- Opowiadanie: Rossa - Gniazdo

Gniazdo

Cześć wszyst­kim jesz­cze raz, miło było tu wró­cić. :)

Takie ma­leń­stwo mi się na­pi­sa­ło, miłej lek­tu­ry! :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Gniazdo

Mój dzia­dek mówił na nią Uthe­mann.

Wzno­si­ła się pod oło­wia­nym nie­bem i raz po raz roz­dzia­wia­ła usta, jakby za­mie­rza­ła nas po­łknąć. Pa­trzy­ła na nas dnia­mi i no­ca­mi. Pa­trzy­ła swoim czwor­giem oczu, jed­nym na każdą stro­nę świa­ta. Huta wi­dzia­ła wszyst­ko.

Uthe­mann znała naszą ro­dzi­nę. Mój dzia­dek kie­dyś na­zy­wał się Vogel, bab­cia – Krze­piń­ska. Wy­klę­ła ich część Vo­glów i część Krze­piń­skich, a ta część, która ich nie wy­klę­ła, dała babci suk­nię, co to ukry­ła brzuch i po­mo­gła im zdo­być miesz­ka­nie, by wili swoje gniaz­do. Od tej pory na­zy­wa­li się Wró­bel. Wró­bli jest pełno. Wró­ble łatwo zni­ka­ją.

Dzia­dek był tak za­ko­cha­ny w babci, że mi­ło­ści tej star­czy­ło na dwa po­ko­le­nia i za­spo­ko­je­nie głodu huty. Mi­łość to życie, a huta wy­raź­nie go pra­gnę­ła. Nie po­łknę­ła żad­ne­go z dzie­ci Wró­blów, choć prze­cież ce­ni­ła ich słod­kie mięso nad wszyst­ko inne. Pa­trzy­ła jed­nak na nich, tak jak pa­trzy­li są­sie­dzi. Krzy­wo, z nie­za­do­wo­le­niem. Dobry Nie­miec, gdy wy­bu­chła wojna, do­pie­ro uczył się racz­ko­wać. Vo­ge­lo­wie zro­bi­li coś, co spra­wi­ło, że racz­ko­wać mu­siał dys­kret­nie, u mi­łych ludzi na wsi. Póź­niej już wszyst­ko robił dys­kret­nie, dys­kre­cja była jego drugą żoną, zaraz po złej Polce. Zła Polka, od­da­ła się ob­ce­mu i sama była obca, go­rol­ka. Zły Nie­miec, bo jed­nak Nie­miec. Dobra Polka, bo jed­nak tro­chę nasza. Nie dzi­wię się dziad­kom, że chcie­li być wró­bla­mi, że wo­le­li znik­nąć z pola wi­dze­nia, włą­czyć się w małe stad­ko i spo­koj­nie dzio­bać zia­ren­ka o smaku oło­wiu, które ła­ska­wie rzu­ca­ła im huta.

Z cza­sem do­ro­bi­li się trzech Wró­blą­tek. Na pierw­sze cze­ka­li dwa mie­sią­ce od dnia za­war­cia mał­żeń­stwa, ko­lej­ne uro­dzi­ły się już jako dzie­ci w pełni ślub­ne. Ostat­ni był mój oj­ciec. Jego sio­stry szyb­ko zła­pa­ły mężów i wy­fru­nę­ły z ro­dzin­ne­go gniaz­da.

A on zo­stał. Po­dob­nie jak dzia­dek, szyb­ko po­znał ko­bie­tę, która go za­uro­czy­ła. To było jak ra­że­nie pio­ru­na. Burza spon­ta­nicz­no­ści, po chwi­li za­cho­dzi słoń­ce, a zaraz po nim moja matka. W domu la­ment. Dzia­dek pro­sił, by dys­kret­nie się po­bra­li. Bab­cia była pra­wie jak huta, pa­trzy­ła na czte­ry stro­ny świa­ta, wi­dzia­ła wszyst­ko i jesz­cze tro­chę wię­cej. Dała matce pie­nią­dze na za­bieg, wie­dzio­na po­twor­nym prze­czu­ciem, że oto nad­cho­dzi coś, czemu trze­ba za­po­biec. Powie się, że po­ro­ni­ła. Albo nic się nie powie, nikt nic nie wie, nic nie widać. Ale matka wciąż za­śle­pio­na tym pio­ru­nem od­mó­wi­ła przy­szłej te­ścio­wej i sie­dem mie­się­cy póź­niej, już jako mil­czą­ca żona al­ko­ho­li­ka, uro­dzi­ła mnie w tak­sów­ce. To był bar­dzo szyb­ki poród, matka była bar­dzo dziel­na i bar­dzo cicha. Zdą­ży­ła się tego na­uczyć. O mnie mó­wi­li, że zo­sta­nę kie­row­cą, że będę miała bez­płat­ne prze­jaz­dy do końca życia, a bę­dzie to życie bar­dzo szczę­śli­we, chwa­ła Par­tii. O tak­sów­ka­rzu pi­sa­li w ga­ze­tach. Tego dnia w hucie roz­legł się syk. Coś się roz­prę­ży­ło, coś się ulot­ni­ło, szczę­śli­wie nikt nie zgi­nął. Uthe­mann pra­wie pękła ze śmie­chu.

 

***

 

Na­szym naj­bliż­szym są­sia­dem był Cza­ro­dziej. Lubił, gdy tak go na­zy­wa­no, na swoje sztucz­ki pod­ry­wał dziew­czy­ny. W każ­dym razie robił tak w cza­sach, gdy był młody. Teraz, gdy drża­ły mu ręce, nie­raz wi­dzia­łam, jak ukry­ta mię­dzy nimi karta w naj­gor­szym mo­men­cie spada na zie­mię. Gdy byłam mała, krzy­cza­łam wtedy: “mam cię!”. Z cza­sem zro­bi­ło mi się żal Cza­ro­dzie­ja i nie mó­wi­łam już ni­cze­go, je­dy­nie kla­ska­łam jak sza­lo­na i uda­wa­łam, że nie widzę. Czy on wi­dział? Nie wiem. Wzrok miał już bar­dzo słaby, stale gubił oku­la­ry, a jego ręce czuły mniej niż po­win­ny. Cza­ro­dziej żył o wiele za długo i chyba za­czy­nał zda­wać sobie z tego spra­wę. Nie miał ro­dzi­ny, jego je­dy­nym to­wa­rzy­stwem były dzie­ci, które pa­trzy­ły jak nie wy­cho­dzą mu ko­lej­ne sztucz­ki. 

– Ile on ma lat? – za­py­ta­łam dziad­ka. 

Ten w od­po­wie­dzi po­dra­pał się po bro­dzie.

– Nie wiem – wy­znał. – Od za­wsze jest stary. Ma­ry­niu, a Cza­ro­dziej to jaki bę­dzie rocz­nik? Trzy­dzie­sty gdzieś?

– Bar­dziej dwu­dzie­sty piąty… Jak w hucie robił, to pew­nie Ania by wie­dzia­ła… Ta ka­dro­wa, wiesz, ta od… Boże, jak on się na­zy­wa…?

Pa­trzy­łam na po­marsz­czo­ne ręce babci, na jej si­wie­ją­ce włosy. Nie była jesz­cze stara, do­pie­ro prze­kro­czy­ła pięć­dzie­siąt­kę. 

– Mnie to skle­ro­za łapie – rze­kła po­nu­ro. – Wła­śnie, ja ci gumy ku­pi­łam… 

Bab­cia po­grze­ba­ła w to­reb­ce i wy­cią­gnę­ła cały wa­go­nik ko­lo­ro­wych kulek. Wy­bra­łam nie­bie­ską. Miała smak tylko przez chwi­lę, póź­niej tward­nia­ła i sta­wa­ła się gorz­ka. Za­wsze, gdy wkła­da­łam gumę do ust, po­wstrzy­my­wa­łam się od żucia, by dłu­żej za­cho­wać słod­ki smak.

– Cie­ka­wa je­stem, czy huta się utrzy­ma… 

– Jak nas spry­wa­ty­zu­ją, to szlag to wszyst­ko trafi – ob­wie­ścił dzia­dek. – Myśmy się, Ma­ry­niu, cho­ciaż eme­ry­tu­ry do­ro­bi­li… chyba. Cho­ciaż wia­do­mo, ile to nam dadzą? Jak Karol dalej bę­dzie bim­bał, to go zwol­nią… Co oni wtedy zro­bią?

– Miesz­ka­nie do­sta­ną po nas, Renia się pracy nie boi, to jakoś to bę­dzie.

– Ja wiem, że ona się nie boi, ale żeby ją miała! Wiesz, jak to teraz jest. Z In­ter­te­xu już ludzi zwal­nia­ją, ta dziew­czy­na od Bronc­lów, co tam po­szła, zaraz po­le­cia­ła! Tylko nie mów mi, że to w So­snow­cu, że u nas le­piej, bo wszę­dzie ko­pal­nie… Co za czasy! Ja Bogu dzię­ku­ję, Ma­ry­niu, że ty po mnie dobrą eme­ry­tu­rę do­sta­niesz. Odej­dzie czło­wiek spo­koj­niej­szy… Teraz to się nawet nie wie, co tym dzie­ciom do­ra­dzić… 

Bab­cia ki­wa­ła głową, raz tylko pod­no­sząc wzrok, gdy dzia­dek wspo­mniał o odej­ściu. Za­ci­snę­ła dłoń na uchu to­reb­ki, tak jakby trzy­ma­ła mę­żow­ską rękę, jakby przy­się­ga­ła w duchu, że nigdy jej nie puści. 

I nie pu­ści­ła.

 

***

 

Bab­cia i dzia­dek umar­li jed­nej nocy, na tym samym tap­cza­nie, na któ­rym prze­spa­li całe życie. Le­karz, który przy­je­chał na drugi dzień, stwier­dził, że cze­goś ta­kie­go jesz­cze nie wi­dział, jed­nak śmierć była bez wąt­pie­nia na­tu­ral­na. Sta­rość nie ra­dość, serca nie te, a zresz­tą wie­dzą pań­stwo, jakie jest tu po­wie­trze. Fa­tal­ne, z tego dymu, to nie­raz wi­dzia­łem, jak się kokon robi, to ni­ko­mu nie służy. Bar­dzo współ­czu­ję, moje kon­do­len­cje.

Nocą, gdy bab­cia i dzia­dek ode­szli, śniła mi się para wró­bli. Le­cia­ły nisko, tuż nad po­la­mi, raz po raz tylko uno­sząc się wyżej, by upew­nić się, czy ten drugi po­dą­ża za pierw­szym. Wresz­cie do­fru­nę­ły nad je­zio­ro. Wró­ble za­trzy­ma­ły się na dzi­kiej plaży i w nie­zdar­nych pod­sko­kach ru­szy­ły w stro­nę wody. Wiatr lekko po­ru­szał ta­ta­ra­kiem, za­bu­rzał ide­al­ną ciszę, pod­czas gdy ptaki rosły. Wresz­cie dwa ła­bę­dzie wpły­nę­ły na taflę je­zio­ra, zbyt sku­pio­ne na sobie sa­mych, by do­strzec inne pary. Te wy­pły­wa­ły z trzci­no­wisk, w po­dob­nych du­etach, nie za­uwa­ża­jąc obec­no­ści in­nych. Po chwi­li je­zio­ro było pełne ła­bę­dzi, aż stało się cał­kiem białe, aż znik­nę­ło zu­peł­nie.

Bab­cia i dzia­dek umar­li, matka pła­ka­ła, a oj­ciec był za­la­ny. Bałam się, że za­le­je się w trupa, że zaraz na­stą­pi trze­ci zgon i zo­sta­nę pół­sie­ro­tą. 

Do na­szych drzwi za­pu­kał Cza­ro­dziej.

– Trze­ba chyba pomóc są­sia­dom…?

Matka kiw­nę­ła głową, po­dzię­ko­wa­ła mu nie­wy­raź­nie i ukry­ła twarz w dło­niach. Cza­ro­dziej za­ofe­ro­wał, że zaraz za­dzwo­ni gdzie trze­ba, za­pew­nił, że to do­brze, że star­si lu­dzie ode­szli razem i obie­cał, że wszy­scy kie­dyś się spo­tka­my.

– Ja pani po­wiem po kolei, co trze­ba zro­bić, żeby to po­za­ła­twiać. Trze­ba bę­dzie do urzę­du iść… mogę za­pi­sać na tej kart­ce?

Cza­ro­dziej wziął ołó­wek w drżą­cą rękę i za­czął no­to­wać. Matka dzię­ko­wa­ła mu, cią­gle po­chli­pu­jąc, a oj­ciec sie­dział w fo­te­lu i pa­trzył przed sie­bie pu­stym wzro­kiem.

– Bę­dzie­my mieć miesz­ka­nie dla sie­bie… Ja ci, żono, przy­się­gam, że już pić nie będę, choć­by nie wiem co. – Oj­ciec pró­bo­wał za­sa­lu­to­wać, ale wy­szedł z tego gest pod­rzy­na­nia gar­dła.

– Nie wolno ci – szep­nę­ła matka. – Dziec­ko, jak dziad­ków nie ma, to po­trze­bu­je ro­dzi­ców. Boże, co to się dzie­je…

– Życie, są­siad­ko droga, samo życie – ode­zwał się Cza­ro­dziej.

Wszy­scy o nim za­po­mnie­li­śmy. Uśmie­chał się do­bro­dusz­nie i podał matce za­pi­sa­ną kart­kę. Był taki stary, że mia­łam ocho­tę za­cząć wrzesz­czeć.

 

***

 

Oj­ciec tkwił w swoim po­sta­no­wie­niu przez sześć dni, a do­kład­nie mó­wiąc do chwi­li, gdy matka nie do­pil­no­wa­ła obia­du i miesz­ka­nie wy­peł­nił czar­ny dym. Wcze­śniej stą­pa­ły­śmy na pal­cach, by ni­czym go nie zde­ner­wo­wać. Nie­źle nam to wy­cho­dzi­ło. Gdy kie­dyś wró­cił z pracy, przy­niósł mi li­za­ka. Dziw­na chwi­la, krót­ka ra­dość, nie­udol­ne po­dzię­ko­wa­nie. Ale póź­niej matka przy­pa­li­ła te nie­szczę­sne ko­tle­ty, wszę­dzie był dym, cuch­nął olej, oj­ciec krzy­czał. Dym i krzyk, pra­wie jak na woj­nie. Za­wsze bałam się wojny naj­bar­dziej na świe­cie. 

– Nie da się z tymi ba­ba­mi – po­wie­dział oj­ciec i po­sta­wił bu­tel­kę na stole. – Mama się w gro­bie prze­wra­ca, jak widzi, co ty ro­bisz z tym domem! Żeby dobre mięso spa­lić… Idiot­ka!

Ucie­kłam na ko­ry­tarz. Matka nie do­py­ty­wa­ła dokąd idę, szyb­ko więc wło­ży­łam buty i wy­szłam z miesz­ka­nia.

Pra­wie zde­rzy­łam się z Cza­ro­dzie­jem.

– A panna są­siad­ka gdzie się wy­bie­ra?

– Nie wiem jesz­cze. Na plac zabaw.

– A nie za duża panna są­siad­ka na takie rze­czy? Ile to mamy lat?

– Trzy­na­ście.

– Ucie­kasz przed ojcem, praw­da? – Cza­ro­dziej wes­tchnął. – Chodź do mnie, po­cze­kasz aż nie pój­dzie spać i wtedy sobie spo­koj­nie wró­cisz. Oj, dziec­ko, dziec­ko. Wi­dzia­łaś, jak dziś huta dymi?

Nie od­po­wie­dzia­łam, po­zwo­li­łam wpu­ścić się do miesz­ka­nia. Z ko­ry­ta­rza wy­cho­dzi­ło troje drzwi. Dużo, jak na sa­mot­ną osobę. Cza­ro­dziej otwo­rzył jedne z nich, które pro­wa­dzi­ły do sa­lo­ni­ku i śle­pej kuch­ni.

– Sia­daj, gdzie ci bę­dzie wy­god­nie, ja może her­ba­ty zro­bię. Sagę mam. Albo kakao dla dzie­ci, też dobra rzecz. Co byś wo­la­ła?

Wy­bra­łam her­ba­tę, bo było z nią mniej za­cho­du. Cza­ro­dziej przy­niósł nam kubki w drżą­cych rę­kach. Gdy usiadł na fo­te­lu i zdjął oku­la­ry, wy­da­wał mi się star­szy niż kie­dy­kol­wiek. Uśmiech­nął się lekko. Wsu­nął oku­la­ry w man­kiet ko­szu­li, a za­miast nich wy­cią­gnął pla­sti­ko­we­go goź­dzi­ka.

– Dla panny są­siad­ki, pro­szę bar­dzo.

– Dzię­ku­ję.

– Oj­ciec znów po­sza­lał? Oj, dziec­ko, za moich cza­sów to tacy szli na obo­wiąz­ko­we le­cze­nie albo na rentę. 

– On nie chce do szpi­ta­la, a z renty nie wy­ży­je­my – po­wtó­rzy­łam słowa matki.

– Że­by­ście w ogóle z nim wy­ży­ły… 

– Ja mam już dość, pro­szę pana… 

– Dziec­ko, wszyst­ko kie­dyś prze­mi­nie. Ty pój­dziesz pew­nie na stu­dia, po­dob­no mądra dziew­czy­na je­steś, może gdzieś wy­je­dziesz? Na przy­kład do Wro­cła­wia? Ład­nie jest we Wro­cła­wiu albo w Kra­ko­wie. To jest kró­lew­skie mia­sto. Wi­dzia­łaś Wawel?

– Wi­dzia­łam, pro­szę pana.

– Nie chcia­ła­byś miesz­kać gdzieś obok?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. 

– Ja bym chcia­ła stąd odejść… Od­le­cieć. Już nie­waż­ne gdzie, byle da­le­ko…

– Od­le­cieć… Jak byłem w twoim wieku, chcia­łem długo żyć. I co z tego mam? Ani mnie huta nie zeżre, ani żadne ra­czy­sko się nie przy­pa­łę­ta… I cią­gnę tak… Moi bra­cia po­mar­li od tego oło­wiu, a nawet nie wolno było mówić, że to od tego. Kie­dyś tu była taka le­kar­ka… Nie pa­mię­tam, jak się na­zy­wa­ła, ale ona mó­wi­ła, że są złe normy w po­wie­trzu, takie rze­czy… Dziec­ko, normy to kie­dyś miała prze­rób­ka i wy­do­by­cie, a nie ja­kieś po­wie­trze… 

Czu­łam, że chce zmie­nić temat, jed­nak nic z tym nie ro­bi­łam. Cza­ro­dziej mógł mówić, o czym mu się po­do­ba­ło. Jego głos cza­sem przy­po­mi­nał mi głos dziad­ka. Po­pi­ja­łam her­ba­tę i sta­wa­łam się coraz lżej­sza.

 

***

 

Ptaki były wolne. We wrze­śniu za­zdro­śnie pa­trzy­łam na ja­skół­ki. Od­le­cia­ły ca­ły­mi chma­ra­mi, przy­sło­ni­ły niebo ni­czym gra­do­wa chmu­ra, a póź­niej znik­nę­ły. Po­le­cia­ły w lep­sze miej­sce.

Wró­ble nie miały ta­kich przy­wi­le­jów. Wró­ble mu­sia­ły zo­stać bli­sko gniaz­da, w któ­rym się wy­klu­ły. Je­sień przy­szła tego roku zbyt szyb­ko i pierw­sze żółte li­ście oszpe­ci­ły drze­wa, gdy tylko za­czął się wrze­sień.

Uthe­mann pra­co­wa­ła nie­prze­rwa­nie i nie od­ry­wa­ła ode mnie wzro­ku. Któ­re­goś dnia pró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć. Oj­ciec przy­szedł do pracy pi­ja­ny i nic z tym nie zro­bio­no. Dalej mie­li­śmy za co eg­zy­sto­wać. 

Wiele let­nich dni spę­dzi­łam u Cza­ro­dzie­ja. Czy­ta­łam mu. Oczy już nie te, jak mówił, poza tym oboje po­trze­bo­wa­li­śmy to­wa­rzy­stwa. 

– Po­wo­dze­nia w nowym roku szkol­nym. Żebyś dobre oceny miała. 

– Ja już tylko cze­kam, aż będę do­ro­sła i uciek­nę. 

– Takie to życie… Po­proś hutę, wy­po­wiedz ży­cze­nie, to się speł­ni, jak bę­dziesz bar­dzo chcia­ła. A teraz po­czy­taj mi ga­ze­tę. 

Spoj­rza­łam więc na hutę, spoj­rza­łam w jedno z jej oczu i wy­po­wie­dzia­łam ży­cze­nie. Uciec, od­le­cieć… Oczy­wi­ście, nic się nie wy­da­rzy­ło. 

W domu za to dzia­ło się coraz wię­cej i coraz go­rzej. 

Oj­ciec pił czę­ściej niż nie pił, matka re­gu­lar­nie przy­pa­la­ła obia­dy i wy­bu­cha­ły nowe awan­tu­ry. Oj­ciec twier­dził, że bab­cia prze­wra­ca się w gro­bie, matka od­po­wia­da­ła, że jak dzia­dek za­grzmi, to tylko raz. I tak w kółko, nie­prze­rwa­nie od rana do nocy, od nocy do rana. Huta tylko na to pa­trzy­ła. 

 

***

 

Nad­szedł paź­dzier­nik, a ja obu­dzi­łam się z bólem brzu­cha. Po­wie­dzia­łam o tym matce.

– Mo­żesz nie iść do szko­ły – stwier­dzi­ła. – A jak ci do jutra nie przej­dzie, to trze­ba do le­ka­rza. Okres masz?

– Nie.

Nie mia­łam od dwóch mie­się­cy.

– Może do­sta­niesz. Go­rzej jak to ja­kieś za­tru­cie albo grypa. Może oj­ciec coś przy­wlekł z pracy… Ktoś puka, czy mi się wy­da­je?

To był Cza­ro­dziej.

– Dzień dobry. Pani są­siad­ko, w po­rząd­ku wszyst­ko u was?

– Tak – od­rze­kła matka.

– A, bo coś z rur sły­sza­łem. Ale to chyba sta­rość… Sta­rość nie ra­dość…

– Pan nie prze­sa­dza, pan się do­brze trzy­ma. Nie wiem, czy bę­dzie miał kto dziś panu po­czy­tać, bo cór­cia nam się po­cho­ro­wa­ła. Coś ją brzuch boli.

– Brzuch boli – po­wtó­rzył Cza­ro­dziej. – No nic, szko­da. Ale jak się po­czu­je le­piej, to za­pra­szam. 

– Przyj­dzie, przyj­dzie. Her­ba­ty pan nie chce?

– Nie, co będę pani są­siad­ce głowę za­wra­cał. Jak u was wszyst­ko do­brze… to do­brze. No, tyle chcia­łem. Do wi­dze­nia pani.

Matka wró­ci­ła do po­ko­ju. Uśmiech­nę­ła się do mnie i się­gnę­ła po książ­kę. Oj­ciec był w pracy. Przez chwi­lę mia­ły­śmy spo­kój.

Był wie­czór, gdy za­pu­ka­łam do miesz­ka­nia Cza­ro­dzie­ja. Nie mu­siał o nic pytać. Wy­star­czy­ło, że na mnie spoj­rzał.

– Co tym razem, matka szaf­ki nie do­my­ła? – za­py­tał i wes­tchnął. Wpu­ścił mnie do sa­lo­nu.

– Źle się dziś czuję – po­wie­dzia­łam. 

– Wiem. Ale już nie­dłu­go ci przej­dzie. Oj, dziec­ko, żeby ci tylko szczę­ście do­pi­sa­ło. Ty pew­nie je­steś lep­sza niż ja, powód masz lep­szy… No nic. Już nie­dłu­go.

– Co nie­dłu­go…?

– Huta cię po­słu­cha­ła. Byłaś u niej z ży­cze­niem. Nie ty pierw­sza i nie ostat­nia. Ja chcia­łem być młody…

– Nic nie ro­zu­miem.

– Wiesz, czemu ja nie mogę umrzeć? Bo po­pro­si­łem ją, by prze­stać się sta­rzeć. Pro­si­łem jak mia­łem ze trzy­dzie­ści lat, wy­słu­cha­ła fran­ca jak mia­łem osiem­dzie­siąt. Zda­rza się i tak. 

– Pan sobie żar­tu­je? 

– Nie. Chciał­bym, ale nie. Wczo­raj, jak fuk­nę­ła, wie­dzia­łem, że ktoś ją o coś po­pro­sił. Śni­łaś mi się zresz­tą. 

Mil­cza­łam. Pa­trzy­łam na kubek z her­ba­tą. 

– Nic się nie bój. Wiesz, co dziś sły­sza­łem w radiu? Że od tego smro­du pa­da­ły ka­nar­ki. Smro­du z huty. Cie­ka­we, czy to praw­da…? No, niech panna są­siad­ka tak na mnie nie pa­trzy, nie ma co robić ta­kich oczu. Wszyst­ko prze­cież musi skoń­czyć się do­brze, ina­czej być nie może. 

 

***

 

Huta pa­trzy­ła na mój strach i pró­bo­wa­ła się nim na­pa­wać. Gdy tylko wy­cho­dzi­łam z domu, fu­ka­ła groź­nie, mru­ży­ła oczy i roz­dzia­wia­ła usta. Cza­ro­dziej był sza­leń­cem. Oj­ciec pi­ja­kiem. Po­zo­sta­wa­ło mi nie zwa­rio­wać.

A sy­tu­acja wcale tego nie uła­twia­ła. Przy­szedł ranek, gdy obu­dził mnie ból ra­mion. Brzuch przy­po­mi­nał o sobie czę­sto, do­sta­łam okrop­nej wy­syp­ki i matka za­bra­ła mnie do le­ka­rza. Stwier­dził, że mam słabe kości i uczu­le­nie. Wapń, dużo wap­nia i jesz­cze coś na aler­gię. Bę­dzie do­brze, młoda je­stem, wszyst­ko przej­dzie. 

Nie prze­szło.

Cza­ro­dziej za­czął re­gu­lar­nie po­ja­wiać się w na­szym domu. Cze­kał na mo­ment, w któ­rym oj­ciec pój­dzie do pracy, pukał do drzwi i po­pi­jał z matką her­ba­tę. Matka od­ży­ła od tych spo­tkań, jej świat stał się więk­szy od klat­ki, w któ­rej za­mknął ją mąż, wresz­cie mogła po­ro­zu­mieć się z in­ny­mi ludź­mi. Wie­dzia­łam jed­nak, że Cza­ro­dziej przy­cho­dzi głów­nie ze wzglę­du na mnie. Pod­py­ty­wał matkę o bied­ną, scho­ro­wa­ną có­recz­kę, a ona z ocho­tą opo­wia­da­ła mu o dia­gno­zach i ko­lej­nych le­kach, które mu­sia­ła mi kupić. 

Mia­łam ocho­tę po­wie­dzieć matce, żeby się nie mar­twi­ła. Jeśli wów­czas byłam cze­goś pewna, to tylko tego, że nie­ba­wem na­dej­dzie ko­niec.

 

***

 

Była noc. Zimna noc gru­dnio­wa, oświe­tla­na tylko przez nie­licz­ne la­tar­nie. I hutę. Ona nigdy nie mil­kła, nie usta­wa­ła, nie przy­my­ka­ła oczu. Huta lu­bi­ła pa­trzeć.

Coś na­ka­za­ło mi usiąść na łóżku. Wie­dzia­łam, że nie mogę tkwić dłu­żej w miesz­ka­niu, toteż wy­szłam na klat­kę scho­do­wą. Dzie­ciak w pi­ża­mie, jutro po­ka­żą jego zdję­cia w te­le­wi­zji. 

Nie czu­łam zimna. Po raz pierw­szy od mie­się­cy nic mnie nie bo­la­ło. Mu­sia­łam tylko iść, zejść ze scho­dów, wy­do­stać się na ze­wnątrz. Nim moje bose stopy do­tknę­ły śnie­gu, pi­ża­ma ła­god­nie się zsu­nę­ła. Była za duża. O wiele za duża. Świat był ogrom­ny. Nie się­ga­łam nawet sie­dzi­ska ławki. Smród huty palił, mróz szczy­pał.

In­stynk­tow­nie, zu­peł­nie tak, jak­bym umia­ła to od dawna, po­de­rwa­łam się do lotu. Spoj­rza­łam na ro­dzin­ne gniaz­do. My­śla­łam o wró­blach i ła­bę­dziach.

Kilka mach­nięć skrzy­dła­mi wy­star­czy­ło, by móc przy­cup­nąć na drze­wie. Huta uśmie­cha­ła się do mnie i zio­nę­ła tru­ją­cy­mi opa­ra­mi. Nie mo­głam dłu­żej cze­kać.

Jeden ruch, drugi, trze­ci. Jak zimno! 

Gdzieś tam cze­ka­ło moje stado. Nim na dobre po­wa­li­ła mnie tru­ci­zna ro­dzin­ne­go gniaz­da, mach­nę­łam skrzy­dła­mi z ca­łych sił i od­le­cia­łam.

 

Koniec

Komentarze

Jezu! To jest piękne. Jestem pod wrażeniem, jak w krótkiej bądź co bądź historii można zawrzeć tyle klimatu z pogranicza snu i jawy. Motyw z ptakami jest doskonały – przewija się przez całe opowiadanie i wieńczy jego koniec. Przez tą chwytającą za serce historię, noszącą znamiona smutnej bajki, przebrnąłem w nadziei na happy end, po drodze doszukując się ukrytej prawdy, jednak na końcu przekonałem się (z przyjemnością), że się myliłem.

Osadzenie opowiadania w realiach dobrze nam znanych, rodzimych, zawsze stanowiło dla mnie minus. Mam na to uczulenie – ale nie w tym wypadku. Początkowy zgrzyt zniknął w oceanie cudnej narracji, która prowadziła mnie przez opowieść nie pozwalając zwrócić uwagi na jakiekolwiek błędy – więc jeżeli jakieś lapsusy się zdarzyły, to ktoś inny będzie musiał je znaleźć.

Łezka się w oku zakręciła, a emocje, jakie wywołuje koniec, są perfekcyjnie zbalansowane. Z jakiegoś powodu jest mi cholernie smutno, a jednocześnie w tej emocji znajduje jakiś spokój i ukojenie, nieuchwytną, może nawet iluzoryczną nutkę radości. Niesamowite!

Kopę lat, Rosso :)!

Ptasiek ze Śląska?

Klimatyczne. Obyczajowe (głównie), ale ładnie napisane!

 

Parę uwag:

– “Dobry Niemiec, gdy wybuchła wojna[,] dopiero uczył się raczkować”;

– “czuły mniej[,] niż powinny”;

– “wziął ołówek w drżące ręce” – w obie? a nie w jedną?;

– “Gdy kiedyś wracał z pracy, przyniósł mi lizaka” – jak wracał, to przynosił, ale jeśli przyniósł, to wrócił;

– “przypaliła te nieszczęsne kotlety, wszędzie był dym, cuchnął olej” – tu ekspertem nie jestem, ale kotlety się smaży na oleju? a nie na maśle czy smalcu?

 

Się mi podobało!

Trochę też dlatego, że Wróblów mam w (dalekiej) rodzinie, a i Bronclów znam :P.

 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Bardzo emocjonalne i z akcentem regionalnym, przez który łezka mi się w oku kręci. smiley Obyczajowość przeważa, ale w sumie jest podszyta jakimś lekko onirycznym akcentem weirda. Trudno mi się czegokolwiek uczepić, bo od pierwszych linijek popłynęłam z tekstem. Podobało się, a jakże, więc zaklikam.

Folanie, bardzo dziękuję Ci za tak miłe słowa. I za piękną szóstkę. :) Szkoła już dawno za mną, a miło sobie powspominać takie spokojne czasy. :)

No, trochę czasu minęło, Staruchu. :) Cieszę się bardzo, że tekst przypadł Ci do gustu. I pięknie dziękuję za kliczka. Przecinki i byki zaraz poprawię, miło, że zauważyłeś.

Co do kotletów: taka ze mnie kucharka, jak z koziego tyłka trąba, ale jednak mogę z całą pewnością stwierdzić, że u mnie kotlety robi się na oleju. Oprócz tych z kurczaka: tu musi trafić masło, bo to cały smak. Choć podobno są ludzie, którzy robią je na smalcu, ale to chyba kwestia kuchni. :)

Oidrin, cieszę się bardzo, że wywołałam emocje. Zawsze czułam się w tym raczej beznadziejna, więc to miła odmiana. :D Dziękuję za klika. :)

Podobało mi się Rosso przez zdania, które układają się naturalnie, bez zadęcia, opowiadając o rodzinie wróbli/Wróbli. Ładne.

Lubię losy ludzi, przedziwne, niezamierzone i takie opowieści. Fantastyka jest lekka, ale przenika całą historię do kości. I Czarodziej piękny, i ptaki, i opowieść!

Skarżę o klika, musowo. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Aha, jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała.

Uthemann to był facet, ale Ty odnosisz się do słowa huta. I czasem ten Uthemann jest rodzaju żeńskiego. Taki mały zgrzycik ;)

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Bardzo dobre opowiadanie, Rosso. I owszem, na tym portalu można by uznać za słuszną uwagę, że fantastyki tu mało, że opowiadanie przypomina Naszą szkapę, czy też Łyska z pokładu Idy, ale ja uznałbym to za komplement. To dobre, dojrzałe opowiadanie obyczajowe. Bez potknięć, opowiedziane przez pisarkę. Przeszłaś ostatni etap, gdy nie ma już koślawych zdań, gdzie nic nie zgrzyta warsztatowo, gdzie historia jest spójna i jasna. Pozostaje tylko trafić lub nie trafić w gust czytelnika, ale z tym spotyka się już każdy pisarz, nawet ten najbardziej znany.

Warto zabrać się za coś dużego, jeśli jeszcze nie zaczęłaś. W przerywnikach pisać opowiadania jak to powyższe, żeby odświeżyć myśl, uciec od rutyny i zmęczenia powieścią. A później już tylko wydawać, czego Ci życzę.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładna opowieść. Jak dla mnie – trochę za bardzo skręca w obyczajówkę. Te opisy rodzin, alkoholizm ojca, dobry sąsiad… A wszystko mocno jedzie po uczuciach.

Fantastyka ledwie wcisnęła się na margines historii.

Ale niech Cie będzie.

Babska logika rządzi!

I mi także opowiadanie przypadło do gustu. Po zakończeniu lektury byłam zachwycona, choć teraz, następnego dnia, emocje trochę mi opadły. Na pewno jest napisane bardzo sprawnie, przyjemnie, tak, że wsiąka się od razu. Obyczajówka nie przeszkadzała w odbiorze, choć to już kwestia gustu. Porównanie do wróbli bardzo poetyckie… Całość trąca czułą strunę – chęć ucieczki do lepszego losu jest tak bardzo zrozumiała.

To sztuka, tak umiejętnie kierować emocjami odbiorcy. Jestem pod wrażeniem! Kliczek konieczny.

Zgadzam się z poprzednimi komentującymi. Przepiękne i szalenie emocjonalne. Zaczęłam czytać i popłynęłam, o nic się nie potykając. I jak to ja oczywiście nie mam nic przeciwko obyczajówce, szczególnie, że w Twoim tekście od początku do końca czuć magię, a rzeczywistość przenika się ze snem.

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Odejdzie człowiek spokojniejszy…Teraz to się nawet nie wie, co tym dzieciom doradzić… – spację zjadło.

 

Cześć!

Dla mnie nie ma znaczenia, czy tekst ma tylko szczyptę fantastyki, czy ma jej całą garść. Nie ma znaczenia w sytuacji takiej, jak ta. Czyli takiej, w której zostaję wessany do opisywanego świata. Od pierwszych zdań zafascynowała mnie Twoja Huta i podróżowałem w jej smrodzie do samego końca. Z pełną satysfakcją. Momentami jedynie wydawało mi się, że przekraczasz cienką linię żonglowania emocjami. Tzn. że próbujesz wzbudzić uczucia na siłę. Ale tylko momentami.

Klikać już nie trzeba :)

pozdrawiam! dO.ob

Asylum, bardzo Ci dziękuję za tak miłe słowa. :)

 

Staruchu, przyznam szczerze, że sama miałam problem z tym Uthemannem. W końcu stwierdziłam, że w domu, w którym dominował język polski, prawdopodobnie używano formy żeńskiej. Uthemann, w wydaniu dziadkowym, zostało podłapane i potraktowane jako synonim do huty. Tak przynajmniej to sobie wymyśliłam. :)

 

Darconie, miło mi czytać takie słowa. Poprawiły mi nastrój. :) Coś dużego powoli i niechętnie się składa, ale walczę z reasearchem i inspiracjami . Jeśli to wypali, powstanie coś przedziwnego. Dziękuję za komentarz. :)

 

No właśnie, Finklo, te uczucia były dla mnie chyba największym wyzwaniem. Nigdy nie czułam się dobra w ich opisywaniu i wiem, że muszę to ćwiczyć, żeby osiągnąć wyważenie, o które mi chodzi. Dzięki za klika. :)

 

Silvo, od wróbli to wszystko się zaczęło. :) Dziękuję za miłe słowa. :)

 

Katiu, miło mi bardzo, że zajrzałaś. :) Cieszę się, że się spodobało, zadowolony czytelnik to największa radość. :) Dziękuję. :)

 

Realucu, jak Ty wypatrzyłeś tę spację? :) Dzięki, zaraz poprawię. Cieszę się, że świat pochłonął, miło mi czytać takie słowa. Pozdrawiam! :)

 

Rossa, czytałam z zainteresowaniem. W moim odczuciu opowiadanie bardzo spokojne i stonowane. A to stanowi jego ogromną zaletę. Piękna historia. Lubię takie emocje i… przemiany:-) pozdrawiam

Olciatko, bardzo dziękuję za miły komentarz. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Też lubię przemiany. :)

Rosso, dziękuję za dobrą lekturę! Przywodzi mi na myśl twórczość Jakuba Małeckiego, którego połykam w szale zaczytania ;). Podoba mi się, jak zaplatasz historię obyczajową z wątkiem baśniowym. Dla mnie rzeczywiste Polskie realia są zaletą. Również wielowarstwowy wątek Huty, która karmi, pożera i obserwuje robi mocne wrażenie. Symbolika ptaków piękna, wróbelki, które żyją blisko gniazda i nie odlatują do ciepłych krajów, chwyciły mnie za serce.

Żeby jednak cukru, nie było za dużo, mam też uwagi ;). Nie rozumiem, czemu co i rusz pojawia się Czarodziej(?) Pod koniec zaczęło mnie to trochę mierzić. Mamy scenę i bach! Już jest Czarodziej. Wydało mi się to nieco podejrzane, a nawet naciągane. 

Chcę zwrócić też uwagę na wiek bohaterów. Dziadkowie, a przynajmniej babcia jest dopiero po pięćdziesiątce. Jednak jej opis i komentarz lekarza wskazuje na bardziej podeszły wiek. Główna postać pod koniec ma dopiero trzynaście lat i już wie, że chce uciekać z domu rodzinnego. Już rozwiązanie jest dla niej jasne i proste, że musi pryskać od ojca alkoholika. Hmm nie do końca to kupuję.

Na koniec szczególne brawa za opis interakcji z ojcem i lizakiem (chyba jedyny, bo to matka ma z nim głównie do czynienia). Operujesz przyjemnym językiem. Czyta się gładko. No i ta poruszająca, w pełni już baśniowa końcówka :). Ogółem świetny tekst!

Nie przeczytałam nawet pozostałych komentarzy: bardzo mi się podobało. Piszesz z dużą wrażliwością.

Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Piękne. Krótko, zwięźle i o czymś. Zmiany dziejowe z perspektywy zwykłych ludzi. Szczypta fantastyki zaklęta w ludzkie dramaty i marzenia. Choć niewiele wiemy o bohaterce, to chyba każdy będzie zadowolony ze sprezentowanego jej nadprzyrodzonego (symbolicznego ?) happy endu.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Huta, jako żywa istota, mieszająca się w ludzkie losy – dla mnie to nie tyle fantastyka, co realizm magiczny. Przeleciałaś przez cały wiek w stosunkowo krótkim tekście, ale pięknie Ci się to napisało. Są emocje, ale jednocześnie opko jest stonowane, bez fałszywych wzlotów. I to chyba jego siła :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cytryno, cieszę się, że opowiadanie się podobało.

Co do wieku dziadków: miało być trochę niejasno. Chciałam dać furtkę do interpretacji: może rzeczywiście trzymali się kiepsko… a może jedno z nich poprosiło o hutę, by zawsze towarzyszyć swojej drugiej połówce? Lubię trochę niejasności, ale wiem, że nie wszystkim to odpowiada, więc rozumiem Twoje uwagi. :)

Zielonko, miło mi bardzo. :) 

Krar, cieszę się, że tak uważasz. Dziękuję za lekturę i komentarz. :)

Irko, powiem Ci, że sporym wyzwaniem było zamknąć się w zwięzłej formie, więc cieszę się, że wyszło. :)

Pozdrawiam!

 

Ciekawe opowiadanie, ładne, nastrojowe, świetnie się czyta.

Fajne :)

Przynoszę radość :)

“Ale matka[+,] wciąż zaślepiona tym piorunem, odmówiła przyszłej teściowej…”

 

“Fatalne, z tego dymu[-,] to nieraz widziałem, jak się kokon robi, to nikomu nie służy.”

 

“Oj[+,] dziecko, dziecko.”

 

A dalej napisałaś z przecinkiem ;)

“Oj, dziecko, za moich czasów to tacy szli na obowiązkowe leczenie[-,] albo na rentę.”

 

“– Ja już tylko czekam[+,] aż będę dorosła i ucieknę.”

 

“Gorzej jak to jakieś zatrucie[-,] albo grypa.”

 

Pamiętaj, że z takimi słówkami jako “albo” czy “ani” przecinek stawiamy, gdy występują podwójnie. Jak pojedynczo, to przecinka nie ma. Albo rybki, albo akwarium. Rybki albo akwarium.

 

Twoje opowiadanie urzekło mnie od pierwszych akapitów. Zaczęłaś wyjątkowo dobrze, czasem wystarcza kilka odpowiednich, pięknych zdań, by złapać czytelnika i nakłonić go do dalszej lektury – zrobiłaś to naprawdę bardzo dobrze! Cała masa “dorosłych”, publikowanych wielokrotnie (książkowo) pisarzy mogłaby Ci pozazdrościć niektórych z tych zdań.

Podoba mi się personifikacja Huty, bohaterowie, choć napisani kilkoma kreskami są stworzeni wystarczająco wyraźnie, by nabrać życia. W pewnym momencie rozwiązanie staje się oczywiste i właściwie wszystko mi się w Twoim tekście podoba poza, hm, kompozycją. Budujesz tło, przedstawiasz dziadków, Czarodzieja, rodziców – to zajmuje pewną objętość tekstu, a potem szast-prast, już zmierzamy do końca. Zauważam tu dysproporcję pomiędzy poszczególnymi częściami tekstu, czegoś mi zabrakło w rozwinięciu. Nie zmienia to jednak faktu, że tekst ma w sobie to “coś”. Mam nadzieję, że Loża uwzględni go w lipcowym głosowaniu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Anet, bardzo Ci dziękuję. Jeśli dla Ciebie coś jest fajne, to autor może się tylko cieszyć. :D

 

Jose, wielkie dzięki za nominację! Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu, a nad przecinkami zaraz popracuję – dzięki!

Z kompozycją to miałam problem. Bo z jednej strony chciałam krótko, z drugiej ładnie, więc coś mogło nie wyjść po drodze.

 

Dziękuję za lekturę, dziewczyny!

Przeczytałam opowiadanie z przyjemnością kilka dni temu. Niestety kiedy dziś zajrzałam na nominacje lipcowe, stwierdziłam, że kompletnie nie pamiętam, o czym było. Wróciłam, by skomentować, zajrzałam jeszcze raz i oczywiście przypomniałam sobie. Tak, nadal czyta się to dobrze, pomysł jest ciekawy, niebanalny, ładnie napisany. Niemniej najwyraźniej całość nie poruszyła mnie aż tak, żebym zapamiętała lekturę. Obawiam się, że to zadecyduje o głosie w głosowaniu, mimo że nie da się wiele temu opowiadaniu zarzucić. Po prostu najwyraźniej brakło “tego czegoś”.

http://altronapoleone.home.blog

"trzech Wróblątek"

a potem o siostrach

Czyli jednak trojgu Wróblątek

 

Szalenie trudno mi ocenić ten tekst, bo bardzo to nie to, co czytam.

Z jednej strony nie wciągnął mnie, ale z drugiej trudno nie zauważyć, że udało Ci się poskładać różne formy: jest tu tło, które w pewnym sensie przypomina uwspółcześnioną wersję jakiejś klechdy, ale jednocześnie właściwa fabuła jest obyczajówką. Tło jednocześnie jest tez czymś w rodzaju urban legend, ale jakiegoś takiego, nie opowiadanego na imprezach, a bardziej… hm, może właśnie “urban klechda” byłoby tu najlepszym określeniem?

Osobna sprawa, ze to opowiadanie sprawia wrażenie bardziej przenośni dla innych zdarzen, niż fantastyki jako takiej. I tylko cześciowo ucieka jakie to zdarzenia.

 

Ostatnio wpadła w moje ręce książka, po której wiele sobie obiecywałam, jako że promowano ją jako realizm magiczny rozgrywający się na Śląsku. Czarne miasto Knopik.

Ta książka ostatecznie zawiodła mnie na całej linii, bo to nie był żaden realizm magiczny, a baśń, a Sląska tam było niezbyt wiele. Podobnie nie było spójnej historii, kreacji świata czy bohaterów.

 

W każdym razie, cieszę się ogromnie, że przeczytałam twoje opowiadanie, bo to właśnie śląski realizm magiczny, o jakim marzyłam i na jaki liczyłam, sięgając po miasto – zresztą, podobnie się zaczyna, bo i tam pierwsze rozdziały to opisy historii rodziny (tam jednak tragicznie rozwleczone i pozbawione puenty). Twoje opowiadanie mogłabym opisać tak – Jakub Małecki spotyka Szczepana Twardocha, a wszystko posypane kobiecą nutką, wyraznie wyczuwalną w narracji. No świetne. Jakbyś napisała tym językiem książkę, to bym czytała. Historia rodziny taplająca się w realizmie magicznym to też domena Marqueza, więc utrafiłaś tu bingo moich ulubionych autorów, nie zapominając dodać czegoś od siebie.

 

Bo te zdania są śliczne:

 

Wyklęła ich część Voglów i część Krzepińskich, a ta część, która ich nie wyklęła, dała babci suknię, co to ukryła brzuch i pomogła im zdobyć mieszkanie, by wili swoje gniazdo.

 

Burza spontaniczności, po chwili zachodzi słońce, a zaraz po nim moja matka. W domu lament.

 

Historia jest odpowiednio spuentowana, przez cały czas wiadomo, do czego dąży, nic nie dzieje się ot tak sobie. Jestem usatysfakcjonowana zarówno formą, jak i wykonaniem.

 

No, naprawdę. Jedyne, na co mogę w tym tekście narzekać to to, że jest zbyt krótko. Takich fajnych bohaterów wykreowałaś (cudo, w tak maleńkiej historii każdy ma swoje backstory), a ledwo mi się dałaś nimi odrobinę nacieszyć. Chcę więcej.

 

Tym oburzeniem kończę komentarz, bo od klawiatury szlag mnie już trafia. Pozdrawiam!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Opowiadanie zacząłem czytać, jak jeszcze nie miałem tutaj konta, teraz dokończyłem. Całość przepiękną, przeplatana gdzieniegdzie zdaniami – perełkami. Majstersztyk, choć ja mam w sobie nutkę krytykanta, nie mogę się przyczepić do niczego, pozdrawiam

Drakaino, szkoda, że brakuje "tego czegoś" ale bardzo dziękuję za miłe słowa :) Wilku zimowy, szkoda, że nie trafiłam w Twój gust – może następnym razem :)

Nie umiem pisać komentarzy z telefonu :( Kam_mod, bardzo dziękuję za tyle pochwał. Aż mi głupio. XD Może następnym razem napiszę coś dłuższego… Ciężki przypadku, cieszę się, że nie dałam powodów do czepiania. :) dzięki!

Opowiadanie zaczyna się interesująco, wstęp przypomina nieco w zamyśle literacką wersję śląskich filmów K. Kutza. Albo bardzo streszczoną i skrótową wersję sagi rodzinnej o pogmatwanych losach ludzi wychowanych w tyglu kultur i narodów. Problem w tym, że cały ten wstęp o niemiecko-polskich korzeniach Wróblów, lokalnych animozjach i poplątaniach nie ma, moim zdaniem, większego znaczenia i związku z dalszą częścią tekstu i opowieści, w której mamy prostą historię bohaterki, jej matki, ojca pijaka i sąsiada Czarodzieja. Powiedziałbym nawet, że wstęp to pewna zmyłka, obiecująca i zapowiadające coś innego niż finalnie dostajemy, a zarazem lekkiej zachwianie kompozycji.

Tymczasem fabułę można właściwie sprowadzić do kilku zdań, gdyż jest naprawdę prosta i dosyć przewidywalna (zawłaszcza w kontekście wielokrotnie przypominanego nazwiska głównych bohaterów): w mieście, które od pokoleń funkcjonuje przy Hucie, mieszka rodzina, w której ojciec pije, matka to znosi, a córka od tego ucieka i chciałaby odlecieć (z gniazda). Tak się akurat wygodnie składa, że spersonifikowana, złowieszcza Huta ma moc magiczną i spełnia życzenia, o czy informuje bohaterkę długowieczny sąsiad, któremu Huta spełnił życzenie nieśmiertelności (mogą to być wszak tylko rojenia starca). Życzenie bohaterki również się spełnia i zamienia się ona we wróbla, który w finale odlatuje sobie, uwalniając się od dysfunkcyjnej i patologicznej rodziny. Dosłownie? Symbolicznie? W wyobraźni? Naprawdę? I to na tyle. Chciałoby się tutaj poczuć mocniej dramat bohaterki, jej uwięzienie w klatce/gnieździe, jakąś ponadpokoleniową klątwę rodziny czy wreszcie jakąś przemianę bohaterki (dokonana na oczach czytelnika), prowadzącą do finałowej przemiany w ptaka. W tekście mamy tego naprawdę bardzo mało, a bohaterka w zasadzie nie dojrzewa do swojej decyzji, nie wypowiada świadomie niepokojącego życzenia, tylko właściwie ulega mu i działaniu huty dosyć bezwiednie. Zresztą w chwili kiedy owa przemiana się rozpoczyna, ja akurat pomyślałem, że jej pierwsza faza (czyli ból brzucha) ma związek z herbatką podejrzanego sąiada-emerytowanrgo podrywacza (nie wiesz jak sie cieszę, że nie ma tu nic o pedofilii, bo przez moment miałem takie skojarzenia).

Czy zatem to wszystko wydarzyło się naprawdę? Czy nie są to czasem urojenia kilku osób (sąsiada i bohaterki), które wierzą w magiczną moc Huty, a w rzeczywistości są, powiedzmy, ofiarami szkodliwego oddziaływania ołowiu (jego oparów?) wytapianego w Hucie? Nie wiadomo. Opcje są zatem trzy – albo to rzeczywiście regionalny realizm magiczny (powiedzmy w stylu filmów Kolskiego), albo obyczajówka o ludziach zatrutych metalami ciężkimi i chorych psychicznie, albo wszystko to wymysły dziewczyny, która ucieka w świat fantazji przed brutalną i szarą rzeczywistością, na którą cień rzuca ojciec alkoholik. W dwóch ostatnich przypadkach mielibyśmy do czynienia z brakiem fantastyki w tekście, w trzecim owa fantastyka byłaby w zasadzie śladowa (przemiana we wróbla, długowieczny sąsiad). Dopuszczam nawet wersję, w której finałowy odlot bohaterki to po prostu jej śmierć, być może nawet samobójcza.

Problem w tym, że według mnie tekst nie jest zbyt odkrywczy i oryginalny na żadnej płaszczyźnie fabularnej oraz w żadnym z elementów składowych. Ani złowieszcza, ale dwuznaczna w swych działaniach Huta, która niby jest, niby wpływa na losy okolicznych mieszkańców, ale jakoś tak niewyraźnie jest to przedstawione i bez mocy (w sumie przydałby mi się jakiś jej wyraźny, bardziej rozbudowany i plastyczny opis w tekście), ani alkoholizm niszczący relacje w rodzinie, ani dziecko uciekające w świat fantazji, ani sam świat przedstawiony – żaden z tych elementów nie przyniósł mi niczego nowego i intrygującego.

W zasadzie historia toczy się dosyć utartym szlakiem i dzieje się to, czego czytelnik się spodziewa, a całość pisana jest świadomie na jednej, jakby nostalgiczno-smutnej nucie, która niby sili się na pewną poetyckość (trochę dziwną u tak młodej narratorki) i symbolikę, ale jakby na zaciągniętym hamulcu.

Jeśli głównym walorem opowiadania miałby być klimat opowieści (bo taki oczywiście zauważam), to przyznam szczerze, że szczególnie owego klimatu nie poczułem. Być może lokalsi ze względów sentymentalnych dopisują dodatkowe plusy dla tekstu, ja jednak jestem z zupełnie innych stron i inna melodia w duszy mi gra.

Od strony językowej jest na pewno lepiej. Językowo, stylistycznie i technicznie jest naprawdę dobrze. Nie znalazłem (bo i nie szukałem specjalnie) w tekście wyraźnych zgrzytów i słabizn, a całość przypomina mi dobrze wykonany gobelin, w który twórca wplótł gdzieniegdzie srebrne nici (a nawet kilka złotych) – to te bardziej udane zdania i spostrzeżenia, myśli, czy określenia, które pojawiają się w opowieści. Kilka z nich na pewno może się podobać czytelnikowi i pozostaje w pamięci.

Mimo powyższych uwag przyznaję, że to dosyć ciekawe i dobrze napisane opowiadanie, ale według mnie do piórkowego zachwytu jednak trochę brakuje.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie umiem pisać komentarzy z telefonu :(

Legenda głosi, że w Nowej Wersji Portalu będzie wersja przyjazna dla telefonów ;-)

Legenda głosi, że w Nowej Wersji Portalu będzie wersja przyjazna dla telefonów ;-)

Te mity, te legendy i baśnie, może to one nas żywią i tlen dostarczają. ;-) Wierzymy! 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jeszcze raz, tym razem piórkowo :)

Zachwyciła mnie Twoja opowieść, klimat, który udało Ci się zbudować. Jak wspominałam wcześniej przeleciałam przez sto lat historii w paru akapitach, ale podsumowałaś ją bardzo celnie. Wybrałaś to, co najważniejsze to, co poniekąd zbudowało tożsamość bohaterów. Nazwisko dałaś im świetne.

Wróbli jest pełno. Wróble łatwo znikają.

Lepiej nie można podsumować :)

W moim odczuciu ten początek jest potrzebny, bez niego historia nie wybrzmiałaby tak dobrze. Bo to opowieść nie tylko o ludziach, ale też o hucie. Bohaterka ucieka nie tylko z rodzinnego gniazda, ale z zasięgu huty. Ona oznacza tradycję, niezmienność losów, coś z czego śląsk jest dumny, ale z drugiej strony, co trochę ogranicza horyzonty. Przynajmniej ja tak to Twoje opko odbieram. I właśnie w tej warstwie jest najwięcej fantastyki, czy raczej realizmu magicznego.

A na to nakładają się jeszcze osobiste losy bohaterki, warstwa bardziej obyczajowa, ale świetnie, z wyczuciem przedstawiona. Nie grasz na wysokim C, ale emocje są widoczne i jest ich akurat tyle, ile trzeba. Momentami opko wydawało mi się wręcz stonowane, ale taka odrobina dystansu tylko podkreśla emocjonalność.

Cholewcia, podobało mi się, jestem na TAK :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Marasie, miałam wrażenie, że napisałeś komentarz dłuższy niż opowiadanie. Dziękuję :D

Szkoda, że nie trafiłam w Twój gust, ale jestem Ci bardzo wdzięczna za te uwagi, bo dzięki nim wiem, nad czym powinnam pracować. Teraz sama widzę, że kompozycja jest zachwiana. Może następnym razem będzie lepiej. Mam nadzieję. :)

Irko, miło mi bardzo, że podobało Ci się na tyle, żeby być na TAK. :)

 

Pozdrawiam Was serdecznie!

Hej Rosso. Gratuluję Piórka! Tekst robi wrażenie – na mnie głównie na poziomie bardzo udanego stylu. Bardzo fajnie wypadł też początek, który co prawda wciąga, ale też zapowiada coś nieco większego, niż dalej znalazłem.

No, bo to taka prosta historyjka eskapistyczna. Świetnie tu jest oddane pragnienie ucieczki i marzenie o lepszym życiu, tylko że ja nie do końca poczułem jego uzasadnienie. Są wskazówki, są realne powody, dla których bohaterka ma prawo chcieć nawiać z gniazda, a ja nie do końca odczułem, że jest nieszczęśliwa. Niby wszystko się zgadza i zazębia, ale u mnie trochę wzrusz ramionami.

I jakoś tak to “wyfrunięcie” z gniazdka wydało mi się tak bardzo przewidywalne. To nie jest minus, bo wszystko jest tutaj świadomie w tym kierunku zaprojektowane: i tytuł, i wątek w(W)róbli, wreszcie po prostu wykorzystanie funkcjonującego w języku wątku wyfrunięcia z gniazda. To jest bardzo ładne, ale zabrakło mi empatii, żeby się tym mocniej przejąć. 

Bardzo mi się podoba, jak piszesz. Szybko, mocno i intrygująco. Ogólnie – świetna robota, czytało się ekstra i brawa za tę hutę, rewelka. 

Dziękuję, Łosiocie. :) cieszę się, że stylistyka przypadła Ci do gustu. Prosta to historyjka, fakt, ale chyba nie miała też być szczególnie skomplikowana. ;-) A nad empatią do bohatera popracuję w następnym opowiadaniu. :)

Rosso, wpadłam jeszcze raz, żeby Ci serdecznie pogratulować piórka! :)

Bardzo dziękuję, Cytryno :)

Cześć.

 

Bardzo ładna historia, pięknie zbudowana kompozycyjnie. Nawiązania między zdaniami, takie jak: piorun i burza spontaniczności, śmierć i zalanie w trupa – urzekły mnie.

Są też wzruszające fragmenty – jak miłość dziadków i ich wspólne odejście, normalnie wyciskacz łez ;)

Gratuluję raz jeszcze, w pełni zasłużonego, piórka :)

 

Poniżej trochę uwag do tekstu:

 

To było jak rażenie pioruna.

 

– rażenie piorunem.

 

Lubił, gdy tak go nazywano, na swoje sztuczki podrywał dziewczyny.

 

– dziwnie to wygląda w jednym zdaniu; dwa różne komunikaty.

– druga sprawa: dalej piszesz, że czarodziej jest bardzo stary, nie bardzo wiadomo, jak się nazywa, ani ile dokładnie ma lat. Zawsze był stary. To jak on te laseczki podrywał – skąd to wiadomo, kto to pamięta? ;)

 

Teraz, gdy drżały mu ręce, nieraz widziałam, jak ukryta między nimi karta w najgorszym momencie spada na ziemię.

 

– może w "krytycznym"?

 

Ojciec twierdził, że babcia przewraca się w grobie, matka odpowiadała, że jak dziadek zagrzmi, to tylko raz.

 

– o co chodzi z tym zagrzmieniem? Nie powinien tutaj być czas przeszły: zagrzmiał?

 

Exit light

Cześć Rosso!

 

Zacznę od gratulacji, piórko pasuje jak ulał do takiego ptasiego opowiadania :)

 

Motyw gniazda i przeplatające się wątki wróbli, kanarków, łabędzi bardzo mi się podobały. Świat budujesz ładnie, obrazowo, działa na wyobraźnię. Super! Dzięki temu czyta się z przyjemnością.

 

Jeśli chodzi o samą historię to świetny start – wciąga od początku! Przeszłość rodziny, dziadków zakochanych jak Romeo i Julia, wszystko w tle wszechwidzącej Huty, dla mnie bomba. Ten fragment jest pyszny:

 

Uthemann znała naszą rodzinę. Mój dziadek kiedyś nazywał się Vogel, babcia – Krzepińska. Wyklęła ich część Voglów i część Krzepińskich, a ta część, która ich nie wyklęła, dała babci suknię, co to ukryła brzuch i pomogła im zdobyć mieszkanie, by wili swoje gniazdo. Od tej pory nazywali się Wróbel. Wróbli jest pełno. Wróble łatwo znikają.

 

O, o albo to o miłości:

 

Zacisnęła dłoń na uchu torebki, tak jakby trzymała mężowską rękę, jakby przysięgała w duchu, że nigdy jej nie puści. 

I nie puściła.

 

Bardzo, bardzo mi się podobał ten początek! Rozpędziłam się jak Uthemann w dniach chwały, pełną parą buch-buch! Potem… trochę mi siadł impet, zwolniły obroty, jakby Wielki Kocioł zamiast wyrabiać 300% normy, leciał nagle półgwizdkiem… ;)

A tak serio: po fajnym, obiecującym początku, dalszy ciąg zostawił we mnie niedosyt. Nie w historii – bo ją przeprowadziłaś spójnie do końca, ale w klimacie, w tempie. Nie jestem też do końca fanką takiego typu narracji hm nie wiem jak to powiedzieć najlepiej – takiego kronikarskiego? Wychodzi trochę relacja, przez co miałam problem żeby poczuć emocje dziewczynki, a przecież musiały być bardzo mocne! Bardziej dowiaduje się, że ma tak koszmarnie dość, niż to czuję. 

Początek daje piękną zapowiedź o miłości, która przekracza granice (i miłości miało starczyć na dwa kolejne pokolenia, czego akurat nie widzę, bo dzieci dziadków i ich córka chyba mało szczęśliwi :( ) , a później nie ma za bardzo powiązania z tym początkiem. To że jest smutno i melancholijnie, że czuć beznadzieje takiego życia, jest jak najbardziej dobrze przedstawione, po prostu zabrakło mi powiązania z klimatem początku.

 

Dziadek był tak zakochany w babci, że miłości tej starczyło na dwa pokolenia i zaspokojenie głodu huty. Miłość to życie, a huta wyraźnie go pragnęła. Nie połknęła żadnego z dzieci Wróblów, choć przecież ceniła ich słodkie mięso nad wszystko inne.

→ ładna metafora, aczkolwiek nie jestem pewna w takim razie czy rozumiem, co to znaczy, że Huta zaspokoiła głód ich miłością równocześnie nie połykając żadnego z dzieci. Ale to tak tylko siedzę i kminię czy mi to klika, porównanie bardzo ładne i mega mi się podoba robienie z Huty takiego boskiego bytu albo jakiegoś ożywionego axis mundi ich świata. 

 

Był taki stary, że miałam ochotę zacząć wrzeszczeć.

ale czemu wrzeszczeć, bo stary? :D To żaden czep, po prostu jestem ciekawa co skłoniło bohaterkę do takiej reakcji na starego człowieka (to że chce jej się wyć w tej scenie jest zrozumiałe, ale tu chodzi o reakcje na starca ;))

 

Postać Czarodzieja – mam ambiwalentne odczucia, z jednej strony super, że jest wsparciem dla małej, z drugiej… trochę ją podpuścił :( Namówił ją do wypowiedzenia życzenia, a sam wiedział, że Huta to “stara franca”, co potrafi bardzo rozczarować. Takie trochę to nie fair mi się wydało z jego strony. 

 

Jeszcze raz gratuluję i dziękuję! :) 

 

BK – odniosę się do Twojego komentarza:

Ojciec twierdził, że babcia przewraca się w grobie, matka odpowiadała, że jak dziadek zagrzmi, to tylko raz.

– o co chodzi z tym zagrzmieniem? Nie powinien tutaj być czas przeszły: zagrzmiał?

 

→ jak dla mnie to ma być czas teraźniejszy, skoro babcia się metaforycznie przewraca w grobie, to dziadek równie metaforycznie grzmi (w niebie, grobie, czy gdziekolwiek tam on jest ;)). Dla mnie to jest bardziej takie zawołanie, “a jak dziadek zagrzmi, to ino roz!” :P 

 

Dzięki Koi, to miłe, że przeczytałaś mój komentarz i się do niego odniosłaś :)

Exit light

A to… inni tak nie robią?! :D Ja zazwyczaj czytam pozostałe komentarze (chyba że w ogóle odpływają od tematu albo są ultra techniczno-szczegółowe, to przeskakuję), jestem ciekawa cudzych obserwacji i najchętniej to pod tekstem bym rozmawiała nie tylko z autorem, ale i innymi czytelnikami. Jak coś czytam, to o tym myślę, jak myślę, to chcę gadać :P 

Dlatego Rosso, inni czytelnicy tego opowiadania – rozmawiajmy! :D

Pewnie niektórzy czytają komentarze, a inni nie. Kiedy robi się +100 może być trudno :)

Tak, czy inaczej, tak jak napisałem, miło mi ;)

Exit light

To mnie cieszy! :) 

Przepiękne opowiadanie. Zarysowane niby mocną, a w istocie subtelną kreską, postacie z krwi i kości, ale nienachalne, otoczenie, klimat, w tle fantastyka, język z początku taki trochę twardochowaty, ale potem już samoswój. Gratulacje. I w pełni zasłużone pióro. (Dla takich opowiadań w ogóle tu jeszcze przychodzę czasami, jeśli mam być szczery:). Pozdr. P.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

BasementKey, bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. I jednocześnie przepraszam, że odpowiadam po tak długim czasie.

Miło mi, że się podobało. Zdania, które wskazałeś… chyba będę musiała nad nimi popracować. ;-) Co do Czarodzieja – chciałam, żeby narastał wokół niego jakiś mit, albo przynajmniej żeby informacje o nim brzmiały jak przekazywane z plotek. 

 

Koimeodo, z tą miłością, co jej starczyło na dwa pokolenia, chodziło mi o to, że dziadkowie wyczerpali limit. ;-) Chyba mogłam napisać jaśniej. A bohaterka chciała powrzeszczeć, bo napatrzyła się na śmierć, a starość potraktowała jako jej zapowiedź. I miała już tego dość. Ale no, wolałabym, żeby to wynikało z tekstu, niż żebym musiała wyjaśniać. Znaczy, że jeszcze sporo pracy przede mną. ;)

Bardzo dziękuję za przeczytanie i rozbudowany komentarz. Miło mi, że wpadałaś. :)

 

Rrybaku, dzięki. Miło przeczytać takie słowa.

 

Pozdrawiam wszystkich i każdego z osobna!

 

Dzięki za odpowiedź, Rosso :)

Exit light

I ja, Rosso, dołączam do grona zadowolonych czytelników. Spodobała mi się ta historia, bo choć niezbyt długa, zdołała pomieścić i współczesność, opowiedzianą słowami wnuczki i jej wspomnienia obejmujące pamięć o dziadkach. Dobrze, że znalazło się także miejsc dla Czarodzieja.

A Huta… O tak, to była franca. Tak się składa, że całkiem niedawno przeczytałam o „ołowikach”. Czy fragment: Kiedyś tu była taka lekarka… Nie pamiętam, jak się nazywała, ale ona mówiła, że są złe normy w powietrzu, takie rzeczy… mówi o dr Jolancie Wadowskiej-Król?

Rosso, gratuluję piórka. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, Twoja opinia bardzo mnie ucieszyła. Dziękuję. :) Owszem, to o tej pani mówi Czarodziej. Pozdrawiam!

Bardzo proszę. I ja, Rosso, się ciesze, że mogłam przeczytać Gniazdo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładny język (choć pogubiłem się we fragmencie o dobrym/złym Niemcu/Polce), ładny klimat, poruszająca historia. Bardzo dobry motyw huty – młyna dziejów. Przez chwilę bałem się, że relacja bohaterki z Czarodziejem skręci w stronę historii z “Cześć, Tereska”. Ale nie, i tak jest lepiej.

Brakuje mi związku między historią antenatów a główną opowieścią – może jakaś klątwa, przepowiednia, słowo wypowiedziane nie w porę?

Dziękuję za odwiedziny i komentarz, Coboldzie. :)

Cieszę się, że znalazłeś zalety w opowiadaniu. Hmmm… Może rzeczywiście pewne rzeczy należałoby rozbudować? 

Pozdrawiam!

 

Nowa Fantastyka