- Opowiadanie: Geeogrraaf - Incydent w Watykanie

Incydent w Watykanie

OSTRZE­ŻE­NIE: ni­niej­sze opo­wia­da­nie jest po­pra­wio­ną wer­sją opo­wia­da­nia ,,In­cy­dent w Rzy­mie’’. Osoby, które czy­ta­ły ,,In­cy­dent w Rzy­mie’’, znają już za­koń­cze­nie. W tam­tej wer­sji parę frag­men­tów zgrzy­ta­ło mi przy czy­ta­niu, dla­te­go za­ją­łem się po­pra­wie­niem i teraz wsta­wiam nowa wer­sję pod zmie­nio­nym ty­tu­łem (być może ten brzmi le­piej).

 

Bar­dzo dzię­ku­ję wszystkim tym Czytelnikom, którzy komentowali moje opowiadanie.
Dzię­ki ich ko­men­ta­rzom udało mi się ulep­szyć i utworzyć tekst opowiadania ,,Incydent w Watykanie’’.
Kolejne poprawki lub drobne zmiany w tekście: 10-września-2020.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Incydent w Watykanie

Pius XIV szedł słabo oświetlonym korytarzem, czując na plecach spojrzenia świętych. Jakby od wieków śledzili w ten sposób papieży, patrząc ze ściennych malowideł.

Z oddali dobiegł go niepokojący szmer. Coś jakby poruszenie, nerwowe głosy ludzi, szybkie kroki. Pius XIV aż się obejrzał.

Wtem, dwa cienie wyłoniły się z mroku na końcu korytarza. Tupot kroków przybrał na sile. Święci, jakby znudzeni wiekuistym marazmem, jakby poruszyli się w przerażeniu. Ciężkie buty zadudniły i marmurową posadzkę, a pogłos rozszedł się echem wzdłuż korytarza… Zdawało się, że dochodzi z obu stron.

W głowie Piusa XIV zapanował istny po­płoch. „Za­ma­chow­cy!”, pierw­sza myśl, która eks­plo­do­wa­ła. „Jak udało im się minąć stra­że oraz gęsty mo­ni­to­ring? Jak zdo­ła­li do­trzeć aż tutaj?”, pró­bo­wał od­gad­nąć co­kol­wiek, lecz nie był to czas dobry na snu­cie do­my­słów. Gnany trwo­gą, ja­kiej nie­czę­sto do­świad­cza się w życiu, po­ko­ny­wał ko­lej­ne metry fe­ral­ne­go holu, lecz biała su­tan­na – ubiór nie przy­sto­so­wa­ny do biegu – spo­wal­nia­ła jego uciecz­kę.

Zna­lazł się wresz­cie w sali – wy­so­ko i strze­li­ście skle­pio­nej – o pod­ło­dze ufor­mo­wa­nej z kwa­dra­to­wych płyt, prze­mien­nie czar­nych i bia­łych; ta pra­wie lu­strza­na po­sadz­ka jakby po­dwa­ja­ła prze­stron­ność ogrom­ne­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym wy­so­kie ko­lum­ny zda­wa­ły się wy­ra­stać z tafli pod­ło­ża jed­no­cze­śnie do góry i w dół.

Po chwi­li tamte dwie – w czerń odzia­ne po­sta­cie – wy­pa­dły z ko­ry­ta­rza pę­dząc za po­wo­li ucie­ka­ją­cym Bi­sku­pem Rzymu. Ten pró­bo­wał do­trzeć do se­kret­ne­go (jed­ne­go z wielu) przy­ci­sku w ścia­nie, któ­rym uru­cho­mił­by zba­wien­ny alarm przy­wo­łu­ją­cy stra­że.

 

Skry­ty wy­so­ko w cie­niu ob­ser­wa­tor przy­glą­dał się z góry tej prze­ra­ża­ją­cej po­go­ni, która swoim prze­bie­giem przy­po­mi­na­ła koń­ców­kę prze­są­dzo­nej par­tii sza­cho­wej, w któ­rej fi­nal­ny mat jest kwe­stią le­d­wie kilku po­su­nięć. Tam w dole, jakby dwie zło­wro­gie czar­ne wieże pró­bo­wa­ły na skra­ju sza­chow­ni­cy do­paść osa­mot­nio­ne­go bia­łe­go króla.

Na­stęp­ca Świę­te­go Pio­tra po­czuł silny cios za­da­ny przez isto­tę w czer­ni. Od­rzu­co­ny z im­pe­tem za­trzy­mał się do­pie­ro na czar­no-bia­łej po­sadz­ce u pod­sta­wy jed­nej z ko­lumn. Wtedy roz­po­znał ciem­ną po­stać, która przed chwi­lą ru­nę­ła jakby z góry i za­da­ła mu owo po­tęż­ne ude­rze­nie. Chwi­lę póź­niej znik­nę­ła w gę­stwi­nie ko­lumn, po czym pa­pież usły­szał jesz­cze dwa głu­che tąp­nię­cia…

 

Spo­tka­li się już kilka lat temu – w jakże po­dob­nych do obecnych oko­licz­no­ściach. Ten po­nu­ro wy­glą­da­ją­cy przy­bysz, któ­re­go posępne ob­li­cze za­wsze prze­ra­ża­ło każ­de­go na­po­tka­ne­go, wy­cią­gnął teraz ma­syw­ną dłoń odzia­ną w czar­ną skó­rza­ną rę­ka­wi­cę… i po­mógł pa­pie­żo­wi wstać z pod­ło­gi, która – ni­czym zwier­cia­dło – od­bi­ja­ła sy­me­trycz­nie prze­bieg ca­łe­go zaj­ścia.

– Drugi raz ra­tu­je­cie mi życie – po­wie­dział Pius XIV, wi­dząc w ścia­nie ślad po po­ci­sku; do­kład­nie tam, gdzie stał jesz­cze przed chwi­lą. W od­da­le­niu do­strzegł po­nad­to swo­ich dwóch nie­daw­nych prze­śla­dow­ców, le­żą­cych teraz bez przy­tom­ności. W ich karki wbite były strzał­ki, które za­pew­ne zwie­ra­ły silny śro­dek usy­pia­ją­cy. Pius XIV wsta­ł i rozejrzał się wokoło.

– Wy­bacz Ojcze Świę­ty tamto, zbyt mocne ode­pchnię­cie – rze­kła czar­na po­stać, po­tęż­niej­sza niż te dwie, teraz uśpio­ne i leżące na podłodze. – Zdą­ży­łem przy­być w ostat­niej chwi­li. Po­cisk, który tkwi w ścia­nie, praw­do­po­dob­nie na­są­czo­ny był do­dat­ko­wo śmier­tel­ną tru­ci­zną – mówił gro­bo­wo dud­nią­cym gło­sem przy­bysz o oso­bli­wie czar­nym wy­glą­dzie. Pa­pież Pius XIV ważył usły­sza­ne słowa, które stro­pi­ły go zu­peł­nie, a jego wy­ba­wi­ciel, skry­wa­ją­cy się w cie­niu ko­lum­ny, za­mie­rzał jesz­cze prze­ka­zać coś waż­ne­go zanim odej­dzie.

– Ci skry­to­bój­cy byli per­fek­cyj­nie wy­szko­le­ni, atak pla­no­wa­li mie­sią­ca­mi. Śle­dzi­li­śmy ich kry­jów­ki i po­czy­na­nia, a całą szaj­kę tro­pi­li­śmy przez dwa kon­ty­nen­ty. Tym razem za­mach udało się szczę­śli­wie uda­rem­nić, ale kto wie, z ja­ki­mi nie­bez­pie­czeń­stwa­mi przyj­dzie wam się jesz­cze zmie­rzyć – tłu­ma­czył rze­czo­wo po­nu­rym gło­sem ten mrocz­nie wy­glą­da­ją­cy osob­nik. – Nie­ba­wem przyj­dą ko­lej­ni, jesz­cze bar­dziej nie­bez­piecz­ni i umie­jęt­niej zor­ga­ni­zo­wa­ni, któ­rzy pew­nie już teraz snują dal­sze i nik­czem­niej­sze plany. Dla­te­go radzę po­tro­ić stra­że i przy­go­to­wać się na ude­rze­nie nie­zna­ne­go wroga.

Do sali po­dwo­jo­nej lu­strza­nym re­flek­sem prze­ni­ka­ło przez wi­tra­że po­po­łu­dnio­we słoń­ce. Je­go­mość spo­wi­ty czer­nią, któ­re­go nie­zwy­kły wi­ze­ru­nek su­ge­ro­wał jego po­cho­dze­nie jak gdyby z pod­ziem­nych krain, nadal ostrze­gał Bi­sku­pa w Bia­łej Sza­cie przed nie­po­ję­ty­mi nie­bez­pie­czeń­stwa­mi. Na ko­niec prze­ka­zał mu jesz­cze pewne – z wiel­kim tru­dem zdo­by­te – do­ku­men­ty i se­kret­ne pro­jek­ty.

– Do­ce­niam wszyst­kie prze­stro­gi i dzię­ku­ję, że po­now­ne wy­ra­to­wa­li­ście mnie z opre­sji – od­parł Pro­boszcz Świa­ta, przyj­mu­jąc ofia­ro­wa­ne zwoje i za­pew­nia­jąc jesz­cze na ko­niec o wzmoc­nie­niu ochro­ny. Widać było, że emo­cje mi­nio­nych wy­da­rzeń opa­da­ły.

– Szko­da, że oko­licz­no­ści nie po­zwa­la­ją nam dłu­żej po­roz­ma­wiać – mówił już spo­koj­niej Pius XIV – pro­szę zatem po po­wro­cie do Go­tham City po­zdro­wić pana Al­fre­da… panie Wayne. Me­cha­nizm z tej apa­ra­tu­ry, o któ­rej roz­ma­wia­łem z nim ostat­nio, na­le­ży…

Prze­rwał na chwi­lę wy­po­wiedź, by prze­gląd­nąć z za­do­wo­le­niem otrzy­ma­ną do­ku­men­ta­cję. Lecz zaraz potem spo­strzegł zdu­mio­ny, że zo­stał sam.

,,Takim na­głym zni­ka­niem iry­tu­je pew­nie nie­jed­ne­go”, przy­tak­nął swoim my­ślom, gdy przy­wo­ły­wał alar­mem stra­że by poj­ma­li dwóch nie­przy­tom­nych za­ma­chow­ców.

Koniec

Komentarze

twarz jego lękiem się ściągnę

Co do używania inwersji mam mieszane uczucia. Zdaje mi się, że jeśli już się na nie decydujemy, to powinny być w miarę równomiernie rozrzucone po tekście, by nadawać mu taki “staroświecki” styl w całości. Ale to tylko moje subiektywne odczucie.

Pius XIII

Swoją drogą, to już taki antypapież był ;)

Pius XIII w głowie miał teraz istny popłoch.

Może: W głowie Piusa XIII zapanował istny popłoch? Byłoby bardziej dynamicznie.

 

Rozbudowane porównanie pogoni do partii szachów bardzo mi się spodobało.

 

w jakże podobnych do tutejszych okolicznościach.

obecnych?

 

Ten ponuro wyglądający przybysz, którego czarne oblicze zawsze przerażało każdego napotkanego, wyciągnął teraz masywną dłoń odzianą w czarną skórzaną rękawicę…

Bliskie powtórzenie. Ogólnie odniosłem wrażenie, że za często wspominasz o czerni.

powiedział Pius XIII widząc w ścianie ślad po pocisku;

Brakujący przecinek przed “widząc”

które stropiły go zupełnie,

Literówka: strapiły

 

Nie powiem, zakończenie zaskakujące.

Pozdrawiam :)

Czytałem to w poprzedniej wersji i muszę napisać, że jest zdecydowanie lepiej. Choć samo opowiadanie niespecjalnie mi się podoba. Ale widać, że wziąłeś sobie do serca rady, więc próbuj dalej i pisz ;}

Known some call is air am

Przeczytałam i nie pojęłam. Potem sprawdziłam, co to takiego Go­tham City, a przy okazji dowiedziałam się, kim są AlfredWayne. Teraz rzecz złożyła się w zrozumiałą całość. ;)

 

ru­nę­ła jakby z góry i za­da­ła mu owe po­tęż­ne ude­rze­nie. ―> …ru­nę­ła jakby z góry i za­da­ła mu owo po­tęż­ne ude­rze­nie.

Tu znajdziesz odmianę słowa ów: https://pl.wiktionary.org/wiki/%C3%B3w

 

dwóch nie­daw­nych prze­śla­dow­ców, le­żą­cych teraz nie­przy­tom­nie. ―> Ktoś może być nieprzytomny, ale czy nieprzytomne może być leżenie?

Proponuję: …dwóch nie­daw­nych prze­śla­dow­ców, le­żą­cych teraz bez przytomności.

 

Pius XIII sta­nął na nogi i cze­kał na słowa tej mrocz­nej isto­ty. ―> Czy istniała możliwość, aby papież stanął inaczej, nie na nogi?

Może wystarczy: Pius XIII wstał i cze­kał na słowa tej mrocz­nej isto­ty.

 

teraz uśpio­ne i za­le­ga­ją­ce pod­ło­gę. ―> …teraz uśpio­ne i leżące na pod­ło­dze.

Za SJP PWN: zalec, zalegnąćzalegać 1. «o dużej ilości czegoś lub o wielu osobach: wypełnić sobą jakąś przestrzeń lub jakieś miejsce» 2. «niepotrzebnie zajmować miejsce»

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hm, czyli to był Batman. Wpadłam pod wcześniejszą wersją, ale jakoś nie pojęłam, teraz już widzę jasno i wyraźnie. Przyjemny szorciak, dostrzegam i doceniam zmiany.smiley

GhostWriter, Outta Sewer, regulatorzy, oidrin – dziękuję Wam za miłe komentarze i obszerne listy cennych spostrzeżeń. Poczekam jeszcze do wieczora, i naniosę poprawki do tekstu. Pozdrawiam

GhostWriter – poprawiłem tekst według Twoich uwag. Dziękuję za tę uwagę o Piusie XIII. Zamysłem moim było osadzenie fabuły w niedalekiej przyszłość. Opowiadanie nie ma związku z prawdziwą postacią Piusa XIII. A więc, aby uniknąć nieporozumień, zmieniłem na Pius XIV.

Sprawdziłem, że obie formy – stropić i strapić – są poprawne. Zastanowię się, która tu lepiej pasuje.

Dziękuję też za uwagę o stosowaniu inwersji. Bardzo się przyda, lecz tutaj muszę powoli przeczytać tekst i zastanowić się, gdzie zastosować inwersję. Raz jeszcze dziękuję za pomoc i pozdrawiam.

regulatorzy – poprawki według Twoich uwag wprowadziłem do tekstu. Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Pozdrawiam.

Bardzo proszę, Geeogrraafie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Geeogrraafie, zwykle to pierwsze akapity decydują o tym, czy czytelnik dotrwa do końca, czy porzuci lekturę. U Ciebie te pierwsze akapity nie robią roboty, pozwól więc, że tylko na nich się skupię.

 

Było późne popołudnie, kiedy Pius XIV wracał do swojego gabinetu. Szedł słabo oświetlonym korytarzem, którego ściany przez wieki ozdabiano wizerunkami Świętych.

Zaczynasz nie najlepiej.

Pierwsze słowo to “było”… chyba najbardziej bezpłciowy czasownik, jaki istnieje, może jedynie “miał” może się z nim równać.

Dalej masz dwa zdania, które po części powtarzają ten sam komunikat: “wracał” i “szedł”.

 

A można by zacząć tak:

Piłus XIV szedł słabo oświetlonym korytarzem, czując na plecach spojrzenia świętych. Od wieków śledzili w ten sposób papieży, patrząc ze ściennych malowideł.

 

Zwierzchnik Kościoła obejrzał się, bo naraz usłyszał jakiś szmer. Czyżby czyjeś kroki lub niepokojące poruszenie gdzieś daleko za nim?

“Bo naraz “– bardzo nieładna zlepka, do tego niepotrzebne wyjaśnienie i opowiadanie.

“Zwierzchnik Kościoła” – niepotrzebna formalność. Każdy wie, kim jest papież. Śmiało można tu użyć podmiotu domyślnego.

 

Postarajmy się więc kontynuować w tym samym stylu, co pierwsze dwa zdania:

Z oddali dobiegł go niepokojący szmer. Coś jakby poruszenie, nerwowe głosy ludzi, szybkie kroki. Piłus aż się obejrzał.

 

Wtem twarz jego lękiem się ściągnęła, bo oto wzrokiem wyłowił z mroku dwa cienie na końcu korytarza. Ta ograniczona przestrzeń musiała wzmagać wszelkie obawy osaczenia – tym bardziej, że agresywny zryw dwóch nieznajomych w kierunku papieża wyraźnie sugerował ich zamiary.

Tutaj nagle zaczynasz archaizować. Czym, podobnie jak mnóstwem niepotrzebnych słów, zupełnie dewastujesz nastrój grozy, który próbujesz budować.

Jak chcesz mieć grozę, to nie objaśniaj, nie tłumacz, nie wnikaj w szczegóły… zamiast tego siedź w głowie papieża i atakuj ją mrocznymi bodźcami. Nie wyłaź z niej. To nie czas na filozofię.

 

Jak mogłoby to wyglądać?

Dwa cienie wyłoniły się z mroku na końcu korytarza. Tupot kroków przybrał na sile. Święci, znudzeni wiekuistym marazmem, jakby poruszyli się w przerażeniu. Ciężkie buty zadudniły i marmurową posadzkę, a pogłos rozszedł się echem wzdłuż korytarza… Zdawało się, że dochodzi z obu stron.

 

Myślę, że tych kilka przykładów wystarczy, byś poczuł, w czym rzecz. Próbuj dalej.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko – dziękuję za bardzo cenne przykłady i porady. W takim stylu jak podałeś właśnie chciałem – i próbowałem – napisać, ale opowiadanie wyszło (niestety) tak jak widać. Jeszcze raz dziękuję i niebawem zabiorę się za poprawianie według Twoich przykładów. Pozdrawiam. Geeogrraaf

Też się przyczepię do twarzy jego lękiem ściągniętej. Zaliczyłam tu spore potknięcie w trakcie czytania. Ten szyk i styl tak nie pasują do otaczającej to zdanie narracji, że aż boli. Dla mnie to znaczy, że nie należy mieszać w ten sposób stylów – lepiej się zdecydować na jeden i stosować konsekwentnie. 

 

Mam pytanie – co to miało być? Bo jak dla mnie wygląda na zajawkę czegoś konkretniejszego. Pobudziłeś nieco ciekawość i koniec. 

Jeśli chodzi o stronę warsztatową scenki, to poza wspomnianym pomieszaniem stylów, nieco przeszkadzały mi powtórzenia lustrzanych odbić itp. Nie liczyłam, ale nawet jeśli to było wspomniane tylko dwa razy, to w tak krótkim tekście raziły mnie w oczy. Za dużo tego typu detali, by oddać klimat grozy, który by tu dobrze pasował.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca – dziękuję za przeczytania i komentarz do opowiadania. Twoje wskazówki bardzo się przydadzą. Połączę je ze wskazówkami poprzednich osób i niebawem poprawię cały tekst.

 

Pytałaś w komentarzu: … co to miało być? Bo jak dla mnie wygląda na zajawkę czegoś konkretniejszego. Pobudziłeś nieco ciekawość i koniec.

 

Zamierzałem opisać jedną, krótką przygodę/misję znanego (z tv, z kina, z komiksów) bohatera. Chciałem aby akcja rozgrywała się poza Gotham i aby czytelnik dopiero pod koniec opowiadania dowiedział się kim jest wybawiciel. Pozdrawiam

Mroczny rycerz ratuje papieża. Prawdę mówiąc aż do końcówki myślałem, że to szatan ratuje papieża i ten koncept wydał mi się zabawniejszy. :) Poza tym: czy Batman jest katolikiem, skoro zwraca się do biskupa Rzymu "Ojcze Święty"?

Marcin Robert – dzięki za przeczytanie i komentarz. Miło słyszeć, udało mi się utrzymać w tajemnicy informacje o postaci aż do końca opowiadania.

Jeśli chodzi religijność Bruce’a Wayne’a, to przypuszczam – z uwagi na jego motywacje i raczej słuszne intencje– że jest wierzący :) Ale dokładnie nie wiem, jak autorzy komiksów i filmów odnoszą się do tego tematu. Pozdrawiam. geeogrraaf

Hmmm. Albo czegoś nie załapałam, albo czegoś tu brakuje.

OK, batman ratuje papieża. Ale przed kim? Dlaczego akurat Batman, a nie Spiderman? Przypadkowo wyrywasz jakiegoś superbohatera i każesz mu coś zrobić. Ale po co? Co by się stało, gdyby nie uratował? I jak napastnicy się tam dostali? Ja tu widzę dopisany do licznych przygód epizodzik, z którego niewiele wynika.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Może lepszy byłby Daredevil, w którego kreacji (od pewnego momentu) fakt, że jest katolikiem i ma głębokie poczucie własnej grzeszności, ma duże znaczenie :) 

A tekst, owszem, fanfikowy z natury, ale pokazuje, że autor chce wyciągać wnioski i pracować nad opowiadaniami, żeby były coraz lepsze, IMHO to świetnie. 

Daredevila w ogóle nie znam, więc Ci nie powiem…

Babska logika rządzi!

Daredevil rzeczywiście pasowałby lepiej. Ale jego teren działań to Hells Kitchen i w Watykanie raczej nie zawitałby.

Known some call is air am

Nowa Fantastyka