- Opowiadanie: Zielonka - Zaułek Snu

Zaułek Snu

Witajcie! Przed Wami “Zaułek snu”, który pojawił się tu już kiedyś w skróconej, mniej dopracowanej formie. Mój palimpsest, można rzec. 

Być może niektórym z Was przypadnie do gustu. Zamieszczona treść stanowi całość. Z otagowania można się domyślić, iż jest to absurdalna opowieść o miłości w historii alternatywnej, z pętlą czasową jako istotnym nakręcaczem akcji. 

Wszelkie uwagi mile widziane.  

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zaułek Snu

Rozdział 1.

Piosenka dla pechowca

 

 

"Głośniej, panie! Czas na show."

 

Tamtego feralnego dnia, gdy zaczęła się oficjalnie cała ta historia, Tadeusz odkrył, że rozpoznanie i utrwalenie tego, co niesie nam wyobraźnia jest coraz trudniejsze. Padała wczesnojesienna plucha z deszczu, kasztanów i liści, a pies sąsiadów cicho zawodził. Tadeusz właśnie układał puzzle – szmaragdowe morze. Krople słonej wody ściekały mu po palcach. Mężczyzna patrzył na to zdumiony. Zapewne zjadł coś niestrawnego, i teraz odczuwał skutek. Najszybciej, jak się da, składał ze sobą fragmenty puzzli, aby zapobiec potopowi – gdy poraziła go „wizja” kolejnego pomysłu na życie.

Tym razem ujrzał siebie jako właściciela galerii obrazów twórców nigdy nieodkrytych. Myśl, tak jak się niespodziewanie pojawiła, błyskawicznie znikła. Chociaż należał do niepoprawnych marzycieli, Tadeusz był również człowiekiem o zdroworozsądkowym sposobie myślenia. Mówiąc inaczej: „mierzył siły na zamiary”.

Mieszkanie mężczyzny wypełniały puzzle wszelakiego rodzaju, małe zagadki, w tym trójwymiarowe modele, poczynając od koloseum i Big Bena, po diabelskie młyny. Te ostatnie brzęczały cicho niczym pszczoły. Gdyby tylko mogły, rozkręciłyby się na całego, powodując huragan. 

– Tak, to pewnie przez tą starą mrożoną pizzę. Już się bałem, że mi odbija. – pomyślał Tadeusz.

Różnorodność “zabawek” znajdujących się w mieszkaniu odpowiadała różnorodności światów zainteresowań Tadeusza, który zgadzał się w pełni z Terrym Pratchett'em, co do właściwości pierwiastków, czy molekuł idei trafiającym się twórcom zbyt rzadko lub zbyt często. Co do niego, jego umysł był nimi wręcz zmasakrowany.

 

Obecnie spośród kilkudziesięciu pomysłów miał do wyboru między innymi dwa, które najbardziej przypadły mu do gustu. Mianowicie: zostać scenarzystą i reżyserem wybitnego horroru, albo udostępnić swoje wiersze pewnej niezbyt wybitnej grupie popowo – rockowej, jako teksty piosenek. Horror miał być kontynuacją pewnego klasyka – „W paszczy szaleństwa” – Johna Carpentera. Pierwotny film nie był być może arcydziełem, ale w głowie Tadeusza utknęło na wiele lat tych kilka scen, które sprawiły, że zapragnął happy endu dla tej całej historii. Zespół muzyczny zaś nazywał się "Hermes", niczym dawny posłaniec bogów niosący ze sobą molekuły życiowego potencjału jako wiadomości od siły wyższej. Albo jak pobliska poczta kwiatowa lub zakład pogrzebowy.

Coś niezwykłego było w naiwności tych młodych ludzi. Mięli zaledwie ukończone osiemnaście lat i spostrzegali świat jeszcze z perspektywy szczytnych ideałów, na podstawie których opierały się ich marzenia i roszczenia do świata. Zdecydowali się na jego teksty, gdyż zapragnęli "swoim śpiewem połączyć światy, a jego teksty są najlepsze". Brzmiało to wyjątkowo banalnie. Z ich dalszej przemowy, w której między innymi padło słowo „necroperformance”, nie zrozumiał nic, więc może to on jest naiwny? Do zespołu oraz do jego tekstów nie pasował jakoś temat Wielkiej Wojnyii. Ponieważ poczuł, że życie robi się niespodziewanie nad wyraz poważne, zrobił w tym momencie, to co potrafił najlepiej, aby odreagować poczucie swojej wewnętrznej niespójności: poszedł poszukać towarzystwa i napić się, chociaż obecnie nie był miłośnikiem trunków. Ciągnęło go jednak do ludzi.

 

*

 

Będąc już w pubie o wdzięcznej nazwie „Stąd do wieczności”, Tadeusz przypomniał sobie o długo oczekiwanym zaćmieniu słońca, które przegapił, następnie o złośliwie wystawionej stopie kolegi, a raczej Schadenfreude, któremu nie przeszkadzało okazać Tadeuszowi współczucia, a następnie spróbować zepchnąć go ze schodów. Wspomnienia te z jakiegoś powodu przykuły jego uwagę. Do tego stopnia, że był w stanie podać liczbę schodów, z których spadł. Knajpka o tej porze wyjątkowo świeciła pustkami, więc Tadeusz bez problemu znalazł sobie miejsce. W bliżej niezidentyfikowanym momencie przysiadł się do stolika Tadeusza, jak gdyby nigdy nic, facet o imieniu Jonasz, jak się później okazało, Jonek dla bliskich. Tadeusz go nie znał, jednakże będąc przyzwyczajonym do nagabywania przez różnych obcych ludzi, nie był tym zdziwiony. Nie on jeden szukał dzisiejszego wieczoru towarzystwa drugiego człowieka. Gdy usłyszał, jak tamten ma na imię, mimo woli pomyślał, że jednak zna, i go nie zna jednocześnie. Przypomniał sobie też o swoim własnym nazwisku: Nieboga, synonimie pechowca. W szkole dla odmiany wołali go "Moby Dick". A teraz siedzą tu we dwóch: Jonasz i Wieloryb.

 

Tadeusz, przy wzroście metr osiemdziesiąt pięć był dosyć korpulentnym mężczyzną, co w jego przypadku nie przeszkadzało. Charakteryzowały go melancholijne spojrzenie i rude, gdzieniegdzie z nitką siwizny, kręcone włosy. Kiedy szedł zwykle szarą ulicą, rudzielec z daleka przyciągał spojrzenia pań. Nie zdawał sobie nawet z tego sprawy, gdyż był krótkowidzem, a zapomniane okulary zostawały zwykle na stole, parapecie, czy innym miejscu, przy którym ostatnio ich właściciel czytał, lub pisał.

Jonasz zaś był wyjątkowo chudy i, w tym przypadku należałoby stwierdzić, nie tyle wysoki, co długi, jak Tadeusz. Przypominał wręcz siwy dym, z którego utkano człowieka. Jedynie jego włosy znaczyły się płomieniem czerni. Również oczy, wpierw jakby łagodnie zdziwione, okazywały się bystre , a mamiący spokój łudzącej szarości nie tyle zasłaniał, co odsłaniał pewnego rodzaju drapieżność charakteru. W tym momencie Jonasz wydawał się być lekko wstawiony. Być może wypił wcześniej jakiegoś drinka przy barze.

 

– Ludziom zwykle wydaje się, że gdyby, a nawet na pewno, znalazłby się chętny reżyser na film o ich życiu, to film ten byłby okraszony wspaniałą ścieżką dźwiękową. Nie byłoby tam nawet chwili ciszy. Zaś w moim "filmie" cisza jest głównym składnikiem, od bezruchu i pustki, po elektryczne drgania, tak silne, że zdają się grozić niemal śmiercią. Myśli i emocje. Cisza. Emocje i myśli – mówił mieszając łyżeczką herbatę w białej porcelanowej filiżance przyniesionej przez kelnera. Ciepły opar znad naczynia wił się wąskim wężowym pasmem. Paradoksalnie w piwnym pubie zamiast alkoholem pachniało bergamotką. Wszelkie inne zapachy przestały istnieć, tak jak i czas. Po chwili Jonasz kontynuował:

– Takich filiżanek już nie robią. Ostatnią widziałem w 1984 roku. W ukochanym roku Georga Orwella. A może w roku powstania Pętli Numer 384X7X. Właściwie tylko jej resztki. I wiesz co, jako pisarz mogę powiedzieć … – Zamyślił się, urywając wypowiedź wpół i tak już niezrozumiałego zdania.

Tadeusz, dla podtrzymania konwersacji, a także z potrzeby podzielenia się z kimś swoimi zmartwieniami zaczął opowiadać treść swojego przyszłego filmu. Sam był zdziwiony swoim zachowaniem, gdyż zwykle pomysły trzymał w ścisłej tajemnicy. W odpowiedzi na to usłyszał od Jonasza tylko, że taki horror już nakręcono, i to na podstawie powieści „W paszczy szaleństwa”.

– „Może i tak” – odpowiedział Tadeusz szczegółowo obeznany z tą tematyką, i pomyślał po chwili z ulgą: przynajmniej nie będę kopiował cudzego dzieła.

W myślach zdecydował się na „Hermesa”, gdyż z czegoś przecież trzeba żyć. Do tego był pod wrażeniem entuzjazmu oraz wiary w możliwość powodzenia u młodych członków zespołu, a także ich oddania sprawie. Oni naprawdę chcieli to zrobić. Sam nie wiedział dlaczego mówi to wszystko Jonaszowi. Przecież tamten nawet nie ciągnął go za język. Po dłuższej chwili do mężczyzny dopiero dotarło, że jego kompan siedzi z filiżanką herbaty. On sam zaś sączył powoli pieniste ciemne piwo.

 

Nagle w sali wybuchło małe zamieszanie. Jeden z klientów domagał się kolejnego drinka, nie płacąc przy tym za poprzednie. Sądząc po zachowaniu miał już o kilka promili za dużo we krwi. Barman, bynajmniej nie dając się zastraszyć, czekał spokojnie, aż ten się uspokoi. Jak było wiadomo stałym bywalcom, za ladą trzymał kij bejsbolowy, w zwykłych okolicznościach niemile widziany, jednak od czasu pewnej awantury nawet policjanci przymykali na niego oko. Klienci wiedzieli, że mogą czuć się tu bezpiecznie. Tak naprawdę nikt jeszcze od barmana nie oberwał.

Obaj mężczyźni jednakże w ogóle nie zwrócili uwagi na powstałe zamieszanie. Wpatrywali się intensywnie w pojawiającą się w drzwiach Ewę, podobnie zresztą, jak większość pozostałych w pubie mężczyzn. Drobnej budowy blondynka o piwnych oczach, jak pamiętał Tadeusz, często zmieniała swój „image” od koloru włosów poczynając. W tej chwili ubrana była w elegancką czerń ze złotymi dodatkami. Przyszła w towarzystwie dwóch bliźniaczo podobnych przyjaciółek, które dla odmiany były ubrane w ekstrawaganckie srebrne sukienki. Hanna i Lukrecja, również dobrze znane Tadeuszowi. Jonasz także się im uważnie przyglądał. Zniknęła gdzieś nawet jego senność i obojętność na otoczenie.

Jednemu i drugiemu mężczyźnie błyszczały oczy w momencie pojawienia się kobiet, chociaż każdemu z innego powodu. Tadeuszowi ze wzruszenia na widok starej przyjaciółki, a być może kogoś bliższego. W tej chwili miał niestety obawę, że Ewa może go nie pamięta, albo może najzwyczajniej w świecie nie chcieć go pamiętać. W końcu minęło już dwanaście długich lat, odkąd widzieli się po raz ostatni.

– Czy Ewa w ogóle podejdzie? – zastanawiał się Tadeusz. Towarzystwo Hanny i Lukrecji nie ułatwiało sprawy.

Jonasz powiedział tylko, bardziej do siebie, niż do nowo poznanego towarzysza: “A oto idzie jego Muza”. Wydawało się, jakby odczarowany tymi słowami czas nagle ruszył z miejsca.

– Jednak idea nie bierze się znikąd – to była mimowolna myśl Tadeusza oraz następna: może horror to byłby jednak błąd. Myśli te będące reminiscencją odbytej rozmowy, miały go oddzielić od tej o to niebywałej sytuacji, oraz tego, co naprawdę chciał pomyśleć. Słowa oraz powiązane z nimi olbrzymie emocje, które starannie ukrywał za maską twarzy wstrząsały, niczym trzęsienie ziemi, jego jestestwem.

– Jest tutaj. Tak po prostu. Jakby nigdy nie przestała istnieć, nie zniknęła. Co to ma być, do cholery. Nawet są tu te dwie harpie w swoich srebrnych opakowaniach najwidoczniej robiące za jej ochronę. Ona się boi… Dobre sobie. – pomyślał.

Mimo tego, że nic nie rzekł na głos, miał wrażenie, że zarówno Ewa, która właśnie odwzajemniła spojrzenie Tadeusza, jak i Jonasz, chłoną każde słowo jego myśli, i że istnieje dziwne napięcie pomiędzy nimi, każące przypuszczać, że się znają. Po karku mimo woli zaczął spływać mu zimny pot, a przecież we wnętrzu panował upał.

 

W radiu brzęczały słowa znanej piosenki "Ona jest stworzona do krzyku". Tadeusz oszołomiony niezwyczajnością tego spotkania, zrzucił swoje odczucia na wypity alkohol. Horror będący ideą w jego głowie, którego obrazy odżyły pod wpływem obecności Jonasza, zszarzały następnie nieco i przygasły w obecności Ewy.

– Tak jak wszystko inne, w momentach, kiedy ją spotykam – pomyślał. Zresztą trudno, aby było inaczej. Tadeusz wyraźnie czuł na sobie świdrujące spojrzenia pełne zazdrości pozostałych mężczyzn. Te trzy kobiety, które przed chwilą weszły do pubu były niewątpliwie zjawiskowe.

– Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przez tą jej zjawiskowość znowu jej wszystko zapomnę i wybaczę. – Umysł Tadeusza powędrował w kierunku wspomnień. Dopiero dużo później powróciło do niego wrażenie dziwaczności i nieadekwatności tego spotkania.

Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, właśnie trwała burza. Tadeuszowi wydawało się, że Ewa jaśnieje, światłem o wiele starszym od wszelkich błyskawic, a także, że była w jego życiu od zawsze. Nie dostrzegał jej do tej pory z prostego powodu: jej obecność go oślepiała. Świeciła światłem pierwotnym, bynajmniej nie będącym cudzym odbiciem. Być może myśli te naszły go pod wpływem wypitego alkoholu. Przypomniał sobie, że właśnie to na widok Ewy pierwszy raz od lat chciał się przyjrzeć kobiecie z bliska, na trzeźwo. Konkretnie właśnie tej kobiecie. Imię oraz jej nazwisko znał doskonale. Nazywała się Ewa Rose. Gdy to po raz pierwszy usłyszał, roześmiał się serdecznie. Rzeczywiście, mogłaby być samą Ewą, jak i różą w rajskim ogrodzie. Słowa te wypowiedział kiedyś jego dziadek do babci. Przymilał się do niej w ten sposób w tak zwane "ciche dni".

*

Następnego dnia znowu się spotkali. Tadeusz wstał specjalnie wcześniej, aby dotrzeć w pobliże kawiarni, w której, jak już zdążył odkryć, Ewa często bywała o poranku. Miał szczęście. Przyszła. I to bez towarzystwa. Teraz jego zadaniem było sprawić, aby uwierzyła w przypadkowe spotkanie. Pytanie, czy tak naprawdę go jeszcze pamięta z tamtych lat. Lat prawdziwej bliskości. W każdym razie uzyskał pożądany efekt zaskoczenia. Kobieta wydawała się rzeczywiście zdumiona, gdy się z nią witał.

– Pamiętasz mnie jeszcze? – zapytali jednocześnie Ewa i Tadeusz, pomimo wczorajszego spotkania. Serce Tadeusza podskoczyło radośnie.

– Oczywiście, że tak. Jakbym mógł zapomnieć? Gdzie się podziewałaś tyle lat. Jak mogłaś mnie tak … – Tadeusz poczuł, że się mocno czerwieni i zrobiło mu się nieznośnie gorąco. Mogłaby powiedzieć równie dobrze, jak on mógł. Pamiętał wciąż swoją miłość do niej. Dlatego specjalnie przyszedł, aby móc choć przez chwilę mieć ją dla siebie, aby wyjaśnić, zrozumieć to coś, co się między nimi stało, a przecież było to tak dawno temu. Było bezsensowne wracanie wciąż do tego. Tadeusz uświadomił sobie, że całe dwanaście lat czekał na dziś, na to spotkanie. Do teraz pamiętał nagłą niepamięć, jaka ogarnęła jego otoczenie. Nikt z bliskich i znajomych od tamtego czasu nie wspominał o Ewie. Jakby nigdy nie istniała. To było wręcz przerażające. W tamtym czasie, przed swoim zniknięciem, Ewa była rozchwytywaną malarką. Jej obrazy przyciągały i magnetyzowały wielu ludzi. Jeden z nich wciąż tkwił na ścianie sypialni Tadeusza jako jedyny dowód na to, że istniała. Co ciekawe, wszyscy poza nim omijali go wzrokiem, jakby patrzenie na niego sprawiało im jakąś trudność. Rzeczywiście, wisi tam obraz, mówili przyznając mu rację, ale mężczyzna miał wrażenie, że obraz – i Ewa tym bardziej – godzi w ich poczucie realności. Przy okazji takich rozmów zawsze czekał tylko na to, aby usłyszeć, że jest niepoczytalny. Co, jakimś sposobem, nigdy nie następowało. Zapadała jedynie wyjątkowo krępująca cisza. Sam obraz zaś był zatytułowany „W uliczce snu”. Ewa bezceremonialnie powiesiła go tuż przed swoim zniknięciem. Powiedziała jedynie: Oby doprowadził cię do najwspanialszych marzeń sennych. Odeszła tydzień później. Wtedy to Tadeusz napisał swoje najlepsze utwory. Wreszcie był kimś. Przynajmniej w swoich oczach. Ewa jednak milczała. Przez pewien czas doprowadzało go to do szaleństwa. Przynajmniej na początku. Miewał czasami narzeczone, raz nawet się ożenił. To właśnie jego żona – Małgorzata – pierwsza i ostatnia zadała pytanie, co znajduje się na obrazie. Potem odeszła zabierając ze sobą ich kota o niewdzięcznym imieniu Behemot. Teraz kolejny raz był sam.

 

Dobrą chwilę zajęło mu wydobycie z siebie głosu, gdyż mimowolnie rozbolało go zaciśnięte ze wzruszenia gardło. Miał tylko nadzieję, że Ewa tego nie zauważyła.

– Widzisz, chciałbym wyjaśnić to całe twoje zniknięcie, milczenie i niepamięć wszystkich wokół. Przecież istniejesz. Wiem, że odeszłaś z mojego powodu, tak sądzę, ale mogłaś chociaż dać znać, czy wszystko w porządku. – Powiedzenie tych kilku niezdarnych słów stanowiło dla niego prawdziwą torturę. Jednakże udało mu się zadać wreszcie to najważniejsze dla niego pytanie:

– Kim ty jesteś, Ewo Rose? Pamiętam dziwne rzeczy i śnię dziwne sny, i skądś wiem, że to wszystko się wydarzyło. Kim jesteś? – zapytał drugi raz. Ewa patrzyła na niego z zagadkowym uśmiechem.

– Jestem tylko twoją Muzą – odpowiedziała. Nie tego spodziewał się Tadeusz. Weszli w milczeniu do kawiarni. Nie wiadomo skąd pojawił się kelner, i nie wiadomo kto złożył zamówienie. Między Ewą i Tadeuszem panowała cisza, tylko radio w tle brzęczało nadając wiadomości. Na stole między nimi stały talerzyki z croissantami z czekoladą i kawa zbożowa. Tadeusz poczuł głód.

– Jest prawie idealnie – pomyślał.

Nowy klient znalazł się we wnętrzu kawiarni.

– Dzień Dobry. Poproszę cztery brioszki na wynos i dużą kawę z mlekiem. – Złożył szybko zamówienie. Tadeusz poczuł, jak kontakt psychiczny z Ewą nagle się urywa, chociaż nawet nie drgnęła i dalej wpatrywała mu się w oczy. Dotarło do niego, że dzieje się coś ważnego, chociaż niezauważalnego dla niego.

– Witam, cześć. – Przywitał się Jonasz. – Miło was znowu widzieć.

– Dzień Dobry. – odpowiedzieli jednocześnie Ewa i Tadeusz.

– Nie sądziłam, że lubisz brioszki. – dodała Ewa.

– A jednak. Znają się – pomyślał Tadeusz.

– Hm, jednak mam przed tobą jakąś tajemnicę. – Jonasz wyszczerzył się groteskowo w parodii uśmiechu.

– Oj zdziwiłbyś się. Niejedną z twych tajemnic rozgryzam ze zdumieniem. – powiedziała Ewa zupełnie poważnym tonem.

Tadeuszowi przyszło na myśl: Co ja tu robię?

Ewa i Jonasz odwrócili się do niego w tym momencie jak dwa gończe psy. Po chwili się uspokoił. Postanowił wyjść i zapalić. Ku jego zaskoczeniu, dołączyła do niego Ewa, nie Jonasz.

– Nie wiedziałem, że palisz. – rzucił bez przekonania, po chwili zaciągając się dymem.

– Bo nie palę. – Uśmiechnęła się Ewa. – Chciałabym się właściwie już pożegnać.

– Ledwo co się zobaczyliśmy. – powiedział Tadeusz – To znaczy chciałem powiedzieć, czy zobaczymy się znowu?

– Zobaczymy się. – odpowiedziała.

– Wtedy też tak mówiłaś. – mruknął.

Ewa nie powiedziała na to już nic, tylko dotknęła delikatnie jego policzka wnętrzem dłoni. Znowu patrzyli na siebie w milczeniu. Tadeusz po raz kolejny mimowolnie poczuł nagły przypływ pożądania. Po chwili twarz Ewy spoważniała. Odwróciła się, przeszła kawałek na drugą stronę jezdni i zniknęła za sylwetkami przejeżdżających samochodów.

– Może wsiadła do autobusu – pomyślał Tadeusz. Jednakże nie przypominał sobie żadnego autobusu, czy taksówki, które mogłyby przejeżdżać właśnie w tym momencie. Jonasza też już nie było. Ulotnił się nawet zapach zamówionej przez niego kawy i brioszek. Tadeusz usiadł przy stoliku, tym razem przy oknie i złożył jeszcze raz zamówienie. Godzina dziewiąta trzydzieści już dawno minęła. Radio wysyła w świat pierwiastki niezłego jazzu i aurę dobrego samopoczucia. Blask słońca pnie się w górę wraz z coraz dłuższymi cieniami. Chociaż rozpoczyna się jesień, budleje w ogródku kawiarnianym ciągle kwitną przywabiając wciąż liczne motyle – głównie Rusałki – oraz pszczoły i trzmiele, tak samo jak drugi raz kwitnąca ciepłą porą wczesnej jesieni lawenda i róże Pomponella. Wszystkie te szczegółowe informacje o otoczeniu zalewały niespokojny umysł Tadeusza, który przecież – w normalnych okolicznościach – nie rozróżniał motyli, a tym bardziej róż Pomponella. Czuł się tak, jakby do jego życia dołączył wszystkowiedzący narrator, ktoś z zewnątrz. Jakby jego życie nie mogło zostać pozostawione w spokoju.

– Zaczyna się. – pomyślał, sam nie do końca wiedząc, co ma na myśli.

Również wspomnienia nie dawały mu spokoju: skoro to dzieje się teraz, to może tamte wydarzenia miały jednak miejsce?

*

Na szybie okna siedzi mucha wygrzewając się w promieniach słońca, zaś druga lata zygzakowatym torem pod sufitem. Jest teraz.

– Jest idealnie – pomyślał kolejny raz, acz z pewną dozą rosnącej niechęci Tadeusz. Po chwili otwierają się drzwi.

– No, prawie idealnie. – Czas zdawał się przybierać formę wstęgi Möbiusa według wizji Mauritsa Eschera, po której uparcie maszerują mrówki. Przez chwilę Tadeusz odnosił wrażenie, że coś się zacięło. Dźwięki cofały się, jak na tyłem puszczanej taśmie w starym magnetofonie.

Nagle radio zagrało:

"Ona jest stworzona do krzyku / dla mnie, Pechowca, zaczyna się show / wszystko jaśnieje, powoli zanika / odchodzę od niej wprost w serce zachodzącego słońca / gdybym tylko wiedział, jaki ma sens / co wieczorne jej zostawianie (…)". Zapachniało dymem i bergamotką. Światło przebiło się przez biel filiżanki, która dźwięcznie stuknęła o spodek.

– A już myślałem, że mi się nie uda. – Za plecami Tadeusza rozległ się głos Jonasza i jego szczekliwy śmiech. Jonasz bynajmniej nie brzmiał przy tym radośnie. Było coś groźnego w jego postawie, kiedy już usiadł naprzeciwko Tadeusza.

– Witaj. O co chodzi? – zapytał zdziwiony Tadeusz. Z jakiegoś powodu nie podobała mu się obecność Jonasza w tym miejscu. Jonasz odpowiedział dopiero po chwili. Wydawał się cyzelować słowa w taki sposób, aby jak najmniej powiedzieć i jednocześnie zyskać zaufanie.

– Tadeuszu, czy rozumiesz pojęcie palimpsestu? – zapytał niespodziewanie.

– Wydaje mi się, że tak. – Odpowiedział mężczyzna.

– A gdybym ci powiedział, że jesteś jednym z nich? – rzekł Jonasz.

– To znaczy?

– Wyobraź sobie, że czas się zatrzymał w pewnym punkcie, a może raczej zapętliła się jego odnoga. Z jakiegoś powodu zapętlenie to dotyczy ciebie. Jesteś stałym elementem spośród ludzi, powracasz wciąż, a raczej nie opuszczasz tego momentu oraz tych kilku otaczających go chwil. Nie zauważasz tego, gdyż twoja pamięć jest wymazywana, a wspomnienia są modyfikowane. Co ciekawe, Ewa ustala wciąż podobny schemat. Nie wiem, kogo chce przyciągnąć, ale …

– O czym ty mówisz? – zapytał podenerwowany Tadeusz przerywając nagle przemowę Jonasza. – To jakieś bzdury. Podoba ci się Ewa, to powiedz to normalnie. Jej, a nie mi.

Jonasz wydawał się mocno zakłopotany. Westchnął, przewrócił oczami i teatralnie pstryknął palcami dłoni.

– Wiesz, czasami powinieneś więcej czytać. – powiedział.

– Przecież ja prawie cały czas czytam. – oburzył się Tadeusz. Tamten tylko westchnął.

– Nie chce mi się z tobą rozmawiać. Zrobimy według starej zasady: trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.

 

Jonasz jeszcze raz pstryknął palcami, jego ciało zmieniło się nagle w dym i rozpłynęło w powietrzu. Nie był to jednak koniec. Świat naokoło kawiarenki zaczął się zmieniać. Wypełniały go wspomnienia Tadeusza. Wydawać by się mogło, że nie ma w tym sensu ani logiki. Wpierw pojawiły się wspomnienia dotyczące bezpośrednio tego miejsca, następnie te, które zwykle miał w głowie zaraz po przebudzeniu. Ludzie, jak duchy, półprzezroczyści, śmigali w sobie tylko znanych sprawach. Byli między innymi wśród nich jego bliscy. Do Tadeusza nagle dotarło, że wspomnienia się dublują różniąc się co prawda drobnymi elementami, jednakże elementy te sprawiały, że zmieniał się cały ciąg dalszy jego życia. Teraz te alternatywne historie przelatywały przed jego oczami, wpierw jedna po drugiej, następnie krzyżując się, mieszając się i przenikając nawzajem. Przez chwilę, gdy wreszcie umysł Tadeusza przestał spostrzegać, to co się działo, jako chaos, Tadeusz zaczął mieć wrażenie, że ujrzał wzorzec idealny swojego życia. Potem wszystko nabrało niesamowitej prędkości, kolory i kształty zmieniły się w szary wir. Przez kilka uderzeń serca nie było nic. Tadeusz odsłonił oczy. Siedział w milczeniu intensywnie przy tym myśląc. Myśli w jego głowie przypominały huragan napędzający żagiel łodzi – świadomości:

 

(…) zawsze to samo miejsce, mała kawiarnia w zacisznym kącie pełnym bujnej roślinności w zacementowanym mieście. Wydawać by się mogło, że nie powinna istnieć. A ona trwa, niby jakiś tajemny "dworzec" dla przybyszów, którzy wyglądają i zachowują się tak, jakby w kawiarni tej oczekiwali pojawienia się niewidzialnego pociągu, jakiegoś wyjątkowo dynamicznego pojazdu zakrzywiającego swym istnieniem czasoprzestrzeń. Nic nie przybywa. Znikają tylko "pasażerowie", jakby na tajny znak dany przez sam Czas. To on bowiem jest ich konduktorem, zaś maszyna o rdzeniu z pudełkowatej bryły kawiarenki jako jedynego elementu stałego, mknie, zawsze po stałym torze przeznaczonym dla konkretnego pasażera. Kiedy znów, nawet po latach wracasz do tej kawiarni, wbrew wszystkiemu istniejącej wciąż, "cofasz się" do momentu, w którym byłeś tam po raz ostatni. Do wyjątkowo ważnego momentu, być może decydującego o wszystkich węzłach gordyjskich. Jedynie istoty pokroju Ewy Rose mogły wybrać i oznaczyć dany moment, tak aby przyciągnąć konkretną osobę, na przykład jego, Tadeusza. Nawet Jonasz nie posiadał tej zdolności. Nie wiadomo czemu służyło to ciągłe poprawianie rzeczywistości. Tadeusz zaczynał mieć wrażenie, że jego Ewa – tak, jego – ćwiczy się w tym niczym w przyrządzaniu potrawy mistrz sushi oglądany przez Tadeusza w pewnym dokumencie. Jakby ich spotkanie miało stać się samo w sobie dziełem sztuki. Gdyby tylko wiedział, kim, do cholery (…).

*

 

– Wybacz, stary, twój umysł ciągle jest zaczadzony Ewą, więc musiałem przerwać twój wewnętrzny seans – Jonasz znowu siedział na przeciwko zaskoczonego Tadeusza, do którego nagle dotarło, że prawdopodobnie w kawie był jakiś narkotyk, gdyż w przypadku prawdziwości wszystkich złudzeń, a raczej efektów specjalnych, oznaczałoby … Oznaczałoby to wszystko, iż jego "prawdziwe" życie nigdy nie miało miejsca. Ograniczało się jedynie do nieszczęsnej kawiarni, zaś elementy pozostałe stanowiły pewnego rodzaju ścieżkę, osłoniętą fałszywymi wspomnieniami, aby mógł łatwiej dotrzeć na miejsce. Jednakże nie rozumiał sensu samej podróży. Przecież jego "ścieżka" była pełna ludzi, jego bliskich. Poczuł, że go oszukano. Tak jakby zamknięto go w pewnego rodzaju wąskim pasie możliwości, w kołowrotku niczym chomika, który ma za zadanie utrwalić ścieżkę, której znaczenia nie zna. Trochę tak, jakby nie był prawdziwy albo nie żył. Jego potencjał, wszelka możliwość bytu i jego wolność zostały mu odebrane. Był "czymś", w pewnym sensie nośnikiem materiału i jednocześnie maszyną do wykonania dzieła, jakiegoś zadania. Wiedział od Jonasza, iż artystów i wynalazców hodują Muzy, często doprowadzając ich do szaleństwa, gdyż przeważnie nie mają języka wspólnego. To co powinno rozumieć oko, rozumie ucho. Zapach czuć tam, gdzie powinien być tylko dźwięk. Jak wyłowić odpowiednie słowa przekazywane przez Muzę przygotowującą i szkolącą danego artystę, gdy ten nie rozumie jej przekazu? Jednak nie to było ważne w rozmyślaniach Tadeusza. Była to jedynie zasłona dla tego, co czuł.

Palimpsest, tak go nazwał Jonasz. Z reguły przez palimpsest rozumie się codex rescriptus, rękopis, z którego został wytarty tekst pierwotny. Istnieje także palimpsest alkoholowyiii. Tadeusz nie był alkoholikiem, choć bywał czasem pijany, również nie ćpał, a nawet nie stosował leków przeciwbólowych. Zastanawiał się tylko, jaki jest cel tego gigantycznego show, które przecież nie może być prawdziwe. Jednakże, gdyby to wszystko było prawdą, co przeżył i zobaczył, należałoby zapytać, czego konkretnie oczekuje od niego Ewa Rose, a przede wszystkim kim ona, do cholery, tak naprawdę, jest, a także kim jest on sam.

 

 

 

Rozdział 2.

W uliczce snu

 

"Każdy Twój sen czeka na Ciebie

za tamtym zakrętem. Idziesz?”

 

 

 

 

„Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego nie zadajesz pytań? Dlaczego nie próbujesz kwestionować chociaż raz zastałej już rzeczywistości. Jak gładko przepływają jedna myśl obok drugiej. Wszystko pasuje do siebie idealnie. A przecież w twojej wiedzy o świecie są ogromne czarne dziury.

Pytanie 1. : Co to za miejsce? Miasto, kraj, kontynent … Wiesz co to, prawda? Zresztą, wiesz, czy nie, wkrótce się dowiesz.

Pytanie 2. : Ile właściwie masz lat? Co pamiętasz? Niech zgadnę, w momencie, kiedy to czytasz, włącza ci się Wszechwiedzący Narrator… To dar od Ewy. Nie sądzę, żeby było z czego się cieszyć, ale no cóż, korzystaj! Nie twierdzę, że samodzielne myślenie jest przereklamowane… Zresztą – o czym ktoś taki, jak ty, mógłby rozmyślać?”

Jonasz zostawił list, zanim odszedł. Teraz jego słowa brzęczały Tadeuszowi w głowie. Mężczyzna pierwszy raz w swoim życiu, jak sobie uświadomił ze zdziwieniem, postanowił wydostać się z miasta. Kiedyś powiedział do Ewy, że idealne miasto jest fraktalem. A może to ona coś takiego powiedziała. W każdym razie zaczynał właśnie tego żałować.

“Wyjdź z miasta, o ile zdołasz. Podpowiem ci: nie jest to idealny fraktal. Też dałem się początkowo nabrać. Wszyscy przez to jakoś przechodzą.”

– Ale jak? – zastanawiał się Tadeusz.

Mężczyzna wziął ze sobą nawet mapę. Po jej rozłożeniu zaczęły wypełniać ją napisy, które czytał wbudowany w ramach usługi narrator:

„Użytkowniku: w Twoich dłoniach, jak zapewne już wiesz, spoczywa Interaktywna Mapa Miasta. Aby je przebyć, musisz nadać mu odpowiednią formę. Ten egzemplarz mapy oferuje zestaw fraktali. Czy skorzystasz z którejś opcji zależy wyłącznie od Ciebie. Nie zapomnij zapoznać się z Warunkami Umowy oraz klauzulą RODO. Powodzenia!”.

 

Rzeczywiście, miasto przypominało fraktal. Problem polegał na tym, że – z jakichś nie znanych Tadeuszowi oraz dziwacznych powodów – fraktal zamiast zastygnąć w konkretnie wybranej wersji – zmieniał co parę minut swoją postać: poczynając od Dywanu Sierpińskiego, płatków śniegu, chmur i form roślinnych, a kończąc na galaktykach. Tak naprawdę nie wiadomo było, gdzie koniec, a gdzie początek. Niezwykłe były również same w sobie budynki. Stanowiły wszelkie mieszanki stylistyczne znane w architekturze. Niewątpliwie wspólnym elementem były stada gargulców, które obsiadły wszelkie możliwe dachy. Ulubionym widokiem Tadeusza zaś, jeśli chodzi o budowę miasta, były szybujące ogrody, które czasami osiadały na budowlach. Teraz nawet i one straciły kompletnie swój urok.

– To tylko miasto. Miasto! – krzyknął mężczyzna. Próbował nawet zakląć, ale wypowiadane przez niego przekleństwa zamieniały się w komiksowy dymek, aby następnie utworzyć następny fraktal. Wszystko to było tak absurdalne, że aż momentami zabawne. Wtedy, gdy nie było straszne. Tadeusz był niewątpliwie przerażony. Dzięki nowo zdobytej wiedzy zamiast oświecenia poczuł chorobę lokomocyjną, albo jak kto woli, morską. Z trudem zawrócił w kierunku swojego mieszkania, w którym się z prawdziwą przyjemnością ukrył.

– Co to za świat? – zastanawiał się. Mężczyzna zrezygnował nawet z tego, aby dokończyć czytanie zapisków Jonasza. Spodziewał się, że znajdzie tylko słowa: „ha ha ha….” powtarzające się już bez końca. Tadeusz przymknął powieki.

 

Wszystko było takie realne. Znajome, swojskie przedmioty, mieszkanie, widok z okna, a nawet wybrany z pietyzmem kalendarz na ścianę z pracami Olbińskiego. Dzień jak co dzień. Za ścianą szczeka znajomy pies sąsiadów, sąsiedzi zaś… Tadeusz właśnie uświadomił sobie, że nie pamięta, a nawet nie zna nikogo z otaczających go ludzi. A przecież potrafił z pamięci opisać każdy najdrobniejszy szczegół, każdy detal otaczającego go świata. Znał jego historię od chwili zaistnienia danego elementu.

– Trochę to dziwne – pomyślał – Skąd wiem, że dziesiąty stopień schodów w domu naprzeciwko zawiera tajną skrytkę z ołowianymi żołnierzykami z osiemnastego wieku, które były bezcenne dla pewnej holenderskiej dziewczyny, gdyż należały do jej zmarłego młodszego brata. Miała na imię Greta. Zmarła wraz z mężem zastrzelona we własnym łóżku przez włamywaczy – Bille-go i Joela – bojących się myszy. Na końcu zaś dziesiątej przecznicy grafik Jacko Jack maluje właśnie twarz Kleopatry z profilu, na murze w kolorze sepii. Nie to jest jednak ważne. W murze są zakamuflowane drzwi. Prowadzą do Wersji B. Powiedzmy, że właśnie dostałeś zaproszenie. Musisz tylko przebyć miasto. „Podpisane”: Wszechwiedzący Narrator. – Tadeusz milczy. Również w jego myślach nastąpiła niespodziewana przerwa.

– „Jak ona to robi?” – zastanawia się, a grymas niedowierzania nie schodzi z jego twarzy.

– „A kto powiedział, że to ona?” – zapytuje w odpowiedzi uparty Narrator. Gdyby był widoczny, miałby zapewne na twarzy filuterny, ni to ludzki – ni to koci – uśmiech.

– „Więc kto?”

– „Ty. I nie – nie masz psychozy. Zapraszamy.”

Tadeusz rozgląda się po pokoju w poszukiwaniu głośników, zastanawiając się, czy to nie oby żart, i kim do licha, są jacyś oni od „zaproszenia”. Nagle zauważa zmianę na obrazie Ewy. Pojawia się na nim czerwona pulsująca strzałka z napisem „Wejście”. Nagle ramy obrazu stają się coraz bliższe, a widok je wypełniający zaczyna się zmieniać. Jakby operator kamery robił powolne ujęcia uliczki, tak aby widz mógł „wchłonąć” każdy szczegół. Tadeusz rozpoznaje nagle miejsce, na które patrzy. Dziesiąta przecznica, Zaułek Snu – tajne przejście – otwierające się właśnie dla niego. Obraz wchłania mężczyznę. Tadeusz zaczyna czuć we włosach podmuch wiatru, ciepło słońca na twarzy. Słyszy muzykę i rozmowy w tle. Niedaleko samochodowe klaksony obwieszczają korek. Powietrze jest rześkie, pod butami chrzęści asfalt oraz płyty chodnika. Jedynym nieobecnym wątkiem jest zapach.

– „Ten świat nie pachnie” – myśli Tadeusz.

Jakby w odpowiedzi na ten zarzut mężczyzna wciąga nozdrzami woń kawy, suchych liści i tynku. W tym momencie również zapomina. Poczucie dysonansu poznawczego potrzebnego mu do tego zanikło. Widzi tylko przed sobą drzwi, a ponieważ nie pamięta skąd tam się wziął, odruchowo puka, naciska klamkę i wchodzi do środka. Nie jest kompletnie przygotowany na to, co go czeka.

Myśli tylko: „To musi być bardzo ważne. Dlatego tutaj jestem. Przecież zawsze musi być jakiś powód, prawda?”.

Zanim zdążył przyjrzeć się wnętrzu, żarówka oświetlająca korytarz zamrugała trzy razy, aby zgasnąć z cichym syknięciem. Zapadła ciemność. Gdy znów zrobiło się jasno, Tadeusz ujrzał przed sobą troje drzwi. Przy każdych znajdował się dzwonek oraz podpis: „Wersja A.”, „Wersja B.”, „Powrót”. Mężczyzna nagle zorientował się, że nie rozróżnia w tym miejscu barw. Jedynie czerń i biel. W tym momencie wróciły wspomnienia.

-”Cały czas sądziłem, że jestem w Wersji A. swojego życia. Gdzie jestem i kim jestem w takim razie? Nie chcę podróbki istnienia. Gdzie moje życie…”

– „Oj życie, życie – moje życie – przestań biadolić Tadziu. Zapraszamy, i czekamy.” – Tym razem Wszechwiedzący Narrator ryknął potężnym basem. Zdawało się, jakby z całej rzeczywistości po tym huraganowym ryku wymiotło wszelkie kurze. Przez chwilę wszystkie drzwi pozostały otwarte. Nagle jakaś potężna siłę pchnęła Tadeusza do przodu. Znalazł się w Wersji B.

 

*

 

Dalszy ciąg listu od Jonasza, zgubionego w najważniejszym momencie akcji przez Tadeusza, później odnalezionego:

„Zapewne udasz się do Wersji B. Odkąd pamiętam, zawsze tak robisz. Że ci się jeszcze nie nudzi… No tak. Ta twoja słaba pamięć. Układasz z tego powodu puzzle, nakręcasz różnego rodzaju pamięciowe zabawki. Nawet twoje narzeczone i żony są podobne do tej pierwszej. Nie myśl sobie. To nic osobistego… ale. No cóż, mam wielki uraz do ………….. Podpowiem ci, żeby było szybciej: tak naprawdę nie wiesz do kogo upodabnia się dla ciebie Ewa……..

…Ewa i Ewa, tylko wiecznie ta Ewa…

Czas jest jak woda, facet, i żeby było jeszcze zabawniej, robi przez cały czas: „cyk, cyk, cyk, cyk”. Niczym wielka bomba wodorowa. A kiedy odpali, będzie już stanowczo za późno. Dla ciebie, stary. Dla ciebie”.

 

List był częściowo zamazany – wyglądał właściwie, jakby sam był po licznych przejściach – i rzeczywiście, podpis na dole oznaczony był dopiskiem: „Wersja 33”. Sam Wszechwiedzący Narrator mógłby zadać pytanie „Co dalej?”.

 

 

 

Rozdział 3.

Prawdziwa Muza

 

A oto ona, wprost z jego snów,

Niestety…

 

Znalezienie się w Wersji B. nie było wcale takie proste. Drzwi prowadziły dopiero do odpowiedniego miejsca i czasu przez korytarze wspomnień. Właściwie Tadeusz nawet nie był pewien, czy się przemieszcza. Przed nim rozwijały się ekrany.

– Niezłe kino – pomyślał – Jakby wyświetlano twoje własne życie ze wszystkich możliwych stron naraz. Kino niekończącej się liczby momentów. A podobno życie ma swój limit.

Ekrany drżały lekko, przelatywały po nich srebrne iskierki. Głosy postaci występujących brzmiały rzeczywiście jak w prawdziwym kinie. Rodzina, znajomi, nawet pierwszy szef, i dentystka – byli tam wszyscy. Pierwsza randka i odejście Małgorzaty, kamień w śnieżce rzucony przez nielubiącego go kolegę, lot samolotem. Oprócz wypowiadanych słów, widoczne były napisy: myśli „aktorów”. Tadeusz rozglądał się po kolejnych ekranach, aż wreszcie jego uwagę przykuł ten jeden, wyjątkowy. Przedstawiał sen, albo raczej to, co jego pamięć wyrzuciła z siebie, gdyż było zbyt niezwykłe, jak na szarą rzeczywistość, w której żył mężczyzna. „Film” pochłonął go bez reszty.

 

W jego „śnie” Ewa Rose nie była "dobrą" Muzą. Co nie oznacza, że była fam fatale. Niektórzy uważali ją jednak wręcz za Muzę samobójców. Zwykle swoje ofiary doprowadzała do szaleństwa. Sama określała siebie mianem trzynastej. Nie była próżna. Była muzą – kameleonem. Muzą przetrwania tego świata. Posiadała też pewnego rodzaju niezwykłą dwoistość natury. Jej jestestwo rozciągało się od cech czysto ludzkich, po zwierzęce istot z dawnych wierzeń. Czasami występowała wręcz jako “bóstwo chtoniczne”.

Nie wszystkim podobało się istnienie Muz. Z niechęći tej powstali właśnie "Jonaszowie". Byli rodzajem drapieżników, żerujących na umysłach oraz energii życiowej. Muzy stanowiły dla nich coś więcej niż tylko “smaczny kąsek”.

brak przejśćia?Twierdzili, że aby pokonać przeciwnika, należy pokonać i unicestwić jego cień. Nie przewiedzieli tylko tego, że cień czasami jest właśnie po to, aby "pilnować" swojego "właściciela". Zwłaszcza cień Muzy. Było to tylko potwierdzeniem, jak mało wiedzieli.

Głos Wszechwiedzącego Narratora z offu:

– Czy to ma sens? Sam nie do końca wiem, kim jest Jonasz. Być może jest jakiegoś rodzaju złym duchem.

– Żebym ja przyznawał się do niewiedzy… W każdym razie uważaj Tadziu na Jonasza. Wydaje się być „kretem” od konkurencji. Próbuje zawłaszczyć naszą historię. Zrozumiesz, kiedy wreszcie dotrzesz na miejsce.

 

Tymczasem „film” trwał dalej. Jak się dowiedział Tadeusz, cień Ewy, cokolwiek to oznaczało, nie był zwyczajny. Stanowił łańcuch splecionych pozostałości jestestw tych, którzy odeszli. Kiedy odchodzili, zdaniem niektórych drogą szaleństwa, było to odejście dobrowolne. Zdarza się, że są istnienia i są idee, które przyciągają się w sposób niebezpieczny tworząc kompilację mogącą zniszczyć, w najlepszym razie zmienić niebywale świat. Nie do wszystkich udało się Ewie dotrzeć. Są bowiem tacy, którym zależy na ciągłości istnienia tego świata, i są ci, którzy wyjdą z ukrycia, gdy ten czas minie. Niektórzy wręcz przyspieszają zegar przemijania. Ewa była tą, która dawała schronienie duszom tych, którzy zaistnieć nie powinni. Była ich śmiercią i jednocześnie jej jestestwo zatrzymywało w sobie, a raczej wokół siebie łańcuch z ich umysłów.

 

– Brzmi to koszmarnie – stwierdzała nieraz po zastanowieniu sama Ewa.

Jestem ostoją oraz pewnego rodzaju przechowalnią dusz, które uważam za genialne. Przygotowuję ich na powrót do życia tam, gdzie wreszcie świat ich zechce i pokocha zdrową miłością. Miłość świata nigdy nie jest czymś prostym. Dlatego nawet „geniusz” bywa samotny. Zwłaszcza geniusz. Zwykły człowiek ma rodzinę, kota albo psa, czuje wokół siebie innych. Ci biedacy zaś, zgromadzeni w mojej nad – jaźni mają tylko mnie. Co „zabawne”, nie ma wśród nich takich, jak Adolf H., czy innych zbrodniarzy. Bynajmniej nie są to też istoty nieskalane duchem. Są to ci, którzy stoją poza horyzontami zdarzeń. Wpuścić ich do rzeczywistości, to jak wypuścić rój motyli według teorii chaosu. Ich lot nie znaczy nic, a jednak powstaje „burza”, i to nie taka zwyczajna, ale sama „królowa”. I wydobywa z siebie kosmiczny ryk.

Jest pewna duma w jej słowach, jakby przez chwilę była urzędnikiem, który zajmuje dobre stanowisko i jest chwalony za swoją kompetencję. Ewa jest przekonana o dobru i słuszności tego, co robi.

Wszechwiedzący Narrator ma jednak pytanie: „Kim, w tym wszystkim, jest biedny Tadeusz?” Oczywiste jest stwierdzić, że Tadeusz sam chciałby to wiedzieć. Z jakiegoś dziwnego powodu znowu wyśnił jesień.

 

*

 

Tamtej jesieni Ewa przeważnie nosiła długi ciemnoniebieski płaszcz haftowany w jaskółki. Brzegi rękawów zaś okalał wzór z motywem roślinnym z róż i czarnuszek, na których przysiadły motyle. Co ciekawe, płaszcz był piękny, ale nie kiczowaty.

– Po co ci te wszystkie jaskółki i kwiaty? – zapytał kiedyś żartobliwie Tadeusz.

– Właśnie po to – Uśmiechnęła się do niego Ewa. Rozłożyła szeroko ramiona. Jaskółki nagle ożyły i poszybowały wysoko w niebo.

– Życzysz sobie słońce, czy burzę? – zapytała zdumionego Tadeusza.

– Burzę – odparł Tadeusz wbrew sobie przekornie.

– Jak sobie życzysz. – Ptaki wydały ostry gwizd i zniżyły swój lot. Nad nimi nagle pociemniało niebo. Powiał wiatr. Zebrały się deszczowe chmury, rozległ się huk błyskawicy. Tadeusz zdał sobie sprawę, że stoi cały czas z szeroko otwartymi ustami, gdy trafiły w nie pierwsze krople deszczu. Przełknął szybko ślinę.

– Może chciałbyś się gdzieś schronić przed deszczem? – zapytała drugi raz Ewa.

– Chciałbym? – wyjąkał niepewnie Tadeusz. Tym razem Ewa potrząsnęła rękawem płaszcza, z którego poczęły sypać się nasiona. Po chwili z ziemi wyrosły olbrzymie ukwiecone pnącza. Zaczęły tworzyć coś na wzór warkocza, może powrozu – jak pomyślał Tadeusz – i skręcały się aż do momentu utworzenia kwiecistej tarczy. Pośrodku pojawiły się okrągłe, eleganckie drzwi wraz z ażurowymi schodami prowadzącymi wprost do nich. W samych zaś drzwiach tkwiła misterna kołatka, głowa staruszki. Bacznie ich obserwowała.

– Hasło?! – krzyknęła pociągając nosem. Ewa pochyliła się w jej kierunku i coś wyszeptała. Kołatka obrzuciła ich jeszcze raz nieufnym spojrzeniem. Po chwili drzwi otworzyły się. Znaleźli się w eleganckim korytarzu.

Tadeusz kolejny raz musiał przewartościować swoje pojęcie perspektywy. Znowu poczuł się, jak w znanej grze, w której spotykają się światy Eschera i Newtona. Tylko że tutaj wszystko było w kolorze.

– Czy to jakaś rzeczywistość HDR? – zażartował niezręcznie Tadeusz zdziwiony wyrazistością otoczenia oraz – przede wszystkim – brakiem zapotrzebowania na okulary i ich zniknięciem.

– Być może. Zjadacze Nieścisłości są bardzo precyzyjni – odpowiedziała Ewa.

Wzrok Tadeusza spoczął właśnie na drzwiach, widocznych w ścianie korytarza. Niewielka tablica informacyjna obwieszczała, iż prowadzą do „Prawdy”. Mężczyzna poczuł przypływ wzbierającej w nim nadziei. Ewa jednak pokręciła przecząco głową.

– Przykro mi. Są to jedyne drzwi, do których nikt nie posiada tutaj klucza.

 

Nagle coś ciężkiego pozbawiło go oddechu. Przez chwilę miał wrażenie, że jego jestestwo zostało rozciągnięte, aby następnie zostać zgniecione do wielkości małej kulki. Stwierdził nagle ze zdziwieniem, że nie stoi już w korytarzu ze „snu”, ale wpatruje się w zasłonę ekranu, na którym było właśnie widać mówiącą coś do niego Ewę. Jej usta poruszały się bezgłośnie, a oczy wypatrywały kogoś – być może właśnie jego – zza „kamery”.

– Pssyt. – Usłyszał Tadeusz.

– Tutaj. – Mężczyzna spojrzał zdziwiony pod swoje stopy, skąd dochodził głos, następnie tam, gdzie jego plecy dosięgnęło niewiadomego pochodzenia pacnięcie, najprawdopodobniej ludzkiej dłoni. Za nim znajdowało się nic. Tylko kurtyny wspomnień migotały niczym zorza polarna.

– Wyłączyłeś dźwięk, dlatego nic nie słychać – powiedział ktoś w ciemnościach.

– Jonasz? – zapytał podenerwowany Tadeusz.

– Nie obrażaj mnie Tadziu – odrzekł właściciel głosu – Zresztą nie dziwię ci się, że mnie w tym towarzystwie nie poznajesz.

– Towarzystwie? – powtórzył za nim skonfundowany mężczyzna.

Nagle ciemność wokół niego zawirowała. Czerń pierzchła niczym stado spłoszonych ptaków. Przy stopach Tadeusza migotał jedynie jego cień. Pomachał mężczyźnie, a następnie wpełzł na ekran oglądanego „snu”.

– Musisz bardziej uważać z życzeniami.

– Przecież ja sobie niczego … Słuchaj cieniu. To znaczy Cieniu: …

– Tak, wiem. Nareszcie zadajesz pytania. Podpowiem ci.

Cień nagle się rozmazał, zalewając ekran czernią, w tym twarz nagle rozgniewanej Ewy.

Głos Cienia:

– Właściwie nie przedstawiłem się… Mam na imię Przewrotny w języku ludzi. Oczywiście możesz mi mówić dalej „Cień”. Sądzę, że czas ruszyć w dalszą drogę Tadeuszu. Przykro mi to powiedzieć, ale Wersja B. czeka.

 

Rozdział 4.

Wersja B.

 

W momencie przejścia jego myśli uformowały się na wzór stada czarnych ptaków, aby opaść z wysoka z łopotem skrzydeł. Krople oleistego deszczu zlepiły ich pióra. Dopiero co wschodzące słońce buchnęło żarem, który spopielił wszystko to, czego być nie powinno, wszystko to, co kojarzy się z brudem. Tadeusz z trudem odcyfrowywał własne słowa. Jego świadomość, niczym zwój zbyt często wykorzystywany jako palimpsest rozbłysła ostatni raz. Jak na złość na koniec pomyślał dla siebie rzecz jak najbardziej bezsensowną.

 

Kropla

Nieruchoma tęcza

Na dnie oka

 

Pstryk.

 

Błysk

To flesz karmi się

Naszym słońcem

 

Psyt.

 

Łza

Koniec to koniec

Tego życia.

 

Pstryk

Błysk

Psyt

Rozumiem.

Tak naprawdę nigdy nie cierpiał poezji w jakiejkolwiek postaci by nie była. Chodź zakończenie na chwilę rozjaśniło mu umysł. Pstryk: .?.. Błysk: …?. Psyt: ….? Sufler jeszcze raz machnął woreczkiem ze złotawym pyłem przeganiając czarne ptaki. Tadeuszowi wydawało się przez chwilę, że scena, którą przed sobą widzi, jest oprawiona w prostokątną ramę. Chwilę trwało, zanim "aktorzy" przypomnieli sobie o nim. Pył opadł ostatni raz. Mężczyzna mimo woli stał się uczestnikiem "przedstawienia" zapominając jednocześnie o tym wszystkim, co się niedawno wydarzyło. Przy stoliku patrzą na niego. Tadeusz mimowolnie się czerwieni. Jonasza rozpoznał bez trudu, jeśli zaś chodzi o jego towarzyszkę, z przerażeniem stwierdził, że to Ewa. Jego Ewa. Z trudem odwraca wzrok. Ma ochotę płakać. Ostatni raz publicznie płakał, kiedy miał dwanaście lat. Teraz ma wrażenie, jakby na nowo przeżywał tamten, pierwszy w swoim życiu, pogrzeb. W końcu przyjaźnił się z obydwojgiem.

– Czekaj… Przyjaźnił ? Więc to tak działa. – Wersja B. zaczyna wciągać go w swój nurt.

 

Nie widzieli się niecałe sześć miesięcy. Patrzy na nich. Właściwie na nią. Jonasz wydaje się przy niej niewidzialny. Nawet przez myśl mu nie przyszło, aby zatuszować widoczny na twarzy szok sztucznym uśmiechem. Nie byłby nawet w stanie. Tadeusz przypomniał sobie rozmowę sprzed wyjazdu.

 

– Jak myślisz, co jest największym kompleksem Ewy? Czego najbardziej nienawidzi? – zapytał Jonasz

– Nie wiem – odpowiedział Tadeusz – Sądzę, że najważniejsza dla niej jest potrzeba autonomii, samodzielności i zarazem uznania. – Zmarszczył brwi – Boi się ich utraty. Dlaczego pytasz?

– To nic ważnego. Zażartowała sobie ze mnie. Chciałbym jej się odwdzięczyć pięknym za nadobne. – Jonasz roześmiał się.

– Ach tak. A co właściwie zrobiła?

– Powiedzmy, że powiedziała "nie" – Tadeusz wtedy to zbagatelizował. Właściwie to nawet nie słuchał. Był zbyt zajęty planowanym wyjazdem.

Z trudem dociera do niego, co zrobił Jonasz. Ma ochotę go zabić, ale wie, że to niemożliwe.

W rezultacie żegna się tylko pospiesznie z obojgiem.

 

*

 

Kilka dni później:

– Jaka Ewa?! – zapytał Jonasz.

– Tu nie ma żadnej Ewy. – Tadeusz patrzy na niego zszokowany. Zaskoczenie łącznie z niedowierzaniem ściska go za gardło. Nie dość, że ostatnim razem, kiedy widział ich razem, Ewa wyglądała na bardzo otyłą, pół żywą oraz ledwo przytomną, to teraz „mąż” wypiera się jej istnienia. Tadeusz słyszał o Wypasaczach, ale nigdy by nie pomyślał, że coś takiego spotka Ewę.

– Moją Ewę – dodaje w myślach.

 

*

 

Czas znowu opada niczym chmura albo burza. Jego błyskawice zebrały spore żniwo. Niekończąca się energia dryfuje wokół innej niekończącej się energii, tak aby nie zderzyć się z następną samą sobą. Skąd wie, że w ogóle następuje ruch? Patrzy na to. Czas widzi mu się jako toksyczna emanacja niszcząca muzykę komórek, a może raczej pewnego rodzaju efekt Dopplera. To tak, jakbyśmy stali w miejscu słysząc odgłos pociągu, w którym siedzimy i mijamy nas samych. Decydujący o wszystkim moment to nie bynajmniej ta chwila, w której spotykają się spojrzenia. Decydujący moment to ten, w którym pociąg odjeżdża w środku już z nami. Nigdy nie mógł wyłapać momentu, w którym można wsiąść. Zawsze się wtedy budził. Jak zwykle chwilę zajmuje mu rozmyślanie nad bezsensownością tego snu.

Następnie powoli wstaje, tak aby ułożyć odpowiednio wszystkie kości. Stara się pamiętać o tym, żeby nie dotykać podłogi. Przy łóżku ma trzy pary kapci ułożonych w kolejności alfabetycznej nazw ich producentów. Jest to jedyne odstępstwo od minimalizmu wypełniającego jego dom po brzegi. Dom unosi się na wodzie. Składają się na niego trzy pokoje oraz kuchnia z łazienką. To, jakie kapcie ma na stopach jest zależne od tego, w jakiej części domu się akurat znajduje. Zaś znajdowanie się w danej części podyktowane jest jego nastrojem. Kolory kapci. Nie ma pojęcia. Nazwami zwykle zajmowała się żona, tak samo jak wszelkimi nazwiskami, twarzami spotykanych ludzi, czy rozpoznawaniem dawno nie widzianych członków rodziny. Rola w sam raz dla niej. Wreszcie osiągnięta stała, niezmienna forma. Pewnego dnia wyszła z domu. Pod wieczór pojawił się nagle kurier. Jonasz odebrał oczekiwane zamówienie, pożegnał się i zatrzasnął wreszcie za sobą drzwi. Zaczął otwierać pudło drżącymi z lekka dłońmi.

W środku był portret jego żony.

 

*

 

Czas mija. Ewa nie wraca.

 

Jonasz pije.

 

Ewa nie wraca.

 

Po alkohol chodzi zawsze tą samą stroną ulicy. Nie interesuje go już, czy przechodzi obok ktoś znajomy.

Mówi, jak już, tym dalszym znajomym, że Ewa wyjechała, tym bliższym, że z kochankiem. Współczują mu.

Nie spodziewali się czegoś takiego po niej. Nawet dobrze mu jest z ich współczuciem. Opieką

kobiet przynoszących obiady i ciasta. Uwagą mężczyzn zaopatrujących go w piwo i świerszczyki.

– Szkoda, że tego nie widzisz. Nic dziwnego, skoro każda część twego ciała jest obecnie starannie

zakonserwowana i spoczywa w specjalnych słojach zakopanych w naszym ukochanym pobliskim lesie. Dziwne z nas było małżeństwo. Kiedy "zniknęłaś" stało się tak, jak gdyby nigdy cię nie było.

– Czy aby na pewno byłaś?

(…)

Czas mijał. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, gdzie jest tak naprawdę Ewa. Tylko jej portret w przedziwny sposób zdawał się opowiadać jej wyimaginowaną historię. Może tak naprawdę niewyimaginowaną?

 

 

Miał doskonałe alibi. Zrozpaczony mąż, zakochany bez pamięci w swojej żonie.

– Jak pięknie prezentujemy się na rodzinnych zdjęciach... – przechodziło mu nieraz przez myśl. Żona, która odeszła z jego najlepszym przyjacielem. Podobno wyjechali do Hiszpanii. Nikt nie wie na pewno. On znany bawidamek, ona znudzona życiem "żoneczka".

Nawet nasz kochający cię pies nie jest w stanie wyczuć waszych ciał, Ewo. Należało ci się. Tadeusz to, co prawda, kwestia przypadku, jeszcze jedno narzędzie zbrodni. Jednak nie żałuję. Nie żałuję.

Jonasz nigdy nie lubił emocji. Do dziś nie potrafi ich "rozgryźć", jak sam to określał. Żył, jak każdy. Dorobił się psa i wziął ślub, ma znajomych i przyjaciela. Jedyne zajęcie, które naprawdę lubił (sprawdził definicję w słowniku, opis się zgadzał) to gotowanie.

Jego myśli znów uleciały w kierunku żony :

– … potulnie zjadałaś każdy kęs, rosnąc pięknie. Połykałaś z łatwością zarówno moje słowa, jak i trzydaniowe obiady z odrobiną laudanum oraz innych środków. Mogłem eksperymentować do woli. Domyślam się, że odczuwałaś tak zwaną miłość.

Pamiętał wyraźnie dzień, w którym Ewa wreszcie się poddała i przestała chodzić do pracy.

O ile malowanie tych jej bohomazów można nazywać pracą – roześmiał się w duchu Jonasz – Do tego wygląda teraz, jakby była kolejną bezsensowną plamą.

Było to zaraz po tym, gdy jej prawdziwa pamięć zgasła, a przynajmniej się zatarła.

– Położyłem ją na łopatki, unieszkodliwiłem w każdym względzie. Szkoda tylko, że tak szybko. Myślałem, że się dłużej pobawię.

Nie podobało mu się również, jak na niego patrzy.

Mogłaby być szczeniakiem naszej Dorian – pomyślał. Ze znużeniem popatrzył Ewie w oczy. Przez jakiś czas będzie musiał jeszcze trochę grać, póki nie wszystkie pierwiastki się ustabilizowały.

– Gdybyś chociaż wykonywała dalej moje polecenia – powiedział – Tak pięknie wyglądałaś, gdy braliśmy ślub. Tak młodo. Tak czysto… – Na chwilę zamilkł i przymknął oczy.

Ewa wpatruje się w niego przerażona. Nie musiał kneblować jej ust. Tu i tak nikt ich nie usłyszy. Tak jak nie słyszał jej imienia przez całe małżeństwo. Może na początku, kiedy próbował jeszcze zachować pozory. Co ciekawe, Ewa przeczuwała, kim tak naprawdę mógłby być Jonasz. Już samo jego imię brzmiące raczej jak pseudonim nadawało teatralnego patosu jego postaci. Nie wydawał się przy tym skryty. Można rzec: był aż nadto wylewny. Miał odpowiedź na każde pytanie dotyczące swojej przeszłości, jak i teraźniejszości.

A teraz Dorian siedzi spokojnie tarasując drzwi. Ewa wie, że zaraz przestanie istnieć. Zarówno ona, jak i nieprzytomny Tadeusz. Czuje się z tego powodu winna. Nie może już zmienić kształtu, struktury swojej jaźni. Wszelkie dane jej moce ulotniły się. Teraźniejszość i przyszłość zastygły w jednoznaczności wydarzeń. Rzeczywistość zamarła. Nawet zdolność antycypacji stała się niepotrzebna. Ewa próbowała myśleć. Jednakże cząstki schematyczne, którymi napromieniował ją Jonasz kazały zamilknąć całkowicie Muzie. Mogła tylko patrzeć. Jej usta posiadł brzuchomówca, jej ciało stało się marionetką na drucianych, i kolczastych sznurkach woli Jonasza. Mógł ją ranić do woli. Przestała być sobą.

 

*

 

– Ten obraz jest lepszy niż GPS – powiedział X – Gdybym miał zwiedzać Zaświaty mógłbym od razu zawrócić, albo wezwać taksówkę – zażartował.

– Czy to pewien rodzaj performansu? – zapytała Y

– Taak – odpowiedział Jonasz przeciągając sylabę.

Na obrazie przedstawiającym jego „żonę” można było zobaczyć postać Ewy. Co ciekawe, obraz zmieniał się, jakby przedstawiał sceny ilustrujące różne etapy podróży. Tytuł obrazu brzmiał „Zaświaty”. Ostatnim miejscem, które ukazało się, była polana w lesie, a na niej studnia.

Ewa mimo wszystko do końca była honorowa. Nawet jeśli jej waleczność udało się stłumić Jonaszowi w zarodku. Za cenę więzienia zyskała wolność Tadeusza. Była mu to winna, i naprawdę go kochała. Ponieważ nie miała już władzy nad pamięcią Tadeusza, domyślała się gorzkich myśli, jakie musiały go wypełniać. Jednak do końca miała nadzieję. Na coś.

 

 

 

 

Rozdział 5.

Życzenie

 

 

 

"Pamiętaj synu, twoja własna miłość bywa przewrotna,

a co dopiero cudza?"

 

Pies wbiegł w cieniste mroczności. Wieczór dziś z światłami latarni, ale bez gwiazd. Tadeusz woła. Suka wraca krętym śladem swoich łap. Kolejny raz tego dnia wita się z nim, jakby widzieli się te-raz, i wyłącznie teraz. Idą razem pomiędzy krzewami róż, wdychając zapachy nadchodzącej zimy. Gdzieś tu schował się jeż, słychać w ciemnościach nornice, buty niespodziewanie zahaczają o kopiec kreta. Nietoperz śmiga nagle koło ucha. Niedługo zima. Dla kontrastu ciągle ciepło. Nocne słońce ogrzewa niemniej niż w dzień. Ciemność stalowych materii, nieznanych mu pierwiastków metali okala Ziemię.

– Zawsze jest dla nas jakaś Ziemia. Tylko ta pierwsza niczym błękitny klejnot w oprawie z korony Wszechświata. – myśli Tadeusz.

Pies to w rzeczywistości hologram pochodzący z pamięci Tadeusza. Nie wie dlaczego zacina się. Ciągle się wita.

– Może to mój najszczęśliwszy moment. - myśli sobie mężczyzna. – Powitanie.

Gdybym chociaż wiedział jak zacząć.

Sukę nazwał Bystra. Nauczyła się reagować na „Bysię”. Nie było to może najstosowniejsze dla niej miano, ale odzwierciedlało naturę psa. Jemu też nie nadano zbyt adekwatnego do sytuacji imienia. Nie pomagało deliberowanie, że może imię nadane przez Ewę potraktować jako pseudonim. Słowa myśli grzęzną w umyśle Tadeusza. Nie spodobało mu się to, czego się dowiedział. Na samą myśl, że jest jedynie konstruktem specjalnie stworzonym dla Ewy ogarnia go wściekłość. Czuje się jak przyrząd. Przymusowa intymność własnych myśli wprawia go w zażenowanie. Nie kocha Ewy. Tylko słowa burzą mu się w głowie, jak spieniona fala, zalewając świadomość znaną aż do znudzenia mantrą.

– Czekam, aż znowu się pojawisz. Jesteś jak duch, tajemna obecność. Przychodzisz do mnie w każdej napotkanej twarzy, ułożeniu ramion, napięciu mięśni. Nie ma cię tak bardzo, że cały mój świat jest opętany tobą. Może spętany, myślę, że to lepsze wyrażenie. Ranisz mój wewnętrzny słowotok. Mam dużo do powiedzenia, tylko nie na swój temat. Nie istnieję. Może o tyle, o ile istnieć może rola do odegrania.

Świat się zmienił.

Już gorszego tekstu wgrać mu nie mogli. Najbardziej podłe jest to, że przez całe swoje istnienie uważał te słowa za prawdę. I nawet teraz – mimo całej swojej wiedzy – nie jest w stanie ich podważyć.

 

Mężczyzna rozejrzał się po otoczeniu w poszukiwaniu Bystrej. Ewa nazwała kiedyś to miejsce Przechowalnią Cieni.

– Trzeba im przyznać, że zadbali o najdrobniejsze szczegóły - pomyślał Tadeusz obserwując krzątających się Pixelowców, jak ich sam nazwał.

Tak naprawdę w swoim własnym języku zwani byli Zjadaczami Nieścisłości. Ich praca – o ile to była praca, a nie rodzaj odżywiania – nie wyglądała zbyt efektownie. Zwykle zastygali w bezruchu. Świat wokół ich mlecznych postaci zdawał się mienić niczym paleta barw, mieszanina farb olejnych. W zależności od wielkości „nieścisłości” złudzenie to trwało krócej lub dłużej. W każdym razie byli perfekcjonistami. Element świata przekształcony przez Zjadacza wydawał się aż do bólu doskonały. Czysty, nowy. Nietknięty. Jednakże w kontakcie z posiadaczem wspomnień element ten pokrywał się złudną patyną przeżyć. Doskonale wpasowywał się w istniejące otoczenie.

– Czy aby na pewno? – Zastanawiał się Tadeusz.

Zjadacze Nieścisłości potrafili także nadać stworzonym przez siebie elementom wyjątkowe znaczenie w umyśle danej osoby, naznaczyć pewne wiążące piętno. Mogła to być więź pomiędzy kawałkiem skały – wielkości kamienia lub góry – a człowiekiem, którego zadaniem było w odpowiednim momencie go przesunąć.

W końcu wielkość jest tak naprawdę względna. Być może cały ten świat kręci się wokół czegoś mało dla nas istotnego, czegoś, o czym być może nawet nikt z nas, ludzi, nie wie. Nagle przed oczami pojawiła mu się kawiarnia. Jeszcze raz wywołał hologram psa i dał komendę „szukaj”. Suka wciągnęła w nozdrza skomplikowany zapach wspomnienia, szczeknęła cicho dając znać, aby szedł za nią, i pobiegła przed siebie. Świat Przechowalni Cieni został daleko za nimi…

 

Wpierw usłyszał radio. To była jego piosenka. Śpiewał zespół „Hermes”. Zrozumiał natychmiast, że to nie ta wersja rzeczywistości, a przynajmniej nie ten moment. Zastanawiał się tylko, z której strony zaatakuje Jonasz. Tym razem Tadeusz miał przy sobie tajną broń – pamięć – oraz kilka – coś więcej niż sztuczek – w zanadrzu.

– Wyłaź, robalu. Nie myśl sobie, że się ciebie boję. – Pomyślał.

Wreszcie je zauważył: teselacje. To nimi maskował swoją obecność Jonasz. Wtapiał się w nie, z matematyczną precyzją, potrafiąc się jednocześnie swobodnie przemieszczać, a także ożywiać elementy parkietaży. Następnym dowodem obecności przeciwnika było pojawienie się latarni zakończonych przezroczystymi gałkami zamiast bulw żarówek, niczym magicznymi kulami jakiejś szalonej wróżbitki. Element krystalomancji stanowił wybitnie nowy detal w tej historii. Tadeusz domyślił się, że Jonasz w ten sposób go obserwuje. Zwłaszcza, że w powierzchni jednej z kul ujrzał odzianą na czarno postać.

Niebo zamgliło się. Stado dzikich gęsi przemieszczało się szybko poprzez kłębowiska chmur. Mężczyzna przypatrywał się ptakom.

– Zbiera się na deszcz. – Pomyślał.

W jego pamięci ożyło wspomnienie ulubionego steampunkowego parasola z aniołami i demonami Eschera.

– Parasol by mi się przydał – rzekł bezwiednie na głos. Jego spojrzenie padło na ścianę pobliskiej kamiennicy. Właśnie spełzały z niej wielkie jaszczury malowane przez dwie dłonie, które zdawały się wręcz kompulsywnie wypluwać je z siebie.

Nagle naokoło zapadła cisza, a potem – równie nagle – oszalało miasto. Rzeczywistość zaczęła przechodzić metamorfozę. Ulice zapełniły się wspomnieniami, które wywęszyła uprzednio Bystra. Półprzezroczysty tłum zalał do tej pory prawie puste przestrzenie. Tadeusz był pewien, że widzi wśród tego roju znajome twarze. Nagle ktoś krzyknął coś do niego.

– Uważaj! Za tobą! – Nie wszystkie przejawy otaczającego świata udało się podporządkować Jonaszowi. Tak naprawdę ciągle podróżował w brzuchu wieloryba. Czyli w rzeczywistości wykreowanej oraz posiadającej charakterystyczne stałe punkty dzięki umysłowi Tadeusza. Zanim się obejrzał, mężczyzna już wiedział, że za nim stoi Jonasz. Przeciwnik Tadeusza przestał przypominać człowieka. Stał się przezroczystą galaretowatą masą, której zadaniem było wchłanianie energii oraz życia wszystkiego, co ją otacza. Potwór zachowywał w sobie wszelkie wspomnienia napotkanych przez siebie istot. Wraz z pamięcią posiadł ich umiejętności oraz mógł się transformować w ich fizyczną postać.

Nagły niespodziewany powrót Wszechwiedzącego Narratora:

– Niespodzianka! A oto ujawniają się oblicza. Już nie jesteś taki piękny, co, galareto? Nie dotykaj go Tadziu, i radzę się pospiesz.

Dźwięki i barwy , oraz wszelkie możliwe szczegóły, zaczęły przypominać makrofotografię z udziałem ludzi. Świat znów stał się hybrydą z fraktali oraz życia. Jonasz próbował pochłonąć miasto.

 

*

 

Uratowała go. Kolejny raz. Obojętnie jakiego pochodzenia, zwierzę wydaje się być najlepszym towarzyszem człowieka.

Kula słońca podtrzymywana przez konary drzew toczyła się po dachu lasu. Drzewa wydawały się żarzyć. Na ich najmocniejszych gałęziach uwiły gniazda Żar-Ptaki. Co ciekawe nie wybuchały nigdzie niechciane płomienie, brak było dymu i popiołu. Poniżej lasem, drogą wyznaczoną mu przez instynkt szedł pies i Tadeusz. W rzeczywistości Bystra była efektem mieszaniny wspomnień mężczyzny, która ożyła wywołana siłą woli oraz tęsknotą za przyjacielem. Gdyby Tadeusz nadał jej inne imię, stałaby się zwyczajnym psem, albo co gorsza zniknęła. Sam Tadeusz zaś, jako twór Ewy, posiadał część jej zdolności, co jak sądził, umożliwiało mu podróżowanie przez różne ukryte miejsca, a nawet równoległe wymiary.

W świecie, w którym obecnie się znajdowali, panowała cisza zakłócana jedynie gdzieniegdzie szelestem opadających piór. Jedno z nich upadło wprost pod stopy Tadeusza.

– Jakby słoneczny żar przybrał kształt ptasiego pióra – Pomyślał mężczyzna.

Zauważył też, że ściółka leśna nie doznała żadnego uszczerbku, więc spróbował podnieść pióro. W kontakcie z jego dłonią zmieniło kształt i kolor. Obecnie trzymał w dłoni srebrne pióro wieczne. Tadeusz uśmiechnął się smutno do siebie i schował znalezisko do kieszeni kurtki. Wiedział też, że tylko jeden taki cud w tej dziwnej krainie przeznaczony jest właśnie dla niego. Pies prowadził go dalej, mimowolnie tropiąc woń wspomnienia widoku Perseid pod czas pewnej nocy, które zachęcająco śmigały zachęcając do rzucenia się w pogoń. Tadeusz po chwili zrozumiał intencje Bystrej: tam gdzie spadające gwiazdy, tam i spełnione życzenie. Nie mógł pokonać Jonasza w otwartej walce. Jednak był w stanie użyć tej samej broni, chociaż sam nie potrafił przewidzieć wszystkich konsekwencji.

Suka zatrzymała się. Właśnie pojawiły się pierwsze błyski na niebie.

– A jeśli…

 

*

Tadeusz leżał na ziemi. Pokonany przez Jonasza. Czuł w całym ciele przybierający coraz większą falą żal i gniew nabierające smaku goryczy. Kiedy zamknął oczy, przygotowując się do ostatecznego ciosu, który miał zadać mu przeciwnik, poczuł jak ukryte na piersi żar – ptakowe pióro ogrzewa go swoim ciepłem. Nagle całe jego ciało zaczęło się żarzyć niczym gorące węgle, aby następnie zamienić się w popiół błyskawicznie rozwiany przez wiatr znikąd.

Kie licho? Zdążył jedynie pomyśleć Jonasz na ten widok. Wiedział również, że to jeszcze nie koniec tej historii.

 

 

Rozdział 6.

Wszystkowiedzący narrator.

 

Czuję się niczym komentator sportowy. Wiem – jestem nieobiektywny, a więc podpadam. Już tak długo kibicuję Tadziowi. W końcu to jego dziedzina. Jonasz też ma kilka niezłych zagrywek. Tak więc, proszę państwa, na życzenie samej Ewy – ja – Wszechwiedzący Uzurpator – przejmuję ten rozdział. Właściwie to mam wrażenie, że zamontowali mnie tu jako przerywnik. Zamiast opisu krwawych starć, scen przemocy wszelakiej oraz kilku sekund potrzebnych do rozwinięcia następnego wątku autorowi. Ach, ten autor…

I tak, po przemianie Tadzia, Jonasz powrócił do siebie omamiony fałszywym zwycięstwem. Prawdziwa runda dopiero się rozpoczynała. Drodzy państwo, cóż to za widok, ….

a oto …w natarciu

nasi zawodnicy….

……

… tak więc bez żalu przejdźmy do zakończenia.

 

Zakończenie

 

Ewa myśli powoli. Odzyskuje świadomość siebie, ale nie otoczenia. Tym razem myśli używając ludzkich słów, którymi łatwiej jest się obudzić.

– Skoro jestem i myślę, skoro cogito ergo sum, skoro kolejnych dziesięć cytatów rodem ze szkoły, nie pomagają zatamować słowotoku migające raz czerwono, raz niebiesko, znaczenia z różnych języków, nie ma hamulca, ale nie ma jeszcze białego światła i czarnego zresztą też, a świadomość ciała każe mi się domyślać, że prawdą jest to, iż moje ciało leży na dnie głębokiej studni, i … jest.

Ciało pobite, pokaleczone, przemarznięte, obolałe, pamiętające oczy wpatrzone w jej oczy – oczy Ewy, którą jest – wpierw w momencie popchnięcia i, następnie, lotu oraz kończącego go upadku. Ewa przestaje myśleć. Mimo woli odczuwa wielkie zdziwienie.

– Jakim sposobem jest we mnie tyle słów? – zadaje sobie samej pytanie, by natychmiast znaleźć na nie odpowiedź. Jest tak, ponieważ może tu umrzeć, może też w cudowny sposób unieść się w powietrze i odlecieć, następnie odszukać swojego oprawcę. Jest żywa, więc jej życie ciągle ma potencjał. Ewa nie wierzy w potencjał, tak samo jak w cudowne loty i zemsty. Jednak tym razem robi wyjątek: wylatuje z czarnej dziury studni w magiczny sposób lecząc w trakcie lotu swoje rany. Robi tak, gdyż za wszelką cenę nie chce krzyczeć, a raczej charkotać zgruchotanym gardłem o pomoc, która jest niemożliwa, tak samo jak ten charkotliwy krzyk.

Myśli tylko: Nie dam mu tej satysfakcji.

Paradoksalnie spoczywanie w studni wzmocniło ją. Jej przerośnięte, z wyglądu ludzkie ciało mogło wreszcie odpocząć od uzależniającego człowieczego jedzenia. Podejrzewała, że "Jonasz" dodaje do niego jakiegoś narkotyku, bynajmniej nie przeznaczonego dla ludzi. Jednakże kiedy raz zadziałał, nie mogła przestać jeść. To było tak, jakby zjadała powoli truciznę oddziałującą na nią z coraz większą siłą. Do tego ten zapach. Wydawało się, że jest wszędzie. Podejrzewała też, że Jonasz stworzył go na bazie ekstraktu z młodych Muz. Poczuła, jak kapią jej łzy, co wiązało się z najstraszliwszym bólem spośród tych wszystkich, których do tej pory doznała. Pytanie, co jeszcze znajduje się w tym środku oprócz ekstraktu. Przez chwilę czuła strach. Po chwili wybuchł w niej leczniczy gniew. Zamknęła oczy. W tym, co ludzie biorą za sny, dotarła drogami znanymi tylko sobie do Tadeusza.

– A jednak żyje – pomyślała, a może powiedziała na głos. W snach słowo i myśl są jednym. Tadeusz patrzył na nią zdziwiony.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Ewę.

– W uliczce snu – odpowiedziała. Mimo tego, że widzieli siebie bez zniekształceń, ze wszystkimi ranami, krwią, urazami, poczuli ogromną radość. Wiedzieli, że żyją.

– Będziesz musiał zapomnieć – rzekła Ewa.

– Znowu? – ni to powiedział, ni to pomyślał Tadeusz – Czy jeszcze się spotkamy? Mam na myśli…

– Tak, jeszcze się zobaczymy – przerwała mu Ewa kładąc mu palec na ustach.

Skądś dobiegło ich ciche Pssyt, pssyt. Pospieszcie się. Ile można na was czekać? Tadeusz dostrzegł jedynie ciemność, którą ozdabiał jakby zarys, albo jedynie jego złudzenie, uśmiechu. Mimo woli też się wyszczerzył. Nagle dotarło do niego, że właśnie stoi przed lustrem, w łazience swojego mieszkania i próbuje się golić. Z jakiegoś powodu jest mu radośnie i lekko na duchu. Przez chwilę czuje zawirowanie w głowie. Gdy znowu się koncentruje, przypomina sobie błysk nagle tak oślepiający, a później wszystko traci sens.

– Gdyby to nie był sen … a jednak. Tym razem Tadeusz uśmiecha się i uśmiecha się do niego jego "cień". Tym razem pamięta.

Ostatniej nocy Jonasz po raz pierwszy śni na wzór ludzi, zagłębiając się w sen ze zwykłej ciekawości. Budzi się z krzykiem. Wstaje trzęsąc się i szczękając zębami, mimo upału. Po chwili idzie do łazienki i odkręca kran. Szum i chłód wody mają go uspokoić. Coś przykuwa jego uwagę. Drobna rysa na lustrze, migotliwa niedoskonałość tafli szkła.

Patrzy na swoje odbicie. Nikogo więcej tu nie ma. Tamten drugi też na niego badawczo patrzy. Panuje wprost idealna cisza.

– Ej ty. – Jego odbicie mruga znacząco.

– Kto? Ja? – Odruchowo odpowiada.

– Tak, ty. Dlaczego się tak na mnie gapisz? – Pyta.

– Szczerze? Czekam na moment, w którym znikniesz. – Mówi.

– A nie prościej wyjść stąd albo potłuc lustro? 

– Może i tak, ale ja zawsze byłem ciekawy, co znajduje się po drugiej stronie. -

– To znaczy? 

– Jakiś tajny korytarz, czy coś. – Nagle zdaje sobie sprawę, jak niedorzecznie to brzmi. On chyba to także zauważył.

– Pssyt…– Tym razem ze zdumieniem odkrywa, że odezwał się do niego właśnie jego cień.

– Chodźmy już, stary. – mówi pokazując jednocześnie drzwi. – Na szczęście ten w lustrze to już nie ty.– Cień ciągnie go za sobą po podłodze niczym zdobycz. Jonasz zaczyna się bać. Na zewnątrz jest przecież zupełnie ciemno. Po chwili słyszy jej śmiech. Śmiech Ewy. Na ten dźwięk Jonasz próbuje uciec, schwytać za ogon opierający się cień ostatniej szansy, lecz ta jest uparta i ma mocne kopyta. Jonasz widzi nawet przez moment srebrno – złocisty błysk lustra w łazience. Rzeczywiście nie ma tam już jego odbicia. Wydaje się, że z lustra patrzy na niego – wpierw mocno zakłopotana, później z uśmiechem na ustach – twarz Tadeusza. Tadeusz goli się. Jonasza bierze najwyżej za przywidzenie, nic nie znaczący błysk na niedoskonałej tafli lustra. Idzie na spotkanie z Ewą, albo raczej próbę takiego spotkania. Tymczasem Ewa obserwuje wszystko z cienia. Widzi Jonasza i czuje jego strach. Widzi Tadeusza, jednak nie czyta w jego myślach, gdyż woli, aby pozostał dla niej zagadką. Na pewien sposób daje mu broń do ręki. Jest bezpieczny za zasłoną z jej szacunku. Jonasz wreszcie znika, jego jaźń rozrzedza się i ulatnia niczym nic nie znacząca mgła będąca tu tylko gościem.

 

Ewa znów wraca do rzeczywistości. Wychodzi z cienia wewnątrz swojego starego mieszkania, w sam raz, aby zamknąć zapomniane okno przed nadchodzącą burzą. A także w sam raz, by przytulić i uspokoić kota, głodnego i wściekłego na nią. Jednak gdy go przytula i głaszcze, kot zaczyna głośno mruczeć, przyjmując taką formę przeprosin z pełną aprobatą. Ewa zasypia.

Kiedy się budzi, myśli o Tadeuszu. Jest wręcz pewna, że spotka go w pobliżu kawiarni, w której sama często bywa o poranku. Ma szczęście. Tadeusz przyszedł. Ewa udaje wielkie zdumienie, kiedy Tadeusz się z nią wita. Później, kiedy siedzą oboje już w środku kawiarni, któreś z nich pewnie spyta o żar – ptakowe pióro.

 

W tle słychać radio. Jest dziewiąta rano.

“Mili państwo, teraz czas na wiadomości, a później jeszcze jeden energetyzujący kawałek "Tego się nie spodziewasz". Tra ta ta tra ta” – słychać cogodzinny przerywnik. Gości w kawiarni jest wyjątkowo mało. Właściwie tylko dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna. Z perspektywy kelnera siedzą naprzeciwko siebie nieruchomo, z twarzami zastygłymi w półuśmiechach, jedynie ich oczy zdradzają lekkie napięcie. Nic nie mówią, tylko wpatrują się jedno w drugie. Między nimi na stoliku dwa parujące ciepłem croissanty z czekoladą (mottem kawiarni jest własna produkcja i świeżość) oraz kawa zbożowa w małym dzbanuszku z filiżankami. Na zewnątrz o tej porze panuje lekki chłód. Godzina dziewiąta trzydzieści. Radio wysyła w świat pierwiastki niezłego jazzu i aurę dobrego samopoczucia. Blask słońca pnie się w górę wraz z coraz dłuższymi cieniami. Chociaż rozpoczyna się jesień, budleje w ogródku kawiarnianym ciągle kwitną przywabiając wciąż liczne motyle – głównie Rusałki – oraz pszczoły i trzmiele, tak samo jak drugi raz kwitnąca ciepłą porą wczesnej jesieni lawenda i róże Pomponella. Na szybie okna siedzi mucha wygrzewając się w promieniach słońca, zaś druga lata zygzakowatym torem pod sufitem.

Jest idealnie – pomyślała Ewa. Po chwili otwierają się drzwi.

No prawie idealnie. Jonek to jednak twarda sztuka – dokończyła myśl prawie z czułością.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, zaintrygował mnie opis tego fragmentu i nie ukrywam, że podobają mi się wszelkie próby dłuższych tekstów z elementami oniryzmu. Fragment zapowiada się ciekawie, chociaż nie wiem, jak wypada w optyce całości, na pewno czuje się klimat odpowiedni dla zamierzenia.

W kwestii uwag, o które tutaj prosisz – dwie rzeczy. Opisy są nieco zbyt rozciągnięte i szczegółowe, zwłaszcza we wstępie, więc skupiłabym się na skondensowaniu niektórych z nich do esencji tego, co chcesz powiedzieć. Postaci z kolei, w scenie gdzie sporo ich czytelnikowi przedstawiasz zlewają się trochę ze sobą. Nie mówię, że to źle, bo czasem to taki zamysł w literaturze z nutka oniryzmu, który po prostu ma na celu podkreślenie jakiejś głębszej metafory. Ale jeżeli by tak nie było, postarałabym się o jakieś bardziej plastyczne opisy bohaterów, żeby wydawali się bardziej z krwi i kości.

Ogólnie czy tekst zachęca na tym etapie? Myślę, że zdecydowanie tak, koncept jest i to dość ciekawy. Pozdrawiam.

Jeżeli nie jest to zamknięta całość, proszę zmień oznaczenie z opowiadania na fragment.

Witajcie: oidrin, Deirdriu :)

oidrin: wymagasz ode mnie trudnej rzeczy, gdyż uwielbiam opisywać szczegóły. I wiem, że to może być sporym minusem. W każdym razie spróbuję. 

Deirdriu: dziękuję za uwagę.

 

Pisząc to obawiałam się najbardziej reakcji na początek. Oby po pewnych modyfikacjach Tadeusz nie poległ zupełnie w starciu z Czytelnikiem.

Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Wszelkie wątki miłosne i im podobne/bliskie to nie jest to, co CM-y lubią najbardziej. Tutaj nie do końca jestem targetem, więc za wiele nie napiszę. Natomiast sam absurd w tekście mi się podobał. Lubię tego typu zabawy i myślę, że jest to najciekawszy element tego fragmentu.

No właśnie. Fragmentu. Trochę lepiej wypadłby ten pomysł, gdyby był jednak zaprezentowany w formie opowiadania. Albo gdyby na bazie tego konceptu, który tu masz, stworzyć jakieś osobne opowiadanie. Łatwiej wtedy o szerszy odbiór, bo czytelnik dostanie jednak zamkniętą historię. Fragmentami ciężko walczy się o czytelników. Masz tutaj sporo opisów – w powieści pewnie nikt by na to przesadnie nie marudził. Ale tutaj czytelnikowi będą wadzić, bo tak do końca do niczego go nie doprowadzą. Poznaję bohaterów czy scenerię, ale z pełną świadomością, że w pewnym momencie to wszystko się urwie – w końcu czytam fragment. To może trochę zniechęcać.

Językowo przyda się pewnie trochę poprawek. Tutaj bardziej musisz liczyć na niezawodną Reg, jak wskażę tylko parę przykładów, bo czas nie pozwala mi na więcej.

Chociaż był niepoprawnym marzycielem, Tadeusz był również człowiekiem o zdroworozsądkowym sposobie myślenia. Mówiąc inaczej: „mierzył siły na zamiary”.

Mieszkanie mężczyzny było pełne puzzli wszelakiego rodzaju, małych zagadek, w tym trójwymiarowych modeli, poczynając od koloseum i Big Bena po diabelskie młyny.

Dobrze jest unikać takich powtórzeń i poszukać czasem jakichś zamienników. Lepiej to wtedy brzmi. Na przykład: Tadeusz należał również do ludzi o zdroworozsądkowym sposobie myślenia.

Obecnie spośród kilkudziesięciu pomysłów miał do wyboru między innymi dwa, które najbardziej przypadły mu do gustu.

Tutaj masz takie słowa, które niewiele wnoszą. “Znikanie” takich słów jest o tyle korzystne, że z perspektywy całego tekstu potrafią zabierać nawet kilka tysięcy znaków (piszę w oparciu o swoje doświadczenia).

Tutaj nie trzeba dodawać “między innymi”, bo wcześniej nadmieniasz, że pomysłów jest kilkadziesiąt, więc jeśli ma do wyboru dwa, które przypadły mu do gustu, to wiadomo, że są to dwa “między innymi”.

Ta uwaga może się wydawać drobiazgiem, ale ona jest jednak ważna. Dlaczego? Jak pisałem, takie zbędne słowa potrafią czasem “kraść” nawet i kilka tysięcy znaków, a tekstem o długości, powiedzmy, 20 000 znaków łatwiej jednak walczyć o czytelnika niż przy 30 000.

Zdecydowali się na jego teksty, gdyż zapragnęli "swoim śpiewem połączyć światy, a jego teksty są najlepsze".

Tutaj też takie zdanie z powtórzeniem brzmi trochę niezgrabnie. Wiadomo, że to, co w cudzysłowie, musi zostać, ale w pierwszej części zdania szukałbym synonimów, żeby zdanie było bardziej różnorodne.

– Trochę to dziwne – pomyślał – Skąd wiem,

Tu brakuje kropki po “pomyślał”.

Tyle ode mnie.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo dziękuję za komentarz CM. Wzięłam sobie do serca i oto już całość. 

Mam nadzieję, że znajdziecie dość czasu i siły, aby to przeczytać do końca, oidrin, Deidriu.

Pozdrawiam serdecznie

:)

 

Nigdy się nie poddawać

Cóż, Zielonko, z trudem dobrnęłam do drugiej gwiazdki i z przykrością wyznaję, że mocno mnie ten fragment znużył, że nic mnie w nim nie zainteresowało na tyle, bym chciała dobrowolnie brnąć dalej.

Napisałaś w przedmowie, że poprzednia wersja opowiadania była niedopracowana, więc spodziewałam się, że teraz postarałaś się, aby wszystko było jak należy. Niestety, lekturę utrudniają błędy, usterki, nie zawsze poprawnie skonstruowane zdania, a także źle, wręcz nieczytelnie zapisane dialogi i myśli oraz nie najlepsza interpunkcja.

Przypuszczam, że łapanka zrobiona w przeczytanym fragmencie, pozwoli Ci zorientować się, że wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Pa­da­ła wcze­sno­je­sien­na plu­cha z desz­czu, kasz­ta­nów i liści… ―> Plucha to brzydka, deszczowa pogoda. Pogoda, w tym także plucha, nie pada.

 

po­czy­na­jąc od ko­lo­seum i Big Bena… ―> …po­czy­na­jąc od Ko­lo­seum i Big Bena

 

Tak, to pew­nie przez starą mro­żo­ną pizzę. Już się bałem, że mi od­bi­ja. – po­my­ślał Ta­de­usz. ―> Np.: Tak, to pew­nie przez starą mro­żo­ną pizzę. Już się bałem, że mi od­bi­ja – po­my­ślał Ta­de­usz.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

nie­zbyt wy­bit­nej gru­pie po­po­wo – roc­ko­wej… ―> …nie­zbyt wy­bit­nej gru­pie po­po­wo-roc­ko­wej

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

Mięli za­le­d­wie ukoń­czo­ne osiem­na­ście lat… ―> W jaki sposób gnietli ukończone osiemnaście lat?

Mieli ukończone za­le­d­wie osiem­na­ście lat

 

nie pa­so­wał jakoś temat Wiel­kiej Woj­ny­ii. ―> Nie pasował temat czego???

A może miało być: …nie pa­so­wał jakoś temat Wiel­kiej Woj­ny­.

 

życie robi się nie­spo­dzie­wa­nie nad wyraz po­waż­ne, zro­bił w tym… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

gdyż był krót­ko­wi­dzem, a za­po­mnia­ne oku­la­ry zo­sta­wa­ły zwy­kle na stole… ―> Jestem krótkowidzem i jestem przekonana, że Tadeusz nie zapominałby o okularach, albowiem bez nich widziałby źle.

 

Je­dy­nie jego włosy zna­czy­ły się pło­mie­niem czer­ni. ―> Chciałabym zobaczyć czarny płomień.

 

oka­zy­wa­ły się by­stre , a… ―> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

jako pi­sarz mogę po­wie­dzieć … – Za­my­ślił się… ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

ury­wa­jąc wy­po­wiedź wpół i tak już nie­zro­zu­mia­łe­go zda­nia. ―> …ury­wa­jąc wy­po­wiedź w pół i tak już nie­zro­zu­mia­łe­go zda­nia.

 

z kimś swo­imi zmar­twie­nia­mi za­czął opo­wia­dać treść swo­je­go przy­szłe­go filmu. Sam był zdzi­wio­ny swoim za­cho­wa­niem… ―> Nadmiar powtarzających się zaimków.

 

„Może i tak” – od­po­wie­dział Ta­de­usz… ―> Czemu służy cudzysłów?

 

cze­kał spo­koj­nie, aż ten się uspo­koi. ―> Brzmi to fatalnie.

 

czę­sto zmie­nia­ła swój „image”… ―> Czemu służy cudzysłów?

 

Jo­nasz po­wie­dział tylko, bar­dziej do sie­bie, niż do nowo po­zna­ne­go to­wa­rzy­sza: “A oto idzie jego Muza”. ―> Dlaczego to nie jest zapisane tak, jak się zapisuje dialog?

Jo­nasz po­wie­dział tylko, bar­dziej do sie­bie, niż do nowo po­zna­ne­go to­wa­rzy­sza:

– A oto idzie jego Muza.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

miały go od­dzie­lić od tej o to nie­by­wa­łej… ―> …miały go od­dzie­lić od tej oto nie­by­wa­łej

 

ol­brzy­mie emo­cje, które sta­ran­nie ukry­wał za maską twa­rzy… ―> Można ukrywać emocje za maską obojętności, ale nie można za maską twarzy.

 

wstrzą­sa­ły, ni­czym trzę­sie­nie ziemi, jego je­ste­stwem. ―> Brzmi to nie najlepiej.

 

Ta­de­usz oszo­ło­mio­ny nie­zwy­czaj­no­ścią tego spo­tka­nia… ―> Raczej: Ta­de­usz, oszo­ło­mio­ny niezwykłością tego spo­tka­nia

 

że przez jej zja­wi­sko­wość… ―> …że przez jej zja­wi­sko­wość

 

wra­że­nie dzi­wacz­no­ści i nie­ade­kwat­no­ści tego spo­tka­nia. ―> Na czym polega nieadekwatność spotkania?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka