- Opowiadanie: Verus - Nie patrz

Nie patrz

To moje pierwsze podejście do cyberpunku, napisane pod Kryształowe Smoki. Nie jest to typowy tekst z tegoż gatunku, ale lubię go i chętnie usłyszałabym Wasze zdanie. :D

Ach, i dziękuję Sarze za betę te ponad dwa miesiące temu. ;)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Nie patrz

Jeśli wydaje ci się, że jesteś obserwowany, prawdopodobnie masz rację. Dlatego rozglądam się niespokojnie, przystając na moment, ale dookoła wciąż nikogo nie widać. Idziemy wzdłuż ogrodzenia z metalowych płyt, a światła miasta migają kilka kilometrów od nas.

– Aldo – syczy Dan. Jego sylwetka praktycznie ginie w mroku. Spod czarnego kaptura i chusty widoczne są tylko oczy. – Nie zatrzymuj się – dodaje.

Ruszamy dalej.

 

Od kiedy pamiętam, czuję, że ktoś lub coś mi się przygląda. Uciekam do piwnicy. Wciskam się w kąt, pomiędzy stary rower a karton z książkami. A potem czytam. Wszystko, od beletrystyki po poradniki do brydża. Cokolwiek wpadnie mi w ręce. Książki nie patrzą. Nie migają kolorami ani nie straszą hałasem. Piwnica pachnie kurzem. To najcichsze znane mi miejsce.

 

Znowu stajemy. Jesteśmy na miejscu. Ostatni raz sprawdzamy plecaki, upewniamy się, że żaden element nie szeleści ani nie grzechocze, że chusty nie zsuną się z twarzy. Dan wyjmuje z kieszeni zniszczony wszczep, taki sam jak te, które mamy w głowach, i wpatruje się przez chwilę na rysy po nożu i ślady dawno zaschniętej krwi. Jego sztuczne oko delikatnie błyszczy w mroku. Wzdrygam się odruchowo.

Wspólnymi siłami odsłaniamy przejście, przygotowane już wiele tygodni temu. Przemykamy na teren zakładu i maskujemy powstałą w ogrodzeniu dziurę.

Wielki neonowy napis „elektrownia” wisi na ścianie nad naszymi głowami. Wolałam być po drugiej stronie muru, ale czas na wahanie się skończył. Nie możemy zatrzymywać się na długo, bo wszystkie wyliczenia szlag trafi, a drugiej szansy nie będzie.

Gdy kierujemy się do punktu, z którego mamy zacząć przeprawę od płotu do budynku, znowu drżę, a po karku spływa zimny pot.

 

Najgorsze jest wychodzenie na zewnątrz. Od kiedy skończyłam siedem lat, matka zabiera mnie do psychologa. Oczywiście, nikt poza mną tak go nie nazywa. Znalazłam to słowo w książce i bardzo pasuje do psionika, który się mną zajmuje.

A może nawet potrafi mi pomóc?

Nie. Mężczyzna o pomarszczonej skórze i świecących jak ekrany komputerów oczach nic nie rozumie. Ani dlaczego wolę nie wychodzić z domu, ani dlaczego odsuwam się od niego, kiedy próbuje położyć mi oplecioną kablami dłoń na kolanie.

Wiem, że chce dla mnie dobrze. Po prostu nie potrafi pojąć problemu.

 

Dan jeszcze przez moment wpatruje się w przestrzeń – czyta coś, co wyświetla mu się przed oczami, a czego ja nie mogę zobaczyć. Pochyleni i uważni, obserwując wcale nie tak daleko położone budki strażnicze, idziemy przez plac. Musimy przebyć go szybko, bo wkrótce zza rogu wyłoni się patrol. Mam wrażenie, że lepiej słychać moje bijące serce niż piach chrzęszczący pod stopami.

Wdech, wydech, wdech, wydech.

Docieramy do ściany budynku. W tym samym momencie w naszą stronę kieruje się światło reflektora. Nie sięga miejsca, gdzie stoimy. Wzdychamy z ulgą. 

Przylegamy do zimnego betonu i powoli przesuwamy się do bocznych drzwi. Odkręcam blaszkę przy klawiaturze służącej do wpisania kodu, kiedy Dan uruchamia mieszczący się na dłoni komputer. Podłącza go i zaczyna pisać. Patrzę w inną stronę, nie chcę wiedzieć.

Grunt, że po naprawdę krótkiej chwili, panel miga na zielono, a klamka ustępuje pod moją dłonią. Przed nami ciągnie się długi korytarz, rozświetlany tylko pasmem bladego światła. Wciąż się denerwuję. Gdy drzwi zatrzaskują się za nami, prawie krzyczę. 

 

Mam dziesięć lat. Matka zabiera mnie do kliniki. Wchodzi się tam przez ciemny tunel. Mój krzyk odbija się od brudnych ścian. Matka nie zważa na to, szarpie mnie i pcha na zmianę, aż w końcu docieramy do poczekalni.

Tam też wszyscy na mnie patrzą, umazaną smarkami, wciąż łkającą i krzyczącą naprzemiennie, z czerwoną twarzą – nie tylko od płaczu, ale również od uderzenia, które w pewnym momencie wymierzyła mi matka.

A oni patrzą. Inne dzieci, młodsze ode mnie, które przyszły tu pełne entuzjazmu na myśl o pierwszym elektronicznym dodatku, i dorośli, którzy rzucają matce współczujące albo wrogie spojrzenia.

Wciąż drę się, kiedy zespół lekarski pomaga wciągnąć mnie do gabinetu i przykuć do łóżka. Sala jest brudna, pełna kamer, buczącego sprzętu oraz elektrośmieci.

Krzyczę, dopóki ktoś nie wbija mi strzykawki w ramię.

 

Docieramy do drzwi, które były oznaczone na schemacie. Wślizgujemy się do składziku. W kącie stoi wyłączony robot sprzątający. Próbuję trzymać się od niego jak najdalej. Przebieramy się szybko w stroje wyciągnięte z plecaków – zwykłe uniformy pracownicze z logo elektrowni na piersi. Kurtka ma wbudowany w rękaw chip identyfikujący. Gdyby był prawdziwy, mogłabym za jego pośrednictwem dostać się do wszystkich pomieszczeń objętych drugim stopniem uprawnień. Ten jednak potrafi co najwyżej podać moją tożsamość.

Według niego od pięciu lat jestem pracownikiem sekcji technicznej. Dziś przyszłam na nocną zmianę dodatkowo, żeby sprawdzić chłodzenie, z którym ostatnio są problemy. Dan pomaga z kontrolą. Mamy nadzieję, że ta historyjka wystarczy w razie kontroli.

Wychodzimy na korytarz, każde z nas ma przerzuconą przez ramię firmową torbę ze sprzętem. Przemierzamy trasę, powtórzoną na mapie tysiąc razy, a ja wciąż nie mogę przestać skupiać się na chipie, który jest zdecydowanie za blisko mojego ciała.

 

Budzę się. Przed oczami mam setki informacji, na granicy pola widzenia migają wiadomości, dane, reklamy… Prawie zaczynam wrzeszczeć.

Nienawidzę matki za to, że kazała mi wsadzić komputer do głowy. Nienawidzę starego psionika, który powiedział jej, że to jedyny sposób, aby wyleczyć mnie z lęku.

Precz z mojej głowy! – myślę, jakby to miało w czymś pomóc, gdy przede mną przesuwa mi się kolejna dawka newsów.

 

W drodze do windy spotykamy strażnika-robota. Nie słychać, jak pracuje, w elektrowni mają całkiem dobry sprzęt. Stoi za blisko, znowu muszę zacząć liczyć oddechy. Skanuje mój chip. Chwila prawdy. Kamery służące mu za oczy świecą na zielono. Kiwa głową w geście, który prawdopodobnie miał być ludzki, ale tylko bardziej mnie przeraża.

Podchodzi do Dana. Mój towarzysz czeka spokojnie na wynik. Ziewa, a potem uśmiecha się przepraszająco. Do robota czy do mnie?

Po kontroli, wchodzi do kabiny pierwszy, obserwowany przez oko kamery. Zanim do niego dołączę, przeciąga się, tak że jego dłoń znajduje się zaraz przed obiektywem i ta chwila wystarcza mu, aby zrobić kilka zdjęć. Wybieram na panelu trzecie piętro.

Gdy włamywaliśmy się do budynku, Dan wgrał do systemu wirusa. Dzięki temu podczas jazdy, zakłóca pracę kamery, a potem podkłada ujęcie pustej windy. Monitoring nie rejestruje, że zostajemy w środku i wciskamy minus dwa. Od tej pory mamy mało czasu – ochrona może zorientować się, że kamery na korytarzu nie nagrały naszej wysiadki. 

Jedziemy na poziom pod ziemią, do którego nasze wymyślone tożsamości nie mają wstępu – nie udało się podrobić odpowiednich chipów. Teraz Dan bez problemu zmusza windę, żeby nas tam zabrała, a ja zastanawiam się, czy wyjdziemy z tego żywi.

 

Matka zmarła, zanim zdążyła wsadzić mi do głowy – albo gdziekolwiek indziej – kolejne elektrogówno. Ponoć jej sztuczna ręka się zepsuła i kilka miesięcy wtłaczała do organizmu trujące związki.

Mam trzynaście lat i nie mogę znaleźć pracy. Nie dlatego, że jestem za młoda. Nikt nie chce zatrudnić dzieciaka tylko z jednym podstawowym wszczepem. Nawet durny wywóz śmieci wymaga specjalnych nakładek, które pozwalają wykrywać niebezpieczne materiały. Przecież do tych samych kontenerów wrzuca się plastikowe butelki, ciała i odpady elektroniczne.

Uginam się po dwóch tygodniach mieszkania na ulicy, bo alternatywą jest śmierć głodowa. Idę do jednej z tych fabryk, w których nikt nie pyta kim jesteś ani skąd się wziąłeś, ale jeśli robisz swoje, dostaniesz miskę przyzwoitego jedzenia i parę kredytów na życie.

Za pierwszym razem zabierają mnie na wgranie potrzebnego oprogramowania, przykładają skaner do skroni. Zamykam oczy, staram się liczyć oddechy. Trzęsą mi się dłonie, a po karku spływa lodowaty pot.

– Hehe, a tobie co? – pyta wysoki jak tyczka gość z mechaniczną nogą.

– Nic – szepczę. 

Nikt nie jest tolerancyjny dla odmieńców.

 

To z powodu poziomu minus dwa wybrałam się z Danem. Mój towarzysz jest specem od komputerów i technologii, a ja jako jedna z niewielu w dzisiejszych czasach umiem otworzyć zwykły zamek kawałkiem drutu.

Kiedy wysiadamy z windy, Dan wyłącza kamery. Teraz na pewno wiedzą, że tu jesteśmy. Otwieram drzwi wytrychem szybciej niż Dan łamie kod. W środku są tylko trzy osoby, które nie spodziewają się gości za taką ilością zabezpieczeń. Strzelamy do nich bez zastanowienia.

On biegnie do komputera, ja rozkładam bomby. Z pierwszą częścią radzimy sobie szybko. Gdy po rozbrojeniu kolejnych drzwi wbiegamy do hali obok, na chwilę paraliżuje mnie strach. Za bardzo przypomina fabrykę, w której pracowałam. 

 

Maszyny pochylają się nade mną. Chcą zetknąć się czubkami i na zawsze mnie uwięzić. I jeszcze ten szum. Przez cały dzień słychać buczenie i uderzenia tak regularne, że dałoby się według nich nastawiać zegarki.

Po dziesięciu godzinach wybiegam z fabryki. Zatrzymuję się w zaułku, chowam za śmietnikiem i płaczę. Prawie nie widać świateł, neonów, ekranów. Kiedy kończą mi się łzy, zapadam w sen. Wielkie urządzenia otwierają paszcze, chcąc mnie pożreć, a wszczep w mojej głowie przejmuje kontrolę i kieruje każdym ruchem.

 

– To za Carla – szepcze Dan.

Rozwala dwóch pędzących na nas robo-ochroniarzy działkiem. Nie wiem, jak ono funkcjonuje, ale to ponoć najdroższy sprzęt, który ze sobą mamy. 

Śrubki chrzęszczą pod stopami, gdy przebiegamy przez halę. Montujemy ładunki na dolnej części wielkich pieców ciągnących się przez kilka pięter.

W końcu rozlega się alarm. Dan zamiera.

– Zamknę przejścia – mówi po chwili. Klika coś na komputerze, a ja uzbrajam kolejną bombę.

Do trzeciego pomieszczenia, z drugiej strony wejścia, przebiegamy przez kałużę krwi. Drzwi na klatkę schodową jeszcze pozostają zamknięte, choć ktoś uderza w nie z drugiej strony. Program Dana działa, blokuje i zamek, i windę.

W ostatniej hali znajduje się mnóstwo serwerów i kolejne roboty. Otwieram wielkie szafy, w których stoją komputery, a Dan eliminuje mechanicznych strażników. Już po chwili jesteśmy gotowi, by uciekać.

Zakładamy uprząż wspinaczkową, Dan otwiera drzwi windy. Wchodzimy do szybu przez właz na suficie kabiny. Dostaję gęsiej skórki. Wspinamy się po grubych, metalowych linach, mając nadzieję, że wirus nie przestanie działać.

Udaje się. Docieramy na wysokość parteru. Na zewnątrz słychać krzyki. Dan jednym kliknięciem na podręcznym komputerze włącza alarm pożarowy. Wymykamy się z szybu windy w całym tym zamieszaniu i cudem nikt nas nie zauważa. 

Dołączamy do pracowników i idziemy do wyjścia ewakuacyjnego. Dopiero na zewnątrz jeden z ochroniarzy nas rozpoznaje.

– Biegnij! – krzyczy Dan i wyciąga broń z torby. Drugą ręką sięga do kieszeni. Wiem, że zaciska dłoń na wszczepie, który należał do Carla.

Gonią mnie. Przepycham się przez tłum, wyrzucam torbę na ziemię. Nagle ktoś łapie mnie za ramię i przewraca bez wysiłku. 

Wtedy elektrownia wybucha.

 

– Cześć – słyszę. Otwieram oczy. Chłopak trzyma pod pachą komputer, cofam się. – Nie chciałem cię przestraszyć. Ktoś z fabryki mi o tobie opowiedział i myślę, że może ci się spodobać mój pomysł.

– Odłóż to – mówię, wskazując komputer. Dan kładzie sprzęt na ziemi.

– Technofobia, co? Mój brat to miał – mówi i pomaga mi wstać. Jego mina mówi wszystko, nie muszę pytać, by wiedzieć, co oznacza czas przeszły. – Co byś powiedziała, gdybyśmy chcieli pogrążyć to miasto w mroku?

 

Wrzaski nie cichną, ale pierwszy raz mi to nie przeszkadza. Zamiast na wybuch, patrzę na zabudowania. Łuna światła, prześladująca mnie całe życie, znika.

W końcu znienawidzone miasto zlewa się z ciemnością, a ja nie zwracam nawet uwagi na to, że właśnie jestem aresztowana.

Koniec

Komentarze

11K to już raczej opowiadanie niż szort ;-)

A RSSa  ni ma :-<

 

Hmmm…

Jest nieźle, ale mogłoby być lepiej. 

Raz – technofobia. Jeśli ktoś jest chory psychicznie, a tak zakwilifikuję technofobię, to trudno się z takim bohaterem (a raczej bohaterką) zaprzyjaźnić. Gdybyś pokazała, że System jest opresyjny, zniewalający – to może. Ale u Ciebie jest tylko niezbędny jak dziś Internet: trza mieć, bo jesteś wykluczony społecznie. Ale żyć bez niego się da.

Dwa – zamach. Cóż oni chcieli osiągnąć? Chwilowy blackout? Kompletnie bez sensu, jak rzucanie kamieniami w czołgi.

Trzy – język. Słabo różnicujesz. Słowa bohaterki brzmią niemal tak samo jak narratora. A tu dobrze byłoby wprowadzić jakieś indywidualne cechy.

A w szczegółach:

– “Wielki neonowy napis „elektrownia” wisi na ścianie nad naszymi głowami” – takie neony to wiszą raczej na zewnątrz, a nie w środku! i zdecydowanie dziś są to nazwy firm, nie funkcji;

– “Dan pomaga z kontrolą. Mamy nadzieję, że ta historyjka wystarczy w razie kontroli” – kontrola-kontrola;

– “Kamery służące mu za oczy świecą na zielono” – kamery mają soczewki, które nie świecą; raczej jakieś kontrolki czy diody;

– “Uginam się po dwóch tygodniach mieszkania na ulicy” – uginam tu nie brzmi dobrze;

 – “przykładają skaner do skroni” – skaner służy do odczytu, nie zapisu;

– “Chcą zetknąć się czubkami” – być może te akurat maszyny mają czubki, ale tego nie pokazałaś;

– “Śrubki chrzęszczą pod stopami” – śrubki? to jakiś oldskul? scalaki, procesory czy coś, ale śrubki??;

– “właz na suficie kabiny” – raczej “w” suficie.

Jest kilka nadliczbowych przecinków.

 

Reasumując – jest potencjał, ale potrzebny redaktor! I w szczególe, i w ogóle!

 

PS. Zapraszam do swojego opka w tym samym temacie :)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

A mnie się podobało. Technofobia w świecie cyborgów to poważny problem. I to, że nikt nie rozumie bohaterki, jest straszne.

Babska logika rządzi!

Widzę, że ten miesiąc obrodził cyberpunkiem. smiley

Interesujący pomysł, bardzo pasowałby do jednego z naborów Fantazmatów, może powinnaś tam zerknąć. Co do samej kreacji bohaterki chyba rzeczywiśćie przydałoby się troszkę większe zróżnicowanie pomiędzy jej sposobem wypowiedzi, a tym, co mówi narrator. Tekst broni się jednak nienachalną emocjonalnością bohaterki, która walczy z niezrozumieniem.

Wilku, typ zmieniony, faktycznie myślałam, że opowiadanie jest nieco krótsze. :D A co do RSS, to jest niemal gotowe, ale trochę kosmetyki wymaga. :D

 

Staruchu, dzięki za uwagi, poprawię, co mogę. Cóż, nie chciałam w tym wypadku iść w stronę nieprzyjaznego świata, bo tego w cyberpunku jest zawsze na pęczki. To bohaterka miała być nieprzystosowana, to ona miała być tym dziwnym elementem. Nie bardzo rozumiem za to problem z językiem – tak, słowa bohaterki brzmią jak narratora, bo mamy tu narrację pierwszoosobową. Wydaje mi się to więc całkowicie normalne.

 

Finklo, dziękuję. To właśnie chciałam pokazać. :D

 

Oidrin, też dzięki za odwiedziny. Jeśli chodzi Ci o Technofobie, wydaje mi się, że za mało w tym znamion jakiejkolwiek grozy czy horroru, a z tego co pamiętam, to tam na takie gatunki wskazywano. ;) Po raz kolejny u Ciebie pojawia się zarzut o zróżnicowanie języka bohaterki i narratora, ale i tu nie bardzo rozumiem, bo przecież oni są jednym i tym samym. Cieszę się, że za to udało mi się pokazać tę emocjonalność. :)

Zostaw ten żyrandol.

Aaa, jeżeli tak, to widzisz, nie udało mi się wyłapać, ale ma to jak najbardziej w tej historii sens. Kliknąwszy już wczoraj, ale coś Użytkownicy chyba na urlopie. XD

Verus, bardzo podoba mi się Twoja bohaterka. Wyraźnie zaznaczyłaś jej niezrozumienie, nawet przez matkę. Scena w piwnicy podkreśla strach przed tym, co na zewnątrz, oraz pragnienie schowania się tam, gdzie będzie mogła być sama ze sobą. Cierpi na technofobię, a musi żyć z chipem w głowie. Najgorsze jest to, że ona zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma szansy na zmianę swojego losu. Może jedynie podjąć walkę, ale i tak wie, że przegra. 

Bardzo klimatyczne opowiadanie! 

polecam do biblioteki i pozdrawiam:-)

Nie bardzo rozumiem za to problem z językiem – tak, słowa bohaterki brzmią jak narratora, bo mamy tu narrację pierwszoosobową. Wydaje mi się to więc całkowicie normalne.

Bo to są praktycznie dwie różne osoby – najpierw zalękniona dziewczynka, a potem zdesperowana terrorystka. Można to było choć trochę zróżnicować językowo.

O to mi chodziło :)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Oidrin, każdy ma prawo do urlopu, a mnie się nie spieszy. :D Dzięki!

 

Olciatka, cieszę się, że przypadła Ci do gustu bohaterka. Pokazanie tego niezrozumienia było tym, na czym zależało mi najbardziej. Dziękuję za przeczytanie i opinię. ;)

 

Staruchu, ok, teraz czaję. I przyznaję rację. Dzięki za wskazanie tego problemu, nie pomyślałam o tym.

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dobre opowiadanie(!), ale zacznę trochę gorzko.

Przez pierwszą połowę zastanawiałam się, czy kończyć czytanie. Nie mój gust, pędząca akcja, przypominająca popularne seriale na Netflixie, bohaterka (przez “psionika” obstawiałam, że posiada zdolności paranormalne), o której wiem za mało, nie rozumiem jej motywacji.

Potem umiera matka i podajesz więcej znaczących informacji. Już wiadomo, do czego dąży razem z kompanem i od tego momentu zaczęło mi się naprawdę podobać.

Natomiast końcówka już chwyciła za serce. Poruszające, że znienawidzona technofobia w świecie przepełnionych technologią połączyła dwójkę bohaterów. Ładnie pokazałaś wątek Carla, który dopiero na końcu wyjaśniasz w zupełności. Jako czytelnik mocno ukontentowana finiszem.

Ładnie się rozwijasz, droga Verus :)

Językowo dobre, właściwie bez zgrzytów.

Treść też niczego sobie. Dość dużo jej upchnęłaś w tak krótkiej formie.

 

Bardzo podobały mi się fragmenty kursywą. Napisane jakoś tak lepiej, bardziej wiarygodne. Może dlatego, że jest tam chronologia i łatwo połączyć każdy fragment. Może narracja pierwszoosobowa robi swoje.

 

Fragmenty podstawowe, czyli cała akcja w elektrowni, nieco mniej mi podeszła, choć nie potrafię powiedzieć dlaczego. Masz tam akcję, masz tajemnicę, jest niepewność, niby wszystko jak trzeba.

Może zabrakło mi znajomości motywacji bohaterki. Może ta narracja w liczbie mnogiej i dominacja opisów. Może tempo choć szybkie, to jednak jednostajne. Nie potrafię określić.

 

Ładnie pokazałaś problem głównej bohaterki, jej cierpienie, jej przypadłość, przy okazji przedstawiłaś świat.

Samo wysadzenie elektrowni nie do końca wydało się mądre i logiczne. Czy warto poświęcać życie dla kilku chwil spokoju? Jeżeli to był objaw kompletnej desperacji, to mógłbym zrozumieć, ale z tych myśli bohaterki nie wynika, by była aż tak zdesperowana.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cytryna, dzięki za przeczytanie i za opinię. Rozumiem, że na początku o bohaterce niewiele wiadomo, zwyczajnie nie chciałam wrzucać na start wszystkich informacji. Cieszę się, że końcówka za to przypadła Ci do gustu. :)

 

Chrościsko, osobiście też uważam, że fragmenty z dzieciństwa bohaterki wyszły mi lepiej. ;) Co do motywacji wysadzenia elektrowni, może faktycznie za mało ją podkreśliłam. Nie chodziło o desperację, raczej o hołd w stronę brata ze strony Dana, i o swoisty manifest ze strony Aldo. Miałam nadzieję pokazać, że te kilka chwil spokoju to tak naprawdę bardzo dużo, bo ona przez całe życie się męczy. Pewnie przydałaby się jakaś scena, która zaznaczyłaby to lepiej. Dziękuję za opinię, miło mi słyszeć, że się rozwijam. :D

Zostaw ten żyrandol.

Hejka! No z początku byłem nieco sceptyczny, gdyż gatunek nieco odbiega od moich zainteresowań, no ale postanowiłem przeczytać całość i nawet nie żałuję ;p Technofobia – no nawet ciekawy temat, lecz ważniejsze, że dobrze przedstawiony w tekście. Co do akcji, no to fakt, tak jak ktoś wyżej napisał, pędzi trochę za szybko jak na skromne 11 tys znaków. Podsumowując, dobry, ciekawy tekst, ale dla mnie nieco za krótki jak na to co w nim się działo. A, no i stylistycznie bez zarzutów. Ja tam dołożę się klikiem, pewnie niebawem doleci. Pozdro! 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Dobre pierwsze zdanie. W dodatku fajnie kontrastuje z padającym niedługo później stwierdzeniem, ze cały czas bohaterka czuje się obserwowana. Język bardzo płynny, przez tekst leci się szybko. Do cyberpunka jak znalazł.

No i fajne podsumowanie pewnych kwestii:

"Otwieram drzwi wytrychem szybciej niż Dan łamie kod. W środku są tylko trzy osoby, które nie spodziewają się gości za taką ilością zabezpieczeń"

Przypomina mi to pewne opowiadanie, w którym w czasie wojny dochodzi do zestrzelenia superniewykrywalnych samolotów, bo piloci zapomnieli, ze jak polecą wystarczająco nisko, to samoloty zostaną dostrzeżone optycznie. Ale prawdziwa siła tego zdania pojawia się później, przy wzmiance o technofobii.

Kałuża krwi tak skąd? Bo chyba nie z ran postrzałowych?

 

Co na minus: 

Choć poszczególne fragmenty są dobrze przemyślane i wiele z nich ma angażujące początki, to coś jest nie tak z rytmem/tempem. Trudno mi powiedzieć co, bo jak mówię – sam podział wydaje się dobrze przemyślany i raczej nie chodzi o zawartość tych fragmentów. Ale to może subiektywne.

Natomiast co mocno osłabia tekst… Tu można było albo pogłębić postacie albo pogłębić tempo/brutalność/realizm. A zostało pośrodku między tymi opcjami. Nie wiem jak z postaciami, nie wiem jak z realizmem, ale jeśli chodzi o tempo, to widać po Twoim stylu, ze możesz i potrafisz w tym kierunku. Szkoda, ze tego nie zrobiłaś (jeśli w pozostałe opcje też potrafisz, to szkoda, ze i z nich nie skorzystałaś).

 

Fajny ten początek, chwyta, kusi i daje nadzieję na oryginalną narrację dwuosobową, którą jednak porzucasz po jednym zdaniu. Szkoda.

Tak jak ci już mówiłam, to historia zbyt ambitna na konkurs, w którym poległa :) A przy tym zaskakująco melancholijna jak na Verusowy tekst. Jako osoba pisząca głównie depresyjne smęty uważam za ogromny talent zdolność do zabawnego pisania, którą ty masz, Verus. Lubię, jak piszesz na wesoło, bo dobrze ci to wychodzi.

Fabuła nieprzystosowana do limitu. Dużo skrótowych retrospekcji daje wprawdzie kształtny rys psychologiczny bohaterki, ale pozbawiony mięska i czynnika zrywającego gacie z nóg. Sam zaś zamach ucierpiał od limitu bardziej niż elektrownia od wybuchu. Nie wiem, co bohaterowie chcieli osiągnąć tym zamachem. Myślę, że temu opowiadaniu dobrze zrobiłaby rozbudowa do 20k – a nawet 30k, jeśli miałabyś przemyślniejszy plan na zamach niż “rozwalmy to” :D

Językowo – podobnie jak w poprzednim twoim opowiadaniu, poprawnie, trochę zachowawczo. Ładnie. Majtki nie spadajo (pdk), ale tez czyta się bezproblemowo. Jest dobrze.

 

Buziaczki.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki za przeczytanie i opinie. :D Wszyscy zwróciliście uwagę na tę samą kwestię – że fabuła i forma są nieprzystosowane do długości tekstu i dałoby się to lepiej rozwinąć, tym samym zachowując lepsze tempo czy pogłębiając postaci. Nie mogę się nie zgodzić. Tekst pisany był pod konkurs i ograniczał go limit. Być może, gdyby nie to założenie, rozwijałabym pewnie wątki bardziej. :)

 

Wilku, ano miała być z ran postrzałowych, ale normalnym pistoletem to oni też nie strzelali – może robił inne rany? ;) I fakt, widzę podobieństwo z anegdotką z samolotami. :D

 

Kam, narracja drugoosobowa jest raczej nie z mojej bajki. Niekoniecznie przyjemnie pisze mi się takie teksty, ale może kiedyś spróbuję. Pierwsze zdanie jest mylące, prawda to. Tekst jest trochę mroczniejszy, niż większość rzeczy, które tu wrzucam, ale czasami trzeba przecież pisać w innym klimacie. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dobry tekst, napisany porządnie i równie porządnie przemyślany. Podobało mi się, w jaki sposób podajesz kolejne informacje o bohaterach, bardzo zgrabnie umieściłaś info o tym, kim był Carl i dlaczego tamten chciał go pomścić, choć jak dla mnie ta informacja pojawiła się trochę za późno. Generalnie wszystko jest ok, chociaż moim zdaniem pomysł, że chodziło o zwyczajną technofobię i o to, że chcieli “wyłączyć” miasto, jest ładny, ale tyłka nie urywa, niemniej jednak świetnie zobrazowałaś strach osoby z tą fobią, która musi żyć w takim zelektronizowanym świecie.

Ten zlepek przeszłości i teraźniejszości w narracji wzruszył mnie. Nieprzystosowana jednostka, która najchętniej siedziałaby w piwnicy i zaczytywała się w książkach. Hmm.. skądś to znam. Sporo już zostało powiedziane w komentarzach, podrzucam kilka luźnych uwag do samego tekstu, nie wszystko udało mi się zrozumieć i zobaczyć, ale może to moja wina, nie tekstu:

 

 

 Dan pomaga z kontrolą. Mamy nadzieję, że ta historyjka wystarczy w razie kontroli.

– powtórzenie, już Staruch zwracał uwagę. Jakoś nie rozumiem tego pierwszego zdania, w czym pomaga Dan?

 

Gdy włamywaliśmy się do budynku, Dan wgrał do systemu wirusa. Dzięki temu podczas jazdy, zakłóca pracę kamery, a potem podkłada ujęcie pustej windy.

 

– heeej, ale z niego hakier… Nie za łatwo im poszło? Czy to był na pewno wirus? A może verus? (suchy żart, wybacz).

 

Kiedy wysiadamy z windy, Dan wyłącza kamery.

 

– czyli Dan włamał się do systemu i przejął nad nim kontrolę, czy wpuścił wirusa? Bo wygląda jednak na to pierwsze.

 

Strzelamy do nich bez zastanowienia.

 

– czym strzelają? Ostrym dowcipem? ;) Jako czytelnik jestem zaskoczony, że są uzbrojeni i chciałbym wiedzieć, jaką mają broń.

 

Rozwala dwóch pędzących na nas robo-ochroniarzy działkiem.

 

– jaki rozmiar ma to działko? Zmieściło się pod kombinezonami roboczymi ich przebrania.

 

Klika coś na komputerze, a ja uzbrajam kolejną bombę.

 

– czy Dan ma ze sobą jakiś przenośny ekran, czy chodzi o komputer w elektrowni?

 

Program Dana działa, blokuje i zamek, i windę.

 

– w sensie wirus? Czy np. komenda Dana po włamie do systemu? A może komenda Dana po włamie do systemu, a włam ten umożliwił wirus, który rozwalił firewalle, antywirusy i co jeszcze…

 

Wspinamy się po grubych, metalowych linach, mając nadzieję, że wirus nie przestanie działać.

 

– może lepiej coś w stylu: "nie przywrócą systemu do poprawnego działania", “nie odzyskają dostępu do funkcjonalności” albo, jeżeli koniecznie wirus: "nie usuną wirusa".

 

 Wymykamy się z szybu windy w całym tym zamieszaniu i cudem nikt nas nie zauważa.

 

– czyli nadal mają na sobie przebrania robotników?

 

 

Dopiero na zewnątrz jeden z ochroniarzy nas rozpoznaje.

 

– dlaczego przy windach nikt nie rozpoznał, a teraz owszem?

 

W końcu znienawidzone miasto zlewa się z ciemnością, a ja nie zwracam nawet uwagi na to, że właśnie jestem aresztowana.

 

– Takie to było proste? Tylko nie wiadomo właściwie po co? (O czym już wspominano wyżej). Poza tym, czy to miasto jest znienawidzone, czy raczej technologia?

 

Exit light

Spodobał mi się format tekstu, czyli przetykanie teraźniejszości ze wspomnieniami dziewczynki; rozluźnia to tekst. Warstwa po warstwie tłumaczysz, dlaczego bohaterka zdecydowała się na te dość drastyczne kroki. Trochę mniej przypadła mi do gustu część teraźniejsza, która wydaje się znacznie prostsza fabularnie od wspominek – choć tworzy to fajny kontrast :)

Dzięki wszystkim za odwiedziny i uwagi, postaram się w wolnej chwili coś tam poprawić. :D

 

BasementKey, co do wirusa, to w tekście użytych jest nieco uproszczeń. Ale generalnie program zakłócający działanie sprzętu, można spokojnie nazwać tym mianem. Nie chciałam wchodzić w dokładniejsze tłumaczenie, tym bardziej że byłam mocno ograniczona przez limit, kiedy to pisałam. Teraz mogę wprowadzić nieco więcej szczegółów, więc pewnie nad tym przysiądę.

Zostaw ten żyrandol.

Ja bardzo lubię teksty, w których to, co jest, przeplata się z tym, co było. Może samo opowiadanie wymagałoby nieco “kondensacji’, to bardzo mi się podobało. Pozdrawiam! 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dobry pomysł, dobre wykonanie. Pomysł zamachu niby sztampowy, ale nieźle wygrany. Dużym atutem jest przeplatanie dwóch osi narracji.

Minusem jest słabo wygrany i szybki koniec, mało efektowny.

Ale, w sumie, więcej niż przyzwoity tekst, ciekawy i wciągający. Na bibliotekę na pewno zasługuje.

Pozdrówka.

Cześć, dzięki za odwiedziny. :D

 

Drragonfly.kate, cieszę się się, że się podobało, ale mogłabyś wyjaśnić, co masz na myśli mówiąc o “kondensacji”? :) Bo większość osób zwracała raczej uwagę, że tekst jest nieco zbyt mało rozwinięty, jestem więc ciekawa przeciwnej opinii.

 

Anet, jak zawsze cieszę się, że sympatycznie. :)

 

RogerRedeye, ano z tym minusem się zgadzam – tak jak wspominałam gdzieś w komentarzach, w pierwotnej wersji tekstu narzucił to limit, ale na portal mogłam to nieco rozwinąć. :D

Zostaw ten żyrandol.

Niezły tekst. Dwie linie narracyjne dość płynnie się splatają i uzupełniają, tak jak powinno być. Bohaterka dość ciekawa, na pewno można uwierzyć w jej motywację (w motywację jej kompana także). Końcówka dość naturalna dla takiego rozwoju wydarzeń.

Cześć, zygfryd89 :D Byłam na urlopie, toteż późno odpisuję. Dzięki za przeczytanie oraz opinię. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu.

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka