- Opowiadanie: InComa - Verum Vagos

Verum Vagos

Domorosły samozwańczy pisarz od siedmiu boleści zaprasza na lekturę rozdziałów powieści powstającej w  morzu bólu, litrach kawy i oparach absurdu. Do dyspozycji oddaje pierwsze rozdziały powieści owej, mającej już zarys a nawet i jasno nakreśloną fabułę. Życzy miłej lektury i czeka z niecierpliwością na chłostę w komentarzach :)

Oceny

Verum Vagos

Rozdział I

Chata

 

 Było południe. Wyszedł na ulicę, a właściwie na piaszczystą wydeptaną drogę, która w przyszłości ulicą stać się miała. Rada była oszczędna w finansowaniu, szczególnie jeśli chodziło o dzielnice biedoty. Było lato. Udeptany piach, nie licząc dni wietrznych, nie był aż tak uciążliwy. Prawdziwy koszmar zaczynał się jesienią, bądź też w okresach burzowych. Zaklął w myślach na obraz wozów grzęznących w głębokim błocie i wieczne utytłanych ciżem. I tak rok za rokiem, banda darmozjadów – powiedział sam do siebie po cichu – A przejdź się do dzielnicy Rady, tam nawet z nakazu władz co 400 metrów pucybut siedzi. A pracy mają niewiele bo i ulice już wybrukowane, kurwie syny.

– Dobry dzień Mistrzu – Tęgi jegomość w filcowej czapce pokłonił mu się nisko

– Się okaże spaślaku – pomyślał – Dobry, dobry. – nie miał czasu ani chęci na dłuższe uprzejmości. – Weź się za siebie, inaczej do usranej będziesz bić ognistego ptaka po dziobie. 

Miał wiele przemyśleń o bliźnich, niekoniecznie tylko o takiej tematyce, przemyślenia o wszystkim i wszystkich wkoło. Rzecz jasna nie obnosił się z nimi. Ba, skrzętnie je ukrywał. Prostaczki nie lubią słuchać prawdy, lepiej mówić to, co chcą usłyszeć. Do takiego odkrywczego wniosku sam też doszedł, a że wystający gwóźdź dostaje po głowie to sam kilka razy na własnej skórze miał nieprzyjemność sprawdzić. Samo powiedzenie zasłyszał kiedyś u kowala, który chwile po tym jak wygłosił je do swego pomocnika, małoletniej sieroty przygarniętej z ulicy, strzelił go lejcami przez głowę za uczciwa próbę ostrzeżenia klienta, że zakupiony szpadel może nie być wystarczająco trwały i trzeba będzie wrócić za kilka miesięcy po dodatkowy egzemplarz, taki “właściwie hartowany”. Sam mistrz kowalskiego fachu oczywiście wiedział o skazie, był jednak nie tylko kowalem, ale i idącym z duchem czasu biznesmenem. 

Trudno jednak jest nie rzucać się w oczy, gdy wszyscy w koło, a właściwie znacząca większość, tytułują cię mianem Mistrza Magii. Nasz Mistrz za owego się nie uważał, a już na pewno nie magii. Znał co prawda kilka przydatnych zaklęć, ale większość jego umiejętności i zdolności była czysto psioniczna i telepatyczna. Nie chciało mu się jednak za każdym razem tłumaczyć różnicy chamom i wieśniakom, nawet tym wyżej urodzonym, bo i efekt był żaden, a różnica tylko w nomenklaturze. Nauczył się i owszem sporej ilości czarów, ale używał nielicznych, tych nawet nieefektywnych, a efektownych: iskry z palców, jakieś kolorowe światła, może jakaś ognista kula, jeśli bardzo się skoncentrował. Samo zapewnienie rozwiązania problemu nigdy nie wystarczało, dopiero jak klient opalił sobie brwi o magicznie wyczarowany płomień, wtedy padał na klęczki i gotowy był zapłacić, pod niebiosa chwaląc zdolności wynajętego maga.

– Mistrzu Drogomirze! – z zamyślenia wyrwało go wołanie – Witajcie! 

Zatrzymał go, wyłaniając się jak zwykle znikąd, młody, może dziewiętnastoletni chłopak, drobnej postury z czarnymi prostymi włosami sięgającymi ramion. Z wyglądu podobny zupełnie do nikogo, o aparycji totalnie nie zapadającej w pamięć.

W Stolicy, z miejsca wzięliby go do gildii szpiegów lub złodziei, nawet aplikować by nie musiał. Zawsze bawiła Mistrza ta myśl tym bardziej, że wiedział doskonale iż na żadne z powyżej wymienionych stanowisk zupełnie by się nie nadawał.

– Gdzież to nogi niosą? – zrównał się z krokiem Maga, lekko zdyszany.

– Witaj Witku, niosą w niebezpieczeństwa objęcia, bez ochyby – odpowiedział beznamiętnie.

Poznał go nie tak dawno temu, może miesiąc, może nawet nie. Wstawił się za nim u Straży, która w oczywisty sposób, kosztem Witka, umilała sobie nudny poranek przesłuchując nowoprzybyłego do miasta. Nasz Mag stał chwilę z boku przysłuchując się tej spowiedzi, także nie mogąc sobie odmówić tego przedstawienia, a tym bardziej wyrazu twarzy przestraszonego Witka, próbującego wyjaśnić cel swego przybycia i odpowiedzieć na celowo idiotyczne pytania Strażników: – dlaczego nosi zakazane lniane spodnie? – w jakich bogów wierzy? – czy woli mężczyzn czy kobiety, bo “Wiadomym jest że za pierwszy raz należy uiścić podatek, tak zwane “kiłowe” w nowym Mieście, musi to także odbyć się za zgoda członka….(z tego żartu najbardziej zadowoleni byli strażnicy)… jednego z nich, ze stowarzyszenia Straży Miasta”. Przy czym powoływali się na różne wymyślone naprędce ustawy i przepisy, jedne coraz to bardziej kretyńskie od drugich. Nowi w Mieście nie byli traktowani ani z szacunkiem, ani przywilejami, choćby w swoich stronach byli co najmniej baronami. Tutaj, w Mieście, na szacunek należało zapracować. Dla Drogomira była to jedna z nielicznych pozytywnych stron tego miejsca.

Po “cudownym wybawieniu” Witek nie dawał mu spokoju, zagadywał, dziękował za pomoc i zapewniał że odwdzięczy się za każdym niemal razem gdy rozmawiali.

– Jakieś wieści od Marysi? – Spytał grzecznie, chociaż wcale nie miał na to ochoty.

Znał na pamięć historię tych dwojga niedoszłych kochanków, mimo to, z niewiadomych nawet dla siebie powodów zawsze pytał o postępy w sprawie.

– Nie – zasmucił się młody – Mistrz zna tutejszą pocztę, raz na tydzień dostarczają z najbliższego miasta oddalonego o 30 staji, a co dopiero z dalszych części królestwa…. sraty taty! – dodał elokwentnie Witek – Przecież traktem, robiąc przy tym długie postoje to maksymalnie 2 dni jazdy!

Tak, Mistrz znał tutejszą pocztę aż za bardzo, niedawno mijał jej przedstawiciela tłustego ognistego ptaka. Pewnego razu podpiął się pod jego umysł z czystej nudy i ciekawości jakież to intratne biznesy musi prowadzić taki jegomość, że miał denary na takie spasienie cielska. Biznes był prosty, a i tajemnica długo dostarczanych listów rozwiązana. Większość wiadomości pieczołowicie sprawdzał i otwierał nad parą, czasem wpadła jakaś ciekawa wiadomość od handlarza do handlarza, czasem jakaś mała kwota, a czasem nawet i przesłany weksel in blanco. Już wcześniej Mistrz nie darzył go szczególną sympatią, a po podpięciu się, wręcz nim pogardzał. Oczywiście pogardę zachował dla siebie, bo dalej potrzebował poczty, ale za każdym razem sprawdzał Grubasa czy nie grzebał w jego korespondencjach. O dziwo nigdy jego poczty nie otwierał, zapewne wiedział co go czeka, gdyby spróbował.

– Na pewno białogłowa ma się dobrze, jej cnota również.

Nie odpowiedział, sposępniał jeszcze bardziej spuszczając wzrok

Toć ona już Tobie obiecana – postanowił nie dołować Młodego jeszcze bardziej – Teściowie wyrazili zgodę, tylko czekać aż zjedzie do miasta. Pewnie jakieś sprawy rodzinne ją zatrzymały, a jeśli nawet pojawi się jakaś konkurencja, to spokojnie sobie poradzisz. Na koń wskoczysz dla swojej oblubienicy i poszarżujesz na smoka.

Ostatnie zdanie wygłosił ze znaną sobie pompatyczno – szyderczą manierą, ale Witek, dalej widocznie nie rozpoznając tego tonu, odpowiedział.

– A juści! Niech ino który spróbuje! – wypiął dumnie cherlawą pierś 

Drogomir zaśmiał się w duchu na myśl o Witku w pełnej zbroi, który pędzi na ogromnego jaszczura z opuszczoną przyłbicą, z okrzykiem bojowym na ustach “Nie oddam cnoty Marysi! Prędzej trupem padnę!”.

Smok patrzy beznamiętnie, odwraca się zwinnie i ruchem przypominającym strzelenie z bata, zmiata niedoszłego rycerza z siodła, jakby odganiał się od natrętnej muchy.

Otrząsnął się natychmiast. W samą porę. Już odpływał, a kątem oka dostrzegł zarys konia, który chwilę potem rozmył się i zniknął niczym dym. Takie manifestacje myśli u Mistrza były dość częste. Zbyt pobudzony lub też zbyt zmęczony umysł rekompensował sobie nadwyżkę, jak i nadmierną utratę energii, majakami i iluzjami.

– Dziękuję Mistrzu, za dobre słowo. O długu także pamiętam i spłacę na pewno.

– Się zaczyna – pomyślał – wiedziałem że na zakończenie wspomni o tym.

Przecież już tłumaczyłem, że nic Ci nie groziło, strażnicy tylko dworowali sobie z Ciebie – wyjaśnił po raz już nie wiadomo który Mistrz.

– Pamiętam, co nie zmienia faktu, że tylko Mistrz wstawił się za mną, nawet jeśli zagrożenia nie było, nie zapomnę – odpowiedział nie wiadomo który to już raz Młody

– Bywajcie Mistrzu – skinął głową i poszedł w stronę drukarni, w której kończył praktyki czeladnicze.

Drogomir popatrzył w ślad za Młodym – Zrobiła cię w konia, znalazła bogatszego, to mój werdykt – Pomyślał, z dezaprobatą kręcąc głową, nie życzył mu źle, ale jego naiwność wróżyła mu nie za dobrze, fatalnie wręcz.

Przeszedł już prawie całą drogę, która prowadziła do podmurza i bramy. Rzecz jasna mur nie otaczał całego miasta, a jedynie dzielnice bogaczy i część honorową, gdzie biegł główny trakt handlowy, a wozy handlarzy, tych mniejszych i większych, jechały z i do miasta niemalże bez ustanku. Nie był to też wyjątkowo wysoki mur, jedyne 4 metry w górę, co dawało wręcz komiczny efekt przy strzelistych budowlach w samym Mieście, z wystającymi grubo ponad blanki wieżyczkami. Najwyższe budowle, jak to w zwyczaju miały wszystkie osiedla, były o charakterze religijnym. Dwa największe, ołtarze Peruna i Dażboga oraz trzeci znacznie mniejszy, Welesa. Mistrz zawsze głowił się, który z nich jest tym najważniejszym. Przy czym wiedział na pewno, że to nie był Weles – bóg demon, sprawujący pieczę nad niegodnymi w Podświecie, a także nad Wasbragiem – mostem łączącym nasz świat Ziemski z Podświatem, gdzie zmarli czekali na otwarcie bram i wspólny osąd przed tą Trójcą. Oczywiście walka między pospólstwem, a także kapłanami toczyła się pomiędzy kultem Peruna i Dażboga, które były najbardziej rozpowszechnione. Wyznawcy Welesa byli w tej kwestii mniej zacięci, wręcz nieco wycofani, głównie zapewne dlatego, że i szans na bycie najważniejszym ten kult nie miał. Zaświatami ludzie zwykli przejmować się bliżej końca drogi, na samym trakcie zaś bili pokłony tym, którzy mieli największy wpływ na ich ziemskie życie. Bóg gromu Perun oraz bóg słońca Dażbóg byli ku temu doskonali. Oczywiście mniejsze kaplice miały i inne bóstwa, ale już na pewno nie tak okazałe.

Resztę miasta otaczała, choć nie ze wszystkich stron, palisada. Nierówna pod względem wysokości i gęstości, sprawiała zaiste żałosne wrażenie, szczególnie w dzielnicach mniej zamożnych.

Po namyśle skierował się na inną bramę, palisadową właśnie. Kosztowało to nadrobienie drogi, ale przynajmniej nie musiał wchodzić w dysputę z tamtejszymi gwardzistami, “skąd, dokąd, po co, dlaczego?”, bo i jego wygłaszane odpowiedzi “stamtąd, przed siebie, za potrzebą i bo tego” już dawno przestały bawić gwardzistów i za każdym razem byli coraz to bardziej upierdliwi i natrętni. Wiedzieli, że mogą sobie pozwolić, podlegali Radzie, nie straży miejskiej. Straż miejska “pilnowała” nic nie znaczących bram, takich właśnie jak ta, do której zmierzał. Tam nikt nigdy o nic nie pytał, bo i każdy ze straży głęboko w sercu pielęgnował powiedzenie “miej wyjebane, będzie ci dane“. Na takie nastawienie miał też wpływ fakt, iż bramy palisadowe prowadziły jedynie do biedniejszych dzielnic: miejskiej, czeladniczej i tej, w której sam Mistrz mieszkał – biedoty. Tu, mimo zapewnień Rady, nie przejmowano się losem zwykłych ludzi, więc i straży było mniej, a jej reakcje na przestępczość czy kradzieże nieco inne niż w pozostałych dzielnicach. Można było śmiało stwierdzić, iż skuteczność władz, ilość wykrywanych przestępstw i bezpieczeństwo rosły wprost proporcjonalnie do zamożności mieszkańców.

Przystanął na chwile sprawdzając swoje kieszenie. Pamiętał, że zabrał ogłoszenie ze sobą. Było tam imię, nie cierpiał pytać o nie podczas samej negocjacji, zawsze starał się wiedzieć z wyprzedzeniem jak zwracać się do zleceniodawcy. Obszukawszy wszystkie kieszenie i skrytki w ubiorze, zaklął szpetnie. Jednak pamięć go zawiodła, najwyraźniej zostawił kontrakt w domu lub też może i wisi dalej przytwierdzony gwoździem do tablicy przy jego chałupinie. Taką tablicę postawił już jakiś czas temu. Listy urzędowe i z innych miast docierały do niego tradycyjnie – pocztą, lecz wszelkie inne korespondencje, w tym zlecenia, nakazał przybijać do owej tablicy. Czas wycieczek pod tablice na głównym rynku czy w porcie miał już za sobą. Jego sława sama przyciągała zlecenia, nie musiał już starać się o nie. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie dawnych czasów.

Z takim uśmiechem przywitał dwóch strażników, którzy siedząc na zydlach, rzucali karty na drewnianą skrzynię, robiącą za tymczasowy stolik. Grali we flussa, grę karcianą, której reguły i zasady nie były mu do końca jasne, bo i sama nauka czy gra stanowiła dla Drogomira marnotrawstwo czasu i energii.

– Osz ty pokrzywniku sobaczy! – zagrzmiało – gdzie mi tu się pchasz z tym tuzem?! W rękawie schowany? Przyznaj ścierwo!

– A bir świże gówno w zęby niemoto! Moja wina żeś gracz jak z psiego chwosta proca?!

– I świnia burmistrza ograła, kiedy dobre karty miała!

Gra w karty pomiędzy tymi dwoma, jak już zdążył zauważyć Mistrz, niosła ze sobą zawsze wiele emocji, popartych słowami, a niekiedy i czynami.

– Witaj Nadbór, witaj Nastromir! – przebił się przez krzyki – znowu na warcie w karty? Oj co by na to Komendant powiedział?

Na chwile uciszyli i zmitygowali się, ale nie trwało to długo. Oczy im pojaśniały, a szczere uśmiechy zawitały na twarzach na widok Mistrza. Przynosił co jakiś czas tym dwóm butelkę siwuchy, co by przymykali oko na jego nocne wypady za miasto. Tak więc zawsze witany był szczerze i przyjaźnie, o ile przyjaźń i szczerość była opłacana co jakiś czas dobrym napitkiem.

– Witojcież nasz dobrodzieju – ten nazwany Nadborem szeroko rozpostarł ręce w geście uniżonej alkoholowej przyjaźni – Siadajcież, zaraz jakiś stołek jeszcze znajdziem, przyda się trzeci do gry bo Nastromirowi to ino świnie pasać nie w karty grać!

– Patrzaj go! Samś urodzony w chlewie, karciarz od siedmiu boleści! – wtrącił się sam obgadywany

– Pokój, pokój – załagodził spór – dziękuję, ale ja za bramę nie w odwiedziny, druhowie.

Strażnicy jak na zawołanie pokraśnieli na takie wywyższenie ponad stan. Druh szanowanego Maga to nie w kij pierdział, poważne zaszczytne miano.

– A ma może dobrodziej coś na rozgrzanie? – powiedział uniżonym głosem Nadbór – przydałoby się, bo i uświerknąć można od tego ciągłego strażowania w jednym miejscu.

– Nadbór…. toć środek lipca mamy.

– Ano być może, wy uczeni ja się nie rozeznaję, ale kiedy w nocy na warcie zimno w kuśkę, to już żadnego fakultu nie potrzebuje żeby się rozeznać.

– Zimno bo i nie używosz! – zaśmiał się gromko Nastromir

– Używam – odpowiedział spokojnie – spytaj swojej ślubnej jaka zadowolona.

– Oż ty kurwi synu!

Drogomir westchnął głośno i wzruszył ramionami na widok tych dwóch, biorących się za łby, okładających kułakami i tarzających po ziemi.

Zostawiając za sobą tą godną pożałowania scenę, wyszedł za bramę. Z bramą jednak miało to tyle wspólnego, co mniszka z murwą. Ot zwyczajny otwór w palisadzie. Skierował swe kroki od razu na północ, w kierunku traktu i głównej bramy handlowej, a następnie mijając nieliczne o tej porze dnia i tygodnia wozy kupieckie i chłopskie, prosto w stronę lasu na północny wschód. 

Miejsce spotkania, o którym była wzmianka w kontrakcie, znajdowało się właśnie tam. Polana w środku lasu i chata na jej obrzeżu. Chęć bycia anonimowym do samego niemalże końca i spokoju podczas rozmowy w cztery oczy były znane Magowi. Pierwszy raz natomiast miał spotkać się z osobą, która odważyła się wyznaczyć na miejsce spotkania starą chatę Zielarki Miry. O miejscu tym krążyły opowieści, głównie starsi opowiadali je dziatkom strasząc ich okrutną wiedźmą, żywiącą się ludzkim mięsem. Krążyła też opowieść bardziej trafna, a mianowicie o chorej na umyśle kapłance bogini Kostromy. Umierająca i zmartwychwstająca bogini, personifikacja wiosny i płodności, miała niejako obdarować Mirę darem jasnowidzenia i odczuwania wszelkiego żywego. Kapłanka przekonywała ludzi, że muszą zacząć żyć zgodnie z naturą, zaprzestać połowów i hodowli bydła, zanieczyszczania ściekami miejskimi rzeki czy wycinki drzew. Zrobiło się o niej tak głośno że miała nawet dostać posłuchanie u najwyższego Kriwe, kapłana Welasa. Kult Kostromy nie miał sztywno wyodrębnionej hierarchii kapłańskiej, stąd ciężko było ustalić z kim winna spotkać się Mira. Padło więc na najwyżej postawionego kapłana, który w danej chwili gościł w mieście. Czyjemu bóstwu służył nie miało znaczenia, o ile miał posłuchanie u ludzi, a takowe posiadał. Do spotkania nie doszło jednak nigdy. Uwięziona, a następnie wygnana z Miasta, dostała zakaz powrotu pod groźbą śmierci za szerzenie herezji. Nikt tego nie mówił głośno, ale domyślano się, że za wygnaniem Miry stali kapłani Peruna bądź też Dażboga. Znając realia zapewne i jedni, i drudzy. Według wierzeń obydwu, ludzie byli wybrańcami bogów, mieli sprawować pieczę nad światem i korzystać z tego, co bogowie dali im do użytku. Siłą rzeczy jasnowidzka szerząca poglądy o ludziach żerujących na zdrowym ciele matki ziemi niczym wszy, kłóciły się w znaczny sposób z wizją świata, ludzi i bogów przedstawianych w świętych księgach.

Podobno miała owa kapłanka przekląć całe Miasto i zaszyć się pośrodku lasu, gdzie wzniosła chatę. Widywano ją jeszcze przez parę miesięcy, zbierającą zioła, jeżyny i chrust w lesie. Nikt nie odważył się jej pomóc, Rada surowo tego zakazała, a po samej kapłance wraz z nastaniem zimy słuch zaginął. Było to cztery wiosny temu, gdy Mistrz nie myślał nawet jeszcze o przeprowadzce do Miasta.

Początkowo szedł przez las bez większych przeszkód, mijał dostojne buki, dęby, strzeliste sosny i świerki. Spokój i chłód lasu zawsze działały na niego kojąco po zgiełku miasta. Zaczął nawet rozmyślać, że gdyby w przyszłości sam został wygnany z miasta to spędzenie reszty dni w lesie byłoby raczej nagrodą, nie karą. Chociaż nie, byłby to raczej jeden z kilku sposobów w jakie chciałby dokonać żywota. Inne sposoby obejmowały śmierć w sile wieku – we śnie lub też u boku dwóch cycatych druidek. Zaśmiał się głośno, gdy na chwile ujrzał dwie pary lewitujących cycków na wysokości wzroku. Atrybuty kobiecości natychmiast się rozwiały, ale Drogomir dalej śmiał się na myśl, że gdyby jeden z miastowych Golibród miał takie moce jak on, to z nieba padało by kutasami niczym gradem w czerwcu.

– Niech to szlag – zamamrotał zaczepiając peleryną o coraz to gęstsze jeżyny pojawiające się na jego drodze.

Zaczął pomału przeklinać osobę, dzięki której miał już zajęcie na wieczór z cerowaniem szaty, a im bardziej przeklinał i myślał o zleceniu, tym coraz bardziej uświadamiał sobie, że ze zlecenia pamięta tylko miejsce spotkanie, nic więcej. Nawet to, czy miał w ręku samo pismo przestało być dla niego klarowne. A i konkretny powód, dla którego pchał się w ten las przestał być jasny. Zleceń miał przecież aż nadto.

Odnalazł w końcu ścieżkę prowadzącą wprost na polanę, przebijającą się światłem południowego słońca przez pnie drzew. Zaklął jeszcze szpetniej tym razem na swoja głupotę.

– Wystarczyło przejść wzdłuż jeżyn dalej ze sto metrów i nie musiałbyś myśleć gdzie odłożyłeś igłę do cerowania. Ale nie, wrodzone lenistwo kazało ci pchać się przez ten gąszcz… zaiste piękna robota, niemoto.

Wyszedł w końcu na polanę, której wysokie trawy sięgające do kolan, po trudach przedzierania się przez kolczaste zarośla, przywitał prawie z ulgą. Prawie, bo zaraz przypomniał sobie zlecenie od chłopa, który próbował go wynająć do unicestwienia kleszczy na swojej łące. Oglądał owce, których łby były pokryte tymi pajęczakami niczym wielkimi jagodami. Robił to tylko dla świętego spokoju, bo tłumaczenie gospodarzowi że on od tego typu problemów nie jest i nic nie wskóra nie skutkowało, musiał “chociaż obejrzeć”. I obejrzał, a obrzydzenie razem z niechęcią do wędrówek po wysokich trawach zostało.

– Najpierw gorąca kąpiel w bali potem cerowanie. Zajęć mam już na całe popołudnie, cudownie – mówił do siebie coraz bardziej zirytowany.

Im bardziej się zbliżał do chaty, której dach pokryty mchem, a nawet niewielkimi krzakami był już dobrze widoczny, tym coraz bardziej był rozdrażniony i niespokojny. Sam nie był pewny czy powodem był on sam wmawiający sobie bezcelowość tej wyprawy, czy jednak coś wpływało na jego zachowanie.

Zatrzymał się, uspokoił, wziął głęboki oddech, oczyścił umysł. Był tylko on sam… i coś jeszcze, jakaś obca myśl.

– Tu cię mam – pomyślał Drogomir wydobywając jednocześnie zza lnianego pasa, którym zwykł obwiązywać szatę, podłużny pakunek owinięty w skórę cielęcą.

Na pierwszy rzut oka zwykła gałązka brzozowa, nie dłuższa jak dwanaście centymetrów. Z jednej strony dalej posiadająca białą, papierową korę, z drugiej – całkowicie zwęglona, zaostrzona w szpic. Odnalazł odpowiedni kamień pomiędzy trawami, ukląkł i zwęgloną częścią brzozowej różdżki nakreślił runę Algiza, w kształcie odcisku kurzej łapki. Dotknął ziemi, wypowiadając krótkie słowa. Natychmiast poczuł fale energii skanującej, trawy w nieznaczny sposób zakołysały się idąc okręgiem od miejsca uwolnienia eteru.

Żadnego niebezpieczeństwa nie wyczuł. Ktoś sobie z nim w oczywisty sposób pogrywał, ale najwidoczniej nie ma złych zamiarów, przynajmniej na razie.

Ciekawość wygrała ze zdrowym rozsądkiem, nieczęsto miał okazję spotkać drugiego psionika. Bo tylko psionik i to całkiem zdolny posiadał umiejętności wpływania na umysł i emocje drugiej osoby.

Doszedł do chaty, która ku jego zdziwieniu nie była zbudowana, a jakoby wyrosła z roślinności. Ściany różnej grubości krzewów i pnączy w fantazyjny sposób tworzyły strukturę nośną, na której osadzony był dwuspadzisty dach, również utkany w ten sam sposób, pokryty mchem, mniejszą roślinnością, a nawet niebieskimi i białymi kwiatami rumianku oraz chabru.

W koło chaty także było pełno roślinności, która mimo losowego umiejscowienia, sprawiała wrażenie spełniającej określony cel, ścieżka do chaty choć niewydeptana, była wyraźnie widoczna, a trawa na niej nie wyższa jak do połowy kostek.

Stanął przed drzwiami splecionymi misternie z wierzbowych gałęzi. Zawahał się, nie widząc nigdzie nawet śladu po oknach. W końcu pchnął silnie drzwi, cofnął się o krok próbując wyłapać wzrokiem cokolwiek z ciemności zalegającej w środku.

– Wejdź proszę – głos w głowie, kobiecy, niezwykle uprzejmy i kojący – Wejdź, nie lza w progu jak zbój jaki stać.

Usłuchał, przestąpił próg, obejrzał na drzwi, które bezszelestnie zamknęły się za nim. Minęło parę chwil nim przyzwyczaił się do panującego półmroku na tyle, by móc widzieć cokolwiek. 

Dostrzegł meble, które choć przypominały z wyglądu typowe ciosane, sklejane i zbijane z drewna konstrukcje, nie nosiły śladów po pile czy gwoździach. Również w środku, to żywe rośliny tworzyły wszelkie struktury naginając i wijąc się w sposób imitujący ludzką architekturę oraz ciesielkę.

– Imponujące – przyznał Drogomir. Postać siedzącą w kącie, na fantazyjnie uformowanym krzaku jałowca dostrzegł już parę chwil wcześniej, ale z premedytacją udawał, iż oddaje się wyłącznie podziwianiu wnętrza chaty. 

– Neofita architektury? No proszę, nie posądzałam Wielkiego Mistrza nad Mistrzami o wrażliwość na piękno natury – Nie widział twarzy rozmówczyni, ale po szyderczym tonie mógł iść o każdy zakład, że towarzyszył mu równie szyderczy uśmiech.

– Bardziej mnie wzrusza niepraktyczność mebla na którym siedzicie o Pani, rzyć iście zahartowaną człek korzystający zeń mieć musi.

– Eh, od rozmowy o sztuce dość szybko przerzuciłeś się na inny, bardziej infantylny temat. Widać, w którym czujesz się mocniejszy – zadrwiła po raz wtóry.

– Zaiste infantylny ze mnie człowieczek, ale wystarczająco ciekawy, aby ściągać go z Miasta w środek lasu zdolnościami psionicznymi. Powiedz, chęć infantylnej rozmowy skłoniła cię do wysiłku? A tamowanie krwotoku z nosa jako następstwo uważałaś za swoisty aperitif przed spotkaniem?

– Przyznaje lekko nie było, Mistrzu. Pomimo, iż szczególnie dużej wagi nie poświęciłeś na zablokowanie umysłu, nierozsądnie. Ale to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że będziesz odpowiedni.

– Dziękuję za lekcję, nie omieszkam wprowadzić środków ostrożności przed powtórnym pogwałceniem mej prywatności. Zanim jednak zaczniemy targować się co do mojej przydatności i w ogóle mojego udziału w czymkolwiek, chciałbym ujrzeć twarz rozmówczyni.

– Ach upraszam wybaczenia, mężczyźni są przecież wzrokowcami, muszą dobrze się rozeznać nim wejdą w jakikolwiek interes?

Nie odpowiedział, czekał. Kolejne westchnienie i gest dłonią, niewielki snop światła padł na jej twarz z powstałej szczeliny w ścianie. Trwało to parę sekund po czym szczelina zamknęła się, zostawiając go z głęboko wyrytym obrazem dużych, nienaturalnie jaskrawych niebieskich oczu, bladych ust i jasnych, przypominających żyto w sierpniu włosów.

– Zadowolony?

– Poniekąd, jeszcze tylko imię oraz cel w jakim mnie sprowadziłaś – odpowiedział chłodno – Nie miał 14 lat i nieraz widywał kobiety, wykorzystujące urodę dla swych celów. Nabrać się nie miał zamiaru, a rozmowa zaczęła go widocznie nużyć, nie cierpiał, gdy ktoś trzymał go w niepewności.

– Przecież je znasz.

– Mira – odrzekł

Nie odpowiedziała, ale nie potrzebował potwierdzenia, był tego pewien.

– Możesz przejść do rzeczy, bo raczej nie sprowadziłaś mnie tu żeby sobie popatrzeć na infantylnego neofitę.

– Jak zwykle niecierpliwy, lubiący działać szybko, ważne żeby działać, nie siedzieć bez celu czy wdawać się w niepotrzebną rozmowę.

– Tak, tak Ślubna a dziatki już po obiedzie? Skarpety zacerowane? – rozmowa z początku go bawiła, coraz bardziej jednak irytował go dalej nieznany cel, z którego powodu znalazł się w tej chacie w środku lasu. Nie odpowiedziała. 

– Dobrze więc, gdy już będzie panienka wiedziała czego ode mnie chce to zapraszam do siebie. Proszę docenić i czuć się zaszczyconą, nie często zapraszam interesantów. A teraz pójdę już.

– Gdzie się spieszysz? Cycata żona piekarza czeka? – przerwała milczenie kapłanka głosem wcale nie pozbawionym drwiny. – Nie musisz się spieszyć, spotkanie już przegapiłeś.

Poczuł nagły ucisk w skroniach, zawrót głowy. Odruchowo wyciągnął lewą rękę w poszukiwaniu oparcia, prawą ścisnął skroń próbując załatać dziurę w blokadzie umysłu, którą jeszcze parę chwil temu zdążył postawić.

Mira powoli, jak gdyby napawając się widokiem, wstała z jałowca i podeszła do Mistrza, który nie mogąc się ruszyć, starał się walczyć z zaklęciem paraliżującym.

Nie opieraj się, to na nic. W swoim zadufaniu i pewności o potędze nawet nie przypuszczałeś, że może cię podejść zwyczajna dziewucha z lasu, wyrzucona, zapomniana przez Radę i mieszkańców Miasta. Ha! – wesoło zakrzyknęła – Gdybyś mógł teraz widzieć wyraz swojej twarzy.

Podeszła bliżej, musnęła dłonią jego policzek. Poczuł werbenę i rumianek, zapach uspokajał i koił.

– Nie obawiaj się, mój potężny neoficki Magu, to dopiero początek drogi, nie jej koniec. Przydasz nam się mimo wszystko, trzeba tylko pierwej Cię ukształtować. Teraz jesteś niczym glina spękana w słońcu. Jam jest wodą życia, która ukształtuje cię na nowo, nie pozwoli stwardnieć i popękać.

– Pięknie kurwa, zostanę impotentem – pomyślał Drogomir, który wyłapał jedynie przedostatnie słowa.

Kapłanka wybuchnęła śmiechem, ale Mistrz już tego nie słyszał, grunt usunął się mu spod nóg, a nagły promieniujący ból w potylicy i klatce piersiowej odebrał oddech.

– Upadłem – pomyślał – I była to jego ostatnia trzeźwa myśl.

– Wrócisz, gdy przyjdzie pora, gdy dziecko nauczy starucha, a rozbita całość pogodzi się z losem.

Pogrążył się w mroku, a jakaś niewidzialna siła postawiła go na nogi. Z ciemności wyłoniło się światło, rosnąc powoli, zalało bielą umysł, wzrok i wszelkie pozostałe zmysły. Do tej pory nawet nie rozważał możliwość odczuwania kolorów i światła całym sobą. Biel zaczęła wygasać, zaczął dostrzegać kształty, pomieszczenie, starą kuchnię z kafli, fajerki na których stał osmolony garnek, starą drewnianą ławę i kilka krzeseł. Wszystko, niczym z wosku, falując, roztapiało i stapiało się na nowo. Pośrodku izby, dwie ledwo widoczne, zastygłe postacie. Czarne plamy zamiast twarzy, jakby ktoś cały czas rysował i zamazywał je węglem. Trzecia postać, znacznie mniejsza, także niewyraźna, dziecko. Chce coś powiedzieć, krzyknąć, lecz nie może. Ściska coś w małych rączkach.

Cisza nagle pęka niczym rozdarta tkanina, okropny krzyk przechodzi w nieludzkie wycie.

Zakrywa uszy, w bezsensownym odruchu zaciska powieki. Wszystko mija. Cisza. Pustka. Nic.

 

Obudził go chłód. Leżał w chacie, na dywanie z trawy, koszula, spodnie a nawet 

peleryna całkowicie przesiąkły od wilgotnego podłoża. Mira, chata, las, przypomniał sobie. 

Do chaty, z otworów w żywym roślinnym dachu, których Drogomir mógłby przysiąc nie było wcześniej, wpadały rozproszone cieniutkie promienie księżycowego światła. Uniósł się ostrożnie na łokciu, a następnie wstał obmacując wyziębione kończyny i stawy. Potylica dalej promieniowała tępym bólem.

– Już noc, niech to szlag. Ile mogłem tak leżeć nieprzytomny – powiedział na głos.

Odpowiedział mu pomruk zza pleców. Coś poruszyło się w kącie. Obrócił się powoli. 

W samym kącie chaty, przeciwlegle do drzwi wejściowych siedział na tylnych łapach, w przekomicznej pozie, ogromny niedźwiedź. Siedząc przewyższał go o głowę. Drogomir nawet nie myślał czekać, by zobaczyć jak wielki będzie, gdy wstanie. Wielkie spasione cielsko, futro wyjątkowo długie i brunatne jak na ten gatunek, pazury długości ludzkich palców oraz naderwane lewe ucho i blizna biegnąca wzdłuż pyska, ukośnie po sam jego czubek.

– Niedźwiedź, chędożony niedźwiedź – pomyślał rozważając jednocześnie czy 

najrozsądniej będzie uciekać od razu, czy też paść na glebę i udawać trupa. Czytał parę lat temu księgę “Ssaki leśne”, lecz nie sądził by poradnik spisany przez sędziwego alfonsa na łożu śmierci był przydatny w tej sytuacji. Gdzieś zasłyszał, że należy położyć się i spaskudzić gacie, a zapach odstraszy niedźwiedzia. Tak drastycznych kroków dumny Mag nie zamierzał jednak podejmować. Mimo nieciekawej sytuacji rozbawiła go jednak wizja konieczności sfajdania się pod siebie. Niedźwiedzia ta wizja także wyraźnie rozbawiła. Otworzył pysk, zaślinione kąciki warg uniosły się nieznacznie w górę w imitacji uśmiechu, a oczy rozszerzyły. Nie poruszył się jednak, dalej siedział w tej samej pozie, co w połączeniu ze wzrokiem utkwionym w potencjalną kolację, dawało iście przerażający widok.

Mistrz powoli obejrzał się na drzwi, które były delikatnie uchylone.

– Tylko dwa metry – pomyślał, starając się nie robić gwałtownych ruchów.

Spojrzał następnie na niedźwiedzia, który przechylając powoli łeb w lewo z bezustannie wbitym w Mistrza wzrokiem odpowiedział, jakoby natychmiast bezgłośnym – nie zdążysz.

Zmienił natychmiast taktykę. Dalej obserwując bacznie niedźwiedzia, ostrożnie postawił nogę w tył. Ten jak gdyby w lustrzanym odbiciu postawił przednią łapę w przód. Drogomir zacisnął zęby, ale nie zrezygnował, jeszcze ostrożniej dołączył drugą nogę. Zwierzę zawtórowało tym samym.

– Taki z ciebie tancerz, włochaty bydlaku? Zobaczmy więc jak pląsasz – dokończył myśl i rzucił się w stronę drzwi. Przebiegł przez próg i jak kto głupi zamknął je za sobą.

Usłyszał za sobą ryk, taki, że z okolicznych drzew posypały się żołędzie. Nawet się nie zatrzymał ani obejrzał, gdy drzwi chaty, a chwilę potem i sama chata rozleciała się na kawałki, od impetu przebijającego się przezeń potężnego cielska. Niedźwiedź zatrzymał się gwałtownie, rozorując ziemię i trawę pod łapami. Rozejrzał się, zrzucając z siebie resztki gałęzi i liści, po czym stanął na tylnych łapach, aby móc podziwiać go w całej jego okazałości. Ryknął po raz wtóry, tym razem z drzew posypały się nie tylko żołędzie, ale i liście. Drogomir mógłby przysiąc, że kątem oka dostrzegł spadająca wiewiórkę, ale na niedźwiedzia ani myślał się oglądać. Był zbyt zajęty ucieczką oraz potykaniem się o własne nogi. Kudłaty bydlak wyraźnie poczuł się urażony tym faktem, jak gdyby miał za złe, że goniona przyszła ofiara nie zatrzymała się i nie patrzyła z podziwem na tak dorodnego drapieżnika. Opadł na przednie łapy, fuknął przez nozdrza z wyraźną dezaprobatą, obrócił się w lewo i pobiegł w las. Mistrz biegł dalej, chociaż zwolnił nieco tempo. Kondycja nie pozwalała mu na długotrwały sprint, jednak nie miał zamiaru zatrzymywać się dopóty, dopóki nie ujrzy świateł Miasta. Minął wykrot, a chwilę potem wiatrołom.

– Dobra moja – pomyślał, pamiętając elementy lasu – trakt do Miasta już blisko, jeszcze

tylko skręcić za tym modrzewiem i dalej…

Zatrzymał się nagle, bynajmniej nie z własnej woli. Jak spod ziemi, zza drzewa wyrosła ogromna sylwetka, w którą wbił się z impetem, a następnie odbił, upadając na ziemię. Oszołomiony spojrzał w górę. Przed nim, na tylnych łapach, dalej z makabrycznym wyrazem pyska, przypominającym uśmiech szaleńca i łbem przechylonym nieznacznie w bok, stał ten sam niedźwiedź, przed którym, jak mniemał udało mu się uciec. Dopiero teraz przypomniał sobie o swoich zdolnościach, zamiast unieszkodliwić psionicznie zwierzę, uciekał przez pół lasu jak wsiowy głupek przed gęsią. Na ruganie samego siebie nie było jednak czasu. Wstał szybko z ziemi, dając dwa kroki w tył na bezpieczniejszą odległość. Wyprostował się przybierając dumną minę, która zdradzała, że Mistrz za chwilę poczęstuje włochacza dawką tak potężnej energii, że bez ochyby krew tryśnie ze wszystkich otworów w spasionym cielsku. Skupił się tak mocno, że oczekiwał co najmniej eksplozji całego łba prześladowcy. Niedźwiedź przechylił łeb w drugą stronę i spojrzał krytycznie na właśnie dogoniony posiłek.

– Nie wysilaj się tak, bo rzeczywiście spaskudzisz gacie – zaśmiał się niedźwiadek - 

W dodatku nieumyślnie – dodał.

Mistrz dał krok w tył, potknął się o wystający korzeń i klapnął ciężko na mech. Szeroko otworzył usta, nie wiadomo czy z wysiłku łapiąc powietrze, czy z zaskoczenia i niedowierzania, czy może z połączenia obu tych czynników.

– Ja pierdole… – zdołał jedynie wykrztusić

– Bardzo elokwentnie – odpowiedział kudłacz – Długo wać Pan myślał nad tym powitaniem? 

– Całą drogę – przyznał z przekąsem – Policzmy. Od tego miejsca do chaty jest w 

przybliżeniu półtora kilometra, niedźwiedzie poruszają się z maksymalną prędkością, z tego co mi wiadomo, pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Jeżeli aż tak interesuje Cię czas, jaki był mi potrzebny na “elokwentne” przywitanie, to wylicz to sobie, jeśli potrafisz oczywiście i podziel to przez współczynnik zaskoczenia faktem artykulacyjnej mowy, w dodatku złośliwej, przez zwierzę, które w naturze nie posiada takiej zdolności – zrobił efektowną pauzę, by nabrać powietrza, które całe uszło z niego podczas wywodu, po czym dodał dla lepszego efektu – Ty chuju.

Co jak co, ale był w końcu miejskim magiem, więc jeśli wcześniej uciekał niczym dziecko z sadu przyłapane na kradzieży jabłek, to teraz nie wypadało bełkotać, nawet jeśli rozmawiał ze swoim majakiem. Niedźwiedź zaśmiał się gromko.

– Nie jestem majakiem. 

– Gadający niedźwiedź – Mistrz rozłożył ręce gestykulując i robiąc krótkie pauzy łapiąc się co i raz za brodę – po tym jak ocknąłem się w chacie, pozbawiony przytomności przez leśną wiedźmę, wmawia mi że urojeniem nie jest. Tak, to trzyma się kupy.

Niedźwiedź tymczasem udając, że słucha, zaczął niepostrzeżenie podchodzić bliżej ku zajętemu swym wywodem Drogomira. W zaciekawieniu oglądał także swoje łapy, jakby nie były jego. Podziwiał ich rozmiar i długość pazurów. A gdy tylko Mistrz zakończył wypowiedź na słowie “…kupy”, machnął jak gdyby od niechcenia łapą, zmiatając dosłownie Maga, który od siły uderzenia poleciał w bok na parę metrów, upadając w pobliskie jeżyny.

-Kurwaaa! Pojebało Cię chędożona świnio leśna?! – krzyczał, starając wydostać się z kłujących zarośli.

– I jak? Majak czy jednak całkiem namacalny? – pytał niedźwiadek, nawet nie starając się ukryć rozbawienia w głosie.

– A żeby cię wszy oblazły! Czego chcesz?! – wstał wreszcie, rozdzierając przy tym do reszty ubrania.

-Jak to czego chce? – zwierzę nie udało zaskoczenia.

– Coś chcieć musisz! – wybuchł Drogomir, a z każdym wypowiadanym słowem czuł jak wzbiera w nim coraz większa wściekłość – Zapewne przywołała cię tu ta baba z chaty, nie zabiłeś od razu, więc na pewno w jakimś innym celu się tu znalazłeś! No chyba, że nasłała cię tylko żebyś uprzykrzył mi życie. Jeżeli tak, to ja podziękuję i pójdę już sobie!

– Ha! – oczy niedźwiedzia rozszerzyły się – Ja? Tobie? Szaleju się najadł? My dobrzy druhowie przecie!

Na potwierdzenie przyjacielskich zamiarów klepnął go w ramie. Mistrz znowu poleciał na ziemię, tym razem na nieco krótszą odległość. 

– Wybacz! – niedźwiadek z wyraźnym przejęciem w głosie podbiegł i wyciągnąwszy łapy chciał pomóc mu wstać.

Mistrz uniósł powoli rękę i otwartą dłonią wyraźnie dał do zrozumienia, że sobie tego nie życzy. Nie kwapił się jednak wcale do wstawania, wręcz przeciwnie, obróciwszy się na wznak podłożył drugą rękę pod głowę i założywszy nogę na nogę zaczął podziwiać korony drzew i rozgwieżdżone niebo. Misiek po wcześniejszych przekleństwach i krzykach zapadłą ciszę przyjął z wyraźną trwogą. Z przejęciem podniósł łapy do pyska i cofnął się o dwa kroki.

– Misiek… – rozpoczął powoli po dłuższej chwili – Daję ci pięć… dosłownie pięć sekund żebyś zabrał stąd swą włochatą rzyć.

– Ale… Drogomir… no co ty? – zaoponował

– Raz…

– Ty tak poważnie?

– …Dwa…

– Dworujesz sobie ze mnie, prawda?

Nawet nie dokończył wyliczania, podniósł się nagle z ziemi i chwycił za najbliżej leżący gruby patyk. Niedźwiadek uniósł łapy jeszcze wyżej, odruchowo zasłaniając czaszkę, zamknął oczy w oczekiwaniu na uderzenie. 

Razy jednak nie spadły, Mistrz uniósł przed chwilą co zdobyty oręż w górę i kręcąc nim młynki wyskandował:

“Obfita matko, Luno tak krasna

Niech tego skurwiela weźmie cholera jasna!”

Następnie, przyklękając na jedno kolano, wbił z całą mocą kij w ziemię i zastygł w bezruchu.

Niedźwiedź otworzył szeroko oczy i w zdumieniu i wyczekiwaniu wodził wzrokiem po Drogomirze i jego kiju. Od czasu do czasu rozglądał się trwożnie czy coś przypadkiem nie spada z nieba albo nie wyrasta spod ziemi. Nie doczekawszy się jednak niczego, usiadł zadkiem na mchu i czekał spokojnie.

– O ja pierdole… – odezwał się po chwili Czarodziej.

– Muszę przyznać, że z minuty na minutę jestem coraz bardziej rozczarowany tą znajomością – przyznał niedźwiadek.

– Zawrzyj ryj! – wybuchł – Ja pierdole… nie, nie, nie, nie… to nie może się dziać…. Kurwaaa!

Zaczął powtarzać na zmianę “kurwa”, „ja pierdolę” oraz „nie wierzę”. Podniósł się z klęczek i zaczął chodzić w koło, łapiąc się przy tym za głowę.

Zatrzymał się w końcu po dobrych paru minutach opuścił ręce i powoli obrócił w stronę niedźwiedzia.

– Skąd znasz… moje imię? – spytał wyjątkowo spokojnie

– Słucham? – zwierzę wyraźnie się zdziwiło.

– Imię moje. Skąd je znasz?

Znam… po prostu.

– Po prostu? A baba z chaty? Wiesz jak ma na imię?

– Że kto? Jaka z chaty baba?

Mistrz odwrócił wzrok, rozejrzał się wokoło, a gdy odnalazł wzrokiem to, czego szukał podszedł uklęknął i wyjął używaną już wcześniej brzozową różdżkę. Na kapeluszu odnalezionego muchomora nakreślił runę Dagaz, wyszeptał cicho parę słów i skoncentrował się. Po chwili westchnął ciężko i cisnął grzybem w pobliską sosnę.

– A to co było? – zaciekawił się Misiek.

– Ostatnia nadzieja – odpowiedział po cichu, spoglądając w niebo.

– Nie za wiele nadziei jak na zwykłego grzyba? I nadziei na co?

– Skąd wziąłeś się w chacie? Jakim cudem potrafisz mówić? Mira Cię przysłała? – spytał, nie czekając nawet na odpowiedź.

– Nie wiem… – zamyślił się – Pierwsze, co pamiętam to Ciebie w chacie… i to jak zwiewałeś – dodał już radośniejszym głosem.

– Podejdź – powiedział Mag, po czym zerwał z pobliskiego młodego drzewka dębu, liść.

Ostrożnie nakreślił na nim tą samą runę, co na grzybie i podał niedźwiedziowi, który patrzył jak zaczarowany.

– Po co mi to? – spytał podejrzliwe. 

– Łapy razem, w przód, obróć je wewnętrzną stroną – odpowiedział zimno.

– Ale po co?!

Misiu, mój Druhu, zrób o co Cię proszę.

Usłuchał. Mistrz położył ostrożnie liść na jego łapach i dodał.

– Popatrz na ten liść, skup się na ułożeniu układu waskularnego… – odczekał chwilę, spoglądając na zapatrzonego w liść niedźwiedzia – Widzisz ten układ?

– Przecież to liść, oczywiście że widzę – odparł oburzony.

– Oczywiście… a teraz powtórz za mną “el’er Arna”

Kudłacz tym razem nie spytał po co, powtórzył słowa bezbłędnie. Akcentując na ostatnie sylaby, nakrył liść drugą łapa i delikatnie dmuchnął weń. Liść natychmiast zaczął się żarzyć fluorescencyjnie, rozlewając niebieskim kolorem od szypułki po całe użyłkowanie. Chwilę potem dając nawet znikome światło.

Misiek westchnął z podziwu, nie mogąc oderwać wzroku.

– Łaaaaał, niesamowite…

– Oczywiście… oczywiście… – odpowiedział Mistrz także zapatrzony, bynajmniej nie na liść.

 

Rozdział II

Imponderabilia

 

Dotarli na miejsce grubo po północy. Nadbór i Nastromir, jak słusznie założył Mistrz, spali na posterunku, przytuleni do siebie. Wokół unosił się intensywny zapach bimbru. Noc rzeczywiście była dość chłodna jak na tą porę. Widocznie nie starczyło im sił, by wrócić do stróżowni, naprędce skleconej przy bramie budki. Zimno, na spółkę z mocnym trunkiem okazało się więc swoistym plastrem na przyjaźń, która zachwiana została chwilową zwadą o żonę Nastromira. Mistrz podziękował w duchu, nie pierwszy zresztą raz za zamiłowanie tych dwojga do pijatyki.

Dom Drogomira, mieszczący się w ubogiej dzielnicy, postawiony został wedle ścisłych wytycznych Mistrza, tuż po przybyciu i objęciu przez Niego posady Miastowego Maga. Na uboczu, praktycznie przy samej palisadzie, górował nad innymi budynkami mieszkalnymi zarówno ze względu na dwukondygnacyjnosć, jak i ze względu na sztucznie usypany pagórek. Sama Rada nie była zadowolona z powodu pieniędzy, jakie musiała wyłożyć na “fanaberie” Maga, ale obietnica była obietnicą, a posiadanie takiego lokum było warunkiem jakie postawił Drogomir, gdy Rada chciała zatrzymać go na stałe w Mieście.

Nie przejmował się ciekawskimi oczami, gdy przechodzili obok innych chat, nie żeby takowych brakowało, ale o tej porze cała dzielnica już spała. Biedota, która wcześnie wstawała do pracy, nie miała ani siły ani pieniędzy na wieczorne przesiadywanie w oberżach czy nawet we własnych domostwach przy butelce siwuchy. Jedni udawali się z rana na pobliskie chłopskie pola, gdzie pomagali w pracach rolnych i przy żniwach, drudzy – do warsztatów czeladniczych i kupieckich, gdzie robili za tragarzy, sprzątaczy czy nosicieli wody. Drogomir na początku słusznie obawiając się zawiści sąsiadów, w końcu nie każdemu Rada stawia cały dom na koszt Miasta, zaganiając przy tym do pracy przy budowie i wcześniejszym usypywaniu pagórka, poczynił pewne kroki i przygotowania, aby odstraszyć potencjalnych wścibskich i złodziei. Ściany zostały oblepione czerwoną gliną, na które sam Mistrz naniósł wapnem i węglem liczne runy. Były one jednak wytworem czystej fantazji Drogomira, właściwości magicznych nie miały za grosz. Fantazyjne szlaczki krzyżowały się z kreskami, rysunki czaszek ludzkich oraz piszczeli, spirale ślimacze czy wreszcie nanoszone w taktycznych miejscach realistycznie przedstawione fallusy w pełnym wzwodzie. W koło domu znajdowały się także liczne utensylia, które miały przypominać o potędze Maga oraz kary jaka spadnie na każdego, kto bez pozwolenia wtargnie na jego posiadłość. Wybielałe na słońcu czaszki od wilczych, szczurzych aż po baranie, spoglądały pustymi oczodołami, a pęki ziół podwieszone tuż pod dachem przy drzwiach wejściowych, suszyły się, dając intensywny aromat. Zobaczywszy wszystkie te przedmioty przy obejściu, Misiek spytał z zaciekawieniem w głosie:

– To wszystko magiczne? Mają chronić domostwo?

– Oczywiście – zełgał Drogomir – A teraz stąpaj tylko po co drugim stopniu, inaczej łapy Ci oparszywieja.

Usłuchał. Najostrożniej, jak tylko potrafił stawiał łapy po schodach wijących się w górę ku domostwu.

– Może trochę szybciej? – zniecierpliwił się Mistrz – Nie mamy całej nocy.

– Ej, a czemu Ty nie stąpasz na co drugi stopień?

– Jestem magiem, zapomniałeś? I to moja posiadłość. I nie żadne “Ej Ty” tylko “Mistrzu”, albo “Mistrzu Drogomirze”, wódki razem nie piliśmy jeszcze. 

– Całe szczęście bo nie miałbyś szans – odpowiedział poważnie niedźwiedź – A ta miotła też magiczna?

Stanęli w końcu na ganku, który będąc dość obszerny spokojnie mieścił ich oboje, a miejsca zostało jeszcze dla co najmniej czterech osób. Tuż przy drzwiach, oparta o ścianę stała kostropata miotła z wbitym w nią kijem.

– Oczywiście – skłamał ponownie – Zestrzeliłem z niej czarownicę, lecącą na orgiastyczny sabat.

– I ta kuźka, odwzorowana w najmniejszym szczególe, także magiczna jak mniemam?

– Bez ochyby, a teraz muszę nauczyć cię hasła.

– Hasła?

– Tak, hasła. Jeśli chcesz wejść do mojego domu to musisz znać hasło, no i rytuał.

Niedźwiedź pokiwał wielkim łbem na znak, że zrozumiał.

– Słuchaj zatem. Stań na tylnych łapach, przeskocz z prawej na lewą, potem jeszcze raz na prawą… Czemu nie powtarzasz?

– Myślisz że jakiś niemotny jestem? – oburzył się Misiek – Zapamiętam!

– Oczywiście… Opuść lewą łapę, obróć się w koło dwa razy. Lewą przednią łapę przyłóż do łba, poliż wnętrze prawej łapy, przyłóż ją do wymalowanego fallusa na środku drzwi. Następnie wypowiedz hasło.

O wielki fallusie, co strzeżesz tego domu

Wpuść mnie do środka, nie mów że lizałem nikomu

Kudłacz popatrzył podejrzliwie na Mistrza.

– Chcesz wejść czy nie? – zniecierpliwił się Drogomir.

– No chce! 

– No więc?!

Usłuchał. Zaczął powtarzać bezbłędnie wszystkie poprzednio dane mu wskazówki. Drogomir popatrzył i pokiwał głową z uznaniem na imponującą pamięć Misia. Jednak gdy tylko zaczął skandować hasło, po “wielki fallusie” nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– Hahahaha…

Niedźwiadek natychmiast przestał inkantacje i popatrzył z wyrzutem na Maga.

– Dobrze, już dobrze, jesteśmy prawie kwita. Drzwi są otwarte. Właź do chałupy, bo chłodno, nie-niemotny Misiu.

Weszli do środka, pierwszy niedźwiadek z obrażoną miną, a w ślad za nim Drogomir.

– Poczekaj tu chwilę, muszę lampę znaleźć.

– Nie możesz wyczarować światła jak wcześniej? – zapytał kudłacz.

– Nie mogę – uciął sucho Mistrz.

Znał swój dom na pamięć, ale szukanie lampy zajęło mu trochę czasu. Niedźwiadek stojąc tuż przy zamkniętych drzwiach wejściowych, w zaciekawieniu przysłuchiwał się odgłosom otwieranych szuflad i przekleństw Drogomira, który co rusz potykał się o własne meble.

– Tuś się schowała – krzyknął ucieszony Mag – Zaraza… a gdzie krzesiwo?… Czy mam w ogóle takowe? By to szlag!

– Nic to – dodał po chwili – Obejrzysz dokładniej chatę jutro o brzasku… A nie widzisz Ty przypadkiem po ciemku Misiu? Nie miałem okazji i chęci jak do tej pory studiować anatomii Twego gatunku.

– Słabo widzę w takiej ciemnicy… czuje za to sporo – Niedźwiadek uniósł pysk ku górze wciągając powietrze nozdrzami – Czy to… słonina?

Drogomir nie odpowiedział, Misiek usłyszał tylko odgłosy kroków, otwieranych drzwi, a chwilę potem kroki powrotne. Zapach słoniny rzuconej na podłogę tuż przed kudłaczem uderzył z całej siły. Z kącików warg niedźwiedzia pociekła gęsta ślina.

– To dla mnie? – spytał z nadzieją w głosie.

– Ależ skąd – odpowiedział drwiąco Mistrz – Lubię tak o po prostu, dla krotochwili rzucać swoją najlepszą słoniną po podłodze… No jedz – dodał zniecierpliwiony, nie doczekawszy się reakcji niedźwiedzia.

– Zawsześ taki sarkastyczny? – zapytał niedźwiadek gdy tylko przełknął ostatni kawałek.

– Tylko, gdy ktoś zjada moje zapasy. A teraz idę spać, Tobie też radzę. Jutro musimy zastanowić się, co dalej.

– Co dalej?

– Nie myślisz chyba, że będę trzymał Cię w domu?

Misiek poruszył się niespokojnie. Nie uszło to uwadze Drogomira.

– Muszę pomyśleć, jak wprowadzić Cię do Miasta między ludzi, żeby zaraz gwardia nie naszpikowała cię bełtami z kusz – dodał, by uspokoić niedźwiadka.

– Między ludzi? A po co? – zaciekawił się widocznie.

– Staniemy na głównym rynku i ku uciesze gawiedzi będziesz tańczył w sukience, do bębenków i fujarek.

– A tak poważnie? – nie dał się nabrać tym razem Misiek.

– A kto powiedział że nie mówię poważnie? – odparł cierpko, po czym wstał z zydla na którym siedział koło niedźwiedzia i dodał – Śpisz tutaj na podłodze.

Misiek śledził przez chwilę słuchem kroki, które zaczęły wędrować drewnianymi stopniami ku górze. Odgłos otwieranych, potem zamykanych drzwi. Po dłuższej chwili znowu kroki, dźwięk otwieranych drzwi i głos z góry.

– A spróbuj napaskudzić, to jak szczeniaka, nos w paskudztwo wetknę! – zabrzmiało groźnie.

Misiek jednak już tego nie słyszał, położywszy łeb na przednie łapy, zapadł w głęboki sen. 

 

 Na rynku zaczynało robić się już tłoczno. Mimo wczesnej pory, mieszczanie ze swoich domostw i chłopstwo z gospodarstw pod Miastem, tłumnie napływało na wielki plac, znajdujący się w centralnie położonej części Miasta. Była środa, jak to Drogomir miał w zwyczaju określać “dzień dyszla”. Cotygodniowe święto handlu, obchodzone hucznie przez wszystkich mieszkańców, jak i okoliczną ludność niezamieszkującą w samym Mieście. W centrum samego rynku posadzony został, liczący już ponad sto lat dąb, który według miejscowych kronikarzy pełnił zarówno funkcję religijną, jak i estetyczną. Ponad czterdziesto metrowe, okazałe drzewo z rozłożystą koroną, poświęcone zostało Perunowi, którego świątynia znajdowała się w niewielkiej odległości od głównego placu. W dawnych czasach drzewo otoczone było jedynie niewysokim ogrodzeniem, lecz w miarę upływu lat i wraz z coraz mniejszą bogobojnością niektórych ludzi, postanowiono otoczyć drzewo murem sięgającym ponad 2 metry. Chronił on dąb przed aktami wandalizmu, a w czasie świąt Perunowych jedynie najwyżsi kapłani mogli wejść za mur, by odprawić obrzędy.

 Mistrz wszedł pomiędzy kramy i stragany. Liczni handlarze i handlarki prześcigali się nawzajem w zachwalaniu swego towaru, nagabując do kupna zarówno oglądających asortyment, jak i tych którzy chcieli tylko przejść na stoiska znajdujące się dalej. Drogomir nie należał ani do jednych, ani do drugich, ale by dotrzeć do celu jego przechadzki należało przedrzeć się przez tą całą ciżbę. Nim zdołał więć dotrzeć do studzienki znajdującej się tuż przy wejściu w uliczkę, którą mieszkańcy nazywali “ślepą”, został zarzucony propozycjami kupna ryb wątpliwej świeżości, jak i glinianych garnków czy maści na czyraki.

Zaklął w duchu, nie cierpiał tłumu, tym bardziej takiego natrętnego, który co i raz zaczepia i pozdrawia “Wielkiego Maga”, “Dobrodzieja” i “Drogomira Potężnego”.

Przecisnąwszy się wreszcie do studni, oparłwszy o cembrowinę, czekał na dobrze mu już znany spektakl. Nie minęło pięć minut, jak z oddalonego o dwadzieścia metrów straganu dobiegły klątwy i złorzeczenia, a w chwilę potem poruszony falą tłum zaczął rozstępywać się i przyłączać do całkiem już dużej ilości osób okrzykujących uciekającą osobę od pokrzywników, świniarzy i szelm.

– Ty mały chujku! Psi bracie! A żebyś oparszywiał złodzieju zatracony! – krzyczał w pogoni za może dwunastoletnim, obdartym i brudnym chłopcem, tęgi jegomość.

Chłopiec w prawej ręce kurczowo trzymając okazały podpłomyk, a w lewej ugotowane już nie tak pokaźnej wielkości ucho świńskie, zwinnie lawirował pomiędzy tłumem. 

Złodziejaszek zmierzał wprost ku studzience i Drogomirowi, a gdy tylko ujrzał Maga, obdarzył go przelotnym uśmiechem krzywych, żółtych zębów. Następnie skręcił zwinnie w lewo w ślepą ulicę, zostawiając daleko w tyle pogoń. Mistrz nie poruszył się nawet. Po paru dobrych chwilach zziajany, sądząc po ubiorze handlarz, ruszył w jego kierunku.

– Mistrzu Drogomirze! – krzyknął – Bogowie mi Mistrza zsyłają. Ten kurwi syn znowu mnie okradł!

– “Znowu”? mistrzu Mirosawie? – odpowiedział spokojnie – Pierwszy raz rozumiem ale kolejne? Chwila nieuwagi mistrzu?

Mistrz nazwany Mirosawem zmieszał się wyraźnie, zdjął filcowy czepek i zaczął go nerwowo miętosić.

– No tak… Mistrz dobrze prawi, moja to wina… znowum nie dopilnował… pomóżciesz jednakowo, kraść się nie godzi. 

– Słusznie prawicie, a człek prawy miły jest bogom – zrobił efektowną pauzę, a następnie zamknąwszy oczy, przechylił lekko głowę jak gdyby czegoś nasłuchiwał – W Ślepą skręcił, stamtąd wyjścia nie ma. Jak szybcy będziecie to jeszcze tam go zastaniecie.

– Dziękuję Mistrzu! Rabat na świńskie ryje dam spory albo słoninę, co to Mistrz tak często kupuje! – Powiedział pośpiesznie kierując kroki we wskazaną ulice.

Drogomir odszedł w kierunku dalszych kramów, kątem oka jednak co i raz spoglądał w stronę uliczki, wypatrując wracającego Mirosawa. Wiedział że wróci z pustymi rękami.

Nie przeliczył się, tęgi handlarz wracał z niczym, jeszcze bardziej czerwony na pucach niż zwykle. Mistrz odczekawszy chwilę, skierował swe kroki w obserwowaną wcześniej uliczkę. Nazwa ulicy nie była przypadkowa. Budynki przylegały do siebie zarówno z jednej, jak i z drugiej strony ulicy, wiodąc wprost na prostopadle przylegający do ostatnich budowli kamienny mur tak, że wejście i wyjście było tylko jedno, od strony rynku. 

Przeszedł parę metrów, minął stos beczek po kiszonej kapuście, a będąc już pewien, że żaden wzrok z rynku go nie dosięgnie, zapukał w drewniane deski jednej ze ścian budynków, które przylegały ściśle do siebie jak szpaler postawionych bliźniaków. 

Przysunął starą skrzynkę po jabłkach, obrócił ją dnem do góry i usiadł spokojnie czekając. Minęło parę chwil gdy poczuł pacnięcie w tył głowy.

– Znudziło Ci się towarzystwo swojej ręki? Ma ci uschnąć za parę dni czy już teraz odpaść? – powiedział Drogomir, odwracając powoli głowę w kierunku obdartego 

złodziejaszka, który trzymając resztę podpłomyka, uśmiechał się szelmowsko przeżuwając chleb. Po wieprzowym rarytasie śladu już nie było.

– Kryjówka w tym opuszczonym magazynie już nieaktualna? – spytał nie doczekawszy się odpowiedzi na pierwsze pytanie.

– Znaleźli obluzowaną deskę, pzibili mocno skuwiesyny – odpowiedział niewyraźnie obdartus z pełną buzią. Nie wypowiadane “r” nie było jednak winą posiłku.

– Przybili? Tak po prostu? Oj Pokrzywka… prędzej któryś rozsierdzony handlarz w końcu odkrył Twoją kryjówkę.

– Ano plawda Moćpanie – roześmiał się – Nablal taki jeden chyba zdlowia, bo i zycia w kulasach mial wiecej jak zawse – z wymową “sz”, jak i innych wymagających więcej wprawy języka liter, Pokrzywka także miał widoczne problemy.

– A ze psecisnać się ni jak nie potlafił – kontynułował – to ćwok wejście zabił. Bym tam skapiał jak nie wiem co, wsystkie inne wyjścia pozamykane pzeciez. Scęściem Weles cuwał bo jacyś majętni ogladać magazyn pzysli, nic tylko kupować znacy bedom. To i chyłkiem wymknom się, takim splytny.

– Oczywiście Pokrzywka, sprytnyś ponad miarę – przyznał Drogomir – Ale, że w beczkach po kapuście kiszonej się chowasz to z daleka można po zapachu poznać.

– Słusnie, poplacować nad innym schowunkiem muse. Moćpan o kapuście i zapachach jednak nie psysedl losplawiac, plawda?

– Słusznie Pokrzywka, z takim lotnym umysłem nic tylko parę lat i patrzeć jak co najmniej Radnym zostaniesz. A teraz nadstaw uszu i wytęż wzrok – Mistrz wyjął denara z bocznej kieszeni dubletu i przystawił Pokrzywce pod nos – Wiesz co to jest?

– Nie wiem, głupim, ludziom muselkami płace! – obruszył się wyraźnie

– Ludzi to Ty okradasz, a nie im płacisz – odparł spokojnie Drogomir – Teraz dostaniesz jednego, wrócisz na rynek do tego handlarza, ale nie dzisiaj. Jutro, najlepiej pojutrze. Dziś to z miejsca bez pytań obedrze Cię ze skóry. I zapłacisz za ten podpłomyk i ucho.

– Hahaha, ale z Mocpanka figlas! – odparł rozbawiony – Cemu miałbym niby oddawać pieniądze, któle ktoś mi podaluje?

– Nie podaruje, jak nie obiecasz, że nie oddasz.

– Ale to jesce lesta powinna zostać a on mi nie odda lesty psecie!

– Nie odda, znam go – przyznał – ale zemsty nie będzie szukał. To nie pierwszy raz, jak od niego kradniesz. Tym razem nie podaruje. 

– Psecie nie sksywdzi dziecka – wyszczerzył się Pokrzywka.

– Skrzywdzi – uciął Mistrz – A reszta będzie na pokrycie tego, co wcześniej zwinąłeś.

Zapanowała cisza. Widać było, że złodziejaszek intensywnie myśli.

– Dobze, zlobie jak kazecie… ale z pzyswoitości nie stlachu! – dodał szybko.

– Oczywiście, oczywiście… – uśmiechnął się pod nosem Drogomir – Złodziejska przyzwoitość. Tytuł hymnu w sam raz dla poborców podatkowych.

– Nic za darmo jednak przyzwoity obywatelu – dodał – Musisz coś dla Mnie zrobić, nie obawiaj się, nic trudnego ani niebezpiecznego. A jak dobrze się spiszesz, to może i drugiego dukata już na własność dostaniesz.

Pokrzywka oblizał wargi, a oczy roziskrzyły mu się wyraźnie.

– Zapłata po robocie oczywiście – uciął wszelkie wątpliwości – A na rynek pójdziesz za chwilę, potrzebuję jeszcze czegoś.

– Mam coś zwędzić? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Kupić – uciął groźnie – A teraz słuchaj uważnie. 

 

 Drzwi do domu były dalej zamknięte, tak jak je zostawił. Nie z obawy przed złodziejami, a przed wizją Miśka wychodzącego zeń i wędrującego po ulicach Miasta. Kudłacz rankiem dalej spał i nie dał za nic się dobudzić. Mistrz zaryzykował więc i pozostawił zwierze samo. Potrzebował pilnie wyjść na rynek, a nie mógł czekać. 

Przekręcił klucz z lekką obawą, co zastanie w środku. Rozumny, bo rozumny, ale Drogomir nie potrafił wyzbyć się obrazu mebli zdemolowanych przez nowego leśnego towarzysza. Jednak gdy wszedł do środka, wszystko było w należytym porządku, ba mógłby nawet przysiąc, że meble, które zwykł rozstawiać po izbie przypadkowo, zostały celowo ustawione, a podłoga była dopiero co zamieciona.

– Misiek!? – zawołał Mistrz.

– Jesteś w końcu! – dobiegła niewyraźna odpowiedz ze spiżarni.

Drogomir wszedł nieśpiesznie do środka. Zastał kudłacza na podłodze, bezceremonialnie zajadającego się ostatnim wielkim kawałkiem słoniny. Żadne inne przetwory, a nawet mięsa nie zostały, ku uciesze Mistrza, jeszcze tknięte.

– Smaczne? – zapytał Mistrz nie kryjąc złości. Cieszył się, że nie zjadł wszystkiego i wiedział tak naprawdę, że Misiek raczej nie powstrzyma się przed splądrowaniem jego spiżarni, ale mimo tego, widok ulubionej słoniny znikającej na jego oczach, wprowadził go w zły nastrój. 

– Smaczne – odparł krótko niedźwiadek, nie patrząc nawet na pytającego – A w zwyczaju masz zamykać gości w domu na całą noc i poranek, żeby nie mogli wyjść nawet za potrzebą?

– Tak, to moje ulubione zajęcie. W wolnym czasie spraszam do siebie gości i zamykam ich w domu na tak długo, aż nie puszczą im zwieracze i nie zapaskudzą mi izby.

Misiek nie odpowiedział, siedział dalej na podłodze z obrażoną miną, oblizując pysk z pozostałości słoniny.

– Mam szukać szufli żebyś posprzątał po sobie czy jednak wytrzymałeś te parę godzin?

– Wytrzymałem, ale jestem już na skraju, więc wdzięcznym bym był za wskazanie sławojki, jeżeli takową posiadasz.

Drogomir skinął głową, dając do zrozumienia, żeby Misiek poszedł za nim. Przeszli całą chałupę i zatrzymali się na przeciwległej do drzwi wejściowych ścianie, na której wisiała lniana kotara zasłaniająca drugie drzwi. Mistrz sięgnął na półkę i wyjął klucz spod doniczki, w której znajdowała się uschnięta roślina, nie dająca rozpoznać się już co do gatunku.

– Misiek… – Mistrz zatrzymał przechodzące przez próg zwierzę – Wiesz w ogóle jak z wychodka korzystać? Niedźwiedzie zazwyczaj takowych nie posiadają.

– Nie wiem, pytałem o niego tylko po to, żeby nasrać przy samym wejściu, nie wchodząc nawet do środka – odpowiedział złośliwie.

Mistrz zaśmiał się gromko i nie zadawał już żadnych pytań, ale jeszcze przez chwilę obserwował, tak na wszelki wypadek, Miśka czy ten aby na pewno wejdzie do środka i nie zrealizuje swoich pogróżek. 

 Zwierzę wyjrzało na zewnątrz, jak gdyby z obawą, że ktoś go zobaczy, ale gdy tylko ujrzał ponad dwumetrowy szczelny płot z obydwu stron i posadzone pod płotem gęste krzaki, natychmiast ruszył szybko w kierunku wychodka. Zarówno płot, jak i krzaki tworzyły istny szpaler na którego zwieńczeniu, przylegający do palisady, wybielony wapnem i pokryty czerwoną dachówką stał całkiem okazały wychodek. Mistrz, gdy tylko Misiek znalazł się wewnątrz po paru niezdarnych próbach otwarcia zaszczepki w drzwiach długimi pazurami, przymknął tylne wyjście domu i usiadł na fotelu czekając cierpliwie.

Niedźwiadek wrócił po paru dłuższych chwilach. Wyraźnie zamyślony usiadł na przeciwko na tylnych łapach i zaczął przyglądać się Drogomirowi z wyraźną intencją zadania nurtującego go pytania.

– No słucham – zaczął pierwszy Mistrz.

– Ile metrów w głąb prowadzi ten dół?

– Połtora, nie więcej – odrzekł szybko. 

Misiek popatrzył na niego jak na głupiego.

– Nie rób takiej miny, dół sam kopałem i rzeczywiście ma tyle, mniej więcej. Obstawiam na mniej. Ale wiem o co pytasz… Widzisz mój przyszpilony przez naturę kudłaczu, nigdy nie byłem fanem zbędnych ciężkich prac fizycznych, ale tak prywatny budynek jak wychodek musiałem postawić sam.

– Nie o to chciałem zapytać – przerwał niedźwiedź.

– Wiem, robiłem tylko zbędny wstęp dla niepotrzebnej krotochwili – przyznał Drogomir – Zawsze uważałem iż rozmowa, nawet jeśli o rzeczach błahych, banalnych czy nawet tak odrzucająco pierwotnych, jak o miejscu służącym do wypróżniania jelit i pęcherza, winna być należycie zapoczątkowana. Taka rozgrzewka przed resztą dnia przyda się, bo i sporo rzeczy musimy wyjaśnić i omówić.

Mistrz wygodniej rozsiadłwszy się w wiklinowym fotelu, zaplótł palce na podołku i patrząc w powałę, prowadził wywód rozkoszując się brzmieniem swego głosu.

– Streszczając i upraszczając jednak opowieść, bo widzę że już nie możesz wytrzymać niepewności, tak ciekawi Cię historia mojego wychodka. Po godzinie kopania, zmęczywszy się w moim odczuciu ponad miarę, postanowiłem rzucić na wykopany dół czar. Nie byle jaki zresztą, a teleportacyjny. Więc jak widzisz Misiu, zaoszczędziłem zarówno czas, jak i pieniądze. Pieniądze ,które musiałbym wydać na zatrudnienie zawodowych parobków, aby co jakiś czas oczyścili wychodek. I czas, który musiałbym przeznaczyć na dalsze kopanie.

– Czyli wysyłasz to wszystko portalem w inne miejsce… Ale gdzie?… A i utrzymanie takiego portalu musi wymagać ogromnej ilości energii…

– Nie wymaga, to czar podstawowy. Może coś przenieść, ale w losowe miejsce i tylko w jedną stronę. Jedynie czary teleportacyjne wyższego stopnia można otworzyć w wybrane. A tak przynajmniej słyszałem. Jeszcze nie znalazł się śmiałek, który chciałby sprawdzić czy to prawda. Głupich nie brakowało, ale oni nie wracali nigdy, co utwierdziło mądrych, że nie powinno się w nie wchodzić. Co do miejsca przeznaczenia, to sam nawet nie wiem gdzie trafiają rzeczy wysyłane kloacznym portalem. Może na dno jeziora, na jakąś pustynię a może do czyjejś chaty. Nie wiem, nie obchodzi mnie to.

– Rozumiem… – zamyślił się kudłacz – A potrzeby energetyczne?

– Ho ho… widzę że ze znawcą rozmawiam – uśmiechnął się pod nosem Drogomir – To czar otwierający, wymagał energii i to niemałej do wytworzenia wyrwy w przestrzeni… a może i nawet czasie?… – zamyślił się Mistrz – tego ostatniego nigdy się nie dowiemy. Natomiast pewne jest, że taki czar może utrzymać się długo samoistnie, wyrwa w Eterze….

– Eterze?

– Tak, Eterze, takim magicznym… spoiwie otaczającym wszystkich i wszystko, w jednych miejscach jest go więcej, w innych mniej, w jeszcze innych prawie w ogóle, ale chodźby i w znikomych ilościach, zawsze jest. Więc jak już mówiłem, wyrwa w Eterze pozostaje tym dłużej, im mniej Eteru znajduje się w najbliższej odległości. Gdyby taki portal postawić niedaleko żyły Eteru, portal wytrzymałby od paru minut do pół godziny. Eter nie lubi próżni i mimo, iż jest go w większości miejsc niewiele, to zawsze stara się zapełnić choćby w minimalny sposób wyrwę powstałą w swojej strukturze. Tym samym powodując osłabienie czaru, aż do jego całkowitego zaniku.

Misiek zamyślił się na chwilę, drapiąc pazurami po okazałym brzuchu.

– Ale jeżeli Eter jest potrzebny do czarów, to czemu jego nagromadzenie powoduje osłabienie już powstałego? Raczej powinno być na odwrót.

– Eter nie lubi zachwiania równowagi, a tym jest rzucanie zaklęć. Chwilową destabilizacją energetyczną w idealnie skonstruowanej sieci Eteru. Dąży więc z powrotem do jak najszybszej stabilizacji. Coś jak młoda wdówka.

– A skąd wiesz gdzie jest go mało, a gdzie dużo? Rozumiem, że tam gdzie postawiłeś wychodek jest go znikoma ilość?

– Owszem, widzisz mój zafascynowany gównianymi tematami i wychodkami Misiu. Jest go niewiele, ale co jakiś czas należy powtarzać zakęcie, by portal nie został samoistnie zamknięty. A Eter potrafi wyczuć lepiej lub gorzej każdy Mag, który poznał podstawy magii, a także siłę rzuconego zaklęcia.

– A Ty gdzie je poznałeś?

– Spokojnie, wszystko w swoim czasie – Drogomir uniósł rękę i zrobił efektowną pauzę. Misiek czekał, nie zadawał więcej pytań.

– Na początku musimy wyjaśnić parę spraw. Ja muszę wyjaśnić parę spraw Tobie oraz uzgodnić zasady naszej… współpracy – ostatnie słowo wypowiedziane zostało przez Mistrza z niekrytym wysiłkiem i niechęcią.

– Jeżeli chcesz zostać w moim domu, musisz zarabiać na siebie. A nie będziesz tego robił jedynie zamiatając od czasu do czasu podłogę, ustawiając meble i wyżerając mi zapasy – Drogomir spojrzał groźnie na Miśka i zmarszczył brwi – O tym ostatnim to jeszcze pogadamy.

– Widzisz… – Mistrz pochylił się ku niedźwiadkowi i utkwił w nim wzrok – otóż zostaniesz moim uczniem.

Misiek otworzył pysk ze zdziwienia ale nie odpowiedział, czekał. Nie doczekawszy się jednak kontynuacji myśli podjętej przez Drogomira, odrzekł krótko:

– Ale… że niby ja?

– Tak, niby Ty. Mój niewierzący w swoje umiejętności miłośniku słoniny. Pamiętasz wczorajszy las i jarzący się liść? Ty to zrobiłeś, ja tylko dałem wskazówki. To była pierwsza lekcja, a właściwie próba czy jakiekolwiek zdolności magiczne posiadasz. Taka podstawa podstaw. Będzie ich więcej, skupimy się zarówno na teorii, jak i na praktyce. Z uwagi na naglący czas, raczej więcej na tym drugim. Musimy wprowadzić Cię między ludzi, najlepiej tak, by nie wywołać paniki oraz byś nie wyglądał w chwilę potem jak przerośnięty jeż, gdy zaalarmowani łucznicy naszpikują cię strzałami.

– No tak… tego bym nie chciał – zasępił się Misiek – Czyli ta próba z liściem dobrze mi poszła, prawda? – spytał z wyraźną nadzieją i podekscytowaniem w głosie.

– Przyzwoicie, ale nie popadaj w samozachwyt. Długa droga przed Tobą.

Misiek nie odpowiedział, ale wyraźnie mocno podekscytowany informacją o swoim potencjale jako kudłatego przyszłego maga, wiercił się w miejscu, nie wiedząc czy wypada wstać i zademonstrować radość paroma podskokami.

– I jakieś imię musimy ci nadać.

– Imię?

– Tak, imię – odparł zniecierpliwiony Drogomir – Nie będę ciągle wołał na Ciebie “Miisiek” przecież. To mało profesjonalne, umniejszy Cię tylko w oczach klientów.

Klientów??

– Nosz Kurwa! – nie wytrzymał Mistrz – Myślisz, że szkolił Cię będę dla samej jeno sztuki?! Pomagał w zleceniach będziesz, to i zarobisz na swój wikt i opierunek.

– Rozumiem – odparł niedźwiedź i zamyślił się.

– Na pewno? – zapytał spokojniej, ale i podejrzliwie Mistrz.

– Tak!… tylko nie wiem czy to dobry pomysł – zamyślił się jeszcze bardziej – A jak coś mi nie wyjdzie? Jeżeli pomylę zaklęcia? Może odbić się na Tobie przecież! Zresztą, jak niby przekonamy ludzi do niedźwiedzia, i to jeszcze gadającego i potrafiącego czarować?! Prędzej psami mnie poszczują i na włóczniach rozniosą, na sam tylko widok!

– Nie rozniosą, najwyżej zastrzelą. Nie będą ryzykować utraty dobrego gwardzisty – przyznał szczerze Drogomir – Ale odrobina wiary, mój obsrajdupny przyjacielu. Zasada pierwsza, nigdy nie podważaj swego Mistrza.

– A druga?

– Na pewno się znajdzie. Cierpliwości. Trzecią zapewne też, i czwarta.

– Zgoda – odrzekł Misiek.

Akurat zgoda mi Twoja niepotrzebna, albo przystajesz albo droga wolna. Z powrotem do lasu.

– Nie, dziękuję – obruszył się Misiek i posmutniał – Wolę tu. W lesie samemu nie chcę… ciemno strasznie.

– Ooo Misio boi się ciemności? – wyraźnie rozbawiony Drogomir rozsiadł się ponownie na fotelu i zaczął podziwiać powałę.

Kudłacz nie zareagował. Jego oblicze wyraźnie poorane było myślami biegnącymi w różnych kierunkach. Zrezygnowany w końcu odrzekł.

– To chociaż o imieniu mogę zdecydować sam? Bo ta propozycja raczej na ultimatum wygląda.

– Ursus – odrzekł bez wahania Mistrz.

– To propozycja?

– Owszem, masz mnie za despotę?

– Owszem, a imię bardzo oryginalne. Niedźwiedź nazywający się niedźwiedź – nadął się Ursus.

– To może Bjorn?

Niedźwiedź nawet nie odpowiedział, ale jego wzrok utkwiony w Drogomirze wyraźnie świadczył o tym, iż zdaje sobie sprawę, że Mistrz albo celowo sprawdza jego znajomości językowe albo celowo robi z niego głupka.

– Dobrze już dobrze, mój uzdolniony, także i lingwistycznie przyjacielu. Porozmawiamy o tym później – Mistrz wstał z fotela i podszedł powoli do okna – Za chwilę będziemy mieli gościa, więc radzę byś schował się do spiżarni.

– Jakiego gościa? – zaciekawił się Ursus.

– Dowiesz się niedługo, a teraz jazda do spiżarni. A tylko spróbuj coś zjeść bez mojej zgody, to w portalu kloacznym wylądujesz – Drogomir spojrzał na niego groźnie, utwierdzając go w przekonaniu, że nie żartuje.

Misiek poczłapał na czterech łapach do spiżarni. Gdy był już w środku, odwrócił się i zaprotestował.

– Chwila, ale tu nie ma okna! Nie zamykaj drzwi, ciemno będzie!

– Nic Ci nie będzie – odrzekł Drogomir zamykając je za Miśkiem na skobel – Tylko bądź cicho dopóki nie krzyknę, że możesz wyjść, jasne?

– Tak jest! – odkrzyknął Ursus.

Drogomir nawet nie musiał go widzieć, by wiedzieć, że w tym momencie niedźwiedź stoi na tylnych łapach i salutuje mu przez zamknięte drzwi, jak do dowódcy garnizonu. Był tego pewien. Westchnął ciężko i przetarł twarz wnętrzem ręki, przypominając sobie, że już parę dni temu miał udać się do golibrody. Może jutro, pomyślał.

 Wyszedł na ganek, było już po południu, a więc jeżeli wszystko poszło zgodnie z przekazanymi mu poleceniami i planem, Pokrzywka powinien zjawić się lada chwila. 

Usiadł na schodach i wyjął niewielką fajkę, którą zawsze miał przy sobie. Kiedyś używał fajki częściej, znacznie częściej. Teraz palił rzadko, bo i głowić się ostatnio nad jakimś problemem nie musiał zbyt długo i często. Tytoń rozjaśniał mu umysł i pomagał rozwiązywać nierozwiązywalne. A przynajmniej tak sobie wmawiał, jednocześnie wiedząc, że to właśnie robi. A gdy i tytoń nie dawał rozwiązania to nabijał inne zioła. Nie rozjaśniały umysłu w żadnej mierze, ale odprężały. Czasem problem był nierozwiązywalny, a wtedy należało pogodzić się z faktem. Z tym ostatnim zawsze najgorzej szło Mistrzowi. Nie znosił nierozwiązywalnych problemów.

Z wewnętrznej kieszeni dubletu wyjął puzderko z tytoniem, nabił główkę, chwycił w dłoń i nakrył drugą ręką. Zamknął oczy. Otworzył je po chwili i spojrzał na fajkę. Patrzył tak długo, kiwając przy tym głową. W końcu schował fajkę, zatykając wcześniej własnoręcznie zrobionym korkiem, tak aby tytoń się nie wysypał. Spojrzał na niebo, gdzie liczne chmury kłębiaste tworzyły fantastyczne kształty.

– Cumulusy – powiedział sam do siebie i uśmiechnął się do wspomnień – Stary Grzyb byłby zadowolony. 

-Mocpanku! – z zamyślenia wyrwał go Pokrzywka, wykrzykujący i wymachujący ręką z daleka. 

Szedł wzdłuż ogrodzenia, szukając furtki, by dostać się na posesję Mistrza. Drogomir zatrzymał go gestem ręki, wskazując by ten został na miejscu. Wstał i nieśpiesznie zaczął schodzić w dół. Idąc ku Pokrzywce patrzył na drzewa owocowe, które posadził kilka lat temu, zaraz po wprowadzeniu się. Dalej nie rodziły owoców. Będąc parę metrów przed ogrodzeniem zatrzymał się przy antonówce i westchnął głęboko.

– Halo! Mocpanku?! – wyrwał go z zamyślenia Pokrzywka – Mom tak stać jak widły w gnoju cy podejdzieciez no tutaj? Mógł Mists chociaz fultke wskazać, to by fatygować się nie musiał az tutaj.

– Owszem, mogłem – uciął Drogomir, który nie miał w zwyczaju zapraszać pospólstwa do Siebie, a co dopiero jeszcze bardziej pospolitego złodziejaszka, szukającego tylko sposobności na wzbogacenie się. Pokrzywka wykonywał czasem dla niego różne zlecenia, ale nigdy nie wpuszczał go nawet za ogrodzenie. Zwykle to Mistrz przychodził do Niego, rzadko na odwrót.

– Wykonałeś, co poleciłem? – zapytał bez ogródek, podchodząc do chłopca.

– A juści, co do jotki – uśmiechnął się od ucha do ucha, wyraźnie zadowolony – A wiadomości takze pzekazane, rycezyk ma psyjść “jak tylko bedzie wolny”.

Dobromir pokiwał głową z dezaprobatą na słowo “rycerzyk”, ale nie skomentował. Pokrzywka miał w zwyczaju tytułować każdego kto miał miecz u boku owym tytułem. Parokrotnie poprawiany przez Mistrza, dalej nie widział różnicy między rycerzem, gwardzistą czy strażą miejską, więc i dalsze upominanie nie miało sensu. Mag zresztą miał wrażenie, że chłopak robi mu specjalnie na złość i celowo używa jednego określenia.

– Rozumiem, więc nie muszę zatem także pytać, czy kupiłeś i to o co prosiłem.

– Ano nie…. Tylko…

– Pokrzywka… – odparł spokojnie zamykając oczy i trąc ręką czoło – ostatnie czego mi teraz trzeba, to Twoje “tylko”.

– Ale będzie Mocpanek zadowolony! – zaoponował szybko – Niech ino popatsy tylko!

Pokrzywka wyjął zza pazuchy malutkie tekturowe pudełko, na którego wierzchu widniał koślawo namalowany, nieprawidłowo anatomicznie odwzorowany, czarny kot. Wysunął wnętrze pudełka niczym miniaturową szufladę i pokazał Mistrzowi, z dumą chwytając w palce jeden mały patyczek z żółtą główką.

– “Ognisty patyk” – zaprezentował z powagą i manierą iście imitująca handlarza, który zachęcał do kupna każdego bubla, jaki tylko można było spieniężyć i wcisnąć ciemnocie.

– Pokrzywka, a chcesz wiedzieć gdzie ci zaraz wetknę ten ognisty patyk? Gdzie jest moje krzesiwo, na które dałem ci pieniądze?

– Ksesiwo to pzezytek! To jest psyslość! – mówiąc to, potarł główkę patyczka o brzeg pudełka. Zielonkawa iskra natychmiast objęła całą główkę dając jasny płomień.

Drogomir początkowo wściekły, teraz przyglądał się zaciekawiony. Wyjął szybko schowaną wcześniej fajkę i skinął na Pokrzywkę, aby ten zapalił tytoń, po czym zaciągnął się potężnie zamykając przy tym oczy. Wypuścił dym nozdrzami i wbił wzrok w Pokrzywkę, marszcząc przy tym brwi.

– Były tylko tlochę dlozse od kzesiwa – wyprzedził pytanie – Ale za to jakie polęcne i sybkie w uzyciu! Sam Mists pzyzna!

– Owszem, przyznaje – Drogomir pokiwał spokojnie głową, po czym zaciagnał się jeszcze raz – A powiedz mi Pokrzywka, ile jest tych patyków w tym pudełku? Jak myślisz na ile wystarczą? Czy zapalają się po zawilgoceniu? I czy naprawdę myślisz, że nie wiem, iż były tańsze od krzesiwa i kupiłeś je tylko po to, by nie zwrócić mi reszty?

– No co tez Mocpanku?! – Pokrzywka uśmiechnął się szelmowsko – Cy ja kiedys…

– Kiedyś – przerwał mu Mag – to Ty się doigrasz Pokrzywka.

Złodziejaszek uśmiechnął się szeroko, pokazując wszystkie zęby w każdej barwie i odcieniu żółci, po czym sięgnął do kieszeni ubrudzonych spodni, z których wyjął cztery grosze. Ostentacyjnie wyciągnął rękę w kierunku Dobromira, aby ten odebrał resztę. Mistrz spojrzał najpierw na pieniądze, potem na Pokrzywkę.

– Oklasków się nie spodziewaj – powiedział Mistrz, odbierając miedziaki.

Chłopiec jednak nie cofnął ręki, dalej stał, energicznie wodząc oczami po niebie.

– Czekasz aż Perun spuści na Ciebie złoty deszcz Pokrzywka?

A może być i miedziany, oby w dużej ilości – nie załapał z początku. Po chwili jednak iskra pomyślunku rozorała jego szare komórki. Wyraźnie zniesmaczony cofnął rękę.

– Hola Mocpanku, a ja pamietam ześ dukata co najmniej obiecywał?

Powiedziałem “może”, a nie “obiecuję” – tym razem to Drogomir uśmiechnął się szelmowsko. Całkiem białe od używanej sody zęby, robiły nawet lepsze wrażenie jak żółty kolor Pokrzywkowych. 

Taki najwyższy stopień szelmowskiego wtajemniczenia, niczym szaty czarodziejów – pomyślał Drogomir. A myśl ta rozbawiła go do reszty. Pokrzywce najwidoczniej nie było do śmiechu, bo naburmuszył się i odwrócił na pięcie, ostentacyjnie pokazując Mistrzowi plecy.

Wiedział jednak, że chłopak nie odejdzie dopóki jest cień szansy że dostanie cokolwiek.

– No już już – udał strapienie Mag – Powiedziałem, że może dostaniesz, a teraz że dostaniesz na pewno, ale jeszcze w jedno miejsce pójść musisz.

– Dobla! – ucieszył się.

– Chwila, chwila. Jeszcze nie wiesz, co dostaniesz. Pieniędzy ci nie dam. Ale zamiast tego trzy razy w tygodniu będziesz mógł pójść na tyły gospody “Pod Lubczykiem”…

– Pójść to ja tam mogę i to zaraz, i bez pozwolenia Mocpanku, tez mi rarytas.

– … i tam dostaniesz zawsze coś porządnego do zjedzenia.

– A pinionsków to ja nie mogę? – zaoponował – Dziecko nie jestem potlafie sam se kupic!

– Potrafisz, owszem, ale do lepszej knajpy jak ta Cię nie wpuszczą. Jedyne wyjście to knajpy mniej porządne. A tam oczy każdemu się świecą jak szczurom. Jak myślisz ile metrów przejdziesz uliczką nim poczujesz żelazo pod żebrami?

Pokrzywka na te słowa chwycił się za bok jak gdyby cała sytuacja miała miejsce właśnie przed chwilą.

– Ano niewiele…

– Więc ustalone Pokrzywka.

– Owsem Mocpanku, owsem – chłopiec uścisnął wyciągniętą w jego kierunku dłoń – Mistzu… a cemu taki Mistz dobly dla mnie?

– Wydaje ci się Pokrzywka, wydaje ci się… – Mistrz zamyślił się na chwilę – A teraz spierdalaj nim się rozmyślę.

 

 

 

Rozdział III

Verum Vagos

 

 Wszystko było tak, jak zapamiętał. Piaszczysta droga, przydrożne trawy, pobliski sad, dom z bielonymi ścianami. I ona. Zgarbiona wśród przydomowych warzywnych grządek, z chustą na głowie i motyką w rękach. Ubrana w giezło i spódnice przepasaną lnianym sznurem wyglądała z oddali nadzwyczaj pospolicie, jak wszystkie chłopki. Ale zwyczajna nie była, nie dla Niego. 

Mimo, iż słońce było w zenicie, a skwar dawał o sobie znać, to po niej nie było widać znaku zmęczenia. Energicznie wygrabiała palcami chwasty, wcześniej rozorujac glebę i podcinając korzenie zbędnych roślin. Wrzucała tak powstały “urobek” do dużego wiklinowego kosza, którego zawartość wysypywała na znajdujący się nieopodal prowizoryczny kompostownik. 

– Jesteś już?! – zakrzyknęła gdy tylko go ujrzała – Stary Sambor cię wygnał?

– Nie… – odpowiedział zdezorientowany, nie pamiętając nawet czy to prawda.

– Oj Dobruś, szczęściem ojciec śpi bo…

– Bo by znowu grzmiał, że zamiast pomagać na roli to przesiaduje u Starego Grzyba, a sam śpi w południe miast pole orać?

– Cichojta bo usłyszy…

– Usłyszy jeśli już się obudził – przerwał jej Dobromir – Kołowaty leży? Bimber znowu za bardzo mu pachniał z rana? – z każdym wypowiadanym słowem czuł jak narasta w nim wściekłość.

– Co w Ciebie wstąpiło?! Źle te wizyty u Sambora ci robią – powiedziała rzucając motykę na ziemię – Chodź lepiej, chłodnik zrobiony. Głodnyś pewnie. Powiesz co Cię dziś Stary uczył?

Otoczyła go ramieniem, prowadząc w stronę domostwa. Powolnym ruchem zdjęła chustę z głowy. Rozrzuciła kruczoczarne włosy na wietrze i uśmiechnęła się.

– Chodź synku, wszystko jest dobrze.

Chciał zaprzeczyć, krzyknąć, że zawsze tak mówi, że wie że jest to tylko fasada. Fasada z piasku, która kruszy się każdej nocy, że słyszy jej płacz i widzi zapuchnięte od łez oczy o poranku. Że nienawidzi za to ojca i nienawidzi też siebie za swoja bezradność.

– Jesteś jeszcze młody, nie zrozumiesz – odpowiedziała pomimo braku pytania - 

Możesz więcej niż myślisz. Wróć, gdy przyjdzie pora, gdy dziecko nauczy starucha, a rozbita całość pogodzi się z losem.

Ostatnie zdanie wypowiedziane nienaturalnym, obcym głosem, metalicznie odbijającym się w pustce, w której nagle się znalazł. 

Upadł na trawę, bezchmurne niebo jarzyło się czerwono od zachodzącego słońca. Drzewa mieniły się witrażem kolorowych liści, tu i ówdzie było widać wiszące jeszcze jabłka i gruszki.

Nad tym wszystkim górowała jedna jabłoń, ogromna antonówka w środku sadu. I Ona tuż obok niej. Odwrócona plecami patrzyła przed siebie. Biała nałęczka na głowie, falowała miarowo na wietrze wraz z ciemnozielona suknią.

Powoli odwróciła się, zsuwając nakrycie głowy. Burza jasnorudych, długich za ramiona loków rozwiała się na wietrze. Spojrzała na niego z wyrzutem, a łzy spływały po jej upstrzonych piegami policzkach.

– Mówiłeś, że mi przejdzie – głos łamał jej się. Dłońmi objęła ramiona krzyżując ręce na piersiach, jak gdyby chciała uspokoić samą siebie. Jak gdyby wiedziała że od Niego nie może niczego oczekiwać – Obiecałeś!

– Halszka ja… 

Nie wiedział co powiedzieć, spuścił wzrok w uczuciu wstydu i pogardy dla samego siebie. Za to co zrobił, za to co jej zrobił. A wystarczyło nie robić nic, dać sobie spokój.

Uniósł głowę, chciał coś powiedzieć, ale jej już nie było. Nie stała pod jabłonią. Wisiała na niej. Gruby, lniany sznur owinięty wokół szyi. I oczy, puste, przekrwione, wpatrzone w niego. Głos w głowie.

– Spójrz, nie odwracaj wzroku. To twoja pycha, jej konsekwencja. Spójrz!

Otworzył oczy. Stara chata, przedmioty falujące niczym zrobione z wosku. Dwie zastygłe postacie po środku, jedna niewyraźna. Druga postać – piękna kobieta o kruczoczarnych prostych włosach. I postać trzecia. Teraz poznaje. Poznaje i patrzy na siebie, ściskającego zabawkę w rączkach. Pluszowego misia. Podchodzi bliżej, klęka tuż przy chłopcu, patrzy na pluszaka. Brunatne futerko, naderwane lewe ucho i ślad po na szybce robionych ściegach na rozpruciu na skos pyszczka. Chłopczyk spogląda na Niego ciemnobłekitnymi oczami.

– On nas nigdy nie opuści, My Jego też nie możemy.

– Wiem…

– Obiecaj!

– Obiecuję…. obiecuję.

 

Koniec

Komentarze

InComo, skoro to nie jest skończone opowiadanie, a tylko część powieści, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Musisz też wiedzieć, że fragmenty nie cieszą się powodzeniem wśród użytkowników tego portalu. Mało kto chce tracić czas na lekturę tekstu, nie mając gwarancji, że kiedykolwiek doczeka się dalszego ciągu. Dlatego lepiej zamieszczać skończone opowiadania, niż ciąć je na kawałki.

Ponadto fragmenty nie wchodzą do grafiku dyżurnych, więc ci nie mają obowiązku ich czytać. Fragmenty nie mogą też być nominowane do piórka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oznaczenie zmienione, z roztargnienia zapomniałem zmienić. Przeprasza za kłopot i dziękuję za czujność. Co do “piórka” to nie mam parcia na nominacje, chciałbym usłyszeć feedback od czytelników, tylko i aż :)

InComa

InComo, dziękuję. To nie był żaden kłopot. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam i jestem ciekawa dalszego ciągu ;-) Napisane lekko i z humorem. Nie każ nam długo czekać InComo ;-)

Super! Lekkie, napisane z polotem. Jest pazur. Czekam na ciąg dalszy :)

Nowa Fantastyka