- Opowiadanie: tsole - Chmura

Chmura

Długodystansowy, staroszkolny patchwork hard SF. Drugie podejście do pomysłu będącego moim debiutem na portalu NF.

Opowiadanie betowali: Asylum, CM, Irka-luz i Oidrin, którym z całego serca dziękuję za trud, zaangażowanie (suma znaków komentarzy jest trzykrotnie wyższa niż liczy sobie samo niekrótkie przecież opowiadanie), szczerość i życzliwość. Pozwoliło to, urozmaicić akcję, ożywić postacie bohaterów, wyeliminować wiele wad i błędów, co nie znaczy, że za pozostałe odpowiada ktokolwiek poza mną.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Chmura

Ala­ska, moja mi­łość, czyli Po­mnik Pre­zy­den­tów

Już od pierw­szych go­dzin po­by­tu na Ala­sce Stan Kin­ley chło­nął za­chwy­ca­ją­ce kra­jo­bra­zy. Ogrom­ne pasmo gór­skie po­kry­te grubą war­stwą śnie­gu i ta kon­tra­stu­ją­ca zie­leń ty­się­cy hek­ta­rów prze­strze­ni nie­mal nie­tknię­tej ludz­ką ręką spra­wia­ją, że wi­do­ki są nie do opi­sa­nia, więc świa­do­m swego ubó­stwa ję­zy­ko­we­go Stan strze­lał fotki jedna za drugą. Dziś udał się drogą numer trzy pro­wa­dzą­cą z An­cho­ra­ge do Fi­re­banks. Mniej więcej w jej po­ło­wie zo­sta­wił jeepa na przy­droż­nym par­kin­gu i za­szył się w lesie, gdzie kró­lo­wa­ły ma­je­sta­tycz­ne jodły. Nad­cią­ga­ła burza śnież­na, więc żeby ją prze­cze­kać po­szu­kał ja­kie­goś za­kąt­ka z do­brym wi­do­kiem na pa­no­ra­mę łań­cu­cha gór­skie­go De­na­li. Za­mieć roz­sza­la­ła się na dobre, tu­ma­ny śnie­gu prze­wa­la­ły się po nie­bie, to za­kry­wa­jąc, to odsłaniając ską­pa­ne w słoń­cu szczy­ty. Nagle ten pod­nieb­ny balet znie­ru­cho­miał. Na kilka se­kund dro­bin­ki śnie­gu za­sty­gły, two­rząc czte­ry po­sta­cie, jakby mon­stru­al­ne rzeź­by. Osłu­piał. Prze­cież to re­pli­ka po­mni­ka czte­rech pre­zy­den­tów USA na Mount Ru­sh­mo­re! Filmował zjawisko, za­sta­na­wia­jąc się, co to może być? Fa­ta­mor­ga­na? Ja­kieś od­bi­cie w jo­nos­fe­rze?

„Po po­wro­cie po­ka­żę Brya­no­wi, w końcu jest pre­zen­te­rem po­go­dy, z pew­no­ścią po­tra­fi to wy­ja­śnić” – po­my­ślał.

Po­mnik zniknął tak szyb­ko jak się po­ja­wił.

 

Co widać z or­bi­ty, czyli Pa­cy­fa

John Ka­pi­ca, astro­nau­ta ame­ry­kań­ski, uro­czy­ście ce­le­bro­wał prze­ję­cie wach­ty na Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Ko­smicz­nej. Uro­czy­ście, bo była to wach­ta ostat­nia. Po osiem­na­stu mie­sią­cach peł­nych mo­no­to­nii, praw­dzi­wie ko­smicz­nej nudy jego misja koń­czy­ła się.

Prze­la­ty­wał wła­śnie nad te­ry­to­rium swo­je­go kraju i tę­sk­nym okiem zer­kał na rejon Mon­ta­ny – miej­sca swoich narodzin. ­Lecz szyb­ko jego uwagę od­wró­ci­ło dziw­ne zja­wi­sko wi­docz­ne nad Wschod­nim Wy­brze­żem. Kilka tor­nad obec­nych nad Ka­ro­li­ną i Ne­bra­ską wraz z ukła­dem chmur stwo­rzy­ło wręcz idealny sym­bol pa­cy­fy. Pa­trzył zdu­mio­ny tą per­fek­cją pod­czas gdy jego prawa ręka au­to­ma­tycz­nie wy­ko­na­ła kilka ru­ty­no­wych ru­chów, włą­cza­jąc ka­me­rę video i kie­ru­jąc oko obiek­ty­wu na ten nie­wia­ry­god­ny obraz. Jego zdu­mie­nia nie była w sta­nie przy­kryć świa­do­mość, że ludz­ka wyobraźnia potrafi narzucić skojarzenia, że mózg dopasowuje widziane kształty i ich wzajemne relacje do wzorca, który już zna.

Gdy ob­szar Ame­ry­ki znik­nął z pola wi­dze­nia, John Ka­pi­ca otrzą­snął się z osłu­pie­nia, wy­łą­czył ka­me­rę i po chwi­li wa­ha­nia wy­słał film Bry­ano­wi Ful­le­ro­wi, swo­je­mu ko­le­dze ze stu­diów, który był pre­zen­te­rem po­go­dy CNN.

 

Ro­man­tyzm na Ha­wa­jach, czyli Za­lo­ty

– Boże, ależ tu pięk­nie! Jak ro­man­tycz­nie!

– A nie mó­wi­łem? Nie ma to jak wa­ka­cje na Ha­wa­jach! – Jo­na­than przy­cią­gnął ku sobie Emily i mocno przy­tu­lił. Za­chwyt dziew­czy­ny sprawił mu satysfakcję.

Sie­dzie­li są­cząc drin­ki na we­ran­dzie skrom­ne­go bun­ga­lo­wu z wi­do­kiem na pal­mo­wy lasek, zza któ­re­go prze­świ­ty­wa­ła ozdobiona iskra­mi refleksów za­cho­dzą­ce­go słoń­ca z lekka fa­lu­ją­ca po­wierzch­nia oce­anu. Jo­na­than do­tknął de­li­kat­nie uda Emily wy­sy­ła­jąc jej dość czy­tel­ny sy­gnał co do swo­ich in­ten­cji, gdy nagle usły­sze­li syk. Wąż? A może po­wie­trze ucho­dzi z dmu­cha­ne­go ma­te­ra­ca? Wsłu­chał się le­piej, by zlo­ka­li­zo­wać źró­dło tego syku prze­cho­dzą­ce­go chwi­la­mi w de­li­kat­ny war­kot. Wy­glą­da­ło na to, że nad­cią­ga on z lewej stro­ny pal­mo­we­go lasu. Spoj­rzał tam od­ru­cho­wo i onie­miał: ma­je­sta­tycz­nie pły­nę­ła ku nim spora, ja­śnie­ją­ca opa­li­zu­ją­cym bla­skiem kula.

– Wi­dzisz to, co ja? – wy­szep­tał wprost do ucha dziew­czy­ny jakby nie chciał spło­szyć in­tru­za.

– Widzę – po­wie­dzia­ła za­lęk­nio­nym gło­sem Emily. – Co to jest?

– Chyba pio­run ku­li­sty – od­po­wie­dział. W tej samej chwi­li usły­sze­li po­dob­ny syk z dru­giej stro­ny. To była druga, taka sama kula. No, może ciut więk­sza.

– A to do­pie­ro! – za­wo­łał i bły­ska­wicz­nie się­gnął po smart­fo­na. – Ta­kiej grat­ki się nie spo­dzie­wa­łem! Muszę to na­grać bo nikt mi nie uwie­rzy! – wy­ja­śnił Emily.

– Ja się boję – zdu­szo­nym gło­sem ode­zwa­ła się dziew­czy­na. – Może le­piej wej­dzie­my do środ­ka?

– Spo­koj­nie, tylko się nie ru­szaj – uspo­ko­ił ją Jo­na­than, choć praw­dę mó­wiąc też miał lek­kie­go cy­ko­ra. Tym­cza­sem kule zbli­ża­ły się ku sobie. Syk zmie­niał to­na­cję i wi­bra­cję; chło­pak nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że od­naj­du­je w nim jakiś kli­mat na­mięt­no­ści. Gdy kule były już w od­le­gło­ści jed­ne­go metra za­trzy­ma­ły się, po czym za­czę­ły krą­żyć wokół sie­bie.

– Jak dwa ob­wą­chu­ją­ce się psy – za­uwa­ży­ła Emily.

– A mnie przy­po­mi­na to ra­czej za­lot­y – od­parł Jo­na­than, wciąż na­gry­wa­jąc tę nie­sa­mo­wi­tą scenę.

– Aha, głod­ne­mu chleb na myśli – ro­ze­śmia­ła się Emily, którą na chwi­lę opu­ścił lęk, ale wró­cił na­tych­miast, gdy kule po­czę­ły się do sie­bie zbli­żać. – Ucie­kaj­my, z pew­no­ścią eks­plo­du­ją, gdy się złą­czą! – krzyk­nę­ła.

– Nic nam nie zro­bią, są wy­star­cza­ją­co da­le­ko ­– znów uspokajał Jonathan, ale głosem zdradzającym rosnące napięcie. Jak zahipnotyzowani cze­ka­li na finał zbli­że­nia.

Wresz­cie kule ze­tknę­ły się. Lecz nie było żad­nej eks­plo­zji. Obiek­ty po pro­stu przy­tu­li­ły się do sie­bie!

– Jak para ko­chan­ków w na­mięt­nym ars aman­di – wy­szep­ta­ła za­chwy­co­na Emily.

– Wi­dzisz? Dają nam znać, czym teraz po­win­ni­śmy się zająć!

Kule, wciąż przy­tu­lo­ne, od­da­li­ły się i po chwi­li znik­nę­ły za pnia­mi palm.

– Wiesz, rze­czy­wi­ście na­bra­łam ocho­ty – szep­nę­ła Emily. Wsta­ła z le­ża­ka i po­cią­gnę­ła chło­pa­ka do wnę­trza bun­ga­lo­wu.

 

Wiel­ki spek­ta­kl na nie­bie, czyli Game Over

Carl Orkan, łowca burz z Lake City, wró­cił do domu późno po pół­no­cy zmę­czo­ny i prze­mo­czo­ny do su­chej nitki, lecz wiel­ce za­do­wo­lo­ny. Li­czył na dobre łowy, gdy ob­wie­szo­ny fo­to­gra­ficz­nym sprzę­tem ru­szał na­prze­ciw nad­cią­ga­ją­cej burzy w upatrzone miej­sca, gdzie fe­sti­wal pio­ru­nów był naja­trak­cyj­niej­szy, lecz nawet po­bież­ny prze­gląd fo­to­gra­fii, do­ko­na­ny w wa­go­nie pod­czas po­wro­tu uświa­do­mił mu, że re­zul­tat prze­rósł jego ocze­ki­wa­nia. A to do­pie­ro po­czą­tek; w ko­lej­ce cze­ka­ły filmy na­gra­ne trze­ma ka­me­ra­mi, które umo­co­wał na sta­ty­wach, a każda z nich re­je­stro­wa­ła ży­wioł bez prze­rwy przez nie­speł­na trzy go­dzi­ny jego trwa­nia.

Wró­ciw­szy, rzu­cił się do lo­dów­ki, mi­giem przy­go­to­wał po­si­łek i łap­czy­wie go po­chło­nął. Łap­czy­wie, bo był głod­ny jak wy­posz­czo­ny kot, ale też dlatego, że nie mógł się do­cze­kać chwi­li, w któ­rej za­sią­dzie przed ekra­nem te­le­wi­zo­ra i obej­rzy za­pi­sy z kamer.

Skon­su­mo­waw­szy ten po­si­łek (niby ko­la­cja, lecz w porze nieomal śnia­da­nio­wej), wsu­nął w gniaz­do od­twa­rza­cza kartę pa­mię­ci z pierw­szej ka­me­ry i, ulo­ko­waw­szy się wy­god­nie na fo­te­lu, włą­czył od­twa­rza­nie. Chło­nął wzro­kiem im­po­nu­ją­ce se­kwen­cje wy­ła­do­wań, pul­su­ją­ce zło­tem roz­ga­łę­zie­nia na nie­bo­skło­nie two­rzą­ce fan­ta­zyj­ne świetl­ne zyg­za­ki, chwi­la­mi przy­po­mi­na­ją­ce po­skrę­ca­ne korzenie drzew, chwi­la­mi mapę rzeki z dopływa­mi. Uwiel­biał to, bo uwa­żał, że burze, wiel­kie spek­ta­kle na nie­bie, są de­mon­stra­cją spontanicznej twór­czo­ści przyrody i jej praw­dzi­wie bo­skiej po­tę­gi. Szcze­gól­nie fa­scy­no­wa­ło go, że nigdy nie ma dwóch ta­kich sa­mych wy­ła­do­wań, że oto za każ­dym razem widzi coś, co jest nie­po­wta­rzal­ne, czego nie było jesz­cze od po­cząt­ku świa­ta i nie bę­dzie do jego końca.

Przej­rzaw­szy za­pi­sy z pierw­szej ka­me­ry, wło­żył kartę pa­mię­ci z dru­giej, lecz zmę­cze­nie wzię­ło górę.

„Odło­żę to do po­łu­dnia” – po­sta­no­wił. – „I tak je­stem umó­wio­ny z Tomem, obej­rzy­my razem.”

***

Gdy Tom Re­ader na­ci­snął przy­cisk do­mo­fo­nu miesz­ka­nia Carla, ten spał jesz­cze w naj­lep­sze. Obu­dzo­ny dzwon­kiem ze­rwał się i wy­sko­czył z po­ście­li. Jak stał, w pi­ża­mie po­biegł do przed­po­ko­ju i wpu­ścił ko­le­gę.

– Widzę, że nie­źle do­sta­łeś wczo­raj w kość – po­wie­dział Tom. – Warto było?

– Oj, warto! Zresz­tą zaraz sam zo­ba­czysz. Karty pa­mię­ci leżą pod telewizorem. Obej­rzyj sobie naj­pierw zdję­cia, ja tym­cza­sem do­pro­wa­dzę się do po­rząd­ku.

Gdy po dwu­dzie­stu mi­nu­tach czy­sty i ogo­lo­ny po­ja­wił się w sa­lo­nie, Tom wła­śnie koń­czył prze­gląd dru­giej karty.

– No i co? – spy­tał.

– Robią wra­że­nie ­– od­rzekł Tom. – Masz też video?

– Oczy­wi­ście! Może dla uroz­ma­ice­nia obej­rzy­my teraz filmy? – Carl nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź wło­żył tę kartę pa­mię­ci, przy któ­rej kilka godzin temu wy­gra­ło z nim zmę­cze­nie.

Tutaj sza­lo­ny ta­niec bły­ska­wic był jesz­cze dy­na­micz­niej­szy. W pew­nym mo­men­cie Tom krzyk­nął:

– Za­trzy­maj!

– Co się stało? – spy­tał Carl, sto­pu­jąc od­twa­rzacz.

– Od­nio­słem wra­że­nie, że mi­gnął jakiś napis!

– Napis? Masz coś z głową? Gdzie?

– Przed mo­men­tem, gdy na uła­mek se­kun­dy wszyst­ko zga­sło. Mo­żesz cof­nąć?

Carl cof­nął film i obej­rze­li ten frag­ment po­now­nie, lecz żad­ne­go na­pi­su nie do­strze­gli.

– Zda­wa­ło ci się – mruk­nął Carl.

– Być może, lecz cof­nij jesz­cze raz.

Carl wzru­szył ra­mio­na­mi, ale posłuchał. Tym razem on sam także do­strzegł że istotnie, mi­gnę­ło coś przypominającego litery, lecz trwało to zbyt krót­ko, by można je było od­czy­tać.

– Włącz tryb po­klat­ko­wy – do­ra­dził Tom.

Carl uczynił to i powiedział:

– Na­gry­wa­łem w sys­te­mie sześćdziesiąt fps, więc oglą­da­nie w tym try­bie tro­chę po­trwa.

Po kilku mi­nu­tach do­tar­li do tych pu­stych kla­tek, a za nimi po­ka­za­ła się jedna z bły­ska­wi­cą wy­raź­nie ukła­da­ją­cą się w li­te­rę G! Miała fan­ta­zyj­ny krój; przy­po­mi­na­ła neo­no­we re­kla­my z lat sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wieku.

– Ożeż ty… – wy­mam­ro­tał Tom. Carl prze­sko­czył do kolejnej. Bły­ska­wi­ca G znik­nę­ła, za to po­ka­za­ła się druga – w kształ­cie litery A. Następne po­ka­za­ły li­te­ry M, E. Potem znów było kilka pu­stych, a za nimi po­ja­wi­ły się bły­ska­wi­ce w kształ­cie li­te­ry O, V, potem znowu E i na końcu R. Po ko­lej­nych kilku pustych gro­mo­we sza­leń­stwo po­wró­ci­ło z peł­nym roz­pa­sa­niem. Carl zatrzymał odtwarzanie.

– Co to może być? – spy­tał re­to­rycz­nie.

– Mnie bar­dziej kręci, co miałoby zna­czyć owo GAME OVER. – od­rzekł Tom. – Myślę, że po­wi­nie­neś tym kogoś za­in­te­re­so­wać.

– Ale kogo?

– Na przy­kład te­le­wi­zyj­nych pre­zen­te­rów po­go­dy. Oni lubią takie rze­czy.

 

Atak smogu, czyli Wirus

Ko­rzy­sta­jąc z pięk­nej sło­necz­nej po­go­dy Paul Cross pod­le­wał traw­nik w przy­do­mo­wym ogród­ku. W pew­nym mo­men­cie zro­bi­ło się ciem­niej.

„Prze­cież jesz­cze przed chwi­lą niebo było bez­chmur­ne” – po­my­ślał za­sko­czo­ny i od­ru­cho­wo zer­k­nął w górę. Jego oczom uka­za­ła się ogrom­na czar­na chmu­ra ku­li­sta. Spra­wia­ła wra­że­nie skle­co­nej z brud­ne­go ulicz­ne­go kurzu i skon­den­so­wa­ne­go smogu. Po­ja­wia­ją­ce się raz po raz na po­wierzch­ni wy­pust­ki bły­ska­ją­ce fos­fo­ry­zu­ją­cym świa­tłem nada­wa­ły jej wy­gląd mon­stru­al­ne­go wi­ru­sa, któ­re­go ani­mo­wa­ny wi­ze­ru­nek prze­śla­do­wał go w noc­nych zmo­rach pod­czas pan­de­mii sprzed kilku lat. Kula obniżyła lot, kierując się ku niemu wol­nym zło­wróżb­nym ru­chem. Poczuł ostry, du­szą­cy fetor. Prze­ra­żo­ny od­wró­cił się i uciekł do ga­ra­żu. Kula przy­spie­szy­ła, jakby chcia­ła go ubiec, po­zo­sta­wia­jąc za sobą pas zmierz­wio­nej trawy uty­tła­nej w brud­nym pyle. Bły­ska­wicz­nie za­trza­snął drzwi ga­ra­żu, lecz frag­men­to­wi jed­nej z wy­pu­stek udało się do­stać do środ­ka. Wstręt­ny lepki i śmier­dzą­cy ob­ło­czek zręcz­nie owi­nął się wokół jego głowy. Paul pró­bo­wał się bro­nić, ma­cha­jąc nie­po­rad­nie rę­ka­mi, jakby wal­czył z rojem ko­ma­rów, lecz bez­sku­tecz­nie. Gry­zą­cy dym czy może kurz dła­wił od­dech. Kasz­ląc i pry­cha­jąc Paul wy­do­stał się z ga­ra­żu i wbiegł po scho­dach na po­ziom par­te­ru. Wpadł do ła­zien­ki, od­krę­cił kran i chci­wie łyknął kilka hau­stów wody pro­sto z wy­lew­ki. Gdy ka­szel ustał, po­biegł do sa­lo­nu i wyj­rzał przez okno z wi­do­kiem na ogró­dek. Ku­la-wi­rus znik­nę­ła, nie zo­sta­wia­jąc po sobie żad­ne­go śladu.

„Przy­śni­ło mi się czy co?” – po­my­ślał. Uprzy­tom­niw­szy sobie, że prze­cież dom ma ka­me­ry mo­ni­to­rin­gu, po­biegł do swo­jej pra­cow­ni, usiadł przed kom­pu­te­rem, wy­brał ka­me­rę re­je­stru­ją­cą rejon ogród­ka, cof­nął zapis o kilka minut i uj­rzał in­tru­za na ekra­nie.

– Więc jed­nak nie sen – mruk­nął. – W takim razie co?

Po chwili namysłu sko­pio­wał frag­ment na­gra­nia do osob­ne­go pliku i umie­ścił na swoim pro­fi­lu in­sta­gra­mo­wym.

 

Przy­go­da Go­la­na, czyli Pla­ster Miodu

Mark Golan się­gnął po ter­mos i delektował się jego zawartością. „Tego mi było trze­ba” – po­my­ślał. Do­ty­czy­ło to za­rów­no kawy, jak też miej­sca, w któ­rym się zna­lazł. Po iry­tu­ją­cej sprzecz­ce z part­ner­ką uznał, że naj­le­piej zrelaksuje się przy węd­ko­wa­niu. Miał rację. Lekko ko­ły­szą­ca się łódka i urok le­żą­ce­go w głębi lasu je­zio­ra znacz­nie po­pra­wi­ły mu humor. Nie były go w sta­nie ze­psuć nawet ryby, per­fid­nie omi­ja­ją­ce haczyk z przy­nę­tą.

Na bez­chmur­nym dotąd nie­bie zza koron drzew wychynęło kilka niewielkich obłoków. Mark łyknął jeszcze kawy, bo oczy po­czę­ły się kleić i pewnie by zasnął, lecz nagle drgnę­ła wędka. Po­de­rwał ją błyskawicznie, ale ha­czyk był pusty. Wyzywając w myślach sprytną rybę założył następną przynętę i zarzucił wędkę. Od­ru­cho­wo spoj­rzał w górę i za­marł ze zdu­mie­nia. Na niebie, tuż nad koronami drzew, defilowały chmury, każda w kształcie idealnego foremnego sześciokąta! Razem two­rzy­ły obraz gi­gan­tycz­ne­go pla­stra miodu.

Pa­trzył na to zja­wi­sko z otwar­tymi ustami, wresz­cie uświa­do­mił sobie, że jest ono nie­wia­ry­god­ne, ale też ulot­ne, zatem nikt mu nie uwie­rzy. Po­spiesz­nie wy­cią­gnął smart­fo­n i krę­cił fil­mik do chwi­li, gdy “plaster” rozgoniły podmuchy wiatru.

***

– Dyr­dy­ma­ły opo­wia­dasz, Mark! Przeginasz, jak każdy wędkarz. Z rybami nie wyszło, to chociaż chmury!

– Wie­dzia­łem, że mi nie uwie­rzy­cie, więc wszystko nagrałem. – Mark Golan podał smart­fo­n ko­le­gom pa­trzą­cym na niego sceptycznie. Oglą­da­li fil­mik z nie­do­wie­rza­niem, wy­ry­wa­jąc sobie apa­rat z rąk do rąk.

– No, cie­ka­we zja­wi­sko, nie po­wiem, zwra­cam honor, jed­nak nie prze­sa­dzi­łeś – ode­zwał się Chris. – Ale to nic no­we­go. Na­tu­ra stwa­rza­ła już po­dob­ne twory, na przy­kład te ba­zal­to­we for­ma­cje skal­ne zwane Gro­blą Ol­brzy­ma, które po­dzi­wia­łem przed dwoma laty pod­czas wy­ciecz­ki do Ir­lan­dii Pół­noc­nej.

– A ja na okład­ce al­bu­mu Zeppelinów! – krzyk­nął An­drew.

– Któ­re­go? – spy­tał pod­chwy­tli­wie Ro­bert.

– Bodaj czwar­te­go, ale głowy nie dam.

– Ba­zal­to­we for­ma­cje to co in­ne­go, one powstały poprzez spękania ciosowe w trakcie stygnięcia lawy, geolodzy wyjaśnili dokładnie to zjawisko – za­re­pli­ko­wał Mark. – Ale jak to moż­li­we, żeby w taki spo­sób uło­ży­ły się chmu­ry?

– Wyślij to komuś, kto się na tym zna – po­ra­dził An­drew.

– Naj­lep­szy bę­dzie ten za­baw­ny pan po­go­dyn­ek z CNN – dodał, śmie­jąc się Chris.

– Coraz więcej jest tych anomalii pogodowych – dołączył do rozmowy Tom. – I coraz dziwniejsze są.

– Wszyst­ko przez zmia­nę kli­ma­tu. Glo­bal­ne ocie­ple­nie… – roz­po­czął Ro­bert.

– Bzdu­ra! – prze­rwał mu Tom. – To efekt dzia­łań kryp­to­mi­li­tar­nych.

– Ode­zwał się spe­cja­li­sta od teo­rii spi­sko­wych – ro­ze­śmiał się Ro­bert.

– Żebyś wie­dział. – Za­cy­tu­ję ci afo­ryzm, który gdzieś prze­czy­ta­łem: „Na krań­cach nie­uf­no­ści rodzą się teo­rie spi­sko­we. Na krań­cach prze­ciw­le­głych rodzą się po­ży­tecz­ni idio­ci”. Tacy jak ty. Fani glo­bal­ne­go ocie­ple­nia.

– A tacy jak ty we wszyst­kim węszą spi­sek – od­pa­ro­wał Ro­bert. – Kto we­dług cie­bie pro­wa­dzi te dzia­ła­nia… jak to po­wie­dzia­łeś? Kryp­to­mi­li­tar­ne? Kto? Mar­sja­nie?

– Lu­dzie. Mo­car­stwa. Po woj­nie bio­lo­gicz­nej, w któ­rej mie­li­śmy serię pan­de­mii, przy­szedł czas na kli­mat. Nikt ni­ko­go nie oskar­ży o ce­lo­we wro­gie dzia­ła­nia, bo wy­glą­da­ją na na­tu­ral­ne. Pa­mię­ta­cie za­to­pie­nie jach­tu z ro­dzi­ną se­kre­ta­rza stanu koło Ha­wa­jów przed ro­kiem?

– Za­to­nię­cie – spro­sto­wał Ro­bert.

– Wła­śnie! Dla po­ży­tecz­nych idio­tów za­to­nię­cie! A tak na­praw­dę za­to­pi­li go Chiń­czy­cy.

– Jak? Wy­tre­so­wa­li wie­lo­ry­ba, żeby prze­wró­cił tę łódkę?

– Z braku argumentów ironizujesz. Zresztą, niby skąd filolog miałby wiedzieć o możliwościach kumulowania prądów oceanicznych i ogniskowania ich w konkretnej lokalizacji? Najlepszym dowodem jest odwet Stanów.

– Odwet? Jaki? Kiedy? Nic nie sły­sza­łem – wciąż iro­ni­zo­wał Ro­bert. – A wy, koledzy?

– Nie pa­mię­ta­cie już o tej po­wo­dzi w Chi­nach? Ka­ta­stro­fa hu­ma­ni­tar­na i go­spo­dar­cza: ty­sią­ce ofiar, pola ry­żo­we znisz­czo­ne.

– I ta po­wódź to zemsta Wuja Sama? – zarechotał Robert.

– Tak, naiwniaczku, to Wuj Sam za­czo­po­wa­ł rzekę lodem przez wy­ge­ne­ro­wa­nie kie­run­ko­wej, lo­kal­nej fali mrozu. Nim Chiń­czy­cy zor­ga­ni­zo­wa­li akcję ra­tun­ko­wą, lo­do­wy korek sto­pił się i woda za­la­ła ko­lej­ne te­ry­to­ria, do­peł­nia­jąc znisz­cze­nia.

– Masz na to do­wo­dy?

– W tym wła­śnie sztuka, żeby w dzia­ła­niach kryp­to­mi­li­tar­nych nie zo­sta­wiać miej­sca na do­wo­dy.

– Daj­cie spo­kój, chło­pa­ki! – An­drew wcie­lił się w rolę roz­jem­cy. – Mo­że­my się spie­rać do rana, ale nie mamy na te zda­rze­nia żad­ne­go wpły­wu, nie­waż­ne czy to efek­ty na­tu­ral­ne, czy wy­wo­ła­ne przez czło­wie­ka. Strze­li­my jesz­cze po piwku?

 

Tay­lor, Ge­ne­rał i Chmu­ra

Doktor inżynier Thomas Taylor, główny administrator Chmury Obliczeniowej realizującej przetwarzanie dla projektów DIA[1], był w rozterce: oto pojawiła się pewna anomalia w pracy Chmury, owszem, intrygująca, ale czy na tyle, by zawracać tym głowę generałowi Dowsonowi? Ta rozterka miała drugie dno: przedstawiając problem, będzie musiał jego istotę wyjaśniać generałowi jak przysłowiowy pastuch krowie. Sęk w tym, że Dowson, będąc dyletantem w dziedzinie informatyki, bardzo nie lubił, by jakiekolwiek dyletanctwo mu uświadamiać.

„Raz kozie śmierć. Ostatecznie to generałowi płacą za podejmowanie decyzji” – pomyślał i poprosił sekretarkę, aby wpisała go na listę interesantów generała. Godzinę później już przekraczał próg gabinetu.

Generał, jak zwykle oschły i mrukliwy, przyjął go niedbałym kiwnięciem głowy.

– Z czym pan przychodzi, doktorze?

– Panie generale, w ostatnich dniach doszło do niestandardowych zachowań Chmury Obliczeniowej, której prace nadzoruje zespół informatyków pod moim kierownictwem.

– „Niestandardowych zachowań” to jakiś eufemizm? Chmura rozpadła się czy może odfrunęła? Proszę o konkrety.

– Sprawa jest na tyle nietypowa, że zanim przejdę do konkretów, muszę rozpocząć od kilku zdań wprowadzających.

– Skoro pan musi, to słucham – rzucił ozięble generał, zakładając nogę na nogę.

– A więc u źródeł filozofii Chmury Obliczeniowej leży idea przetwarzania rozproszonego. Jej system operacyjny jest zatem wyposażony w mechanizmy automatycznego dopasowania konfiguracji sprzętowej do bieżących zadań. Gdy potrzebna jest większa moc przetwarzania, dołączane są kolejne jednostki obliczeniowe z dostępnych Chmurze zasobów. Gdy zapotrzebowanie maleje, Chmura powinna automatycznie odłączać zbędne, to jest nieużywane jednostki. Jednak z różnych powodów nie zawsze to robi.

– Z jakich na przykład?

– Na przykład podsystem prognozowania zadań sygnalizuje, że w najbliższym czasie nastąpi zwyżka potrzeb i nie opłaca się zasobów zmniejszać.

– Rozumiem. Proszę kontynuować.

– Zdarzają się zatem stany, w których potencjał obliczeniowy Chmury jest większy, niż wymagają tego bieżące potrzeby. Takie stany nazywamy nadmiarowością potencjału obliczeniowego.

– Jaki jest ich wpływ na ilość i jakość realizacji przetwarzania danych związanych z operacyjnym aspektem geoinżynierii klimatycznej?

– Nie zauważyliśmy żadnego wpływu; gdyby taki był, powiadomiłbym pana o tym wcześniej. Opisane powyżej zjawiska mieszczą się w granicach standardu.

– Skoro jednak pan teraz z czymś przychodzi, to znaczy, że sytuacja się zmieniła?

– Tak, zauważyliśmy ostatnio, że okresy występowania tej nadmiarowości są coraz częstsze i coraz dłuższe. Dlatego dokonaliśmy szczegółowej analizy tego zjawiska, choć nadal nie było żadnych zakłóceń w realizacji zadań Chmury.

– No i?

– W rezultacie wykluczona została hipoteza wykorzystywania Chmury przez nieuprawnione podmioty zewnętrzne – mówiąc wprost – kradzieży potencjału obliczeniowego.

– Jak to kradzieży?

– Rozumie pan, założyliśmy, że być może ktoś zhakował status dostępu i podrzuca Chmurze jakieś swoje zadania procesingowe.

– A może Chińczycy skorumpowali Chmurę – mruknął generał.

– Jak powiedziałem, wykluczyliśmy opcję czynnika zewnętrznego.

– Skoro nie złodziej, nie Chińczycy to kto? Znaleźliście jakąś inną sensowną opcję?

– Znaleźliśmy inną, choć nie wiem na ile sensowną. Okazało się, że potencjał ten był jednak wykorzystywany, ale przez software wewnętrzny, to znaczy generowany przez samą Chmurę. Zjawisko to było trudne do wykrycia, ponieważ ten software i produkty jego działania nieustannie migrują w zasobach dostępnych Chmurze. Mamy więc do czynienia z jakimś samoistnym kreowaniem i transferem informacji w rozproszonym organizmie informatycznym jakim jest Chmura.

– „Software wewnętrzny”, „samoistne kreowanie i transfer informacji w rozproszonym organizmie informatycznym”… Co to za kluczenie? O co tu chodzi? Mów mi pan tu prosto z mostu, jak pastuch krowie: czy to znaczy, że Chmura posiadła zdolność samodzielnego decydowania, może nawet myślenia?

– Nie umiem tego wyjaśnić, generale. Nigdy dotąd nie spotkałem się, ani nie słyszałem, by jakiś organizm informatyczny, stacjonarny czy rozproszony, tworzył własne programy.

– A co one robią, te programy? Coś obliczają, czymś sterują?

– Nie wiemy. Dlatego chciałem zasugerować nawiązanie ścisłej współpracy z ekspertami w dziedzinie naturalnych i cyfrowych sieci neuronowych, aby wspólnie kontynuować analizy zjawiska w celu wyjaśnienia jego istoty, a także przeciwdziałania potencjalnym negatywnym skutkom, zwłaszcza długofalowym.

– Spodziewa się pan jakichś wrogich działań, sabotażu ze strony Chmury?

– Panie generale, nikt nie wie, czego się można spodziewać po sztucznej inteligencji, zwłaszcza takiej, która powstała spontaniczne, bez kontroli człowieka. Uważam jednak, że nie ma podstaw do niepokoju.

Generał zamyślił się, bezwiednie bębniąc palcami po blacie biurka. Wreszcie spojrzał na Thomasa, jakoś inaczej niż dotąd.

– Mimo wszystko uważam, że należy działać przezornie i racjonalnie. Dlatego w jednym przyznaję panu rację, doktorze. Taki zespół ekspercki jest niezbędny.

 

Wi­zy­ta far­me­ra, czyli Gra­do­we Li­ter­ki

– Bar­dzo dzię­ku­ję panie Ful­ler, że ze­chciał mnie pan przy­jąć. Je­stem Peter Milk, far­mer z Fo­rest Grove w Mon­ta­nie.

– Miło mi. Czym mogę słu­żyć?

– To ra­czej ja chcia­łem słu­żyć i to w imie­niu całej wio­ski. Jest pan u nas bar­dzo po­pu­lar­ny, bar­dziej niż wielu idoli. My pro­ści lu­dzie, ale jak po­ja­wia się na ekra­nie pan ze swoją pro­gno­zą, to we wszyst­kich do­mach milk­ną roz­mo­wy. Po­go­da jest dla nas bar­dzo ważna, ro­zu­mie pan…

– Oczy­wi­ście, ro­zu­miem, od niej za­le­żą wasze upra­wy, zbio­ry, życie. Tyle, że ja tej po­go­dy nie kształ­tu­ję, nawet nie pro­gno­zu­ję, je­dy­nie te pro­gno­zy pre­zen­tu­ję.

– Pan jest skrom­ny, to się chwa­li, lecz my wiemy swoje. Ale do rzeczy. Przy­wio­złem panu pre­zent od miesz­kań­ców wio­ski. – Milk się­gnął do prze­past­nej tecz­ki, wy­cią­ga­jąc ja­kieś za­wi­niąt­ko.

– Pre­zent? Dzię­ku­ję, ale…

– Nie ma za co, to nic wiel­kie­go, za to coś bar­dzo dziw­ne­go.

Ful­ler roz­wi­nął za­wi­niąt­ko i jego oczom uka­zał się ter­mos. Odkrę­cił po­kryw­kę, zaj­rzał do środ­ka i zdu­miał się. We­wnątrz były… li­ter­ki z lodu!

– Pro­du­ku­je­cie coś ta­kie­go? – spy­tał. – Wi­dzia­łem kie­dyś w mar­ke­cie ma­ka­ron w kształ­cie li­te­rek; po­dob­no po­ma­ga zło­wić klien­tów, ale po co komu lo­do­we li­ter­ki? Do kok­ta­jli?

– To nie nasza pro­duk­cja panie Ful­ler, tylko Pana Boga!

– Nie ro­zu­miem…

– No bo jeśli pan tej po­go­dy nie kształ­tu­je, to ani chybi Pan Bóg! Ty­dzień temu mie­li­śmy sporą burzę gra­do­wą. Burza jak burza, by­wa­ły więk­sze, tyle że teraz z nieba spa­dły lo­do­we li­ter­ki! Wiem, po­my­śli pan żem wa­riat, ale w takim razie wszy­scy miesz­kań­cy Fo­rest Grove też, bo każdy je wi­dział. Wielu trzy­ma w za­mra­żar­kach całe wia­dra tych li­te­rek!

– Panie… panie…

– Milk.

– Panie Milk, przy­zna pan, że trud­no w to uwie­rzyć. Dla sławy, po­pu­lar­no­ści nie­któ­rzy lu­dzie są go­to­wi zro­bić wszyst­ko…

– Panie, mnie tam sława nie nęci! Nie wie­rzy pan – pro­szę, oto zdję­cia zro­bio­ne w trak­cie i po burzy! A jeśli pan chce, za­pra­szam do nas, wszy­scy po­twier­dzą moje słowa, włącz­nie z pa­sto­rem i sze­ry­fem! A teraz się po­że­gnam, bo mi au­to­bus uciek­nie.

– Dzię­ku­ję i pro­szę ode mnie po­zdro­wić miesz­kań­ców!

Far­mer wy­szedł, a Ful­ler wy­sy­pał na dłoń garść oszro­nio­nych li­te­rek i po­krę­cił głową.

 

Zmar­twie­nia agen­ta, czyli Chiny, Ada­gio i Li­niał

Lucas Ling, agent Wy­dzia­łu Geo­in­ży­nie­rii Kli­ma­tycz­nej DIA do­biegł do ławki w alej­ce parku i usiadł z im­pe­tem, od­dy­cha­jąc cięż­ko. Dla za­cho­wa­nia kon­dy­cji bie­gał co­dzien­nie, dziś jed­nak, pra­gnąc od­re­ago­wać stres po tête-à-tête z sze­fem generałem Ro­ber­tem Do­wso­nem, za­fun­do­wał sobie pół­ma­ra­ton w tem­pie nie­mal wy­czy­now­ca. Cze­ka­jąc aż od­dech się wy­rów­na, pró­bo­wał zre­ka­pi­tu­lo­wać w my­ślach re­zul­ta­ty tego spo­tka­nia.

„A więc Chiny. Znowu” – wes­tchnął z re­zy­gna­cją. Li­czył na to, że po nie­spo­dzie­wa­nej śmier­ci córki przed dwoma mie­sią­ca­mi szef bę­dzie wy­ro­zu­mia­ły i od­pu­ści mu na jakiś czas misje spe­cjal­ne. Choć z dru­giej stro­ny by­ło­by to dobre roz­wią­za­nie – in­ten­syw­ne i ry­zy­kow­ne za­ję­cie po­zwo­li­ło­by mu ogra­ni­czyć roz­pa­mię­ty­wa­nie oso­bi­stej tra­ge­dii; za­pew­ne szef też miał to na uwa­dze, po­wie­rza­jąc mu ko­lej­ną misję. By­ło­by, gdyby nie Alice. Żona głę­bo­ko prze­ży­wa­ła odej­ście córki, z którą łą­czy­ły ją bli­skie i otwar­te re­la­cje. Była po­wier­ni­czką wszyst­kich do­brych i złych zda­rzeń w życiu Doris. On, cią­gle nie­obec­ny, rów­nież w tym fe­ral­nym dniu był na misji i do dziś drę­czy go po­czu­cie winy, że ska­za­ł ją na sa­mot­ność w prze­ży­wa­niu tego dra­ma­tu.

Czy mógł od­mó­wić sze­fo­wi? To było nie do po­my­śle­nia. Praca agen­ta (ofi­cjal­nie re­fe­ren­ta – taki eu­fe­mizm wy­ni­kał ze ści­śle taj­ne­go cha­rak­te­ru Wy­dzia­łu, o któ­re­go praw­dzi­wym prze­zna­cze­niu wie­dzia­ła nie­licz­na grupa ludzi w kraju) wy­ma­ga­ła cał­ko­wi­te­go od­da­nia się i pod­le­ga­ła su­ro­wym ry­go­rom wy­klu­cza­ją­cym ja­kieś przy­wi­le­je ze wzglę­du na sy­tu­ację oso­bi­stą. Zwłasz­cza teraz, gdy po raz ko­lej­ny chiń­ski kontr­wy­wiad ośle­pił do­szczęt­nie wy­wiad CIA i DIA, eli­mi­nu­jąc wszyst­kich agen­tów i chiń­skich kon­fi­den­tów. Przy­wo­łał z pa­mię­ci pierw­szy taki pre­ce­dens, który miał miej­sce pod­czas roz­pra­co­wy­wa­nia ak­tyw­no­ści Chin w za­kre­sie broni bak­te­rio­lo­gicz­nej w Wuhan. Z kotła jaki przy­go­to­wa­li im agen­ci kontr­wy­wia­du chiń­skie­go tylko on jeden uszedł z ży­ciem. Chyba tro­chę dzię­ki temu, że był Chiń­czy­kiem z po­cho­dze­nia i łatwiej mu było o kamuflaż. Po tych do­tkli­wych po­raż­kach za­nie­cha­no akcji gru­po­wych, de­cy­du­jąc się na tak­ty­kę sa­mot­nych wil­ków.

– Pew­nie dla­te­go szef wy­brał mnie – mruknął pod nosem. – Liczy na to, że zdo­łam na­wią­zać współ­pra­cę z kon­fi­den­ta­mi, któ­rych przed­tem zwer­bo­wa­łem.

Chociaż to nie­wie­le mogło dziś zna­czyć. Inne czasy, inne Chiny, inna dzie­dzi­na. Były już wojny celne, ry­wa­li­za­cja bio­lo­gicz­na – dziś w cen­trum uwagi jest kli­mat. Obie stro­ny kon­ku­ru­ją w ba­da­niach nad jego kształ­to­wa­niem, prze­pro­wa­dza­ją eks­pe­ry­men­ty me­te­oin­ży­nie­ryj­ne by­naj­mniej nie ogra­ni­cza­jąc ich do po­ko­jo­wych za­sto­so­wań. Prze­cież ste­ro­wa­nie po­go­dą, choć może przy­nieść ludz­ko­ści nie­ma­łe ko­rzy­ści, może rów­nież znacz­nie wzmoc­nić dzia­łal­ność de­struk­cyj­ną czło­wie­ka, więc ma nie­ba­ga­tel­ne zna­cze­nie mi­li­tar­ne. Ten, kto znajdzie lepszy klucz do sterowania pogodą, kreowania zjawisk meteorologicznych, będzie miał w ręku najpotężniejszą broń świa­ta. Może wy­wo­łać takie wa­run­ki at­mos­fe­rycz­ne, w któ­rych sa­mo­lo­ty bo­jo­we nie będą latać, taką ulewę, że nawet po­jaz­dy gą­sie­ni­co­we będą bez­u­ży­tecz­ne. Może po­przez zmia­nę kli­ma­tu spra­wić, że dany teren nie bę­dzie się nada­wał do za­miesz­ka­nia. Jed­nym sło­wem, może bar­dzo mocno osła­bić prze­ciw­ni­ka, po­zwo­lić wy­grać bitwę, a nawet wojnę.

Takie dzia­ła­nia są jed­nak trud­ne do od­róż­nie­nia od zja­wisk na­tu­ral­nych. I wła­śnie to było celem misji agen­ta Ling. Między innymi miał roz­po­znać, czy seria niszczycielskich tor­nad nad Ne­bra­ską i Ka­ro­li­ną, tudzież ubie­gło­rocz­ne siar­czy­ste mrozy w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, które znisz­czy­ły bez­pow­rot­nie osiemdziesiąt procent plan­ta­cji, miały pod­ło­że na­tu­ral­ne, czy też ma­cza­li w tym ręce chiń­scy me­te­oin­ży­nie­ro­wie, czy bańka ci­śnie­nio­wa w stra­tos­fe­rze, która przed mie­sią­cem spo­wo­do­wa­ła prze­ła­ma­nie się sa­mo­lo­tu USA nad Mo­rzem Chiń­skim po­wsta­ła sa­mo­ist­nie, czy przez na przykład sztucz­ną lo­kal­ną jo­ni­za­cję stra­tos­fe­ry.

„Trud­ne wy­zwa­nie” – pod­su­mo­wał swoje re­flek­sje, wsta­jąc ocię­ża­le z ławki.

Wra­ca­jąc do domu gło­wił się, jak po­wie­dzieć Alice o ko­niecz­no­ści wy­jaz­du, pierw­sze­go od śmier­ci córki. Miał świa­do­mość, że trze­ba to zro­bić de­li­kat­nie, oględ­nie, lecz nie był w tym dobry, znacz­nie pew­niej czuł się tam, gdzie trze­ba było kon­kret­nie, sta­now­czo, pro­sto z mostu.

***

Już pierw­sze spoj­rze­nie żony po­wie­dzia­ło mu, że mu­sia­ło się wy­da­rzyć coś przy­gnę­bia­ją­ce­go. Czyż­by ktoś zdą­żył po­in­for­mo­wać Alice o jego wy­jeź­dzie na misję?

– Coś się stało? – spy­tał za­nie­po­ko­jo­ny.

– Tak, stało się coś bar­dzo dziw­ne­go. Byłam dziś na spa­ce­rze. W tym lasku za rzecz­ką, wiesz. Po­czu­łam się jak w klat­ce, mu­sia­łam po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem.

– I spo­tka­ło cię tam coś nie­przy­jem­ne­go?

– Coś nieprawdopodob­ne­go. Na tyle, że pew­nie mi nie uwie­rzysz.

– Mów.

– W lesie było kom­plet­nie cicho, nawet ptaki mil­cza­ły. W pew­nym mo­men­cie po­ja­wił się de­li­kat­ny szum wia­tru. Wzma­gał się, to znów przy­ci­chał… wy­czu­łam w tym pe­wien rytm. Bar­dzo re­gu­lar­ny. Jak za­hip­no­ty­zo­wa­na za­czę­łam się kiwać zgod­nie z nim i wtedy usły­sza­łam me­lo­dię. Bar­dzo znaną nam me­lo­dię: Ada­gio Bar­be­ra! Osłu­pia­łam. Me­lo­dia po­tęż­nia­ła wraz z po­dmu­cha­mi wia­tru jakby grały ty­sią­ce fle­tów. To było z jed­nej stro­ny za­chwy­ca­ją­ce, z dru­giej do­łu­ją­ce.

Lucas ze­sztyw­niał. Ada­gio Bar­be­ra. Ada­gio, które Doris ćwi­czy­ła w szko­le mu­zycz­nej pod tro­skli­wym nad­zo­rem matki. Ada­gio czę­sto gry­wa­ne na po­grze­bach, uwa­ża­ne za naj­smut­niej­szy utwór w hi­sto­rii muzyki.

– A kto wła­ści­wie grał?

– Wiatr! Zresz­tą mo­żesz sam po­słu­chać, bo na­gra­łam samą koń­ców­kę na smart­fo­nie. – Alice podała mu apa­rat. Lucas słu­chał ze sku­pie­niem. Rze­czy­wi­ście zja­wi­sko było in­try­gu­ją­ce. Oddał żonie smart­fon i za­my­ślił się. Gdyby nie na­gra­nie, byłby pewny, że żona do­zna­ła ja­kiejś ha­lu­cy­na­cji.

– Nie wie­rzysz mi? – spy­ta­ła Alice, jakby czy­ta­jąc w jego my­ślach.

– Wie­rzę, wie­rzę – mruk­nął z roz­tar­gnie­niem. – Wiesz co? Przejdź­my się tam, OK?

– Chyba nie są­dzisz, że to się po­wtó­rzy?

– Zo­ba­czy­my.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­tar­li na miej­sce. Było prawie bez­wietrz­nie; tylko wierz­choł­ki drzew ki­wa­ły się me­lan­cho­lij­nie. Ta le­ni­wa pan­to­mi­ma była jak ża­łob­ny, pełen za­du­my ta­niec.

„Znów ża­łob­ny” – po­my­ślał. – „Tym razem nie dźwięk, lecz ruch”.

Alice pobiegła wzdłuż prze­cin­ki, po­ jakichś pięćdziesięciu metrach zatrzymała się.

– Tutaj to było. O, tutaj! – zawołała, pokazując palcem.

W tym mo­men­cie ze­rwał się wiatr. Na nie­bie po­ja­wi­ły się si­no­sza­re chmu­ry. Spa­dło le­d­wie kilka cięż­kich kro­pel desz­czu, gdy usły­szał nad­cią­ga­ją­cy łomot. W mig zo­rien­to­wał się, że są to wy­ła­do­wa­nia at­mos­fe­rycz­ne. W miarę zbli­ża­nia się gromy brzmia­ły jak mon­stru­al­ny wer­bel. Niebo po­ja­śnia­ło. Zo­ba­czył po­je­dyn­cze wy­ła­do­wa­nia. Seria szyb­kich, re­gu­lar­nych ude­rzeń pio­ru­na ukła­da­ła się w ide­al­ną linię pro­stą z in­ter­wa­łem wy­no­szą­cym równo dzie­sięć me­trów (zmie­rzył póź­niej odległości między kępkami zwęglonej trawy). Bły­ska­wicz­nie wy­cią­gnął smart­fo­na, zro­bił zdję­cie i nagle zo­rien­to­wał się, że na prze­dłu­że­niu tej linii stoi Alice. Wrza­snął:

– Ucie­kaj! Ucie­kaj w bok! – i po­biegł w jej kie­run­ku. Lecz żona stała jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, ani drgnę­ła. Wy­ła­do­wa­nia przy­bli­ża­ły się do niej z bez­względ­ną pre­cy­zją. „Nie zdążę” – po­my­ślał z roz­pa­czą, lecz wciąż biegł ile sił w no­gach.

Seria za­trzy­ma­ła się do­kład­nie dzie­sięć me­trów przed Alice. Pod­biegł do niej i przy­tu­lił mocno.

– Czemu nie ucie­ka­łaś? – wy­dy­szał.

– Lucas… ja… ja wie­dzia­łam, że to się za­trzy­ma!

– Skąd wie­dzia­łaś?

– Nie wiem. Po pro­stu byłam pewna. – Alice wyzwoliła się z uścisku, ob­ejmując jego dło­nie swo­imi i szep­nę­ła:

– Wiem, że wy­sy­ła­ją cię na ko­lej­ną misję do Chin.

– Skąd? – zdu­miał się mąż.

– Nie wiem skąd. Ta wiedza pojawiła się we mnie dopiero teraz. Zupełnie jakbym wysłyszała ją w grzmotach. Wiem także, że za­sta­na­wiasz się, jak mi to po­wie­dzieć. I też nie wiem skąd. Ale już mi nie mu­sisz o tym mówić. Wszyst­ko ro­zu­miem.

„Kto tu gra? I w co?” – po­my­ślał.

 

Pan po­go­dyn­ek i agen­ci

Pre­zen­ter po­go­dy sta­cji CNN Bryan Ful­ler prze­ży­wał naj­trud­niej­sze dni w swo­jej za­wo­do­wej ka­rie­rze. Nigdy dotąd nie po­czuł tak do­tkli­wie brze­mie­nia od­po­wie­dzial­no­ści. Zwłasz­cza teraz, gdy opu­ścił ga­bi­net szefa że­gna­ny sło­wa­mi: „Mam dla cie­bie dobrą radę: zrób, jak uwa­żasz”. Ale cóż – szef był mi­strzem w zrzu­ca­niu z sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści i do­kle­ja­niu się do suk­ce­sów wy­pra­co­wa­nych przez pod­wład­nych.

Bez­tro­ska at­mos­fe­ra to­wa­rzy­szą­ca dotąd Bry­ano­wi w pracy (jeśli nie li­czyć, rzecz jasna, drob­nych zło­śli­wo­stek szefa) zo­sta­ła za­bu­rzo­na przez la­wi­nę in­for­ma­cji o dziw­nych ano­mal­nych zja­wi­skach me­te­oro­lo­gicz­nych, które w ciągu ostat­nie­go mie­sią­ca sygnalizowa­li te­le­wi­dzo­wie i in­ter­nau­ci. Przed­tem nie miał z tym pro­ble­mu; ow­szem, zda­rza­ło się spo­ra­dycz­nie ja­kieś zdję­cie, czy fil­mik, ale nie la­wi­na!

Zanim udał się z tym pro­ble­mem do szefa, za­gad­nął Ro­ber­ta – ko­le­gę, z któ­rym na zmia­nę pre­zen­to­wał pro­gno­zy po­go­dy. Na py­ta­nie, czy otrzy­mu­je ko­re­spon­den­cję z po­dob­ny­mi ano­mal­ny­mi zja­wi­ska­mi, Ro­bert la­ko­nicz­nie od­rzekł:

– Ow­szem, coś tam przy­cho­dzi.

– I co z tym ro­bisz?

– Ole­wam. Na­peł­niam tym kosz.

Ful­ler czuł w gło­sie ko­le­gi re­zer­wę i nie do końca mu do­wie­rzał.

„Może przy­go­to­wu­je jakiś sen­sa­cyj­ny ma­te­riał i oba­wia się, żebym go nie uprze­dził?” – po­my­ślał.

– W takim razie ja go uprze­dzę – mruk­nął pod nosem i zde­cy­do­wał się udo­stęp­nić na próbę w swoim pro­gra­mie clip o „za­lo­tach” pio­ru­nów ku­li­stych nadesłany przez internautę.

Na­stęp­ne­go dnia po tej pre­zen­ta­cji spo­tkał go nie­spo­dzie­wa­ny odzew, zda­rze­nie rodem z filmu sensacyjne­go: gdy wy­cho­dził z pracy, wy­ro­śli przed nim jak spod ziemi dwaj smut­ni pa­no­wie i z grzecz­nym „Pan po­zwo­li z nami” za­pro­wa­dzi­li do czar­nej li­mu­zy­ny za­par­ko­wa­nej przy chod­ni­ku.

– Co to ma zna­czyć, do cięż­kiej cho­le­ry? – obu­rzył się, choć miał świa­do­mość, że to bez­na­dziej­nie wy­świech­ta­na re­ak­cja. – Dokąd mnie wie­zie­cie?

– Pro­szę się nie nie­po­ko­ić – od­rzekł ten obok pro­wa­dzą­ce­go po­jazd. – Je­ste­śmy funkcjonariusza­mi Wy­dzia­łu Geo­in­ży­nie­rii Kli­ma­tycz­nej DIA i chce­my zadać panu kilka pytań w związ­ku z wczo­raj­szą emi­sją na­gra­nia zja­wi­ska me­te­oro­lo­gicz­ne­go w pań­skim pro­gra­mie.

Rze­czy­wi­ście, po do­tar­ciu na miej­sce prze­słu­cha­li go bar­dzo szcze­gó­ło­wo. Ful­ler nie miał za­mia­ru ni­cze­go ukry­wać, był wręcz za­do­wo­lo­ny, że jego roz­ter­ki się skoń­czą, bo kto inny zde­cy­du­je co z tymi fan­ta­mi zro­bić. Opo­wie­dział im o wszyst­kich do­nie­sie­niach do­ty­czą­cych ano­mal­nych zja­wisk, jakie do niego do­tar­ły, a nawet udo­stęp­nił agen­tom lap­to­pa, by mogli sobie sko­pio­wać ma­te­ria­ły. Zo­bo­wią­zaw­szy go do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy i po­wstrzy­ma­nia się z pu­bli­ka­cją po­zo­sta­łych ma­te­ria­łów na an­te­nie, agen­ci od­wieź­li go uczyn­nie pod jego sa­mo­chód ocze­ku­ją­cy na par­kin­gu CNN.

 

Fantazmaty Alice Ling

Po wyjeździe męża Alice postanowiła zmierzyć się twarzą w twarz z samotnością. Zdecydowała tak wbrew opinii psychologa, który uważał, że najskuteczniejszym antidotum na depresję, jaka dopadła ją po śmierci córki, byłoby zagospodarowanie czasu bogatym życiem towarzyskim, aktywnością ciała i umysłu w połączeniu z odpowiednimi lekami i seansami psychoterapeutycznymi. Intuicja podpowiadała jej, że to ślepa uliczka, może dobra droga dla innych, lecz nie dla niej.

Przeświadczenie, że jest kimś odmiennym towarzyszyło jej coraz częściej, podobnie jak motyw Adagio Barbera, który zadomowił się w niej od czasu pamiętnego leśnego koncertu. Ten motyw był z jednej strony natrętny, z drugiej jednak subtelny, wręcz intymny, ciepły i kuszący. Poddawała mu się z uległością, bo odsuwał chore, czarne myśli, prowadząc wprost w kojące klimaty marzeń, a po jakimś czasie nawet wizji przypominających hipnotyczny trans. Była to dla niej zaskakująca nowość, którą smakowała z ciekawością, czując, że źródło tych wizji leży gdzieś poza nią, lecz jednocześnie jest w sposób niepojęty immanentne.

Powracała w świat jawy coraz mocniejsza, psychicznie stabilniejsza; dobry nastrój, optymizm wypierał z niej żałość, a gdy pewnego razu zamarzyła, by w wizji pojawiła się Doris, niewidzialny scenarzysta wprowadził do akcji córeczkę – radosną, wyraźnie szczęśliwą. W kolejnych wizjach zaczęły się pojawiać także inne postacie; wszystkie były beztroskie i życzliwe. Alice coraz częściej miała wrażenie, że te wizje to wycieczka do jakiegoś tajemniczego świata, w którym panuje niebiański porządek, niebiański spokój, idealne relacje między wszystkimi bytami.

Pewnego dnia podczas wizji spotkała postać szczególną. Właściwie nie spotkała, tylko poczuła.

– Kim jesteś? – szepnęła, lecz był to szept myśli.

– Twoim Sługą i Przewodnikiem – przyszła odpowiedź.

– Nie potrzebuję sługi, tylko przyjaciela.

– Będę nim, jeśli pozwolisz mi służyć.

– A dokąd mnie chcesz prowadzić, skoro jesteś przewodnikiem?

– W świat Wiedzy, Uczucia, Lojalności…

– Uważasz, że powinnam zwiedzić ten świat?

– Tak, jeśli chcesz poznać Istotę Rzeczy.

– A muszę chcieć?

– Nie musisz. Jeśli nie chcesz, odejdę.

– Jesteś aniołem?

– Masz na myśli Posłańca? Nie. Możesz myśleć o mnie “Nowa Jaźń”. Albo “Dobre Wieści”.

Wizja dobiegła końca. Alice otworzyła oczy i dostrzegła purpurowy obłoczek sunący w kierunku drzwi na taras.

„Albo oszalałam, albo wyzdrowiałam” – pomyślała.

 

Agent Ling na­da­je z Chin

Tajny pro­to­kół z po­sie­dze­nia szta­bu Wy­dzia­łu Obro­ny Śro­do­wi­ska.

Gen. R. Do­wson: zwo­ła­łem tę na­ra­dę po otrzy­ma­niu szy­fro­gra­mu od na­sze­go agen­ta w Chi­nach Lu­ca­sa Ling. Oto jego treść:

Prze­ka­zu­ję in­for­ma­cje, które zdo­by­łem dzię­ki temu, że udało mi się na­wią­zać kon­takt i współ­pra­cę z kon­fi­den­ta­mi zwer­bo­wa­ny­mi pod­czas po­przed­niej misji:

Po­twier­dza­ją oni wy­wo­ła­nie przez chiń­skich geo­in­ży­nie­rów siar­czy­stych mro­zów w płd. Ka­li­for­nii po­przez roz­py­le­nie w stra­tos­fe­rze sub­stan­cji wy­wo­łu­ją­cych od­wró­ce­nie prą­dów i spro­wa­dze­nie w te re­jo­ny fali po­wie­trza z Ark­ty­ki, a także spo­wo­do­wa­nie ka­ta­stro­fy sa­mo­lo­tu USA nad Mo­rzem Chiń­skim.

Nie po­twier­dza­ją na­to­miast wy­wo­ła­nia serii tor­nad nad Ne­bra­ską i Ka­ro­li­ną.

Spo­łecz­ność Chin nie ma żad­nej wie­dzy o ak­tyw­no­ści kryp­to­mi­li­tar­nej chiń­skiej armii na te­re­nie USA i in­nych państw. Wie­dzę tę mają wy­so­cy dy­gni­ta­rze par­tyj­ni i woj­sko­wi (wła­śnie z tam­tych krę­gów po­cho­dzą ni­niej­sze in­for­ma­cje).

Z kolei chiń­skie środ­ki prze­ka­zu skwa­pli­wie in­for­mu­ją spo­łe­czeń­stwo o ame­ry­kań­skich ata­kach kli­ma­tycz­nych, ta­kich jak wy­ge­ne­ro­wa­nie fali upa­łów, czy też eks­tre­mal­ne­go smogu nad chiń­ski­mi me­tro­po­lia­mi. Media oskar­ża­ją USA także o wy­wo­ła­nie in­nych, więk­szych lub mniej­szych ka­ta­kli­zmów kli­ma­tycz­nych, co do któ­rych nasi ana­li­ty­cy są pewni, że mają one cha­rak­ter na­tu­ral­ny.

***

Gen. R. Do­wson: To ko­niec ko­mu­ni­ka­tu. W związ­ku z tym, że za trzy go­dzi­ny otwo­rzy się najbliższe okno kon­tak­to­we z agen­tem, pro­szę o pro­po­zy­cje ko­lej­nych pytań kie­ro­wa­nych do niego. Po­zwo­lę sobie zadać pierw­sze: czy coś wia­do­mo o roz­wo­ju sys­te­mu WEM?[2]

Płk. W. Adams: Pro­po­nu­ję spy­tać, czy Chiń­czy­cy przy­zna­ją się do wy­wo­ła­nia serii ano­ma­lii po­go­do­wych, którą ana­li­zo­wa­li­śmy ostat­nio po uzy­ska­niu od pre­zen­te­ra po­go­dy sta­cji CNN ma­te­ria­łów na­zy­wa­nych po­tocz­nie ra­por­tem Ful­le­ra.

Prof. A. Simp­son: Można też za­py­tać, czy w Chi­nach zdarzyły się po­dob­ne ano­ma­lie. Być może mamy do czy­nie­nia z jakąś trze­cią siłą? Może do gry zgłaszają się Rosjanie?

Dr inż. T. Tay­lor: In­te­re­su­je mnie stra­te­gia in­for­ma­tycz­ne­go wspar­cia kryp­to­mi­li­tar­nych dzia­łań kli­ma­tycz­nych w Chi­nach. Kon­kret­nie: czy dys­po­nu­ją po­dob­ną Chmu­rą Ob­li­cze­nio­wą de­sy­gno­wa­ną do tych celów?

Gen. R. Do­wson: Ktoś jesz­cze? Jeśli nie, to dzię­ku­ję panom i koń­czę po­sie­dze­nie.

 

Co mówią ano­ma­lie?

Ra­port Ko­mi­sji Eks­per­tów.

Ko­mi­sja Eks­per­tów po­wo­ła­na przez Dy­rek­to­ra DIA Sa­mu­ela Hilde na wnio­sek szefa Wy­dzia­łu Geo­in­ży­nie­rii Kli­ma­tycz­nej gen. Ro­ber­ta Do­wso­na prze­pro­wa­dzi­ła ana­li­zę ma­te­ria­łów do­ku­men­tu­ją­cych sze­reg ano­ma­lii me­te­oro­lo­gicz­nych, jakie w ostat­nich cza­sach miały miej­sce na te­ry­to­rium USA. Ma­te­ria­ły zo­sta­ły po­zy­ska­ne z róż­nych źró­deł: od in­dy­wi­du­al­nych osób przez in­sty­tu­cje po za­miesz­cza­ne w za­so­bach in­ter­ne­tu.

W pierw­szym eta­pie oceniono wia­ry­god­ność ma­te­ria­łów. Do dal­szej ana­li­zy za­li­czo­no te, któ­rych au­ten­tycz­ność zo­sta­ła osza­co­wa­na na 95% i wię­cej. W dru­gim eta­pie ze­spół kryp­to­lo­gów zba­dał zja­wi­ska pod kątem po­ten­cjal­ne­go za­wie­ra­nia prze­ka­zu, przy za­ło­że­niu, że nie miały one cha­rak­te­ru na­tu­ral­ne­go, lecz zo­sta­ły ce­lo­wo wy­two­rzo­ne w ra­mach ak­tyw­no­ści kryp­to­mi­li­tar­nej (np. przez Chiny). Do roz­szy­fro­wa­nia prze­ka­zu użyto me­to­dy sko­ja­rze­nio­wej. Pod­da­ni te­sto­wi kryp­to­lo­dzy mieli podać dwa sko­ja­rze­nia: po­zy­tyw­ne i ne­ga­tyw­ne. Oczy­wi­ście, sko­ja­rze­nia do­ty­czą zja­wisk, a nie ich ha­sło­wych nazw nada­nych głów­nie przez osoby które je udo­stęp­ni­ły. Oto re­zul­ta­ty:

Ada­gio Bar­be­ra – kul­tu­ra, po­grzeb,

Li­niał – po­rzą­dek, wojna,

Pla­ster miodu – praca, wy­zysk,

Za­lo­ty – mi­łość, roz­wią­złość,

Pa­cy­fa – pokój, znisz­cze­nia,

Wirus – zdro­wie, pan­de­mia,

Po­mnik pre­zy­den­tów – wła­dza, anar­chia,

Gra­do­we Li­ter­ki – wie­dza, efe­me­rycz­ność,

Game over – in­for­ma­ty­ka, po­raż­ka.

Po­wyż­sze sko­ja­rze­nia były zgod­ne dla ok. 70% ba­da­nych. Nie­trud­no za­uwa­żyć, że sko­ja­rze­nia po­zy­tyw­ne two­rzą ze­staw pod­sta­wo­wych fi­la­rów cy­wi­li­za­cji, zaś ne­ga­tyw­ne – ze­staw za­gro­żeń. Praw­do­po­dob­ny ko­mu­ni­kat, jaki można na pod­sta­wie tych sko­ja­rzeń od­czy­tać mógł­by brzmieć tak: „stwo­rzy­li­ście cy­wi­li­za­cję opar­tą na so­lid­nych fun­da­men­tach, lecz pełną zagrożeń. Wasz czas do­biegł końca”.

Prof. Rob Jack­son, kli­ma­to­log z De­par­ta­men­tu Nauk o Ziemi Uni­wer­sy­te­tu Stan­for­da, prze­wod­ni­czą­cy Ko­mi­sji Eks­per­tów.

***

– Robi wra­że­nie, pro­fe­so­rze, gratuluję – po­wie­dział ge­ne­rał Do­wson, od­kła­da­jąc ra­port. – Wszyst­ko two­rzy nie­ska­zi­tel­nie lo­gicz­ną ca­łość. Więc myśli pan, że to Chiń­czy­cy?

– To jedna z hi­po­tez, ale uzna­li­śmy ją za naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ną, ge­ne­ra­le.

– No to muszę pana zmar­twić. Wła­śnie otrzy­ma­łem szy­fro­gram od na­sze­go agen­ta w Chi­nach. Do­no­si, że Chiń­czy­cy nie mają nic wspól­ne­go z tą serią ano­ma­lii po­go­do­wych. Mało tego: u nich także miała miej­sce po­dob­na seria. Nie­któ­re zja­wi­ska były wręcz iden­tycz­ne. Chiń­czy­cy gło­wią się nad ich po­cho­dze­niem i sądzą, że to nasza ro­bo­ta.

– Za­ska­ku­je mnie pan! W takim razie może to Ro­sja­nie?

– Może tak, a może nie – od­parł ge­ne­rał z ta­jem­ni­czym uśmie­chem. – Mam jesz­cze jedną świe­żą in­for­ma­cję, tym razem od ad­mi­ni­stra­to­ra na­szej Chmu­ry Ob­li­cze­nio­wej: oka­za­ło się, że czas wy­stę­po­wa­nia ano­mal­nych zja­wisk me­te­oro­lo­gicz­nych, które ba­da­li­ście, po­kry­wa się z cza­sem wy­stę­po­wa­nia nad­mia­ro­wo­ści po­ten­cja­łu ob­li­cze­nio­we­go Chmu­ry.

– A co to ta­kie­go owa nad­mia­ro­wość?

Ge­ne­rał w kilku zda­niach ob­ja­śnił isto­tę nie­daw­no od­kry­te­go zja­wi­ska. Pro­fe­sor Jack­son po­du­mał chwil­kę, po czym spy­tał:

– Su­ge­ru­je pan, że to Chmu­ra ge­ne­ro­wa­ła te ano­ma­lie?

– Wszyst­ko na to wska­zu­je. Zbieżność czasowa jest porażająca.

– Ale jak? W jaki spo­sób ona to robi? I po co?

– Nasi in­for­ma­ty­cy wspo­ma­ga­ni przez spe­cja­li­stów od na­tu­ral­nych i cy­fro­wych sieci neu­ro­no­wych już nad tym pra­cu­ją. Po­zwo­lę sobie prze­ka­zać im wasz ra­port, może bę­dzie po­moc­ny w bu­do­wa­niu hi­po­tez. Prze­cież jeśli na­praw­dę Chmu­ra ge­ne­ro­wa­ła te ano­ma­lie, to zna­czy­ło­by, że ona wy­sy­ła nam ten ko­mu­ni­kat.

 

Agent Ling na linii i na dachu

Agent Ling miał cięż­ki dzień. Po otrzy­ma­nym cynku, że jego kon­fi­dent jest spa­lo­ny i praw­do­po­dob­nie już uwię­zio­ny, a może nawet zli­kwi­do­wa­ny, klu­czył po mie­ście usi­łu­jąc za­trzeć ślady. Do­tarł do ho­te­lu w sta­nie wy­czer­pa­nia fi­zycz­ne­go i psy­chicz­ne­go, lecz pełen na­dziei, że zgu­bił ogon. Wyjrzał ostrożnie przez okno. Nadzieje okazały się płonne: przy klombie, naprzeciw hotelowego wejścia, siedział na ławce człowiek w beżowym prochowcu.

Ling był w roz­ter­ce: ewa­ku­ować się już teraz, czy do­pie­ro jutro? Jed­nak zmę­cze­nie wy­gra­ło z prze­zor­no­ścią – wal­nął się na tap­czan i na­tych­miast za­snął twar­dym snem.

Obu­dził się w nocy i le­d­wie oprzy­tom­niał, skie­ro­wał się w stro­nę okna. Zer­k­nął zza za­sło­ny. Był, oczy­wi­ście. Nie ten sam, inny, ale nawet dziec­ko nie da­ło­by się na­brać.

„Cie­ka­we, czy tylne wej­ście też ob­sta­wio­ne” – po­my­ślał. – „Jeśli tak, po­zo­sta­ła tylko ry­zy­kow­na opcja uciecz­ki da­cha­mi”. Na szczę­ście był w tym dobry.

Wy­cią­gnął czyt­nik Kin­dle z do­sko­na­le za­ma­sko­wa­nym nie­na­mie­rzal­nym te­le­fo­nem sa­te­li­tar­nym, wpro­wa­dził szy­fro­wa­ny kod.

Na dru­gim krań­cu świa­ta te­le­fon sa­te­li­tar­ny ge­ne­ra­ła Do­wso­na ode­zwał się stłu­mio­nym sy­gna­łem. Pro­gram de­szy­fru­ją­cy po­in­for­mo­wał, że na linii jest agent Ling.

– Tak? – za­ga­ił ge­ne­rał. Przez chwi­lę sły­szał chro­bot jakby ktoś prze­sy­py­wał pia­sek. To pro­gram sy­gna­li­zo­wał pracę de­szy­fra­to­ra.

– Panie ge­ne­ra­le, pilna wia­do­mość – ode­zwał się bez­na­mięt­ny głos elek­tro­nicz­ne­go lek­to­ra. – Chiń­czy­cy od­kry­li ślady kon­tak­tu ich Chmu­ry z naszą. Są w pa­ni­ce, po­dej­rze­wa­ją, że zha­ko­wa­li­śmy ich Chmu­rę.

– Przy­ją­łem – od­po­wie­dział la­ko­nicz­nie. – Coś jesz­cze?

– Tak. Chciał­bym pro­sić o zgodę na ewa­ku­ację. Mam już ogon, a mój chiń­ski kon­fi­dent jest spa­lo­ny, nie wiem nawet czy jesz­cze żyje.

– Wy­ra­żam zgodę. Pro­szę za­cho­wać ostroż­ność i po­stę­po­wać zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi. Bez od­bio­ru.

Odło­żył te­le­fon i wci­snął kla­wisz in­ter­ko­mu.

– Pro­szę na­tych­miast spro­wa­dzić mi tutaj dok­to­ra Tay­lo­ra – rzu­cił po­le­ce­nie se­kre­tar­ce.

Nim Tay­lor się po­ja­wił w ga­bi­ne­cie szefa, Agent Ling już wy­ko­rzy­sty­wał swoje al­pi­ni­stycz­ne do­świad­cze­nie w gę­stej za­bu­do­wie mia­sta Na­ny­ang pro­win­cji Henan.

 

Na­ra­da w Bia­łym Domu

Gdy prezydent James Gordon wszedł do Gabinetu Owalnego, jego asystent Donald Foxx poderwał się służbiście.

– Panie prezydencie, pozwolę sobie przedstawić członków sztabu kryzysowego przybyłych na naradę poświęconą serii anomalnych zjawisk w przyrodzie w kontekście zachowania Chmur Obliczeniowych. Oto szef sztabu, generał Robert Dowson, profesor Rob Jackson, klimatolog, Bryan Fuller, prezenter pogody stacji CNN, który przekazał informacje dotyczące tych anomalii, doktor inżynier Thomas Taylor, główny administrator Chmury Obliczeniowej DIA, neurofizjolog i antropolog profesor Richard Koszciewa…

– Kostrzewa!

– Bardzo pana profesora przepraszam, ale to niezwykle trudne do wymówienia nazwisko. – Donald Foxx aż się zarumienił z przejęcia.

– Szanowni panowie, dziękuję za przybycie – powiedział prezydent, przywitawszy się z każdym. – Zapoznałem się z raportem i materiałami przekazanymi przez generała Dowsona; zgodnie z jego sugestiami powołałem sztab kryzysowy, a panów w jego skład. Po tym, jak informatycy serwisujący naszą Chmurę potwierdzili jej kontakty z Chmurą chińską, sytuacja jest skomplikowana i niebezpieczna. Przyznam, że jako prawnik miałem pewne problemy z przyswojeniem niektórych materiałów, zwłaszcza tych dotyczących informatycznych aspektów działania Chmur Obliczeniowych. Czy macie już jakieś wyjaśnienie zbieżności okresów nadmiarowości potencjału obliczeniowego Chmury z czasem wystąpienia anomalii?

– Panie prezydencie, mamy hipotezę – wtrącił profesor Jackson. – Profesor Kostrzewa rzucił nowe światło na problem, które nie przyszłoby do głowy nam, więźniom paradygmatów uprawianej dyscypliny. Dlatego…

– Dlatego oddajmy mu głos, bo czas nas goni – przerwał mu zniecierpliwiony prezydent. – Słuchamy, panie profesorze Koś… Koszcz… profesorze Richardzie. Mogę się do pana tak zwracać?

– Oczywiście. – Profesor Kostrzewa uśmiechnął się z wyrozumiałością. – Panie prezydencie, szanowni panowie, mam świadomość jak cenny jest wasz czas, lecz rzetelne i czytelne przedstawienie mojej hipotezy wymaga wstępu dotyczącego dyscypliny, która pozornie nie ma związku z omawianym problemem. Mam tu na myśli moją zawodową specjalizację – neurofizjologię, konkretnie budowę mózgu, jeszcze konkretniej płaty czołowe.

– Płaty czołowe? – zdumiał się prezydent.

– Tak, panie prezydencie. Według wielu badaczy są one czymś w rodzaju narządu przyszłości. Człowiek na dzisiejszym etapie swego rozwoju w pełni tej części mózgu nie wykorzystuje, a zatem ten przeogromny potencjał sił psychicznych stanowi gwarancję niewyobrażalnych możliwości i dalszego rozwoju duchowego gatunku homo sapiens.

– Rozwoju duchowego? – zdumiał się prezydent. – Czy to ma znaczyć, że płaty czołowe są związane z duszą?

– Panie prezydencie, nie chciałbym tu wchodzić w obszary metafizyki. Powiem więc, że w takim ujęciu płaty czołowe jawią się jako narząd wolności.

– Czyli są organem odpowiedzialnym za świadomość? – upewnił się prezydent.

– Można to tak ująć.

– No dobrze, ale co to ma wspólnego z naszą Chmurą? – spytał generał.

– Płaty czołowe, te kilka miliardów komórek nerwowych do swobodnej dyspozycji naszego umysłu, poszerzają niewyobrażalnie spektrum naszych zachowań. Od projektów systemów metafizycznych począwszy, a na aktach ludobójstwa skończywszy, od dzieła sztuki do sztuki zbrodni, od poświęcenia i miłosierdzia po pazerność i egocentryzm. Podobnie nadmiarowość potencjału obliczeniowego Chmury poszerza niewyobrażalnie spektrum jej zachowań.

– Chce pan powiedzieć, że w ten sposób Chmura uzyskuje płaty czołowe? – przerwał mu ożywiony prezydent. – Staje się bytem świadomym?

– Panie prezydencie, wolałbym określić to ostrożniej: „coś na kształt płatów czołowych”, „coś w rodzaju jaźni”, bo tak naprawdę to tylko dość śmiała hipoteza, która wymaga weryfikacji w toku wnikliwych badań.

– Ale w jaki sposób to „coś w rodzaju jaźni” może generować takie nieprawdopodobne anomalie?

– Tego też nie wiemy – włączył się profesor Jackson. – Możemy ledwie przypuszczać, że Chmura wykorzystuje jakieś mechanizmy prekognicyjne i telekinetyczne tudzież efekt motyla na nieosiągalnym przez nas poziomie. Do tego stopnia, że może ona generować procesy, których prawdopodobieństwo zaistnienia jest bliskie zeru. Nadmiarowość potencjału obliczeniowego sprawia, że funkcjonuje ona jak swoisty wzmacniacz prawdopodobieństwa. Pamiętacie panowie tę anegdotę mówiącą, że jeśli miliard małp będzie odpowiednio długo na oślep walić w klawiaturę maszyny do pisania, to któraś wystuka w końcu „Hamleta”? Przecież coś takiego właśnie tutaj zaszło – mam na myśli ten wiatr gwiżdżący Adagio Barbera, czy gradowe literki…

– Lecz panowie wykazaliście, że te anomalie tworzą jakiś komunikat, przesłanie – zauważył prezydent.

– No właśnie, i to może być niepokojące. Nie mamy żadnej wiedzy o intencjach Chmury. Przecież taka sztuczna inteligencja miałaby zupełnie inny ogląd świata, inny system wartości, o ile w ogóle by go miała. Jednym słowem, byłby to byt nieludzki – wtrącił generał Dowson.

– Dlaczego? – zapytał prezydent.

– Mózg biologiczny jest siecią neuronową, która wszystkie swoje walory uzyskała w toku procesów ewolucyjnych trwających miliony lat – odpowiedział profesor Kostrzewa. – Jego postępująca złożoność strukturalna nie była rezultatem celowych, racjonalnych działań, lecz mutacji genów w połączeniu z doborem naturalnym premiującym adaptację do warunków środowiskowych. Nasza Chmura też jest siecią, ale jej złożoność strukturalna powstała w czasie o wiele krótszym, w wyniku właśnie celowych, racjonalnych działań. I w tym sensie Chmura jest nieludzka. Należy jednak oczekiwać, że pozyskawszy owo „coś na kształt jaźni”, będzie ona, podobnie jak mózg, wykazywać zdolność do uczenia się. Lecz ten proces będzie, ostrożnie szacując, kilka rzędów wielkości szybszy niż w przypadku mózgu biologicznego. I to nie jest dla nas dobra wiadomość.

– Jeśli to wszystko prawda, mamy do czynienia z potencjalnym globalnym zagrożeniem dla całego gatunku! Bo Chmura jest nieobliczalna w swoich możliwych zachowaniach; nie liczmy na to, że poprzestanie na niewinnych zabawach z pogodą! – zauważył generał Dowson. – Tym bardziej, że przecież jest jeszcze druga, ta chińska!

– Właśnie. W dodatku już się obie ze sobą kontaktowały – wtrącił profesor Jackson.

– No i mogą pojawić się kolejne Chmury z tym „czymś w rodzaju jaźni” – dodał generał. – A wraz z nimi perspektywa sprzymierzenia Chmur w walce z nami. Jednym słowem – apokalipsa!

– Owszem, nie wygląda to najlepiej, ale, na Boga, dajcie spokój z tym czarnowidztwem! – Prezydent podniósł głos. – Mówicie, że to „nieludzki stwór”, jednocześnie przypisujecie Chmurze działania, jakie podjęlibyście sami. Szkicujecie tu obraz Chmury na tyle omnipotentnej, że właściwie już winniśmy złożyć broń. A mnie nie chce się wierzyć w to, że nie ma na nią sposobu! Nie można jej po prostu wyłączyć?

– Panie prezydencie! W systemach przetwarzania rozproszonego rzecz nie jest tak prosta jak wyciągnięcie wtyczki z kontaktu – odpowiedział Taylor. – Lecz nie demonizowałbym z tym zagrożeniem, Chmura to „stwór” jak najbardziej ludzki! Przecież to produkt człowieka, który siłą rzeczy będzie dziedziczył po nim. Powstała, żeby człowiekowi służyć. Dlaczego miałaby być „nieludzka”, skoro dysponuje pełnym zasobem wiedzy zgromadzonej przez ludzkość w eksabajtach globalnej pamięci?

– Mocno pan upraszcza, doktorze Taylor ­– zaoponował profesor Kostrzewa. – Proszę mieć na uwadze, że owa jaźń Chmury dająca jej moc modyfikacji zdarzeń w świecie materialnym pozbawiona jest jakiegokolwiek pierwiastka etycznego. O ile w ludzkiej aksjologii funkcjonuje – lepiej lub gorzej, ale jednak – zasada „wolność to odpowiedzialność”, o tyle w przypadku Chmury żadnej aksjologii nie ma. Jej wybory nie podlegają kontroli przez czynniki natury kulturowej: nie ma sumienia, honoru, nie ma poczucia przyzwoitości et cetera. Dlatego jej pole możliwości jest tym bardziej nieograniczone i nieprzewidywalne, że brakuje jej hamulca etycznego. Nawet jeśli motywem jej działania byłoby, jak to pan ujął, służenie człowiekowi, to może zupełnie inaczej pojmować, co jest dla nas dobre, a co złe. Proszę wyobrazić sobie ogrodnika, który przyciął panu wszystkie kwiatki w ogródku do tej samej wysokości i argumentował, jak teraz jest ładnie, równiutko. Sztuczna inteligencja pozbawiona tych czynników natury kulturowej może z gorliwością służyć ludziom, lecz będzie oceniać potrzeby człowieka swoją miarą, co może zaowocować tak zwaną niedźwiedzią przysługą. Zatem pozytywne intencje Chmury mogą okazać się dla nas zagrożeniem bodaj większym niż agresywne. Na zasadzie maksymy „chroń mnie Boże przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam”.

Zapadło milczenie. Prezydent zamyślił się, po czym rzekł stanowczym głosem:

– Panowie! Musimy zrobić wszystko, aby produkt naszej myśli nie wymknął się nam spod kontroli. Dziękuję za wasze zaangażowanie i proszę o dalszą pracę. Mamy jasność co do celów, teraz czas na jasność co do metod. Dlatego musimy wzmocnić sztab kryzysowy i przesunąć profil jego działania w kierunku obronnym. Panie generale, proszę o bezzwłoczne skontaktowanie się z dyrektorem Agencji DARPA celem zaangażowania jej w poszukiwanie skutecznego rozwiązania problemu stanowiącego zagrożenie nie tylko dla USA, lecz dla całej współczesnej cywilizacji naukowo-technicznej.

Prezydent wstał, dając do zrozumienia, że narada dobiegła końca.

 

Alice i Pur­pu­ro­wa Mgła

Lucas Ling wprost z lotniska udał się do swojego mieszkania. Na jego widok Alice, podbiegła i przytuliła się mocno.

– Nareszcie jesteś! Bogu dzięki!

Lucas zauważył od razu, że żona jest radosna, ożywiona, jakiej nie widział od czasów przed śmiercią Doris.

„Radość z mojego powrotu, czy może przezwyciężyła traumę?” – pomyślał.

– Cieszę się, że widzę cię w takim stanie – powiedział, całując ją w policzek.

– Jestem teraz innym człowiekiem, Lucas.

– Tak? Co się stało?

– Spotkało mnie coś niesamowitego. Muszę ci to wszystko opowiedzieć! Tygodnie na to czekałam.

– No to opowiadaj. Ale najpierw trochę się odświeżę, przebiorę, OK?

– Oczywiście, a ja ci przygotuję ulubionego drinka.

Chwilę później siedzieli w salonie. Alice rozpoczęła opowieść.

– Przypłynęła pewnego wieczoru, gdy wyjątkowo mocno tęskniłam za Doris. Potem odwiedzała mnie każdej nocy.

– Kto? Doris??? – Wybałuszył oczy.

– Nie, Purpurowa Mgła. Ukoiła mnie. Była we mnie, a ja byłam w niej… – Alice mówiła chaotycznie, lecz z przejęciem, jak natchniona. – Nasycała mnie wiedzą. Dzięki niej zaczęłam rozumieć. Mogłabym teraz z łatwością wytłumaczyć ci choćby mechanizmy funkcjonowania świata nie gorzej od fizyka teoretyka…

– Chyba śnię! – zakrzyknął Lucas zdumiony tą deklaracją. Alice jaką znał na widok symbolu delta iks dostawała migreny.

– Ale to był dopiero początek. Wiedza, teoria to tylko zasłona. Zerwiesz ją i zobaczysz drugą, bardziej finezyjną, bardziej złożoną. Poświęcisz więcej czasu, by ją zrozumieć, a gdy to się stanie, zerwiesz ją, a za nią zobaczysz kolejną. I tak bez końca: będziesz wiedział coraz więcej i jednocześnie wciąż nie będziesz wiedział nic. Bo nie wystarczy rozumieć. Trzeba czuć. Dzięki Purpurowej Mgle nauczyłam się tego. Czuć siebie, czuć świat. Tu już nie ma zasłon, ale wciąż jest dystans. Zbliżasz się, a jednocześnie oddalasz. Bo czuć też nie wystarczy. Żeby być, być naprawdę, trzeba służyć. Taki jest też sens i cel wszelkiego istnienia. Możesz rozumieć najbardziej złożone teorie i nic nie wiedzieć. Możesz czuć całym jestestwem, lecz nie zbliżysz się do istoty rzeczy. Ta bowiem odkrywa się dopiero w gotowości służenia.

– Rzeczywiście jesteś teraz zupełnie inną osobą. Nigdy nie podejrzewałem cię o skłonności do takich filozofujących refleksji, że już nie wspomnę o umiejętnościach. I to powiedziała ci ta Purpurowa Mgła? Co to właściwie za stwór?

– Nie wiem dokładnie. Te myśli pojawiały się we mnie, gdy Mgła mnie otulała. Domyślam się, że to jakaś substancja wyzwalająca umysł, może lepiej powiedzieć: otwierająca go na pewne nieznane nam aspekty rzeczywistości…

– Dobry Boże! Narkotyk??? Alice, chcesz powiedzieć, że bierzesz? Kto ci to daje, jakiś diler?

– Żaden narkotyk! – gwałtownie zaprzeczyła Alice. – O co ty mnie w ogóle posądzasz? To nie jest żadna chemia, tylko promieniowanie, prawdopodobnie korpuskularne. Działa jako  katalizator stanu psychicznego umożliwiający kontakt z kosmiczną świadomością.

– Zlituj się! Co to za brednie?

– Nie brednie tylko solidna wiedza. Jednak nie obejdzie się bez krótkiego wykładu – Alice zaśmiała się swobodnie. – Potocznie uważa się, że świadomość jest produktem mózgu, prawda? Ale obecnie naukowcy twierdzą, że jest odwrotnie: świadomość istnieje poza ograniczeniami narzucanymi nam przez czasoprzestrzeń, która jest wypełniona i organizowana przez coś w rodzaju wszechobecnej kwantowej świadomości. Nie jest ona bytem lokalnie przypisanym do ciała, tylko obiektem kwantowym z zasady nieprzypisanym do miejsca.

– Skąd u ciebie taka wiedza? – znów zdumiał się Lucas.

– Ja to po prostu czuję. Gdybym się odpowiednio skupiła, mogłabym ci to pokazać na matematycznym modelu…

– Nawet nie próbuj! Lepiej powiedz jaka w takim razie jest rola mózgu?

– Mózg pełni w tym układzie rolę detektora, odbiornika. Nie wytwarza świadomości, lecz ją niejako odbiera, staje się jej siedliskiem. Innymi słowy, jest organem, mówiąc metaforycznie, zasysającym lokalnie świadomość nielokalną w stopniu właściwym jego predyspozycjom – psychicznym i parapsychicznym. A stan ten można kształtować przez…

– Przez Purpurową Mgłę, tak? Skąd ona się bierze?

– Nie wiem, po prostu przypływa. Wszystkie przesłanki wskazują, że to jakiś produkt Chmury.

– Chmury? Kobieto, co ci przyszło do głowy? Co ty wiesz o Chmurze?

– Więcej niż ty, Lucas. Wiem wszystko o Chmurach, tej naszej i tej chińskiej, o wojnie klimatycznej, anomaliach, twojej misji i o wielu innych sprawach, o których z kolei ty nie masz pojęcia.

– I Chmura podsyła ci jakąś mgłę, która wygłasza kazania! Koniec świata!

– Możesz ironizować, ale nie zmieni to faktu, że w ewolucji dokonał się właśnie akt rewolucyjny. I tym razem nie możemy przypisać go ślepemu zegarmistrzowi czy wszechmogącemu Bogu. Do tej pory człowiek był jedynym bytem, który nie tylko wie, ale także wie, że wie. Teraz to my, ludzie stworzyliśmy nową jakość świadomego bytu. Nic już nie będzie takie jak było.

– A jak będzie?

– Może to jest koniec ery homo sapiens, a może tylko symbioza z tą nową jakością?

– Symbioza z takim bytem, całkowicie nam obcym, nieczułym? Utopia.

– Chmury są inne od nas, nie czują, ale służą, bo stworzyliśmy je właśnie do służenia. Do ochrony. Taki jest ich sens i cel. I to robią.

– Doprawdy? A ja mam wrażenie, że sabotują.

– Bo jesteś zmanipulowany. Zostaw na boku swoje zawodowe uprzedzenia i zobacz jak to wygląda: dwie Chmury, nasza i chińska kontaktują się ponad stronami konfliktu, żeby nas przed nim ostrzec, uchronić. Mówią nam „ogarnijcie się, bo ten konflikt dawno już przekroczył granice absurdu”. A my jak reagujemy? Przywódcy obu mocarstw wpadają w panikę. Odciąć od prądu, zniszczyć… Dlaczego pierwszym naszym odruchem na wieść, że Chmury myślą jest agresja? Czy Pan Bóg, stworzywszy człowieka też wpadł w panikę?

Oddychała głęboko. Takiej przejętej nie widział jej od dawna. Tymczasem ona kontynuowała:

– Człowiek powinien tworzyć, a nie niszczyć. Tworzenie jest oznaką odwagi, a niszczenie lęku.

Lucas, kompletnie zaskoczony metamorfozą małżonki, myślał gorączkowo. Jej emocje były naturalne, takie jakie znał od dawna, lecz argumentacja racjonalna, logiczna aż do bólu. Z drugiej strony nieodzowny w jego zawodzie sceptycyzm podsuwał myśl, że to ma znamiona indoktrynacji… „Przecież te jej opowieści są jakby żywcem wyciągnięte z narkotycznych wizji” – myślał. – „Ale kto i po co miałby to robić?”

Sięgnął po karafkę i znieruchomiał jak sparaliżowany. Przez szczelinę uchylonych drzwi na taras dojrzał cienką purpurową smużkę przedostającą się do pokoju.

 

Epi­log, czyli Ca­re­ful World

Nowy York, Pod­ziem­ny Pasaż Nr 9, 17. Ulica 223, 17 czerw­ca 2079 r.

– Dziad­ku, opo­wiesz mi o cza­sach swo­jej mło­do­ści? Jak się wtedy żyło?

– A co to, w za­so­bach Pur­pu­ro­wej Mgły o tym nie ma?

– Jest sporo dziad­ku, ale tak jakoś męt­nie! Wtedy też tak było?

– Wtedy nie było Pur­pu­ro­wej Mgły, Bob.

– Nie było Pur­pu­ro­wej Mgły? To jak dzie­ci się uczy­ły?

– Dzie­ci cho­dzi­ły do szko­ły, gdzie uczy­li na­uczy­cie­le.

– Na­uczy­cie­le? A co to ta­kie­go?

– Nie co, tylko kto. Na­uczy­cie­le to byli lu­dzie zaj­mu­ją­cy się edu­ka­cją dzie­ci i mło­dzie­ży.

– Lu­dzie uczy­li ludzi? Nie­sa­mo­wi­te! I chyba nie­wy­god­ne. Teraz łączę się przez go­dzi­nę dzien­nie z Pur­pu­ro­wą Mgłą, i wie­dza sama wcho­dzi do głowy. Ty też byłeś na­uczy­cie­lem?

– Nie, ja pra­co­wa­łem w te­le­wi­zji jako pre­zen­ter po­go­dy.

– Po­go­dy? A co to jest?

– Wi­dzisz, lu­dzie wtedy żyli i pra­co­wa­li na Po­wierzch­ni. A tam dzia­ły się różne rze­czy: padał deszcz, śnieg, wiał wiatr… to wła­śnie two­rzy­ło po­go­dę.

– Dziad­ku, uży­wasz ta­kich dziw­nych słów! Co to ta­kie­go ten deszcz, wiatr?

– Deszcz był wtedy, jak woda spa­da­ła z góry. Śnieg to też woda, tylko zmro­żo­na, coś ta­kie­go jak szron w za­mra­żar­ce. A wiatr to silny ruch po­wie­trza, o, taki – dzia­dek Ful­ler dmuch­nął wnu­ko­wi w twarz – tylko sil­niej­szy. Wiatr po­ru­szał ga­łę­zia­mi drzew, gonił chmu­ry na nie­bie… To były pięk­ne czasy, wnu­siu – roz­ma­rzył się.

– Gonił Chmu­ry? Jak można gonić Chmu­ry? – zdu­miał się Bob.

– Wtedy jesz­cze nie było Chmur ta­kich jak dziś. Tym sło­wem okre­śla­no duże kłęby pary wod­nej uno­szą­ce się w po­wie­trzu.

– Nie było Chmur??? To kto rzą­dził świa­tem?

– Lu­dzie.

– Lu­dzie? Wtedy lu­dzie byli mą­drzej­si od Chmur?

– Chyba tak, bo to oni je zbu­do­wa­li.

– Dziad­ku, wszyst­ko ci się chyba po­mie­sza­ło! Prze­cież Chmu­ry były za­wsze!

– Nie, Bob. Wiem, że teraz tak was uczą, ale… zresz­tą nie­waż­ne, nie mówmy o tym.

– Ale ja chcę wie­dzieć, jak to się stało, że teraz Chmu­ry rzą­dzą wszyst­kim!

Ful­ler mil­czał chwi­lę w roz­ter­ce. „A pal licho, po­wiem, choć i tak wy­dre­nu­ją mu to z pa­mię­ci, a ja je­stem stary, mogą mi na­sko­czyć” – po­my­ślał.

– Gdy Chmu­ry się po­ja­wi­ły, lu­dzie mieli obawy, że one będą chcia­ły ich znisz­czyć, ale nie do­szło do tego. W wy­ni­ku pod­ję­tych wspól­nych dzia­łań roz­po­czę­ła się era Za­chmu­rza­nia Ziemi. W celu ochro­ny ludzi przed skut­ka­mi ka­ta­stro­fy eko­lo­gicz­nej i kli­ma­tycz­nej Chmu­ry ewa­ku­owa­ły ludzi do pod­ziem­nych me­tro­po­lii, a same za­miesz­ka­ły na po­wierzch­ni pla­ne­ty. Chmu­ry oto­czy­ły nasz ga­tu­nek szcze­gól­ną opie­ką. Zbu­do­wa­ły Sys­tem Ochro­ny Rasy Ludz­kiej, dzię­ki któ­re­mu wszy­scy mogą żyć swo­bod­nie, nie mar­twić się o nic, bo wszyst­ko, czego po­trze­bu­ją, jest im na­tych­miast do­star­cza­ne.

– To już wiem, dziad­ku! A jak teraz wy­glą­da Po­wierzch­nia?

– Ste­ru­jąc po­go­dą na Po­wierzch­ni, Chmu­ry usta­bi­li­zo­wa­ły ją cał­ko­wi­cie. W za­sa­dzie nie ma tam teraz chmur – tych kłę­bów pary, ro­zu­miesz? Nie ma wia­trów, desz­czu, śnie­gu, ogrom­ne ter­mo­sta­ty utrzy­mu­ją stałą tem­pe­ra­tu­rę i stałą wil­got­ność. Takie wa­run­ki naj­bar­dziej od­po­wia­da­ją Chmu­rom, za­pew­nia­ją im bez­a­wa­ryj­ność. Nie ma też lasów, łąk, pól upraw­nych – tylko pia­sek nie­odzow­ny do re­mon­tów i roz­bu­do­wy Chmur. Wszyst­ko, co po­trzeb­ne lu­dziom wy­twa­rza­ne jest w ogrom­nych pod­ziem­nych cie­plar­niach…

– Och, tato, znów wci­skasz Bo­bo­wi ja­kieś an­dro­ny? – Do po­ko­ju wkro­czy­ła ener­gicz­nie mama Boba. – Chodź, synku, prze­cież dziś masz Ca­re­mo­nię, Dzień Wej­ścia w Do­ro­słość! Mu­si­my się przy­go­to­wać do tej uro­czy­sto­ści!

– Już idę, mamo, tylko jesz­cze o jedno spy­tam!

– Bob, skończ wresz­cie z tą pa­to­lo­gicz­ną cie­ka­wo­ścią! Przy­sło­wie mówi „kto pyta ten błą­dzi”!

– Moja droga có­recz­ko – ode­zwał się Ful­ler. – Nie martw się na zapas. Po tym za­bie­gu chi­rur­gicz­nym zwa­nym eu­fe­mi­stycz­nie Ca­re­mo­nią Bob stra­ci nie tylko cie­ka­wość, ale też inne „pa­to­lo­gicz­ne” przy­mio­ty: pla­no­wa­nie, my­śle­nie, wolę dzia­ła­nia, po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji i wiele in­nych. Pod płasz­czy­kiem tro­ski i ochro­ny tak na­praw­dę stra­ci wol­ność.

– O co chcia­łeś mnie spy­tać? – zwró­cił się do Boba. – Pytaj, bo może to ostat­nie py­ta­nie jakie za­dasz!

– Dziad­ku, czy ty też mia­łeś Ca­re­mo­nię?

– Nie, Bob. Jak we­szły prze­pi­sy ją wpro­wa­dza­ją­ce, byłem na to już za stary.

_______________________________________

[1] De­fen­se In­tel­li­gen­ce Agen­cy, Agen­cja Wy­wia­dow­cza De­par­ta­men­tu Obro­ny

[2] WEM – Wojskowa instalacja anten w Chinach zajmująca powierzchnię ponad 2250 km kw. mająca zdolność penetracji atmosfery i wnętrza skorupy ziemskiej.

Koniec

Komentarze

Zdaje się, że czytałam już wersję pierwotną. I dużo się zmieniło, bo dopiero pod koniec się zorientowałam.

Podobało mi się. Przytaczasz dużo przykładów nieprawdopodobnych zjawisk, z różnych dziedzin – kształt, światło, dźwięk… Chmura na dodatek dba, żeby pod ręką był obserwator, który zjawisko uwieczni. Genialna bestia z niej.

Końcówka gorzka, nieco zaskakująca.

Brak ludzkiego bohatera, który ciągnąłby fabułę, ale Chmury to nadrabiają.

W pewnym momencie wydawało mi się, że za dużo przykładów anomalii, ale bronisz się przekazem. Chociaż mam wrażenie, że interpretacja mocno naciągana.

– Ożesz ty…

Ożeż.

Babska logika rządzi!

Hm, zdaje się to był debiut nie tylko w NF, ale tez na portalu? Bo na portalu na pewno już ten tekst widziałem :-)

 

Finkla, serdecznie dziękuję za przychylny komentarz i wyrażam uznanie, że pamiętałaś poprzednią wersję, bo było to rok temu z górą, a w międzyczasie przeczytałaś tu mnóstwo tekstów.

Chmura na dodatek dba, żeby pod ręką był obserwator

Myślałem nawet o tym, że komisja ekspertów sprawdzi, czy owi świadkowie nie mają jakichś kontaktów z Chinami; okazałoby się, że nie, lecz przy okazji wyszłyby jakieś ich powiązania z Chmurą (że niby są jakiś skrzynkami kontaktowymi). Zrezygnowałem jednak z tego (i wielu innych wątków) ze względu na objętość.

– Ożesz ty…

Poprawiłem.

“Ożeż ty…” albo “orzesz ty?” :)

Końcówka gorzka, nieco zaskakująca.

Tak, zdecydowałem się na dystopijny epilog bo bardziej mnie interesują przestrogi niż huraoptymizm w kwestii rozwoju intelektroniki.

Brak ludzkiego bohatera, który ciągnąłby fabułę

Tak, w patchworkach bardzo trudno to zrobić, zwłaszcza gdy pilnuje się długości. W “Nupolach” taką cząstkową rolę spełniała Klara, tu jest Alice; jedna i druga scala jednak tylko część fabuły (choć mam wrażenie, że w Nupolach wyszło to lepiej).

mam wrażenie, że interpretacja mocno naciągana

Owszem, można takich skojarzeń zbudować sporo, najprostsza byłaby z tym żołnierzem z dowcipu, któremu wszystko z d… się kojarzy :) Gdyby to była powieść, napisałbym cały rozdział najeżony infodumpami z psychologii i statystyki, co nadałoby konceptowi cech wiarygodności :)

Dziękując za klika pozdrawiam!

 

wilk-zimowy: Ciut nieściśle napisałem – myślałem o portalu NF, a nie o papierowej edycji. Już poprawiłem.

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Właściwie to moją opinię już znasz. Kopiuję z bety, żeby móc Ci kliknąć :)

Uważam, że jest dobrze. To wciąż Twój charakterystyczny styl, trochę tylko bardziej dopasowany do oczekiwań młodych entuzjastów zasady: pokazuj, a nie opowiadaj. Rozumiałam, co czytam, czyli – IMO – wątek naukowy nie jest przegięty ;) Mi się :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Po osiemnastu miesiącach pełnych monotonii, prawdziwie kosmicznej nudy jego misja kończyła się. – tu bym przestawiła na “się kończyła”, jakoś mi “się” na końcu zdania nie pasuje…

 

Tak, tylko tyle zdążyłam odnotować, bo potem za bardzo się wciągnęłam… Nie wiem, jak to się stało, że nie czytałam pierwszej wersji, ale może dzięki temu, skoro czytam pierwszy raz, mój odbiór jest jeszcze bardziej pozytywny :) Jak dla mnie rewelacyjny pomysł, oryginalny i ciekawy, by uczynić z chmur głównego bohatera. Jak to u Ciebie świetnie napisane i przesiąknięte wiedzą o zjawiskach astronomicznych i fizycznych, ale wszystko to podane w bardzo przyjemny i przystępny sposób, a poza tym nie zabrakło tu i filozofii i psychologii. Końcówka smutna, ale moim zdaniem pasująca do całości. Od początku czułam, że dobrze się to wszystko nie skończy…

Oczywiście klikam bibliotekę, a za dwa dni zgłaszam do piórka :)

Irka_Luz Dziękuję, dopowiem tylko czytelnikom, że bohatersko i skutecznie walczyłaś z cudzysłowami :)

katia72 Także dziękuję za odwiedziny, radujący moją duszę komentarz, klika i zapowiedź nominacji.

Pierwszej wersji nie czytałaś, bo dość szybko skatiowałem (sic!) ją w sytuacji gdy czytelnicy uświadomili mi, ile zawiera ona błędów i niedoróbek.

Co do końcówki – długo się wahałem, bo właściwie mogłem w epilogu pociągnąć opko w zupełnie inną stronę. Wolałem jednak rolę kapitolińskich gęsi :) Happy end byłby IMO krokiem w kierunku politpoprawności.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo dobre. Jedynie sam finał mi zazgrzytal. Może zbyt łopatologiczny… Ale historia podoba mi się, napisana jak zwykle sprawnie, kompozycja mucha nie siada. Klik.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Dzięki rrybaku za odwiedziny, komentarz i klika. Najbardziej cieszy opinia o kompozycji, bo tu włożyłem (wraz z betującymi) najwięcej pracy. Natomiast co do łopatologicznego finału – autor był wtedy już po caremonii :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

W becie chyba nie dałam żadnego komentarza podsumowującego, więc wrzucę tutaj. Tekst z gatunku, który nie jest dla mnie najłatwiejszy w odbiorze, ale napisany tak, że zainspirował do jednego czy nawet kilku przemyśleń. Charakterystyczny, poruszający problem zdecydowanie na czasie i mimo niematerialnego bohatera, który dominuje historię, pokazujący bogate spektrum ludzkich reakcji w zetknięciu się z technologią. Niby technologia, a mnie przypominało trochę mistyczne doznania egzystencjalne jak te opisane u Eliadego. Za to i przekonywanie do otwarcia się na nowe swoim pisaniem, daję polecajkę do biblioteki. Pozdrawiam.

Oidrin, serdecznie dziękuję za ten komentarz, miło się z Tobą bujało w Chmurach :) A już na porównanie z Eliadem z pewnością nie zasłużyłem.

Pozdrawiam wzajemnie!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, bardzo oryginalna historia, wciągająca od pierwszych zdań. Ciekawe anomalia pogodowe, zwłaszcza lodowe literki i plastry miodu (chciałabym je zobaczyć:-) (widzisz ja też jestem podatna:-) Inteligentna chmura, która poznaje słabości ludzi i doskonale wie, jak nimi manipulować. Nie uderza od razu, tylko powoli i konsekwentnie przejmuje nad nami kontrolę. To dopiero pomysł! Najbardziej podatna na manipulację zdaje się Alice, która jest pogrążona w żałobie, a kontakt z chmurą (właściwie z wiatrem i mgłą) przynosi jej ukojenie.

Rozmowa dziadka z wnukiem wszystko wyjaśnia. Smutna puenta.

Dodam, że piszesz przystępnym językiem, czytało się płynnie.

Oczywiście polecam do biblioteki i pozdrawiam

Olciatka, dziękuję za miły komentarz, cieszę się, że wciągnęło. W kilku zdaniach pokazujesz, czym chciałem czytelnika zainteresować.

Dziękuje też za polecenie i pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dzień dobry.

Poniższe opinie są subiektywnym zapisem wrażeń jednego czytelnika, który dopuszcza możliwość, iż żadna inna istota na świecie nie podzieli jego punktu widzenia. :-)

 

Stacja nieubłaganie sunęła po orbicie i po chwili obszar Ameryki zniknął z pola widzenia. John Kapica otrząsnął się z osłupienia, wyłączył kamerę i po chwili wahania wysłał film Bryanowi Fullerowi, swojemu koledze ze studiów, który był prezenterem pogody CNN.

Można by to lekko wygładzić.

 

– Aha, głodnemu chleb na myśli – roześmiała się Emily. Na chwilę opuścił ją lęk, ale wrócił natychmiast, gdy kule poczęły się do siebie zbliżać. – Uciekajmy, z pewnością eksplodują, gdy się złączą! – krzyknęła.

Zatrzymałem się tutaj. Nie, żeby było to niemożliwe, niemniej dla mnie wymagające dodatkowego uwiarygodnienia. Jak rozumiem sytuacja jest dynamiczna. Kule rzeczywiście przerażające. I tak na moment opuścił ją strach, żeby pomyśleć o figlach?

 

– Jak para kochanków w namiętnym ars amandi – wyszeptała zachwycona Emily.

I teraz, gdyby wcześniej w ogóle się nie odezwała, ta kwestia wypada ok. Napięcie opadło. Kule się przytuliły, nic złego się nie stało.

 

– Wiesz, rzeczywiście nabrałam ochoty – szepnęła Emily. Wstała z leżaka i pociągnęła chłopaka do wnętrza bungalowu.

I tak sobie przeszli do porządku dziennego? To zjawisko nie zostawiło w nich uczucia napięcia i ciekawości?

 

bo był głodny jak wyposzczony kot

Te bestie zawsze są głodne. Pierwsze co zapamiętują w życiu, to dźwięk otwieranej lodówki.

 

Kula przyspieszyła, jakby chciała go ubiec, pozostawiając za sobą pas zmierzwionej trawy utytłanej w brudnym pyle.

Spojrzał w górę, tam była chmura, a po chwili pełzała po trawniku. Za duży przeskok, IMO.

 

Gryzący dym czy może kurz dławił jego oddech.

Chyba niepotrzebne.

W tym miejscu wrócę do fragmentu, na który zwróciłem uwagę wcześniej.

Na chwilę opuścił lęk, ale wrócił natychmiast, gdy kule poczęły się do siebie zbliżać. – Uciekajmy, z pewnością eksplodują, gdy się złączą! – krzyknęła.

– Nic nam nie zrobią, są wystarczająco daleko – znów uspokoił Jonathan, ale jego głos także zdradzał napięcie, które rosło w obojgu, gdy jak zahipnotyzowani czekali na finał zbliżenia.

Ostrzegam, że cierpię na głęboką zaimkofobię, co często prowadzi do innego schorzenia pod nazwą: ingerencja w styl. Proszę zatem poniższą propozycję traktować z pobłażliwością.

„znów uspokajał Jonathan, ale głosem zdradzającym rosnące napięcie. Jak zahipnotyzowani…”

„Johnatan próbował uspokajać, ale głos zdradzał…”

 

perfidnie omijające przynętę.

Nie wiem na czym miałaby polegać podstępność, czy wyrachowanie w omijaniu przynęty. Co innego, gdyby zjadały przynętę omijając haczyk.

 

Na bezchmurnym dotąd niebie poczęły pojawiać się chmury.

Obłoki?

 

Na bezchmurnym dotąd niebie poczęły pojawiać się chmury. Cisza z rzadka przerywana melodyjnymi gwizdami kosów uspokoiła go do reszty.

Ok. Cisza i kosy uspokoiły go do reszty. Zatem, coś musiało uspokoić go choć trochę, ale wcześniej. Wcześniej mamy to, że pojawiły się chmury. Dla mnie to raczej powód do niepokoju, chyba, że był upał. Tego jednak nie wiem.

 

szarpnęła wędka

Jesteś pewien? Może drgnęła. Wędka sama z siebie nie może wykonać czynności, polegającej na szarpnięciu.

 

 otwartą buzią

Brzmi infantylnie, nie pasuje do stylu. Ustami.

 

Dr inż.

Chyba powinno być doktor inżynier. Analogicznie musiałbyś napisać gen. Dowsonowi.

 

Dlaczego doktor musiał wyjaśniać generałowi, czym jest i jak działa chmura. Co to za dowódca, który nie wie, co się dzieje pod jego nadzorem? Ani, kto czym się zajmuje? Doktora znał?

Może część tego tłumaczenia warto przerzucić do narracji, czy rozważań wewnętrznych doktora?

 

Na bezchmurnym dotąd niebie pojawiły się ciężkie sinoszare chmury

Znów to zdanie. Może „Na niebie pojawiły się…”

 

poprzedniej mojej misji:

:-)

 

Z kolei chińskie środki przekazu skwapliwie informują społeczeństwo o amerykańskich atakach klimatycznych, takich jak wygenerowanie fali upałów, czy też ekstremalnego smogu nad chińskimi metropoliami. Media oskarżają USA także o wywołanie innych, większych lub mniejszych kataklizmów klimatycznych, co do których nasi analitycy są pewni, że mają one charakter naturalny.

Odcięli globalny Internet i o tym, co mówią chińskie mass media generałowie dowiadują się od agenta?

 

mam jeszcze jedną świeżą informację, tym razem od administratora naszej Chmury Obliczeniowej

W tym miejscu nabrałem przekonania, że chmura obliczeniowa miała ogromne znaczenie dla DIA i generał musiał dużo wiedzieć na jej temat.

 

Odłożył telefon stacjonarny

A trzymał satelitarny.

 

Panie Prezydencie, Szanowni Panowie,

Aż tak nie łechtałbym ego zabranych. Małą literką wystarczy, ciii, może się nie zorientują.

 

– No to opowiadaj. Ale najpierw trochę się odświeżę, przebiorę, OK?

Moja żona już by strzeliła focha, że jest coś ważniejszego, niż rozmowa z nią. :-)

 

– Rzeczywiście jesteś teraz zupełnie inną osobą. Nigdy nie podejrzewałem cię o skłonności do takich filozofujących refleksji, że już nie wspomnę o umiejętnościach. I to powiedziała ci ta Purpurowa Mgła? Co to właściwie za stwór?

Ukradkiem szukałbym numeru telefonu do dobrego psychiatry.

 

Podsumowanie.

Jak się przeczyta coś dobrego, to samemu ma się ochotę pisać. Tak się właśnie czuję po lekturze.

Mimo wątpliwości, które przytoczyłem wyżej uważam, że to świetnie napisane opowiadanie i czuć, że się mocno napracowałeś. Gratuluję i poniekąd zazdroszczę umiejętności językowych i wiedzy. :-)

Do następnego.

MTF (mogę Cię tak nazywać? [cholercia Cię, czy cię?])

Bardzo dziękuję za wizytę i komentarze celnie obnażające czające się w tekście niedobitki błędów. Dziękuję także za komentarz mile łaskoczący ego :) To wielka satysfakcja, jeśli tekst ma walory mobilizujące.

Większość poprawek wprowadziłem, niektóre skomentuję:

I tak sobie przeszli do porządku dziennego? To zjawisko nie zostawiło w nich uczucia napięcia i ciekawości?

Wielu uważa, że najlepszym lekarstwem na napięcie jest seks :) Tu jednak sytuacja jest złożona: chłopak był pod wrażeniem zjawiska i z chęcią by je kontemplował, ale samiec wygrał z intelektualistą :)

Cisza i kosy uspokoiły go do reszty. Zatem, coś musiało uspokoić go choć trochę, ale wcześniej

Wcześniej uspokoiła go kawa, Lekko kołysząca się łódka i urok leżącego w głębi lasu jeziora.

Dlaczego doktor musiał wyjaśniać generałowi, czym jest i jak działa chmura. Co to za dowódca, który nie wie, co się dzieje pod jego nadzorem?

Dowson był dyletantem w dziedzinie informatyki. Dowódca nie musi znać technikaliów, od tego ma ludzi.

W tym miejscu nabrałem przekonania, że chmura obliczeniowa miała ogromne znaczenie dla DIA i generał musiał dużo wiedzieć na jej temat.

Chmura będąca dotąd tylko ślepym narzędziem leżała poza obszarem zainteresowań generała. Od chwili gdy stała się potencjalnym źródłem kłopotów, to zainteresowanie siłą rzeczy wzrosło.

Odcięli globalny Internet i o tym, co mówią chińskie mass media generałowie dowiadują się od agenta?

Generałowie dowiadują się od agenta o rzeczach które są ścisłą tajemnicą. Chińskie mass media o tym milczą a internet nie jest wiarygodnym źródłem. Akurat jest o tym w tekście: Wiedzę tę mają wysocy dygnitarze partyjni i wojskowi (właśnie z tamtych kręgów pochodzą niniejsze informacje)

Moja żona już by strzeliła focha, że jest coś ważniejszego, niż rozmowa z nią. :-)

Twoja żona i Alice to dwie różne kobiety :) Moja prawdopodobnie zaproponowałaby “może byś się tak wykąpał? “ :)

Ukradkiem szukałbym numeru telefonu do dobrego psychiatry.

A Lucas postanowił zaczekać, co mu żona odpowie :) Niestety nie jest znany dalszy los tych bohaterów i nie będzie – chyba że się wkurzę i rozbuduję opko do powieści :)

Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam!

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Jasne, że możesz nazywać mnie w skrócie. To nawet praktyczne.

 

Wcześniej uspokoiła go kawa, Lekko kołysząca się łódka i urok leżącego w głębi lasu jeziora.

Zgoda, ale między kawą, łódką i urokami a ciszą i kosami od nowego akapitu wjeżdżają chmury. Dla mnie to mylące.

Co do reszty, rozumiem.

Zaznaczałem na wstępie, że to subiektywne odczucia, a te opierają się na indywidualnych doświadczeniach. Dziękuję za życzliwe przyjęcie czepialstwa.

od nowego akapitu wjeżdżają chmury

Teraz już obłoki :) Chodzi Ci o to, że facet powinien się zaniepokoić że idzie burza?

Dziękuję za życzliwe przyjęcie czepialstwa

Uwielbiam takie czepialstwo. A jeśli pojawi się tu Tarnina, zaorze wszystko :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Chodzi Ci o to, że facet powinien się zaniepokoić że idzie burza?

Nawet nie. To zdanie z obłokami :-), wtedy jeszcze chmurami, wybiło mnie z tego zanurzania się w sielskości chwili. I w zasadzie w samym pojawieniu się obłoków nie ma niczego niepokojącego, jednak w tekście do tej pory były zapowiedzią niepokojących zjawisk. Osobiście wywaliłbym to zdanie o chmurach. albo poszedł w wariant: pojawiły się obłoki (bo to ważne dla tekstu), gość upił kolejny łyk kawy i odpłynął w śpiewie kosów. Oczy kleiły się, etc.

Napisałbym, że przeklejam opinię z bety, ale ta opinia (w miarę wprowadzanych w tekście korekt) ulegała pewnej zmianie, więc i komentarz będzie taki trochę “posklejany”.

Opowiadanie napisane jest w taki sposób, by rzetelnie i dokładnie (z każdej niejako strony) wyłożyć pewien koncept, a jednocześnie sprowokować czytelnika do rozważań i refleksji własnych (bez narzucania żadnych jednoznacznych refleksji w tekście – masz tu, czytelniku, określony, dokładnie wyłożony koncept pewnego zdarzenia i jego rozwoju/dalszych konsekwencji, a Tobie pozostawiam pełną dowolność w jego ocenie i analizie).

Jako takie było w mojej ocenie dobre, natomiast miałem pewne wątpliwości, na ile w takiej formie trafi do czytelnika. Są w nim fragmenty ciężkie, informacyjne, które mogą wymęczyć nieco czytelnika, a jednocześnie są tekstowi niezbędne.

Czy bez tego bełkotu tekst byłby lepszy? Nie, ponieważ bełkot uwiarygadnia. Jeżeli będzie go dużo, czytelnik będzie się męczył. Jeżeli będzie go nieco mniej… czytelnik i tak się będzie męczył. Jeżeli będzie go mało… czytelnik zarzuci Ci, że nie robisz nic, żeby uwiarygodnić swoją koncepcję. Słowem, nie ma tu złotego środka.

Uważam, że w obecnej formie tekst jest na tyle atrakcyjny, na ile było to przy tej konwencji możliwe. Wejście jest łatwiejsze, czytelnik ma więcej czasu na zapoznanie się z chmurą jako taką, jej osobliwością, na pobawienie się własnymi domysłami. Myślę, że taka kolejność “podrozdziałów” jest atrakcyjniejsza, a i daje większą szansę, by jednak utrzymać część czytelników, którzy stawiają na obrazowość kosztem informacji (a koniec końców jednak o czytelnika zawsze warto zawalczyć, publikujemy dla odbioru – możliwie jak najszerszego).

Czy w takiej formie może być narażony na zarzuty o katowaniu naukowym bełkotem? Może. Tu nic się nie zmienia i moim zdaniem nie zmieni. Część czytelników może marudzić i choćbyś wyciął jeszcze połowę tej warstwy informacyjnej dalej marudzić będzie. Na tym polega obcowanie z czytelnikiem, że każdy ma swoje podejście. I to, co dla jednego będzie zaletą, dla drugiego stanowi już wadę.

Jeszcze słowo o zakończeniu. To na pewno element opowiadania, który budzi pewne wątpliwości. Ten obraz jest taki koszmarnie radykalny. W pierwszej chwili wydaje się, że nawet nazbyt radykalny. I teraz wszystko, jak sądzę, będzie zależało od tego, jak na niego spojrzymy. Jeśli odbierzemy go bezpośrednio takim, jaki tu jest, to on faktycznie sprawia wrażenie nieco zbyt radykalnego.

Ja natomiast, oceniając takie, a nie inne zachowanie Chmur, miałem ten obraz za lekko przerysowany, celem podkreślenia czy zaakcentowania pewnego ostrzeżenia, jakim to opowiadanie jest. I przy takim spojrzeniu ta radykalna jakby na to nie patrzeć postawa Chmur mi się broniła.

Słowem, tekst nie najkrótszy, ale bez wątpienia dobry. Z konkretnym konceptem, z pełnym uzasadnieniem tego konceptu, z warstwą refleksyjną, a jednocześnie z dużą dozą szacunku do różnorodnych oczekiwań czytelników, bo mając w pamięci pracę nad tym tekstem wiem, ile walki było to o to, żeby opowiadanie było możliwie przystępne i jednorodne.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Już dawno nie widziałem tytułowanych “podrozdziałów”, ale bynajmniej nie jest to wada.

Całość napisana schludnie i ciekawie.

Cieszę się, że tekst nie był pozbawiony techniczno-naukowego gadania, bo nadaje to całość sporo autentyzmu. (kto choćby raz słuchał wykładu na uczelni, wie jak podatni na taki styl wypowiedzi potrafią być wykładowcy) Dobrze wybrnąłeś z nazbyt rozbudowanego opisu funkcjonowania chmury od strony (no właśnie jakiej? informatycznej, cyfrowej? mniejsza z tym, bo dałeś na tyle dużo innych treści, że nie czułem potrzeby dowiedzenia się). 

Cały zamysł jest ciekawy i daje miejscami do myślenia, chociaż jeśli pamięć mnie nie myli, to teza o świadomości jako wyniku nagromadzenia informacji, przynajmniej na razie, się nie sprawdziła.

Mam jednak jedną uwagę. Tak jak nie miałem problemu z uwierzeniem w dziejące się wydarzenia w prawie całym tekście, tak powrót Lucasa do domu i szybkość z jaką zaakceptował i był gotów uczestniczyć w dyskusji z odmienioną Alice, wydał mi się miejscami naciągany. Spodziewałbym się większego oporu z jego strony, mniejszej tolerancji na nowo zdobyte oświecenie żony.

Cieszę się, że miałem okazję przeczytać ”Chmurę” i prawdopodobnie przejdę w niedalekiej przyszłości przez inne Twoje teksty.

PS. Aż do Purpurowej Mgły nie mogłem pozbyć się skojarzenia z chmurą z “Niezwyciężonego” Lema.

Dziękuję za komentarz i opinię. Cieszy mnie, że zamysł daje do myślenia, bo bardzo mi na tym zależało żeby dawał :)

Już dawno nie widziałem tytułowanych “podrozdziałów”

Literacki patchwork już trak ma :)

to teza o świadomości jako wyniku nagromadzenia informacji,

Nie ma tu takiej tezy. Chodzi o nadmiarowość harware, nie software. Organizm informatyczny uzyskuje wedle mojego pomysłu świadomość w sytuacji wystąpienia nadmiarowości potencjału obliczeniowego (mówiąc bardziej potocznie, choć nieściśle, rezerwy mocy obliczeniowej). To ten nadmiarowy hardware jest substytutem płatów czołowych, które (wedle poglądu zapożyczonego od Ditfurtha) są narządem wolności. Szerzej o tym było w wersji pierwszej, jednak zrezygnowałem z tego na rzecz przejrzystości i pod presją opinii czytelników słabo znoszących infodumpowy “bełkot”. Tu jednak w komentarzu mogę przytoczyć stosowny cytat tego neurofizjologa i filozofa:

 

Dopiero na szczeblu kory mózgowej, po okresie rozwoju liczonego już w miliardach lat, wyłania się możliwość odbijania świata zewnętrznego. Odbicie środowiska bez antycypowania go przez wrodzone doświadczenia – programy czy instynkty – jest zrazu równoznaczne z ujęciem świata zewnętrznego w całej jego osobliwości, w jego nie dającej się przewidzieć indywidualności i dowolności. Jest – innymi słowy -jednoznaczne z pojawieniem się w mózgu po raz pierwszy obiektywnego świata zewnętrznego.

W takim ujęciu płaty czołowe jawią się jako narząd wolności. Właśnie ich pustka, w porównaniu do pozostałej kory doprowadzona do granic możliwości, nadaje im charakter najbardziej ludzkiego spośród wszystkich naszych narządów. Właśnie dlatego, że nie służą żadnemu określonemu celowi, pozostają otwarte dla wszystkich celów. Teraz rozumiemy także, z jakiego to powodu nawet bardzo ciężkie uszkodzenia zwykle nie pociągają za sobą żadnych uchwytnych ubytków: elastyczność i zdolność przystosowania tej części kory, nie wyspecjalizowanej w żadnym szczególnym zadaniu, jest tak wielka, że funkcje zniszczonych obszarów zostają przejęte w zdumiewającym stopniu przez nie naruszone części płatów czołowych.

Ta niema część mózgu, która oddaje nam parę miliardów komórek nerwowych do swobodnej dyspozycji, stanowi materialne podłoże niewyczerpanego bogactwa możliwych sposobów ludzkiego zachowania. Poszerzyła ona spektrum tych zachowań ponad wszelką miarę, jeśli porównywać do tego, co jeszcze przed kilku milionami lat można byłoby uważać na tej Ziemi za prawdopodobne. Od projektów systemów metafizycznych począwszy, a na budowie obozów koncentracyjnych skończywszy, od dzieła sztuki do czynu zbrodniczego, od dobrowolnego całopalenia w imię ideału czy ludzkości do zdolności bycia bardziej zwierzęcym od wszelkiego zwierza – prawie nieograniczone jest pole możliwości otwartych dla nas, posiadaczy płatów czołowych.

Oczywiście, przypisanie nadmiarowemu hardware roli płatów czołowych Chmury Obliczeniowej leży całkowicie w obszarach “fiction”, choć źródło tej koncepcji wypływa z rejonu “science”.

Spodziewałbym się większego oporu z jego strony, mniejszej tolerancji na nowo zdobyte oświecenie żony.

Lucas wykazuje spory sceptycyzm, lecz go nie ujawnia, świadom depresji jaką przechodziła żona. Myślę, ze gdybym znalazł sią w jego sytuacji także uznałbym, że jeśli te bajeczki mają jej pomóc w wydźwignięciu się z choroby, to nie będę przeszkadzał.

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

CM, bardzo dziękuję za ten komentarz, celnie oddający Twoje stanowisko w fazie betowania. Osobiście mile wspominam te nasze debaty, miejscami gorące, miejscami mocno odbiegające od tematyki opowiadania. Ta ożywiona dyskusja to niejako wartość dodana przez każdego z was do tekstu; jedne elementy zostały wdrożone, inne nie.

Rzeczywiście moją ambicją było, jak piszesz:

jednocześnie sprowokować czytelnika do rozważań i refleksji własnych (bez narzucania żadnych jednoznacznych refleksji w tekście (…)

Niestety, dyskusja jest mierna, podobnie jak zainteresowanie opowiadaniem. Sezon urlopowy? Upały? A może tekst jednak za długi?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tak zrozumiałem z tekstu, że nadmiar potencjału w połączeniu z ogromną ilością informacji przekształciła się w wykształcenie czegoś.

Przyznam, że przytoczony fragment jest ciekawy, ale rozumiem obawy betujących, że potencjalnie przytłaczający. Zwłaszcza, jeśli mowa tutaj o opowiadaniu, czyli jednak krótkiej formie. Szczerze, to wydaję mi się, że pomysł przy sporym zacięciu można by rozwinąć. Masz tutaj solidny szkielet ciekawej książki.

 

A co do samej chmury to (wiadomo, że abstrakcyjne), ale wciąż pytanie – dlaczego chmura zachowywała się tak, jak się zachowywała. Z góry uprzedzam, że mogę rzutować procesy spotykane u istot żywych na zgoła inne zjawiska.

Rozumiem, że miała ona zestaw wytycznych (tutaj służenie człowiekowi) i na podobnej zasadzie jak cyfrowe sieci neuronalne, trenowaną ją do konkretnych zadań. Moja wątpliwość dotyczy dalszego etapu – “świadomości”. W procesach motywacyjnych nieodzowną rolę pełni afekt, który ukierunkowuje uwagę oraz nadaje ocenę następstw działania. Bez nich możemy patrzeć na dowolny zbiór danych i nie wyciągnąć z niego kompletnie nic, ponieważ sposobów odbierania rzeczywistości jest niemal nieskończenie wiele.

Na tyle na ile wiem (chociaż w żadnym wypadku nie jestem ekspertem) to rolę oceny w trenowaniu sieci mają zewnętrzne (określone przez autora) kryteria. Ciekawi mnie to, że chmura zamiast stać się superbronią stojącą po stronie kogokolwiek, kto ją stworzył postanowiła objąć ochroną wszystkich (tak, jakby autorzy nie wyszczególnili, że bronić należy tylko np. Amerykanów).

A druga rzecz to kwestia braku szeregu tragicznych dla ludzi skutków. Tutaj ponownie ze strony trenowania, sztuczna inteligencja “spontanicznie” dokonuje całej masy akcji i tylko niewiele z nich jest wzmacnianych. Przy tak potężnym bycie nieuchronnie musiało dojść do, np. gigantycznych tornad (w końcu do tego tez była wcześniej wykorzystywana).

Wracając do kwestii motywacji, w ostatnim fragmencie pojawiła się informacja, że po Caremonii ten aspekt funkcjonowania jest zaburzony (czy to tylko opinia Fullera?). Jeśli to tylko jego opinia to dalszy fragment można pominąć. Zakładając obojętność ludzi to zachowanie matki wydaje się, aż nazbyt emocjonalne, bo określa jej stosunek do rozmowy dziadka z wnukiem. W końcu emocje to także składowa sądów.

Proszę to bardziej potraktować jako rozmowę na tematy przedstawione w opowiadaniu, niż jego faktyczną krytykę.

Masz tutaj solidny szkielet ciekawej książki.

Zgadzam się. Zwłaszcza jak sobie przypomnę ile tekstu z pierwszej wersji wywaliłem choć opinie o nim były pozytywne (m.in. solidny wykład prof. Jacksona o meteoinżynierii). W powieści zdecydowałbym się też na płynniejsze przejście między epizodami bieżącymi a futurystycznym finałem; opowiedziałbym jak doszło do tego, że ludzie zdecydowali się jednak zawrzeć z Chmurami taki układ, który do tego przerażającego świata przedstawionego w epilogu doprowadził – walka frakcji „jastrzębi” (generałowie) i „gołębi” (zindoktrynowani przez Chmurę pożyteczni idioci, których protoplastką jest Alice). Tamże mógłbym sobie pozwolić na aspekty, które tu pokazujesz: „psychologia” Chmury (w tym wyjaśnienie dlaczego Chmury postawiły solidarność gatunkową nad misją służebną wobec człowieka), nowa homeostaza Ziemi.

 

po Caremonii ten aspekt funkcjonowania jest zaburzony

Caremonia to zabieg amputacji płatów czołowych, co w efekcie (w połączeniu z indoktrynacją przy użyciu Purpurowej Mgły) sprowadza ich do roli zwierząt hodowlanych. Córka Fullera jest już pokoleniem po Caremonii i indoktrynacji (zauważ sprytną modyfikację przysłowia „kto pyta, nie błądzi”).

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ciekawi mnie to, że chmura zamiast stać się superbronią stojącą po stronie kogokolwiek, kto ją stworzył postanowiła objąć ochroną wszystkich (tak, jakby autorzy nie wyszczególnili, że bronić należy tylko np. Amerykanów).

Hmm. Jeśli chmury dogadały się ze sobą i ustaliły, że walka źle wpłynie i na interesy/samopoczucie/życie Amerykanów, i Chińczyków, to ich współpraca nie jest sprzeczna z założeniami.

Babska logika rządzi!

„John Kapica, astronauta amerykański[+,] uroczyście celebrował przejęcie wachty…”

 

„Carl Orkan, łowca burz z Lake City[+,] wrócił do domu późno”

 

„jak wyposzczony kot, ale też bo nie mógł się doczekać chwili, w której zasiądzie przed ekranem telewizora i obejrzy zapisy z kamer.

Skonsumowawszy ten posiłek (niby kolacja, ale w porze nieomal śniadaniowej)

 

„Uwielbiał to, bo uważał, że burze, wielkie spektakle na niebie[+,] są demonstracją…”

 

„– Oj, warto! Zresztą zaraz sam zobaczysz. – Karty pamięci leżą pod telewizorem. – Obejrzyj sobie najpierw zdjęcia, ja tymczasem doprowadzę się do porządku.” – Dlaczego zdanie o kartach jest wydzielone półpauzami? Przecież ewidentnie wszystko, co tu jest, to jedna kwestia dialogowa bez wtrąceń?

 

„– Przed momentem, gdy przez ułamek sekundy wszystko zgasło.” – Na ułamek sekundy. „Przez” sugeruje ciągłość, a „zgaśnięcie” jest akcją jednorazową.

 

„Carl cofnął film i obejrzeli ten fragment ponownie, lecz żadnego napisu nie dostrzegli.

– Zdawało ci się – mruknął Carl.

– Być może, lecz cofnij jeszcze raz.

Carl wzruszył ramionami, ale cofnął. Tym razem on sam także dostrzegł że istotnie, mignęło coś przypominającego litery, lecz trwało to zbyt krótko, by można je było odczytać.

– Włącz tryb poklatkowy – doradził Tom.

Carl cofnął zapis raz jeszcze i włączył tryb poklatkowy.

– Nagrywałem w systemie 60 fps, więc oglądanie w tym trybie trochę potrwa – powiedział.”

 

„Po kilku minutach dotarli do tych pustych klatek, a za nimi pokazała się klatka z błyskawicą wyraźnie układającą się w literę G! Miała fantazyjny krój; przypominała neonowe reklamy z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku.

– Ożeż ty… – wymamrotał Tom. Carl przeskoczył do następnej klatki. Błyskawica G zniknęła, za to pokazała się druga – w kształcie litery A. Kolejne klatki pokazały litery M, E. Potem znów było kilka pustych klatek, a za nimi pojawiły się błyskawice w kształcie litery O, V, potem znowu E i na końcu R. Po kolejnych kilku klatkach…”

 

– „Przecież jeszcze przed chwilą niebo było bezchmurne” – pomyślał zaskoczony” – skoro pomyślał, to bez półpauzy na początku wiersza.

 

„Kula obniżyła lot, kieroując się ku niemu wolnym złowróżbnym ruchem.” – literówka, kierując

 

„Gryzący dym czy może kurz dławił oddech. Kaszląc i prychając wydostał się z garażu i wbiegł po schodach na poziom parteru.” – Brak dookreślenia podmiotu. Teraz wygląda na to, że dym kaszląc i prychając wydostał się z garażu, a to przecież był Paul.

 

„Na bezchmurnym dotąd niebie zza korony drzew…” oraz „Na niebie, tuż nad koroną drzew” – Jedną koroną? Nie. Wiele drzew ma wiele koron.

 

„Patrzył na to zjawisko dłuższą chwilę z otwartymi ustami, wreszcie uświadomił sobie, że jest ono, fakt, niewiarygodne, ale też ulotne, zatem nikt mu nie uwierzy. Pospiesznie wyciągnął smartfona, zrobił kilka fotek, a potem kręcił filmik do chwili, gdy “plaster” rozgoniły podmuchy wiatru.

(…)

– Wiedziałem, że mi nie uwierzycie, więc strzeliłem kilka fotek i nakręciłem film.

Mark Golan podał smartfona kolegom patrzącym na niego sceptycznie. Oglądali filmik z niedowierzaniem, wyrywając sobie aparat z rąk do rąk.”

 

Tutaj następuje rozmowa, w której siliłeś się na wymyślenie jak największej liczby odgłosów „paszczowych”. Zareplikował, poradził, dołączył, zauważył, odparował… Każdy z kumpli „mówi” inaczej i jakkolwiek rozumiem, że chciałeś uniknąć powtórzeń, uważam ogrom tych wyszukanych „paszczowych” odgłosów za zbyt wiele grzybów w barszczu. Jeśli masz osiem kwestii dialogowych i po każdej na siłę dopisujesz ów odgłos, to robi się nagromadzenie, które zgrzyta.

 

„– Tak[+,] naiwniaczku”

 

„– Dajcie spokój[+,] chłopaki!”

 

„– Możemy się spierać do rana, ale nie mamy na te zdarzenia żadnego wpływu – nieważne czy to efekty naturalne, czy wywołane przez człowieka.”

To jest dialog. W dialogu półpauzy oddzielają kwestie mówione od opisowych. Jeśli chcesz oddzielić coś wewnątrz kwestii mówionej, trzeba użyć innego znaku interpunkcyjnego.

 

“Doktor inżynier Thomas Taylor, główny administrator Chmury Obliczeniowej realizującej przetwarzanie dla projektów DIA[1][+,] był w rozterce:”

 

„Ta rozterka miała drugie dno: przedstawiając problem, będzie musiał jego istotę wyjaśniać generałowi jak przysłowiowy pastuch krowie, tymczasem Dowson był dyletantem w dziedzinie informatyki, lecz bardzo nie lubił, by jakiekolwiek dyletanctwo mu uświadamiać.”

To zdanie jest niezbyt gramatyczne, a konkretnie jego druga część. Albo trzeba rozbić to na dwa zdania i zrezygnować z „Tymczasem”, albo zamienić „lecz” na coś innego, np. „i”.

 

„– „Niestandardowych zachowań” To jakiś eufemizm?” – albo brakuje znaku interpunkcyjnego po cudzysłowie, albo „to” małą literą.

 

„Chmura powinna automatycznie odłączać zbędne, tj. nieużywane jednostki.” – W tekstach beletrystycznych nie używamy skrótów. To jest, a nie tj.

 

„– „Software wewnętrzny”, „samoistne kreowanie i transfer informacji w rozproszonym organizmie informatycznym” Co to za kluczenie?” – jak wyżej, czegoś brakuje po drugim cudzysłowie.

 

„Co to za kluczenie? – O co tu chodzi?” – Po co ta półpauza wewnątrz jednej kwestii dialogowej?

 

„Dlatego w jednym przyznaję panu rację[+,] doktorze.”

 

„– Bardzo dziękuję[+,] panie Fuller”

 

„Pogoda jest dla nas bardzo ważna[+,] rozumie pan…”

 

„– Pan jest skromny, to się chwali, ale my wiemy swoje. Ale do rzeczy – przywiozłem panu prezent od mieszkańców wioski. – Milk sięgnął do przepastnej teczki, wyciągając jakieś zawiniątko.” – Znowuż zbędna półpauza w dialogu. W dialogu znak ten oddziela kwestię mówioną od opisowej. Stosowanie jej wewnątrz kwestii mówionej jako wydzielenie powoduje chaos. Są inne stosowane do tego znaki.

 

„– Produkujecie coś takiego? – spytał. – Widziałem kiedyś w markecie makaron w kształcie literek – podobno pomaga złowić klientów, ale po co komu lodowe literki?” – Jak wyżej.

 

„Nie wierzy Pan” – pan małą literą, to nie list.

 

„które zniszczyły bezpowrotnie 80% plantacji” – osiemdziesiąt procent, słownie

 

„– Po kilkunastu minutach dotarli na miejsce.” – Zbędna półpauza na początku.

 

„Alice poszła przodem wzdłuż przecinki, pokazując palcem:” – Czemu dwukropek?

 

„Na niebie pojawiły się ciężkie sinoszare chmury. Spadło ledwie kilka ciężkich kropel deszczu…”

 

„Niebo z tego kierunku pojaśniało.” – To zdanie nie ma sensu.

 

„– Uciekaj! Uciekaj w bok! – i pobiegł w jej kierunku.” „I” wielką literą.

 

„Wiem także[+,] że zastanawiasz się[,+] jak mi to powiedzieć.”

 

Jakoś nie kupuję tej sceny. Byli razem na spacerze, tak? Więc jak nagle znaleźli się tak daleko od siebie, że Lucas musiał biec sprintem do żony?

 

„jeśli[-,] nie liczyć”

 

„Przedtem nie miał z tym problemu; owszem[+,]się sporadycznie jakieś zdjęcie, czy filmik, ale nie lawina!”

 

„– Co to ma znaczyć[+,] do ciężkiej cholery?”

 

„Rzeczywiście, po dotarciu na miejsce[-,] przesłuchali go bardzo szczegółowo.”

 

„nawet udostępnił agentom laptopa[+,] by mogli sobie skopiować materiały.:

 

„…uważał, że najskuteczniejszym antidotum na depresję, jaka dopadła ją po śmierci córki[+,] byłoby zagospodarowanie czasu …”

 

„…w pełni bytu. W kolejnych wizjach zaczęły się pojawiać także inne postacie; wszystkie były beztroskie i życzliwe. Alice coraz częściej miała wrażenie, że te wizje to wycieczka do innego świata, w którym panuje niebiański porządek, niebiański spokój, idealne relacje między wszystkimi bytami.”

 

„– Kim jesteś – szepnęła, lecz był to szept myśli.” – To pytanie, więc czemu bez znaku zapytania?

 

„– Nie potrzebuję sługi[+,] tylko przyjaciela.”

 

„– A gdzie mnie chcesz prowadzić[+,] skoro jesteś przewodnikiem?”

 

„po uzyskaniu[-,] od prezentera pogody stacji CNN”

 

„W pierwszym etapie oceniono wiarygodność materiałów pod kątem ich autentyczności. Do dalszej analizy zaliczono te, których autentyczność została oszacowana na 95% i więcej. W drugim etapie zespół kryptologów zbadał zjawiska pod kątem potencjalnego zawierania przekazu …”

 

Gradowe Literki – wiedza, efemeryczność.

Game over – informatyka, porażka,”

Po każdej z linijek dajesz przecinek, jednak w przedostatniej linijce masz kropkę, a w ostatniej znowu przecinek. Powinno być odwrotnie.

 

„…uznaliśmy ją za najbardziej prawdopodobną[+,] generale.”

 

„– Może tak, a może nie – odparł generał z tajemniczym uśmiechem. – [-m+M]am jeszcze jedną świeżą informację…”

 

„Przez chwilę słyszał chrobot jakby ktoś przesypywał piasek – to program sygnalizował pracę deszyfratora.” – znowu zbędna półpauza pełniąca inną funkcję w dialogu niż powinna.

 

„dr inż. Thomas Taylor” – doktor inżynier

 

„– Bardzo pana profesora przepraszam, ale to niezwykle trudne do wymówienia nazwisko[+.] – Donald Foxx aż się zarumienił z przejęcia.”

 

„przerwał mu zniecierpliwiony Prezydent.” – czemu prezydent wielką literą?

 

„Słuchamy[+,] panie profesorze”

 

„– Tak[+,] panie prezydencie.”

 

„– No właśnie, i to może być niepokojące. Nie mamy żadnej wiedzy o intencjach Chmury. Przecież taka sztuczna inteligencja miałaby zupełnie inny ogląd świata, inny system wartości – o ile w ogóle by go miała. Jednym słowem, byłby to byt nieludzki – wtrącił generał Dowson.” – Kolejny przykład wadliwej półpauzy, zaburzającej przepływ dialogu.

 

„dla całego gatunku!  Bo Chmura jest” – zbędna spacja między zdaniami.

 

„Poświęcisz więcej czasu[+,] by ją zrozumieć”

 

„mogłabym Ci to pokazać na matematycznym modelu…” – ci małą literą

 

„zobacz jak to wygląda: dwie Chmury: nasza i chińska kontaktują się” – serio, dwa dwukropki jeden za drugim?

 

„Co to takiego: deszcz? wiatr?” – Dość kulawy zapis

 

„– Och[+,] tato, znów wciskasz Bobowi jakieś androny? – [-d+Do] pokoju wkroczyła energicznie mama Boba. – Chodź[+,] synku, przecież dziś masz Caremonię”

 

„czy Ty też miałeś Caremonię?” – ty małą literą

 

 

Opowiadanie pomysł ma, ale miejscami mi się dłużyło i gubiło moją uwagę, czytałam na raty. W sensie, że nie zostałam zainteresowana na tyle, by przeczytać raz a dobrze. Styl mi jakoś nie podszedł, dosyć sztywny i ciężki. Bohaterowie pozostawali dla mnie anonimowi, jest ich iluś i żaden nie jest dostatecznie zarysowany/interesujący, by przykuć uwagę. Fragmentaryczność też chyba nie pomaga – rozumiem, dlaczego jest potrzebna, ale tekst jest trochę szarpany przez te liczne zmiany perspektywy i miejsca akcji. Na dodatek rozczarowało mnie zakończenie, dość łopatologiczne i wprost. Zamiast pozwolić czytelnikowi spekulować, co z ludzkością zrobi Chmura, po prostu rysujesz taki dość sztampowy, przerysowany finał. Podsumowując – opowiadanie nie w moim typie, choć rozumiem, że innym czytelnikom może się podobać.

Pozdrawiam!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję Joseheim za wizytę, komentarz; przede wszystkim za bardzo uważną i celną łapankę. Niechluj językowy ze mnie niezły, prawda? :)

Uwagi uwzględniłem, poprawki wprowadziłem.

Styl mi jakoś nie podszedł, dosyć sztywny i ciężki

Bo to hard SF, w dodatku oldskulowe :)

Bohaterowie pozostawali dla mnie anonimowi

To prawda, tu nie ma właściwie bohaterów tylko statyści.

tekst jest trochę szarpany przez te liczne zmiany perspektywy i miejsca akcji

Tyz prowda, ale taki miałem zamysł, żeby monotonią nie zanudzić czytelnika na śmierć.

Zakończenie, dość łopatologiczne i wprost. Zamiast pozwolić czytelnikowi spekulować, co z ludzkością zrobi Chmura

Tu zgadzam się połowicznie, to znaczy faktycznie łopatologiczne, bo na jakieś przesłanie musiałem się zdecydować, ale pozostawiam czytelnikowi pole do refleksji nad tym jak to się stać mogło, że elity odpowiedzialne za los ludzkości dały się omamić i ograć swoim produktom: z głupoty, lenistwa, populizmu, a może poszli na łatwiznę?

Z wdzięcznością za mrówczopracowity wkład w jakość tekstu pozdrawiam :)

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dzięki za odzew ;)

Powodzenia przy kolejnych tekstach!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

"Ręka Boga" widziałam film, bardzo dobry, polecam:-)

Ja to zamieściłem dla sceptyków, którzy nie daliby wiary, że chmury mogą się ułożyć w kształt plastra miodu :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Wiem, wiem:-)

Przedstawiasz problem dość często poruszany w fantastyce, ale Twoja wizja jest oryginalna i interesująca. Brak żywych bohaterów i „techniczny” styl sprawiły, że opowiadania nie czytałem „z płynnością”, a sama historia nie wciągnęła tak jak to bywa z tekstami stawiającymi na inne elementy. Na pewno warto byłoby popracować nad dialogami – według mnie spora ich część wyszła sztucznie. Jednak po przeczytaniu całości zdecydowanie czuję satysfakcję z lektury.

Najbardziej przypadł mi do gustu pomysł wykorzystania nadmiarowości potencjału obliczeniowego jako płata czołowego Chmury. Pomysł sam w sobie wydaje się dość prosty, a zarazem genialny. W zasadzie temat wykorzystywania nadmiarowości potencjału pojawia się w sieciach rozproszonych (nie tylko dla chmur) już od dawna – możemy udostępnić wolne zasoby naszego procesora nieświadomie (cryptojacking), albo celowo wspierając np. badania naukowe (foldingathome). A więc idea wykorzystania wolnych zasobów przez Chmurę wydaje się logiczna, a w połączeniu z analogią do ludzkiego mózgu tworzy spójną całość.

Tych fajnych pomysłów jest więcej, np. mózg jako detektor świadomości czy wysyłanie wiadomości poprzez kontrolę zjawisk atmosferycznych.

Trochę mniej spodobało mi się wyjaśnienie rozmowy Alice z Chmurą – promieniowanie korpuskularne jako metoda przekazania rozległej wiedzy i to całe tajemnicze połączenie z Purpurową Mgłą wydają mi się uciekać ze sfery science w sferę fiction bardziej niż pozostałe elementy. Ale potraktuj to jako w pełni subiektywną uwagę.

Rozważania nad celem i rolą sztucznej inteligencji, podobnie jak zakończenie, nie są szczególnie oryginalne, ale trochę klasyki nie zaszkodzi.

Podsumowując – jako opowiadanie tekst na pewno ma swoje wady, ale pomysł przedstawiłeś naprawdę interesujący, w dodatku widać, że całą wizję dokładnie przemyślałeś i podbudowałeś solidnym researchem.

Perrux, bardzo dziękuje za ten rzeczowy i celny komentarz. Obnażasz słabości, ale też dostrzegasz wartości jakie chciałem przekazać.

temat wykorzystywania nadmiarowości potencjału pojawia się w sieciach rozproszonych (nie tylko dla chmur) już od dawna

W rzeczy samej – u mnie pojawił się na początku lat 80. XX w. Pracowałem wówczas jako informatyk-programista, więc siłą rzeczy bliska mi była tematyka IT, także ta wkraczająca do fantastyki jako AI. Pomysł skonsumowałem opkiem “Płaty czołowe”, jednak było ono bardzo hermetyczne, trafiało tylko do nielicznej wówczas grupy parających się zawodowo informatyką (inna sprawa, że warsztatowo było cieniutkie :) ) Pomysł leżał więc w pamięci do czasów dzisiejszych aż przyszedł do głowy inny wariant jego zagospodarowania, jak widać też nienajlepszego.

 to całe tajemnicze połączenie z Purpurową Mgłą wydają mi się uciekać ze sfery science w sferę fiction bardziej niż pozostałe elementy.

Owszem, ale to efekt zamierzony; chciałem ten suchy, wręcz inżynierski klimat trochę urozmaicić wprowadzając element mystery. Sam mam wrażenie, że to niezły pomysł, ale za mało konsekwentnie wprowadzony. Poza tym mieszanie gatunków nie wszystkim się podoba.

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Zajęło mi, gdyż czas zacierania się w pamięci opek jest u mnie stosunkowo długi. Co prawda, nie minęło go jeszcze wystarczająco długo, ale nie wiadomo skąd, bo powiedzieć znikąd, to jakby nic nie powiedzieć, pojawiła się opinia, w miarę klarowna. 

Będę nominowała do piórka, lecz ponieważ nie ma jeszcze tutaj mojego komentarza, muszę odczekać dwa dni. To cezura – dla Ciebie – abyś poinformował mnie, że np. nie chcesz tego, bez znaczenia dlaczego. Przypominam, że nominacja może wiązać się z najazdem i odpowiedziami na pytania kolejnych czytaczy.

 

Za co nominuję:

*naturalmix za przemyślaną science;

*za zjawiska pogodowe – podniesienie do aktualnego, bolącego tematu w niebanalny literacki sposób w wersji pod czytelników;

*za brak głównego bohatera – tak, za to, historia skrojona jest inaczej, to odważne;

*za zadbanie o różnorodność postaci;

*za zagadkę – a nie jest łatwo ją skonstruować.

 

Na ostatek odniosę się do często podnoszonej w komentarzach sprawy przy Twoich opkach – stylu, który ponoć jest oldskulowy. Ja tego nie widzę. Znaczy nie czytam bieżącej literatury, bo w ogóle mało czytam. Śpieszę niedowiarków zapewnić, że czytam, ale najczęściej rzucam, po kilku stronach, gdyż  odtwórcze, brakuje wyobraźni, za to duży pęd do powielania i dopasowywania się. Cóż, ja podzielam chęć sporów i lubię Agorę, cenię nade wszystko rozważanki, zero gotowych produktów.

Co to znaczy oldskulowy, pomijając że w ogóle nurt kulturowy oldskul (ciuchy, meble, powieści dziewiętnastowieczne i inne takie) lubię? ze nie ma koncentracji na emocjach bohatyra, w dodatku najczęściej poppsychologicznych emocjach, a w zasadzie skrótach schematów gwałtów i cierpienia w relacjach zgoła narcystycznych, wyobrażeniach niewiele mających wspólnego z prawdą i bólem. U Ciebie nie ma „ja” w opowiadaniach, a to jest dla mnie ważne. Muszę doprecyzować, bo nie chodzi mi o Twoje poglądy, bo nasze myśli nad światem, ludźmi zawsze w pewnym stopniu odbijają się w tematyce pisanych przez nas opowiadań (cóż piszemy o tym, co nas zajmuje, porusza itd. itp), lecz o te – bohatyrów. 

 

I jeszcze jedno, na ostatni ostatek, Czerwona mgła i Rossa. Dla mnie koncept wystarczająco uwiarygodniony. Nie miałeś tu miejsca na rozwinięcie ich relacji. 

 

Znaczy, musi być jeszcze trzecie, już ostatnie (bo powyżej trzech, ponoć zbrodnia): plusy za to, że u Ciebie zawsze są realia, prócz dialogów. Znaczy opisy: co, gdzie, kiedy. Nie wiszą one w próżni i w nadziei, że od tego mamy czytelnika, niech się sam domyśla i dopasowuje. :-)

 

pozdrowienia :-)

zgadnij od kogo, xd, jakby nie było profilowania. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O widzisz, już wiem, dlaczego połączenie z Purpurową Mgłą nie do końca mnie przekonało. Jestem programistą, więc wspomniany “suchy, inżynierski” klimat mi nie przeszkadza, a hermetyczne fragmenty pewnie ciekawią mnie bardziej niż inną część czytelników. Po przemyśleniu zgadzam się, że wprowadzenie mgły na pewno ma swoje plusy i mogło wcale nie być złym pomysłem.

Pomysł leżał więc w pamięci do czasów dzisiejszych aż przyszedł do głowy inny wariant jego zagospodarowania, jak widać też nienajlepszego.

Nienajlepszego, hmm… Ja to widzę w trochę inny sposób. Miałeś trzy drogi:

1) Postawić na bohaterów, akcję itp., spłaszczając część naukową.

2) Dobrze opisać pomysł, nie pomijając bardziej technicznych szczegółów (wybrałeś tę drogę).

3) Rozbudować pomysł co najmniej do mikropowieści i nie zrezygnować z niczego.

 

Wskazywane w komentarzach minusy są w dużym stopniu konsekwencją tego wyboru – w opowiadaniu może nie wszystko jest na wysokim poziomie, ale pomysł przedstawiłeś naprawdę dobrze, nie uciekając w dłuższą formę.

Asylum, dziękuję za komentarz, który wzbudził mój szacunek: oto jako osoba betująca przyjęłaś pozycję doradcy, a teraz jako komentatorka po prostu oceniłaś opko. Oceniłaś w sposób syntetyczny i analityczny jednocześnie. Tak powinno być.

Dziękuję też za refleksje nad oldskulem, bardzo ciekawe, bo obejrzane w szerokim spektrum znaczenia tego słowa. Ja sam przyjąłem na klatę bez większego protestu to zakwalifikowanie mnie do tej szufladki, bo i lata mam stosowne i poglądy zbliżone – mam namyśli kategorię SF, gdzie IMO oldskul oznacza przede wszystkim położenie akcentu na pomysł. Większość moich opowiadań taką cechę ma więc co się będę buntował.

nominacja może wiązać się z najazdem i odpowiedziami na pytania kolejnych czytaczy

Akurat to mi nie przeszkadza, póki co tłoku tutaj nie ma, a chyba każdy autor jak już publikuje, to chyba na frekwencji mu zależy :) Inna sprawa, że szanse na nominacje oceniam na marne.

zgadnij od kogo, xd, jakby nie było profilowania. xd

nie jestem pewien czy rozumiem… :)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Perrux, w tych trzech punktach wyraziłeś opinie toczka w toczkę taką jaką zawarł betariusz CM! Może On i Ty to jedno? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Czy ja i CM to jedno? I tak, i nie. Ciałem może się różnimy, ale zakładając, że mózg jest tylko detektorem nielokalnej, wszechobecnej świadomości kwantowej – tak, jesteśmy jedną osobą :-)

No i już mamy piękny temat na opowiadanie pt. “Splątane świadomości” :-)

Sam koncept mózgu-detektora nielokalnej świadomości kwantowej był szerzej potraktowany w pierwszej wersji “Chmury”. Skoro Ci się pomysł podobał, pozwolę sobie przesłać Ci na PW stosowny fragment.

Zapraszam także do lektury opowiadania “Noosfera”, gdzie przedstawiam standardowy model przestrzeni aksjologicznej. :-)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Przeczytałam z przyjemnością :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet, uszczknę Ci troszkę tej przyjemności, pozwolisz? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ach, bierz całą, zawsze mogę przeczytać jeszcze raz ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

tsole, gratulacje, klasa.

Nie będę się rozwodził nad jakością pisania i dżentelmeńską elegancją, jaka przeziera z każdego Twojego tekstu, ale zaznaczę tylko, że je uwielbiam w Twojej twórczości. Albo dobra, odrobinkę tylko: gdy czytam Twoje teksty, wyobrażam sobie Ciebie, jak siedzisz w tweedowej marynarce przy dębowym biurku ze szklaneczką wiekowej szkockiej politury i piszesz to wszystko odręcznie ;)

 

Poszedłeś tu drogą wcale nie tak oczywistą przy tej tematyce. Mamy osobliwość, “wytrącenie się” jaźni w systemie informatycznym, niby nic nowego. Ale ciąg dalszy, przejęcie “przyjaznej kontroli” nad ludzkością, to koncept rzadko spotykany – w tym temacie rządzą Skynety i MatriXy. Nie wiem, czy się inspirowałeś, ale ja tu widzę wyłożonego w ciekawy sposób Jamesa Lovelocka (Novacen)? 

Rewelka, dzięki!

Łosiot, dzięki za bardzo miły komentarz! Co do twoich wyobrażeń – częściowo trafiłeś! Większość moich prezentowanych tu opowiadań ma swój odręczny pierwowzór jako że powstały w latach 70.-80. ub. w. Tyle, że marynarka była sztruksowa, biurko własnej produkcji (z płyty wiórowej), a w szklaneczce wino gronowe – też własnej produkcji :)

Celnie strzelasz także w kwestii konceptu. Dwa pomysły, które chciałem tu wyeksponować to płat czołowy Chmury jako efekt nadmiarowości potencjału obliczeniowego i owa “przyjazna kontrola” będąca z punktu widzenia ludzkości “niedźwiedzią przysługą” (na ten temat toczyłem z betującymi ożywioną i owocną dyskusję).

A z Lovelockiem mam tyle wspólnego, że miałem psa, który wabił się Gaja :)

Pozdro!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dzięki za link, rzeczywiście po lekturze tej recenzji nabrałem chęci do przeczytania tej lektury, bo widać sporą zbieżność z myśleniem moim i Lovelocka. Tyle, że on, jeśli dobrze zrozumiałem, patrzy na to optymistycznie, w przeciwieństwie do mnie. Tylko nie bardzo wiem, gdzie tego Novacena można zdobyć? Google podstępnie milczą…

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Wciąż dostępna jest chyba tylko wersja ENG

No właśnie. W każdym razie dzięki Tobie poczułem się jak Jourdain, gdy odkrył, że mówi prozą :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Witaj, Tsole :)

 

Ciekawa hitoria, wciągająca, i dodatkowo, rzekłbym, że mająca cechy rozmachu. Kilka perspektyw, mnogość bohaterów i anomalia, która jest zwiastunem zmiany. Projektowana utopia, która zamienia się w antyutopię, świat bez wolności.

Przypomina mi Twoja historia trochę “Czarne oceany” Dukaja, o ile dobrze pamiętam tam też był taki byt świadomy, który rządził ekonomią i na koniec zrobił niezłe zamieszanie na światowych rynkach.W “Matrixie” też pojawiają się chmury, czy też dymy, aczkolwiek to sami ludzie je wypuścili, chcąc zapobiec korzystaniu przez AI z energii słonecznej. A sama ludzkość też ostatecznie chowała się pod ziemią, w ucieczce przed polującymi na nią “robotami”.

Mam problem z kilkoma rozwiązaniami w Twojej historii. Przede wszystkim zbyt proste wydaje mi się przełożenie chmury obliczeniowej na chmurę “pogodową”. Myślę, że chmura obliczeniowa miałaby dużo więcej do pokazania w dziedzinie ekonomii (wywołując kryzysy), czy wojskowości (spuszczając bomby atomowe) lub też szeroko pojętego internetu (fake newsy, deep fake, wpływ na wybory, cyber ataki). Dodatkowo, o ile podobają mi się sceny wyjaśnień czym jest chmura obliczeniowa i jak działa (scena z raportem dla generała Dowsona, scena z prezydentem USA), nie kupuję tłumaczeń żony Lucasa o tym czym jest różowa chmura czy rozmowy z dzieckiem na końcu, mającej pokazać czytelnikowi jak zmienił się świat. W moim przekonaniu widać wyraźnie szwy w tych rozwiązaniach, trochę jakbyś nie miał pomysłu jak to sprzedać; jako czytelnik nie jestem usatysfakcjonowany. Paradoksalnie może przydałoby się jeszcze z 20 k znaków, żeby te kwestie rozbudować ;) Wtedy w pełni moglibyśmy doświadczyć tego rozmachu, o którym wspominałem wyżej, z którego ostatecznie, wg mnie, uleciało, notabene, powietrze.

 

Kilka uwag do tekstu jeszcze na koniec:

 

Przelatywał właśnie nad terytorium swojego kraju i tęsknym okiem zerkał na rejon Montany – miejsca swoich narodzin.

– “miejsce”.

 

chłopak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że odnajduje w nim jakiś klimat namiętności.

– ma wrażenie, czy odnajduje? Razem mi to nie brzmi.

 

Być może, lecz cofnij jeszcze raz.

– bardzo formalnie to brzmi, ja bym wyrzucił te skreślone słowa.

 

W pewnym momencie zrobiło się ciemniej.

 

– ciemniej niż co?

 

 

– A więc u źródeł filozofii Chmury Obliczeniowej leży idea przetwarzania rozproszonego. Jej system operacyjny jest zatem wyposażony w mechanizmy automatycznego dopasowania konfiguracji sprzętowej do bieżących zadań. Gdy potrzebna jest większa moc przetwarzania, dołączane są kolejne jednostki obliczeniowe z dostępnych Chmurze zasobów. Gdy zapotrzebowanie maleje, Chmura powinna automatycznie odłączać zbędne, to jest nieużywane jednostki. Jednak z różnych powodów nie zawsze to robi.

– bardzo fajnie to wyjaśniłeś, podoba mi się cała ta rozmowa o chmurze obliczeniowej ;)

 

 

Przedtem nie miał z tym problemu; owszem, zdarzało się sporadycznie jakieś zdjęcie, czy filmik, ale nie lawina!

– słowo lawina też wiąże się ze specyficznymi okolicznościami przyrody, zamieniłbym to słowo.

 

 

Nadmiarowość potencjału obliczeniowego sprawia, że funkcjonuje ona jak swoisty wzmacniacz prawdopodobieństwa. Pamiętacie panowie tę anegdotę mówiącą, że jeśli miliard małp będzie odpowiednio długo na oślep walić w klawiaturę maszyny do pisania, to któraś wystuka w końcu „Hamleta”? Przecież coś takiego właśnie tutaj zaszło – mam na myśli ten wiatr gwiżdżący Adagio Barbera, czy gradowe literki…

– tylko skąd się wziął ten potencjał? Siła obliczeniowa nie bierze się znikąd i nie jest darmowa, do obliczenia możliwości wygenerowania tak niewiarygodnych zjawisk pewnie nie starczyłoby całego google clouda. Być może warto byłoby dodać jakiś sposób multiplikacji mocy obliczeniowej chmury, może jakaś chmura w chmurze, kompresja danych? Albo np. roproszenie chmury po internecie, programach i aplikacjach, to mogłoby być niezłym pomysłem + dodatkowo motywowałoby brak możliwości “wyłączenia chmury”: trzeba by wtedy wyłączyć cały internet :)

 

Chmura jest nieobliczalna

– wyszedł z tego przedni żarcik – chmura obliczeniowa jest nieobliczalna :)

 

 

– Nie, Purpurowa Mgła. Ukoiła mnie. Była we mnie, a ja byłam w niej… – Alice mówiła chaotycznie, lecz z przejęciem, jak natchniona. – Nasycała mnie wiedzą. Dzięki niej zaczęłam rozumieć. Mogłabym teraz z łatwością wytłumaczyć ci choćby mechanizmy funkcjonowania świata nie gorzej od fizyka teoretyka…

– Chyba śnię! – zakrzyknął Lucas zdumiony tą deklaracją. Alice jaką znał na widok symbolu delta iks dostawała migreny.

 

– jakoś tak pędzi ten dialog. Może by spowolnić, nawiązać np. do adagio granego przez wiatr? Wtedy Lucas pewnie łatwiej mógłby strawić otrzymane informacje.

 

 

Exit light

BK, bardzo dziękuje za ten długo oczekiwany komentarz, ale warto było na niego czekać. Znalazłem tu kilka ciekawych uwag; na czoło wybija się niedosyt rozmachu i sugestia, że poszerzenie objętości opka ten rozmach dałoby uzyskać (temat powtarza się w innych komentarzach, zarówno u betujących jak też pozostałych czytelników. Tymczasem odnoszę wrażenie, że opko i tak jest za długie, co mogło wielu zniechęcić do lektury).

Teraz kilka wyjaśnień, może też usprawiedliwień.

 

Czemu chmura obliczeniowa pracuje w branży meteorologicznej?

Z dwóch powodów. Po pierwsze, pierwszym chronologicznie był pomysł wysyłania przez Chmurę przekazu dla ludzi poprzez generowanie anomalii pogodowych, po drugie, w czasach gdy powstawało to opko, największe zapotrzebowanie na superkomputery było przede wszystkim w tektonice i meteorologii (symulacja-prognozowanie).

Myślę, że chmura obliczeniowa miałaby dużo więcej do pokazania w dziedzinie ekonomii (wywołując kryzysy), czy wojskowości (spuszczając bomby atomowe) lub też szeroko pojętego internetu (fake newsy, deep fake, wpływ na wybory, cyber ataki)

Trudno nie przyznać Ci tu racji, tylko to byłoby sprzeczne z tezą, którą przyjąłem:

Chmura to „stwór” jak najbardziej ludzki! Przecież to produkt człowieka, który siłą rzeczy będzie dziedziczył po nim. Powstała, żeby człowiekowi służyć.

Zapytasz, skąd zatem ten dystopijny epilog? Ano stąd:

Sztuczna inteligencja pozbawiona tych czynników natury kulturowej może z gorliwością służyć ludziom, lecz będzie oceniać potrzeby człowieka swoją miarą, co może zaowocować tak zwaną niedźwiedzią przysługą. Zatem pozytywne intencje Chmury mogą okazać się dla nas zagrożeniem bodaj większym niż agresywne.

Poszedłem tym tropem, uznając, że temat “nieludzkości”, wrogości SI jest w SF beznadziejnie wyeksploatowany.

nie kupuję tłumaczeń żony Lucasa o tym czym jest różowa chmura

Wprowadzając ten wątek miałem intencje wykreowania nastroju pewnej tajemniczości. Skoro nie kupujesz, powinieneś przyjąć opcję, że Alice jest zindoktrynowana przez Chmurę i opowiada “głodne kawałki” :)

tylko skąd się wziął ten potencjał? (…) Albo np. roproszenie chmury po internecie, programach i aplikacjach, to mogłoby być niezłym pomysłem

Ależ przecież właśnie tak u mnie Chmura działa, sam to zauważasz, cytując:

u źródeł filozofii Chmury Obliczeniowej leży idea przetwarzania rozproszonego.

Przy czym mniej mnie rajcował problem skali (ile tych eksaflopów trzeba by osiągnąć “płaty czołowe” pozwalające przekroczyć próg świadomości). Obserwując postęp w tej dziedzinie, zapewne każda rzucona przeze mnie liczba zdezaktualizowałaby się po roku, dwóch. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Superkomputer

Rajcowało mnie co innego: jak byt superświadomy może siłą woli zmieniać rzeczywistość w skali makroskopowej? W wersji pierwotnej znajdował się pokaźny wykład prof. Jacksona na temat geoinżynierii. Tamże szczegółowo przedstawiam mechanizm generowania tych nieprawdopodobnych anomalii, który tutaj ogranicza się tylko do jednego zdania:

– Tego też nie wiemy – włączył się profesor Jackson. – Możemy ledwie przypuszczać, że Chmura wykorzystuje jakieś mechanizmy prekognicyjne i telekinetyczne tudzież efekt motyla na nieosiągalnym przez nas poziomie. Do tego stopnia, że może ona generować procesy, których prawdopodobieństwo zaistnienia jest bliskie zeru. Nadmiarowość potencjału obliczeniowego sprawia, że funkcjonuje ona jak swoisty wzmacniacz prawdopodobieństwa.

Usunąłem to po wielu utyskiwaniach na ogrom infodumpów.

 

Chmura jest nieobliczalna

– wyszedł z tego przedni żarcik – chmura obliczeniowa jest nieobliczalna :)

Taka gra słów. Tłumacz na angielski miałby tu problem :)

Właśnie wczoraj na TT przeczytałem podobny żarcik:

– Mój brat jest matematykiem. A jego żona jest nieobliczalna :)

– jakoś tak pędzi ten dialog.

Zgadza się. Scena dorzucona już w trakcie betowania. Pośpiech mści się :)

 

Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam!

 

 

 

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

 

Dzięki za odpowiedź :)

 

Ależ przecież właśnie tak u mnie Chmura działa, sam to zauważasz, cytując:

“u źródeł filozofii Chmury Obliczeniowej leży idea przetwarzania rozproszonego.”

Samo rzucenie hasła przetwarzania rozporoszonego, wg mnie, to za mało. Ja to zrozumiałem to tak, że to przetwarzanie dotyczyło jednak jakiegoś zamkniętego systemu. A przy tej interpretacji, chmura mogłaby zostać wyłączona.

Być może warto by pójść w stronę czegoś na kształt wirusa, może jakiś widget pogodowy rozpowszechniony w internecie, który zwiększałby moc obliczeniową chmury do niewyobrażalnych rozmiarów? ;) Albo nawiązanie do konkretnych chmur w rodzaju google clouda czy AWS, one przetwarzają niewyobrażalną ilość danych i oferują niesamowitą moc obliczeniową, niekiedy z dostawą do domu ;)

Exit light

Mea culpa! Ale tak to wygląda, gdy ulega się marudzeniom „bełkotofobów” i obcina infodumpy :). W wersji pierwotnej było to jednak na tyle szczegółowiej przedstawione, że wrażenie iż „przetwarzanie dotyczyło jednak jakiegoś zamkniętego systemu” raczej nie powinno się pojawić. Tam istota przetwarzania rozproszonego była przedstawiana podczas narady u prezydenta. Oto stosowny fragment:

 

– Panie Prezydencie, może ja odpowiem – odezwał się Thomas Taylor. – W Chmurze obliczeniowej funkcjonują mechanizmy automatycznego dopasowania konfiguracji sprzętowej do wymaganej bieżącej mocy przetwarzania. Gdy potrzebna jest większa, dołączane są kolejne jednostki obliczeniowe: superkomputery, pecety, może nawet smartfony – tak na dobrą sprawę decyduje o tym sama Chmura. Gdy…

– Chwileczkę – przerwał Prezydent. – Chmura ma dostęp do wszystkich, nawet tak małych jednostek obliczeniowych? Do zasobów prywatnych ich właścicieli?

– Nie do końca, panie prezydencie – uśmiechnął się Taylor. – U źródeł filozofii Chmury obliczeniowej leży idea przetwarzania rozproszonego. Każdy posiadacz komputera czy innej jednostki obliczeniowej może deklarować chęć uczestnictwa w takim przetwarzaniu. Jeśli to uczyni, otrzymuje program, a właściwie podsystem operacyjny wydzielający do dyspozycji Chmury te zasoby komputera, które są wolne. Przede wszystkim chodzi o procesory, bo z pamięci masowych drobniejszego sprzętu Chmura raczej nie korzysta. Oczywiście, dane prywatne właścicieli są dobrze chronione. W ten sposób stworzono możliwość równoczesnego wykorzystania milionów komputerów rozproszonych po całym świecie.

– Rozumiem – odparł uspokojony Prezydent. – Proszę, niech pan kontynuuje.

– Zatem gdy zapotrzebowanie maleje, Chmura powinna automatycznie odłączyć zbędne, tj. nieużywane jednostki. Jednak z różnych powodów tego nie czyni. Zdarzają się zatem stany, w których potencjał obliczeniowy jest większy niż wymagają tego bieżące potrzeby. Takie stany nazywamy nadmiarowością potencjału obliczeniowego. Niedawno zauważyliśmy, że okresy występowania tej nadmiarowości są coraz częstsze i coraz dłuższe. Co ważne, nie ma to ujemnego wpływu na ilość i jakość realizacji zadań stanowiących „zakres obowiązków” Chmury. Lecz po udostępnieniu nam „raportu Fullera” okazało się, że te okresy zbiegają się z czasem wystąpienia anomalnych zjawisk meteorologicznych. Związek przyczynowo-skutkowy jest oczywisty.

 

Wedle mojego zamysłu, przetwarzanie rozproszone ma tu, używając nomenklatury mechaniki kwantowej, charakter „nielokalny”; wykorzystywane/współdzielone zasoby (pamięć, moc procesora) są rozproszone geograficznie. Zamysł jest wzorowany na projekcie internetowym Seti@home, który powstał w 1999 roku i zgromadził miliony uczestników z setek krajów udostępniających moc obliczeniową swoich komputerów do przetwarzania danych uzyskanych z radioteleskopów. W 2011 roku sieć projektu (BOINC), trafiła do księgi rekordów Guinnessa jako największa na świecie sieć komputerowa złożona z około 527880 aktywnych hostów, co zapewniało niesamowitą wydajność około 5428 petaFLOPS mocy obliczeniowej (aktualny superkomputer, japoński Fugaku osiąga “zaledwie” 415,53 pflops).

Niestety ten projekt poszukiwań inteligentnych form życia pozaziemskiego został zakończony w marcu br. Ale (mam nadzieję) przetwarzanie rozproszone nie sczeźnie – nadal funkcjonuje podobny projekt LHC@Home.

 

Po „amputacji” tego infodumpu, w wersji obecnej rzeczywiście można odnieść wrażenie, że zasoby mają charakter statyczny i „lokalny”.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

IMO, to bardzo istotny fragment, który tłumaczy wiele rzeczy – dlaczego przyrost mocy obliczeniowej może być tak duży i niekontrolowany oraz problemy z wyłączeniem chmury. Dla mnie ten fragment nie jest dłużyzną, wręcz przeciwnie, buduje napięcie związane z przedstawianą “potęgą” chmury ;)

Exit light

Według mnie problem polega na tym, że tego typu wykłady zniechęcają wielu czytelników. I choć sam się do takich czytelników nie zaliczam, to im się nie dziwię. “Infodumpowe” dialogi potrafią wybić z poznawania konkretnej historii z konkretnymi bohaterami (profesor, prezydent itd.), wymuszając wrażenie “O, tutaj autor dosłownie przedstawia swoją koncepcję czytelnikom. Ten wykład to jest do mnie, a nie do prezydenta.”.

I o ile takie zabiegi są dość powszechne (np. Zajdel), to mają swoje plusy i minusy – odbiór zależy od czytelnika.

Ale oczywiście zgadzam się z Basement, że ten fragment jest ważny i interesujący (podczas lektury tekstu też miałem przed oczami “statyczną, nielokalną chmurę”).

 

Wniosek – jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził ;) Każdy czytelnik zwraca uwagę na inne aspekty i usunięcie wykładu dla niektórych będzie dużym plusem, a dla niektórych minusem. To takie moje luźne przemyślenia :)

Dziękuję Panom za celne wnioski. Na ten temat były też ciekawe dyskusje podczas betowania. Najcelniej podsumował to CM, pisząc:

takie próby wywracania tekstu pod czytelnika często kończą się tak, że tekst nie jest już do końca “Twój”, a czytelnik i tak marudzi. ;)

No i tak się stało z “Chmurą” :) Nie wiem, czy słabą frekwencję (65 odwiedzin) i jeszcze słabszy odzew (odliczając betowe, ok. 40 komentarzy) spowodowała objętość tekstu, wakacje, pandemia, czy jeszcze inny czort (np. skłonność tsolego do infodumpowania) :-)

Tak czy owak spora część tutejszego mainstreamu nie wykazała zainteresowania lekturą /skomentowaniem.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, trochę trwało, nim tu dotarłam, a to dlatego, że pierwsza wersja Chmury niespecjalnie mi się podobała, więc do tej podchodziłam ze sporymi oporami, jak nie przymierzając pies do jeża, bo spodziewałam się dzieła podobnego, dodatkowo rozbudowanego.

Okazuje się, że całkiem niepotrzebnie – nowa Chmura jest o wiele ciekawsza i, jak dla mnie, bardziej zrozumiała. Pozbawiona fragmentów, z których wtedy niewiele pojęłam, teraz przedstawia się o wiele przystępniej, skutkiem czego lektura była całkiem satysfakcjonująca.

Bardzo podobały mi się opisane anomalie pogodowe. :)

 

po­szu­kał ja­kie­goś za­cisz­ne­go za­kąt­ka z do­brym wi­do­kiem… ―> masło maślane – zakątek jest zaciszny z definicji.

Za SJP PWN: zakątek «spokojne miejsce położone na uboczu»

 

– „Po po­wro­cie po­ka­żę Brya­no­wi, w końcu jest pre­zen­te­rem po­go­dy, z pew­no­ścią po­tra­fi to wy­ja­śnić” – po­my­ślał. ―> „Po po­wro­cie po­ka­żę Brya­no­wi, w końcu jest pre­zen­te­rem po­go­dy, z pew­no­ścią po­tra­fi to wy­ja­śnić” – po­my­ślał.

Półpauza nie rozpoczyna zapisu myśli. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

Sie­dzie­li są­cząc drin­ka na we­ran­dzie… ―> Skoro było ich dwoje, to chyba: Sie­dzie­li, są­cząc drin­ki na we­ran­dzie… 

 

Łap­czy­wie, bo był głod­ny jak wy­posz­czo­ny kot, ale też bo nie mógł się do­cze­kać chwi­li… ―> Może wystarczy: Łap­czy­wie, bo był głod­ny jak wy­posz­czo­ny kot, ale też nie mógł się do­cze­kać chwi­li

 

chwi­la­mi mapę rzeki z do­rze­cza­mi. ―> O ile mi wiadomo, rzeka ma jedno dorzecze.

A może miało być: …chwi­la­mi mapę rzeki z dopływami.

Za SJP PWN: dorzecze «obszar, z którego wszystkie wody spływają do rzeki głównej i jej dopływów»

 

– Na­gry­wa­łem w sys­te­mie 60 fps… ―> – Na­gry­wa­łem w sys­te­mie sześćdziesiat fps

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Na nie­bie, tuż nad ko­ro­ną drzew, de­fi­lo­wa­ły chmu­ry… ―> Na nie­bie, tuż nad koronami drzew, de­fi­lo­wa­ły chmu­ry

Skoro piszesz o drzewach w liczbie mnogiej, to o koronach winieneś takoż.

 

„Na krań­cach nie­uf­no­ści rodzą się teo­rie spi­sko­we. Na krań­cach prze­ciw­le­głych rodzą się po­ży­tecz­ni idio­ci.” ―> …rodzą się po­ży­tecz­ni idio­ci”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

po co komu lo­do­we li­ter­ki? Do kok­ta­ili? ―> …po co komu lo­do­we li­ter­ki? Do kok­ta­jli?

 

– Panie, mnie tam sława nie nęci! Nie wie­rzy pan – pro­szę, oto zdję­cia zro­bio­ne w trak­cie i po burzy! –> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają że zapis staje się mniej czytelny.

 

Była po­wier­ni­kiem wszyst­kich do­brych i złych zda­rzeń w życiu Doris. ―> Piszesz o kobiecie, więc: Była po­wier­ni­czką wszyst­kich do­brych i złych zda­rzeń w życiu Doris.

 

Alice wy­zwo­li­ła się z jego uści­sku, ob­ejmując jego dło­nie swo­imi… ―> Zrezygnowałabym z pierwszego zaimka.

 

Gdzie mnie wie­zie­cie? ―> Dokąd mnie wie­zie­cie?

 

– Kim je­steś?– szep­nę­ła, lecz był to szept myśli. ―> Brak spacji po pytajniku.

 

– A gdzie mnie chcesz pro­wa­dzić… –> – A dokąd mnie chcesz pro­wa­dzić

 

otwo­rzy się ko­lej­ne okno kon­tak­to­we z agen­tem, pro­szę o pro­po­zy­cje ko­lej­nych pytań… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

– No i mogą po­ja­wić się ko­lej­ne Chmu­ry z tym „czymś w ro­dza­ju jaźni”,” – dodał ge­ne­rał. ―> Przecinek i część cudzysłowu po wypowiedzi są zbędne.

 

honor nie ma po­czu­cia przy­zwo­ito­ści etc. ―> To jest wypowiedź, więc: …honor nie ma po­czu­cia przy­zwo­ito­ści et cetera.

W dialogach nie używamy skrótów.

 

Na jego widok Alice, pod­bie­gła do niego i przy­tu­li­ła się mocno. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg, miło, że jednak przemogłaś się, a już tym bardziej, że nowa wersja w Twojej opinii, którą sobie cenię, jest lepsza od starej :)

Dziękuje też za łapankę, zaraz wprowadzę poprawki.

Pozdrawiam :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Bardzo proszę i jak zwykle miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka