnie pusty. Szybko wyciągnąłem z kieszeni maseczkę i naciągnąłem ją z powrotem na twarz. Ruszyłem na sam tył autobusu i usiadłem przy oknie na miejscu bez przyklejonej karteczki. W powietrzu dało się jeszcze wyczuć gryzący chemiczny zapach. Przed każdym wyjazdem na trasę autobusy były z wiadomych przyczyn kompleksowo odkażane. Wszystkie siedzenia wyglądały na świeżo wyprane, a na szybach nigdzie nie można było znaleźć odbitych dziecięcych policzków. Nie było nawet nikogo, kto odważyłby się napisać palcem coś sprośnego na zaparowanym oknie. Wnętrze było tak sterylne, że byłem skłonny uwierzyć, że jeszcze tego samego dnia autobus zjechał z taśmy montażowej i wykonywał właśnie swój pierwszy kurs.

Ruszyliśmy spod kościoła i na rondzie skręciliśmy w kierunku cmentarza. Autobus cicho sunął po mokrym asfalcie. Już po chwili z prawej strony mijaliśmy niewielkie pole rzepaku. O tak późnej porze trudno było dostrzec intensywnie żółte kwiaty, a pole przypominało raczej ciemne jezioro, na którego drugim brzegu niewyraźnie majaczyło ledwo oświetlone osiedle bloków mieszkalnych. Mimo przygnębiającej pustki na drogach podróż zapowiadała się bardzo komfortowo. Rzadko kiedy człowiek ma okazję przejechać się tak idealnie zadbanym i przede wszystkim puściutkim autobusem.

Kiedy tylko wyciągnąłem z kieszeni telefon, coś za moimi plecami zazgrzytało, a wewnętrzne oświetlenie pojazdu zaczęło nerwowo mrugać. Nagle poczułem, że autobus zaczyna zwalniać i powoli zjeżdża na pobocze. Po kilku sekundach ciemności zasilanie wróciło, ale autobus dalej nie chciał ruszyć. Czekałem tak w niepewności, aż wreszcie z głośników zamontowanych w suficie odezwał się głos kierowcy. Dowiedziałem się, że najwyraźniej hybrydowy silnik z jakiegoś powodu szwankuje i do naprawy trzeba będzie wezwać firmę serwisową. Nie znam się na samochodach, ale nie raz widziałem, jak kierowcy naprędce reperują rozlatujący się autobus srebrną taśmą i WD-40, byle tylko skończyć trasę i dojechać do zajezdni. Nie miałem zamiaru czekać pół nocy, aż ktoś łaskawie przyjedzie nas wyratować, więc krzyknąłem w kierunku kabiny, czy facet nie może spróbować coś z tym zrobić na własną rękę. W odpowiedzi usłyszałem tylko, że “z tymi nowymi silnikami to szybciej i taniej będzie kupić nowy, a nie bawić się w naprawy” i że autobus zastępczy powinien przyjechać na następny przystanek Maciejkowice Dwór do pół godziny. Spojrzałem za okno. Deszcz zdawał się już słabnąć, więc nie widząc innego wyjścia, wysiadłem tylnymi drzwiami i, wzdrygając się za każdym razem, kiedy zimne krople wlewały mi się za kołnierz, ruszyłem w kierunku kolejnego przystanku.

Chodnik po lewej stronie ulicy oświetlony był zimnym, białym światłem. Niedawno postawione latarnie przypominały bardziej lampy oświetlające okoliczne zakłady pracy niż te miejskie, o cieplejszym, mniej rażącym świetle. Stojąc pod taką latarnią oczy szybko dostosowują się do intensywnej bieli i już po chwili tam, gdzie jeszcze przed sekundą widziałem zarys pól rzepaku i okoliczne osiedla, widziałem już tylko bezgraniczną czerń.

Po kilku minutach marszu mogłem już z daleka dojrzeć przystanek. Pamiętając, że mam do czynienia z komunikacją miejską ZTMu, spodziewałem się, że na transport będę musiał czekać dłużej, niż zapowiedziane przez kierowcę dwadzieścia minut, ale ku mojemu zaskoczeniu w zatoczce po drugiej stronie ulicy czekał już na mnie zaparkowany autobus zastępczy. Wolałem nie ryzykować, że kierowca równie niespodziewanie odjedzie z przystanku zanim zdążę wsiąść do środka, więc znowu zdjąłem maseczkę i przyspieszyłem kroku.

W tym momencie, choć na samą myśl czuję jak nerwy ściskają mi żołądek, muszę zatrzymać się by opisać ów dziwaczny pojazd. Wcześniej już od ponad dziesięciu lat korzystałem z komunikacji miejskiej niemalże codziennie i zdążyłem zaznajomić się z większością modeli autobusów wchodzących w skład taboru ZTMu, a jeszcze wcześniej KZK GOP. To, co czekało na mnie na przystanku Maciejkowice Dwór, nie przypominało standardowego, żółtego Solarisa ani Jelcza. Nie przypominało nawet dziwacznie garbatego busa linii 222. Bliżej mu było raczej do starego Ikarusa z dziurawym, ledwo trzymającym się przegubem harmonijkowym i wysokimi stopniami, po których z trudem trzeba się było wspinać do środka. Był kwiecień, a mimo to autobus ze wszystkich stron oblepiony był cienką warstwą piasku do posypywania oblodzonych dróg. Zielona farba sprawiała wrażenie nakładanej jeszcze w czasach stanu wojennego. Widok tego dziwadła wyrwanego z innej epoki wywołał we mnie niewytłumaczalny niepokój. Coś w jego bryle, kolorze, drobnych detalach, przywodziło na myśl surrealistyczne obrazy Beksińskiego, choć do dziś nie jestem w stanie określić z czego konkretnie wynikało owo skojarzenie.

Z żadnej strony nie mogłem dojrzeć tabliczki z numerem linii, więc podszedłem do lekko uchylonych drzwi kabiny kierowcy. Zanim wsiądę do tego gruchota wolałem się upewnić, że na pewno zajadę nim do domu, a nie do jakiejś zakazanej mordowni na Cwajce. Za kierownicą drzemał otyły facet z nierównym, rzadkim zarostem i podkrążonymi oczami. Zamiast oficjalnego uniformu, ubrany był w przebarwiony podkoszulek na ramiączkach i, mimo wszystko, za duże spodnie garniturowe. Na oko był już grubo po pięćdziesiątce i, sądząc po jego rzężącym i płytkim oddechu, nie miał szans na dobicie do siedemdziesiątki. Zebrałem się na odwagę i prawie krzycząc zapytałem czy ten autobus to zastępstwo za zepsute dwa-dwa. Kierowca poderwał się z siedzenia i wyraźnie wystraszony zaczął się gwałtownie krztusić. Na twarzy nie miał maski, ani nawet prowizorycznej chustki zasłaniającej usta i nos. Żeby uniknąć spotkania z mikroskopijnymi kropelkami jego śliny i Bóg wie czego jeszcze wylatującego z jego ust, szybko zrobiłem dwa kroki do tyłu i sam zaciągnąłem za uszy swoją wzorzystą maseczkę. Kierowca spojrzał na mnie załzawionymi oczami i, cały czas próbując złapać oddech, pokiwał chaotycznie głową i machnął w kierunku wnętrza autobusu. Nie miałem ochoty na dalszą dyskusję, więc uznałem to za odpowiedź twierdzącą.

Starając się nie dotykać niczego rękami, wspiąłem się po niepraktycznie wysokich schodkach do środka pojazdu. Na moje nieszczęście wszystkie siedzenia były puste. Mimo pandemicznej paranoi, jakiekolwiek towarzystwo w trakcie tamtego kursu byłoby zbawieniem. Na drzwiach i oparciach nikt nie rozwiesił informacji o obowiązujących ograniczeniach i sądząc po zapachu stęchlizny autobus nigdy nie był odkażany, ani nawet wietrzony. Z niechęcią usiadłem na lepkim, skórzanym siedzeniu z tyłu autobusu przy oknie. W środku panował półmrok. Snopy światła ulicznych latarni z trudem przedzierały się przez zakurzone szyby. Z mojego miejsca nie mogłem dojrzeć kabiny kierowcy. Wyciągnąłem z kieszeni telefon żeby zająć czymś myśli i nie skupiać się na odpychającym wnętrzu potwornego gruchota.

Przesiedziałem kilka minut w zupełnej ciszy, aż wreszcie narastający we mnie niepokój przerwało drażniące uszy rzężenie silnika. Niepewnie i z kilkoma szarpnięciami autobus wyjechał na trasę. Nagły start otworzył na oścież środkową parę drzwi, które teraz bujały się w przód i w tył na każdym zakręcie. Kierowca dalej nie włączał oświetlenia pod sufitem, więc wpatrując się w jasny ekran mojego telefonu reszta otoczenia była dla mnie jedynie czarną pustką. Niechętnie schowałem smartfon do kieszeni, a moje oczy powoli zaczęły przyzwyczajać się do wszechobecnego półmroku. Zimny wiatr wdzierający się przez zepsute drzwi muskał mnie po nagich kostkach, a ja szukając pocieszenia poza przeklętym gruchotem, próbowałem dojrzeć za oknem chociaż jednego przechodnia. Niestety, poza mną i kierowcą w okolicy nie dostrzegłem ani jednej osoby. Na kolejnym przystanku zwykle o tej porze wsiadała dość duża grupa osób wracających z popołudniowej zmiany w okolicznych zakładach pracy. Tym razem przystanek był zupełnie pusty, a kierowca jedynie zwolnił w zatoczce, po czym odbił gwałtownie w lewo, wjeżdżając na chwilę na przeciwny pas. Nie przejąłem się szczególnie tym wariackim manewrem kierowcy pamiętając, że o tej porze i tak nie mieliśmy żadnych szans na poważną kolizję. Tutaj kolejny raz muszę przypomnieć, że poza dostawczakiem z pizzerii, który minął mnie w drodze na przystanek pod kościołem, na ulicach nie widziałem ani jednego samochodu.

Między dwoma warstwami szyby w oknach autobusu uzbierała się brudna deszczówka. Każdy, kto jeździł w okresie jesienno-zimowym komunikacją miejską, zna widok falującej na zakrętach i wybojach wody w oknach. Nie mogąc zobaczyć zbyt wiele na zewnątrz, zacząłem obserwować fale. Poczułem nagłe kłucie w żołądku, kiedy zauważyłem, że w wodzie wiją się maleńkie, ledwie widoczne robaki, niewiele grubsze od ludzkiego włosa. Jakim cudem takie żyjątka zdołały rozwinąć się między dwoma kawałkami szkła w deszczówce, która mogła napadać nie dalej, niż pół godziny wcześniej? Szybko przesiadłem się na miejsce obok, ale wewnętrzne poczucie skażenia pozostało ze mną niezależnie od odległości, jaka dzieliła mnie od tętniących życiem okien.

Autobus skręcił w Rębaczy i po chwili znów z obu stron drogi otaczały mnie jedynie ciemne sylwetki drzew. Pojedyncze latarnie świeciły słabym, żółtym światłem. Środkowe drzwi nadal bujały się na zakrętach, a silnik dławił się przy chaotycznych zmianach biegów i nagłych, niczym niesprowokowanych hamowaniach. Choć już wcześniej czułem jak przyspiesza mi tętno, teraz coś w środku mówiło mi, że nie dojadę do domu i muszę zacząć przygotowania do ucieczki. Dojeżdżaliśmy do przystanku Chorzów Stary Wiejska, kiedy kierowca zaczął głośno dusić się w napadzie kaszlu. Autobus nagle skręcił, najechał jednym kołem na krawężnik w zatoczce, po czym równie gwałtownie wrócił na drogę. Ledwo utrzymałem się na swoim siedzeniu. Zdenerwowany krzyknąłem do kierowcy, żeby zaczął myśleć, ale w odpowiedzi usłyszałem jedynie kolejne chrząkanie i próby złapania powietrza.

Powoli zaczynaliśmy zbliżać się do starego tunelu pod torami kolejowymi. Przejazd nim był na tyle wąski, że jednocześnie samochody mogą jechać tylko w jednym kierunku, a reszta czeka po przeciwnej stronie, aż zwolni się miejsce. W środku tunel nie był oświetlony, więc nawet w ciągu dnia w autobusach na kilka sekund włączało się wewnętrzne oświetlenie, co było miłym udogodnieniem, kiedy akurat w trasie czytało się książkę.

Choć podświadomie cały czas od tego uciekam, muszę w końcu zabrać się za opis tego… koszmaru, który tak mną wstrząsnął i którego nieustanne echo wspomnień zmusiło mnie do uporządkowania myśli w tym tekście. Postaram się zatem dłużej nie przeciągać i, o ile pozwolą mi na to moje zszargane nerwy, przejść wreszcie do konkretów.

Autobus powoli wjeżdżał do tunelu, z każdym przejechanym metrem coraz bardziej zwalniając. Spróbowałem wyjrzeć przez zabrudzone okno, czy może przed wjazdem nie stoi inny samochód, czekający aż zwolni się miejsce na przejazd, ale szybko przypomniałem sobie o pulsującym w deszczówce robactwie i wróciłem na swoje miejsce. Znowu poczułem się brudny, jakby coś chorego pełzało mi pod ubraniami. Wychyliłem się na środek i wytężając wzrok spojrzałem przez przednią szybę. Ulica była pusta, a autobus coraz bardziej zwalniał. Coś zajęczało, zacharczało, zamrugały i zgasły przednie światła, aż w końcu silnik ucichł i powoli, już tylko siłą rozpędu, toczyliśmy się w kierunku nieprzeniknionej czerni tunelu. Byłem jak sparaliżowany. Powoli, niczym ciągnięty jakąś niewidzialną siłą, autobus zaczął wjeżdżać do tunelu. Widziałem jak ostra linia czerni stopniowo przesuwa się po podłodze i przykrywa kolejne rzędy siedzeń, jeden za drugim, bez pośpiechu sunąc w moją stronę. Dziki strach wbił mnie w skórzane siedzenie. Cień był coraz bliżej i nic nie mogło go zatrzymać. Odruchowo zamknąłem oczy w oczekiwaniu na najgorsze. Nie mam pojęcia czego się wtedy spodziewałem, ale żadne wyobrażenia nie mogły mnie przygotować na to, co zobaczyłem za chwilę. Kiedy otworzyłem oczy, w całym autobusie było ciemno jak w grobie. Poczułem intensywny, słodkawy swąd zgnilizny.

Serce podeszło mi do gardła, a echo każdego uderzenia dudniło w uszach. Coś nad moją głową zaczęło cicho buczeć – to świetlówki zamontowane w lampach sufitowych zaczęły się nagrzewać. Z każdą sekundą pojazd wypełniał się brudnym, żółtym światłem, a ja zaczynałem znów widzieć zarysy wiszących uchwytów, rurek i siedzeń. Nagły szok odebrał mi oddech, kiedy z przerażeniem zorientowałem się, że coś ociera się o moją lewą nogę. Powoli, walcząc ze wszystkimi naturalnymi odruchami, obróciłem głowę w kierunku jeszcze przed chwilą pustego miejsca pod oknem. W coraz mocniejszym żółtym świetle zobaczyłem mężczyznę, choć bliższe prawdy byłoby nazwanie go zwłokami. Za duże, potargane ubrania zwisały z jego kościstych ramion. Pod bladą, cienką skórą nawet w półmroku mogłem dojrzeć niebieskie nitki żył. Uznałbym go za trupa, gdyby nie płytki, świszczący oddech. Wbrew samemu sobie spojrzałem na jego twarz. Do teraz kiedy wieczorem zamykam oczy, cały czas widzę jego żałosne spojrzenie pustej skorupy człowieka. Przekrwionymi oczami ślepo gapił się w oparcie kolejnego siedzenia. A jego twarz… W miejscu, gdzie powinny znajdować się usta, zobaczyłem jedynie dziurę zdrapanego mięsa, okoloną grubą warstwą strupów i starych ran, zza których wyzierały resztki wąskich zębów. Plama krwi i strupów rozciągała się od podbródka, aż po zdeformowany nos, rozchodząc się na boki po zapadniętych policzkach, sięgając aż do uszu, które zdawały się ledwo trzymać czaszki, jakby w każdym momencie mogły od niej odpaść i poturlać się po podłodze między siedzeniami. Niczym w transie nie mogłem oderwać wzroku od jego pokiereszowanej twarzy. Brzęczenie świetlówek narastało, a wraz z nim słodkawy odór zgnilizny. Nie czyniąc żadnego dodatkowego ruchu, powoli przewrócił swoimi szklistymi ślepiami i nasze spojrzenia się spotkały. Zacząłem krzyczeć. Tętniące w głębiach trzewi szaleństwo wyrwało się z mojego gardła niczym dziki pies spuszczony ze smyczy. Przestałem się kontrolować.

Spróbowałem wstać z siedzenia, ale kiedy tylko spuściłem wzrok z upiornego pasażera, zobaczyłem, że wszystkie inne miejsca w autobusie są zajęte przez równie pokraczne, wychudzone i poranione postacie. Leżeli oparci o okna, ledwo trzymając się pionowych rurek, skuleni na swoich siedzeniach jak zagłodzone zwierzęta. Spojrzenia każdego z nich, kobiet i mężczyzn, epatowały tą samą pustką i smutnym wycieńczeniem. Dalej nie mogłem powstrzymać szaleńczego krzyku. Zauważyłem, jak kilka postaci z dużym wysiłkiem próbuje odwrócić się w moją stronę, jakby powoli zaczynały docierać do nich bodźce ze świata zewnętrznego. Zerwałem się na równe nogi i już chciałem uciec w kierunku zepsutych drzwi, ale coś unieruchomiło moją stopę i runąłem na ziemię jak długi, po drodze zahaczając głową o oparcie siedzenia przede mną. Zaraz obok mnie na podłodze leżało sztywne ciało kościstej kobiety. W autobusie co kilka metrów rozrzucone były ludzkie zwłoki. Niektórym z nich brakowało butów, innym spodni, jeszcze inne ogołocone były aż do białej skóry. Leżałem na podłodze, próbując złapać oddech przez gruby materiał maseczki.

Brzęczenie świetlówek zaczęło zagłuszać rzężące oddechy pasażerów, aż w końcu wszystkie w jednym momencie trzasnęły, a wnętrze autobusu znów ogarnęła gęsta czerń. Od strony kabiny kierowcy dojrzałem jak światło latarni zaczyna wdzierać się do środka pojazdu i w równie ślimaczym tempie, jak wcześniej zaczęliśmy wyjeżdżać z tunelu. Podłoga zatrzęsła się i silnik znowu zapalił. Rozejrzałem się dookoła. Wszystkie miejsca, na których jeszcze przed chwilą żałośnie dogorywali bladzi pasażerowie, były puste. Na podłodze nie dojrzałem ani jednego oszabrowanego trupa. Zerwałem się na równe nogi, kiedy autobus dojeżdżał do przystanku Chorzów Stary Dworzec PKP i podbiegłem do zepsutych drzwi. W momencie, kiedy kierowca kolejny raz najeżdżał na krawężnik, wyskoczyłem na chodnik i zatrzymałem się dopiero na blaszanej ściance wiaty przystankowej. Stałem tak oparty, łapczywie próbując złapać oddech. Za plecami usłyszałem pisk opon i oddalający się gardłowy kaszel kierowcy. Kiedy w końcu odwróciłem się i spojrzałem na ulicę, po koszmarnym gruchocie nie było już ani śladu. W powietrzu nadal dało się wyczuć mdły smród gnijących ciał. Dopiero teraz uderzył mnie pulsujący ból głowy.

Drogę do domu pokonałem biegiem, mijając puste place fabryczne i niskie domki jednorodzinne, cały czas oglądając się za siebie, ale nigdy nie widząc nikogo. Resztę wieczoru pamiętam tylko w krótkich urywkach i nie nie byłbym w stanie dokładnie odtworzyć trasy, którą wtedy wracałem, ani określić ile dokładnie zajął mi powrót z przystanku.

Pisząc te słowa czekam na telefon z serwisu samochodowego. Dzisiaj rano zawiozłem mój stary skuter do naprawy i liczę, że już nigdy więcej nie będę musiał wsiadać do autobusu komunikacji miejskiej. ​Czytałem w internecie, że od jakiegoś czasu mieszkańcy skarżą się na dziwny zapach w Starym Chorzowie i oskarżają o to pobliskie zakłady azotowe. Od tej pory kilka razy wracałem w okolice tunelu i mogę stwierdzić, że nie czuję już żadnego smrodu.

Ocenę i analizę tego, czego doświadczyłem tamtej nocy, pozostawiam czytelnikowi. Chciałbym wierzyć, że cały ten koszmar to jedynie efekt chwilowej halucynacji, wstrząsu mózgu wywołanego nagłym uderzeniem o oparcie fotela, ale dobrze wiem, że to nieprawda, a wspomnienia tej upiornej nocy będą nawiedzać mnie aż do starości. Staram się zapomnieć i zostawić cały ten koszmar za sobą, ale coś w środku mówi mi, że to jeszcze nie koniec.

Koniec

Komentarze

Chorzów nocą, brrr, koszmar .:-)

Akurat odświeżam sobie Poe’go. Stąd moja wizyta. W mojej ocenie, udane opko, nie wynudziłem się. Spodziewałem się oczywiście jakiś fajerwerków na koniec, ale ich brak mi nie przeszkadza w odbiorze całości na plus.

No cóż, opowiadanie nie porwało, ani nie przestraszyło, w dodatku zdało mi się dość przegadane.

Owszem, starałeś się stworzyć właściwy klimat i to nawet niezły, tyle że ciąg wydarzeń był do przewidzenia. No bo co może się wydarzyć, kiedy  po awarii ślicznego autobusu zostaje podstawiony pojazd, którego sam wygląd budzi najgorsze przeczucia, że o kierowcy nie wspomnę. A to, co wydarzyło się w czasie podróży, też jakoś mnie nie poruszyło, bo o podobnych doświadczeniach samotnych pasażerów zdarzyło mi się już czytać.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

dzie­li­ło mnie mniej-wię­cej dzie­sięć minut… ―> …dzie­li­ło mnie mniej wię­cej dzie­sięć minut

 

więc zdją­łem ma­secz­kę i po­sta­no­wi­łem resz­tę drogi po­ko­nać jako kry­mi­na­li­sta. ―> Zdjęcie maseczki nie czyni z nikogo kryminalisty.

 

Nie była to może Yama­ha… ―> Nie była to może yama­ha

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

po­mię­dzy “Ocza­mi Zie­lo­ny­mi” Mar­ty­niu­ka… ―> …po­mię­dzy “Ocza­mi zie­lo­ny­mi” Mar­ty­niu­ka

 

kie­ru­nek: Cho­rzów Ba­to­ry. Pętla”. ―> Czemu służy kropka między BatoryPętla?

A może: …kie­ru­nek: Cho­rzów Ba­to­ry Pętla”.

Taki zapis zastosowałabym też w tytule.

 

Przede mną swoje drzwi otwie­rał no­wiut­ki eg­zem­plarz au­to­bu­su miej­skie­go z na­pę­dem hy­bry­do­wym. Na otwar­tych drzwiach za­wie­szo­no… ―> Zbędny zaimek – czy pojazd mógł otwierać cudze drzwi? Powtórzenie.

Proponuję: Przede mną  drzwi otwie­rał no­wiut­ki eg­zem­plarz au­to­bu­su miej­skie­go z na­pę­dem hy­bry­do­wym. Za­wie­szo­no na nich

 

ale nie raz wi­dzia­łem… ―> …ale nieraz wi­dzia­łem

 

Spoj­rza­łem za okno. ―> Spoj­rza­łem przez okno.

By spojrzeć za okno, należy je otworzyć i wychylić się zeń.

 

Chod­nik po lewej stro­nie ulicy oświe­tlo­ny był zim­nym, bia­łym świa­tłem. Nie­daw­no po­sta­wio­ne la­tar­nie przy­po­mi­na­ły bar­dziej lampy oświe­tla­ją­ce oko­licz­ne za­kła­dy pracy niż te miej­skie, o cie­plej­szym, mniej ra­żą­cym świe­tle. ―> Powtórzenia.

 

z ko­mu­ni­ka­cją miej­ską ZTMu… ―> …z ko­mu­ni­ka­cją miej­ską ZTM-u

 

wcho­dzą­cych w skład ta­bo­ru ZTMu… ―> …wcho­dzą­cych w skład ta­bo­ru ZTM-u

 

nie przy­po­mi­na­ło stan­dar­do­we­go, żół­te­go So­la­ri­sa ani Jel­cza. ―> …nie przy­po­mi­na­ło stan­dar­do­we­go żół­te­go so­la­ri­sa ani jel­cza.

 

do sta­re­go Ika­ru­sa z dziu­ra­wym… ―> …do sta­re­go ika­ru­sa z dziu­ra­wym

 

kro­pel­ka­mi jego śliny i Bóg wie czego jesz­cze wy­la­tu­ją­ce­go z jego ust… ―> Pierwszy zaimek jest zbędny – czy z ust kierowcy mogła pryskać cudza ślina?

 

nie włą­czał oświe­tle­nia pod su­fi­tem, więc wpa­tru­jąc się w jasny ekran mo­je­go te­le­fo­nu resz­ta oto­cze­nia była dla mnie je­dy­nie czar­ną pust­ką. ―> Czy dobrze rozumiem, że w ekran telefonu wpatrywała się reszta otoczenia, będąca dla bohatera pustką?

Zbędny zaimek – wiadomo, że to był jego telefon.

Proponuję: …nie włą­czał oświe­tle­nia pod su­fi­tem, więc wpa­trywałem się w jasny ekran  te­le­fo­nu, a resz­ta oto­cze­nia była dla mnie je­dy­nie czar­ną pust­ką.

 

Po­czu­łem in­ten­syw­ny, słod­ka­wy swąd zgni­li­zny. ―> Swąd, o ile mi wiadomo, to woń spalenizny.

Proponuję: Po­czu­łem in­ten­syw­ny, słod­ka­wy odór/ fetor/ smród zgni­li­zny.

 

Za duże, po­tar­ga­ne ubra­nia zwi­sa­ły z jego ko­ści­stych ra­mion. ―> Za duże, po­tar­ga­ne ubra­nie zwi­sa­ło z jego ko­ści­stych ra­mion.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

po­wo­li prze­wró­cił swo­imi szkli­sty­mi śle­pia­mi… ―> Zbędny zaimek.

 

Spoj­rze­nia każ­de­go z nich, ko­biet i męż­czyzn, epa­to­wa­ły tą samą pust­ką i smut­nym wy­cień­cze­niem. ―> Czy tu aby nie miało być: Spoj­rze­nia każ­de­go z nich, ko­biet i męż­czyzn, emanowały tą samą pust­ką i smut­nym wy­cień­cze­niem.

 

i ru­ną­łem na zie­mię jak długi… ―> Rzecz dzieje się w autobusie, więc: …i ru­ną­łem na podłogę jak długi

 

Zaraz obok mnie… ―> Tuż obok mnie

 

uryw­kach i nie nie był­bym w sta­nie do­kład­nie… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W odróżnieniu od Reg nieczęsto sięgam po podobne lektury, a z tego powodu, nie miałem dużego uczucia wtórności. Spodobało mi się, w jaki sposób wykreowałeś nastrój opowiadania.

Nie znam zbyt dobrze historii Chorzowa, gdyby miejsce, gdzie w autobusie pojawili się niecodzienni pasażerowie miało jakieś dobre uzasadnienie, byłby to niewątpliwy plus.

Istotnie było dość przewidywalne, ale podobnie jak MTF, odebrałem całość pozytywnie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Całkiem udany debiut. Ładnie budujesz klimat, faktycznie czuje się narastające zagrożenie. Zgrabnie wplotłeś w opko rzeczywistość pandemii. Coś by się tam na końcu przydało. Zgadzam się z Nevazem, że fajnie byłoby, gdyby miejsce, w którym pojawili się zombie miało jakieś uzasadnienie. No, chyba że to spojrzenie nie w przeszłość, a w przyszłość, ale i to dałoby się jakoś w tekście zaznaczyć.

Generalnie wrażenie mam pozytywne i kiedy poprawisz babole wskazane przez Reg, kliknę na Bibliotekę.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

A ja mam jak Reg – nie zażarło. Inna sprawa, że nie przepadam za horrorami. Pomysłów na koszmarny autobus już trochę było i ten niczym się nie wybija.

A pandemia ma drugą falę. Ech…

Stojąc pod taką latarnią oczy szybko dostosowują się do intensywnej bieli

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to oczy stały pod latarnią. Za to przecinek jest obowiązkowy.

Babska logika rządzi!

Okej, ten tekst jest trochę przegadany i bardziej jest opisem doświadczenia narratora (fakt, mocno w stylu tego, jak takie rzeczy pisał Poe) niż tekstem z fabułą, i stylistycznie chwilami wydaje się trochę niepewny, a w zakończeniu nastrój grozy mocno spada, ale -

– ale nastrój budujesz bardzo fajnie. W opisach nocnego Śląska (halo, ja z Bytomia rodem) czuć pazur, umiesz wybrać i podkreślić te elementy, z których zbudujesz klimat grozy (kolor światła, robaczki…). Konwencją Poego / Lovecrafta też posługujesz się sprawnie. Myślę, że choć tu nie jest jeszcze doskonale, to pisarsko jesteś na niezłej drodze i z przyjemnością sięgnę po kolejne twoje teksty.

Nowa Fantastyka