- Opowiadanie: katia72 - Budowacz murów

Budowacz murów

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Budowacz murów

0

Jestem budowaczem murów.

Chciałeś powiedzieć budowniczym?

Nie, budowaczem.

 

– 1

Nie myślę, tylko patrzę do środka. Nie, nie potrafię, bo uparcie słyszę słowa. Chciałbym czuć kolory, ale zabijają je litery. Marzyłem, żeby zostać kreatorem, a jestem budowaczem i mimo że nienawidzę swoich cegieł, pragnę zbudować z nich mur sięgający nieba.

Nawet gdy go zbudujesz, wszyscy o nim wkrótce zapomną.

 

– 1

Ciągle rozmawiam z samym sobą. Słowa przeszkadzają mi myśleć. Ten okropny hałas w głowie. Moje drugie ja. W słoikach z farbami pływają litery. Nie ma karmazynu ani cyjanu, ani indygo. Wszystko jest szare. Chciałbyś być analfabetą? By poczuć kolory? Nie. By zostać kreatorem? Tak.

 

– 10

― Slapo! Co się tak gapisz w ziemię? Do roboty! Mur się sam nie zbuduje!

Nałożyłem cement, sięgnąłem po cegłę. Było mi zimno i źle. Wiatr wydawał się nieść ze sobą drobiny lodu, które boleśnie wwiercały się w moją wysuszoną skórę. Spojrzałem na niebo. Brzydka szara płachta poprzetykana nitkami karmazynu. Próbowałem zapamiętać kolory, by w nocy przenieść je na płótno. Chwyciłem kolejną cegłę.

― Szybciej, Slapo, szybciej. ― Saskinio stał nade mną ze zmarszczonymi brwiami i jeszcze bardziej zmarszczonym czołem; przywiódł mi na myśl złapanego przez myśliwych rannego zwierza. Uśmiechnąłem się pod nosem, po czym odrobinę przyspieszyłem.

Cegły miały nieprzyjemną, chropowatą powierzchnię, od której robiły się rany na wewnętrznej stronie dłoni. Nie lubiłem używać rękawic. Nie byłem dobrym budowaczem. I nie chciałem nim być. Przebiegłem wzrokiem po murze. Sięgał tak daleko, że nie widziałem końca. Pełzający po ziemi brunatny wąż. Gdybym tylko mógł złapać go za szyję i wbić głową w błotniste podłoże, zamieniłby się w wieżę sięgającą chmur.

 

+10

Nie mogłem uwierzyć w to, co powiedział Brands. Stałem i patrzyłem na brodacza z półotwartymi ustami, nie potrafiąc wykrztusić z siebie pojedynczego słowa. Czułem spływające po plecach strużki potu.

― Co się taki czerwony zrobiłeś? Kasę za obraz zaliczę ci do opłaty za kolejne ekspozycje. Pasuje?

Przytaknąłem, po czym podszedłem do swojego dzieła ― „Niebo nad zasypiającym miastem”. Ciemnoszare kontury budynków, brunatny mur i stal wymieszana z karmazynem. Wszystkie linie lekko rozmazane. Barwy przechodzące z jednych w drugie; powoli, płynnie, wręcz niezauważalnie. Czyż to nie wspaniałe, że ktoś zechciał kupić mój obraz?! Mój! Namalowany tymi samymi rękami, które układają cegły. Przełknąłem ślinę i wybełkotałem:

― Brands, niezmiernie się cieszę.

― Wiem. ― Mężczyzna przeczesał palcami sięgającą połowy ogromnego brzucha brodę, chrząknął znacząco i dodał: ― Ale teraz już uciekaj. Muszę zapakować obraz, a poza tym mam dużo innych rzeczy na głowie. Tak czy inaczej, gratuluję.

 

+1

Brands capnął większość pieniędzy, które dostałem za pierwsze sprzedane w życiu malowidło. Leżałem na łóżku i przyglądałem się liniom lewej dłoni. Były zdecydowanie zbyt wyraźnie. Znikały, gdy mrużyłem powieki. Linia życia podobnie jak mur sunęła w nieskończoność; zakręcała aż na drugą stronę, tak że nie byłem w stanie zobaczyć jej końca. Czy to znaczyło, że jestem nieśmiertelny? Co się stanie, kiedy krańce muru ostatecznie się spotkają? Saskinio zatrudniał coraz więcej budowniczych.

Zacisnąłem palce na prześcieradle. Czy dostanę inną pracę?

 

– 1

Monotonia zbyt zwyczajnych dni i wewnętrzne rozmowy przy układaniu cegieł. Nigdy nie zostanę znanym malarzem. Zamkną miasto i umrę z głodu. Przestań. Staraj się być lepszym budowaczem i wtedy Saskinio da ci robotę przy tynkowaniu lub odnawianiu dachów. Zamknij się, chcesz mnie zniszczyć. Ciebie czy twoje marzenia?

 

– 10

― Uwaga! Uwaga! Ze wschodu nadciągają hordy zakażonych! Chwyćmy za broń!

― Nie, chwyćmy za szpachle i skończmy wreszcie budować ten przeklęty mur!

Z trudem przeciskałem się przez tłum rozhisteryzowanych ludzi, sam będąc zapewne jeszcze bardziej przerażony od krzykaczy. Spojrzałem na zegarek. Nie miałem najmniejszych szans dotrzeć na czas. Saskinio obetnie mi wypłatę albo każe zostać dłużej, a ja powinienem zaraz po pracy pędzić do galerii. Kolejne moje dzieło, którym zainteresował się klient ― „Zatopione w jeziorze oczy”. Purpura, szmaragd i dużo karminu. Tym razem jednak obraz zdaniem przyszłego nabywcy wymagał poprawek. Chodziło mu głównie o rzęsy ― zbyt rozmazane i za mało czarne. Ba, one w ogóle nie były czarne, lecz ciemnobrązowe.

― Slapo?! Gdzieś ty się podziewał? Cegły czekają! ― Saskino ruszał nozdrzami niczym rozjuszony byk.

Tego dnia zobaczyłem ogon węża. Był już bardzo blisko budowanego moimi rękami pyska. Okrąg powoli się zamykał. Nie, patrząc na uwijających się wokół mnie nowych budownicznych, nie powoli, lecz bardzo szybko. Cztery, pięć dni i wąż zaciśnie się na szyi naszego miasta.

 

– 100

Szedłem. Moje ubrudzone cementem buty dotykały popękanych płyt zabłoconego chodnika. Rozkład i zniszczenie. Nie zawsze rozmawiałem z samym sobą. Nie pamiętałem dokładnie, kiedy się to zaczęło. Chyba jeszcze przed przybyciem do Rostuno, ale już po wieściach o wybuchu epidemii.

Mijałem budynki wzniesione z tej samej cegły, z której wznosiliśmy mur. Pomalowane na popielato, jasnozielono lub brudnoróżowo. Gdy mrużyłem powieki, kolory zlewały się w niebieskofioletowy sznur wozów, którymi uciekaliśmy przed zarażonymi. Zostawiłem matkę i brata w Ulupaku. Nie chcieli jechać. Może to z samotności wykreowałem w głowie moje drugie ja. Ludzie w Rostuno nie lubili nowoprzybyłych. Patrzyli na mnie spod byka, gdy wchodziłem do sklepu po bułki, wytykali palcami, gdy przechadzałem się po deptaku.

Teraz też kobieta w bordowej pelerynie rzucała mi pełne nienawiści spojrzenie, jednocześnie zakrywając dłonią oczy dziecka, by w ogóle nie patrzyło. Skręciłem w prawo w alejkę strzelistych drzew o pokrytych rdzą liściach. Zatapiałem się w kolorach, by nie tonąć w lęku.

Parę dni temu dobiegły mnie słuchy, że w Ulupaku wszyscy umarli. Z całej siły kopnąłem kamień, który najpierw wyleciał w powietrze, by następnie odbić się od brunatnego muru.

Wszystkie drogi prowadziły mnie do cegieł.

 

+1

― Hurra! Jesteśmy bezpieczni! Mur ukończony!

Czerwone wino, wiwaty, kobiety intonujące pochwalne pieśni. To był radosny dzień. Udało mi sprzedać obraz; tak jak poprzednio pieniądze przejął Brands, ale mimo to czułem się zadowolony. Trzymałem w ręce kieliszek i wraz z innymi podziwiałem ceglaną barierę, mającą na celu ochronić miasto przed zakażonymi. Od dzisiaj Rostuno miało zostać zamknięte. Bramę planowano otwierać tylko dla przewoźników, którzy, gdy chcieli zostać z nami na dłużej, musieli poddać się kwarantannie.

 

+10

Wbrew obawom nie straciłem pracy. Saskinio z murarza zrobił ze mnie malarza ścian. Nakładałem szarą farbę na brunatne cegły. Dostawałem o jedną czwartą wypłaty mniej niż w poprzednim zawodzie. Bądź co bądź, oczywiście wolałem machać pędzlem niż szpachlą.

 

– 100

Tego ranka ze snu wybudziły mnie agresywne, wpadające przez okno, słoneczne promienie. Malowałem do pierwszej w nocy i gdy kładłem się do łóżka, byłem tak zmęczony, że zapomniałem zaciągnąć zasłony. A poza tym spodziewałem się deszczu lub mgły. Wilgotność o tej porze roku dawała się we znaki wszystkim mieszkańcom Rostuno. Przeciągnąłem się i parę razy mrugnąłem. Coś drażniło moje oczy. Wciągnąłem powietrze. I coś bardzo dziwnie pachniało. Wyjrzałem na zewnątrz, ale przez to słońce, nie mogłem nic dostrzec.

Pospiesznie wciągnąłem spodnie i bez koszuli wybiegłem na ulicę. Wszędzie błąkali się zarażeni. Zrobiłem krok w tył, a chwilę potem nastała wszechogarniająca cisza i ciemność.

 

– 1000

Cisza i ciemność, która wydawała się trwać wieki. Wyrwał mnie z niej dopiero okropny, zachrypnięty, męski głos:

― Kim jesteś?

― Budo… budowaczem ― wymamrotałem.

― Masz na myśli budowniczym?

― Nie, budowaczem. Gdzie się znajduję? Czy ja zachorowałem? Czy ja umarłem?

Mężczyzna w biały fartuchu wstrzyknął mi coś w ramię, a potem zadawał setki pytań. W dzień, w nocy, przez tydzień, przez miesiąc i ciągle nie był usatysfakcjonowany moją historią.

― Mówiłeś nam już to kilkanaście razy. Co się stało po tym, gdy wpadłeś między tłum zakażonych? ― Mężczyzna w kitlu, którego nazywałem w głowie lekarzem, nerwowo stukał paznokciem o blat metalowego biurka.

Podciągnąłem kolana do brody i wymamrotałem:

― Nie… wiem. Nie pa… pamiętam. Wy… wypuście mnie.

Zastrzyk. Głowa wciśnięta do blaszanego hełmu. Jaskrawe światło. I powrót do pokoju bez okien. Po raz ― nie miałem pojęcia który.

― Na co chorowali zakażeni? ― Lekarz nacisnął guzik w stole; jedna z rurek łączących blat z moim czołem zapulsowała. Przez moment nie widziałem nic poza intensywną czerwienią, a gdy odzyskałem wzrok, odparłem:

― Nie wiem.

― Przecież, gdy wybiegłeś rano z kamienicy, zobaczyłeś na ulicy tłum zakażonych.

― Tak, ale nie pamiętam, jak wyglądali. Słyszałem, że mają skórę pokrytą krwawiącymi wrzodami, że tracą zęby i że się bardzo trzęsą, ale… ― Na chwilę zamilkłem, podrapałem się pod lewym żebrem, by dodać niepewnym tonem: ― Nie pamiętam dokładnie, jak wyglądali ci zakażeni z ulicy. Oni w ogóle nie przypominali ludzi.

― Dlaczego?

― Nie wiem. ― Zakryłem dłońmi twarz.

 

– 1000

To jest sen prawda? Ja śnię jakiś okropny koszmar. Czy wiesz, kiedy się obudzę i wrócę do Rostuno? Ty jesteś w Rostuno, a twój sen nigdy się nie skończy, bo to nie sen, lecz rzeczywistość. Przecież widziałeś mur, prawda? Tak.

 

– 1000

Zabierali mnie do cegieł co parę dni o różnych porach. Podchodziłem do muru i dotykałem palcami chropowatej, zgniłozielonej powierzchni, która zmieniała odcień w zależności od ilości światła. Wzdychałem ciężko, bo przecież mój „wąż” był brunatny, a w niektórych miejscach szary. Doskonale pamiętałem kolor farby, w której maczałem pędzel. Skąd wzięła się ta paskudna zieleń?

― On wciąż za dużo ze sobą rozmawia. Słowa zakłócają jego pamięć. Nam potrzeba więcej obrazów. Przekaz powinien być czysty. ― Szepty za moimi plecami. Nie chciałem ich słuchać. Oni mówili same złe rzeczy.

― Z niego nic nie będzie. Jest uszkodzony.

 

– 10

Uszkodzony. Pewnie, że byłem uszkodzony. Koszmar na jawie. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem, ani jak się tu znalazłem. Na szczęście lekarz przestał mnie odwiedzać. Zamiast niego zaczął przychodzić człowiek mucha.

Tak go ochrzciłem, bo nie dość, że jego ciało przerażało chudością, to na twarzy zamontowano mu przesłonę z dużymi okularami i czymś, co przypominało owadzi aparat gryzący. Pierwszy raz, gdy zawitał do mojej celi, myślałem, że to już koniec. Że przyszedł mnie zabić, ale nie, człowiek mucha okazał się wyjątkowo miły i rozmowny. Miał na imię Erdan.

To od niego dowiedziałem się, że zostałem znaleziony w beczce w jednej z piwnic naszej najlepszej winiarni. Jednakże byłem zanurzony nie w winie, lecz w złocistej cieczy. Po wyciągnięciu znajdowałem się w stanie śpiączki. Proces przywracania mnie do życia trwał ponad siedem tygodni. Zupełnie nic z tego okresu nie pamiętałem. Erdan użył słowa „hibernacja”. Niestety, nic mi ono nie mówiło.

Najgorsze, że jego zdaniem był rok dwa tysiące dwieście pięćdziesiąty trzeci. Budowa muru okalającego Rostuno została ukończona w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym.

Szok. Zwątpienie. Ból.

 

– 10

Wierzysz mu, że przetrwałem w beczce ponad trzysta lat? Człowiek mucha musiał kłamać. Niekoniecznie. Ludzie zawsze marzyli o tym, by być nieśmiertelni, nawet ty… Te twoje mrzonki o byciu znanym malarzem. Czy nie kryje się za nim pragnienie wieczności? A czym przy wieczności jest trzysta lat? Przestań. Opowiadasz bajki. Ja? Przestań gadać. Przez ciebie nie mogę zmrużyć oka. Nie potrzebujesz spać. Nie robisz nic poza wpatrywaniem się w cegły i odpowiadaniem na głupie pytania.

 

– 1

Zgniłozielone cegły, człowiek mucha i coraz więcej rozmów z samym sobą. Wewnętrzne głosy każdego dnia coraz bardziej i bardziej przeszkadzały mi skupić myśli.

― Slapo, spróbuj się skoncentrować. Przypomnij sobie dzień, w którym zamykaliście miasto. Był festiwal. Bawiliście się na ulicy. Czy wydarzyło się wtedy coś niezwykłego?

― Nie wiem.

― A parę dni później? Czy coś przykuło twoją uwagę? ― Erdan nie dawał za wygraną.

Tak czy inaczej, nie potrafiłem sobie nic niezwykłego przypomnieć. Radość ze sprzedanego obrazu, szara farba w wiadrze, niebo koloru cyjanu, Saskinio rozmawiający z chłopakiem, który miał mi pomagać przy malowaniu muru. Ten chłopak… z nim było źle. Chorował, ale nie wiedziałem na co. Na nic. Wyłącz obrazy. Powiedz, że nic nie pamiętasz. Słyszysz? Zamknij się, ja… ten chłopak miał problemy ze skórą. Przestraszyłem się, że to zakażony i że wkrótce zarazi całe miasto.

― Slapo, z kim ty ciągle rozmawiasz?

― Z nikim. ― Włożyłem dłonie między kolana.

― To, dlaczego ruszasz ustami, a czasem nawet coś szepczesz? Powiedz mi, to co powiedziałeś komuś w swojej głowie. Proszę.

Zacisnąłem wargi, przeniosłem wzrok z „żuwaczek” na wiszący na ścianie za Erdanem obraz przedstawiający czerwony trójkąt na tle żółtego prostokąta. Bardzo ładna dwukolorowa kompozycja. Pomyślałem o ostatnim namalowanym przeze mnie dziele ― „W jeziorze wina”. Nie zdążyłem go oddać do galerii.

― O czym myślisz?

Wzdrygnąłem się, ponownie spojrzałem na owadzią twarz, po czym odparłem:

― O malowaniu.

― Muru?

― Nie, płótna, o tworzeniu…

― Lubisz sztukę? Kto jest twoim ulubionym malarzem?

― Ja… ja… ― Zacząłem się jąkać, jakbym wstydził się własnego malowania. ― Ja… wo… lałem sam…

― Wolałeś tworzyć niż podziwiać dzieła innych?

Przytaknąłem.

― Byłeś artystą?

― Nie, budowaczem.

 

+1

Na kolejne nasze spotkanie człowiek mucha przyszedł z płótnem, pędzlami i zestawem farb olejnych. Uśmiechnąłem się szeroko.

― To dla ciebie, Slapo, spróbuj się odprężyć. A przy okazji może stworzysz jakieś wielkie dzieło. Wiesz, ja też jestem pasjonatem sztuki. Kocham obrazy Prasto Biduniego.

― Kogo?

― No, tak, ty nie miałeś szans o nim słyszeć. Tworzył pod koniec dwudziestego pierwszego wieku. Urodził się długo po tym, kiedy ty już powinieneś nie żyć.

Czy on znowu kłamie? Nie. Popatrz na sztalugi i farby. One wyglądają zupełnie inaczej. Tak jak wszystko w tym budynku. Zresztą przyjrzyj się masce twojego rozmówcy. Czy widziałeś kiedykolwiek coś podobnego? Nie. Erdan ma rację. To przerażające. Zacisnąłem palce na krawędzi krzesła. Z czego ono było wykonane? Coś jakby szkło, ale takie, którego nie dało się stłuc.

― Slapo, wracaj na ziemię.

Otrząsnąłem się i sięgnąłem po pędzel. Dotknąłem włosia. Na pewno nie było ono ani z kuny, ani z wołu. Dziwny, nieznany mi, śliski materiał.

― Dobrze. Zostawiam cię samego z twoimi farbami, a ty twórz! Twórz!

 

+1

Pomieszałem brąz z żółcią. Delikatnie nałożyłem na płótno. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi malowania. Czułem się tak, jakbym nie robił tego przez lata. Przygryzłem dolną wargę. Jeśli mieli rację, nie stworzyłem nic przez trzy stulecia. Hibernacja. Lekarz napomknął, że oddałby niemalże wszystko, by poznać tajemnicę mojego przetrwania. Hibernacja, czyli co? Magia? Duchy? Może zawarłem pakt z Diabłem i to on teraz przekrzykuje w głowie moje myśli?

Nie jestem Diabłem. To kim? Na razie nie mogę ci powiedzieć, ale wkrótce się dowiesz. Tylko uważaj na Erdana. Przebiegły lis z niego. Zajmij się tworzeniem. Przecież chcesz zostać kreatorem. Tak, namaluję mur wokół Rostuno oświetlony promieniami wschodzącego słońca.

Potrzebowałem więcej żółci i bieli. Biały, biały… W zestawie farb odnalazłem błyszczącą, perłową biel. Była śliczna. Jakim sposobem uzyskiwali tak przepiękny kolor? Chyba pierwszy raz od wyciągnięcia mnie z beczki, którego na szczęście nie pamiętałem, poczułem w sercu iskierkę radości.

 

+10

― Piękny obraz. Wschód słońca, prawda? ― Erdan stał naprzeciwko mojego zaledwie parę minut wcześniej skończonego malowidła. Unosił brwi i kręcił głową w prawo i w lewo.

― Tak ― odpowiedziałem, czując wykwitające na policzkach rumieńce.

― Wspaniały.

Nie wierz mu. On przedkłada abstrakcję nad słodkie pejzaże. One wcale nie są słodkie. A jakie? Nieważne. On chce tylko sprawić ci przyjemność. Próbuje przeciągnąć na swoją stronę.

― I ten mur. Wygląda imponująco. Tak go zapamiętałeś? ― Erdan kontynuował, wciąż kręcąc głową.

Czy człowiek mucha rzeczywiście jedynie udawał swój zachwyt? Oczywiście, naiwniaku. Dlaczego mnie obrażasz? Bo jesteś zbyt miękki.

― Co będzie następne?

― Jeszcze nie wiem.

― Może impreza z okazji zamknięcia bram miasta? Dużo o niej opowiadałeś.

Podrapałem się po czole. Ponownie przypomniałem sobie o ostatnim namalowanym przed trzema wiekami obrazie. Może powinienem spróbować go odtworzyć?

 

+1

Głos w głowie był przeciwny. Krzyczał, że zdanie Erdana się nie liczy, że nie mogę traktować go jako przyjaciela. A ja za wszelką cenę chciałem wyłączyć myśli i skoncentrować się na nakładanych kolorach. Mrużyłem powieki, zaciskałem dłoń na pędzlu, liczyłem do stu, po czym wbijałem wzrok w różnobarwne nitki. Przez parę dni go nie słyszałem, niestety, gdy wrócił, zaatakował ze zdwojoną siłą.

 

– 10

Czemu robisz to, co każe Erdan? Nie masz własnego zdania? Mam. To dlaczego malujesz wino i wiwatujących ludzi? Ty nigdy nie lubiłeś odtwarzać na płótnie ludzkich twarzy. Nieprawda. A „Zanurzone w jeziorze oczy”? Słucham? Masz na myśli otoczone ciemnobrązowymi kreskami szmaragdowe plamy? Przestań! Przestań! Nie chcę cię więcej słuchać! Erdan to mój przyjaciel. Przyniósł mi farby i pewnie niedługo mnie stąd wypuści. Tak, naprawdę? I gdzie niby pójdziesz? Twoim zdaniem świat jest taki jak wcześniej? Masz nadzieję, że znowu znajdziesz pracę budowacza? Że gdzieś tam ciągle grasują zakażeni i będą potrzebować rąk do budowy murów? Nie wiem. Muszę wyjść poza Rostuno, żeby się przekonać.

 

0

― Ten jest piękniejszy niż poprzedni. Jestem pod ogromnym wrażeniem twojego talentu. I… ― Erdan na moment zawiesił głos, poprawił swój aparat gryzący, przetarł chustką okulary i lekko zachrypniętym głosem kontynuował: ― Czy mógłbym go od ciebie kupić? Po zakończeniu misji zabrałbym go do domu i powiesił w gabinecie lub w salonie. Myślę, że moja żona będzie nim równie zachwycona.

― Kupić? Ja… ― Nie dokończyłem, lecz wbiłem wzrok w lśniącą podłogę.

― Nad czym się zastanawiasz? Czy nad tym, że nie mam ci, czym zapłacić?

― Nie ― odparłem, po czym chrząknąłem i zapytałem, siląc się na stanowczy ton: ― Ja chciałbym, żebyście mnie wypuścili. Nie pamiętam, co się wydarzyło po tym, kiedy wyszedłem na ulicę. Przyrzekam.

Erdan położył mi dłoń na ramieniu. Lekko je uścisnął i powiedział:

― Nie sądzę, że nas oszukujesz. My po prostu wciąż liczmy, że coś sobie przypomnisz. To bardzo ważne dla nas, dla ciebie, dla całej ludzkości. Slapo musisz nam pomóc. Gdy rozwiążemy zagadkę twojej hibernacji i tajemniczego wymarcia wszystkich pozostałych mieszkańców Rostuno, obiecuję cię stąd zabrać.

― Gdzie?

― W bezpieczne miejsce. Na północ. Będziesz zadowolony. Kupię ci dom w Kratuskos. Sam tam mieszkam. Urządzisz sobie w nim wspaniałą pracownię.

― Czy będę wolny? ― Oparłem się ścianę, skrzyżowałem nogi, ostatkiem silnej woli powstrzymując przed włączeniem się do dyskusji mojego drugiego ja.

― Mhm. Gdy ci się nie spodoba w Kratuskos, odejdziesz.

On kłamie. Nigdy nie pozwolą ci odejść. Musisz uciec. Uciec? O czym ty bredzisz? Z budynku o stalowych drzwiach otwieranych ich magicznymi, kolorowymi guziczkami? Tutaj przecież nawet nigdzie nie ma okien.

― Salpo! ― Erdan złapał mnie za rękę. ― Ty znowu z kimś rozmawiasz!

Zesztywniałem. Może jednak moje drugie ja miało rację i człowiek mucha był wrogiem, a nie przyjacielem? Tak, tak, tak.

― Przepraszam… Nieważne. Skoncentruj się na obrazach i wszystko będzie dobrze. Po zamknięciu miasta zacząłeś pracować przy malowaniu muru. Może tym razem stworzysz autoportret?

 

-100

Autoportret budowacza. Przynieśli do celi wielkie lustro, które podobnie jak szklane krzesło nie dało się stłuc. Przeglądałem się w nim ponad godzinę. Jeśli rzeczywiście znajdowałem się trzysta lat w stanie tej ich hibernacji, to nie dość, że tak długo w ogóle przeżyłem, to w dodatku wcale się nie postarzałem. W sumie nie dziwiłem się im, że pragnęli poznać tajemnicę cudu. Szkoda tylko, że to właśnie ja byłem tym, który miał ją wyjawić. Boże, gdybym tylko sobie przypomniał! Wypuściliby mnie z tego przeklętego grobowca.

Powoli odwróciłem się w stronę sztalugi. Puste płótno. Nigdy nie myślałem o tym, żeby namalować autoportret i nie bardzo wiedziałem, jak się do tego zabrać. Na szczęście moje drugie ja siedziało dzisiaj wyjątkowo cicho. Czasami zastanawiałem się, czy ono tak naprawdę jest częścią mnie. Czułem, że nie mam nad nim żadnej kontroli. Przełknąłem ślinę i zaryzykowałem. Ej ty odezwij się! Cisza. Ej! Powiedz coś! Cisza. Westchnąłem ciężko i zanurzyłem pędzel w burgundzie. Zacznę od cegieł. To będzie autoportret budowacza.

Jedno pociągnięcie włosiem, drugie, trzecie… W ciszy pracowało mi się dużo lepiej. Minęło zaledwie trzy godziny i na płótnie zdążyły już wykwitnąć brunatne cegły, kawałek lawendowego nieba i przyszła kolej na mnie. Sięgnąłem po róż wenecki i wtedy w mojej głowie rozległ się krzyk. Czemu zamierzasz namalować siebie ze szpachlą w ręce?! Zawsze chciałeś być kreatorem, nie budowaczem! I przestań wreszcie wierzyć w bajki opowiadane przez Erdana! Myśl samodzielnie! Samodzielnie?! Niby jak? Przecież ty ciągle się wtrącasz. Mam cię serdecznie dość!

Moją rękę przeszył ostry ból. Pędzel upadł na podłogę. Wrzasnąłem, tym razem na głos. Ból narastał. Straciłem równowagę, zacisnąłem zęby, łzy zaczęły cieknąć mi po policzkach.

― Slapo! Co się dzieje? ― Jak przez mgłę ujrzałem owadzią maskę.

― Moja ręka… ― wybełkotałem, po czym straciłem przytomność.

 

– 10

Ocknąłem się w pomieszczeniu tonącym w bardzo jaskrawym świetle. Gdy tylko otworzyłem oczy, praktycznie od razu je zamknąłem. Poczułem spływające po policzkach łzy. Dopiero po chwili zorientowałem się, że zostałem unieruchomiony.

Zacząłem się szamotać; krępujące mnie pasy nieprzyjemnie wbijały się w ciało. Ponownie zawyłem z bólu. A widzisz mądralo! Tortury! Ten twój milusi Erdan zakuł cię w kajdany! Zamknij się, to ty zadałeś mi ból. Ja? Ból? Tak, masz rację. Przepraszam, ale nie miałem innego wyjścia. Musimy się stąd wydostać, a ty za bardzo ulegasz ich mamieniom.

― Slapo… ― Głos człowieka muchy docierał jakby zza ściany.

Udawaj, że się źle czujesz. Staraj się osłabić ich czujność. Przestań! Powoli uchyliłem powieki i wymamrotałem:

― Dla… dla… czego przywiązaliście mnie… mnie do łóżka? Naty… chmiast… ― Slapo, spokojnie, to jedynie dla twojego bezpieczeństwa. Próbowałeś uszkodzić sobie rękę. Potrząsnąłem głową, zaprzeczając jednocześnie słowom Erdana i wewnętrznym krzykom drugiego ja.

― Czy mógłbyś opisać, co się z tobą działo? Czy cokolwiek pamiętasz? ― Człowiek mucha stał przy upstrzonej kolorowymi guzikami metalowej szafie z czymś w rodzaju okna, na którym przesuwały się świetliste linie.

On wygląda jak demon, prawda? Gdy powiesz mu o mnie, potraktuje cię jak cudaka, którego trzeba zamknąć w klatce lub co bardziej prawdopodobne uśmiercić. To ty chciałeś nas uśmiercić! O, tak, nas. Doskonale to ująłeś. Ty i ja to my. I chyba nie myślisz, że próbowałem zabić samego siebie? Nie chcę cię więcej słuchać. Przestań!

― Slapo, hej? Gdzie jesteś?

Zacisnąłem pięści.

― Tutaj. Ja… nie wiem dlaczego, ale straciłem kontrolę nad własnym ciałem.

Nie tylko nad ciałem, ale przede wszystkim nad umysłem. Boże, pomóż mi.

― Miałeś jakieś omamy, halucynacje? Wydawało ci się, że z kimś walczysz? Może wróciłeś do wydarzeń sprzed wieków? ― Erdan zbliżył się do łóżka. ― Slapo, może ty broniłeś się przed zarażonymi?

― Nie, tak, nie wiem! ― Znowu się szarpnąłem.

Erdan podszedł do szafy, nacisnął jeden z błyszczących guzików i po chwili poczułem się bardzo senny. Kontury zaczęły falować, barwy blednąć. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale nie dałem rady. Bezwolnie opadałem na poduszkę.

 

0

Tym razem obudziłem się we własnej celi. Panował tu przyjemny półmrok. Na szczęście oswobodzili mnie z więzów. Ostrożnie się podniosłem, rozprostowałem ramiona, a potem nogi. Nie odczuwałem żadnego bólu, wręcz przeciwnie, moje ciało zdawało się wyjątkowo wypoczęte i zrelaksowane. Pod czaszką królowała słodka cisza.

Wstałem, podszedłem do ściany, dotknąłem dłonią śliskiej powierzchni. Co będzie tematem kolejnego obrazu? Co namaluję po autoportrecie? Przybliżyłem twarz do bieli.

W gęstej mgle ujrzałem zarysy ludzkich sylwetek. Chyba zakażonych. Czy to na pewno byli ludzie? Zbiegam po schodach na ulicę, wbiegam w tłum… Zakryłem dłonią oczy. Czerwona ciemność zabiła zbyt jaskrawą biel. Osunąłem się na podłogę. Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Nitki rozerwanej na strzępy pamięci zaczęły się powoli zrastać.

 

+100

Czułem się wspaniale. Od ponad tygodnia moje drugie ja siedziało zupełnie cicho. Erdan dostarczył mi nowy zestaw farb i płachty płótna dwa razy większe od tych poprzednich. Przytaszczył też dopasowane do nich sztalugi. Gdy poprosiłem o pędzle w bardziej zróżnicowanych rozmiarach, uśmiechnął się szeroko i radosnym tonem odparł:

― Oczywiście, Slapo. Nie ma najmniejszego problemu. Wszystko dla twojej twórczości.

Byłem kreatorem. Przenosiłem przeszłość na barwne malowidła. Dzięki machnięciom pędzla moje wspomnienia ożywały. Mimo że nie wychodziłem na zewnątrz i nie patrzyłem na niebo ani na mur, ani na chodnikowe płyty, nie miałem najmniejszych problemów, by odtwarzać piękno dawnych czasów. Na płótnie każdego dnia wykwitały zapierające dech w piersiach zachody słońca, targane wiatrem gałęzie strzelistych drzew i szaro-zielono-różowe budynki. A oprócz nich… pojawiali się ludzie. Brands, Saskinio, kobieta w czerwonej pelerynie, budowniczy, którzy razem ze mną sklejali cementem brunatne cegły.

Ciągle trzymali mnie zamkniętego w ścianach bez okien, ale za sprawą malowania czułem się wolny. Jakbym przemawiał do tysiąca ludzi, których nie musiałem osobiście spotykać. Ba, nawet nie przemawiał, lecz docierał do ich serc.

 

+1000

Tego dnia zaraz po przebudzeniu, nie czekając na śniadanie, zgłosiłem prośbę udania się do pracowni. Odnosiłem wrażenie wyjątkowej przejrzystości umysłu, jakby istota mieszkająca w mojej głowie na zawsze odeszła, a może nawet umarła. Wciągnąłem powietrze głęboko w płuca i chwyciłem pędzel. Wiedziałem, że dzisiaj pierwszy raz w życiu, będę w stanie tworzyć bez używania myśli, że uwolnię uczucia i emocje, że przeleję na płótno prawdę.

― Slapo, witaj… Odwróciłem się w stronę drzwi i ujrzałem człowieka muchę. Nie chciałem z nim rozmawiać. Nie miałem czasu. Musiałem malować, zanim ciemne chmury liter ponownie zasłonią czyste słońce pamięci.

― Erdan, czy mógłbyś mi nie przeszkadzać? Czy mógłbyś mnie zostawić samego przez kolejne parę godzin?

― Nie jesteś głodny?

― Nie. Potrzebuję jedynie spokoju i ciszy.

― Dobrze. Daj znać, gdy zgłodniejesz.

Oblizałem wysuszone wargi, sięgnąłem po butelkę wody. Wypiłem łyk i odparłem:

― Dam znać, gdy skończę malować.

Erdan śmiesznie ruszył „żuwaczkami” i wyszedł.

 

– 1000

Jaskrawe, słoneczne promienie, nieprzyjemny zapach, schody w dół. Różne odcienie żółci, szary, beż. Wybiegam na ulicę i widzę zakażonych. Nie, to nie są ludzie. Ścisnąłem głowę dłońmi, zmrużyłem powieki. Obraz falował, kolory nachodziły jedne na drugie, przedmioty traciły kształty. Pokój zmienił się w ulicę sprzed trzech wieków. Stałem w tłumie stworzeń zbudowanych z trzęsącej się galarety. Monstra nie miały kończyn ani głowy, a ich „ciało” pokryte było gdzieniegdzie czymś, co przypominało zgrupowania oczu. Odwróciłem z zamiarem ucieczki do budynku, ale jeden ze stworów chwycił mnie za ramię. Poczułem silny ból pod lewą łopatką i ponownie znalazłem się przed sztalugami.

Jasnoniebieska galareta, lawendowe oczy o seledynowych źrenicach. Szybciej, zanim znowu zapomnę. Stwory były ode mnie większe, szersze, wyższe, choć przez to, że ciągle zmieniały kształty, nie dało się ich jednoznacznie opisać. Nawet te kolory; one też cały czas albo bladły, albo nabierały intensywności. Boże, przecież ja patrzyłem na nie jedynie przez ułamek sekundy. Nie. One nie pozwoliły mi schronić się w budynku. One ciągnęły mnie po ulicy w stronę winiarni.

Rzuciłem pędzel na podłogę, załapałem za butelkę, by następnie haustem wypić resztę wody. Spojrzałem na płótno, na namalowanego stwora. Tak, to z pewnością nie był człowiek. Do moich uszu dobiegł najpierw pisk, a potem szum. Upadłem.

Masz natychmiast zniszczyć obraz, słyszysz?! Nie, odejdź. Dlaczego wróciłeś? Nie chcę z tobą rozmawiać. Przestań! Podnieść się i zalej płótno czarną farbą. Oni nie mogą tego zobaczyć. Namaluj zakażonych. Nie mamy dużo czasu. Musimy się stąd wydostać. Ułóż plan ucieczki. Powtarzam ― zalej obraz czarną farbą. Nie! Nie mogę!

Huk. Ciemność. Okropny ból. Zwymiotowałem, po czym drżącą ręką chwyciłem pędzel. Zanurzyłem go w hebanie i mimo że bardzo nie chciałem tego robić, zacząłem pokrywać farbą płótno. Straciłem kontrolę nad ciałem. Moimi kończynami rządziło drugie ja. I to ono, nie ja, zniszczyło obraz.

 

– 10000

Chciałem rozpocząć proces integracji po wyjściu na zewnątrz lub jeszcze lepiej po dołączeniu do innych. Teraz będziemy musieli się ukrywać. Czym jesteś? Czy ja oszalałem? Chciałem podejść do ściany i nacisnąć guzik wzywający Erdana, ale nie mogłem się poruszyć. Chciałem krzyczeć, ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie pojedynczego dźwięku. To coś w głowie przejęło całkowicie kontrolę nad ciałem, a teraz atakowało umysł. Próbowałem zacisnąć powieki, bo światło okropnie raziło mnie w oczy. Bezskutecznie. Przedmioty pozbawione zostały konturów, kolory naprzemiennie bladły i zyskiwały na intensywności. A poza tym pachniały. Czułem zapach czerwieni, żółci, purpury. Każdy z nich były inny. Pachniały i wydawały z siebie dźwięki. Syki, szumy, piski. Boże, odnosiłem wrażenie, że mieszają mi się zmysły.

Nie odłączaj się, wracaj! Potrzebuję twojego sposobu patrzenia, zdolności mowy, nawet sposobu poruszania. Na tym etapie nie dam sobie sam rady. Co ze mną robisz? Posunąłeś się za daleko. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko cię obezwładnić. Chciałeś wyjawić im naszą tajemnicę. Jaką tajemnicę?

Obraz powoli ulegał wyostrzeniu, barwy przestały pachnieć, jak i wydawać dźwięki. Bądź co bądź, wciąż nie mogłem się ruszać. Jaką tajemnicę? Poczekaj. Zbliża się Erdan. Pewnie zaniepokoiło go nasze dziwne zachowanie. Proszę cię, nie przeszkadzaj, lecz współpracuj.

― Slapo, wszystko w porządku? ― Głos Erdana wydał mi się świszczący, mocno zniekształcony, jakby człowiek mucha mówił przez tubę.

Chciałem mu odpowiedzieć, że nie i że nie wiem, co się ze mną dzieje, ale z pewnością coś niedobrego i że potrzebuję ich pomocy.

― Tak. ― Zamiast mnie odezwało się drugie ja.

― To dlaczego zamalowałeś obraz czarną farbą? Był niemal ukończony, prawda? ― Erdan podszedł do sztalugi. ― Scena z ulicy, ty i zarażeni. Tyle zdołałem dostrzec przez kamerę, czyli przez to okienko, przez które cię obserwujemy. Slapo, dlaczego zniszczyłeś swoje dzieło?

― Byłem z niego niezadowolony. Muszę się odprężyć. Jestem głodny i chce mi się spać. Czy mogę wrócić do celi? Czy przyniesiecie mi coś do jedzenia? ― Słowa wypowiadane moimi ustami, lecz niekreowane przez mój mózg.

Szaleństwo, a może opętanie? Matka powtarzała, bym każdego dnia, rano i wieczorem na klęczkach modlił się o czystość duszy. Miała rację. Boże, uratuj mnie nędznego. Wyrwij z objęć Szatana. Już ci mówiłem, że nie jestem Diabłem. To, kim jesteś? Boże, oddaj mi głos.

― Tak, idź do swojego pokoju. Zaraz ktoś przyniesie ci obiad.

 

– 1000

Erdan opuścił pracownię, a po chwili otworzyły się drzwi, za którymi mieścił się wąski korytarz prowadzący do celi. Pokonałem go, niemalże obijając się o ściany. Uspokój się, idziesz jak pijany. Nie kontrolujesz tego, dokąd zmierzasz, ale musisz panować nad mięśniami. Położymy się na łóżku i spróbuję ci trochę rzeczy wyjaśnić. Tylko nie panikuj, dobrze? Dobrze. Spokojnie, powoli. Powinieneś starać się wyglądać naturalnie. Obróciliśmy się w kierunku ściany. Zamknęliśmy powieki. Poczułem się senny. Nie, nie zasypiaj. Chcę wyjawić ci naszą tajemnicę. Czy wtedy mnie uwolnisz? Zależy, co przez to rozumiesz.

Nie jestem Szatanem ani twoim urojeniem. Kim jesteś? Przybyszem z innej planety. Marsjaninem? Nie, pochodzę z bardzo odległej planety, którą od Ziemi dzielą setki lat świetlnych. Po co przylecieliście na Ziemię? By ją podbić. To my byliśmy sprawcami zarazy, która wybuchała w tych terenach trzy wieki temu. To ty zabiłeś mi matkę i brata, a teraz zabrałeś się za mnie. Jesteś jednym z tych galaretowatych stworów, prawda? Tak, tak nas postrzegacie. Jeśli chcesz, mogę oddać ci pamięć. Jak dostałeś się do środka mojego mózgu? Mamy zdolność symbiozy z innymi organizmami. Tak czy inaczej, powinieneś uważać się za szczęściarza, podobnie jak ja. Dlaczego? Większość ludzi, z którymi próbowaliśmy się połączyć, zachorowała. Uśmierciła siebie i nas. Więc zarażeni, to naprawdę nie byli zarażeni? Nie odpowiedziałeś na pytanie, czy chcesz odzyskać pamięć. Tak, chcę. Teraz.

 

+1

Zapadłem w sen, nie, to nie był sen, lecz rodzaj transu. Migoczące obrazy i ja w środku wirującej trąby. Nieprzyjemny szum i dobiegające z daleka piski. Przez chwilę unosiłem się w powietrzu, a gdy opadłem na twarde podłoże, z barwnych plam powoli zaczęły się wyłaniać kontury.

Na moich oczach powstawały budynki, chodnikowe płyty, drzewa. Minęła minuta, może dwie i stałem przed tłumem galaretowatych stworów. Strasznie się bałem. Po plecach ciekły mi strugi potu, serce biło tak mocno, jakby chciało rozwalić klatkę piersiową. Odwróciłem się i ruszyłem w kierunku drzwi. Zanim dopadłem klamki, jeden z monstrów złapał mnie za ramię. Próbowałem się bronić, ale dotyk stwora zamroził moje ciało.

Nawet się nie spostrzegłem, kiedy wylądowałem na czymś w rodzaju powozu, utworzonego z galaretowatych ciał. Byłem transportowany w kierunku winnicy. W mojej głowie słyszałem jakieś słowa, których nie rozumiałem, albo raczej sekwencje dźwięków. Tony naprzemiennie bardzo wysokie i bardzo niskie. To musiał być jakiś kod. Bądź co bądź, nie miałem szans go odczytać. Dotarliśmy do pomalowanego na brudnoróżowo budynku. Jak przez mgłę dostrzegłem leżące przed wejściem zwłoki dwóch mężczyzn, kobiety i dziecka. Ich twarze pokrywały krwawiące pęcherze.

Ominęliśmy ciała i zaczęliśmy sunąć schodami w dół, do piwnicy. Panował tam przyjemny półmrok. W ogóle, jak na tę całą sytuację, czułem się wyjątkowo spokojny i przekonany, że stwory nie zrobią mi krzywdy, że są po mojej stronie.

Położyli mnie na kamiennej podłodze. Było mi zimno. Ponownie znalazłem się w górze, by chwili zostać wrzuconym do beczki ze złocistym płynem. Zacząłem się krztusić. Słodkokwaśny płyn wypełnił mi usta. Zanurzyłem się złocie. Odleciałem w nieskończoność.

 

– 10

Kobieta w masce przypominającej żółwią skorupę przyniosła do celi obiad. Zanim wyszła, rzuciła mi podejrzliwe spojrzenie ukrytych za okularami, dużych, piwnych oczu. Matka miała podobne, może trochę mniejsze. Moja ręka sięgnęła po wypełnioną szarą papką miskę. Nabrała łyżeczką grudkowatą substancję, po czym wcisnęła mi ją do ust. Przełknąłem.

I co? Teraz już wiesz, jak się tu znalazłeś? Nie, wiem, że utopiliście mnie w beczce. Przecież ty nie umarłeś. Czyżby? Skąd niby mam być pewny, że to ciągle ziemia? Ludzie nie są nieśmiertelni. Może to czyściec lub nawet jakaś forma piekła? Kara za pychę i odejście od Boga? Nie podobało się wam, że chcę zostać kreatorem. Mylisz się, jedz. Kolejna łyżka pozbawionej smaku papki. Powinienem być tylko budowaczem. Nie myśl. Jedz.

Nastała cisza, którą przerywały jedynie brzdęki łyżki o miskę.

 

– 100

― Namalujesz go jeszcze raz? ― Erdan stał oparty plecami o ścianę.

― Co? ― Nieświadomie założyłem nogę na nogę, westchnąłem.

― Zniszczony obraz. Spróbuj ponownie odtworzyć tamtą scenę, a może wolisz mi ją opowiedzieć? Kogo zobaczyłeś po wybiegnięciu na ulicę? ― Człowiek mucha zrobił krok w kierunku łóżka, delikatnie się nachylił.

― Nie pamiętam. Chciałbym wybrać się na spacer wzdłuż muru. Brakuje mi świeżego powietrza. Kiedy mnie wypuścicie? Jestem człowiekiem, nie zwierzęciem.

― Jesteśmy już blisko poznania prawdy. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę, Slapo? ― Erdan położył dłoń na moim ramieniu.

Ciągle byłem w stanie odczuwać dotyk. Chciałem przytaknąć, ale nie mogłem. Oddaj mi ciało, proszę. Erdan, czy mnie słyszysz? On ci kłamie. Ja nie zniszczyłem obrazu, lecz on. Zabierz go z mojej głowy, proszę. Zamknij się, przeszkadzasz w rozmowie. Myślisz, że człowiek mucha cię usłyszy? Przecież nie siedzi ci pod czaszką. Milcz!

― Zanim zacznę znowu malować, muszę iść na spacer. Sam, by skoncentrować myśli.

― Dobrze, Slapo.

 

– 10

Zgniłozielone cegły. Jedna obok drugiej. Chropowate prostopadłościany kryjące w sobie przeszłość Rostuno. Czy to wciąż było Rostuno? Przebiegliśmy wzrokiem najpierw po ceglastym wężu, a potem po tym, co otaczał. Zniszczone budynki, a pośród nich lśniący w słońcu, blaszany barak. To tam znajdowała się moja cela. Dziwnie, że wcześniej, gdy samodzielnie kierowałem swoim ciałem, nie zwracałem na to uwagi. Ty zawsze, to znaczy od chwili, kiedy wniknąłem w twój umysł, patrzyłeś na świat wycinkowo. Co masz na myśli? A poza tym, kiedy wtargnąłeś do mojej głowy?

Jeszcze w Ulupaku. Byłeś tam jedynym, który przetrwał symbiozę. Reszta zachorowała, ale ty już tego nie widziałeś. Uciekłeś do Rostuno, by zostać budowaczem. Właśnie wtedy zacząłeś słyszeć mnie w swojej głowie. Po co wam ta przeklęta symbioza? Nie mogliście nas tak po prostu zabić? A w ogóle gdzie reszta twoich pobratymców? Czemu po ziemi wciąż chodzą ludzie?

Dotknęliśmy dłonią muru. Nacisnęliśmy na cegły, a potem z całej siły w nie kopnęliśmy. Ani drgnęły. Tego muru nie da się rozwalić, jest za gruby. Nie uciekniesz. Czemu nam źle życzysz? Moi pobratymcy umarli. Nie byliśmy w stanie żyć za długo w ziemskiej atmosferze bez wchodzenia w symbiozę, ale nasi następcy będą. Wasi następcy? Zamierzasz obejść całe miasto? Powinniśmy wracać. Zapada zmrok. Boisz się ciemności? Nie.

Szedłem, szliśmy, on szedł, wbijając wzrok w cegły. Zaraz zaczną mnie szukać. I co z tego? Robi się zimno. Nie czujesz? Nie. Co to jest? Co? To na moim palcu. Usuń to! Nie mogę. Nie mamy czasu. Za szybko zmieniasz formę. Na co? Na galaretę?

― Slapo?! Slapo?! Gdzie jesteś?

Zatrzymaliśmy się, a potem obróciliśmy się w stronę nadjeżdżającego pojazdu.

― Slapo!

Sześciokołowy blaszak z piskiem zahamował tuż przede mną. Wysiadł z niego człowiek mucha. Jego aparat gryzący unosił się i opadał. Chyba był mocno podenerwowany.

― Slapo, dlaczego zapuściłeś się aż tak daleko? Obdarzyłem cię zaufaniem, pozwoliłem iść samemu, a ty co? Kiedy zamierzałeś wracać do bazy?

― Przepraszam. Tęskniłem za cegłami. Myślałem, że kontakt z nimi odda mi wspomnienia.

 

-1

Kto nauczył cię tak dobrze kłamać? Jak to kto? Ty. Na naszej planecie nie istnieje coś takiego jak kłamstwo. Bo wy nie umiecie mówić. Mowa zaburza odbiór rzeczywistości. Litery zabijają kolory. Kto to pomyślał? Ja czy ty? Kto marzył o tym, by być kreatorem? Czy ja wkrótce zamienię się w ciebie? Czy wtedy przestanę istnieć?

Chyba zauważyłeś, kto tu dominuje? Wy ludzie jesteście bardzo słabi, jakbyście nie potrafili żyć na własny rachunek. Ty nawet zacząłeś już zmieniać formę, choć dla mnie to zdecydowanie za wcześnie. Urodzeni niewolnicy. Używki, pasje, marzenia, symbioza. Tak łatwo poddajecie się kontroli, ale nie bój się. Moim celem nie jest zupełne zniszczenie twojej świadomości.

 

0

Spod paznokci lewej ręki wypływała galareta. Wpatrywaliśmy się nieruchomo w jasnoniebieską substancję. Nie czułem złości ani strachu, lecz dziwny spokój. Zapewne papka, którą zjadłem na śniadanie, była zaczarowana. Oni nie lubili, gdy nie byłem posłuszny. Kara za nocne spacery. Wyłączenie. Najwięcej galarety gromadziło się na kciuku.

Musimy ułożyć plan. Erdan niedługo odkryje zmiany zachodzące w naszym organizmie i wtedy może zrobić coś nieoczekiwanego. Co? Uwięzić, poddać testom, zabić. Zabić? Dlaczego miałby nas zabić?

Delikatnie usunęliśmy z palców galaretkę, po czym wcisnęliśmy guzik wzywający człowieka muchę.

Minęło parę sekund i w celi pojawił się Erdan.

― Tak? Czy czegoś potrzebujesz, Slapo? Chcesz iść do pracowni?

― Nie. Przypomniałem sobie, kto mnie zabrał do winiarni.

Człowiek mucha chrząknął, przez chwilę milczał, by w końcu powiedzieć:

― Naprawdę? Kto?

― Zarażeni w czarnych płaszczach. Wspomnienia wróciły przez dotyk.

― Czego? Cegieł?

Przytaknęliśmy.

― Nic z tego nie rozumiem. W jakim celu zarażeni zabrali cię do piwnicy?

― Nie wiem.

― Przecież oni umierali. To wszystko nie ma sensu. To na pewno byli zarażeni?

― Tak sądzę. Mieli twarze pokryte krwawiącymi pęcherzami.

― I co dalej? Pamiętasz, jak trafiłeś do beczki?

― Nie, ale myślę, że jest szansa, że sobie przypomnę. ― Usiedliśmy na łóżku, podparliśmy głowę prawą ręką i wbiliśmy wzrok w okulary Erdana. Były na tyle grube i jakieś zamglone, że nie dało się przez nie zobaczyć oczu.

― Slapo, dlaczego porzuciłeś malowanie? Moim zdaniem ono ci pomagało.

― Nie porzuciłem, lecz potrzebuję trochę odpoczynku od farb. Brakuje mi świeżego powietrza. Chciałbym się dzisiaj wybrać do winiarni. Jestem przekonany, że gdy ponownie znajdę się w piwnicy, przypomnę sobie, co tam zaszło.

Erdan odwrócił się do nas plecami. Zrobił krok do przodu, a potem do tyłu, by w końcu podejść bardzo blisko łóżka i powiedzieć stanowczym tonem:

― Dobrze, lecz tym razem będę ci towarzyszył. I musisz założyć specjalny kombinezon. Piwnica jest zabezpieczona. Ech, w ogóle nie powinienem cię tam wpuszczać.

― Przecież chcesz poznać prawdę.

 

0

On coś podejrzewa. I co z tego? Już niedługo nie będziemy musieli oglądać jego przebrzydłych żuwaczek. Naciągnęliśmy na siebie srebrny, śliski w dotyku strój. Erdan pomógł nam obsłużyć zapięcia, wręczył metalową maskę i zabrał na zewnątrz. Niebo przyciągało wzrok pięknym szafirem i chmurami w kształcie niedźwiedzi i wierzgających koni. Czy pozwolisz mi kiedykolwiek ponownie chwycić pędzel? Nie wiem. I nie mogę o tym teraz rozmawiać. Muszę skupić się na dużo ważniejszych sprawach.

Wsiedliśmy do blaszanego wozu. Było tu bardzo mało miejsca, nie dało się rozprostować nóg ani w pełni podnieść głowy. Na szczęście podróż nie trwała długo. Niewygoda wynagrodzona szybkością. Uważasz tego ziemskiego „sześciokołowca” za szybkiego? W porównaniu do środków lokomocji z moich czasów to błyskawica. Moje drugie ja wybuchnęło niepohamowanym śmiechem.

― Jesteśmy na miejscu. Idź za mną i na razie niczego nie dotykaj.

Winiarnia w niczym nie przypominała brudnoróżowego budynku sprzed trzech wieków. Została obłożona materiałem o wyglądzie zbliżonym do naszego kombinezonu. Do środka prowadziły nie drzwi, lecz ogromna dziura. Śmierdziało tu alkoholem, ale nie winem, tylko spirytusem. Kichnęliśmy. Boję się tam wchodzić. Nieważne. Bądź cicho.

Erdan zniknął w tonącym w filetowej poświacie pomieszczeniu, a my podążyliśmy za nim. Do moich uszu dobiegł szum, a potem nieprzyjemne świsty i piski. Co się dzieje? Odpowiedział mi jeszcze głośniejszy szum.

― Ostrożnie. ― Człowiek mucha podniósł znajdującą się w podłodze szklaną klapę.

Zaczęliśmy powoli schodzić. Szum narastał. Na chwilę znikał, po czym zmieniał natężenie, przechodził w świst i ponownie następowała cisza. Gdzie jesteś? Boję się, wróć! Proszę!

Piwnicę rozświetlał blask umieszczonych w suficie kwadratów. Podeszliśmy do ściany, pod którą stała beczka z mojego wspomnienia. Znieruchomieliśmy. Poczułem coś jakby lód wypełniający mi jamę ustną, a potem wdzierający się do przełyku i dalej do żołądka. Przestań! To boli! W mojej głowie rozległ się huk. Zniknąłem.

 

– 10

Obudź się, przepraszam, że cię wyłączyłem. Czy ja umarłem? W pewnym sensie tak, ale tylko na parę godzin. Śmierć. To straszne. Jak mogłeś? Ja chcę żyć! Cudownie, musisz jedynie zacząć współpracować i wszystko będzie dobrze. W symbiozie ze mną przeżyjesz kolejne tysiące lat. My nie umieramy tak szybko, jak ludzie. Wiesz, udało mi się nawiązać kontakt. Piwnica to nasza baza. Przyjdą nas ocalić. Kto? Galaretowate stwory? Spojrzeliśmy na lewą dłoń. Tylko to już nie była dłoń. Ja nie chcę umierać! Muszę tworzyć! Pragnę zostać kreatorem! Przecież nie będę w stanie malować rękami zbudowanymi z galarety! Uspokój się, nie histeryzuj. Siedź cicho. Zbliża się Erdan. Skąd wiesz? Wciąż słyszę więcej od ciebie.

― Witaj, Slapo. ― Obróciliśmy się w kierunku drzwi, zlustrowaliśmy człowieka muchę od stóp do głów. Nic nie odpowiedzieliśmy.

― Przypomniałeś sobie coś?

― Tak.

― Co?

― To zarażeni wcisnęli mnie do beczki.

― Jesteś tego pewien? ― Erdan chrząknął znacząco.

Unieśliśmy brwi, zmarszczyliśmy czoło i odparliśmy drwiącym tonem:

― Całkowicie. Moja pamięć wróciła, kiedy tylko znalazłem się w piwnicy. Czy teraz mnie wypuścicie? Powiedziałem wszystko, co wiem. Po umieszczeniu w beczce straciłem przytomność, więc niestety nie wyjawię wam tajemnicy mojej długowieczności.

― Slapo, zauważyłem, że przestałeś ze sobą rozmawiać. Dlaczego?

Przełknęliśmy ślinę, westchnęliśmy ciężko.

― Czemu nic nie mówisz?

― Bo nie wiem, co mam odpowiedzieć. Kiedy mnie wypuście?

― Wkrótce, najpierw musimy cię przebadać. Martwię się o ciebie. Dziwnie się zachowujesz.

Erdan wyszedł. Położyliśmy się na łóżku. Zasnęliśmy.

 

0

Obudziły nas głośne szumy i piski. Przestraszyłem się, odruchowo chciałem nacisnąć guzik wzywający pomoc, ale oczywiście nie mogłem się poruszyć. Nie bój się; są już blisko. Człowiek mucha nas nie uszkodzi. Cofnęliśmy się pod ścianę. Szum, szmer, skrzyp. Drzwi powoli się otworzyły, po czym moim oczom ukazały się dwa galaretowate stwory, ale inne od tych, które przeniosły mnie do piwnicy. Mniejsze, zielonkawe, zamiast oczu posiadające owalne otwory. Jak oni się tu dostali? Szum. Pisk. Nie przeszkadzaj. Wy ze sobą rozmawiacie? Te szumy to wasz język. Nie przeszkadzaj.

Wydostaliśmy na korytarz. Galaretowate monstra sunęły tuż przed nami. Wyglądały trochę jak przezroczyste, pozbawione kończyn żaby. Zanim uciekniemy, pokażę ci twoje obrazy, które Erdan miał wysłać żonie. Co z nimi? Czemu ich nie wysłał? Przecież mówiłem ci, że to kłamca. Wkroczyliśmy do prostokątnego pomieszczenia, w którym mieściły się przeróżne, nieznane mi sprzęty. Za błyszczącym pudłem stały moje malunki.

Jedno z półcień było przedarte, inne zachlapane czymś pomarańczowym. Zrobiło mi się najpierw zimno, a potem poczułem napływającą do serca złość. Nienawidzę go. Spokojnie. Już nigdy więcej go nie zobaczysz. A nasi niedługo tu wrócą i zniszczą zarówno to miejsce, jak i tych przeklętych ludzi w maskach. Wszystkich.

 

+100

Wróciliśmy na korytarz, by następnie ruszyć w kierunku drzwi prowadzących na zewnątrz. Bałem się, tam zawsze byli strażnicy. Stwory przepuściły nas przodem i ujrzeliśmy dwa leżące na podłodze ciała. Przypomniałem sobie zwłoki zalegające przy wejściu do winiarni. Zebrało mi się na mdłości. Jedna z ofiar pozbawiona została maski. Jej policzki pokrywały krwawiące wrzody. Czy to koniec świata? Nie, dopiero początek. A ty należysz do grona kreatorów nowej, lepszej rzeczywistości.

Na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Tylko teren wokół drzwi tonął w bladym świetle rzucanym przez coś, co pewnie służyło za lampę.

Stwory zbliżyły się do siebie, po czym połączyły, przybierając kształt sań. Byłem jednocześnie zachwycony i przerażony ich zdolnościami. Tak bardzo różniły się od ludzi, zarówno tych sprzed trzystu lat, jak i tych obecnych. Nie mieliśmy najmniejszych szans, by ich pokonać. Masz rację. Twoi bracia nie obronią Ziemi i przestań się wreszcie z nimi identyfikować. Przecież nie mogę utożsamiać się z galaretą. Możesz.

Ułożyliśmy się na saniach, a stwory mocno objęły nas galaretowatymi rękami. Do moich uszu dobiegł wświdrowujący się w mózg dźwięk alarmu, a potem krzyki:

― Gońcie ich! Slapo! Slapo!

Ułamek sekundy później usłyszałem odgłosy wystrzałów. Trzymaj się, nie bój, oddychaj. Wszystko będzie dobrze. Zdrętwiałem. Moje emocje wciąż rządziły ciałem. Poczułem nieprzyjemny ucisk w podbrzuszu i krople potu na czole. Oni nas zabiją. Nie. Dlaczego? Zobaczysz.

Rozpęd, wyskok i rozległ się przeraźliwy huk. Potężny wybuch doszczętnie zniszczył blaszany budynek, a my wylecieliśmy w powietrze, ale nie zginęliśmy, lecz unieśliśmy się nad murem.

Moim murem budowacza. Zaczęliśmy sunąć w stronę gór. Powoli się uspokajałem. Mój lęk zastępowały pytania. Czy gdybym był naprawdę jedynie budowaczem, nie poddałbym się symbiozie i umarł jak inni? Jak matka i brat, i Saskinio, i Brands? Czy to, że zapragnąłem zostać kreatorem, zaprosiło do wnętrza obcego? I tak, i nie. Jesteś inny, bardziej otwarty i ulegający iluzjom, ale twoja chęć tworzenia pojawiła się już po symbiozie. Ale teraz to nieważne.

Czemu te stwory nam pomagają? My zawsze sobie pomagamy. Poza tym dzięki mnie mogli bezpiecznie przybyć na Ziemię. Zbierałem dla nich dane, obserwowałem, ryzykowałem własnym życiem. Czemu zamknęliście mnie w beczce i uśpiliście na trzysta lat? Wspominałem ci, że moja planeta znajduje się bardzo, bardzo daleko. Jak myślisz, ile zajmuje przesłanie raportu z ziemi, zorganizowanie armii i ponowny przylot? Gdzie jedziemy? Musimy dotrzeć do bazy i dołączyć do naszych, a potem pokonać ludzi. Nie będę walczył z własną rasą. Twój wybór. Jeśli wolisz przestać istnieć. Nie, nie chcę umierać…

Koniec

Komentarze

Katiu, podoba mi się pomysł łączący czas zarazy z fantastyką, mniej natomiast sposób, w jaki opowiadanie zostało napisane, albowiem dialogi budowacza z jego drugim ja są, moim zdaniem, szalenie nieczytelne. Wszystko jest jakby zlane w jedno i strasznie trudno się zorientować, który z nich mówi, skutkiem czego odnosiłam wrażenie, że mówią jednocześnie, a miejscami zupełnie się gubiłam i nie wiedziałam, który jest przy głosie.

Niezależnie od powyższego, opowiadanie zdaje mi się nieco przegadane – chwilami odnosiłam wrażenie, że czytam to, co już zostało raz powiedziane. A może tak miało być, by w ten sposób ukazać pewne obsesje budowacza.

Zupełnie nie wiem czym są i czemu służą osobliwe oznaczenia poszczególnych fragmentów tekstu.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Mi­ja­łem bu­dyn­ki zbu­do­wa­ne z tej samej cegły… ―> Źle to brzmi.

Proponuję: Mi­ja­łem bu­dyn­ki wzniesione z tej samej cegły

 

Uma­lo­wa­ne na po­pie­la­to, ja­sno­zie­lo­no lub brud­no­ró­żo­wo. ―> Poma­lo­wa­ne na po­pie­la­to, ja­sno­zie­lo­no lub brud­no­ró­żo­wo.

 

ko­lo­ry zle­wa­ły się w nie­bie­sko-fio­le­to­wy sznur wozów… ―> …ko­lo­ry zle­wa­ły się w nie­bie­skofio­le­to­wy sznur wozów

 

i cią­gle nie był usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny z mojej hi­sto­rii. ―> …i cią­gle nie był usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny moją historią. Lub: …i cią­gle nie był zadowolony z mojej hi­sto­rii.

 

Męż­czy­zna w kitlu, który na­zy­wa­łem w gło­wie le­ka­rzem… ―> Męż­czy­zna w kitlu, którego na­zy­wa­łem w gło­wie le­ka­rzem

 

która zmie­nia­ła od­cień w za­leż­no­ści ilo­ści świa­tła. ―> Pewnie miało być: …która zmie­nia­ła od­cień w za­leż­no­ści od ilo­ści świa­tła.

 

Może po­wia­niem spró­bo­wać go od­two­rzyć? ―> Literówka.

 

Naty… chmiast…― Slapo… ―> Brak spacji przed pauzą.

 

Nitki ro­ze­rwa­nej na strzę­py pa­mię­ci za­czę­ły

się po­wo­li zra­stać. ―> Zbędny enter.

 

Wcią­gną­łem po­wie­trze głę­bo­ko w płuca i chwy­ci­łem za pę­dzel. ―> Wcią­gną­łem po­wie­trze głę­bo­ko w płuca i chwy­ci­łem pę­dzel.

 

Mon­stra nie miały koń­czyn ani głowy, a ich „ciało” po­kry­te było gdzie­nie­gdzie czymś… ―> Skoro piszesz o wielu monstrach, to: Mon­stra nie miały koń­czyn ani głów, a ich „ciała” po­kry­te były gdzie­nie­gdzie czymś…

 

Od­wró­ci­łem z za­mia­rem uciecz­ki do bu­dyn­ku… ―> Pewnie miało być: Od­wró­ci­łem się z za­mia­rem uciecz­ki do bu­dyn­ku

 

Rzu­ci­łem pę­dzel na pod­ło­gę, za­ła­pa­łem za bu­tel­kę… ―> Rzu­ci­łem pę­dzel na pod­ło­gę, z­ła­pa­łem bu­tel­kę

 

Pod­nieść się i zalej płót­no czar­ną farbą. ―> Literówka.

 

drżą­cą ręką chwy­ci­łem za pę­dzel. ―> …drżą­cą ręką chwy­ci­łem pę­dzel.

 

Chcia­łem pod­jeść do ścia­ny i na­ci­snąć guzik… ―> Pewnie miało być: Chcia­łem podejść do ścia­ny i na­ci­snąć guzik

 

Chcia­łem krzy­czeć, ale byłem w sta­nie wy­do­być z sie­bie po­je­dyn­cze­go dźwię­ku. ―> Pewnie miało być: Chcia­łem krzy­czeć, ale nie byłem w sta­nie wy­do­być z sie­bie po­je­dyn­cze­go dźwię­ku.

 

Przed­mio­ty po­zba­wio­ne zo­sta­ły gra­nic… ―> Gdzie przedmioty mają granice?

Proponuję: Przed­mio­ty po­zba­wio­ne zo­sta­ły konturów/ zarysów

 

Pach­nia­ły i wy­da­wa­ły się z sie­bie dźwię­ki. ―> Pach­nia­ły i wy­da­wa­ły z sie­bie dźwię­ki.

 

Był pra­wie że ukoń­czo­ny, praw­da? ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Był niemal ukoń­czo­ny, praw­da?

 

Czy przy­nie­ście mi coś do je­dze­nia? ―> Czy przy­nie­siecie mi coś do je­dze­nia?

 

Matka po­wta­rza­ła, bym każ­de­go rano i wie­czo­rem… ―> Chyba miało być: Matka po­wta­rza­ła, bym każ­de­go dnia, rano i wie­czo­rem

 

Po­ło­ży­my się na łóżku i spró­bu­je ci… ―> Literówka.

 

która wy­bu­cha­ła w tych te­re­nach… ―> …która wy­bu­cha­ła na tych te­re­nach

 

a teraz za­bra­łeś się za mnie. ―> …a teraz za­bra­łeś się do mnie.

 

Do­tar­li­śmy do uma­lo­wa­ne­go na brud­no­ró­żo­wo bu­dyn­ku. ―> Do­tar­li­śmy do poma­lo­wa­ne­go na brud­no­ró­żo­wo bu­dyn­ku.

 

On cię kła­mie. ―> On ci kła­mie.

Kłamiemy komuś, nie kogoś.

 

Za­mie­rzasz ob­jeść całe mia­sto? ―> Czy tu aby nie miało być: Za­mie­rzasz ob­ejść całe mia­sto?

 

Wy­sia­dał z niego czło­wiek mucha. ―> Chyba: Wy­sia­dł z niego czło­wiek mucha.

 

Czy ja wkrót­ce za­mie­nię w cie­bie? ―> Pewnie miało być: Czy ja wkrót­ce za­mie­nię się w cie­bie?

 

Moim celem nie jest zu­peł­nie znisz­cze­nie two­jej świa­do­mo­ści. ―> Moim celem nie jest zu­peł­ne znisz­cze­nie two­jej świa­do­mo­ści.

 

Oni nie lu­bi­li, gdy się nie słu­cha­łem. ―> Raczej: Oni nie lu­bi­li, gdy nie byłem posłuszny.

 

pod­par­li­śmy głowę o prawą rękę… ―> pod­par­li­śmy głowę prawą ręką… Lub: …o­par­li­śmy głowę o prawą rękę

Podpieramy się czymś, nie o coś.

 

po­now­nie chwy­cić za pę­dzel? ―> …po­now­nie chwy­cić pę­dzel?

 

Zo­sta­ła ob­ło­żo­na ma­te­ria­łem zbli­żo­nym w wy­glą­dzie do na­sze­go kom­bi­ne­zo­nu. ―> Raczej: Zo­sta­ła ob­ło­żo­na ma­te­ria­łem o wy­glą­dzie zbliżonym do na­sze­go kom­bi­ne­zo­nu.

 

Piw­ni­ca roz­świe­tlał blask… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, Droga Red, bardzo przepraszam, że dodałam ten tekst na Twoim dyżurze. Oczywiście w ogóle nie powinnam go publikować :(, ale teraz już za późno :( Jest to nieudany eksperyment narracyjny, który powinnam zatrzymać dla siebie samej. Oczywiście bardzo dziękuję za wyłapane błędy, wszystkie poprawię i postaram się w przyszłości ostrożniej publikować opowiadania… Pozdrawiam serdecznie.

Ależ, Katiu, niepotrzebnie się mitygujesz – wszak każdego dnia ktoś ma dyżur… ;)

A opowiadanie… no cóż, jak wspomniałam, nie było najłatwiejsze do czytania i nie mogę powiedzieć, że to w pełni satysfakcjonująca lektura, ale jednocześnie jestem zadowolona, że dane mi było je przeczytać. ;)

Czy eksperyment jest nieudany? Powiedziałabym raczej, że niedopracowany, skutkiem czego czyta się nie najlepiej, ale jestem przekonana, że kiedyś opanujesz i tę trudność. Może przydadzą Ci się te wskazówki: http://www.jezykowedylematy.pl/2012/12/dialog-bardziej-skomplikowany/

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

smiley

 

Dzięki za poradnik :) Na pewno przeczytam :)

 

Ps. Tak, wiem, że każdego dnia ktoś ma dyżur… więc najlepiej było w ogóle nie publikować ;) 

Katiu, nie wysnuwałabym tak daleko idących wniosków. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, tak szczerze, coś ostatnio czuję, że zamiast pisać lepiej, to piszę coraz gorzej, ale może ma to związek z porą roku… Lato chyba nie do końca mi służy ;)

Nie, Katiu, napisałaś to opowiadanie inaczej, ale nie gorzej. A czy lato miało na to jakiś wpływ? Przekonasz się, kiedy słotną jesienią zatęsknisz do lata. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się podobało. Jest fabuła, jest niepewność co do losów bohatera, co do intencji pozostałych. Któryś go okłamuje, ale który? Fajne dochodzenie do prawdy.

I mam swoją interpretację liczb przed rozdzialikami.

Czy linie papilarne i linie na dłoni to to samo? Wydawało mi się, że papilarne są na opuszkach.

Zgniłozielone cegły. Jedna obok drugiej. Chropowate sześciany

Cegły nie mają kształtu sześcianów.

Babska logika rządzi!

I mam swoją interpretację liczb przed rozdzialikami.

Finklo, podzielisz się domysłem?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK.

Uwaga, możliwy spojler.

Ja to interpretuję jako “dobroć” informacji, wpływ na samopoczucie, coś w tym stylu. Jak dobre wydarzenie, to bohater dostaje +10 do dobrego humoru.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo, nie wpadłabym na to, bo nigdy nie punktowałam sobie samopoczucia. :)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla – bardzo dziękuję za przeczytanie i kliczka. Oczywiście linie papilarne i linie dłoni to nie to samo, poprawiłam :) dzięki. Sześciany też zmieniłam.

Jeśli chodzi o cyferki, to masz rację, chodziło o samopoczucie bohatera… 

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu :)

 

Reg – 

 

…bo nigdy nie punktowałam sobie samopoczucia. :)

 

A ja jako dziecko punktowałam, miałam skalę od +10 do -10 i niestety rzadko wychodziłam nad -5, a samo punktowanie wpędzało mnie w jeszcze gorszy nastrój, więc szybko go zaniechałam ;)

 

Dobrej nocy :)

 

Ja też nie punktowałam, ale to mi się wydawało pasującym wspólnym mianownikiem.

Babska logika rządzi!

Katiu, mam do Ciebie żal za to, że już w przedmowie chcesz zniechęcić czytelnika do tego opowiadania, które dla mnie jest (mimo pewnej chropawości stylistycznej) perełką. Odnajduję tu inspirację biografią van Gogha, bo to jakby o nim opowiadanie, choć w scenografii SF. I ten SF-owy pomysł z zarazą umysłów przez obcą rasę, choć nienowy, to znakomicie i powiedziałbym nowatorsko pokazany. Nowatorsko, ale czuć tutaj Twoją moc twórczą i Twoje umiejętności obrazowania.

Z drobiazgów:

Używasz zwrotu “rękoma”. Osobiście wolę “rękami”.

kobiety zawodzące pochwalne pieśni

Zawodzi się raczej żałobne pieśni. Może “intonujące”?

Cisza i ciemność, która wydawała się trwać wieki. Wyrwał mnie z niej dopiero okropny, zachrypnięty, męski głos

i w tym samym wątku

I powrót do pokoju bez okien. Po raz ― nie miałem pojęcia który.

Z pierwszego zdania wynika, że po raz pierwszy. Przynajmniej ja tak zrozumiałem.

Nie, pochodzę z dużo dalsza. Ziemię i moją planetę dzielą setki lat.

“z dużo dalsza” bardzo niezgrabne. Wystarczy z bardzo odległej planety. No i na końcu dobrze byłoby dodać “świetlnych”

Spod paznokci lewej ręki wydostawała się galareta.

“Wydostawała” jakoś mnie kłuje. Może lepiej “wypływała”?

 

Tak czy owak, niezmiernie usatysfakcjonowany lekturą klikam i pozdrawiam :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Katiu, do odważnych świat należy, więc nie eksperymentuj i szukaj nowych środków wyrazu! W końcu wyobraźnia naprowadzi Cię na właściwe tory.wink

Interesujący koncept i ciekawą warstwę językową należy w tym tekście docenić. Co do reszty, widzę tutaj pewną ryzykowną eksperymentalność, elementy oniryczne, dzięki którym tekst zdecydowanie nie jest lekturą najlżejszą z lekkich, ale w jakiś sposób zapada w pamięć. Mimo lekkiej ślepoty kolorystycznejsmiley podoba mi się też barwność w opisach i motywy twórcze i malarskie. Co tu dużo mówić? Tekst zasługuje na bibliotekę, bo ma sporo walorów. Pozdrawiam.

Ciekawy eksperyment. Podobało mi się pokazywanie emocji bohatera poprzez liczby, doskonale pasuje do osobowości, którą nakreśliłaś. Wydaje mi się, że bohater jest trochę autystyczny lub ma lekką obsesję, stąd uczepienie się słowa “budowacz”.

Lektura nie była łatwa, ale okazała się satysfakcjonująca. Przeprowadzasz analizę osobowości bohatera, jego funkcjonowania w świecie, który trochę przypomina horror. Jak w poprzednich Twoich tekstach, malujesz barwny świat z plastycznymi opisami. Początek skojarzył mi się trochę z “Dżumą”. Ogólnie, eksperyment na duży plus, jedyna uwaga, że być może, warto miejscami przyciąć tekst. Zgłaszam do wątku bibliotecznego. :)

Tsole – masz rację, zaraz usunę “cudaczną” przedmowę… i oczywiście bardzo dziękuję za miłe słowa i wyłapanie niezręczności. I tak, tekst po części był inspirowany biografią van Gogha, ale nie tylko jego. Ogólnie chciałam tu przedstawić historię niespełnionego twórcy, żyjącego bardziej w swoim własnym świecie niż w rzeczywistości, odizolowanego i marzącego o byciu wielkim… Pozdrawiam serdecznie :)

 

Oirdin – wielkie dzięki za komentarz i zgłoszenie tekstu do biblioteki. Opowiadanie jest rzeczywiście trochę oniryczne i zgadzam się, że z różnych względów nie należy do najłatwiejszych w odbierze. Tym bardziej doceniam przebrnięcie przez “Budowacza”. Jeszcze dziękuję i serdecznie pozdrawiam :)

 

Ando – Tobie też dziękuję za opinię i za kliczka. Tak, bohater jest zamknięty w sobie i z pewnością ma cechy autystyczne, a jeśli chodzi o sam tekst przydałoby się go trochę poskracać, moim zdaniem szczególnie w drugiej połowie. Tak czy inaczej, cieszę się, że ogólnie się podobało. Pozdrawiam serdecznie.

Katiu, czasem jest tak, że teksty łatwe i przyjemne uśmiechną i zafrapują, ale zaraz ulecą spod kopułki. Ten ma szansę tam chwilę zostać i dać do myślenia. A eksperymenty są ważne, bo dają lekki powiew świeżości pod piórem, prawdasmiley?

Prawda :) Ten tekst był swego rodzaju próbą odzyskania weny ;) Miłego dnia :)

Katiu, więcej wiary w siebie!

Wciągnęłaś mnie w ten dziwny świat, nie mogłam się oderwać. Cały czas zastanawiałam się czy bohater jest chory psychicznie, czy może ktoś rzeczywiście jego umysł nawiedza. I czy ten ktoś jest wrogi, a może jednak chce mu pomóc.

Jak dla mnie to niezły thriller. Jest napięcie, Erdan, który od początku wydawał mi się podejrzany. Do samego końca trzymasz czytelnika w niepewności, co tak naprawdę spotkało Slapo. Lubię takie klimaty! Masz oryginalny styl!

p.s. jakby mówił o sobie budowniczy to by było zbyt oczywiste!

polecam do biblioteki i pozdrawiam

 

Olciatka – z wiarą w siebie u mnie różnie, ale bardzo mi miło, że tekst się spodobał i oczywiście bardzo dziękuję za bibliotekę :) A budowniczy mi rzeczywiście nie pasowało :)

Pozdrawiam ciepło :)

Dobry tekst.

Trochę idę w komentarzu na skróty, więc będzie zdawkowo.

Eksperyment wypada fajnie. Wkrada się co prawda lekki chaos, ale on jest jak najbardziej do ogarnięcia przez czytelnika. Zwłaszcza, że tekst nie jest krótki, więc i czasu ma się dość sporo.

Liczby przed rozdzialikami dla mnie były czytelne i stanowiły fajny dodatek.

Samo opowiadanie takie trochę z gatunku “na bogato”. Jest eksperyment, jest charakterystyczny bohater (ciekawa osobowość, dziwaczne wewnętrzne dialogi, bezwolność wymieszana z pragnieniami). Jest kreacja pewnego obrazu świata wraz z konkretną jego historią. Bardzo dużo jak na opowiadanie.

Ponieważ jest tego dużo, to i pojawia się wspomniany już delikatny chaos. Zwłaszcza na początku, gdzie trochę trudno się w tym odnaleźć. Później jest już lepiej, natomiast mam wrażenie, że w pewien sposób ograniczyło to należyte wybrzmienie wszystkich elementów. One są tu jakby “ściśnięte do kupy” – każdy musi dostać trochę czasu, więc na końcu dostajemy wszystko, ale jakby w lekko okrojonej wersji.

Długość tekstu wydała mi się minimalnie przeciągnięta. Chodzi mi o tę drugą część, kiedy Erdan chce poznać prawdę. Na ten moment rozstrzygnięcia trochę trzeba poczekać i chyba nic by się nie stało, gdyby przyszedł nieco szybciej.

Te wszystkie uwagi nie odbierają zadowolenia z lektury. Co najwyżej nieco je ograniczają, bo jednak czytelnik musi się momentami dobrze skupić, by ogarnąć wszystkie elementy, które składają się na ten tekst.

Natomiast bardzo dobrze, że opowiadanie powstało. Jest w nim nieco świeżości, jest konkretna historia. I bardzo fajny pomysł na bohatera. Słowem, dla mnie to udane opowiadanie, a eksperymentowanie w literaturze nigdy nie jest łatwe. Każda niekonwencjonalna forma utrudnia opowiadanie właściwej historii, więc trzeba się mocno natrudzić, żeby w takim tekście wszystko zagrało jak trzeba.

Ja byłem zadowolony z lektury i uważam, że Ty, jako autorka, też powinnaś być z tekstu zadowolona.

Dla mnie jest to lepszy tekst, niż ten na Z(A)MIANĘ.

I pewnie, ponieważ nominowałem tamten, powinienem nominować i ten. Tyle że moja rozumienie terminu “tekst piórkowy” jest skrajnie różne od Loży (i w ogóle od większości społeczności NF) więc muszę się tu jeszcze trochę zastanowić, żeby czasem nie zrobić Ci tym wskazaniem krzywdy. ;-)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – bardzo dziękuję za przeczytanie i obszerny komentarz. I cieszę się, że eksperyment wypadł na plus. Też czuję w drugiej części tekst się dłuży. Próbowałam skracać, ale nie do końca mi wyszło…

Jeśli chodzi o zgłaszanie do piórka, to tym razem prosiłabym, żeby tego nie robić. Opowiadanie ma zalety, ale ma też wady. Może za jakiś czas uda mi się napisać coś naprawdę dobrego :) Na razie muszę troszczę odpocząć psychicznie :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :) 

Hej katia :)

Zaskoczył mnie ten tekst bardzo. W zabawny i pozytywny sposób, dodam. Bo odebrałem to opowiadanie jako miks sennego koszmaru o ciężkim klimacie i lekkiej psychodeli nawet, z …horrorem rodem z kina klasy b :)

Tak to odbieram. Co więcej, podoba mi się to bardzo i uważam, że gra. 

Motyw symbiontów z kosmosu – spoko, nic nowego, ale w zestawieniu z artystyczną duszą głównego bohatera jest to całkiem ciekawe. 

Fajny jest początek, to takie ładnie zaplanowane i stopniowe odkrywanie kart, czy też poszerzanie kadru, naprawdę Ci to wyszło.

Z minusów:

Mam wrażenie, że tekstowi pomogłoby lekkie odchudzenie, bo mimo, że wciąga, to gdzieś tam wkradły się dłużyzny.

I są tu spore gromady krótkich zdań tej samej długości, jedno po drugim, wydaje mi się, że to wprowadza pewną monotonię.

Fajowe, dzięki za tę podróż, klikałbym zapalczywie :)

Łosiot – dziękuję bardzo za przeczytanie i cenne uwagi. Zwłaszcza te o nagromadzeniu krótkich zdań. Zdecydowanie muszę na to uważać, pisząc kolejne teksty :) Fajnie, że ogólnie mimo dłużyzn się podobało :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Aż trudno się oderwać. Miejscami trudno się trochę połapać, miejscami chyba nie ten tekst jest pochyły, ale to wszystko idzie zrozumieć jako całość. Stopniujesz napięcie i powoli wprowadzasz w świat, z początku niezrozumiały, ale z każdym kolejnym fragmentem tworzący logiczną całość. Zdecydowanie zostanie w pamięci.

Jedyną rzeczą, jaka nie pasuje do całości, jest jak dla mnie fragment, gdzie “kosmyta” odkrywa karty, mówi, kim/czym jest, i tak dalej. To jak dla mnie ujednoznacznia sprawę, zabija tą wciągającą niepewność. Jakby to jeszcze rozrzucić po pozostałych rozmowach… No i jeszcze pytanie, czy to jest fantasy, czy sf, czy …?

Świetne opowiadanie, więcej takich!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85 – dziękuję bardzo za przeczytanie i miłe słowa. Całkiem możliwe, że gdzieś pomieszałam teksty pochyły i normalny… A jeśli chodzi o odkrywanie tajemnicy – W pierwszej wersji obcy niewiele wyjaśnia, ale mój pierwszy czytelnik stwierdził, że opowiadanie jest niejasne i wtedy kosmita zaczął odkrywać karty…

Jeszcze raz wielkie dzięki. Pozdrawiam serdecznie.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki Anet :)

Trudno się oderwać od tego opowiadania. Przypominało mi zbiór miniatur filmowych, które można interpretować oddzielnie, ale najlepiej sprawdzają się jako całość. Bardzo to plastyczne i naprawdę piękne. Podobalo mi się bardzo konsekwentne przedstawienie historii oczami bohatera. Budowacz ma specyficzne spojrzenie na świat. Robi to wrażenie. Niektóre części to prawdziwe perełki. Tekst, choć smutny, umilił mi wieczór. :)

Rossa – jeszcze raz gratuluję piórka :):):) i cieszę się, że spodobał Ci się mój “budowacz” :) Dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. Pozdrawiam serdecznie :)

Katiu, nie mogłam się oderwać od tego opowiadania! heart Bardzo dobre, dla mnie ciekawsze niż tekst na Zamianę. Wspaniale zapunktował tu eksperyment narracyjny i cyfry. Potrafisz uczynić mega trudną rzecz – ograniczyć punkt widzenia bohatera do tego, co rzeczywiście mógłby zobaczyć, poczuć, odebrać dostępnymi sobie sposobami i w ten sposób wspólnie z nim odkrywamy zagadkę jego istnienia.

To, co jest zawsze obecne w Twoich opkach, przeczytanych do tej pory to światy. Tworzysz plastyczne i malownicze obrazy, w gruncie rzeczy, niewielką liczbą słów, określeń, ale są trafione w punkt naszych-moich obaw, lęków, snów, tęsknot (czasami).

Twoja opowieść (dla mnie) jest o człowieku w czasie zarazy i nie wiemy, która nie wiem, czy wyjdzie nam na dobre, złe, czy neutralnie – utrzymanie status quo. Nie potrafię wyobrazić sobie innej opcji, bo z grubsza są zawsze trzy, choć ostatnia przez rozmowę i deliberację może stwarzać inne, niejako pączkować. Kategoryzujemy opinie zdania, wypowiedzi: tak, nie, może. Z drugiej strony granice są i trzeba je stawiać twardo, ale w większości spraw rozmywają się, tych spraw zwyczajnych i codziennych.

Opowiadanie zapamiętam!, bo piękna narracja i dialogi wewnętrzne. <serce> Gdybym miała coś kontestować, pewnie byłoby to zakończenie, ale zupełnie nie mam na nie pomysłu. Jeśli pokusiłabym się o rozkminianie, uznałabym, że przeciwnik był chyba wewnętrzny i tylko pozornie zewnętrzny, opresyjny, bądź doszło tu do „zlania” ich obu. Wewnątrz nie ma łatwych rozwiązań, są tylko kompromisy (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), choć w kółko się zastanawiasz, czy granica jest już przekroczona, czy jeszcze nie. W mojej kamienicy żyje pewna rodzina. On krzyczy (słychać): „Wypierdalaj stąd!”. Wiele razy już rozważałam z sąsiadami, czy interweniować, nawet mamy gorąca linię ustawioną pomiędzy nami, ale oni (ta rodzina) nie chcą, bardzo nie chcą. Nie ma tam dzieci, bo wtedy – byłoby dla mnie bez znaczenia co, kto sobie życzy.

Bliski mi ten Budowacz, Budowca, Budowlaniec heart Sporo myśli uruchamia. :-)

Dobrej nocki i niezabudki, choć cieżko je znaleźć o tej porze roku.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kochana Asylum heart Dziękuję Ci bardzo za przeczytanie i komentarz i oczywiście bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się ogólnie spodobało :) Odnośnie zakończenia… mnie też wydaje się najsłabszym punktem tekstu, ale też nie wiem, jak miałbym je zmienić…

Dzięki wielkie za niezabudkę. Śliczna.

Pozdrawiam ciepło i również życzę spokojnej nocy :)

Nowa Fantastyka