- Opowiadanie: Rossa - Gniazdo

Gniazdo

Cześć wszystkim jeszcze raz, miło było tu wrócić. :)

Takie maleństwo mi się napisało, miłej lektury! :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Gniazdo

Mój dziadek mówił na nią Uthemann.

Wznosiła się pod ołowianym niebem i raz po raz rozdziawiała usta, jakby zamierzała nas połknąć. Patrzyła na nas dniami i nocami. Patrzyła swoim czworgiem oczu, jednym na każdą stronę świata. Huta widziała wszystko.

Uthemann znała naszą rodzinę. Mój dziadek kiedyś nazywał się Vogel, babcia – Krzepińska. Wyklęła ich część Voglów i część Krzepińskich, a ta część, która ich nie wyklęła, dała babci suknię, co to ukryła brzuch i pomogła im zdobyć mieszkanie, by wili swoje gniazdo. Od tej pory nazywali się Wróbel. Wróbli jest pełno. Wróble łatwo znikają.

Dziadek był tak zakochany w babci, że miłości tej starczyło na dwa pokolenia i zaspokojenie głodu huty. Miłość to życie, a huta wyraźnie go pragnęła. Nie połknęła żadnego z dzieci Wróblów, choć przecież ceniła ich słodkie mięso nad wszystko inne. Patrzyła jednak na nich, tak jak patrzyli sąsiedzi. Krzywo, z niezadowoleniem. Dobry Niemiec, gdy wybuchła wojna, dopiero uczył się raczkować. Vogelowie zrobili coś, co sprawiło, że raczkować musiał dyskretnie, u miłych ludzi na wsi. Później już wszystko robił dyskretnie, dyskrecja była jego drugą żoną, zaraz po złej Polce. Zła Polka, oddała się obcemu i sama była obca, gorolka. Zły Niemiec, bo jednak Niemiec. Dobra Polka, bo jednak trochę nasza. Nie dziwię się dziadkom, że chcieli być wróblami, że woleli zniknąć z pola widzenia, włączyć się w małe stadko i spokojnie dziobać ziarenka o smaku ołowiu, które łaskawie rzucała im huta.

Z czasem dorobili się trzech Wróblątek. Na pierwsze czekali dwa miesiące od dnia zawarcia małżeństwa, kolejne urodziły się już jako dzieci w pełni ślubne. Ostatni był mój ojciec. Jego siostry szybko złapały mężów i wyfrunęły z rodzinnego gniazda.

A on został. Podobnie jak dziadek, szybko poznał kobietę, która go zauroczyła. To było jak rażenie pioruna. Burza spontaniczności, po chwili zachodzi słońce, a zaraz po nim moja matka. W domu lament. Dziadek prosił, by dyskretnie się pobrali. Babcia była prawie jak huta, patrzyła na cztery strony świata, widziała wszystko i jeszcze trochę więcej. Dała matce pieniądze na zabieg, wiedziona potwornym przeczuciem, że oto nadchodzi coś, czemu trzeba zapobiec. Powie się, że poroniła. Albo nic się nie powie, nikt nic nie wie, nic nie widać. Ale matka wciąż zaślepiona tym piorunem, odmówiła przyszłej teściowej i siedem miesięcy później, już jako milcząca żona alkoholika, urodziła mnie w taksówce. To był bardzo szybki poród, matka była bardzo dzielna i bardzo cicha. Zdążyła się tego nauczyć. O mnie mówili, że zostanę kierowcą, że będę miała bezpłatne przejazdy do końca życia, a będzie to życie bardzo szczęśliwe, chwała Partii. O taksówkarzu pisali w gazetach. Tego dnia w hucie rozległ się syk. Coś się rozprężyło, coś się ulotniło, szczęśliwie nikt nie zginął. Uthemann prawie pękła ze śmiechu.

 

***

 

Naszym najbliższym sąsiadem był Czarodziej. Lubił, gdy tak go nazywano, na swoje sztuczki podrywał dziewczyny. W każdym razie robił tak w czasach, gdy był młody. Teraz, gdy drżały mu ręce, nieraz widziałam, jak ukryta między nimi karta w najgorszym momencie spada na ziemię. Gdy byłam mała, krzyczałam wtedy: “mam cię!”. Z czasem zrobiło mi się żal Czarodzieja i nie mówiłam już niczego, jedynie klaskałam jak szalona i udawałam, że nie widzę. Czy on widział? Nie wiem. Wzrok miał już bardzo słaby, stale gubił okulary, a jego ręce czuły mniej niż powinny. Czarodziej żył o wiele za długo i chyba zaczynał zdawać sobie z tego sprawę. Nie miał rodziny, jego jedynym towarzystwem były dzieci, które patrzyły jak nie wychodzą mu kolejne sztuczki. 

– Ile on ma lat? – zapytałam dziadka. 

Ten w odpowiedzi podrapał się po brodzie.

– Nie wiem – wyznał. – Od zawsze jest stary. Maryniu, a Czarodziej to jaki będzie rocznik? Trzydziesty gdzieś?

– Bardziej dwudziesty piąty… Jak w hucie robił, to pewnie Ania by wiedziała… Ta kadrowa, wiesz, ta od… Boże, jak on się nazywa…?

Patrzyłam na pomarszczone ręce babci, na jej siwiejące włosy. Nie była jeszcze stara, dopiero przekroczyła pięćdziesiątkę. 

– Mnie to skleroza łapie – rzekła ponuro. – Właśnie, ja ci gumy kupiłam… 

Babcia pogrzebała w torebce i wyciągnęła cały wagonik kolorowych kulek. Wybrałam niebieską. Miała smak tylko przez chwilę, później twardniała i stawała się gorzka. Zawsze, gdy wkładałam gumę do ust, powstrzymywałam się od żucia, by dłużej zachować słodki smak.

– Ciekawa jestem, czy huta się utrzyma… 

– Jak nas sprywatyzują, to szlag to wszystko trafi – obwieścił dziadek. – Myśmy się, Maryniu, chociaż emerytury dorobili… chyba. Chociaż wiadomo, ile to nam dadzą? Jak Karol dalej będzie bimbał, to go zwolnią… Co oni wtedy zrobią?

– Mieszkanie dostaną po nas, Renia się pracy nie boi, to jakoś to będzie.

– Ja wiem, że ona się nie boi, ale żeby ją miała! Wiesz, jak to teraz jest. Z Intertexu już ludzi zwalniają, ta dziewczyna od Bronclów, co tam poszła, zaraz poleciała! Tylko nie mów mi, że to w Sosnowcu, że u nas lepiej, bo wszędzie kopalnie… Co za czasy! Ja Bogu dziękuję, Maryniu, że ty po mnie dobrą emeryturę dostaniesz. Odejdzie człowiek spokojniejszy… Teraz to się nawet nie wie, co tym dzieciom doradzić… 

Babcia kiwała głową, raz tylko podnosząc wzrok, gdy dziadek wspomniał o odejściu. Zacisnęła dłoń na uchu torebki, tak jakby trzymała mężowską rękę, jakby przysięgała w duchu, że nigdy jej nie puści. 

I nie puściła.

 

***

 

Babcia i dziadek umarli jednej nocy, na tym samym tapczanie, na którym przespali całe życie. Lekarz, który przyjechał na drugi dzień, stwierdził, że czegoś takiego jeszcze nie widział, jednak śmierć była bez wątpienia naturalna. Starość nie radość, serca nie te, a zresztą wiedzą państwo, jakie jest tu powietrze. Fatalne, z tego dymu, to nieraz widziałem, jak się kokon robi, to nikomu nie służy. Bardzo współczuję, moje kondolencje.

Nocą, gdy babcia i dziadek odeszli, śniła mi się para wróbli. Leciały nisko, tuż nad polami, raz po raz tylko unosząc się wyżej, by upewnić się, czy ten drugi podąża za pierwszym. Wreszcie dofrunęły nad jezioro. Wróble zatrzymały się na dzikiej plaży i w niezdarnych podskokach ruszyły w stronę wody. Wiatr lekko poruszał tatarakiem, zaburzał idealną ciszę, podczas gdy ptaki rosły. Wreszcie dwa łabędzie wpłynęły na taflę jeziora, zbyt skupione na sobie samych, by dostrzec inne pary. Te wypływały z trzcinowisk, w podobnych duetach, nie zauważając obecności innych. Po chwili jezioro było pełne łabędzi, aż stało się całkiem białe, aż zniknęło zupełnie.

Babcia i dziadek umarli, matka płakała, a ojciec był zalany. Bałam się, że zaleje się w trupa, że zaraz nastąpi trzeci zgon i zostanę półsierotą. 

Do naszych drzwi zapukał Czarodziej.

– Trzeba chyba pomóc sąsiadom…?

Matka kiwnęła głową, podziękowała mu niewyraźnie i ukryła twarz w dłoniach. Czarodziej zaoferował, że zaraz zadzwoni gdzie trzeba, zapewnił, że to dobrze, że starsi ludzie odeszli razem i obiecał, że wszyscy kiedyś się spotkamy.

– Ja pani powiem po kolei, co trzeba zrobić, żeby to pozałatwiać. Trzeba będzie do urzędu iść… mogę zapisać na tej kartce?

Czarodziej wziął ołówek w drżącą rękę i zaczął notować. Matka dziękowała mu, ciągle pochlipując, a ojciec siedział w fotelu i patrzył przed siebie pustym wzrokiem.

– Będziemy mieć mieszkanie dla siebie… Ja ci, żono, przysięgam, że już pić nie będę, choćby nie wiem co. – Ojciec próbował zasalutować, ale wyszedł z tego gest podrzynania gardła.

– Nie wolno ci – szepnęła matka. – Dziecko, jak dziadków nie ma, to potrzebuje rodziców. Boże, co to się dzieje…

– Życie, sąsiadko droga, samo życie – odezwał się Czarodziej.

Wszyscy o nim zapomnieliśmy. Uśmiechał się dobrodusznie i podał matce zapisaną kartkę. Był taki stary, że miałam ochotę zacząć wrzeszczeć.

 

***

 

Ojciec tkwił w swoim postanowieniu przez sześć dni, a dokładnie mówiąc do chwili, gdy matka nie dopilnowała obiadu i mieszkanie wypełnił czarny dym. Wcześniej stąpałyśmy na palcach, by niczym go nie zdenerwować. Nieźle nam to wychodziło. Gdy kiedyś wrócił z pracy, przyniósł mi lizaka. Dziwna chwila, krótka radość, nieudolne podziękowanie. Ale później matka przypaliła te nieszczęsne kotlety, wszędzie był dym, cuchnął olej, ojciec krzyczał. Dym i krzyk, prawie jak na wojnie. Zawsze bałam się wojny najbardziej na świecie. 

– Nie da się z tymi babami – powiedział ojciec i postawił butelkę na stole. – Mama się w grobie przewraca, jak widzi, co ty robisz z tym domem! Żeby dobre mięso spalić… Idiotka!

Uciekłam na korytarz. Matka nie dopytywała dokąd idę, szybko więc włożyłam buty i wyszłam z mieszkania.

Prawie zderzyłam się z Czarodziejem.

– A panna sąsiadka gdzie się wybiera?

– Nie wiem jeszcze. Na plac zabaw.

– A nie za duża panna sąsiadka na takie rzeczy? Ile to mamy lat?

– Trzynaście.

– Uciekasz przed ojcem, prawda? – Czarodziej westchnął. – Chodź do mnie, poczekasz aż nie pójdzie spać i wtedy sobie spokojnie wrócisz. Oj dziecko, dziecko. Widziałaś, jak dziś huta dymi?

Nie odpowiedziałam, pozwoliłam wpuścić się do mieszkania. Z korytarza wychodziło troje drzwi. Dużo, jak na samotną osobę. Czarodziej otworzył jedne z nich, które prowadziły do saloniku i ślepej kuchni.

– Siadaj, gdzie ci będzie wygodnie, ja może herbaty zrobię. Sagę mam. Albo kakao dla dzieci, też dobra rzecz. Co byś wolała?

Wybrałam herbatę, bo było z nią mniej zachodu. Czarodziej przyniósł nam kubki w drżących rękach. Gdy usiadł na fotelu i zdjął okulary, wydawał mi się starszy niż kiedykolwiek. Uśmiechnął się lekko. Wsunął okulary w mankiet koszuli, a zamiast nich wyciągnął plastikowego goździka.

– Dla panny sąsiadki, proszę bardzo.

– Dziękuję.

– Ojciec znów poszalał? Oj, dziecko, za moich czasów to tacy szli na obowiązkowe leczenie, albo na rentę. 

– On nie chce do szpitala, a z renty nie wyżyjemy – powtórzyłam słowa matki.

– Żebyście w ogóle z nim wyżyły… 

– Ja mam już dość, proszę pana… 

– Dziecko, wszystko kiedyś przeminie. Ty pójdziesz pewnie na studia, podobno mądra dziewczyna jesteś, może gdzieś wyjedziesz? Na przykład do Wrocławia? Ładnie jest we Wrocławiu albo w Krakowie. To jest królewskie miasto. Widziałaś Wawel?

– Widziałam, proszę pana.

– Nie chciałabyś mieszkać gdzieś obok?

Wzruszyłam ramionami. 

– Ja bym chciała stąd odejść… Odlecieć. Już nieważne gdzie, byle daleko…

– Odlecieć… Jak byłem w twoim wieku, chciałem długo żyć. I co z tego mam? Ani mnie huta nie zeżre, ani żadne raczysko się nie przypałęta… I ciągnę tak… Moi bracia pomarli od tego ołowiu, a nawet nie wolno było mówić, że to od tego. Kiedyś tu była taka lekarka… Nie pamiętam, jak się nazywała, ale ona mówiła, że są złe normy w powietrzu, takie rzeczy… Dziecko, normy to kiedyś miała przeróbka i wydobycie, a nie jakieś powietrze… 

Czułam, że chce zmienić temat, jednak nic z tym nie robiłam. Czarodziej mógł mówić, o czym mu się podobało. Jego głos czasem przypominał mi głos dziadka. Popijałam herbatę i stawałam się coraz lżejsza.

 

***

 

Ptaki były wolne. We wrześniu zazdrośnie patrzyłam na jaskółki. Odleciały całymi chmarami, przysłoniły niebo niczym gradowa chmura, a później zniknęły. Poleciały w lepsze miejsce.

Wróble nie miały takich przywilejów. Wróble musiały zostać blisko gniazda, w którym się wykluły. Jesień przyszła tego roku zbyt szybko i pierwsze żółte liście oszpeciły drzewa, gdy tylko zaczął się wrzesień.

Uthemann pracowała nieprzerwanie i nie odrywała ode mnie wzroku. Któregoś dnia próbowała się uśmiechnąć. Ojciec przyszedł do pracy pijany i nic z tym nie zrobiono. Dalej mieliśmy za co egzystować. 

Wiele letnich dni spędziłam u Czarodzieja. Czytałam mu. Oczy już nie te, jak mówił, poza tym oboje potrzebowaliśmy towarzystwa. 

– Powodzenia w nowym roku szkolnym. Żebyś dobre oceny miała. 

– Ja już tylko czekam aż będę dorosła i ucieknę. 

– Takie to życie… Poproś hutę, wypowiedz życzenie, to się spełni, jak będziesz bardzo chciała. A teraz poczytaj mi gazetę. 

Spojrzałam więc na hutę, spojrzałam w jedno z jej oczu i wypowiedziałam życzenie. Uciec, odlecieć… Oczywiście, nic się nie wydarzyło. 

W domu za to działo się coraz więcej i coraz gorzej. 

Ojciec pił częściej niż nie pił, matka regularnie przypalała obiady i wybuchały nowe awantury. Ojciec twierdził, że babcia przewraca się w grobie, matka odpowiadała, że jak dziadek zagrzmi, to tylko raz. I tak w kółko, nieprzerwanie od rana do nocy, od nocy do rana. Huta tylko na to patrzyła. 

 

***

 

Nadszedł październik, a ja obudziłam się z bólem brzucha. Powiedziałam o tym matce.

– Możesz nie iść do szkoły – stwierdziła. – A jak ci do jutra nie przejdzie, to trzeba do lekarza. Okres masz?

– Nie.

Nie miałam od dwóch miesięcy.

– Może dostaniesz. Gorzej jak to jakieś zatrucie, albo grypa. Może ojciec coś przywlekł z pracy… Ktoś puka, czy mi się wydaje?

To był Czarodziej.

– Dzień dobry. Pani sąsiadko, w porządku wszystko u was?

– Tak – odrzekła matka.

– A, bo coś z rur słyszałem. Ale to chyba starość… Starość nie radość…

– Pan nie przesadza, pan się dobrze trzyma. Nie wiem, czy będzie miał kto dziś panu poczytać, bo córcia nam się pochorowała. Coś ją brzuch boli.

– Brzuch boli – powtórzył Czarodziej. – No nic, szkoda. Ale jak się poczuje lepiej, to zapraszam. 

– Przyjdzie, przyjdzie. Herbaty pan nie chce?

– Nie, co będę pani sąsiadce głowę zawracał. Jak u was wszystko dobrze… to dobrze. No, tyle chciałem. Do widzenia pani.

Matka wróciła do pokoju. Uśmiechnęła się do mnie i sięgnęła po książkę. Ojciec był w pracy. Przez chwilę miałyśmy spokój.

Był wieczór, gdy zapukałam do mieszkania Czarodzieja. Nie musiał o nic pytać. Wystarczyło, że na mnie spojrzał.

– Co tym razem, matka szafki nie domyła? – zapytał i westchnął. Wpuścił mnie do salonu.

– Źle się dziś czuję – powiedziałam. 

– Wiem. Ale już niedługo ci przejdzie. Oj, dziecko, żeby ci tylko szczęście dopisało. Ty pewnie jesteś lepsza niż ja, powód masz lepszy… No nic. Już niedługo.

– Co niedługo…?

– Huta cię posłuchała. Byłaś u niej z życzeniem. Nie ty pierwsza i nie ostatnia. Ja chciałem być młody…

– Nic nie rozumiem.

– Wiesz, czemu ja nie mogę umrzeć? Bo poprosiłem ją, by przestać się starzeć. Prosiłem jak miałem ze trzydzieści lat, wysłuchała franca jak miałem osiemdziesiąt. Zdarza się i tak. 

– Pan sobie żartuje? 

– Nie. Chciałbym, ale nie. Wczoraj, jak fuknęła, wiedziałem, że ktoś ją o coś poprosił. Śniłaś mi się zresztą. 

Milczałam. Patrzyłam na kubek z herbatą. 

– Nic się nie bój. Wiesz, co dziś słyszałem w radiu? Że od tego smrodu padały kanarki. Smrodu z huty. Ciekawe, czy to prawda…? No, niech panna sąsiadka tak na mnie nie patrzy, nie ma co robić takich oczu. Wszystko przecież musi skończyć się dobrze, inaczej być nie może. 

 

***

 

Huta patrzyła na mój strach i próbowała się nim napawać. Gdy tylko wychodziłam z domu, fukała groźnie, mrużyła oczy i rozdziawiała usta. Czarodziej był szaleńcem. Ojciec pijakiem. Pozostawało mi nie zwariować.

A sytuacja wcale tego nie ułatwiała. Przyszedł ranek, gdy obudził mnie ból ramion. Brzuch przypominał o sobie często, dostałam okropnej wysypki i matka zabrała mnie do lekarza. Stwierdził, że mam słabe kości i uczulenie. Wapń, dużo wapnia i jeszcze coś na alergię. Będzie dobrze, młoda jestem, wszystko przejdzie. 

Nie przeszło.

Czarodziej zaczął regularnie pojawiać się w naszym domu. Czekał na moment, w którym ojciec pójdzie do pracy, pukał do drzwi i popijał z matką herbatę. Matka odżyła od tych spotkań, jej świat stał się większy od klatki, w której zamknął ją mąż, wreszcie mogła porozumieć się z innymi ludźmi. Wiedziałam jednak, że Czarodziej przychodzi głównie ze względu na mnie. Podpytywał matkę o biedną, schorowaną córeczkę, a ona z ochotą opowiadała mu o diagnozach i kolejnych lekach, które musiała mi kupić. 

Miałam ochotę powiedzieć matce, żeby się nie martwiła. Jeśli wówczas byłam czegoś pewna, to tylko tego, że niebawem nadejdzie koniec.

 

***

 

Była noc. Zimna noc grudniowa, oświetlana tylko przez nieliczne latarnie. I hutę. Ona nigdy nie milkła, nie ustawała, nie przymykała oczu. Huta lubiła patrzeć.

Coś nakazało mi usiąść na łóżku. Wiedziałam, że nie mogę tkwić dłużej w mieszkaniu, toteż wyszłam na klatkę schodową. Dzieciak w piżamie, jutro pokażą jego zdjęcia w telewizji. 

Nie czułam zimna. Po raz pierwszy od miesięcy nic mnie nie bolało. Musiałam tylko iść, zejść ze schodów, wydostać się na zewnątrz. Nim moje bose stopy dotknęły śniegu, piżama łagodnie się zsunęła. Była za duża. O wiele za duża. Świat był ogromny. Nie sięgałam nawet siedziska ławki. Smród huty palił, mróz szczypał.

Instynktownie, zupełnie tak, jakbym umiała to od dawna, poderwałam się do lotu. Spojrzałam na rodzinne gniazdo. Myślałam o wróblach i łabędziach.

Kilka machnięć skrzydłami wystarczyło, by móc przycupnąć na drzewie. Huta uśmiechała się do mnie i zionęła trującymi oparami. Nie mogłam dłużej czekać.

Jeden ruch, drugi, trzeci. Jak zimno! 

Gdzieś tam czekało moje stado. Nim na dobre powaliła mnie trucizna rodzinnego gniazda, machnęłam skrzydłami z całych sił i odleciałam.

 

Koniec

Komentarze

Jezu! To jest piękne. Jestem pod wrażeniem, jak w krótkiej bądź co bądź historii można zawrzeć tyle klimatu z pogranicza snu i jawy. Motyw z ptakami jest doskonały – przewija się przez całe opowiadanie i wieńczy jego koniec. Przez tą chwytającą za serce historię, noszącą znamiona smutnej bajki, przebrnąłem w nadziei na happy end, po drodze doszukując się ukrytej prawdy, jednak na końcu przekonałem się (z przyjemnością), że się myliłem.

Osadzenie opowiadania w realiach dobrze nam znanych, rodzimych, zawsze stanowiło dla mnie minus. Mam na to uczulenie – ale nie w tym wypadku. Początkowy zgrzyt zniknął w oceanie cudnej narracji, która prowadziła mnie przez opowieść nie pozwalając zwrócić uwagi na jakiekolwiek błędy – więc jeżeli jakieś lapsusy się zdarzyły, to ktoś inny będzie musiał je znaleźć.

Łezka się w oku zakręciła, a emocje, jakie wywołuje koniec, są perfekcyjnie zbalansowane. Z jakiegoś powodu jest mi cholernie smutno, a jednocześnie w tej emocji znajduje jakiś spokój i ukojenie, nieuchwytną, może nawet iluzoryczną nutkę radości. Niesamowite!

Kopę lat, Rosso :)!

Ptasiek ze Śląska?

Klimatyczne. Obyczajowe (głównie), ale ładnie napisane!

 

Parę uwag:

– “Dobry Niemiec, gdy wybuchła wojna[,] dopiero uczył się raczkować”;

– “czuły mniej[,] niż powinny”;

– “wziął ołówek w drżące ręce” – w obie? a nie w jedną?;

– “Gdy kiedyś wracał z pracy, przyniósł mi lizaka” – jak wracał, to przynosił, ale jeśli przyniósł, to wrócił;

– “przypaliła te nieszczęsne kotlety, wszędzie był dym, cuchnął olej” – tu ekspertem nie jestem, ale kotlety się smaży na oleju? a nie na maśle czy smalcu?

 

Się mi podobało!

Trochę też dlatego, że Wróblów mam w (dalekiej) rodzinie, a i Bronclów znam :P.

 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Bardzo emocjonalne i z akcentem regionalnym, przez który łezka mi się w oku kręci. smiley Obyczajowość przeważa, ale w sumie jest podszyta jakimś lekko onirycznym akcentem weirda. Trudno mi się czegokolwiek uczepić, bo od pierwszych linijek popłynęłam z tekstem. Podobało się, a jakże, więc zaklikam.

Folanie, bardzo dziękuję Ci za tak miłe słowa. I za piękną szóstkę. :) Szkoła już dawno za mną, a miło sobie powspominać takie spokojne czasy. :)

No, trochę czasu minęło, Staruchu. :) Cieszę się bardzo, że tekst przypadł Ci do gustu. I pięknie dziękuję za kliczka. Przecinki i byki zaraz poprawię, miło, że zauważyłeś.

Co do kotletów: taka ze mnie kucharka, jak z koziego tyłka trąba, ale jednak mogę z całą pewnością stwierdzić, że u mnie kotlety robi się na oleju. Oprócz tych z kurczaka: tu musi trafić masło, bo to cały smak. Choć podobno są ludzie, którzy robią je na smalcu, ale to chyba kwestia kuchni. :)

Oidrin, cieszę się bardzo, że wywołałam emocje. Zawsze czułam się w tym raczej beznadziejna, więc to miła odmiana. :D Dziękuję za klika. :)

Podobało mi się Rosso przez zdania, które układają się naturalnie, bez zadęcia, opowiadając o rodzinie wróbli/Wróbli. Ładne.

Lubię losy ludzi, przedziwne, niezamierzone i takie opowieści. Fantastyka jest lekka, ale przenika całą historię do kości. I Czarodziej piękny, i ptaki, i opowieść!

Skarżę o klika, musowo. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Aha, jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała.

Uthemann to był facet, ale Ty odnosisz się do słowa huta. I czasem ten Uthemann jest rodzaju żeńskiego. Taki mały zgrzycik ;)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Bardzo dobre opowiadanie, Rosso. I owszem, na tym portalu można by uznać za słuszną uwagę, że fantastyki tu mało, że opowiadanie przypomina Naszą szkapę, czy też Łyska z pokładu Idy, ale ja uznałbym to za komplement. To dobre, dojrzałe opowiadanie obyczajowe. Bez potknięć, opowiedziane przez pisarkę. Przeszłaś ostatni etap, gdy nie ma już koślawych zdań, gdzie nic nie zgrzyta warsztatowo, gdzie historia jest spójna i jasna. Pozostaje tylko trafić lub nie trafić w gust czytelnika, ale z tym spotyka się już każdy pisarz, nawet ten najbardziej znany.

Warto zabrać się za coś dużego, jeśli jeszcze nie zaczęłaś. W przerywnikach pisać opowiadania jak to powyższe, żeby odświeżyć myśl, uciec od rutyny i zmęczenia powieścią. A później już tylko wydawać, czego Ci życzę.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładna opowieść. Jak dla mnie – trochę za bardzo skręca w obyczajówkę. Te opisy rodzin, alkoholizm ojca, dobry sąsiad… A wszystko mocno jedzie po uczuciach.

Fantastyka ledwie wcisnęła się na margines historii.

Ale niech Cie będzie.

Babska logika rządzi!

I mi także opowiadanie przypadło do gustu. Po zakończeniu lektury byłam zachwycona, choć teraz, następnego dnia, emocje trochę mi opadły. Na pewno jest napisane bardzo sprawnie, przyjemnie, tak, że wsiąka się od razu. Obyczajówka nie przeszkadzała w odbiorze, choć to już kwestia gustu. Porównanie do wróbli bardzo poetyckie… Całość trąca czułą strunę – chęć ucieczki do lepszego losu jest tak bardzo zrozumiała.

To sztuka, tak umiejętnie kierować emocjami odbiorcy. Jestem pod wrażeniem! Kliczek konieczny.

Zgadzam się z poprzednimi komentującymi. Przepiękne i szalenie emocjonalne. Zaczęłam czytać i popłynęłam, o nic się nie potykając. I jak to ja oczywiście nie mam nic przeciwko obyczajówce, szczególnie, że w Twoim tekście od początku do końca czuć magię, a rzeczywistość przenika się ze snem.

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Odejdzie człowiek spokojniejszy…Teraz to się nawet nie wie, co tym dzieciom doradzić… – spację zjadło.

 

Cześć!

Dla mnie nie ma znaczenia, czy tekst ma tylko szczyptę fantastyki, czy ma jej całą garść. Nie ma znaczenia w sytuacji takiej, jak ta. Czyli takiej, w której zostaję wessany do opisywanego świata. Od pierwszych zdań zafascynowała mnie Twoja Huta i podróżowałem w jej smrodzie do samego końca. Z pełną satysfakcją. Momentami jedynie wydawało mi się, że przekraczasz cienką linię żonglowania emocjami. Tzn. że próbujesz wzbudzić uczucia na siłę. Ale tylko momentami.

Klikać już nie trzeba :)

pozdrawiam! dO.ob

Asylum, bardzo Ci dziękuję za tak miłe słowa. :)

 

Staruchu, przyznam szczerze, że sama miałam problem z tym Uthemannem. W końcu stwierdziłam, że w domu, w którym dominował język polski, prawdopodobnie używano formy żeńskiej. Uthemann, w wydaniu dziadkowym, zostało podłapane i potraktowane jako synonim do huty. Tak przynajmniej to sobie wymyśliłam. :)

 

Darconie, miło mi czytać takie słowa. Poprawiły mi nastrój. :) Coś dużego powoli i niechętnie się składa, ale walczę z reasearchem i inspiracjami . Jeśli to wypali, powstanie coś przedziwnego. Dziękuję za komentarz. :)

 

No właśnie, Finklo, te uczucia były dla mnie chyba największym wyzwaniem. Nigdy nie czułam się dobra w ich opisywaniu i wiem, że muszę to ćwiczyć, żeby osiągnąć wyważenie, o które mi chodzi. Dzięki za klika. :)

 

Silvo, od wróbli to wszystko się zaczęło. :) Dziękuję za miłe słowa. :)

 

Katiu, miło mi bardzo, że zajrzałaś. :) Cieszę się, że się spodobało, zadowolony czytelnik to największa radość. :) Dziękuję. :)

 

Realucu, jak Ty wypatrzyłeś tę spację? :) Dzięki, zaraz poprawię. Cieszę się, że świat pochłonął, miło mi czytać takie słowa. Pozdrawiam! :)

 

Rossa, czytałam z zainteresowaniem. W moim odczuciu opowiadanie bardzo spokojne i stonowane. A to stanowi jego ogromną zaletę. Piękna historia. Lubię takie emocje i… przemiany:-) pozdrawiam

Olciatko, bardzo dziękuję za miły komentarz. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Też lubię przemiany. :)

Rosso, dziękuję za dobrą lekturę! Przywodzi mi na myśl twórczość Jakuba Małeckiego, którego połykam w szale zaczytania ;). Podoba mi się, jak zaplatasz historię obyczajową z wątkiem baśniowym. Dla mnie rzeczywiste Polskie realia są zaletą. Również wielowarstwowy wątek Huty, która karmi, pożera i obserwuje robi mocne wrażenie. Symbolika ptaków piękna, wróbelki, które żyją blisko gniazda i nie odlatują do ciepłych krajów, chwyciły mnie za serce.

Żeby jednak cukru, nie było za dużo, mam też uwagi ;). Nie rozumiem, czemu co i rusz pojawia się Czarodziej(?) Pod koniec zaczęło mnie to trochę mierzić. Mamy scenę i bach! Już jest Czarodziej. Wydało mi się to nieco podejrzane, a nawet naciągane. 

Chcę zwrócić też uwagę na wiek bohaterów. Dziadkowie, a przynajmniej babcia jest dopiero po pięćdziesiątce. Jednak jej opis i komentarz lekarza wskazuje na bardziej podeszły wiek. Główna postać pod koniec ma dopiero trzynaście lat i już wie, że chce uciekać z domu rodzinnego. Już rozwiązanie jest dla niej jasne i proste, że musi pryskać od ojca alkoholika. Hmm nie do końca to kupuję.

Na koniec szczególne brawa za opis interakcji z ojcem i lizakiem (chyba jedyny, bo to matka ma z nim głównie do czynienia). Operujesz przyjemnym językiem. Czyta się gładko. No i ta poruszająca, w pełni już baśniowa końcówka :). Ogółem świetny tekst!

Nie przeczytałam nawet pozostałych komentarzy: bardzo mi się podobało. Piszesz z dużą wrażliwością.

Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Piękne. Krótko, zwięźle i o czymś. Zmiany dziejowe z perspektywy zwykłych ludzi. Szczypta fantastyki zaklęta w ludzkie dramaty i marzenia. Choć niewiele wiemy o bohaterce, to chyba każdy będzie zadowolony ze sprezentowanego jej nadprzyrodzonego (symbolicznego ?) happy endu.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Huta, jako żywa istota, mieszająca się w ludzkie losy – dla mnie to nie tyle fantastyka, co realizm magiczny. Przeleciałaś przez cały wiek w stosunkowo krótkim tekście, ale pięknie Ci się to napisało. Są emocje, ale jednocześnie opko jest stonowane, bez fałszywych wzlotów. I to chyba jego siła :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Cytryno, cieszę się, że opowiadanie się podobało.

Co do wieku dziadków: miało być trochę niejasno. Chciałam dać furtkę do interpretacji: może rzeczywiście trzymali się kiepsko… a może jedno z nich poprosiło o hutę, by zawsze towarzyszyć swojej drugiej połówce? Lubię trochę niejasności, ale wiem, że nie wszystkim to odpowiada, więc rozumiem Twoje uwagi. :)

Zielonko, miło mi bardzo. :) 

Krar, cieszę się, że tak uważasz. Dziękuję za lekturę i komentarz. :)

Irko, powiem Ci, że sporym wyzwaniem było zamknąć się w zwięzłej formie, więc cieszę się, że wyszło. :)

Pozdrawiam!

 

Ciekawe opowiadanie, ładne, nastrojowe, świetnie się czyta.

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

“Ale matka[+,] wciąż zaślepiona tym piorunem, odmówiła przyszłej teściowej…”

 

“Fatalne, z tego dymu[-,] to nieraz widziałem, jak się kokon robi, to nikomu nie służy.”

 

“Oj[+,] dziecko, dziecko.”

 

A dalej napisałaś z przecinkiem ;)

“Oj, dziecko, za moich czasów to tacy szli na obowiązkowe leczenie[-,] albo na rentę.”

 

“– Ja już tylko czekam[+,] aż będę dorosła i ucieknę.”

 

“Gorzej jak to jakieś zatrucie[-,] albo grypa.”

 

Pamiętaj, że z takimi słówkami jako “albo” czy “ani” przecinek stawiamy, gdy występują podwójnie. Jak pojedynczo, to przecinka nie ma. Albo rybki, albo akwarium. Rybki albo akwarium.

 

Twoje opowiadanie urzekło mnie od pierwszych akapitów. Zaczęłaś wyjątkowo dobrze, czasem wystarcza kilka odpowiednich, pięknych zdań, by złapać czytelnika i nakłonić go do dalszej lektury – zrobiłaś to naprawdę bardzo dobrze! Cała masa “dorosłych”, publikowanych wielokrotnie (książkowo) pisarzy mogłaby Ci pozazdrościć niektórych z tych zdań.

Podoba mi się personifikacja Huty, bohaterowie, choć napisani kilkoma kreskami są stworzeni wystarczająco wyraźnie, by nabrać życia. W pewnym momencie rozwiązanie staje się oczywiste i właściwie wszystko mi się w Twoim tekście podoba poza, hm, kompozycją. Budujesz tło, przedstawiasz dziadków, Czarodzieja, rodziców – to zajmuje pewną objętość tekstu, a potem szast-prast, już zmierzamy do końca. Zauważam tu dysproporcję pomiędzy poszczególnymi częściami tekstu, czegoś mi zabrakło w rozwinięciu. Nie zmienia to jednak faktu, że tekst ma w sobie to “coś”. Mam nadzieję, że Loża uwzględni go w lipcowym głosowaniu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka