- Opowiadanie: Kelin - Łut szczęścia

Łut szczęścia

Opowiadanie powstało na konkurs literacki JaSkier, organizowany przez Cech Fantastyki “SkierCon”.

Tematyka tego tekstu chodziła za mną już od dłuższego czasu i chciałem w jakiś sposób odnieść się do bieżących wydarzeń na świecie. Opowiadanie nie przypadło do gustu jury, może przyjmie się tutaj.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Łut szczęścia

Usiadłem na przewróconym wózku sklepowym. Znajdował się w resztkach, które pozostały po hipermarkecie. Niewiele przetrwało, tylko dział z owocami i warzywami. Choć większość zdążyła już nadgnić od kiedy w całym mieście padła elektryczność, wciąż dało się znaleźć jedzenie, które nie uległo rozpadowi.

Siedziałem na wózku i przyglądałem się cytrynom. Po jednej z nich chodziła biedronka, z tych najbardziej pospolitych. Chodziła i najwyraźniej, tak jak zresztą ja, szukała czegoś, czym może się pożywić. Głupia najpewniej nie miała pojęcia, że mszyc na pryskanych owocach nie ma co szukać.

Miałem odejść, ale z rogu wielkiego kosza wyłonił się pająk. Ruszył w stronę biedronki. Coś wyczuł. Zaszedł ją od tyłu. Zaskoczył. Nie dał żadnej możliwości ucieczki. Biedronka próbowała odlecieć, lecz pająk szybko poruszył szczękoczułkami i jad dostał się do organizmu. Nie czekał aż przestanie się ruszać. Po prostu ją zjadł. Był głodny, jak my wszyscy.

Wszyscy, którzy przetrwali. Koniec zaskoczył nas równie szybko, jak pająk zaskoczył biedronkę.

Jedno ze skrzydeł oderwało się od reszty ciała i zakręciło jak listek, spadający z jesiennego drzewa. Natura nie zna litości. Świat nie zna litości. Odwróciłem wzrok do witryny. Zbliżał się wieczór.

Drzwi od sklepu zostały wyważone kilka tygodni wcześniej, kiedy w wiadomościach ogłoszono, że wirus zmutował. Ochroniarze nie przyszli do pracy. Pracownicy sklepowi zresztą też. Jedynie menedżer przyszedł na zmianę, lecz gdy zobaczył hordę ludzi z okolicy, którzy próbują dostać się do środka, szybko uciekł.

Wyszedłem na zewnątrz. Żadna z latarni stojących przy ulicy nie działała, choć część z nich już od dawna powinna świecić. Włączyłem latarkę, a strumień światła padł na samochody na postoju dla taksówek. Kawałek dalej stał autobus z powybijanymi szybami. Spojrzałem na numer linii. To chyba mój, pomyślałem, po czym ominąłem go szerokim łukiem.

Skierowałem kroki w stronę schodów na most. O ile wcześniej zawsze narzekałem na słońce, które siłą wciskało się przez moje okna, tak teraz za nim tęskniłem i chciałem zobaczyć każdy jego zachód. I prosić, by rano pojawiło się z drugiej strony.

Przeszedłem obok niedziałającego lokalu z kebabem. Na jego tyłach, za kratą, znajdował się napis, wykonany żółtą farbą. 40. DZIEŃ PANDEMII. fukow. Ach, Fukow, ty pierdolony żartownisiu. Żebyś ty wiedział, jeśli jeszcze żyjesz. Żebyś ty wiedział.

Wspiąłem się po schodach, by wejść na most przez wieżycę. Z daleka widziałem, jak prądy ciągną za sobą ogromne połacie wody. Jeszcze niedawno razem z prądem pływały ciała tych, którzy padli ofiarą choroby. Zamiast je spalać, ludzie dalej mieli swoją potrzebę rytualizowania śmierci. Jak wcześniej tylko człowiek mógł zarazić człowieka, tak teraz wirus zmutował i wieczorami rozciąga się zabójcza mgła.

Odpaliłem papierosa i zajrzałem do paczki. Niewiele już zostało. Sześć, może siedem. Przekręciłem jednego z nich filtrem do dołu. Nie wierzę w przesądy, lecz w ciężkich czasach każdy łut szczęścia może okazać się przydatny.

Ruszyłem przed siebie zaciągając się papierosem. Z daleka nie widziałem nikogo. Trasa, która tętniła życiem i była znana z ogromnych korków, teraz stała pusta. Miasto umarło. I choć wcześniej posiadało swoją nazwę, teraz nikt jej nie wymawiał. Nie było komu. I nie było po co.

Odwróciłem się. Ostatnie promyki słońca otuliły moją twarz, a wieżowce w oddali jaśniały blaskiem. Nadchodził chłód. Ruszyłem w przeciwną stronę.

Od północy formował się biały kłąb. Śmierć dosłownie wisiała w powietrzu. Jeśli choć trochę mgły dostało się do płuc, to był koniec. Ostatni oddech. Słyszałem historie o ludziach, którym nie udało się już zaczerpnąć kolejnego. Wirus siał spustoszenie w ciągu paru chwil. Zatykał każdy przewodzik pęcherzowy.

Kolejnymi schodami dostałem się na bulwar. Część promów zdolnych do żeglugi szybko odpłynęła, zabierając ze sobą tłumy tych, których stać było na bilet. Kto powiedział, że nie można zarabiać w czasach kryzysu? Polak potrafi, kurwa jego mać.

Fale pluskały przyjemnie, lecz mimo rozkosznego dźwięku przypominającego syreni śpiew, był też ostrzeżeniem, że należy trzymać się z daleka. Świecąc latarką przed siebie, szedłem, krok za krokiem. Uważnie, by niczego nie przeoczyć.

Przeszedłem pod pierwszym mostem. Gdy paliłem kolejnego papierosa, jedynym co udało mi się znaleźć, to paskudny odór dochodzący z wolnostojących ubikacji, ustawionych tu specjalnie na letni sezon. Nikt ich dawno nie czyścił, nikt do nich dawno nie zaglądał.

Stara część bulwaru. Miasto od długiego czasu miało ambitny plan na renowację. Kilkaset metrów dalej jego część została odgrodzona, lecz jedyne co się udało robotnikom, to zwieźć sprzęt. Nic więcej.

Po mojej prawej stronie była przycumowana barka. Kładka wyciągnięta na brzeg, tak rozkosznie zapraszała do wnętrza, by się rozgościć i poszukać schronienia. Gdy nadeszły wspomnienia, poczułem burczenie w brzuchu. Wszedłem.

Drzwi były otwarte, to oczywiste. Nie miał ich kto zamykać na noc. Ani na dzień. Wszyscy się stąd zmyli, kiedy tylko mieli okazję. Nie słyszałem nikogo od trzech tygodni, a nie widziałem od dwóch. Każdy trzymał się w cieniu, bojąc się, że może stać się ofiarą.

Sala, krzesła, stoły. Przy ścianie pomieszczenia znajdował się bar, a za nim świecił regał z butelkami. Podszedłem i podniosłem przewrócony hoker. Stojąc na palcach sięgnąłem po najbliższy kieliszek. Był brudny, ale czy można wybrzydzać?

– Czego się pan dzisiaj napije? – spytałem.

– Rum. To zdecydowanie jest pogoda na rum – odpowiedziałem sam sobie, po czym chwyciłem najbliższą butelkę. Czterdziestkę wypiłem jednym haustem.

Skrzywiłem się. To nie był rum. Tylko wódka. Gdy latarką oświetliłem etykietę butelki, ujrzałem napis przywracający wspomnienia.

– Kurwa… – wymsknęło mi się.

– Czy wszystko w porządku?

– Tak, jak najbardziej. Mógłbym prosić o popielniczkę?

Rozejrzałem się. Stała na krawędzi baru. Wyciągnąłem po nią rękę i postawiłem obok.

– Dziękuję bardzo.

Odpaliłem papierosa i nalałem kolejny kieliszek. Smakował tak samo paskudnie, lecz dym go łagodził. Jak wiadomo, tytoń lubi się z alkoholem.

– Przepraszam, czy często się zdarza, że mają państwo tak mało gości?

– Raczej nie. Ma pan szczęście. Cały bar jest do pana dyspozycji.

– Och, jak miło – odpowiedziałem, po czym wychyliłem kolejnego szota. Część spłynęła mi po brodzie. Miałem wrażenie, że trunek zmywa ze mnie mój bród. Et spiritus sancti. Cokolwiek to teraz znaczyło.

Zgasiłem papierosa, wziąłem butelkę i rzuciłem na bar kilka kamyków znalezionych po drodze.

– Reszta dla pana.

Tylko tyle zostało z pieniędzy.

Gdy wyszedłem zapaliłem jeszcze jednego. Smak taniej berbeluchy wciąż palił mnie w gardło.

Ruszyłem dalej.

Minąłem kolejne dwie barki. Po lewej ciągnął się płot i szereg małych domków, wcześniej służących jako atrakcje dla młodocianych fanów ekstremalnej jazdy rowerowej. Po prawej rozciągała się ciemna woda. Myślałem jaśniej i – co jest powodem wielu paradoksów – trzeźwiej.

Pociągnąłem ostatni łyk wódki i – patrząc na drugi brzeg – rzuciłem butelką przed siebie. Nie widziałem, gdzie wylądowała, słychać było tylko plusk, jakby rzuciła się jakaś ryba. Choć wątpię, by po tych wszystkich trupach jakakolwiek była w stanie tam pływać.

Odwróciłem się. Za mną stał pomnik. Pół ryba, pół kobieta. W jednym ręku trzymała miecz, a w drugim tarczę, mając bronić nas przed wszelkim złem.

– I jak ci się to udało? – Splunąłem i roześmiałem się.

Spojrzałem na północ. Mgła była coraz gęstsza. Nie można tracić czasu. Trzeba iść.

Kolejny etap, kolejny papieros. Niewiele już przyjemności zostało na tym świecie.

Przeszedłem pod mostem wspartym na linach, a światło latarki biegało po deptaku od prawej do lewej, od lewej do prawej. Co jeszcze ciekawego może przynieść ten dzień? Gdy oświetlałem drogę, dojrzałem leżącą na ziemi spinkę. Z kokardką.

– Czy to ona?

Nie.

Tak.

Nie. To niemożliwe.

Rozdzielono nas kilka tygodni temu, kiedy próbowaliśmy dostać się do tuneli metra. Zdawało się to być ostatnim bezpiecznym schronieniem. Enklawą, którą z każdej strony otaczała śmierć. Chyba, że trafiłby się ktoś zarażony. A wirus nie wybaczał pomyłek.

Postanowiliśmy jednak zaryzykować. Siedzieliśmy na schodkach i rozmawialiśmy. Nasz przyszłość miała się zmienić, wszystko wyglądać inaczej. Nowy etap. Etap życia jak kret, etap ucieczki. Nie mieliśmy szans uciec z miasta. Jeśli ktoś nie posiadał samochodu, poza cywilizacją czekała go pewna śmierć. Postanowiliśmy zaryzykować i ukryć się pod ziemią.

Zakaszlała. Ten jeden raz, w nieodpowiednim miejscu i czasie, kiedy patrzyli na nas nieodpowiedni ludzie. Wyrok został wykonany na miejscu, mimo że werdyktu nikt nigdy nie słyszał. Z nożem w piersi wylądowała w wodzie. W rzece. Powinna być martwa.

A jednak…

Jednak żar zapłonął w moim sercu. To ona. To musi być ona. Ona nosiła taką spinkę.

Mgła zbliżała się, a w jej kłębach skrył się kolejny most. Zbliżała się w moją stronę. Gdybym teraz odszedł, zdążyłbym uciec i znaleźć bezpieczne schronienie. Może nawet ta barka, może któryś z domków… Może zdążyłbym wejść do bloku i szczelnie zamknąć wszystkie okna.

Westchnąłem.

Zajrzałem do paczki. Źle policzyłem. Był już ostatni. Ten na specjalną okazję. Mój szczęśliwy papieros. Ogień zapalniczki rozświetlił ciemność przed moją twarzą. Zaciągnąłem się.

Niedopałek położyłem na murku, mając nadzieję, że gdy wyjdę z mgły, będę mógł zaciągnąć się jeszcze raz.

I ruszyłem.

Koniec

Komentarze

Odwróciłem wzrok do witryny. – Nie jestem pewien, ale odwrócić wzrok można prędzej od czegoś, a nie do.

 

Pracownicy sklepowi zresztą też. – wywaliłbym zaznaczone słowo. Jest to zupełnie niepotrzebne uzupełnienie zważywszy na cały fragment.

 

Z daleka nie widziałem nikogo. – A z bliska widział? :)

 

Miałem wrażenie, że trunek zmywa ze mnie mój bród. – zaimek raczej zbędny.

 

Nasz przyszłość miała się zmienić – zjadło a.

 

Postanowiliśmy jednak zaryzykować… (chwilę później)Postanowiliśmy zaryzykować i ukryć się pod ziemią. – Niepotrzebne powtórzenie. Tak w ogóle mam wrażenie, że często niepotrzebnie powtarzasz niektóre informacje i słowa.

 

Cześć, Kelin.

Twój tekst na mitologie podobał mi się znacznie bardziej. Ten jest słabszy (według mnie) nie tylko pod względem fabularnym, ale też jeśli chodzi o styl i warsztat. Tak jakby był pisany dawniej.

Dlaczego tak uważam?

Ano dlatego, że nie pokazałeś tutaj niczego nowego. Sztampowe postapo. krwiożercza mgła. Pustki na ulicach itd. Poszedłeś trochę na łatwiznę. Gdyby jeszcze znaleźć w tym jakieś emocje, ale 90% tekstu to przechadzka bohatera. Dopiero pod koniec pojawia się informacja o więzi z kobietą, która została zabita. Ale to trochę za późno żeby się tym przejąć.

Są również plusy. Są fajne momenty, ciekawe zdania. Podoba mi się miejscami Twój styl. Taki urywany, oszczędny, przez to dynamiczny. Jednak w mitologiach zrobił na mnie lepsze wrażenie.

Pozdrawiam! dO.ob

 

 

Cześć, Realuc!

Cieszę się, że niektóre akcenty przemówiły do Ciebie! Tekst powstał z pewnej frustracji zaistniałą sytuacją, a okres panowania wirusa powywracał sporo rzeczy w moim życiu. Być albo nie być. Jest to też jedyny nieco autobiograficzny tekst, więc nie chciałem go przepełniać niesamowitościami. Bardziej to moje wyobrażenie przyszłości, kiedy sam się przechadzałem tymi ulicami i bulwarami.

Jeśli chodzi o motyw kobiety, to fakt, że w trakcie pisania zmieniła mi się nieco koncepcja. Stąd też może być wrażenie, że jest nieco na doczepkę.

Dzięki za wypunktowanie błędów! Wrzucę poprawkę i postaram się, aby kolejny tekst przyniósł więcej zabawy i satysfakcji. :)

Miałem wrażenie, że trunek zmywa ze mnie mój bród.

bród: płytkie miejsce rzeki, jeziora lub stawu możliwe do przejścia lub przejechania na drugi brzeg”. Przypuszczam, że chodziło raczej o brud.

Powiem tak: aktualnie do wszelkich tekstów apokaliptycznych, gdzie upadek cywilizacji został spowodowany wirusem, podchodzę jak pies do jeża. Dla mnie to trochę za proste, zbyt oczywiste, bo i z powodu obecnej sytuacji zrobił się mały wysyp podobnych opowiadań. Czy w takim temacie można zdobyć się na oryginalność? W końcu, jeżeli coś zostało przewałkowane setki razy, trudno zainteresować znudzonego, rozpuszczonego jak dziadowski bicz czytelnika ;)

Mamy postapokaliptyczny obrazek, tęsknotę za dawnym światem, oglądanie ruin miasta – standardowo, rzekłabym. Pod tym względem opowiadanie nie zaskakuje. Więc można by liczyć na gęstą warstwę emocji, ale tutaj też jest raczej średnio w moim odczuciu. Może robiłoby wrażenie, gdyby nie to, że już dziesiątki razy oglądaliśmy podobne rzeczy. Podoba mi się motyw z dobrowolnym pójściem we mgłę, zdaje mi się jednak, że trochę z powodu konstrukcji tekstu ten moment nie wybrzmiał aż tak mocno, jak mógł.

Styl – mi bardzo odpowiada. Może miejscami coś zgrzyta, ale trafiają się bardzo ładne zdania, całość czyta się płynnie.

Cóż, tekst nie jest zły. Wydaje mi się, że po prostu nie wyróżnia się na tle innych opowiadań w tym nurcie.

Cześć, Silva!

 

Przypuszczam, że chodziło raczej o brud.

Jacha. Rozleniwiłem się ostatnio przy pisaniu, a Word nie łapie kontekstu nie podkreśla niestety. Dzięki za wyłapanie!

 

No właśnie trochę ubolewam, że koncept przerodził się w opowiadanie konkursowe, ale po temacie Nadzieja chciałem napisać coś postapo. Chodziło też za mną opowiadanie o wirusie i… no wyszło to. Ni to jakoś wybitnie oryginalne, ale za to – zapewniam – całkiem nieźle oddaje klimat, jaki panował w Warszawie na przełomie marca i kwietnia. Więc chyba nazwanie tego tekstu “obrazkiem” jest idealnym podsumowaniem tego, co właściwie chciałem zrobić. Bo w sumie podczas pisania nawet fabuła nie była jakaś wyjątkowo ważna.

 

Dzięki za szczerą i długą opinię! Styl mam nadzieję rozwijać, zobaczymy w którą stronę pójdzie. Ale cieszy mnie też fakt, że jest po prostu “nieźle”. Nie wybitnie, nie nudno bo pomimo nudnego tematu jest płynnie. Dzięki raz jeszcze!

Styl mi się podoba, więc tak, czytało się fajnie, tylko fabularnie do mnie nie przemówiło. Może to też kwestia, że postapo to mocno nie moje klimaty.

całkiem nieźle oddaje klimat, jaki panował w Warszawie na przełomie marca i kwietnia.

W to jestem skłonna uwierzyć ;)

 

EDIT: A właśnie, zapomniałam wspomnieć o jednej rzeczy. Tytuł wydaje mi się mało związany z tekstem.

Silva ma rację, co właściwie oznacza tytuł? Jak dla mnie wydźwięk jest taki, że bohater nie chciał uciec, więc nie liczył na szczęście.

 

“Żadna z latarni stojących przy ulicy nie działała, choć część z nich już od dawna powinna świecić.” – Dlaczego tylko część…? Jak się zapalają światła w mieście, to wszystkie naraz, o konkretnej godzinie.

 

“Jak wcześniej tylko człowiek mógł zarazić człowieka, tak teraz wirus zmutował i wieczorami rozciąga się zabójcza mgła.” – przyznam, że nie kupuję tego motywu. Jasne, fantastyka i tak dalej, ale wirus w postaci mgły, przeżywający bez żywicieli, bo dookoła nikogo nie ma? Mimo wszystko naciągane.

 

“Nadchodził chłód. Ruszyłem w przeciwną stronę.” – To nie ma dla mnie sensu, choć może się czepiam.

 

“Zatykał każdy przewodzik pęcherzowy.” – Nie jestem lekarzem, ale co mają drogi żółciowe do śmiercionośnej, pełnej wirusów mgły?

 

Jak wszystko w tygodniach pandemii zostało rozkradzione przez motłoch, jakim cudem w barze ostał się alkohol?

 

“Myślałem jaśniej i – co jest powodem wielu paradoksów – trzeźwiej.” – Powodem czy efektem?

 

“Myślałem jaśniej i – co jest powodem wielu paradoksów – trzeźwiej.

Pociągnąłem ostatni łyk wódki i – patrząc na drugi brzeg – rzuciłem butelką przed siebie.”

Abstrahując od treści, masz dwa zdania o dokładnie takiej samej konstrukcji, z wtrąceniem po “i”, jedno po drugim. Zgrzyta.

 

“Nasz przyszłość miała się zmienić” – Nasza

 

“Etap życia jak kret, etap ucieczki. Nie mieliśmy szans uciec z miasta.”

 

Czyta się w miarę szybko i płynnie, koniec końców jednak treściowo jest – jak już pisali moi przedmówcy – ubogie. To nie jest tekst, który by się zapamiętało, który by poruszał. Faktycznie nie pokazujesz nic nowego, wszystko to znamy z wielu wizji postapo tak literackich jak i filmowych czy growych. Emocje mogłyby uratować tego szorta, ale ot, mamy scenkę, jak bohater chodzi po pustym mieście. Bohater anonimowy, czytelnik nie ma jak się do niego odnieść, nic o nim nie wie, ani on grzeje, ani ziębi.

Niemniej trzymam kciuki za kolejne próby i kolejne opowiadania ;) Tylko praktyka czyni mistrza.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Hej :)

No, nie porwało. Jak pisali już inni, typowe postapo, ruiny miasta itepe.

Gdybyś uwypuklił gdzieś ten motyw z kobietą, która została zamordowana. Gdzieś mogłaby być tylko wzmianka – na przykład przy mijaniu autobusu mógłby sobie przypomnieć jak jeździł nim do dziewczyny. Albo na barce mógłby coś gadać do siebie, gdzieś to wplatając. Wtedy ta końcówka nie byłaby taka od czapy.

Ten motyw z dobrowolnym wejściem w mgłę do mnie akurat przemawia. Lubię bohaterów tragicznych ;)

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Cześć joseheim, cześć Outta Sewer!

 

Trochę czasu minęło, od mojej ostatniej bytności tutaj (jakoś tak niczym Józek pojawiam się i znikam) i… No w sumie to macie pełną rację. Tekst wyszedł dosyć słaby. Są elementy, które mi się w nim podobają – właśnie ten opis Warszawy oraz jednoosobowy dialog (jakoś tak mi się spodobała wizja i wykonanie, jak sobie go wyobrażam), ale de facto do niczego nie dąży, ani niczego poza tym nie pokazuje. Dzięki Wam serdeczne za opinie i mam nadzieję, że kolejne teksty będą już pełnokrwiste!

Przyjemne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka