- Opowiadanie: Jagiellon - Lalkarka

Lalkarka

Szczególnie chciałbym podziękować za wskazówki, jakich udzieliła mi Silva, i to pomimo napiętego terminarza :).

Opowiadanie napisane na Z(A)MIANĘ, gdzie na warsztat został wzięty “Konrad Wallenrod”. Tytułowy bohater został oczywiście potraktowany jako postać literacka, a nie historyczna.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy V, Irka_Luz

Oceny

Lalkarka

Leżał nieruchomo, nie reagując na jej kroki. Waltera usiadła na zydlu stojącym przy łóżku. Uznała, że to dobry moment, by wszystko wyjaśnić. Lepszego z pewnością nie będzie.

 

* * *

 

Z zewnątrz dobiegały odgłosy walki. Waltera zastanawiała się, czy zamkowa komnata jest wystarczającym schronieniem przed najeźdźcą. Powiodła spojrzeniem po przestraszonych kobietach. Jedne łkały, inne szeptały coś nerwowo.

Wnet usłyszała szczęk stali i ludzkie jęki. Następnie rozległo się brzęczenie kluczy i zgrzyt otwieranego zamka. Dębowe drzwi gruchnęły o ścianę i do środka wpadło sześciu zbrojnych. Każdy z nich miał na sobie biały płaszcz z czarnym krzyżem. Upewniwszy się, że nikt im nie zagraża utworzyli szpaler, którym wkroczył wysoki mężczyzna, najpewniej dowódca. Miał pociągłą twarz, długi nos i podkręcone wąsy. Jego ciemne, zimne oczy wodziły po zebranych w pomieszczeniu kobietach.

Waltera trzęsła się ze strachu, ale widząc, że nikt nie reaguje postanowiła coś zrobić. Wyszła więc naprzód i wykrztusiła z siebie:

– Idźcie stąd, albo pożałujecie. Nie wolno wam…

– Dość – przerwał ostro ten o zimnych oczach.

Dziewczynka zamilkła z otwartymi ustami. Rycerz zwrócił się do pozostałych:

– Szlachcianki bezpiecznie odprowadzić, z resztą róbcie co chcecie. A tę tu… – Wbił spojrzenie w Walterę. – Tę tutaj zabieram ja.

 

* * *

 

– Dziecko, musisz coś jeść.

Milczała.

Zakonnik wstał, kręcąc głową.

– Litwini… – mruknął.

Odwrócił się i wyszedł z pokoju. Waltera leżała z twarzą skierowaną w stronę ściany. Czekała.

Kiedy tylko na zewnątrz zapadł zmrok, postanowiła uciekać. Otworzyła okiennice. Poczuła na twarzy chłód nocnego powietrza. W tej samej chwili usłyszała kroki.

W panice rzuciła się na łóżko i ułożyła jak wcześniej – twarzą do ściany. Po chwili w zamku zazgrzytał klucz. Skrzypnęły zawiasy i trzasnął opadający rygiel. Odwróciła się gwałtownie.

Ciemne, zimne oczy wpatrywały się w nią z niebezpiecznym błyskiem. Ten, który ją porwał, mimo iż odziany w koszulę nocną, wydawał się jeszcze straszniejszy niż przedtem. Zgroza ogarnęła dziewczynkę.

Nie padło ani jedno słowo. Po prostu rzucił się na nią, przygwoździł do łóżka, chwycił oba nadgarstki w jedną dłoń. Drugą ręką podwinął jej sukienkę. Szarpała się, nie rozumiejąc, czego od niej chce. Jakimś nadludzkim wysiłkiem zwinęła się i wierzgnęła. Uderzyła w coś nogą. Rycerz stęknął ciężko, ale nie poluźnił chwytu. Złapał ją wpół i przewrócił na brzuch. Wykręcił jej ręce za plecy, uniemożliwiając obronę. Zaczęła płakać. Z bezradności i wściekłości. A po chwili z bólu.

Kiedy skończył leżała bezwładnie. Łzy kapały na zgniecioną poduszkę, uwolnione dłonie drżały. Rycerz wstał bez słowa, odwrócił się i wyszedł. Dziewczynka wygładziła sukienkę, zwinęła się w kłębek. Zapłakała. 

 

* * *

 

– Po tej nocy pojęłam, że on nie pozwoli mi uciec. Musiałam poczekać na lepszą okazję.

Nazajutrz dojechaliśmy do Dzierzgonia. Tam dowiedziałam się, że mój porywacz ma na imię Konrad Zöllner von Rotenstein i jest zakonnym komturem. Tam też spotkałam ciebie.

Jako jedyni Litwini w zamku od początku byliśmy na siebie skazani. Przez te kilka lat stałeś się moją ucieczką od nocnych koszmarów, będąc z tobą zapominałam o Zöllnerze. Pamiętasz nasze leniwe popołudnia, kiedy chowaliśmy się w stajni? Albo jak podkradaliśmy jedzenie z kuchni? Oj, klęły za nami kucharki, zwłaszcza gruba Britta. A pierwsza wspólna noc? Miło było dla odmiany być z kimś, kogo sama wybrałam. Wówczas myślałam, że połączyła nas miłość, ale teraz nie wiem, czy jestem zdolna coś czuć. Czy kiedykolwiek to potrafiłam.

Po czasie wszystko się jednak zmieniło. Nigdy nie mówiłam ci dlaczego, więc teraz jest okazja.

Pewnego dnia przy zejściu do podziemi znalazłam klucz. Wartownika nie było, sprawdziłam więc czy ów klucz pasuje do okutych drzwi lochu. Pasował.

 

* * *

 

Zeszła cicho, ostrożnie stawiając kroki. Ciemność rozpraszały pochodnie umocowane na ścianach. Głosy wartowników niosły się zwielokrotnionym echem, ktoś klął, ktoś się śmiał, grzechotały rzucane kości.

Większość cel była pusta. W nielicznych siedzieli wychudzeni skazańcy, zupełnie niezainteresowani Walterą. 

Uwagę dziewczyny przykuła ciemna odnoga, na której końcu połyskiwał płomień pochodni. To miejsce wydało się jej niepasujące do reszty więzienia. Niby kraty były tu tak samo grube, a zacieki równie rozległe jak w innych celach, jednakże wyglądało to na swój dziwny sposób inaczej. Skulona wewnątrz ciemna sylwetka skazańca tylko przydawała niesamowitości temu widokowi.

– Scheiße!

Głos wartownika poniósł się zwielokrotnionym echem. Waltera drgnęła nerwowo. Więzień nie zareagował. Siedział nieruchomo, zupełnie jakby spał. Waltera przycupnęła za załomem ściany, wpatrując się w Pustelnika, jak nazwała w myślach zagadkową postać. Aura tego miejsca przyciągała ją swoją tajemniczością. Dziewczyna czekała, choć nie wiedziała na co. Wyjęła zza pazuchy zawiniątko z suszonymi owocami. Wzięła zeń plasterek jabłka, i zaczęła go żuć.

Czas mijał, płomień pochodni trzaskał, wartownicy rozmawiali zaaferowani rozgrywką, a skazańcy pojękiwali z rzadka. Pustelnik ani drgnął. Waltera zastanawiała się, czy nie wracać, gdy wnet poczuła na twarzy podmuch. Płomień pochodni zatańczył, coś klapnęło na podłogę. Dziewczyna przysięgłaby, że dźwięk doszedł z celi. Po chwili dostrzegła tam ruch. Coś, a raczej ktoś zbliżył się do krat i rozejrzał. Światło wydobyło kobiecą twarz z mroku. Nieznajoma była sporo starsza od Waltery i dość wysoka. Jej oczy odbijały płomienie, złote pukle spływały na ramiona.

Kolejny podmuch uderzył w dziewczynę, która zacisnęła powieki. Gdy je uniosła, spostrzegła, że w celi został sam Pustelnik. Nim zrozumiała co zaszło, chłodne palce oplotły jej usta, tłumiąc krzyk przerażenia.

– Ani drgnij – syknął chropawy głos. Obce ramię obezwładniło Walterę. – Zadam ci pytanie. Ty zaś zastanowisz się i cichutko mi odpowiesz. Pojęłaś? Kiwnij głową, jeśli tak.

Kiwnęła.

– Jak mnie znalazłaś?

Nie odpowiedziała. Gniew zaczął wypierać przerażenie, ale silna ręka nieznajomej nie pozwoliła wykonać dziewczynie żadnego ruchu.

– Milczysz – mruknęła kobieta, zwalniając chwyt. – Hardaś.

Waltera w końcu mogła odwrócić się do nieznajomej i spojrzeć jej w oczy.

Szczęknęła stal. W dłoni kobiety błysnęło ostrze. Dziewczyna bała się, miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi.

– Dalej, zrób to. Myślisz, że się przestraszę? – rzuciła jednak.

– Ciszej. Usłyszą nas, a wtedy nie rozmówimy się w spokoju. Daj dłoń.

– Co?

– Daj. Przecież się nie boisz.

Posłuchała, wbrew własnej woli. Kobieta nakłuła opuszek jej palca i zamruczała coś niezrozumiale.

Po chwili zaświszczało dziewczynie w uszach. Mrok lochu zmienił się w oświetlone blaskiem świec pomieszczenie. Powietrze pachniało kurzem.

– Gdzie ja jestem? – zapytała zdumiona, rozglądając się wokół.

Nieznajoma usiadła na krześle, założyła jedną nogę na drugą.

– W moim małym świecie – odparła. – Gość w dom, Bóg w dom. Bądź mi więc gościem.

Waltera wodziła wzrokiem po regałach zastawionych zakurzonymi księgami. Wreszcie zatrzymała spojrzenie na nieznajomej.

Kobieta przyglądała się chwilę swoim paznokciom, po czym rzekła:

– Odpowiedz na pytanie, które zadałam ci w lochu. 

Dziewczyna zastanowiła się jakim cudem dobrowolnie dała sobie nakłuć palec. To przez jej głos, pomyślała. Czyżby to czary? Jak w baśniach?

– No, mówże.

– Nie znalazłam cię, bo wcale nie szukałam – mruknęła w końcu z niechęcią. – Ten więzień. Był dziwny. Cała cela wydawała się jakby z innego świata.

– Nie widziałaś, by się poruszył? – mruknęła z niedowierzaniem nieznajoma. – A to ci dopiero.

– Jesteś jeńcem Rotensteina? – zapytała po chwili milczenia, nie spuszczając dziewczyny z oczu.

Ta skinęła głową.

– Jak cię zwą?

– Waltera Alf.

– To twoje prawdziwe miano?

– To imię, jakie nadali mi opiekunowie. Rodzice zginęli, gdy byłam niemowlęciem.

– Rozumiem. Mów mi Halba. Rada jestem, mogąc cię poznać.

Ton głosu kobiety nabrał ciepłego brzmienia. Wyraźnie rozluźniła się, nie znajdując w dziewczynie zagrożenia. 

– Czy jesteś wiedźmą? – odważyła się w końcu zapytać Waltera.

Kobieta roześmiała się.

– Raczej czarodziejką – odparła. – Ale tak, potrafię władać magią.

Dziewczyna wyprostowała się, po czym skłoniła. Wbijając wzrok w podłogę, wypaliła bez namysłu.

– Naucz mnie czarować, pani, proszę.

– Dlaczego? – odparła natychmiast pytaniem Halba, unosząc brew. – Z magii nie przychodzi nic dobrego. Ja sama muszę się ukrywać przed zakonem.

– Jak to? – zapytała zdumiona Waltera.

– Ten więzień, którego obserwowałaś, to moje narzędzie. Zwykła kukła, która pod wpływem czaru wydaje się poruszać, chrapać, nawet kaszleć.

– Przecież wcale się nie ruszał.

– Właśnie. Ty przejrzałaś moje zaklęcie. Masz talent.

Waltera nie mogła uwierzyć w to, co słyszała.

– Potrzebuję tej celi, by móc przemieszczać się stąd na zewnątrz i z powrotem – kontynuowała Halba. – Jak widzisz, nie ma tu drzwi.

Faktycznie. Nie było.

– Nie rozumiem.

– Chodzi o to, że nie życzę sobie, by na progu mego domu dzień w dzień leżał jakiś śmierdzący łotr, dlatego wolę mieć tam kukłę. Ale mniejsza z tym. Lepiej zdradź mi, dlaczego chcesz się uczyć magii. Mów szczerze, a być może przychylę się do twej prośby.

Waltera nabrała powietrza w płuca, po czym odetchnęła głęboko. Usta same zaczęły wypowiadać słowa.

– Chcę zemsty – odparła przez zaciśnięte zęby. – Pragnę, żeby cały Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny położyła cholera, żeby poczuli ból, który sprawili moim przyjaciołom z podzamcza, żeby zasmakowali śmierci jak moi rodzice – ci prawdziwi i przybrani.

Milczały jakiś czas. Wreszcie Halba odezwała się.

– Rozumiem, zemsta. Gorąca głowa nie sprzyja planowaniu, co? No nic, ułożymy koncept. Ja również pragnę zagłady Krzyżaków. Dlatego ci pomogę, wesprę magią i nauczę wszystkiego, co sama umiem. Ale winnaś w zamian posłuszeństwo, pojęłaś?

– Tak.

– Dobrze, przekujemy twoją zemstę w coś dobrego. Ale tymczasem musisz wracać, dziecko.

– A nie mogę zostać z tobą?

– Stąd nie sięgniesz zakonu. Wiem, co mówię.

 

* * *

 

– Halba była Litwinką, jak my. Nigdy nie zdradziła, dlaczego musi się ukrywać. Uczyła mnie wszystkiego, nie tylko magii, pielęgnowała pamięć o ojczyźnie i nienawiść do zakonu, a ja, choć nie chciałam, przenosiłam to na ciebie. Żałuję, że namieszałam ci w głowie. Gdyby nie to, może nie spotkałoby cię nieszczęście. Ale wróćmy do rzeczy.

Zabroniła mi mówić komukolwiek o naszych lekcjach, nawet tobie. Musiałam jej słuchać, gdybym spróbowała skłamać, nie nauczyłaby mnie niczego więcej. Tak mi powtarzała, a jej ton sprawiał, że dawałam wiarę.

Później von Rotenstein został wielkim mistrzem i zabrał z zamku swoją świtę. Łącznie z tobą. Mną się znudził, byłam dla niego za stara, więc zostałam w Dzierzgoniu. Pamiętam twoją rozpacz, kiedy okazało się, że nas rozdzielają, myślałam, że pęknie mi serce.

Niedługo potem przybył nowy komtur. Młody Konrad von Wallenrode. Gdy go zobaczyłam, przyszedł mi do głowy sposób na pogrążenie Krzyżaków.

 

* **

 

– Jak rozumiem – podsumowała Halba, wysłuchawszy Waltery - chcesz uczynić von Wallenrode wielkim mistrzem. Dzięki twoim konceptom, miałby wygrywać bitwy z Litwinami, czym zdobyłby uznanie zakonu. Gdy dzięki temu stanie się najważniejszą osobą wśród krzyżaków, chcesz doprowadzić do wielkiej inwazji na naszą ojczyznę, gdzie, przez celowo źle ułożoną strategię, zostanie wygubiona cała armia zakonu. Czy tak?

– Tak.

Zapadła cisza. Czarodziejka bębniła palcami o blat biurka.

– Wiesz, że trudne to zadanie? A może niewykonalne? Za to diabelnie niebezpieczne.

– Wiem.

– I mimo to, chcesz spróbować.

– Chcę.

Halba westchnęła.

– Jest zaklęcie, którym możesz zniewolić umysł innej osoby. Jego stosowanie pochłania jednak siły witalne. Wprawni magicy dają radę utrzymywać je co najwyżej przez dobę. Musiałabyś jeździć na front i przejmować umysł tego von Wallenrode. Tutaj sama magia nie wystarczy. By być blisko wydarzeń, musisz go zniewolić. Powinnaś oddać mu się duszą, umysłem i ciałem. Słowem, musisz sama uwierzyć, że go kochasz. Tylko w ten sposób stanie się kukiełką, za której sznurki będziesz pociągać. Dasz radę?

Dziewczyna zacisnęła usta.

 

* * *

 

– Dałam. Przyszło mi to tym łatwiej, że Wallenrode był rezolutny, wesoły i odważny. Spędziliśmy razem długie lata, w ciągu których z coraz mniejszą pomocą Halby kierowałam jego poczynaniami w walce z naszą ojczyzną. W tym czasie zginęło przeze mnie wielu Litwinów. Ich krew plami więc moją duszę. To cena, jaką musiałam zapłacić, by pewnego dnia zesłać zagładę na Teutonów.

Wreszcie von Rotenstein zdechł, a Konrada wybrano Wielkim Mistrzem. Wyjechaliśmy do Marieburga. Z żalem zostawiłam Halbę, ona jednak rozumiała, że tylko w ten sposób mogłyśmy dopełnić zemsty.

Później było zaprzysiężenie, następnie wielka uczta. Zresztą, sam wiesz.

 

* * *

 

Konrad von Wallenrode siedział na prominentnym miejscu w sali balowej. W końcu tego wieczoru to on był najważniejszy. Czuł, że wszyscy na niego patrzą, wielbią go. Wierzyli, że poprowadzi ich przeciw Litwie i wreszcie zetrą w proch i pył to pogańskie plemię. On też w to wierzył. Żałował jedynie, że nie ma z nim Waltery.

Nagle rozległ się krzyk. Zaintrygowany Konrad przeprosił siedzącego obok niego księcia Witolda – przyszłego alianta w walce przeciw Litwie – i ruszył w kierunku zamieszania.

– Cóż wy tu czynicie? – zapytał srogim tonem, mierząc wartowników spojrzeniem.

– Panie, ten tu, tfu, wajdelota zakradł się potajemnie. Sądzimy, że knuje coś niedobrego.

Starzec z długą siwą brodą trząsł się, ściskał w dłoniach lutnię, aż zbielały mu knykcie. Przedstawiał sobą iście żałosny widok.

– Ten tutaj? – zaśmiał się Konrad. – Dajcie pokój, bracia. Wypuście go, niechaj nam zaśpiewa. Tylko coś o bitwach, heroicznych czynach i bohaterach, coby towarzystwa nie pousypiać.

To rzekłszy zwrócił się plecami ku wajdelocie i odszedł na swoje miejsce. 

Zabrzęczały struny. Cichy z początku głos starca potężniał z każdym kolejnym słowem. W końcu wszyscy zgromadzeni mieli przed sobą zielone równiny, ziemie Palemona, bohatersko bronione przez Litwinów. Bohatersko nie znaczyło jednak skutecznie. Wajdelota śpiewał o śmierci, bezsilności i bólu. O poświęceniu w imię ojczyzny.

Witold, słuchając pieśni, to bladł, to czerwieniał, chmura wystąpiła mu na czoło. Wreszcie wstał. Nie rzekłszy nic, opuścił salę, powarkując gniewnie pod nosem. Nikt jednak nie zwrócił nań uwagi. Wszyscy słuchali. Tylko jeden człowiek zmierzał ku wielkiemu mistrzowi, ignorując pieśń wieszcza.

Nieznajomy szedł z zaciętą miną. W jego dłoni coś błysnęło.

– Zamaaaach! – wrzasnął ktoś.

Konrad zwrócił wzrok na napastnika. Dzieliło ich ledwie kilka kroków.

Dwóch szlachciców, nie wiedzieć kiedy i skąd, znalazło się przy zamachowcu. W mgnieniu oka unieszkodliwili go, przyduszając do podłogi. Nóż wypadł z brzękiem z wykręconej dłoni. Wallenrode wstał. Na sali zapadła cisza.

– Kto cię przysłał? – zapytał Konrad, ochłonąwszy nieco. – Z czyjego polecenia nastajesz na me życie?

Leżący uniósł głowę i wpatrzył się w twarz wielkiego mistrza.

– Z Bożego polecenia, ty z kurwy synu. Z polecenia Litwy, którą gnębisz i za wszystkich zabitych przez was niewinnych ludzi.

Jego ciemne, przetykane nitkami siwizny włosy przykleiły się do czoła. Wzrok pałał zimną nienawiścią.

– Cóż, za zamach na wielkiego mistrza powinieneś zostać natychmiast skazany na śmierć, Litwinie. Ja jednakoż nie chcę zaczynać swego przywództwa od zabijania, nawet jeśli byłoby to słuszne. Spędzisz więc resztę życia w lochu. Wypalą ci jednak oczy, żeby ostatnim twym wspomnieniem była moja twarz. Wyrwą ci język, żebyś nie mógł wyrzec złego słowa na Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny. Pozostawię ci jednak uszy, żebyś słyszał wyraźnie szyderstwa i by dotarły do ciebie wieści o upadku twego pogańskiego kraju. Nie tknę również nosa, byś czuł do śmierci zapach swego gówna, w którym przyjdzie ci żyć. Zabrać go!

Przybyli w międzyczasie strażnicy chwycili zamachowca pod ramiona i jęli wywlekać go z sali. Ten krzyczał.

– Wspomnij imię Aldona, gdy będziesz bliski śmierci! Zapewniam, że pierwszy przyjdę po twoją duszę i zabiorę ją do samego piekła!

Wielki mistrz uśmiechnął się pobłażliwie.

– Bawmy się dalej, moi drodzy! – krzyknął, wróciwszy na swoje miejsce.

 

* * *

 

Opadł na plecy, dysząc ciężko. Patrzył na lśniące włosy, delikatne usta i kształtne piersi wystające znad piernatów. Niebywałe, pomyślał, że pomimo lat, nadal wygląda wspaniale. Nawet lepiej niż wcześniej.

– Nie mogłem się doczekać, aż do ciebie wrócę – mruknął z zadowoleniem, bełkocząc nieco.

– Ja myślę. Uff, naleję nam wina.

Wstała, zupełnie naga. Jej idealny kształt podkreślał blask księżyca padający przez rozwartą okiennicę. Konrad czuł, że zaraz znów będzie gotowy na miłosne zapasy.

– Wymęczyłeś się tam – stwierdziła drwiąco.

– Nawet nie wiesz jak – odparł wesoło.

– Wydarzyło się coś interesującego?

Podziwiał jak sunie ku niemu z dwoma kielichami. Podała mu ostrożnie jeden, sama ułożyła się z drugim na łożu.

– A i owszem.

– Hm?

– Przeprowadzono na mnie zamach.

– To żart?

– Nie. Jakiś Litwin chciał mnie zabić, kiedy wajdelota snuł swą pieśń. Swoją drogą, stary wieszcz wykorzystał zamieszanie i zapadł się pod ziemię. Może miał z tym coś wspólnego? No i jeszcze Witold odjechał, psia jego mać. Teraz niech nawet nie marzy o sojuszu ze mną.

– Nic ci się nie stało? – zapytała Waltera, ignorując drugą część wywodu Konrada.

– Pff, nic poza klątwą rzuconą przez strasznego służącego Aldona.

Zafrasowała się, ale nie zwrócił na to uwagi. Jego wzrok przyciągały jej pełne piersi. Najwyraźniej był gotowy na powtórkę tego, co robili przed chwilą.

Odstawił kielich. Przysunął się bliżej Waltery i zaczął całować jej szyję.

Kobieta pozostawała nieruchoma. Jej dłonie zaczęły drżeć. Konrad odsunął się.

– Aż tak się przejęłaś?

– Muszę wyjść – orzekła, po czym narzuciła na siebie koc i boso wybiegła z komnaty.

Ech, baby, pomyślał, podkładając sobie ręce pod głowę.

 

* * *

 

Milczała chwilę. Promienie słońca padały przez okna na nieruchomą twarz. Waltera bezwiednie skubała palcami blat.

– Musiałam cię zobaczyć – powiedziała w końcu.

 

* * *

 

Waltera stała na wyspie światła pośród głębokiej czerni lochów. Otuliła się szczelniej kocem, podłoga chłodziła jej stopy. Cela, którą miała przed sobą przywodziła na myśl tę z dzierzgońskich podziemi.

Zza stalowych prętów wybrzmiało ciche rzężenie.

– Aldon – wyszeptała z obawą.

Bała się tego, co przyjdzie jej ujrzeć. Mimo to zbliżyła pochodnię do krat.

Między podłużnymi cieniami leżała nieruchoma postać. Waltera wciągnęła głośno powietrze. Przeszedł ją dreszcz, gdy ujrzała zmasakrowaną twarz z krwawymi ranami zamiast oczu.

Zawsze myślała, że spotkało ją nieszczęście. Niewola, gwałt, wieczne udawanie. Zrozumiała, że było to niczym w porównaniu z tym, co przeżywał jej… No właśnie, kto? Człowieka, którego miała przed sobą już nie znała. Mimo to była mu coś winna. Bo czy Aldon nie wiódłby całkiem wygodnego życia służącego, gdyby nie zaraziła go swoją żądzą zniszczenia zakonu?

– Wytrzymaj jeszcze trochę. Zabiorę cię stąd.

Aldon nie poruszył się.

 

* * *

 

– Po tygodniu byłam gotowa do wydostania cię z lochów. Wynajęci robotnicy zbudowali nam kryjówkę. Przy pomocy magii wymazałam ich wspomnienia, ażeby nie mogli zdradzić miejsca naszego pobytu. Każdy etap ucieczki dokładnie zaplanowałam. Zostało czekać, aż Konrad wyjedzie. On zainteresowałby się, gdybym zniknęła w środku nocy.

Wreszcie nastał ten dzień. Dzień, w którym wyrzekłam się zemsty i całego swojego życia.

 

* * *

 

Usłyszał ciche kroki i popiskiwanie szczurów. Na rytmiczne kapanie nie zwrócił uwagi, był tu już na tyle długo, że zdążył się do niego przyzwyczaić. Gdy otworzył oczy, dostrzegł mdłe światło w końcu korytarza. Czyżby znowu kobieta, którą widział tydzień temu, jak stała przy celi obok? Z początku wziął ją za śmierć, ale potem zrozumiał, że nie mogła nią być. Od tygodnia strażnicy nie wynosili trupa.

Blask przybierał na intensywności, kroki stawały się coraz głośniejsze. Światło oślepiło go, ale szybko do niego przywykł. I wtedy ujrzał smukłą sylwetkę. W jednej ręce trzymała przed sobą płonącą pochodnię, pod drugą ściskała zawiniątko. Miał rację, to była ta sama kobieta, co tydzień temu. Zastanawiał się jak zdołała ominąć strażników. A przede wszystkim, po co tu zeszła?

Nie zdążył jednak ukuć żadnej teorii, bowiem tajemnicza nieznajoma odłożyła pochodnię oraz zawiniątko i uniosła dłonie ku górze. Miękkie światło spowiło jej ciało, kreśląc na nim długie cienie. Po chwili zaczęła wykonywać gesty układające się w złożone znaki, wydawało mu się, że widzi jak w powietrzu powstają skomplikowane wzory. Każdy kolejny jej ruch stawał się szybszy, gwałtowniejszy. Wreszcie skończyła ten niepokojący taniec, prostując się i rozkładając ręce. 

Huknęło. Metaliczny szczęk poniósł się echem. Z zaskoczeniem skonstatował, że kraty już nie ma. Po podłodze turlały się rozsypane części prętów. Nie czekał i wyszedł z celi. Zauważył, że inni więźniowie również zostali uwolnieni. Następnie rozległ się śmiech. Po chwili kakofonia wrzasków wybrzmiała mu w uszach. Byli wolni!

Spojrzał na ich wybawicielkę. Ta wlepiała w niego świdrujący wzrok. Obraz przed oczami zaczął mu się rozmywać.

 

* * *

 

– Zaklęciem uwolniłam więźniów. Za pomocą innego czaru zawładnęłam umysłem najbliżej stojącego mężczyzny. Wydawał się silny, więc pasował idealnie. Nałożyłam ci futro, które ze sobą zabrałam. Więzień przerzucił cię sobie przez ramię i ruszyliśmy. Wszczęty zamęt stwarzał okazję do ucieczki, ale przebijanie się przez grupę oszalałych z powodu odzyskania wolności bandytów nie było łatwym zadaniem. Szczęściem udało się. Na dziedzińcu czekał już na nas opłacony wcześniej woźnica. Czułam zmęczenie spowodowane podtrzymywaniem zaklęcia, odczyniłam więc je, gdy już leżałeś na wozie. Uwolniony spod uroku mężczyzna padł nieprzytomny. Ruszyliśmy.

 

* * *

 

Śnieg rozpraszał nieco popołudniowy mrok. Jechali szybko, ale według Waltery nie dość szybko. Czuła się źle. Podtrzymywała głowę Aldona, który leżał przykryty kocem. Kręciło się jej w głowie. Na domiar złego usłyszała krzyki.

Jacyś zbiegowie musieli dopaść koni. Świadczył o tym coraz głośniejszy tętent kopyt, przekleństwa i świst strzał nurkujących w śniegu gdzieś za wozem. Następnie rozległ się koński kwik. Jeden ze zbiegów najwidoczniej został trafiony.

Ich oczom ukazał się mur. Widząc, że ktoś nadjeżdża, gwardziści pilnujący wyjazdu wstali. Waltera zobaczyła jak pojedynczy jeździec wyprzedza ich z łatwością, roztrąca próbujących zamknąć bramę miasta gwardzistów i umyka w ciemność. 

Podniósł się krzyk strażników. Coś skrzypnęło. Woźnica jęknął, widząc zamykające się wrota. Waltera zaklęła. Strzały, tym razem wypuszczane z murów, syczały im nad głowami.

– Jedź! – wrzasnęła Litwinka, widząc, że wytracają impet. – Poganiaj, jeśli ci życie miłe!

Woźnica posłuchał. Strzelił rozpaczliwie lejcami.

Wjechali w prześwit, zawadzając kołem o skrzydło wrót. Targnęło wozem, koń zachrapał, ale woźnica zachował zimną krew i opanował zwierzę. Niebawem sunęli pośród wysokich zasp. Czarna linia murów stawała się coraz cieńsza, aż w końcu zniknęła zupełnie. Sądzili, że już uciekli i nic złego ich nie spotka. Pomylili się.

Trzask pękającej osi przerwał wieczorną ciszę. Cała trójka zleciała z wozu i poturlała się w śniegu. Koń również upadł, kwicząc żałośnie.

Litwinka podniosła się z trudem, brocząc krwią z nosa. Ciągle kręciło jej się w głowie i zbierało na wymioty. Uniosła wzrok i zobaczyła, że woźnica wyprzęga powalonego ogiera. Aldon leżał obok.

Podbiegła do niego natychmiast, obawiając się najgorszego. Na szczęście żył, choć oddech miał płytki. Koca, którym był przykryty nie widziała.

– Ejże, podejdź tu! – krzyknęła.

– Tak, pani? – zapytał woźnica. Szedł, prowadząc konia za uzdę.

– Dasz radę pojechać na oklep razem z moim przyjacielem?

– Pewno, że dam. Toć całe życie z końmi chowany jestem.

– Dobrze. W takim razie pomóż mi go usadzić. Jak już to zrobimy, pojedziesz z nim do medyka. Dam ci pieniądze, tylko masz przyrzec, że wypełnisz mą wolę.

– Przyrzekam, pani dobrodziejko!

Bez zbędnej zwłoki umieścili Aldona na grzbiecie wierzchowca. Bezwładne ciało oparło się o miękką grzywę zwierzęcia.

– To jak z tą zapła…

Woźnica nie dokończył pytania. Ostrze sztyletu przebiło mu serce. Na twarzy mężczyzny odmalowało się zdziwienie. Po chwili padł bez ducha, barwiąc śnieg pod sobą na czerwono.

Waltera wytarła ostrze o odzienie trupa. Wskoczyła na konia, usadowiła się odpowiednio, tak by podtrzymywać Aldona w trakcie jazdy.

– Może niewiele to zmieni, ale przepraszam – mruknęła w stronę martwego woźnicy i popędziła ogiera.

Musiała powozić ostrożnie, przez co dużo czasu upłynęło nim dotarli do kryjówki. By znaleźć skrytą w leśnej gęstwinie chatkę, czarodziejka znów musiała użyć stosownego zaklęcia. Podtrzymanie magii kosztowało ją wiele sił. Drżała na całym ciele, co chwilę zbierało jej się na wymioty, czuła, że trawi ją gorączka. Mimo tego udało się. Byli w domu.

Spadli z końskiego grzbietu w zaspę. Leżeli tak jakiś czas. Wreszcie Waltera uniosła się i zaczęła ciągnąć Aldona do środka.

Było to ponad jej siły. Przystawała co chwilę, dysząc ciężko, serce waliło jej w piersi jakby próbowało wyskoczyć na zewnątrz. Krople potu szczypały w oczy, kolana uginały się z wysiłku. Jednak po przedłużającym się w nieskończoność czasie, zdołała przeciągnąć Aldona przez próg, a nawet wtaszczyć na łóżko. Przykryła go wszystkimi kocami, jakie znalazła i padła bez sił na podłogę.

 

* * *

 

– Gdy dziś się obudziłam…

Waltera zamilkła, bębniąc palcami o blat stołu. Przygryzła wargę, jakby kolejne słowa nie mogły przejść jej przez gardło. W końcu jednak musiała wypowiedzieć te słowa.

– Gdy się obudziłam, już nie żyłeś… Zapewne nie wytrzymałeś nocnego zimna, może wdało się zakażenie. W stanie, w którym byłeś to nie dziwne. Mimo wszystko boli. Ale to już nieważne. Opowiedziałam ci wszystko. Teraz pozostało mi wrócić i dopełnić zemsty na zakonie. Szkoda byłoby tych wszystkich żyć, które pochłonął mój cel.

Wstała i podeszła do naznoszonej wcześniej sterty chrustu. Uniosła dłoń spodem do góry i wymruczała zaklęcie. Błyszczące iskry zatańczyły na palcach. Strzepnęła nimi na suche gałązki, z których po chwili buchnął płomień.

Wyszła na zewnątrz. Grube płatki, spadając, przyklejały się do jej płaszcza. Uklęknęła przed chatką i zmówiła modlitwę za spokój duszy Aldona. To jedyne o co nie wstydziła się prosić Boga.

Języki ognia wyłoniły się z okien. Koń parsknął niespokojnie, więc Waltera nie zwlekała dłużej. Wskoczyła na grzbiet wierzchowca i ubodła jego boki piętami. Odjeżdżając, nie obejrzała się za siebie ani razu.

 

* * *

 

Poczerniały szkielet chatki stał pośród odżywającej roślinności. Ptasi świergot dobiegał z koron wysokich sosen, których wierzchołkami kołysał świszczący wiatr. Kobieta wpatrywała się w pogorzelisko. 

– Dobrze widzieć cię poza lochami, Halbo – odezwał się głos za jej plecami.

– Też się cieszę, że mogłam je opuścić – odparła, nie odwracając się.

Starzec o długiej siwej brodzie oparł plecy o szary pień. Nie spuszczał wzroku z rozmówczyni, uśmiechał się, przesuwając palcami po strunach lutni.

– Jak mniemam przynosisz wieści – stwierdziła Halba. – Mów zatem, bom ciekawa.

– Służę. Waltera, po nieudanej próbie uratowania tego litewskiego służącego, wróciła do Marieburga i zrobiła swoje. Za jej przyczyną von Wallenrode zebrał większość wojsk krzyżackich i uderzył na Litwę. Tam rozproszył armię, sprowadzając tym zgubę na swoich ludzi. Witold nie pomógł zakonowi, najwyraźniej moja pieśń przekonała go, że nie warto. Wróciło kilka oddziałów niedobitków, z wielkim mistrzem na czele. Starszyźnie zakonnej nie spodobało się to, co zrobił Wallenrode, więc postanowili się go pozbyć. Skończył z gardłem poderżniętym podczas snu.

Halba milczała.

– A co z Walterą? – zapytała wreszcie.

– Nie wiem. Zniknęła.

Wiatr targnął szatami pieśniarza. Z jego twarzy nie znikał delikatny uśmiech.

– Waltera pociągała sznurkami kukiełki, nie wiedząc, że sama również wypełnia czyjąś wolę. Dobrze to wszystko wymyśliłaś, Halbo. Choć, gdyby ten jej Aldon przeżył, mielibyśmy kłopot.

– Nie mógł przeżyć. Rzuciłam na tę chatkę – wskazała pogorzelisko – zaklęcie. Gdy tylko Aldon się tu pojawił, jego serce przestało bić. Oczywiście Waltera nie mogła się niczego domyślić, więc musiało wcześniej dojść do wypadku. Zresztą, kto wie, może faktycznie już wtedy jej luby stracił życie? Tak czy siak był tylko kolejnym kamykiem na schody prowadzące nas do celu. Waltera sama poprosiła mnie o naukę. Każdy ma sznurki i kogoś, kto za nie pociąga. Niektórzy zwą to przeznaczeniem, inni ręką Boga. Mimo wszystko to my decydujemy w którą rzekę wskoczymy i jaki nurt nas porwie.

– Nie musisz się przede mną usprawiedliwiać. Noszę to samo brzemię.

Struny brzdęknęły, wybrzmiała cicha melodia. Starzec wpatrywał się w falujące wierzchołki sosen, po czym rzekł:

– Cóż, skoro my już wybraliśmy nurt, z którym płyniemy, tedy nie przeciwstawiajmy się mu. Idźmy. Nasza matka Litwa wciąż potrzebować będzie ochrony.

Odwrócił się i odszedł w gęstwinę, wciąż sobie przygrywając. Halba przyglądała się jeszcze przez chwilę pogorzelisku, po czym ruszyła za wajdelotą.

Koniec

Komentarze

Kurczę, mam mieszane uczucia, co do tego tekstu. Właściwie, to chyba zaczęłam go czytać we wcześniejszej wersji i nie zdążyłam z komentarzem przed przeróbką.

Z jednej strony za sam wybór tej a nie innej historii duży plus, świat przedstawiony też ma niewątpliwie dobrze skrojoną baśniową atmosferę i wartką, wciągającą akcję. Tekst czytałam z zainteresowaniem bez większych przestojów, ale do samego końca nie kupuję jednej rzeczy – troszkę przerysowanej dokładności w odwzorowaniu imion i tytułów bohaterów. Wiadomo, że niektóre nawiązania są tu potrzebne, by powiązać historię z oryginałem, ale gdybym miała dać jedną sugestię co do tekstu to ujęcie paru kalek i łopatologii z pewnością pomogłoby tej historii.

Niemniej czytało się przyjemnie i płynnie, więc dam polecajkę.

 

Dzięki za komentarz, oidrin, no i za ciekawe spostrzeżenia. Będę miał się nad czym zastanowić ;).

Miałam przyjemność czytać tekst w pierwotnym kształcie (i nawet zdążyłam skomentować), jak i nieco pobetować drugą wersję. Do opowiadania przekonały mnie: pomysł, klimat, całkiem wciągająca akcja i gorzka, niecukierkowa wizja losu kobiecej bohaterki. Może nie jest to opowiadanie idealne, ale na pewno warte uwagi. Mam nadzieję, że to wystarczy do polecenia do Biblioteki ;)

Jeszcze raz dzięki, Silva. Bardzo mi pomogłaś ;).

Ładna i smutna baśń. Trochę jakby geneza jakiś litewskich bohaterów narodowych ;-) Trochę niszczycielskiej siły miłości. Za to antagonista trochę oklepany, ale mi to jakoś absolutnie nie przeszkadza.

Przyjemnie zbudowana historia. Po sznurku wprowadzasz czytelnika w świat skrzywdzonej dziewczyny, która wpada w sieć intryg wielkich tego świata. I wreszcie mroczny oraz bardzo życiowy morał, obnażający jak faktycznie niewielki wpływ miała Waltera.

Językowo nic mi się w oczy nie rzuciło.

Gdybym mógł, polecił bym do biblioteki. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bardzo dziękuję za ciepłe słowa. Jest mi niezmiernie miło, że opowiadanie przypadło ci do gustu. ;)

Również pozdrawiam :).

A, tak mi się wydawało, że już wcześniej czytałam. Nie pamiętam tylko, czy zdążyłam skomentować :)

Jakoś tak nigdy nie przepadałam za Wallenrodem, i mam tu na myśli zarówno lekturę, jak i samą postać Mogli mi w szkole wmawiać bzdety o szlachetnym poświęceniu, ale ja widziałam tylko zapiekłą, bezsensowną zemstę. Twoja Waltera jest pod tym względem czytelniejsza. I bardzo mi się podobała rola Halby. Mam wrażenie, że jakoś tak lepiej zdawała sobie sprawę z tego, co właściwie robi. Fajna lektura.

Misie i kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz, nie zdążyłaś skomentować i w sumie na szczęście, bo pierwotna wersja miała dużo dużo więcej mankamentów, które wskazała mi Silva ;). Dziękuję za klika i pochlebną opinię.

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka