- Opowiadanie: oidrin - Kluski nankińskie i koniec Excela

Kluski nankińskie i koniec Excela

Jeśli jest specyficznie, to tak miało być. Co do tagów, to mogą być trochę z głupia frant poza pierwszymi trzema.

Dziękuję za udział w tym eksperymencie i okiełznanie chaosu czterem odważnym CMowi, K.Jankiewiczowi, ManeTekelFaresowi i Outta Sewerowi.

I także Montserrat za zatwierdzenie chińskości i kwestii o nią zahaczających.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kluski nankińskie i koniec Excela

Niebo szarzeje brzęczącą szarańczą burzy piaskowej. Wkładam ładowany pół nocy akumulator do skutera, ale pustynny pył zasypuje gniazdo, zanim na dobre zdążę je otworzyć. Zresztą koła też tkwią już w złocistym potrzasku. No, to na piechotę, bo transport miejski jest dla wrogów ludu i plebsu. Taksówka z kolei tylko utkwi w korku, dokładając swoje trzy grosze do wiszącej w powietrzu katastrofy. Można wziąć dopiero za obwodnicą. I jak to karaluchy przeżyliśmy koniec świata. Dobrze dziś spałaś? Niektórych ludzi trzeba ignorować jak spam. Chowam akumulator do stacji ładującej i zbieram się do marszu przez betonową dżunglę.

Pył chrzęści pod obcasami, oczy jak rzadko cieszą się z krótkowzroczności. Kto by pomyślał, że okulary mogą się przydać do czegoś innego niż uniknięcia gapowatego rowerzysty? No, odpowiesz, czy nie? Bo ja się martwię. Nie zwalniając, majstruję przy chipie w przedramieniu, żeby zmienić kanał. Trafne było to porównanie do karalucha, nie ma co. Już lepiej posłuchać wiadomości, a nuż coś ciekawego w trawie piszczy. By uczcić trzecią kadencję Pana Przewodniczącego, siły powietrzne Stolicy urządzą jutro pokaz, podczas którego na niebie nakreślone zostaną szczęśliwe cyfry – sześć, dziewięć i osiem. Z życzeniami pomyślności, długowieczności i kolejnego pasma sukcesów. Rozpędźmy podobnie do dzielnych pilotów nasze smutki i zmartwienia, tak jak robi to co dzień Pan Przewodniczący.

Zasnuty tumanem piasku most nad trzecią obwodnicą świeci pustkami. Tylko zasuszony jak mumia sprzedawca karmelizowanych owoców głogu opiera się mgławicy razem ze mną. Kto kupi ten ulep, kiedy jaskrawa czerwień smakołyku pokryje się chrzęszczącym w zębach pyłem? Na dobry początek dnia polecamy stary i jakże dobrze znany klasyk. Znają go wszyscy waleczni, bez względu na to, czy ich placem boju są okopy, czy też stos dokumentów bez pieczątek. Wreszcie coś dla hartu ducha, myślę, przyspieszając kroku. W nosie zasychają resztki porannego krwotoku, a dziąsła mają już słodkawy metaliczny posmak. Ach, żołnierzem być, obrońcą ludu jak chce gmin. Niestraszny mi bandyta Jiang, ani japoński zbir! Ach, żołnierzem być, kochać lud i dryl!

Przy rdzewiejących schodkach taksówkarz zaśmiewa się, oglądając hologram kreskówki o psotnym baranku Xiaoyang. Chrząkam znacząco, aż mistrz kierownicy wypluwa z wrażenia ledwie żarzący się gniot papierosa.

– Podwieziesz do roboty?

Z rozdziawioną paszczą kiwa głową i wstaje, jak to bywa, kiedy jasnowłosi przybysze odezwą się przypadkiem w dialekcie pekińskim. Wsiadamy do pamiętającego chyba ostatnią Olimpiadę gruchota. Zamiast zalogować się do systemu, kierowca wciska gaz do dechy. Ale nie ze mną takie słabe szachrajstwo. W porę przeciągam czipem po czytniku w zagłówku fotela.

– Ejże! Nie zapominasz o czymś, bracie? I jedź powoli, bo mam swoją ulubioną drogę. Wgrałam ci mapę do nawigacji.

– Się wie, siostro! Tak już mam, że robota pali mi się w rękach. A ty tu tak na długo czy przejazdem?

– A widać gdzieś bagaż?

Kierowca zaczyna litanię zbyt osobistych pytań, które będę zbywać złośliwymi żarcikami. Kobietom nie należy dokuczać przesadną liczbą pytań, w końcu mają na karku jedyną funkcjonalną połowę nieba. Reszta to sam chaos i zgliszcza. Wjeżdżamy na śródmiejską sześciopasmówkę, a ja wyłączam audycję. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale kto by tam w to jeszcze wierzył? Masz dwadzieścia dwie nowe wiadomości. Odczytać? Chyba wolę, żeby mi dalej wojsko marsze grało. Niektórym trudno się poddać. Cóż, widać nie tylko karaluchy przetrwają koniec świata i wszystko, co po nim nastąpi.

 

***

– Znasz powiedzenie o tym, żeby pamiętać szczytny zamiar u podstaw, gdy podążasz za zmianą? – Geng Da siorbie wołowy rosół, w którym toną kawałki mięsa i nankińskie kluski. Za oknem smog gęsty jak smoła, który od lat kłębi się w jego płucach tak samo jak wokół jarzącego się światłem neonów Sanlitun. Szarość drgająca w morowym powietrzu przypomina mi, jak bardzo kiedyś lubiłam porę burz w Pekinie. To jest zanim każdy dzień w roku miał smak piasku w zębach.

– Obiło się kiedyś o uszy – kiwam głową znad porcelany pełnej espresso – myślisz, że Pan Szef też o tym słyszał?

– Co pytasz, jak wiesz, Ayen. Powinni mu to chyba powtarzać za każdym razem, kiedy dostaje paranoi, że skończył Excela.

– Powinien już wiedzieć, że te jego perły mądrości w kolorze rzygów jednorożca dałoby radę rozbić na dwa lub więcej arkuszy? Albo lepiej – wrzucić w jakąś bazę danych na miarę naszej technologii, a nie średniowiecznych reguł bezpieczeństwa? Mógłbyś mu to wytłumaczyć.

Geng Da poprawia odstający od jego stylu salarymana konfucjański kucyk i odstawia półpełną miskę z niesmakiem. Czuję jak z zaciekłością hordy Mongołów tratującej suche trawy na stepie, nadchodzi nikczemna, choć ograna riposta.

– A czemu niebo jest niebieskie? Dlaczego małpa szcza do piwa? I tego… No… Niańczenie go to twoja działka!

Mrużę oczy znad ostatniego łyka nie wiadomo której już kawy. A jest dopiero jedenasta czterdzieści siedem. Nie na darmo od lat ćwiczę się w cnocie synowskiej, której toporny urok trzymał w ryzach obywateli każdego ze stu starożytnych klanów. Niech pan kolega udławi się pasywno-agresywnym pasztetem, który zaraz zaserwuję. Po starożytnych mistrzach ciętej riposty ma w końcu niewiele ponad uczesanie.

– Skoro nie chcesz przyłożyć ręki do sukcesu Projektu, rób, jak uważasz – cedzę przez zęby, a gorzki posmak espresso rozlewa się po podniebieniu. – Będziesz coś kiedyś chciał ode mnie, Da, i wiesz, co wtedy powiem?

– Że musisz lecieć, bo Pan Szef wzywa? Zobacz, zobacz, o wilku mowa! – Przebiegły jak sam Małpi Król Mandżur przesuwa czipem w przedramieniu przed ekranem komputera i znika. Razem z widokiem na Sanlitun zasnute oparami znad skwierczących na ruszcie szaszłyków. Na wszystkich ekranach równocześnie widzę zielononiebieskie odcienie palety zen typowe dla gabinetu Pana Szefa. Zza przeszklonych ścian biura majaczy srebrno-błyszczący dizajn, do którego sztuczna łąka maków i chabrów obok pasuje jak pięść do nosa. Pan Szef podpiera wysuniętą brodę na splecionych dłoniach i przygląda się herbacianym fusom w czajniku, jakby miał ukryte ambicje stania się czarnym charakterem z anime.

Uśmiecham się i przyglądam wyczekująco to odbiciu niebieskiego światła ekranu w jego staromodnych okularach, to replice malowidła ze zbiorów cesarza Kanxi za jego plecami. Niebiański cesarz miał takie ego, że pieczęci z jego inicjałami zakryły prawie całą scenkę rodzajową. Każda z nich oznacza inny przymiot charakteru, niektóre zaś egzaltowany, próżny zachwyt. Pan Szef w wielu sprawach wzoruje się na Kanxi, choć trudno mu to przyznać otwarcie.

– Koniec jest bliski – rzecze z miną grobową bardziej niż żałoba po bohaterach rewolucji – nasz dotąd niezawodny system okazał się mieć fatalną wadę.

 

***

Zamiast chleba i igrzysk żąda się teraz informacji. Nie pozwól, by Twojej uwadze umknęły najświeższe doniesienia z życia gwiazd, obwieszczenia rządu i złote myśli Pana Przewodniczącego. Dzięki rewolucyjnej technologii, którą proponuje Czerwone Słoneczko, wszystko, czego nie powinniśmy za nic przegapić, będzie już zawsze w zasięgu ręki. Daj się ponieść strumieniowi nowości, który dostosuje się do Twoich indywidualnych potrzeb i stylu życia.

 

***

Naciskam start.

Suche stepowe powietrze przyjemnie wierci w nosie. Noce w Hohhot są znacznie cichsze i spokojniejsze od tych w niedalekim Pekinie, a neonowe szyldy z ozdobnym dodatkiem mongolskiej kaligrafii bledsze od niegasnących świateł Północnej Stolicy. Pseudoludowe disco leci z nielicznych szczekaczek podwieszonych pod latarniami. Starsi mężczyźni, plując łupinami pestek dyni, kibicują współziomkom grającym w kreatywną wersję chińskich szachów. Błądzimy zmęczeni długą drogą w poszukiwaniu czegoś lekkiego i zjadliwego, a do wyboru tylko mięso, mięso i mięso. Zanim wybierzemy to pierwsze, a może drugie lub trzecie, zatrzymujemy się przy czerniejącym na tle granatowego nieba pomniku Czyngis-chana.

– No, przybij mu piątkę – Przemek lubi mi robić zdjęcia, a ja nie lubię się na nich uśmiechać – na pamiątkę będziesz mieć.

– Daj spokój. Przecież wiesz, że przyjeżdżam tu trzy razy do roku przez tę cholerną grykę. Swoją drogą, czemu tutejsza jest tańsza od naszej? Nigdy tego nie zrozumiem.

– Oj tam, oj tam, mnie też ostatnio dzięcielina pała. No, daj sobie zrobić ładne zdjęcie.

Nie potrafię się szczerzyć na zawołanie, ale opanowałam trudną sztukę wyrażania radości odpowiednim wygięciem brwi i błyskiem w oku. Pstryk, pstryk, pstryk. Przemkowi w końcu udaje się znaleźć to jedyne ujęcie. Cieszy się tym jak dziecko. Przechylam głowę w stoickim wyrazie umiarkowanego entuzjazmu i zastanawiam się, czy wódz wielkiej hordy nadaje się na kawałek tła w naszym albumie.

Przewijam do przodu.

Jedziemy autostradą, właśnie skręciliśmy na Ordos, starą stolicę wielkiej hordy. Wokół skoszone do ciemnobrunatnej ziemi stepy, żadnych domów, traktorów, bydła. Prawdziwy koniec świata. Z radia leci stary jak świat przebój, który często słyszałam w KTV. Ach, te charczące głosy nietrzeźwych panów w średnim wieku. I wtórujące im chichoty hostess zajadających się owocami z półmiska rozmaitości. Miasto Daban słynie z kamieni twardych i płaskich, arbuzów słodszych od miodu. Warkocze dziewcząt z Daban są długie i czarne, ich oczy błyszczą jak gwiazdy. Jak to ograny kawałek tekst nuży, ale nóżka skacze sama.

Przemek, weź ścisz ten staroć.

Milczy wpatrzony w monotonną drogę, zaciska palce na kierownicy. Muzyka dalej drażni przaśnością, ale zaczyna dokuczliwie wpadać w ucho.

– Wiesz, ciebie to nawet w McDonaldzie nie można zostawić samej, bo zagadują wszyscy, nieważne czy śmieć, czy inżynier. Jak to jest?

– Twarz bożego jelonka i jasne włosy. I wiem, jak zamówić zestaw z Big Mackiem.

Przyspiesza, a zużyty silnik wystukuje marszowe staccato. Zajeżdża na śmierć ledwie żywe konie mechaniczne. Jeśli masz się pobrać z kimś, to tylko ze mną, z nikim innym nigdy nie. Z twym posagiem w skrzyniach i pieśnią na ustach swym rydwanem przybądź już. Wywracam oczami i sama ściszam radio, zastanawiając się, czy ten fragment o arbuzach to prawda, czy tylko dobry rym. Pora słodkich arbuzów, która ciągnie się od maja po koniec lipca to w końcu mój ukochany czas.

– Wiesz, że gryka kwitnie na biało? – zmieniam niefortunnie temat.

– Nie, bo u mnie we wsi tego nie sieją.

– U mnie też nie, bo na hałdach rosną same chwasty.

Śmieje się głośno i rozbrajająco, aż łagodnieją ostre tatarskie rysy. W radiu prognoza pogody. Wiatr, słońce, burze piaskowe, niech każdy, kto wychodzi na dłużej, założy maskę. Droga do Ordos ciągnie się trochę, więc zaczynam przeglądać kupiony na stacji przewodnik.

Od marca do połowy czerwca pora burz. Piasek pustynny nie lubi tkwić w miejscu, ruch to jego żywioł. Któregoś dnia zje ostatnie żyzne pole i zasypie nas wszystkich. Nim ten dzień nastąpi, cieszmy się przejażdżkami konnymi wśród ostrowów burzanu, gwieździstymi nocami nad jurtą. Siły natury drzemią jeszcze, ale zbudzą się już niedługo i upomną o swoje.

Przewijam dalej.

Gorąca para unosi się nad kotłem baraniego rosołu posypanego zieloną cebulą, kolendrą i kawałkami ostrej papryki. Pocę się nad nim, chociaż w Pekinie już środek września, całkiem zimnego w dodatku. Alejka, do której nie zabłądził zdaje się jeszcze żaden z podobnych do nas zamorskich diabłów, ma też do zaoferowania fryzjera pod chmurką i kiosk z jogurtami z mleka jaka. Niedługo wyburzą wszystkie domy na bazie kwadratu, a na fundamentach postawią to samo, tylko nowsze i bardziej kolorowe. Uczyć się i powtarzać, jakaż to radość. Burzyć, żeby odbudować z ruin, taki jest cykl życia zamknięty jak szczęśliwa ósemka i znak nieskończoności w jednym. W międzyczasie trzeba jednak jeść. Wrzucam pałeczkami do kotła kilkanaście cieniutkich pasków baraniny. Przemek miesza chochlą grzybki, korzeń lotosu i warzywa.

– Przenieś się na południe, tam dopiero można trzepać pieniądz.

On chce jechać tam, gdzie produkują części do wszystkich cudów technologii, budują wieżowce do samego nieba. Tam, gdzie przy plaży odgrodzonej od rekinów siatką pod napięciem, są szklane domy i eksperymentalne winnice na wzgórzach. I wszystko świetnie, ale nienawidzę upałów.

– Wiesz, jaką pogodę lubili chińscy erudyci? Taką z czterema porami roku, a nie tropiki jakieś.

– Jasne, mądrości wschodu tłumaczą wszystko…

Wyciągam wygotowane w rosole kawałki mięsa z huczącego gorącem gara, żeby nałożyć na talerz.

– Jedz, póki gorące. Najlepsze są z sosem z sezamu, a ten z południa mało kogo zachwyca.

Zamiast odpowiedzieć, Przemek macza kawałek mięsa w mieszance sezamu i kolendry. Minę ma taką, że trudno zrozumieć, czy mu nie smakuje, czy chciałby, żebym polubiła inny klimat.

Wciskam pauzę.

 

– U mnie wszystko gra, Panie Szefie. – Masuję guzik aktywujący podskórny czip w nadgarstku. Nadal nie przepadam za jego topornym, łatwo wyczuwalnym kształtem. – Wspomnienia trzymają się kupy. Nie mam interferencji z Wiadomości ani portali plotkarskich, przerwy na reklamę też ograniczyłam do minimum. To pewnie kwestia ustawień, trudno je załapać początkującym użytkownikom.

Pan Szef nalewa do malutkiej kamionkowej czarki nieco herbaty pu-erh. Powąchawszy ją, z krzywym grymasem wylewa burą ciecz wprost do kosza pod biurkiem. Następna porcja ląduje w kubku w żurawie i pędy bambusa, który dostał na urodziny. Świat racjonuje wodę pitną, ale co tam. Ceremonia herbaciana ma swoje zasady, a paskudnej wody z pierwszego parzenia nie chcą nawet najbardziej wygłodniałe duchy przodków.

– Odpowiedź na nasze bolączki, Ayen – ciągnie Pan Szef, dolewając wrzątku do ciemnej jak noc esencji – to nie przeszłość. Wyłącz filtry, inaczej nie uda ci się wychwycić anomalii.

Wciągam głośno powietrze, czerwone światełko pauzy błyska w dwusekundowych odstępach spomiędzy niebieskich żyłek. Martwienie się tym ustrojstwem wolałabym zostawić kolegom z działu Inkorporacji w Tkanki Żywe.

– Z całym szacunkiem dla Projektu i zaufania Pana Szefa, ale zakres moich obowiązków obejmuje inny rodzaj kontroli. Na sprawozdanie podatkowe, ani inwentarz magazynu to nie wygląda, więc…

– A mówili ci na lekcjach z języka klasycznego, że cnota synowska to filar nieba?

Złoszcząc się na wszystkie pięć przemian naraz, odkładam moją porcję klusek nankińskich i naciskam Play. Kobieta, bardziej niż tępa służalczość, podtrzymuje połowę nieba. A tę drugą dorzucają jej często tacy jak Pan Szef. Kobieta, bo kto inny dałby radę z całym nieboskłonem na karku?

 

***

Twoja pamięć nie jest już taka jak kiedyś? Mieszasz ze sobą fakty i wyobrażenia? O ciocinych imieninach czy rocznicy ślubu zapominasz tak często, że nazywają cię dziurawym łbem? Specjaliści z Czerwonego Słoneczka mają sposób i na tę bolączkę. Dzięki naszym najnowszym implantom będziesz w stanie trzymać rękę na pulsie. Nie przegap już nigdy nowości z kraju i świata i nie zapominaj o tym, co najważniejsze. Już dziś zainstaluj czip u autoryzowanego dilera.

 

***

Fast forward do dzisiaj

Poziom skażenia normalny, pamiętaj o zdezynfekowaniu rąk oraz twarzy, zanim założysz maskę. U jednostek nadwrażliwych możliwe krwawienia z tkanek miękkich i błon śluzowych. Uprasza się obywateli o rozsądne racjonowanie suplementów żelaza. Pamiętajmy, że w jedności siła, a racje muszą wystarczyć dla wszystkich.

Wiadomość z ostatniej chwili – Pan Przewodniczący, chwała mu na wieki, podpisał moc korzystnych porozumień z mocarstwami ościennymi. Obywatelu, pamiętaj, by zachować dystans od tych, którzy zakłócają przepływ Prawdy w kanałach informacji. Nie akceptuj wizyt obcych ani przesyłek od nieznanych nadawców. Pustynia zjada cały świat, ale dzięki rezerwom zgromadzonym przez zespół ekspertów Pana Przewodniczącego przetrwamy. Piaskową powódź pokona program Arki Przetrwania dla najposłuszniejszych prawu i rytuałowi. Dzieło ośmiu tysięcy lat wielkiej cywilizacji przetrwało już niejeden kataklizm. Chwała Przewodniczącemu i szlachetnym erudytom.

Uśmiechnij się do zdjęcia, bo się pan Temudżyn na ciebie obrazi.

Panna Żałosna Trzpiotka ogłosiła, że jej ślub z panem Przytępym Ogrem nie dojdzie do skutku. Niektórzy mówią, że to rozstanie kroiło się od dawna, inni, że rolę odegrał tu Spisek Wrogów Ludu, by ulubienica widowni na dobre zostawiła Macierz. Prawdę znają pewnie tylko sami zainteresowani.

Jeśli masz się pobrać z kimś, to tylko ze mną, z nikim innym nigdy nie.

Jak zwykle siedzisz po godzinach w biurze i wrzuciłbyś coś na ząb z nudów i samotności? Z rodzinnej receptury cioteczki Wang, której prababka przetrwała masakrę nankińską i dwie rewolucje – kwintesencja domowego smaku. Poczuj tradycję w delikatnej woni wołowego rosołu i aksamitnej konsystencji klusek nankińskich. Już niedługo dostępna przyjazna środowisku wersja wege. Nankińskie kluski – dom jest tam, gdzie pełny brzuch!

Na hałdach rosną same chwasty.

 

Przewijanie do tyłu włącza się samo, bo ręce opadły mi już od nagromadzenia niestrawnej durnoty w poprzednich komunikatach.

– O co ci tak naprawdę chodzi? – Przemek zjadł już za dużo szaszłyków z ulicznego stoiska, a posmak glutaminianu i słodkiej papryki zmył hektolitrami słabego piwa Qingdao. Pachnie więc tak jak Pekin, bo skóra każdego z nas przesiąka tym aromatem podobnie jak smogiem i pustynnym piaskiem. – Jeżdżenie po stepach tak, wyjście do znajomych już nie. Uśmiechasz się do wszystkich, tylko nie na moich zdjęciach! I co to za wymówka z tymi czterema porami roku? Bardziej beznadziejnej nigdy nie słyszałem! Mam tego dość, rozumiesz? Dość!

Chwała Panu Przewodniczącemu za nieugiętą walkę ze zmianą klimatu! Nie przegap kolejnych doniesień z poczynań Żałosnej Trzpiotki i jej Zamożnego Mecenasa. Gnębi cię głód? Nie czekaj, zamów jedyne i najlepsze kluski nankińskie!

Naciskam Stop i Skasuj jak szalona, cholerna lampka nie chce zmienić koloru, ani zgasnąć.

 

– Już widzę, w czym problem, Panie Szefie – zakłopotana nadal próbuję wyłączyć piekielne ustrojstwo, wokół podskórnego guzika rozlewa się siniak – nowinki i reklamy kleją się do wspomnień. Anomalia rzeczywiście zaczyna się od włączenia komunikatów.

– Widzisz, że jak chcesz, to potrafisz? Dam w takim razie znać chłopakom z Inkorporacji, żeby rzucili na to okiem, ale tak na już. Bo Projekt i Klient nie wybaczają tak jak Bóg i historia. A teraz wróćmy do prawdziwych problemów naszej ciężkiej pracy. Wrzucam te rekordy i wrzucam, a tu nagle znowu skończył się Excel. I jak to tak przesłać Jaśnie Dyrektorowi budżet bez funduszu kawowo-herbacianego? Dobra w to jesteś, poradź mi…

Życie musi toczyć się dalej, więc czemu nie? Klepmy dalej te tabelki, jakby ich zawartość miała oprzeć się głodowi nienażartej pustyni. Świat otula piaskowa mgławica. Podmuch wiatru, który zmusił dawno stopniałe lodowce do wsiąknięcia w wyjałowioną ziemię. Maki, chabry, reszta sztucznej trawy toną pod złocącą się w słońcu pierzynką. Trzeszczące w zębach ziarenka nie są już zwiastunem ostatnich podrygów wiosny. Jej mocowanie się z nadejściem lata odeszło dawno w niepamięć, skończyły się przecież luksusy pór roku i świeżego powietrza w płucach. Teraz jest tylko krew z nosa, dziąseł, twarde podskórne wybrzuszenia… Tradycje umrą jednak ostatnie. Rytuału pilnują przecież wybitni erudyci pod łaskawym okiem samego Pana Przewodniczącego. A dla podniesienia morale samoloty wytną czasem zawiłe wzory w morowym powietrzu. I przez chwilę ze złotawoszarej mgławicy zamajaczy dawno niewidziany błękit.

Słuchając z idealnie obojętną miną wywodów Pana Szefa, wyłączam wreszcie oporny guzik. Kątem oka dostrzegam komunikat w rogu ekranu telefonu. Niech to szlag, że i tu musiał się wkraść system operacyjny czipa. Cześć, kopę lat! Śniłaś mi się dzisiaj. Ta nasza podróż po stepie i spacery po alejkach, jakby to było wczoraj. Pozdrów męża i dobrze się tam odżywiaj, bo z tym twoim zdrowiem… Mówią, że kluski nankińskie dobrze robią na zjechane płuca, ale co ja tam wiem. Daj znać, jak przeczytasz resztę wiadomości, bo tyle Ci muszę opowiedzieć. Pewnie przeczytam z mniejszym lub większym zażenowaniem przy kolejnej kawie. Ciekawe, czy dałoby radę zostawić muzykę z kanału rozrywkowego w tle tak dla osłody.

Póki co Pan Szef wywnętrza się nad występną spuścizną wrogich mocarstw, której częścią jest nieszczęsny pakiet Office. Swoją drogą dziwne, że nie ma jeszcze naszej pirackiej wersji. Kiwam głową ze zrozumieniem, ukradkiem przeszukując katalog dostępnych stacji muzycznych. Wszystkim, którzy chcieliby wyrazić tęsknotę podobnie jak starożytni poeci, ale przy skocznej melodii, polecamy naszą kolejną propozycję. Wiosenny wietrzyk pieści twarz w drzew rozkwitu czas. A ja stoję tu i czekam na twój znak, czekam na twój znak i aż pąk otworzy brzoskwini kwiat! Wyłączam po czterech pierwszych wersach, bo to ciągle nie o mnie. Zresztą, dość tych złotych przebojów na dzisiaj. Praca pozwala na chwilę zapomnieć o brzęczącej mgławicy za oknem. I o wielu innych rzeczach.

 

Koniec

Komentarze

Oidrin, jest specyficznie, oj jest.

Chip i jego system, który wwierca nam do głowy te jedyne słuszne informacje, korzystając dodatkowo z algorytmów na wzór dzisiejszych choćby tych z googli, przerażające i prawdopodobne. Tak btw chyba nigdy wcześniej nie byliśmy narażeni na tak wielki i zakłamany zarazem nawał informacji jak w obecnych czasach. Co z tego wyniknie…?

Nie wgłębiasz się w temat pochłaniającego świat piasku. Z jednej strony chciałbym wiedzieć więcej, skąd, dlaczego, po co, z drugiej pewna doza tajemniczości działa tutaj na plus.

Tak zupełnie subiektywnie dodam, że zabrakło mi emocji w tym tekście. Tzn. mamy ciekawą, specyficzną, zajmującą wizję, ale bohaterowie w niej są tylko tłem, a chyba wolałbym, żeby było odwrotnie. Służą Ci do opisania koncepcji świata, a ja wolałbym poznać ten świat mimochodem, podczas opowieści, która mówi o losach tych ludzi, nie o tym, co ich otacza. Jeny, może trochę nagmatwałem, może bredzę… takie mam tylko przemyślenia. Czysto subiektywne podkreślę!

Co mi się najbardziej spodobało, pomijając już interesującą specyfikę tekstu? Twój styl. Polubiłem go już przy okazji poprzedniego/poprzednich tekstów, ale tu mam wrażenie wszedł jeszcze o jeden stopień wyżej. Parokrotnie byłem pod wrażeniem niezwykle ciekawych zdań, przemyślanych, barwnie brzmiących i dających do myślenia.

Także ten… klikam i pozdrawiam! dO.ob

Let the Madness begin, Let it begin. Let the Madness begin, if you dare bring the friends. I tymi słowami Rockness Monstah (taki raper) można chyba rozpocząć oczekiwanie na wrażenia czytelników z lektury Twojego tekstu. Co ja o nim sądzę już wiesz, bo chyba powiedziałem wcześniej już wszystko co miałem do powiedzenia. Ale w skrócie: bardzo specyficzny, ciekawy, niesztampowy i miejscami melancholijny. Big up i propsy <3 Pozdrawiam :) Q

Known some call is air am

Hmmm. Trochę zgadzam się z Realuciem – widzę tu świat, ale nie widzę fabuły. Nie bardzo wiem, kim jest bohaterka. No, blondynką przebywającą w Chinach, z czipem w ręce. Ale co poza tym? Czy jej szef to przewodniczący, czy jednak dziewczyna zajmuje się importem kaszy do Polski? Do czego dąży? Domyślam się, że zerwała z chłopakiem, wyszła za kogoś innego. Ale to za mało jak na 20 kilo znaków.

Ale chińskość, IMO, widać.

Tam, gdzie przy plaży odgrodzonej od rekinów siatką pod napięciem,

Siatka pod napięciem w wodzie morskiej?

Babska logika rządzi!

Nietypowe opko, czytałem z zainteresowaniem. Piszesz ładnie, masz przykuwający uwagę styl. Najbardziej spodobał mi się klimat – Chiny, pustynny świat i cyberpunkowe realia.

O ile eksperyment sam w sobie jest interesujący, to jednak chyba trochę zbyt długi. Tekst praktycznie nie ma fabuły (no dobra, ma, ale to takie strzępki pozwalające opisać rzeczywistość), a o bohaterach wiemy bardzo mało. Jako ciekawostka spisuje się bardzo dobrze, ale w takim przypadku subiektywnie wolałbym zamknięcie całości w maksymalnie 10-15 tys. znaków.

Ale tak jak pisałem, czytałem z przyjemnością. Chiny, świat posypany piaskiem i chipami, zabawa słowem – to jest to, co wyszło naprawdę dobrze. Szkoda tylko, że nie zdecydowałaś się albo pójść bliżej w kierunku szorta, albo rozbudować bohaterów, fabułę i zakończenie.

 

Siatka pod napięciem też mnie zatrzymała, ale zastanawiam się, czy w połączeniu ze szklanymi domami, które pojawiają się chwilę później, ta siatka nie miała być tylko abstrakcyjną legendą (choć w zatrzymywanie rekinów prądem raczej mieszkańcy by nie uwierzyli).

O kurde, tylu chłopa czytało i nie złowili siatki w wodzie pod napięciem. xd

Ale kto tam wie, Chińczycy to zdolniachy, jak mało kto. :-)

 

Widać bali się podejść. ;-p

Co wpis, to Wam powtarzam, że babska logika rządzi.

Babska logika rządzi!

Cherchez la femme.

Także do bety. ;-)

Babska logika rządzi!

Koniecznie.

Ojej, ile komentarzy! Aż się nie spodziewałam. Dzięki wszystkim za poświęcony czas i lekturę. Ponieważ to taki kawałek mocno eksperymentalny przyda się sporo krytyki.

 

Realuc, cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu i dziękuję za klika. Pomysł z czipem jest luźno oparty na pewnych rzeczach, które obserwuję w robocie, choć może być bardziej fantastyczny niż oparty na suchych faktach.

Nie wgłębiasz się w temat pochłaniającego świat piasku. Z jednej strony chciałbym wiedzieć więcej, skąd, dlaczego, po co, z drugiej pewna doza tajemniczości działa tutaj na plus.

Właściwie to taka moja wizja tego, co przyniesie zmiana klimatu oparta na obserwacjach w tej a nie innej części świata. Przez położenie i zanieczyszczenie, które wymyka się skalom znanym w Europie Pekin jest co roku zjadany przez wirujące piaski oraz mocno chemiczną mgłę. Wygląda to tak i jest już obecnie dość ciężkie do przejścia, chociaż ciekawe jako doznanie.

 

Tzn. mamy ciekawą, specyficzną, zajmującą wizję, ale bohaterowie w niej są tylko tłem, a chyba wolałbym, żeby było odwrotnie. Służą Ci do opisania koncepcji świata, a ja wolałbym poznać ten świat mimochodem, podczas opowieści, która mówi o losach tych ludzi, nie o tym, co ich otacza.

Tutaj w pewnym sensie zgadłeś, że ta historia, której podstawą był dziwny sen na nadgodzinach, jest pretekstem do opowiedzenia o czymś innym. Koniec świata takiego, jakim go znamy przydarzył nam się poniekąd w tym roku, ale ponieważ w tym świecie jest to o krok dalej poszłam w to, co zdaniem konfucjanizmu zapewnia ciągłość społeczeństwa i cywilizacji. Nieopieranie się na emocjach innych niż życzliwość czy humanitarność, a posłuszeństwie wobec władzy oraz tradycji. Jakkolwiek to kontrowersyjne z naszego punktu widzenia, w kryzysie sprawdza się często bardziej niż inne podejścia do tematu. Emocjonalność bohaterów zaś, jak to wypada w stylizacji ogólno-azjatyckiej jest taka nazwijmy to włączona w ich relację z przyrodą, otoczeniem, światem w ogóle i przez to mało wylewna. Rozwinę jeszcze trochę poniżej, więc jeśli masz chęć, zajrzyj tam. smiley Pozdrawiam.

 

Outta Sewer igrzyska czas zacząćwink! Dzięki wielkie za uczynienie tego tekstu bardziej przystępnym i zrozumiałym. Inaczej byłoby zbyt orientalnie i onirycznie. XD Pozdrawiam.

 

Finkla dzięki, że wpadłaś! Czekałam na taki komentarz, bo zdaję sobie, że to po pierwsze eksperyment, po drugie dość specyficzny. Dlatego wyłuszczę trochę kontekstów, które za tym stoją i jeśli masz ochotę i cierpliwość, poproszę o jakieś nakierowanie, co można lepiej. Bo co jak co, ale dobre rady dajesz, co do przejrzystości tekstu.wink Ale najpierw…

Siatka pod napięciem w wodzie morskiej?

Niestety na plaży w Shenzhen złapało się w nią nawet kilku zagranicznych turystów i swego czasu był to trochę lokalny skandal, gdyż było lekkie smażenie i to nie tylko ryby… Potem przeszli na fale elektromagnetyczne. Chińczycy lubią czasem rozwiązania tak radykalne, że aż nie do pomyślenia. XD

 

Co do reszty – zdaję sobie sprawę, że konstrukcja tekstu wypada jak wypada, bo czego oczekiwać po kreatywnym opracowaniu przemyśleń dziwnej treści i snówXD, ale są w nim głównie dwie płaszczyzny czasowe. Wspomnienia bohaterki z wcześniejszego życia przed zmianą klimatu i obecny wyniszczony świat, w którym właściwie sens jej życia jest oparty na podtrzymywaniu wartości konfucjańskich egzekwowanych rygorystycznie przez społeczeństwo.

Emocje, wspomnienia, interferencja obrazów i wiadomości z życia codziennego są tu na drugim planie, bo celem bohaterki i w sumie każdego w tym świecie jest trwanie w tym, co przynosi ciągłość i pozwala przetrwać. Czyli odtwarzaniu starożytnych wzorców, mimo że świat, w którym je stworzono właściwie przestał istnieć. A że azjatyckie wycofanie emocjonalne i chęć, by ciągnąć ten wóz aż do samego końca udzielają się bohaterce, nie ma tu szału, pasji, rozpaczy itd.. Takie tam z cyklu smutne życie odwróconego banana. Nie chcę tu robić przeładunku kontekstami, więc powiem tylko, że to może mieć podobną konstrukcję do japońskich anime o końcu świata. Krąg kulturowy ten sam, poniekąd wiele rzeczy się pokrywa.

 

Teraz… Rozumiem też, że tutaj nie każdy jest targetem i w ogóle, ale zastanawiałam się nad rozbudowaniem zakończenia lub wprowadzenia w samo funkcjonowanie mechanizmu czipa. Czy sądzisz, że to mogłoby pomóc, czy problem leży w czymś innym? Z góry dzięki za sugestie i pozdrawiam.

 

Hmmm. Trwanie to słaby cel dla bohatera tekstu, IMO. Mało pociągający, trudno kibicować człowiekowi. I po czym poznać, że cel został osiągnięty?

Może chociaż pokazać jakieś środki do niego prowadzące? “Najchętniej całymi dniami leżałabym na kanapie, ale muszę chodzić do pracy i [tu wstaw funkcję], żeby nie paść z głodu”. Presja społeczna/wewnętrzna na zostawienie potomka? I co tam jeszcze dziewczyną kieruje.

Trochę myliła mnie cnota synowska, skoro bohaterka synem nie jest.

Skąd ta blondynka w ogóle wzięła się w Chinach?

Kto jest jej szefem? Przewodniczący czy zwyczajny prezes w firmie?

Mechanizm czipa może być ciekawy.

Babska logika rządzi!

Ojej, nie nadążam dzisiaj z odpowiadaniem. laugh

 

Perruxie, dzięki, że wpadłeś! Właśnie zastanawiam się, czy rozbudować coś, bo wersja skrócona, to jest ta pierwotna nie przypadła do gustu betom, więc to chyba nie był ten kierunek… Chciałam w pewnym sensie napisać tekst, w którym nie dzieje się wiele, ale przekazać różne takie mądrości o trwaniu w tradycjach mimo widma końca świata nad głową. Ale bez tragizmu, nihlizimu i rozdzierania szat, żeby zachować trochę bardziej azjatycką poetykę. A sprawa siatki jednak nie jest abstrakcją tylko cudem chińskiej myśli technicznej w niezgrabnym wydaniu, który już usunięto z racji tego, jak działał… I to taki kraj, gdzie nienawidzi się plażowania, więc dotykało to głównie ryb i przyjezdnych.

 

ManeTekelFares oj, będzie chyba kombinowane przy zakończeniu przynajmniej.smiley

Finkla z tą cnotą synowską, szukam latami odpowednika kobiecego, ale nie ma czegoś co brzmi z sensem. frown Nawet nasi rodzimi badacze konfucjanizmu nie znaleźli ekwiwalentu neutralnego albo kobiecego, więc gdzie mi tam się porywać XD. Konfucjanizm to niestety trochę mocno męska ideologia nawet w nomenklaturze. Chodzi w sumie o system trochę wasalno-feudalny, ale z ludzką twarzą, bo ma być rodzinnie. Syn więc jak znalazł, a córka zależy, czy dobrze niebo podtrzymuje. XD

A co do reszty – chyba rozwinięcie mechanizmu czipa wyszłoby wszystkiemu na dobre. Co do motywacji bohaterki też coś spróbuję. Dzięki!

Ma­ne­Te­kel­Fa­res oj, bę­dzie chyba kom­bi­no­wa­ne przy za­koń­cze­niu przy­naj­mniej.

Może tak, może nie. 

Zacytuję się z bety:

 

Odczuwam niedosyt. Nie rzecz w wykonaniu, bo to jest bardzo eleganckie, tylko w ilości tekstu. Ten Twój obraz zdecydowanie zasługuje na rozwinięcie. Chciałbym dowiedzieć się więcej o Projekcie, a najlepiej ujrzeć jego finalny sukces, bądź porażkę. Tymczasem, mam wrażenie fragmentu większej całości. Brakuje mi wyraźnej pointy… chociaż przejście do szarej rzeczywistości też jest swego rodzaju pointą, ale nie twistem (na ogół spodziewamy się bum, a nie upuszczenia powietrza z balonika).

To tekst, raczej dla tych poszukujących drugiego i trzeciego dna i nie ślizgających się po tekście.

I dlatego przyswajam go w całości. Choć, pewnie po publikacji dyskusja będzie długa.

Ale to dobrze. :-)

 

oidrin, przeczytałam i… nabrałam apetytu na kluski nankińskie:-) całe opowiadanie przesiąknięte jest smakami i zapachami. Kupiłaś mnie już pierwszym zdaniem, czytałam z zaciekawieniem. Stworzyłaś klimatyczny świat, urzekający opisami nie tylko przygotowywanych potraw i aromatu kawy.

Odniosłam wrażenie, że bohaterka dostosowuje się do panujących realiów, nie planuje niczego zmieniać. Interesuje ją tylko tu i teraz. A propaganda otacza wszystko niczym piasek pustynny. 

polecam do biblioteki, bo to bardzo dobre opowiadanie!

MTF proces kminienia nadal trwasmiley, więc jeszcze nie wyrzucam bety.

 

Olciatka dzięki za polecenie i miło mi, że podszedł Ci specyficzny smak tego świata, który trochę ma z mojej codzienności, a trochę ze dziwnych snów. Nankin piękne miasto, aczkolwiek kluski mogą się przejeść, bo to taka mocno niedoprawiona wersja ramenu. Z tymi motywami chińsko-konfucjańskimi jest tak, że potrafią dać sens życia na dłuższą metę bez popadania w lekki nihilizm innych bardziej uduchowionych mądrości wschodu. Trwanie tu i teraz mimo przeciwności losu i sił natury jest niejako celem samym w sobie, jeżeli próbujemy zachować ile się da z kultury i tradycji dla świata, czy kolejnych pokoleń. To taki punkt tej filozofii, który osobiście uważam za kluczowy i motywujący w momentach kryzysowych, dlatego chciałam się nim tutaj podzielić.

Bardzo wyraziste opowiadanie, porusza u czytelnika niemal wszystkie zmysły, jeśli tylko podda się on działaniu Twojej wyobraźni. Niemniej opisujesz świat, w którym nie chciałbym się znaleźć – właśnie przez te chipowo-pustynno-cyberpunkowe klimaty. Co prawda, jest tu aluzja do odtwarzania starożytnych wzorców, lecz ostatecznie “Życie musi toczyć się dalej, więc czemu nie? Klepmy dalej te tabelki, jakby ich zawartość miała oprzeć się głodowi nienażartej pustyni.”

Każdy kto wmyśli się w ten tekst, powienien postawić sobie pytanie “dokąd zmierzasz człowieku?”

I w tym widzę wartość tego tekstu.

Klikam i pozdrawiam :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Mam mieszane uczucia co do tego opowiadania. Z jednej strony podoba mi się to “przesiąknięcie smakami i zapachami”, jak napisała Olciatka. Z drugiej mimo wszystko za dużo tu chaosu, żeby lektura sprawiała przyjemność. Dobrze pokazujesz podejście bohaterki do świata – aby przyjmować wszystko takim, jakie jest – ale z drugiej strony nic nam o niej samej nie mówisz, dając tylko masę niejasnych wskazówek. To opowiadanie zdecydowanie ma potencjał, ale moim zdaniem powinieneś się postarać o zmniejszenie bałaganu.

Zostaw ten żyrandol.

Ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :) Przede wszystkim za klimat i za kluski, za wyraziste smaki i zapachy, ale też za filozoficzny przekaz, który kryje się za smakowo-zapachową przesłoną, o którym wspomniał Tsole. Za to, że moim zdaniem opowiadania skłania do chwili zadumy o sensie życia.

Tsole cieszę się, że udało mi się wywołać tego typu refleksje, bo jakoś ostatnio trudno doszukać się dobra, piękna lub chociaż ładu i składu, w tym dokąd ten świat zmierza. Nawiązując do naszej krótkiej wymianie myśli o wpływie technologii na człowieka i motywie niedźwiedziej przysługi, to chyba jest taki zbiór refleksji, które gnębią mnie w temacie. Różowo to nie wygląda, jak się tak temu przyglądam, ale liczę, że siłą charakteru i pielęgnacją dobrych tradycji też można coś ugrać… Dziękuję za polecenie biblioteczne i pozdrawiam.

 

Verus miło mi, że wpadłaś, bo podobnie jak u Ciebie jest to moja pierwsza próba w cyberpunku. Niestety oparta na fragmentach dziwnego snu i dość hermetycznych przemyśleń, więc specyficzność poniekąd gwarantowana.smiley Tak jak Finklę, zapytam Cię, co nie zagrało, bo chciałabym tutaj coś ulepszyć, żeby tekst był bardziej zrozumiały. Kierunek, w którym będę tutaj ciągnąć, to raczej uczynienie świata głównym bohaterem, bo ludzkie losy są tutaj trochę pretekstem. W każdym razie przygarnę chętnie jakieś uwagi i wprowadzę w życie, jak tylko czas pozwoli.

Katiu, jak widzisz ten letni czas jest dla nas takim momentem mocno eksperymentalnym, ale ile przy tym zabawy i odkryć! smiley Frajda prawie jak podczas zabaw w odkrywców, chociaż jestem tu raczej w roli przewodnika niż poszukiwacza przygód.n Tymbardziej cieszy mnie, że udało mi się wciągnąć i Ciebie w ten specyficzny, połowicznie prawdziwy niestety już, świat. Dzięki za lekturę i polecenie do biblioteki i pozdrawiam!

Oidrin, jakbym miała powiedzieć bardziej szczegółowo, co nie zagrało, to powiedziałabym, że niezbyt zrozumiałe wstawki reklamowe i fragmenty piosenek, które sprawiały, że gdy już zaczynałam czuć tekst, nagle musiałam się na chwilę zatrzymać i zastanowić się, czy to jest fragment wspomnienia, czy co właściwie. Zaburzało rytm czytania. No i jest jeszcze tajemniczy Przemek, który pojawia się we wspomnieniach, a nie wiemy, kim jest.

Zostaw ten żyrandol.

Jak już wspomniałem wcześniej – ciekawy świat i wizja.

Klimaty chińskie na tyle rozbudowane, żeby przynajmniej mnie zachęcić do doedukowania się w nieznanych obszarach.

A co do struktury, muszę się powtórzyć – do odważnych świat należy i nawet, jeśli większemu gronu nie przypadnie ona do gustu, jak dla mnie, warto próbować. Mam świadomość, że standardowa trzy-aktówka działa, ale kurde czasem trzeba zaryzykować.

 

Verus dzięki, coś postaram się wprowadzić w życie, jak tylko nad tym przysiądę.

 

K.Jankiewicz dzięki jeszcze raz za wszystko, bo w tym tekście trzeba było nieco wstrzymać konia i dzięki becie częściowo się to udało. Ponieważ to eksperyment, nie chciałam tak do końca, ale coś jeszcze tutaj podłubię. A próby są ważne, inaczej jak zrozumieć, w co warto pójść, a w co nie?

Niezbyt podeszło i zmęczyło.

I jeszcze to pierwsze zdanie:

Niebo szarzeje brzęczącą szarańczą burzy piaskowej.

Granica między grafomanią a poezją jest cieniutka. W prozie, o ile nie piszesz właśnie Hyperiona, najlepiej unikać obu. Uważaj, bo balansujesz na granicy. Dalej bywa podobnie:

w złocistym potrzasku

betonową dżunglę

Klimat cyberpunku, Pekinu u schyłku swych dni, burzy piaskowej, wszystko to udało się oddać dość dobrze, ale jednocześnie tekst jest ciężki w lekturze:

Po pierwsze, nie wiadomo, o co chodzi. Na krótką metę to się sprawdza, bo buduje klimat i niepewność, na dłuższą nuży i skłania do porzucenia lektury.

Po drugie, obszerne akapity, ze złożonymi zdaniami, miejscami zbyt kwiecistymi. Sceny rwane.

Po trzecie, te wtrącenia kursywą, ni to myśli bohaterki, ni to komunikaty z chipa, niezbyt spójne z resztą wywołują dalszą konfuzję.

Dotrwałem gdzieś do połowy tekstu.

Rozumiem, że to eksperyment, więc jesteś rozgrzeszona.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko dzięki za poświęcony czas! Rozumiem, czemu nie podeszło, ale cieszę się, że wreszcie ktoś zauważył to, co najbardziej chcę poprawić w tym tekście, a mianowicie zapis, bo jest bardzo mało przejrzysty.

Po pierwsze, nie wiadomo, o co chodzi.

Coś czuję, że zmienię tag na fragment i kiedyś rozwinę.

Po drugie, obszerne akapity, ze złożonymi zdaniami, miejscami zbyt kwiecistymi. Sceny rwane.

Na tym polegał eksperyment, żeby zobaczyć, czy się da. Zdania są podzielone jak widać, a chodziło o naukę w trakcie zabawywink.

Rozumiem, że to eksperyment, więc jesteś rozgrzeszona.

Rzadko się porywam, więc chyba tymbardziej. W tym roku to pewnie przedostatni podryg zanim wrócę do tego, co znane i wygodne. Podpowiedź – nie chodzi o kapcie.

Rzadko się porywam, więc chyba tymbardziej.

Porywaj się dalej, nawet jak publika będzie niepocieszona. Eksperymenty wspomagają rozwój. Lepiej czasem dostać po łapach za odwagę, niż być ciągle głaskanym za to, co znane i wygodne. Ostatecznie ile można pisać ciągle to samo w różnych wariacjach (to ostatnie to uwaga ogólna, a nie przytyk do Twojej osoby). :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Lepiej czasem dostać po łapach za odwagę, niż być ciągle głaskanym za to, co znane i wygodne.

Ha, dostanie po łapach było tutaj poniekąd poświadomym zamiarem, ale dużo dało. Pisanie tego samego trzeba sobie urozmaicać w wielu różnych celach, więc zgodzę się z Tobą absolutnie, że jest bardzo ważne. Eksperymenty wybuchają czasem w twarz, chociaż z każdego dowiaduję się sporo tym, co można lepiej. I doceniem, bo cnota synowska. XD A chociaż motywy chińsko-apokaliptyczne są mi bliskie nigdy o tym jakoś nie pisałam, więc tu też nowość.

Zgadzam się z Chrościsko:-) co do eksperymentowania

Olciatka heart eksperymenty jeszcze będą, ale prawda jest taka, że mam trochę do roboty przy starych i długaśnych tekstach. Dzięki za motywację. smiley

Fajne. Nieśpieszna seria sugestywnych scen, które nie za bardzo ułożyły mi się w cokolwiek więcej, niż melancholijną wizję świata, który przegapił swój koniec i trwa bez sensu. Ładne to i ma świetny klimat, choć mam wrażenie, że czasem nieco przeginasz z ukwiecaniem języka. Myślę, że atmosferę opowiadania zapamiętam na dłużej. Dobijam piątego klika z przyjemnością :)

EDIT: nic nie dobijam, ktoś już wbił. Ale zrobiłbym to, oj zrobił. 

Łosiot miło, że wpadłeś i doceniłeś atmosferę, chciałam żeby tym w pewnym sensie stał ten tekst, bo idea tła w głównej roli miała swój urok. W tej próbie chodziło o dopchnięcie się do limitu tego, co uważam za dyskusyjne w pisaniu – kwiecistość, czas teraźniejszy, brak wyraźnego szkieletu przed zabraniem się do roboty. Oraz podzielenie się chińskimi klimatami tak, żeby nie wyszło zbyt hermetycznie, bo bywa trudno kiedy w tym siedzisz po uszy. A co do kilka – liczą się dobre chęci.wink

 

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie – dzięki ostatniemu klikaczowi. smiley

 

Jam to, nie chwaląc się, uczynił. Ale już wczoraj komentarza nie zdążyłem napisać. Ale pojawi się, choć kiedy – nie wiem

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

No szapoba. Uwielbiam tego typu styl. Mnóstwo niedopowiedzeń. Lakonicznych zdań. Ale za to szczerych do bólu.

Szklany Anioł

I komentarz.

Oidrin – pisać to Ty umiesz. Znaczy – ładnie i sugestywnie składasz słowa w zdania, można “poczuć” świat, choć wcale tak wiele o nim nie piszesz. Ot, takie machnięcia pędzelka, a tu znienacka Zakazany Pałac na papierze. Czasem trochę się rozpędzasz i są chwile, kiedy coś brzmi niezręcznie, ale to są drobiazgi.

Z tym akurat opkiem mam tylko jeden problem. Bo o ile wiesz “jak” pisać, tak tu nie wiem “o czym”. A to równie ważne, dla mnie nawet ważniejsze. O czym ten tekst jest? Bo to chyba dość luźna impresja, bądź też zakopałaś tak głęboko sens, że go nie dostrzegam.

Kiedy już połączysz “jak”, które Ci fajnie wychodzi, z niebanalnym pomysłem, to Piórko murowane :).

 

Co do mojej standardowej łapanki oraz wspomnianego powyżej tego, co mi zgrzytało. No niestety – zjadło mi wypisane babolki :(. Tak to jest, jak Liga Mistrzów jest zaraz po portalu ;).

W każdym razie zostały mi linki do poradni PWN:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/nazwy-wydarzen-sportowych;11020.html 

https://sjp.pwn.pl/doroszewski/polpelny;5480710.html 

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Mac;7429.html (u Ciebie akurat był Big Mac, ale zasada podobna).

Czyli tu gdzieś miałem jakieś zgrzyciki!

 

Tyle ode mnie, klik zasłużony!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Oidrin, nie byłam pewna o czym czytam, ale to nie zabierało mi przyjemności. Nic a nic. Twoje opowiadanie zrobiło “robotę”.

Liczyłam na rozwikłanie kilku fabularnych zagadek. Kim jest Przemek i dlaczego się rozstali (haha takie babskie myślenie ;), czym dokładnie zajmuje się bohaterka, do czego dąży oprócz tego, by jakoś wykonać swoje zadania? Może inaczej, na czym jej personalnie zależy? Zaciekawiłaś mnie i jako czytelnik chciałabym odkryć, co jeszcze ukrywa kurtyna oddzielające widzów od sceny.

Urzekły mnie Twoje metaforyczne zdania. Malujesz słowem. Dzięki temu weszłam bez trudu w zmieniające się sceny, wspomnienia, wiadomości… Również na pochwałę zasługuje przeplatanie się filozofii i dawnych ideałów chińskich z nowoczesnością i tabelką Excela – narzędziem stworzonym przez wrogów.

Zastanowiłabym się nad przydawkami, być może warto by zmniejszyć ich liczbę? Na początku ugryzło mnie szarzejące niebo zderzone ze złotym piaskiem. To czepialstwo z mojej strony, ale straciłam orientację, czy piasek w końcu jest złoty czy też szary ;).

Pikaczu miło, że wpadłaś i cieszę się, że się spodobało. Aczkolwiek lakoniczność to raczej nie wykładnia kompozycji tego tekstu. XD

 

Staruchu dzięki za moc słodkości i klika. I zdałam sobie sprawę, że pominęłam trochę historycznej zabudowy. Chociaż może już piasek zasypał.smiley Tekst był z gatunku mocno ćwiczebnych, w sensie chciałam sprawdzić, czy pewne motywy w ogóle zainteresują czytelnika. Akcji mało, bo była wyłącznie pretekstem do ekspozycji świata, ale to powiem szczerze, że to coś, czego chyba nie chcę wynieść z tej próby. Tutaj chyba wolę pozostać przy centralnym planowaniu fabuły, bo wolna amerykanka nie każdemy wychodzi.

 Z kwestią zakopania znaczeń w sumie podobny problem. Sposób myślenia tutaj przedstawiony jest bardzo odległy od tego utartego w naszej kulturze, więc nie do każdego trafi, ale spróbuję jakoś popracować nad jasnością przekazu.

 

Cytryna cieszę się, że mimo niejasności było przyjemnie. Zwracasz słusznie uwagę na hiper-przydawkowatość, z którą po urlopie w pewnym stopniu tutaj zawalczę. Co do niejasności motywów – okazuje się, że metoda pracy na Witkacego to nie ta para kaloszy, bo zapisywanie dziwnych snów po używkach, to jest przepracowaniu to chyba średnia droga. Albo czas zmienić herbatę i walerianę na coś innego. XD W kwestii szarzejącego nieba chodziło o efekt smogu mieszającego się z piaskiem, stąd ten zgrzyt kolorystyczny.

Dobry wieczór, wszystkich nas zasypie piach! Aż chciałoby się zakrzyknąć po lekturze Twojego tekstu.

 

Podoba mi się klimat: cyberpunk wstrząśnięty z postapo, okraszony mickiewiczowską gryką (obowiązkowo podawać z chipem podkręcającym wrażliwość kubków smakowych).

 

To czego mi brakuje, to wyraźnej bohaterki, jako czytelnik, nie wiem, jakimi uczuciami darzyć Ayen (notabene jej imię pojawia się w tekście tylko dwa razy). Jest podobnie skomplikowana, jak świat, w którym żyje; na początku myślałem, że jest prawdziwą badass, potem ten obraz popsuły informacje o niańczeniu szefa oraz melancholijne nagrania z wypraw z Przemkiem. Piszę popsuły, bo chyba bym chciał, żeby była taką badass, żeby olała wspomnienia o Przemku i nakopała do tyłka szefowi. No cóż może kiedyś ;)

Tak czy inaczej, podoba mi się Twoja historia i pozostawia we mnie refleksję, związaną z relacjami z ludźmi, światem i samym sobą. To dobrze (chyba).

 

Czepiam się tekstu jeszcze poniżej:

 

Niebo szarzeje brzęczącą szarańczą burzy piaskowej.

 

– ma problem z tym zdaniem. Już na samym początku nie wiem, o co chodzi. Ale co, jak? Czy tylko niebo zasłonięte jest burzą piaskową, a nie cały świat? Może bohaterka patrzy w górę? Nie rozumiem, nie widzę, więc marudzę.

 

Tylko zasuszony jak mumia sprzedawca karmelizowanych owoców głogu opiera się mgławicy razem ze mną.

 

– mgławicy, w sensie tej burzy piaskowej?

 

Kto kupi ten ulep, kiedy jaskrawa czerwień smakołyku pokryje się chrzęszczącym w zębach pyłem?

 

– brakuje mi zakorzenienie w czasie, czegoś w stylu: "Kto teraz kupi ten ulep, kiedy jaskrawa czerwień smakołyku w mig pokryje się […]"

 

To jest zanim każdy dzień w roku miał smak piasku w zębach.

 

– To było

 

– Obiło się kiedyś o uszy

 

– "Obiło mi się kiedyś o uszy".

 

Czuję jak z zaciekłością hordy Mongołów tratującej suche trawy na stepie, nadchodzi nikczemna, choć ograna riposta.

– A czemu niebo jest niebieskie? Dlaczego małpa szcza do piwa? I tego… No… Niańczenie go to twoja działka!

 

– coś mało nikczemna ta riposta. Raczej taka jakaś nieśmiała, bym powiedział, przez jąkaninę typu: "I tego… No…"

 

Niech pan kolega udławi się pasywno-agresywnym pasztetem, który zaraz zaserwuję. Po starożytnych mistrzach ciętej riposty ma w końcu niewiele ponad uczesanie.

– Skoro nie chcesz przyłożyć ręki do sukcesu Projektu, rób, jak uważasz – cedzę przez zęby, a gorzki posmak espresso rozlewa się po podniebieniu. – Będziesz coś kiedyś chciał ode mnie, Da, i wiesz, co wtedy powiem?

 

– ten pasywno-agresywny pasztet, też słaby. To takie dziecinne: "będziesz kiedyś czegoś chciał […]". No i jak już to "czegoś" właśnie, a nie "coś".

 

Niebiański cesarz miał takie ego, że pieczęci z jego inicjałami zakryły prawie całą scenkę rodzajową. Każda z nich oznacza inny przymiot charakteru, niektóre zaś egzaltowany, próżny zachwyt.

 

– jeżeli dobrze rozumiem te zdania, mam propozycję na zamianę na coś w stylu: "Każda z nich oznacza inny przymiot charakteru, wszystkie razem zaś mówią o egzaltowanym i próżnym samozachwycie." 

 

– Koniec jest bliski – rzecze z miną grobową bardziej niż żałoba po bohaterach rewolucji– nasz dotąd niezawodny system okazał się mieć fatalną wadę.

 

– propozycja: "– Koniec jest bliski – rzecze z miną grobową bardziej niż żałoba po bohaterach rewolucji.– Nasz niezawodny dotąd system okazał się mieć fatalną wadę."

 

Nie pozwól, by Twojej uwadze umknęły najświeższe doniesienia z życia gwiazd, obwieszczenia rządu i złote myśli Pana Przewodniczącego. Dzięki rewolucyjnej technologii, którą proponuje Czerwone Słoneczko, wszystko, czego nie powinniśmy za nic przegapić, będzie już zawsze w zasięgu ręki. Daj się ponieść strumieniowi nowości, który dostosuje się do Twoich indywidualnych potrzeb i stylu życia.

 

– "twojej" i "twoich"

 

– Wiesz, że gryka kwitnie na biało? – zmieniam niefortunnie temat.

– Nie, bo u mnie we wsi tego nie sadzą.

 

– jeżeli Przemek wie, że "dzięcielina pała" (a wie, bo sam tak zażartował chwilę wcześniej w Twoim tekście), to powinien też wiedzieć, że gryka jest "jak śnieg biała".

 

Śmieje się głośno i rozbrajająco, aż łagodnieją ostre tatarskie rysy.

 

– “łagodnieją jego ostre tatarskie rysy”. Bo kogo?

 

Pozdrów męża i dobrze się tam odżywiaj, bo z tym Twoim zdrowiem…

 

– "twoim"

Exit light

Hehe, przykleiłeś się BK do paru sformułowań, do ktorych ja też miałem obiekcje na becie, ale oidrin przekonała mnie, że to ona ma rację.

Nie zgodzę się tylko z tym:

 

Pozdrów męża i dobrze się tam odżywiaj, bo z tym Twoim zdrowiem…

 

– "twoim"

To jest wiadomość dla bohaterki od kogoś, więc grzecznościowe “Twoim” z dużej litery jest jak najbardziej zasadne.

Known some call is air am

To jest wiadomość dla bohaterki od kogoś, więc grzecznościowe “Twoim” z dużej litery jest jak najbardziej zasadne.

 

Zaiste, masz rację Outta :)

Exit light

BasementKey, dzięki że wpadłeś i wrzuciłeś tu tyle dobrych uwag! Sposób, w jaki powstał ten tekst – mało typowy dla mnie, bo spontaniczny i bez żadnej planowanej struktury w sumie, niejako prosi się o otwartą dyskusję z czytelnikami, więc bardzo się cieszę, że czytałeś z taką uwagą. smiley Wszystkie poprawki także te z wcześniejszych postów wrzucę kompleksowo, bo dopiero w tym tygodniu mam bardziej stabilny dostęp do komputera, a z telefonu to jakaś orka na ugorze.

jeżeli Przemek wie, że "dzięcielina pała" (a wie, bo sam tak zażartował chwilę wcześniej w Twoim tekście), to powinien też wiedzieć, że gryka jest "jak śnieg biała".

Oj, wiesz, te Przemki to mało w poezji siedzą, więc mogło się im zapomnieć, bo inwokacje to jedno, a wiedza praktyczna – drugie.

 

Outta Sewer

Hehe, przykleiłeś się BK do paru sformułowań, do ktorych ja też miałem obiekcje na becie, ale oidrin przekonała mnie, że to ona ma rację.

Nie wiedziałam, że mam taką umiejętność perswazji. XD Swoją drogą chyba rozwinę ten pomysł w coś większego, bo jakoś spodobał mi się ten klimat tak dość nieoczekiwanie. Czyżbyś chciał na betę?wink

Nie wiedziałam, że mam taką umiejętność perswazji. XD Swoją drogą chyba rozwinę ten pomysł w coś większego, bo jakoś spodobał mi się ten klimat tak dość nieoczekiwanie. Czyżbyś chciał na betę?

Nie doceniasz swoich możliwości :) A co do pytania, to odpowiem pytaniem: łaj nat?

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Cześć, Anet! Cieszę się, że smakowało! Bałam się, że przesadzę z czosnkiem. smiley

No właśnie, @Oidrin, gdzie ten czosnek? Bo ja doszukałem się jedynie zielonej cebulki, a już na krzyk-pudełku wspominałaś kiedyś o tym czosnku.

Exit light

Czytałam i zastanawiałam się, o co tu chodzi. I gdyby ktoś zapytał mnie, o czym jest to opowiadanie, nie umiałabym powiedzieć. Lektura komentarzy rzuciła nieco światła na sprawę, ale wolałabym dowiedzieć się wszystkiego z tekstu.

 

Mrużę oczy znad ostat­nie­go łyka nie­wia­do­mo któ­rej już kawy. ―> Mrużę oczy znad ostat­nie­go łyka nie­ wia­do­mo któ­rej już kawy.

 

– Nie, bo u mnie we wsi tego nie sadzą. ―> Gryki się nie sadzi, grykę się wysiewa.

 

Złosz­cząc się na wszyst­kie pięć prze­mian na raz… ―> Złosz­cząc się na wszyst­kie pięć prze­mian naraz

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

BK, wydawało mi się, że był czosnek, bo jak to tak bez?  W weekend to naprawię!

 

Reg, bardzo mi miło, że wpadłaś. Myślę, że muszę poszukać sensowniejszego złotego środka pomiędzy radosnym chaosem a oniryzmem, ale ten tekst i komentarze do niego wiele podpowiedziały. I tak w sumie to pierwszy raz bez centralnego planowania fabuły. Poprawki od Ciebie nanoszę od razu. Dzięki za poświęcony czas i pozdrawiam!

 

Cieszę się, Oidrin, że mogłam się przydać i mam nadzieję, że lektura Twoich kolejnych opowiadań dostarczy mi wyłącznie satysfakcji. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka