- Opowiadanie: Perrux - Księżyc wyparował w nocy

Księżyc wyparował w nocy

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Księżyc wyparował w nocy

To była ostatnia noc, podczas której spałem spokojnie. Rozmowy z księżycem i orbitalne zagrożenia nie zaprzątały mi jeszcze głowy.

Dzień rozpoczął się tak jak zawsze. Ze snu wyrwał mnie budzik, jak zwykle wrzaskliwy i jak zwykle bezlitosny. Chociaż ciepło kołdry przyciągało jak magnes, nie dałem się porwać tej sile.

Przetarłem oczy i wyjrzałem za okno. Szarzy ludzie podążali szarym, zabłoconym chodnikiem, ich twarze zlewały się w szarości porannej mgły i smogu. Ktoś biegł na tramwaj, ktoś skrobał szyby, ktoś wypalał pierwszą dziś porcję tytoniu. Oparłem łokcie o zimny parapet i tradycyjnie już zacząłem obserwować przechodniów.

Niby dzień jak co dzień. Niby jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień i rok temu. Coś jednak psuło obraz typowego poranka. Znikąd na osiedlu pojawiały się grupki ludzi, stojących niemal pod każdym blokiem, patrzących w niebo i sprężystymi gestami tłukących powietrze. Rozprawiali tak energicznie, jakby mieli za sobą już drugą kawę. Nawet skołowane psy patrzyły w górę, bezwiednie podążając za wskazaniem właścicieli. Co było tam, na niebie? Szarość jesiennego poranka spleciona z mgły, smogu, gęstych chmur i ponurych myśli.

Kolejną część dnia wypełniła czerń kawy. Rozlała się wewnątrz kubka i uderzyła nozdrza przyjemną wonią pobudzenia. Kontemplacji nie zakłóciły nawet głośne rozmowy, dobiegające gdzieś z głębi korytarza. Zlewające się w szum, nietypowe i tajemnicze. Nie chciałem słuchać, o czym rozprawiają sąsiedzi. Przecież każdemu należy się chwila spokoju przy kawie i kromce chleba.

Na tym kończyła się poranna beztroska. Wyszedłem z mieszkania, by po chwili przekroczyć próg windy dwanaście pięter niżej. Kilka kroków dalej, przed budynkiem, zgromadziła się rozgorączkowana grupa mieszkańców mojej chruszczowki. Pierwszy podszedł do mnie pan Tadeusz, siwy jegomość z wąsem, czasem miły, a czasem nie bardzo.

– Słyszał pan, panie Tomaszu? – zagaił. W szeroko otwartych oczach dojrzałem błysk. – Księżyc podobno nam wyparował. Zupełnie zniknął, tak na amen.

– Jak to wyparował? – zapytałem ze sporą dozą sceptycyzmu. Przecież w szkole nie uczyli, że księżyce zwykły zmieniać stan skupienia.

– W wiadomościach dudnią, na jedynce od samiutkiego rana!

– Naukowcy mówią, że coś w niego walnęło – włączyła się pani Basia. – I to z diabelską siłą.

Jak to? – pomyślałem zmieszany. Księżyc właśnie nas opuścił, a ludzkość nadal istnieje? Nie znałem się na fizyce, w liceum mówiło się coś o grawitacji i satelitach Ziemi, ale ja wolałem wkuwać na pamięć listę zagadnień oznaczonych tytułem: „Co trzeba umieć na dwóję”.

Tak czy inaczej, każdy ze stojących pod blokiem sąsiadów pokazywał w górę, jakby chcąc mnie przekonać, że coś się rzeczywiście zmieniło. Zapewne wyszli na zewnątrz zaraz po tym, gdy w telewizji pojawiły się sensacyjne doniesienia. Teraz wyglądali trochę jak grupa nieszczęśników poddanych zbiorowej hipnozie. Szczerze nie miałem pojęcia, co chcieli zobaczyć. Przecież widać było tylko chmury, a księżyc podobno zniknął z nocnego nieba.

Czy nasz satelita naprawdę wyzionął ducha? Nadal w to wątpiłem. W każdym razie utrata Srebrnego Globu, w przeciwieństwie do pracy, nie mogła w żaden sposób wpłynąć na stan moich finansów. Dlatego grzecznie przeprosiłem sąsiadów i pobiegłem na podjeżdżający autobus.

 

***

 

Drugiego dnia księżyc się pojawił. Oczywiście nikt nie widział chwili zmartwychwstania, nikt nie czuwał ze wzrokiem wlepionym w ciemne jak nigdy niebo. W gazecie pisali, że mają nagrania, ale z jakiegoś powodu nie chcieli podzielić się nimi ze światem.

Usłyszałem od pani Bożenki z siódmego piętra, że Luna ciągle tam była, po prostu przestała świecić na jedną dobę, a teraz ponownie ukazała się oczom Ziemian. Wiedziałem, że pani Bożenka nie miała racji. Ale nie chciałem się kłócić, dlatego tylko grzecznie pokiwałem głową i podziękowałem za gęstą, słabo zaparzoną kawę. Przecież księżyc nie świeci sam z siebie, nie można mu od tak odciąć zasilania. Zresztą naukowcy przebąkiwali wczoraj o zmianie grawitacji, utracie pływów i odkształceniu Ziemi.

Księżyc zniknął – z tym faktem nie było sensu polemizować.

Nie chciałem, żeby zniknęła także moja skromna pensja i zimna posada w ciepłym biurowcu. Dlatego udałem się prosto na autobus, kątem oka tylko zerkając w stronę naturalnego satelity.

Rzeczywiście. Wisiał nad Ziemią jak Wielki Brat przyglądający się sunącym po chodnikach sylwetkom. Orbitowanie wokół Ziemi musiało być szalenie nużące.

Dzień minął tak jak zawsze. Smutne uśmiechy, stukanie w klawiaturę, wizyta na dywaniku u szefa. Później kilka godzin spokoju przed książkami i rozmyślanie o przeszłości, która nie pozwalała o sobie zapomnieć. Rozważanie wszystkich straconych szans i niewykorzystanych możliwości.

Przed północą nadeszła pora na zamknięcie oczu i śnienie o niczym.

 

***

 

Stworek przyszedł do mnie nad ranem i przekonywał, że jest duszą Księżyca. Wyglądał jak skrzyżowanie jaszczurki z królikiem. Z jednej strony płaskiego ciała wystawał długi ogon, z drugiej – owalna główka z wąsami i uszami sterczącymi do góry. Srebrzystoszara skóra błyszczała w świetle gwiazd.

– Jestem Lunatworem – przedstawił się, po czym dodał: – Potrzebuję pomocy.

Nachyliłem się i spojrzałem na niego z bliska, chcąc potwierdzić, że nie jest wytworem wyobraźni. Nie był. Dlatego zapytałem:

– O co chodzi?

– O przetrwanie, jak zwykle. Moje ciało w każdej chwili może zniknąć.

– Ciało?

– To srebrne, wiszące nad Ziemią.

A więc tak. Chodziło o zjawisko sprzed kilku dni, kiedy to Księżyc zdecydował wyparować.

– Na orbicie pojawił się wróg – kontynuował Lunatwór. Gdy dostrzegł, jak spoglądam w niebo, dodał: – Ludzie nie są w stanie go zobaczyć, za mało w nim materii. Nazwijmy go Wymiarozginaczem, dobrze?

– Zaraz, zaraz. – Usiadłem wygodniej na łóżku. – Dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Pewnie pomyliłeś osoby, przecież ja…

– Nikogo nie pomyliłem, jestem Księżycem – podkreślił, jakby podawał przekonujący argument. – Obserwowałem wielu ludzi. Wiem, że to właśnie ty dochowasz tajemnicy. Nie opowiesz nikomu o mojej wizycie.

Racja, teraz nie mogłem już opowiedzieć. Z jakiegoś powodu zacząłem współczuć temu stworzeniu. Co, jeśli naprawdę musiał wisieć nad Ziemią przez miliardy lat, w samotności?

– W takim razie zamieniam się w słuch.

Zamieniłem się w słuch, a Lunatwór zamienił się w mowę. Jego opowieść mnie urzekła. Najpierw opisał trud codziennego orbitowania, później podkreślił, jak bardzo boi się Wymiarozginacza. Drżącym głosem opowiadał o zjawisku sprzed kilku dni, kiedy ta nieznana moc przeniosła go wiele parseków stąd. Tak naprawdę nie miał pojęcia, gdzie wylądował. Przez jedną noc obiegał jakąś potworną planetę emanującą fioletowym blaskiem.

Nie wiedział, czy trafił do odległej galaktyki, czy może do zupełnie innego wymiaru. Doskonale znał za to uczucia, które mu towarzyszyły. Niepokój, złość, niemoc.

Zwłaszcza to ostatnie było mi szczególnie bliskie.

Od dziesięciu lat nie odbyłem tak długiej rozmowy. Otworzyłem się przed Lunatworem, a on otworzył się przede mną. Najpierw mówiliśmy o problemach, później o uczuciach, a na koniec licytowaliśmy się, czyje życie jest bardziej monotonne.

Tej nocy poprosił mnie tylko o jedno. Pragnął, żebym zdobył dostęp do teleskopu i zaplanował nocną obserwację nieba. Cóż, misja nie wydawała się szczególnie skomplikowana.

W głębi duszy liczyłem, że ta niezwykła wizyta może coś zmienić w moim życiu.

 

***

 

Niestety nadszedł kolejny dzień. W dodatku taki, który zaczął się od prywatnej katastrofy – zaspałem. Krople deszczu spadały na parapet jak chmara wysłanników Morfeusza, nie pozwalając wyrwać się ze snu.

Zabrakło czasu na oglądanie szarych ludzi sunących szarym chodnikiem. Na wypełnienie nozdrzy wonią kawy. Na błogi czas kontemplacji w wyłącznym towarzystwie samego siebie.

Dopiero w autobusie zacząłem się zastanawiać, czy dusza Księżyca rzeczywiście mnie odwiedziła. W końcu nad ranem sny są zawsze najdziwniejsze i najbardziej realne. Myśli zaraz zostały wyparte przez strach. Czy uda się wślizgnąć do biura niepostrzeżenie? Czy szef zauważy kilka minut spóźnienia? Przyziemne rozważania, przyziemne problemy.

Ulga nadeszła dopiero, gdy siedziałem przed służbowym komputerem. Zwróciłem na siebie tyle uwagi, na ile zasługiwałem. Zdawało się, że nikt nie dostrzegł spóźnienia.

Coś jednak nie dawało mi spokoju. Stukanie w klawiaturę brzmiało wyjątkowo złowrogo. Brakowało monotonii, do której zdążyłem tak bardzo przywyknąć. Moja prywatna „zasada zachowania spokoju” przestała działać, jakby któryś z naukowców właśnie wykazał jej nieprawdziwość. Trzy biurka dalej siedział cel misji – Jadwiga Dzik. Najchudszy dzik na świecie.

Potrzebowałem jej. Kiedyś usłyszałem, że „Jadzia ma w domu fajny teleskop, taki prawie profesjonalny”. Wtedy wydało mi się to banalne – każdy zabijał czas na swój sposób. Jedni patrzyli w kartki, inni w twarze, jeszcze inni w niebo. Lunatwór nie pozostawił jednak wątpliwości – do wygnania wroga potrzeba porządnej lunety. Do dziesiątego zostało jeszcze kilka dni, a portfel dopadała anoreksja. Nie mogłem pozwolić sobie na zakup własnego sprzętu. Pozostała więc rozmowa – piękne słówka, sztuczne uśmiechy, puste gesty. Nocne spotkanie w świetle gwiazd.

– Cześć – odezwałem się, gdy krzesło biurowe zaniosło mnie pod biurko Jadwigi Dzik.

– O, cześć! – Otworzyła szeroko oczy. – Coś się stało?

– Nie, nie, wszystko w porządku. Poza tym, że księżyc zaczyna nam wariować.

Pierwsze piękne słówka wywołały pierwsze sztuczne uśmiechy.

– Takie to już mamy czasy. – Jadzia rozłożyła ręce i westchnęła. – Ale chyba nic na to nie poradzimy, nie?

– Pewnie nie – skłamałem. – Ale chętnie popatrzyłbym na Srebrny Glob, póki jeszcze to możliwe.

Pokiwała głową. Wiedziała, do czego zmierzam. I nigdy nie odmówiłaby dzielenia się swoim hobby z innymi – nawet ze mną.

– Jutro o dwudziestej drugiej pasuje? Z tego co kojarzę, ma być bezchmurnie.

 

***

 

Tym razem obudził mnie zaraz po północy. Omal nie wyskoczyłem z łóżka, gdy szary stwór wylądował na parapecie. Czy dusza Księżyca nie powinna poruszać się subtelniej?

– I co? – Lunatwór opuścił uszy, które jeszcze przed chwilą sterczały jak dwie wieże.

– Jutro w nocy – rzuciłem. – Powiesz mi wreszcie, co dalej?

– Zastawię pułapkę w kraterze Kopernik. Jedyne, czego mi brakuje, to obserwator astronomiczny. Coś na wzór obserwatora kwantowego.

– Obserwator kwantowy? – Nigdy wcześniej nie słyszałem tego terminu. – Rozumiem, że to… moja rola?

Stworek zamerdał ogonem jak jamnik pani Bożenki. Zaraz jednak znieruchomiał. Najwyraźniej dostrzegł, że o fizyce, podobnie jak o innych dziedzinach nauki, nie mam bladego pojęcia. Cóż poradzić, że od dawna wolałem literaturę rozrywkową i banalne seriale? W końcu to one najlepiej wyłączają mózg i zabijają czas.

– Dobrze, powiem krótko i węzłowato. – Stworek wypuścił powietrze z dziwnym piskiem, najpewniej w nieudolnej próbie westchnięcia. – Zapamiętasz?

Nie wiem – pomyślałem. I kiwnąłem głową.

– O północy patrz na krater Kopernik dokładnie przez osiem minut i dziewiętnaście sekund. Tylko na krater, na nic więcej.

– Osiem minut i dziewiętnaście sekund – powtórzyłem, by liczby zapadły w pamięć.

Wtedy Lunatwór zapewnił mnie, że nie będzie prosił o nic więcej. Że każdy pójdzie w swoją stronę. Księżyc nigdy więcej nie wyparuje, a ja nie będę dostawał misji od ciał niebieskich.

 

***

 

Kolejny raz obudziła mnie jesienna mżawka. Znów musiałem wstać z łóżka, mimo rześkiego powietrza i kojącego szumu za oknem.

Najpierw rytuał – obserwacja wstającego do życia osiedla.

Kilka chwil później siedziałem w kuchni. Znikające księżyce, szare stwory, kwantowe cośtam – żadna z tych myśli nie była w stanie wybić mnie z rytmu porannej kontemplacji. Mocna kawa i słabe myśli. Sztukę rozważań o niczym opanowałem do perfekcji.

Później miłe uśmiechy w windzie, poranny bieg na autobus i błogie chwile spokoju podczas drogi do pracy.

W drzwiach do biura przywitała mnie smukła sylwetka Jadwigi Dzik.

– Cześć! – krzyknęła z dziwnym grymasem na twarzy.

– Hej. – Odwzajemniłem grymas.

– Wiesz co, chyba będziemy musieli przełożyć naszą obserwację.

– Coś się stało?

– Nie, wszystko okej. Po prostu wpadną do mnie przyjaciele, sam rozumiesz. Czasem trzeba coś wypić, trochę pogadać i tak dalej…

Nie rozumiałem. Ale odparłem stanowczo:

– Oczywiście. Spotkamy się innym razem.

Dalsze słowa do mnie nie dotarły. Tego nie da się przełożyć! – myślałem zirytowany. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób skontaktować się z Lunatworem. Czy to w ogóle było możliwe?  Krzyczenie do księżyca sprowadziłoby jedynie psychiatrów.

Brakowało mi doświadczenia, już od dawna w nic się nie angażowałem. Wolałem stanowić szary element wielkiej machiny. Zasada od lat pozostawała niezmienna – proste życie, proste decyzje. Przy takiej egzystencji trudno popełniać kolejne błędy, za które później trzeba byłoby płacić.

Coś jednak nie pozwalało mi zostawić sprawy samej sobie. W końcu chodziło o księżyc i jego dalsze losy. To samo coś sprawiło, że odwróciłem się na pięcie i wyciągnąłem telefon. Kilka krótkich zdań wystarczyło, by zyskać czas. „Dzień dobry, przepraszam, drobna niedyspozycja. Mam jeszcze dzień urlopu na żądanie, prawda? Super, dziękuję, do widzenia”.

Gdy dotarłem na przystanek, niebo przestało płakać. Jakby doceniło moją decyzję o ratowaniu Srebrnego Globu. Pozostało szturchnąć młodego człowieka, poprosić by zdjął słuchawki, zapytać o najbliższy sklep astronomiczny.

– Jasne, już panu mówię. – Młodzieniec nawet na mnie nie spojrzał. Był zajęty wklepywaniem hasła do smartfonu. Chciał zdobyć wiedzę, którą mógłby mi przekazać.

Staliśmy w milczeniu przez kilkanaście sekund, podczas których pytałem sam siebie, dlaczego nigdy nie wykupiłem Internetu w telefonie. Pewnie istniało niewielu trzydziestoparolatków tak opornych na technikę jak ja.

– Piętnastka, niech pan wsiada. – Mężczyzna wskazał podjeżdżający autobus. – Trzeba wysiąść na Polnej, tam po prawej będzie sklep z takim niebieskim szyldem.

Dojechałem, wszedłem, wyszedłem. Tysiąc dwieście złotych. Ekspedientka mówiła, że krater Kopernik będzie dobrze widoczny, a w razie problemów sprzęt można zwrócić. Dalszy plan wydawał się więc prosty. Wziąć chwilówkę, wrócić do sklepu, kupić teleskop, oddać na drugi dzień, odzyskać gotówkę, spłacić pożyczkę. Szczerze nienawidziłem takich zagrywek, ale cóż mogłem poradzić? W końcu ratowałem Lunę. Chyba nikt nie oczekiwał, że zrobię to z własnych środków.

Przekląłem w myślach Lunatwora i całą akcję ze znikającym księżycem. Powinienem siedzieć w biurze i z poważną miną stukać w klawiaturę. Czy ja naprawdę tak wiele wymagam?

 

***

 

Bezkształtny obiekt – niemal pozbawiony materii – orbitował wokół Księżyca, szukając optymalnej trajektorii. A wszystko po to, by o północy znaleźć się na odcinku łączącym Polskę z kraterem Kopernik. Właśnie tam powinna trafić wiązka z pokarmem.

Zazwyczaj określał się mianem Wymiarozginacza, choć nieszczególnie lubił tę nazwę. Wolał mówić na siebie Pożeracz Księżyców lub Połykacz Słońc. Nigdy dotąd nie połknął co prawda gwiazdy, ale wiedział, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już za chwilę to się zmieni. Zauważył, że jego nowy przydomek – nadany ostatnio przez jedną z istot zamieszkujących Ziemię – również miał swój urok.

Lunatwór. A wszystko przez to, że wcielił się w małą pokrakę i przedstawił jako dusza Księżyca. Początkowo nie sądził, że z tym marnym ludzikiem pójdzie tak łatwo. Sztuka manipulacji najwyraźniej działała w każdej galaktyce na tych samych zasadach.

W starannie wyszukanym człowieku siedziały emocje, które dla Pożeracza Księżyców były czymś nieznanym. I właśnie dlatego stanowiły perfekcyjną kolację. Kolację, która dostarczy dokładnie tyle sił, by przeskoczyć na niską orbitę tutejszej gwiazdy.

A później połknąć ją na kilka godzin.

I przy okazji zniszczyć życie w tej części kosmosu. Przyprawiało to o smutek nawet bezkształtną istotę mającą w sobie zaledwie szczyptę materii. Ale czego się nie robi dla nowych wrażeń? Dla posmakowania wiązki tak dziwnych, głęboko ukrytych emocji?

 

***

 

Montaż teleskopu zajął mi cały dzień. Siedzenie na środku pola i dokręcanie śrubek okazało się całkiem przyjemnym zajęciem.

O dwudziestej pierwszej zadzwoniła Jadwiga Dzik.

– Hej, co porabiasz? – zapytała, nie planując dopuścić mnie do słowa. – Nikt jednak do mnie nie przyszedł, tak jakoś wyszło. Ale niebo jest dzisiaj naprawdę piękne, chyba zarwę noc na obserwacji. Wpadniesz?

– Nie dam rady – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Jestem na obrzeżach, rozłożyłem się ze swoim teleskopem.

– Masz własny sprzęt? I nigdy wcześniej o tym nie wspomniałeś?

– Dzisiaj kupiłem. Chcę przeprowadzić mały eksperyment.

– Eksperyment?

To właśnie wtedy mnie olśniło. Ja co prawda nie nadawałem się do obserwacji nieba, ale Jadzia? Tak, ona mogła uratować Lunę. Oczywiście nie zamierzałem porzucić misji. Ale co, jeśli z jakiegoś powodu by się nie udało? Gdybym pomylił krater albo źle ustawił lunetę?

Pomysł był prosty – dwie osoby wykonujące wspólnie zadanie to większa szansa, że się powiedzie.

– Czy możesz coś dla mnie zrobić? – W końcu podjąłem decyzję. – Chodzi o patrzenie w krater Kopernik o północy przez osiem minut i dziewiętnaście sekund. Tylko nie pytaj o cel tej dziwnej zabawy.

W pierwszej chwili zaśmiała się, zupełnie szczerze. Ale w końcu zaakceptowała wyzwanie.

 

***

 

Nadeszła północ. Lunatwór zajął pozycję na linii łączącej Polskę z kraterem Kopernik, oczekując przepływającej tam energii. Wreszcie poczuł pierwszą falę zbudowaną z ukrytych emocji obserwatora. Wszystko więc wskazywało na to, że już za kilka chwil połknie swoją pierwszą gwiazdę. A więc jednak – pomyślał, pełen satysfakcji. Człowieczek z Ziemi najwyraźniej wypełni misję i będę…

Coś jednak zaczęło się psuć. W pierwszej chwili Połykacz Księżyców uznał, że to tylko drobne zakłócenia w transmisji. Szybko jednak przekonał się, że jest w błędzie. Wyraźnie odczuwał emocje innej osoby, jakby dodatkowa istota podjęła się obserwacji miejsca, w którym aktualnie przebywał. Czy coś takiego mogło być dziełem przypadku? Przecież zazwyczaj nikt nie patrzy z pełnym zaangażowaniem na jeden z kraterów przez całe minuty.

Problem wydawał się poważny. Dusza drugiej, niezidentyfikowanej osoby najwyraźniej stanowiła przeciwieństwo tej pierwszej. W efekcie Wymiarozginacz zaczął przyjmować kompletny miszmasz emocji i myśli, które lepiły się do niego niczym drobiny pyłu kosmicznego.

Po siedmiu minutach zaczął się kurczyć, zapadać jak prawdziwa czarna dziura. W żaden sposób nie potrafił zejść z linii ataku. Dlatego zaczął powtarzać jak mantrę słowa formuły ewakuacyjnej, zdolne przenieść go w kompletnie inne rejony Wszechświata.

Podziałało w ostatniej chwili. Gdyby choć odrobinę dłużej przyjmował sygnał z tych dwóch tak różnych obiektów, ilość zgromadzonej energii przekroczyłaby jego możliwości, co poskutkowałoby eksplozją. Ewakuacja zakończyła się powodzeniem. Pożeracz Księżyców mógł się tylko domyślać, w jaki rejon Wszechświata posłał go los.

Natychmiast poczuł ukłucie niezwykłej siły. Czyżby… trafił do innego wymiaru?

Nie wiedział jeszcze, że miną miliardy lat nim przekona się, że utknął już tam na dobre. Że nigdy nie połknie nawet najdrobniejszej gwiazdy.

 

***

 

Od pamiętnej nocy minął już niemal tydzień, a ja wciąż nie mogłem zdecydować się na zwrot teleskopu. Życie toczyło się dokładnie tak jak wcześniej, jednak bezchmurne noce oferowały teraz zupełnie nowy rodzaj doznań.

Każdy poranek nadal wypełniały starannie pielęgnowane rytuały. Później bieg na autobus, monotonny dźwięk palców stukających w klawiaturę i narzekania szefa.

Wieczór jednak przynosił ze sobą powiew świeżości. Łąka, nocne niebo usiane gwiazdami i tarcza księżyca wisząca dokładnie tam, gdzie powinna. Początkowo wmawiałem sobie, że jadę tam, by dopilnować efektu misji. By w razie potrzeby odpowiedzieć na kolejny apel Lunatwora. Później poczułem, że chodzi o coś innego. Rozmiar Wszechświata przytłaczał, ale potrafił też zachwycić.

Wciąż w głowie miałem noc, podczas której zakończyłem misję. Snułem domysły o tym, co rzeczywiście mogło stać się w kraterze Kopernik. Czytałem o obserwatorach kwantowych, analizując wagę mojej roli.

Każdej bezchmurnej nocy kierowałem lunetę na Srebrny Glob, nie mając pewności, czy rzeczywiście obroniłem go przed Wymiarozginaczem. A może to zasługa Jadwigi? Najgorsza była świadomość, że prawdopodobnie nigdy nie poznam odpowiedzi. Nie dowiem się, czy nadal jestem zwykłym szarakiem, jedną z setek istot zamieszkujących blok z wielkiej płyty. Czy może jestem kimś więcej. Na przykład Lunaherosem.

Każda taka noc przynosiła jednak ukojenie. Coś, czego nigdy wcześniej nie odnalazłem.

Koniec

Komentarze

Sympatyczna bajka. Naukowo kupy się nie trzyma, ale jako bajka całkiem nieźle daje radę.

Zmieściłeś dość dużo twistów jak 20 kilo. Ogólnie – podobało mi się, raz czy dwa zaskoczyło. A co z chwilówką?

Babska logika rządzi!

Dzię­ki za ko­men­tarz. Cie­szę się, że za­sko­czy­ło.

Co do spraw na­uko­wych – za­ło­ży­łem, że w tego typu tek­ście tro­chę “luź­niej­sze” po­trak­to­wa­nie fi­zy­ki bę­dzie wy­ba­czal­ne. Mam na­dzie­ję, że fani sf nie będą in­ne­go zda­nia ;) Oczy­wi­ście po­czy­ta­łem kilka ar­ty­ku­łów o tym, co by bylo, gdyby księ­życ znik­nął. Ale to tylko dla ogól­ne­go ob­ra­zu, oczy­wi­ście część efek­tów po­mi­ną­łem, bo jak pi­szesz, opo­wia­da­nie skrę­ca w stro­nę “bajki".

A co do chwi­lów­ki, no cóż… za­wsze możną wziąć drugą, żeby spła­cić pierw­szą :)

Nieźle się czytało, choć nie ukrywam, że chyba nie do końca pojęłam, co tam się z Księżycem porobiło. Jednakowoż cieszę się, że został uratowany i można go podziwiać. ;)

 

Wi­siał nad Zie­mią jak wiel­ki brat przy­glą­da­ją­cy się… ―> Wi­siał nad Zie­mią jak Wiel­ki Brat, przy­glą­da­ją­cy się

 

już o dawna w nic się nie an­ga­żo­wa­łem. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem niezły tekst. Trzymasz odpowiednie tempo, konwencja lekka, więc tym przyjemniej się czyta. Pomysł ciekawy, nawet jeśli umieszczony w dość typowej scenerii. Dbasz o to, by w historii cały czas coś się działo. Jak na tak niepozorną historyjkę to wcale, wcale nieźle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki za wizytę i łapankę, Reg. Wprowadziłem poprawki.

Co do wydarzeń na orbicie, wolałbym nie pisać tutaj dodatkowych wyjaśnień – zawsze istnieje ryzyko, że ktoś przez przypadek trafi na nie w komentarzu przed lekturą. Ale jeśli chcesz małego streszczenia, daj znać, zawsze mogę wysłać w PW.

 

CM, cieszę się, że tempo przypadło do gustu. Ten tekst to dla mnie zupełnie coś nowego, nigdy nie pisałem nic w tym stylu. Ale jednak dynamiki i dość “gęstej” fabuły nie mogę sobie nigdy odpuścić ;)

Również pozdrowił i poszedł.

Dziękuję, Perruxie, za chęć niesienia pomocy, ale poczekam na kolejne komentarze. Pewnie coś w końcu wywnioskuję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też podoba. Całkiem sympatyczna ta historyjka o Księżycu. A poza tym bardzo dobrze się czytało. Pozdrawiam i klikam bibliotekę :)

Rozmowy z księżycem i orbitalne zagrożenia nie zaprzątały jeszcze mi głowy.

W tym zdaniu “mi” przestawiłbym przed “jeszcze” .

Szczególnie to ostatnie było mi szczególnie bliskie.

Pierwsze można zmienić na “zwłaszcza”. 

 

Czytało się przyjemnie, pamiętając o bajkowej konwencji. Zaskoczyłeś, bo bohater na końcu nie odnalazł prawdziwej miłości jak można by się było spodziewać po obserwacjach z Dzikiem :D

Szczególnie spodobała mi się anoreksja dopadająca portfel. To takie prawdziwe :D

Pozdrawiam.

Katiu, dzięki za wizytę, cieszę się, że przypadło do gustu :)

 

GhostWriter, słuszne uwagi – poprawiłem wskazane zdania. Co do zaskoczenia, taki właśnie był cel – gdyby skończyło się tak jak piszesz, finał historii byłby zbyt banalny :) Również pozdrawiam i życzę, żeby w kolejnych miesiącach wspomniana anoreksja przerodziła się w nadwagę.

Perrux, ciekawa, bajkowa opowieść. Podoba mi się to, jak do monotonnego, przewidywalnego świata wprowadzasz nietypowe zjawisko i pokazujesz, jak ono wpływa na życie bohatera. 

Przyjemny styl, trochę humoru, czytałam z przyjemnością. 

pozdrawiam

Perrux, ciekawy motyw znikającego księżyca! Przyznam szczerze, że na początku czytanie szło mi nieco opornie. Sporo zaimków, celowych powtórzeń w jednym zdaniu, które jakoś nie zaskoczyły. Podobna “szata graficzna” opisywana ze sporym, dla mnie przesadnym, namaszczeniem. Szaro, szaro, kawa, kawa ;). Wolałabym inny szlif stylistyczny.

Natomiast bardzo do gustu przypadł mi portfel, który dostał anoreksji, księżyc jako Wielki Brat oraz jegomość “czasem miły, a czasem nie bardzo”, i inne zabawy słowne. Dobre poczucie humoru.

Po całości uważam, że warto było poznać Twoją opowieść do końca. Świetny plot twist na końcu, z dużą niewiadomą bohatera, ale za to nową pasją. Stworka dość szybko podejrzewałam o niecne zamiary. Z wyglądu skojarzył mi się z królikiem z ‘Donniego Darko’. Cwana łachudra, a tu klops! Hehe :).

Ciekawy świat – trochę bajecznej magii, trochę pseudonaukowego słownictwa, ale razem tworzą niezłą mieszankę w swoistej wierdowo-baśniowej konwencji. Fabuła więc ciągnie tekst, choć postawione przed bohaterem problemy nie są jakieś mocno zajmujące, ale widać, że musi je przezwyciężyć.

Jedynie właśnie ten bohater mnie lekko zdziwił, kiedy całkowicie normalnie podszedł do spotkania z duchem Księżyca, czy wcześniej na jego zniknięcie. Nie do końca odgadłem, co to miało zaprezentować – jego znużenie monotonią życia czy znajomość się z elementami paranormalnymi życia? Nie wiem, ale po początkowej konsternacji w miarę gładko poszło dalej.

Technicznie tekst napisany jest nieźle, czyta się przyjemnie.

Podsumowując: fajny koncert fajerwerków, przyjemny do oglądania

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Autor napisał tekst samodzielnie, mój wkład w betę był tylko zwróceniem uwagi na drobiazgi. Dlatego zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego.

Opowiadanie dobrze się czyta. O naukowości się nie wypowiem, ale sam pomysł dosyć ciekawy, a bohaterowie nakreśleni w taki sposób, że czytelnik “wciąga się” w opowieść. Technicznie bardzo dobry warsztat i sposób prowadzenia narracji. Ładnie wpleciony twist. Ogólnie, satysfakcjonująca lektura.

I cyk, do biblioteki.

Bardzo sympatyczny tekst. Ciekawy bohater, dość zwariowana fabuła, stosunek zwrotów akcji do liczby znaków powyżej przeciętnej i motywy astronomiczne, zawsze mile widziane w opowiadaniach. Czytało się też bardzo płynnie, więc językowo ok.

Dzięki za kolejne komentarze ;)

 

Olciatka, takie było założenie – przełamanie monotonii serią nietypowych zjawisk. Najważniejsze, że przewidywalność nie zdążyła znudzić za bardzo :)

 

Cytryno, tak, zdaje sobie z tego sprawę – posunięcie z powtórzeniami było dość ryzykowne. To trochę nie mój styl, ale zależało mi na tym, żeby monotonia w początkowych fragmentach emanowała z tekstu i być może nieco przesadziłem. Ale najważniejsze, że całość wyszła na plus :)

 

NoWhereMan, podoba mi się Twoja charakterystyka świata z pierwszego zdania komentarza – rzeczywiście konwencja wyszła trochę baśniowo-weirdowa. Co do bohatera – poziom znużenia i brak celu w życiu powoduje, że nawet niezwykłe zjawiska nie robią na nim wrażenia. Po prostu chce przeżyć swoje i tyle. Pewnie mogłem położyć większy nacisk na wyjaśnienie tej kwestii.

 

ANDO, jeszcze raz dzięki za pomoc. Fakt, pracy nad tekstem nie było może dużo, ale uwagi pozwoliły na wygładzenie opowiadania tam, gdzie to było potrzebne.

 

Zygfrydzie, dzięki za ostatniego klika. Fajnie, że tekst nie zanudził – zwroty akcji i zwariowana fabuła miały wynagrodzić opis monotonii z początku.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Cześć:)

Podnoszące na duchu.

Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Anet, Zielonka, dzięki za wizytę :)

Ale fajne. Zacznę od tego, co spodobało mi się najbardziej, czyli zakończenia. Jest jak zastrzyk pozytywnych emocji podany w świetnie wybranym momencie, bo w pewnym sensie już po zakończeniu “właściwym”, na deser po rozwiązaniu akcji. Bardzo mi się zrobiło miło, że bohater nie oddał teleskopu i znalazł swoją pasję :)

 

Opowiadanie jest specyficzne i lekko dziwaczne, nie umiem tej dziwaczności nazwać, ale mi się podoba. I podoba mi się to, że zza szarej i monotonnej scenografii, przeziera tutaj subtelny humor. 

 

W tekście są takie małe klejnociki, że przytoczę wybrane:

“Szarość jesiennego poranka spleciona z mgły, smogu, gęstych chmur i ponurych myśli.”

“Zamieniłem się w słuch, a Lunatwór zamienił się w mowę.”

“Mocna kawa i słabe myśli.”

“Niestety nadszedł kolejny dzień.” – no rewelka :)

 

Słaby ze mnie krytyk, ale z drobnostek:

Chociaż ciepło kołdry przyciągało jak magnes, nie dałem się porwać tej sile.

W tak oryginalnym tekście, łóżko przyciągające jak magnes brzmi bardzo mało oryginalnie. 

 

patrzących w niebo i sprężystymi gestami tłukących powietrze. – na moją wyobraźnie podziałało chyba nie tak, jak powinno, bo pierwsze skojarzenie miałem z hajlowaniem :) :)

 

Bardzo fajne opowiadanko, grateczki. 

 

 

 

Dzięki za opinię, Łosiocie.

Mówisz, że opowiadanie jest specyficzne lekko dziwaczne? Fajnie – ja też mam takie wrażenie :) Cieszę się, że odnalazłeś tutaj subtelny humor, umieściłem go niewiele i nie byłem pewien, czy czytelnicy zwrócą na to uwagę.

Czuje się luz, lekkość prowadzonej narracji, więc tekst przemyka pod oczami bez wybojów, kolein i jakichkolwiek zgrzytów. Jako astronom z wykształcenia nie mam uwag co do takiego zachowania się ciała niebieskiego. Dodałbym tylko, że zagrożenie dla cywilizacji ziemskiej wynikłe ze zniknięcia Księżyca jest spore – weźmy chociaż pod uwagę wskaźniki demograficzne, zubożenie sfery poetyckiej czy muzycznej. :)

Podobało mi się przeniesienie funkcji obserwatora ze świata kwantów w świat ciał niebieskich. No i dryf zainteresowań bohatera w kierunku obserwacji astronomicznych. Natomiast zawiedziony jestem brakiem romansu bohatera z chuderlawym osobnikiem Dzik Jadwiga. :)

 

Nazwałem go Lunatworem.

– Potrzebuję pomocy – powiedział, zaraz po tym gdy się przedstawił.

Czemu bohater nie używa nazwy którą stworek się przedstawił?

Stukanie w klawiaturę brzmiało wyjątkowo złowrogo

Znam to. Oj, znam…

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dzięki za wizytę, tsole. Przyznam, że podane przez Ciebie skutki utraty Księżyca, choć na pewno są ciekawe, nie przyszły mi wcześniej do głowy. Ale domyślam się, że nie uczyłeś się o nich podczas wykładów z astronomii ;)

Co do Jadwigi Dzik, cóż… rozumiem, że część czytelników czuje się właśnie zawiedziona. Zawiedziony może czuć się też bohater, ale taki już los mu zgotowałem. Od początku planowałem zakończenie w stylu “pozytywnego status quo” – niby nic się nie zmienia względem sytuacji sprzed opisanych zdarzeń, a jednak jakaś delikatna, pozytywna zmiana nastąpiła.

“Nazwałem go Lunatworem” – oczywiście masz rację, poprawię to zdanie.

Ale domyślam się, że nie uczyłeś się o nich podczas wykładów z astronomii ;)

Dobrze się domyślasz, to miało miejsce podczas zajęć praktycznych, konkretnie nocnych obserwacji nieba :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Cześć, Perrux. 

Przepraszam, że tyle dni zajęło mi dotarcie do Twojego opowiadania, ale w końcu udało się. ???? Przeczytałam z przyjemnością, chociaż początkowo podchodziłam jak do jeża, gdyż przez tytuł zdawało mi się fantasy, mimo że nie tak je zakwalifikowałeś.

Dlaczego przyjemne: bo lekkie w czytaniu i płynne; momentami nieśmiało przebijał się humor, aż prosiłoby się go trochę więcej, gdyż moim zdaniem ten dystans był bardzo fajny! Sama fabuła i jej zwrot ciekawa, podobnie jak i sam pomysł. Od razu przypomniały mi się zabawy – gimnastykowanie wyobraźni – co by było, gdyby: zniknęło słońce, księżyc, oceany, drzewa, mrówki, człowiek, nie wyginęły dinozaury, zwiększyła się proporcja tlenu i inne, był tylko piasek i inne. 

A teraz kilka uwag-rozmaitości:

,Kilka kroków dalej, przed budynkiem, zgromadziła się rozgorączkowana grupa mieszkańców mojej chruszczowki

Chodzi Ci o radzieckie chruszczowki – pięć kondygnacji, bez windy, konstrukcja na żelbetowa, małe mieszkania. Fajne. :-)

,Pierwszy podszedł do mnie pan Tadeusz, siwy jegomość z wąsem, czasem miły, a czasem nie bardzo.

– Słyszał pan, panie Tomaszu? – zagaił. W szeroko otwartych oczach dało się dojrzeć błysk.

Zmieniasz sposób narracji z pierwszosobowej na neutralną, czy to celowe? Dialog jak rozumiem odbiera bohater, więc niepotrzebne „dało się”, tak mi się zdaje (?).

,Ale w końcu zaakceptowała wyzwanie.

Wyzwanie? w tym kontekście jednoznacznie kojarzy się mniej z pracą, a bardziej z tzw. rzucaniem wyzwania osobie (łańcuszkiem)? Nie wiem, czy odpowiada Ci takie odniesienie.

,na linii łączącej Polskę z kraterem Kopernik

Tu, zastanawiałam się, czy tego, aby nie trzeba odmienić – Kopernika?

 

Sam zapis, co zwróciło moją uwagę i sprawiło, że zaingerowałabym w tekst, czyli zatrzymania pojedynczego czytelnika:

*Początek zdawał mi się szczególnie przegadany (dwa pierwsze fragmenty).

Skreślałam nadmiarowe słowa, bo dla mnie nie budowały charakterystycznej narracji określonej osoby w konkretnej sytuacji, lecz ją niepotrzebnie wydłużały. Mogę nie mieć racji. Nawet początkowo zaznaczałam, ale doszłam do wniosku, że to zbyt duża ingerencja w opko i potrzebna byłaby dłuższa rozmowa, w której ostatnie zdanie miałbyś Ty, ponieważ warto pracować nad swoim sposobem wyrazu, a uwagi nie zawsze są w punkt i czasami doprowadzają do swojego, naśladownictwa i „urawniłowki”.

*wątek bohatera, jego nawyki, rytuały, małe przyjemności i obstrukcje rzeczywistości, tudzież izolowanie się przedstawione, jak dla mnie, za mało plastycznie. Głównie posługujesz się powtórzeniami sytuacji i zdań, w gruncie rzeczy o tym samym. Pokombinowałabym i dodała barw, kolorów. Wbrew pozorom dziwactwo od dziwactwa bardzo się różni. Dla mnie ciekawe byłyby interakcje z ludźmi z chruszczowki, no i oczywiście praca plus kontakty z Jadwigą Dzik, wtedy łatwiej „łyknęłabym” kontakt z Lunatworem, uwierzenie mu.

*ostatnia kwestia – sprawy, nazwijmy je „merytorycznymi”. 

1/ Ziemia ma jednego dużego naturalnego satelitę – Księżyc (i tak wiem o różnych planetoidach, które się odkrywa, jednak w szkołach nie uczy się o nich, a ich wpływ nie jest – ujmijmy to tak – „porażający”). I również prawdą jest, że wiele śmiecia ludzkiego krąży wokół naszej planetki, ale ich wpływ na podstawowe parametry życia na naszej planetce nie jest miażdżący. 

,w liceum mówiło się coś o grawitacji i satelitach Ziemi

2/ Obserwatorzy kwantowi – ok, bo choć lekko naciągane, można obronić z uwagi na QBism, zwłaszcza że bardzo ciekawy punkt widzenia i możliwość wpasowania/dopasowania rozumienia teorii kwantowej przez funkcję falową, będącą osobistą obserwatora i znikają paradoksy. Pytanie, czy dwóch by wystarczyło. Potencjalnie możliwe.

3/ Efekty zniknięcia Księżyca na jedną noc.

Raczej nie byłyby spektakularne. Ponadto Jeśli mgła i smog to tarczy księżyca i tak nie byłoby widać. Pierwszym efektem byłaby ciemność, niejako ciemniejsza. O innych pisała już nie będę.

pozdrowienia od asylum :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, bez Księżyca nie byłoby pływów. A to by już bardzo ludzi zaskoczyło. Nie tylko rybaków i turystów.

Babska logika rządzi!

Tak, nie byłoby pływów, w zasadzie 2/3 pływów lekko licząc, bo 1/3 od Słońca. Jednakże, jeśli tylko na jedną noc – katastrofy ekologicznej w ekosystemach, by jeszcze nie było. Chodzi o czas. Naturalmix trzeba byłoby to jeszcze rozpracować, tj. nagłe zniknięcie, czyli usunięcie, acz podejrzewam (szacuję), że jeden dzień/noc wywołałby perturbacje, acz jeszcze niezbyt wielkie – w ludzkim pojmowaniu, choć dla natury straty byłyby do odrobienia przez spory czas (tego nie wiem).

 

Jasne, Finklo, tak we wogóle. xd  Główne konsekwencje to: pływy i zniszczenie przybrzeżnych ekosystemów plus pogody, bo oceaniczne prądy regulują jej regionalne wzorce (ekstremalizowałaby się, plus grawitacyjny wpływ Księżyca porusza też molekuły powietrza, wpływając na pogodę); nachylenie osi Ziemi i wszystkie tego konsekwencje (znowu pogoda i ekstrema, bez pór roku jak Mars, bo brak stabilizującego wpływu Księżyca); wspomniana przeze mnie ciemność – od razu i zaczyna się królestwo gryzoni nienękanych przez drapieżniki. Pewnie też wiele innych, ale pierwsza, chyba byłaby ciemność. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za komentarz, Asylum. Fajnie, że dołączyłaś do grona osób zadowolonych z fabuły i pomysłu.

Uwagi jak najbardziej celne. Tak na szybko:

– „dało się dojrzeć” – racja, poprawiam,

– „zaakceptowała wyzwanie” – za dużo tego angielskiego na co dzień ;) podczas pisania w głowie pojawiło mi się challenge accepted,

– „kraterem Kopernik” – w sumie to nie wiem, żadna opcja mi się nie podoba, ale któraś musi być poprawna ;) z jednej strony to nie jest „Krater Kopernika”, tylko krater „Kopernik”, ale z drugiej strony tutaj mamy narzędnik…

 

Co do przegadania i bohatera – cóż, pewnie masz rację. Ale raczej nie będę już znacząco przerabiał tekstu, a Twoje uwagi zapamiętam na przyszłość. Tak naprawdę w pierwszych kilku akapitach znacznie wyszedłem poza mój „literacki komfort” i spróbowałem czegoś innego. Jak widać, trochę zabrakło w tych fragmentach wyczucia, ale i tak cieszę się, że spróbowałem.

 

Motyw „co by było, gdyby zniknął Księżyc” jest co prawda nienowy, ale niezbyt często eksploatowany. Tutaj skupiłem się głównie na postrzeganiu zmiany przez szarego obywatela (mieszkańca żelbetowej budowli pochodzącej z czasów Chruszczowa) – bohater nie zna się na fizyce, gołym okiem nie widzi zmiany. A poruszenie na osiedlu wynika tak naprawdę z tego, że media trąbią o księżycu.

Sam nie jestem pewien, czy nagłe (z sekundy na sekundę) zniknięcie Księżyca nie wywołałoby niespodziewanych zjawisk na Ziemi, ale w tego typu opowiadaniu nie chciałem się wgłębiać w takie tematy.

Wpływ na pewno byłby znaczący (to o czym z Finką piszecie), ale wbrew temu co myślą niektórzy, nie widowiskowy i zabójczy.

W długim okresie chyba byłby zabójczy. Coś czytałam, że Księżyc był niezbędny do powstania życia na Ziemi. Ale już nie pamiętam szczegółów – stabilizacja prędkości obrotu? Pole magnetyczne? Inne astronomiczne sztuczki?

Bez pływów i z innymi prądami morskimi życie by sobie dało radę, ale na przykład z bombardowaniem syfiastym promieniowaniem mógłby być problem…

Ale to nie działa przez jeden dzień.

Babska logika rządzi!

Jeszcze jestem przy kompie, więc odpowiem. :-)

Z tym kraterem Kopernika, nie jestem pewna – trochę sprawdzałam, ale nie mam pewności, musiałby się wypowiedzieć ktoś mądrzejszy w te redakcyjne klocki. Ja bym odmieniła, ale, czy dobrze? Któż to wie. Z pewnością nie ja.

Moim zdaniem, zniknięcie Księżyca nie jest oklepane i naprawdę ciekawe. I tak, wyraźnie napisałeś o nieznajomości fizyki przez bohatera, więc nie raziło, dla porządku napisałam o tym, ale opisów, plastyczności brakowało – tej pojedynczej czytelniczce, którą jestem.

Nie przerabiaj tego opka, chyba że kiedyś, jeśli znajdzie się w zbiorze opowiadań. I dobrze IMHO, ze próbujesz, bo była zauważalna płynność i bohater – on, nie Ty. 

Nie znam Twojego stylu, preferencji, to chyba pierwszy tekst napisany przez Ciebie, który czytałam .

Powiem Ci, że bardzo zafrapował mnie i temat – zniknięcie księżyca oraz ten dystans – ironia w stosunku do bohatera i jego lekkość. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Finklo, ja z kolei czytałem coś m. in. o zmianie w porach roku, przyspieszeniu wiatrów i zmianie temperatury na planecie. Na stabilizację prędkości obrotu czy pole magnetyczne nie trafiłem, ale brzmi sensownie i… groźnie ;)

W każdym razie, jest tak jak piszesz – jeśli Księżyc znika na krótko, część z tych efektów nie wystąpi.

 

Asylum, co do braku plastyczności – rozumiem, o co chodzi i dobrze, że o tym wspomniałaś (podobnie jak o innych tematach). Opinie “pojedynczych czytelników” są oczywiście ważne ;)

Rozprawiali między sobą tak energicznie, jakby mieli za sobą już drugą kawę. – Tu się mały błąd wkradł.

Ogółem jednak, uważam opowiadanie za bardzo dobre. Czytało się przyjemnie, całość wpada nieco w weird. Zgrabnie kreujesz bohatera i samą nietypową historię. Brak mi nieco wyjaśnienia, skąd wzięła się tak bierna postawa postaci wobec świata, bo z napomknięć w tekście wnioskowałabym, że jednak jakaś przyczyna była.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki, Verus. Jesteś kolejną osobą, która zauważa, że opowiadanie ma w sobie coś z weird. Musi coś w tym być.

Jeśli chodzi o przyczynę postawy bohatera, nie chciałem jej zdradzać z kilku powodów (m. in. tekst mógłby wpaść w banalny schemat opowieści o człowieku, który stracił rodzinę / dom / pracę), ale oczywiście jakaś przyczyna istniała i bohater wciąż miał ją z tyłu głowy.

Miłe opowiadanie z miłym zakończeniem.

Najbardziej podobała mi się warstwa obyczajowa, relacja z Jadwigą Dzik i jej zakończenie były bardzo fajne, przemiana bohatera również. Moim zdaniem zakończenie jest najlepszym fragmentem opowiadania :)

Pozdrawiam:)

 

Dzięki za komentarz :) Fajnie, że wskazujesz konkretne elementy, które najbardziej przypadły do gustu – taki feedback zawsze coś wnosi ;)

Nadrabiam kolejkowe zaległości. ;)

Dzień dobry! :) 

I ja dołączam do grona zadowolonych czytelników. 

Ryzykownie zagrałeś, przedstawiając nam już na samym początku tę szarówę. Na szczęście trwało to na tyle krótko, że nie zdążyłam się zniechęcić i dalej już poszło. A im dalej, tym lepiej. Sam pomysł ze znikającym księżycem bardzo przypadł mi do gustu. Wprowadziłeś ciekawe na swój sposób postacie, tworząc jednocześnie nie taki wcale banalny, mimo tej szarości codziennego życia, świat. I klimat opowiadania na cacy (a ja to bardzo lubię ;)). I wcale nie mam tu na myśli tych mglistych poranków. To coś innego, nawet trudno stwierdzić, co, ale jest. :D

Jedyne, ja tak uważam, co mogło pójść jeszcze lepiej, to sam początek. Chodzi konkretnie o opis blokowisk i mieszkańców. To chyba nie jest duży błąd, ale w kilku zdaniach powtarzasz informację o zbierających się ludziach, moim zdaniem, niepotrzebnie. Ale to możesz sobie przemyśleć, zgodzić się lub nie. ;)

A, i czytało się bardzo płynnie. 

 

Podsumowując: fajna, dobra lektura. 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Dzięki, Saro :)

Co do uwagi dotyczącej pierwszych fragmentów – coś chyba w tym jest, kilka osób zwróciło już na to uwagę. Co prawda w trakcie bety odchudziłem nieco opis “normalności”, ale chyba mogłem zrobić to jeszcze bardziej. Sęk w tym, że nie wiem, czy udałoby mi się wtedy pokazać czytelnikowi stan / monotonię życia bohatera i przeskok z monotonii do niecodziennych wydarzeń.

W każdym razie – fajnie, że się podobało i dobrze, że zwracasz uwagę na “mniej przyjemne” fragmenty ;)

Ja widzę tutaj całkiem sprawne połączenie baśni z dość smutną historią, pomieszanie naiwności z melancholią. Podoba mi się porównanie monotonnego życia bohatera z nudnym życiem księżyca, to dosłowne, ale też to bardziej metaforyczne. Podczas czytania pojawiło mi się też pytanie, czy on faktycznie to wszystko przeżył czy to tylko jakieś urojenie, sposób na ucieczkę od szarej rzeczywistości. To raczej nietrafiona interpretacja, ale jednak przyszła mi do głowy.

Czytało się szybko, bo też zawarłeś tutaj, sporo akcji i jej zwrotów jak na tak krótki tekst. Cieszę się, że bohater odnalazł ukojenie i swój codzienny fragment radości :)

Dzięki za wizytę, Edwardzie. Co do Twojej interpretacji – naprawdę ciekawa i jak najbardziej ma sens, mimo że nie miałem jej w głowie podczas pisania tekstu.

Bajka sympatyczna, a przy okazji przypomniała mi, że na stosie wstydu jest “7ew” Stephensona.

Dzięki, wilku. Ze Stephensona mam w kolejce “Anathem”, myślę że niedługo przyjdzie pora na czytanie.

O, Anathem w ogóle nie kojarzę.

Swoją drogą Stephenson nieprzerwanie zadziwia mnie tym, że każda jego książka jest w zupełnie innym stylu i… wychodzi mu to.

Sorry, ze samo odniesienie do Twojego opowiadania takie krótkie. Bo i choć jak napisałem, bajka sympatyczna, to zdecydowanie nie jestem targetem. Tym niemniej pozytywne wrażenia zostawia, a to koniec końców istotne :)

Co do Anathem, to właśnie zauważyłem, że polski tytuł brzmi inaczej: Peanatema.

Krótki komentarz? Nie ma problemu, sam nie do końca jestem targetem tego typu bajek, ale warto czasem spróbować czegoś innego ;) A pisanie długiej opinii na siłę nie ma oczywiście sensu.

Fajne :) ( na lic. Anet) Zabawne. Wciągające. 

Dzięki za wizytę, nie spodziewałem się, że ktoś tu jeszcze zajrzy ;)

Nowa Fantastyka