- Opowiadanie: Gloria_Jesús - Mit braci

Mit braci

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Mit braci

 

Opowiem Ci historię, która wydarzyła się na samym początku ludzkich dziejów. W jednej z ówczesnych rodzin przyszło na świat wyjątkowe dziecko, chłopiec. Wybrany został na tego, który rządzić będzie prawem życia i śmierci, sprowadzając na ziemię nowe istnienia, bądź je z niej odsyłając. Bogowie pobłogosławili go i przyglądali się jak powoli dorasta, licząc, że w przyszłości mądrze skorzysta ze swego daru i zaprowadzi porządek w świecie. Jak się okazało nie mylili się, bowiem gdy osiągnął wiek dojrzały panował już nad całą ziemią i nikt nie sprzeciwiał się jego wyrokom. Nie powodował tego strach, lecz szacunek jakim go darzono oraz szczęście jakiego doznawano w czasach jego rządów. W swoim planie bogowie nie uwzględnili jednak ludzkiej twarzy władcy oraz wiążących się z tym więzi i uczuć.

Najbliższą mu osobą był młodszy brat, którego kochał tak mocno, iż nie zawahałby się poświęcić własnego życia w jego obronie. Starał się spędzać z krewnym tak dużo czasu jak tylko było to możliwe i nie wyobrażał sobie by kiedykolwiek mógł go utracić. Niestety świat nie odwzajemnił się dobrem, jakie władca na niego sprowadził. Jego serce pewnego dnia przebił nóż boleści, był to moment gdy dowiedział się, że będzie musiał pożegnać się z bratem. Powodem tej sytuacji był nieszczęśliwy wypadek. Krewny władcy nurkując z przyjaciółmi w jeziorze, zachłysnął się wodą i zaczął się topić. Wyciągnięto go nieprzytomnego na brzeg i gdy wszyscy myśleli, że już nie żyje, jego starszy brat wyczuł powoli zanikający, ale obecny puls. Nie umiejąc pogodzić się z możliwością utraty bliskiej mu osoby postanowił poświęcić dla brata wszystko co ma. Podzielił swoją duszę na dwie, zawierając w jednej połowie wszystko co było w nim najlepsze, w tym nieśmiertelność oraz wiedzę. W drugiej zaś każdą negatywną cechę lub umiejętność. Następnie, włożył tę lepszą część do zimnego już ciała brata. Miała ona za zadanie trzymać go przy życiu i nie pozwolić na odejście w zaświaty. Udało się w ten sposób zatrzymać młodszego z braci wśród żywych, lecz od tego momentu znajdował się on w śpiączce.

Starszy brat, któremu towarzyszyła już tylko jego gorsza strona szybko utracił władzę, gdyż stał się okrutny i żądny krwi. Mijały następne stulecia, a świat dzielił się na osobne państwa z własnymi władcami oraz nowe nacje o różniących się kulturach. Wybraniec bogów wkrótce stał się w świadomości ludzi tylko duchem pragnącym dokonania na nich zemsty. Zrzucił on bowiem na nich winę za to w jakim stanie znajduje się jego brat i nie potrafił im wybaczyć, że odeszli od niego, gdy najbardziej ich potrzebował. Pomyśl jak wielki żal pojawił się w jego sercu, kiedy młodszy brat w końcu ozdrowiał, ale zerwał wszelkie łączące ich więzy, widząc jak nieczyste stało się wnętrze byłego władcy świata…

*

Na ziemi jest wielu samotnych, złamanych ludzi. Niektórzy zasłużyli sobie na taki los, inni po prostu nie mieli szczęścia. W ciągu całego swojego istnienia Hajawata widział ich już tysiące. Wykorzystując posiadane przez siebie zdolności tworzył tym, którym uważał, że wartro pomóc, najlepszych towarzyszy w życiu. Byli oni całkowicie oddani, niezdolni do zdrady i skupiali się tylko i wyłącznie na przeznaczonej im osobie. O czynach Hajawaty krążyło mnóstwo legend, nikt jednak nie wiedział jak wygląda i kim jest ich główny bohater. Niektórzy uważali go za mędrca, który dzieli się z ludem swoimi umiejętnościami, inni za dobrego ducha. W wielu opowieściach przedstawiany był także, jako nawrócony demon, co miało tłumaczyć jego umiejętność posługiwania się magią. Hajawata nie wiedział skąd wśród ludzi pojawiło się tyle informacji na jego temat, podejrzewał jednak, że wymyślali je próbując wytłumaczyć szczęście, które ich spotkało. Dziwił się często, że część z nich jest prawdziwa lub niemalże identyczna z rzeczywistością, bowiem zawsze krył się ze swoimi działaniami. Nie chciał zwracać na siebie uwagi, ani powodować niepotrzebnego zamieszania.

Czynienie dobra nie wymagało z jego strony wiele wysiłku. Po prostu brał w dłonie grudkę ziemi, lekko w nią dmuchał, po czym wypowiadał słowa: „Idź i nieś szczęście”. Pomimo, iż Hajawata robił to już niezliczoną ilość razy to zawsze z niecierpliwością czekał, aby zobaczyć co stworzy. Nigdy nie wiedział co ukaże się jego oczom, gdyż nie odzwierciedlało to potrzeb jego duszy, ale obdarowywanej osoby. Mógł stworzyć dowolną istotę żyjącą, człowieka lub zwierzę. Najbardziej lubił jednak, gdy pojawiali się ludzie, ponieważ mógł wtedy spędzić z nimi choć trochę tak cennego dla siebie czasu. Znajdował im miejsce, w którym mogą się zatrzymać, odkrywał ich talenty i wyszukiwał pracę. Każdy z nich otrzymywał od niego także wymyśloną historię swojego życia, którą wystarczyło opowiedzieć im tylko raz, by zapamiętali ją i przyjęli jako prawdziwą. Gdy wiedział, że będą w stanie sami sobie poradzić odchodził. W tym samym momencie zyskiwali oni własną wolę oraz zapominali o wszystkim co się wydarzyło, oprócz przedstawionej im przez Hajawatę opowieści. Zawsze w niewielkim odstępie czasu odnajdywali potem osobę, dla której zostali stworzeni i zmieniali jej życie. Hajawata uważał, aby nie związać się zbyt mocno ze stworzoną postacią, gdyż wiedział, że nie są one przeznaczone dla niego. Mało z nimi rozmawiał, tylko tyle ile było potrzebne, aby przez pewien czas razem funkcjonować. Z tego też powodu patrzyli oni na niego jak na kogoś lepszego od siebie, przed kim nie powinno się otwierać. Tłumiąc swoje uczucia i emocje nie ujawniali ich stworzycielowi, przez co on także nie mógł pokazać jak bardzo szczęśliwy jest gdy z nimi przebywa. To niestety nie jedyna rzecz, która ciążyła mu na sercu.

Pomimo, iż Hajawata widział już w swoim życiu wszystko i poznał wszystko co jest do poznania, nie wiedział jak pojawił się na świecie. Często zastanawiał się, czy żyje już tak długo, że zapomniał skąd pochodzi, czy też ciąży na nim jakaś klątwa lub choroba odbierająca mu pamięć. Nie wiedział także skąd posiada swoje zdolności i jak potężne mogą one być. Czuł jednak, że powinien pomagać jak największej liczbie ludzi. Nie uważał tego w żadnym wypadku za uciążliwe. Wyobrażał sobie zawsze, że osoby, które spotykał chociaż podczas jednego uderzenia serca, czuły się kiedyś tak samotnie jak on. Cieszył się wtedy, że może usunąć z ich pamięci to wspomnienie zastępując je nowym, całkowicie od niego różnym.

Prawdą jest, że Hajawata podczas swoich podróży poznał wiele osób, jednakże z żadną z nich nie mógł zawrzeć głębszej relacji. Pozostając w jednym miejscu dłużej niż miesiąc sprowadzał na nie klęskę, podczas której opuszczało je wszelkie życie, a krajobraz mu towarzyszący zmieniał się w pustynię. Zniszczenia te zawsze pochłaniały także istotę która, powoli stawała się mu bliska. Rozwiązanie tego problemu byłoby możliwe, gdyby ktoś podróżował razem z nim. Nikt nie był jednak w stanie porzucić swojego dotychczasowego życia dla osoby, którą dopiero co poznał. Hajawata nie czuł do ludzi żalu, gdyby także mógł wieść podobne do nich życie, za żadną cenę nie opuściłby miejsca, w którym odnalazłby dom.

*

W końcu jednak w życiu Hajawaty miały zagościć zmiany. Zapoczątkowało je spotkanie z pewną młodą kobietą. Mieszkająca w małej wiosce na prerii pasterka pokazała mu stronę ludzi, której nie miał szansy wcześniej poznać. Pierwszy raz spotkał ją na jednej z peryferyjnych dróg i od razu poczuł, że potrzebuje ona pomocy. Tak jak w każdym człowieku, któremu udzielał wsparcia, dostrzegł w niej coś podobnego do siebie samego. Zawsze wyczuwał on wtedy swego rodzaju impuls, który pojawiał się bardzo nieoczekiwanie, przyjmując różne postacie: spojrzenie, zmiana wyrazu twarzy, chód. Nawet sam Hajawata nie był w stanie do końca opisać tego co wskazywało mu, że to właściwa osoba, lecz jak dotąd nigdy nie zawiódł się na swoim przeczuciu.

W tej kobiecie było coś wyjątkowego, co sprawiało, że wyczuwał jej emocje znacznie mocniej, niż w przypadku innych ludzi. Zainteresowany tym zjawiskiem podjął decyzję, o tym, że zanim sprowadzi dla niej kogoś na świat, będzie ją przez jakiś czas obserwować. Kobieta stroniła od towarzystwa, ale raczej nie dlatego, że nie chciała z nikim przebywać, po prostu nie potrafiła się otworzyć. Widać było, że ukrywa coś głęboko w sobie, czym nie chce się z nikim podzielić. Poza tym nie zachowywała się w żaden sposób inaczej niż inni wcześniej obserwowani przez niego ludzie. Po krótkim zastanowieniu, mimo towarzyszącemu mu dziwnemu niepokojowi, postanowił poszukać odpowiedniej gleby do stworzenia dla niej nowego istnienia. Nie wiedział jeszcze wtedy, że aby to zrobić będzie musiał złamać nałożony na niego zakaz.

Hajawata nie mógł stworzyć nikogo dla siebie, ani dla osoby, która próbowała odebrać sobie życie. Mimo to kiedyś, niemalże codziennie starał przeciwstawić się pierwszemu z zakazów. Gdy jednak próbował to zrobić, ziemia, którą trzymał w ręku nigdy nawet nie drgnęła. Nad złamaniem drugiego nie miał natomiast jak dotąd nawet okazji się zastanawiać. Jednakże zmusiła go w końcu do tego sytuacja, której był świadkiem. Nad jedną z płynących obok wioski rzek, gdy trzymał już w ręku namiastkę nowego życia, jego uwagę przykuła klęcząca nad wodą postać. Gdy podszedł bliżej zobaczył twarz kobiety, którą wcześniej śledził. To jej towarzysza trzymał teraz w ręce, gotowy w każdej chwili wypowiedzieć słowa dające życie. Kobieta przez chwilę wpatrywała się w iskrzącą wodę, po czym podeszła do znajdującego się nad nią drzewa. Dopiero wtedy Hajawata dostrzegł, że w jednej ręce trzyma ona sznur w drugiej zaś niski stołek. Widząc co chce zrobić otworzył zaciśniętą pięść, a schowaną w niej ziemię poniósł ze sobą wiatr.

Nie mógł już nic dla niej zrobić, był jednak ciekawy powodu dla, którego chce opuścić ziemię. Nigdy wcześniej nie rozmawiał z samobójcami, gdyż uważał, że nie powinien wtrącać się w nie swoje sprawy, lecz ta kobieta stała mu się w pewien sposób bliska. Postanowił podejść do niej i chwilę porozmawiać. Wyszedł z ukrycia i zaczął powoli iść w jej kierunku. Gdy skończyła wiązać pętlę stanął w odległości dwóch metrów od niej i zadał jej pytanie.

– Dlaczego? – Jego głos zaczął nieść się echem po polanie. Był on tak przyjemny, że kobieta pomimo, iż zaskoczona jego obecnością, nie czuła w ogóle strachu.

– Kim jesteś? – Łamiącym się głosem zadała pytanie powoli się odwracając.

– Dlaczego? – powtórzył Hajawata.

Kobieta zastanawiała się przez chwilę, po czym cicho odpowiedziała.

– Człowiek dla miłości zrobi wszystko. – Na jej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech.

– Miłości?

– Najwspanialszej więzi na ziemi.

Dawca życia słyszał już o niej wcześniej, lecz nie zdawał sobie sprawy, że może być tak potężna. Może wydać to się dziwne, patrząc na to jak długo już żył, ale nie za dużo wiedział o ludzkich relacjach. Miał pojęcie o ich różnych rodzajach i o ich nazwach, nie wiedział jednak za bardzo na czym one polegają. Dotychczas czuł, że potrzebna jest mu jakaś bliska osoba, ale dopiero te kilka zdań zamienionych z kobietą uświadomiło mu, że nie wie do końca kogo tak naprawdę szuka. Napotkani przez niego wcześniej ludzie nigdy nie poruszali w rozmowach takich tematów. Zawsze interesowało ich tylko to skąd i po co przybył na ich ziemie. Poza tym, nie mieli czasu, aby zagłębiać się w taką tematykę. Hajawata pomyślał wtedy, że może ta kobieta jako pierwsza pomoże mu zrozumieć czym jest miłość, której nigdy nie doznał.

– Opowiesz mi o niej coś więcej? Dobrze ci zapłacę. – Nie liczył się z tym co stanie się w przyszłości, postanowił postąpić wbrew zakazom.

– Nie zostało mi zbyt wiele czasu.

Kobieta spuściła głowę i skierowała wzrok w stronę trzymanego sznura.

– Możesz poczekać jeszcze z podjęciem tej decyzji.

– Jak długo?

– Tyle ile będę od ciebie oczekiwał. Teraz został mi tylko dzień, wykorzystajmy go.

– Co chcesz dać mi w zamian?

– Nowe, lepsze życie.

Wbrew oczekiwaniom Hajawaty nie musiał on długo przekonywać jej, aby mu zaufała. Po dosłownie chwili zastanowienia postanowiła, że poświęci mu swój czas. W dużym stopniu do podjęcia tej decyzji przyczyniło się, może na co dzień mało znaczące, spojrzenie w oczy rozmówcy. Patrząc w nie czuła, że nie byłby on w stanie jej okłamać i w przyszłości spełni swoją obietnicę.

Siedzieli nad rzeką rozmawiając, aż do wieczora, gdy Hajawata musiał już odejść. Oznajmił wtedy niedoszłej samobójczyni, że wróci za kilka miesięcy, lecz tym razem na dłużej. W ten właśnie sposób jej dom stał się wkrótce jednym z miejsc, które starał się regularnie odwiedzać. Podróżując spisywał pytania, których z początku nie dało się zliczyć. Z czasem jednak stały się one bardziej szczegółowe i przemyślane, dzięki czemu ich liczba znacznie spadła. Ewa, bo tak miała na imię jego nauczycielka, dziwiła się, że musi czasami opowiadać mu o bardzo oczywistych dla każdego człowieka terminach. Nie komentowała tego jednak w żaden sposób. Chciała po prostu jak najszybciej zobaczyć jaki dar otrzyma od tajemniczego nieznajomego.

Często, aby przybliżyć pewne pojęcia, jako przykłady przywoływała sytuacje z własnego życia. Dzięki temu, że dużo opowiadała o swojej rodzinie, Hajawata zrozumiał jak silne więzi łączą rodziców z dziećmi oraz rodzeństwo. Szczególnie spodobała mu się relacja jaką miała z siostrami. Wszędzie razem wędrowały, powierzały sobie nawzajem sekrety, dzieliły chwile radości i smutku. Rozmyślając o tym podczas swoich wędrówek stwierdził, że chyba właśnie ta więź jest dla niego najpiękniejsza i najbardziej pożądana. Myślał o tym ze swego rodzaju dystansem, wiedział bowiem, że niemożliwe jest aby miał siostrę lub brata. Z tego powodu, z początku zazdrościł swojej nauczycielce jej życia, jednak dowiadując się o nim coraz więcej, nieustający podróżnik odkrywał także jego ciemną stronę.

– Widzisz, rodzina jest wszystkim co tak naprawdę masz w życiu. Przyjaciele, mąż, żona, ukochany może cię opuścić. Rodzina zawsze będzie po twojej stronie. Jakoś pojawiłeś się na tej ziemi, musisz mieć gdzieś krewnych – stwierdziła Ewa, któregoś z wspólnie spędzanych dni.

– Nie znam nikogo takiego.

– Szukaj więc.

Słowa te wybrzmiewały jeszcze mocniej, przez to, że doświadczyła ona utraty tego o czym z takim ciepłem mówiła. Nie miała jednak siły opowiadać o tym jak przeżyła rozstanie ze swoją rodziną. Hajawata dowiedział się tylko, że oddali oni swoje życia, na rzecz jej dalszego istnienia.

– Ciekawe dlaczego wybrali to najsłabsze ogniwo, którym byłam ja. – To smutne wyznanie nauczycielki, było jej jedynym komentarzem do tego co wydarzyło się w przeszłości.

Nieświadomy jeszcze wtedy Hajawata popełnił wielki błąd, ważący o przyszłych losach jego i Ewy. Zapomniał, aby porozmawiać z nią o tym co skłoniło ją do podejmowania takich, a nie innych decyzji. Nie próbował także dociekać tego co dokładnie stało się z jej rodziną, mimo tego, iż z niechęcią wracała do tamtych czasów. Całkowicie skupił się na wyciągnięciu z niej informacji istotnych dla siebie, nie próbując dowiedzieć się o tym co miało kiedyś znaczenie dla niej. Po za tym udało mu się ją bardzo dobrze poznać, wiedział co kocha i czego nienawidzi. Potrafił wymienić jej ulubiony kolor, gatunek kwiatu, zwierzęcia, dobrze znał też godziny o których lubi wstawać i zasypiać. Może gdyby poznał jej przeszłość staliby się najlepszymi przyjaciółmi i wyruszyli razem w podróż.

*

Kiedy nadeszła w końcu chwila, gdy Hajawacie wyczerpały się pytania, pełen obaw oddalił się od domu Ewy w celu stworzenia jej towarzysza. Zastanawiał się, co wydarzy się po złamaniu zakazu i czy w ogóle się mu to uda. Nie było już jednak odwrotu, w końcu obiecał, że prędzej czy później to zrobi. Z wybranej przez siebie ziemi stworzył mężczyznę w wieku Ewy. Nic się wówczas nie stało, żadnej kary lub katastrofy. Jednakże tym razem nie było dla niego zagadką, kto ma przed nim stanąć. Spodziewał się przybycia tej osoby i miał wrażenie, że bardzo dobrze ją zna. Hajawata nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, kończył się jego ostatni dzień w wiosce i musiał odejść. Nim to nastąpiło zaprowadził mężczyznę do swojej nauczycielki, po czym z daleka obserwował ich pierwsze spotkanie. Kobieta miło przywitała przybysza i zaprosiła go do domu. Hajawata pomyślał w duchu, że nie widział piękniejszego końca tak smutnej historii. Było to spowodowane pewnie tym, że jak się mu wtedy wydawało, wystarczająco dobrze poznał jej bohaterkę. W innych przypadkach nigdy nie poświęcał tyle uwagi obdarowywanym przez siebie osobom. Jednakże mimo świadomości swojej stronniczości cieszył się tą chwilą jak nigdy dotąd.

Znajdując się już kilkaset metrów od wioski, pomyślał jeszcze, że skoro udało się złamać jeden zakaz, kolejny nie będzie już problemem. Znowu ożywiło się w nim marzenie, które postanowił już dawno temu porzucić. Kierowany swoją naiwnością postanowił ponownie spróbować stworzyć kogoś dla siebie. Gdy kolejny raz się mu to nie udało, z gorzkim uśmiechem na twarzy strzepał brud ze swych dłoni i poszedł dalej.

*

Atatarho starał się ponownie podjąć kontemplacji z naturą, medytując. Uznał, że zmniejszy to problemy z samokontrolą, których często doświadczał. Jednakże w jego przypadku był to miecz obosieczny. Wędrując po świecie duchów, tylko z połową swojej świadomości można było całkowicie ją zatracić. Dekanawida ostrzegał go przed tym, lecz Atatarho nie zamierzał się go słuchać. Miał coraz mniej czasu i sposobów, żeby odzyskać kontrolę nad sobą. Uważał, że podejmowane ryzyko to nic w porównaniu do tego gdyby nic w tej sprawie nie robił. Był przekonany, że aby coś powstrzymać, trzeba to najpierw zrozumieć.

Za najlepsze miejsce do kontaktu z przyrodą uznał więc głębie lasu, gdzie nie zapuszczają się ludzie. W samym jej centrum usiadł pod wielkim dębem i nie ruszał się przez kilka godzin, powoli jednocząc się z otaczającą go przestrzenią. Kiedy nadchodził wieczór otworzył zamknięte dotychczas oczy, a promienie słońca choć już bardzo słabe na chwilę go oślepiły. Po odzyskaniu wzroku zobaczył, że otacza go stado jeleni liczące sobie kilkanaście osobników.

– Nie jestem jeszcze taki jak wy.

Zwierzęta nie zareagowały na jego słowa dając mu wyraźnie do zrozumienia, że się z nim zgadzają. Patrzyły się na niego w bezruchu dopóki nie spróbował do nich podejść. Poderwały się wtedy od razu z miejsca i oddaliły na bezpieczną odległość. Chwilę potem po raz pierwszy oderwały wzrok od obserwowanego człowieka i naraz zwróciły łby w lewą stronę. Głowa Atatarho także skierowała się w tamtym kierunku, ale nie zobaczył on z początku nic poza ciemnością. Powoli jednak, z głębi lasu zaczęło się coś wyłaniać, powodując coraz głośniejszy skowyt zgromadzonych zwierząt. Był to samotny, kulejący wilk z wieloma ranami na całym ciele. Szedł ze zmarszczonym w gniewie pyskiem, bez przerwy warcząc i pomrukując. Patrząc na niego wydawać by się mogło, że nie jest żadnym zagrożeniem dla tak licznej grupy jeleni. Atatarho szybko jednak przekonał się jak bardzo się mylił. Na jego oczach zaczął on po kolei mordować kilka razy większe od niego zwierzęta. Działo się to w takim tempie, że zanim zdążył on jakoś zareagować, na ziemię padło już siedem z nich. Mężczyzna postanowił wtedy stanąć w ich obronie, próbując powstrzymać krwiożerczego przybysza.

– Przestań! – zawołał tak głośno jak tylko potrafił.

Zaraz po tym jak krzyknął znalazł się na miejscu kulejącego wilka, wchodząc w jego skórę. Będąc w jego ciele czuł, że może w pełni go kontrolować, nie miał jednak wystarczająco siły, aby to zrobić i przestać atakować. Zatrzymał się dopiero, kiedy został już tylko jeden jeleń. Wiedział kim on jest, czuł jego zapach, bardzo dobrze go znał. To był jego brat. Od razu pomyślał wtedy, że niemożliwym jest, aby drapieżnik stanowił rodzinę ze swoją ofiarą. Ostatni z jeleni nie był jednak normalnym przedstawicielem swojego gatunku. Podczas jednego mrugnięcia Atatarho, stojącemu przed nim zwierzęciu wyrosła druga głowa. On natomiast stracił władzę we wszystkich łapach i natychmiast upadł na ziemię. Nadciągnęła też wtedy silna śnieżyca szybko pokrywając jego ciało oraz znajdującą się wokół przestrzeń śniegiem.

– Weź mnie ze sobą bracie, masz teraz o jedną parę rogów więcej. Zdołasz mnie unieść. – Atatarho zaczął błagalnie wołać do jelenia.

Ten jednak nic mu nie odpowiedziawszy odwrócił się i zaczął powoli odchodzić.

– Proszę cię, uratuj mnie! Zamarznę tutaj na śmierć.

Jeden z łbów jelenia poruszył się po tych słowach, lecz nie odwrócił się. Poza tym całe jego ciało nawet nie drgnęło. Atatarho zaczął ogarniać gniew. Został porzucony tak po prostu na śmierć. Zauważył po chwili, że im silniejsze stawało się to uczucie tym pewniej zaczynał czuć się w nowym ciele. Nie zorientował się kiedy zaczął poruszać przednimi łapami, powoli czołgając się w stronę odchodzącego brata. Kiedy poczuł, że może w końcu podeprzeć się tylnymi łapami, jednym wyskokiem rzucił się w pogoń za jeleniem. Przed oczami mignął mu wtedy obraz leżących wokół niego ciał powalonych wcześniej zwierząt. Gdzieś z tyłu głowy, tak jakby w stłumionej w tamtym momencie podświadomości, pojawiła się myśl, że to jest powód dla którego jego brat zachował się tak, a nie inaczej. Jeleń dostrzegł wtedy zbliżające się zagrożenie i zaczął uciekać. Dusza medytującego całkowicie została wtedy zagłuszona przez byt wilka, który widząc uciekającą zdobycz nie mógł pozwolić jej uciec. Kiedy Atatarho znowu odzyskał kontrolę nad ciałem drapieżnika jego szczęki zaciskały się na gardle jednej z głów jelenia.

W tym momencie skończyła się wizja Atatarho, wyrwały go z niej działania Hajawaty. Wyczuł on, że złamał on zakaz. Nie zastanawiając się długo wyruszył w drogę, z sercem przepełnionym wilczym duchem.

*

Pół roku po tym jak Hajawata pożegnał się z Ewą, znalazł się w okolicach miejsca, do którego zawsze lubił wracać. Miejsca, gdzie mieszkała jedyna osoba, z którą podzielił się swoją historią oraz emocjami. W środku nocy dotarł do doliny, na skraju której zawsze rozłożony był namiot. Jego właściciel czując, że zbliża się gość wyszedł mu naprzeciw. Stary Indianin bardzo uradował się przybyciem Hajawaty, choć ciężko było wyczytać to z jego kamiennej twarzy. Przywitał go uściskiem, po czym w ciszy oboje skierowali się do namiotu. Rozmowę zaczęli dopiero, gdy zasiedli przy palenisku.

– Jak to możliwe, że zawsze wiesz kiedy przyjdę?

– Po prostu czuję. Twój smutek kieruje mnie do ciebie. Ostatnio wyjątkowo silny. Czy znowu próbowałeś to zrobić? – zapytał patrząc w ogień.

Hajawata dokładnie wiedział o co chodzi Indianinowi. Między innymi za jego namowami zaprzestał kiedyś prób złamania pierwszego z zakazów.

– Tak – przyznał ze wstydem.

– Wiesz przecież, że w ten sposób tylko pogłębiasz rozdarcie swego serca. Tłumaczyłem Ci, że tak nie zdobędziesz sobie towarzysza.

Hajawata spuścił głowę i na długi czas zapanowała cisza.

– Nie mówię tego, aby cię skarcić. Ma to ci pomóc lepiej żyć – powiedział spoglądając na Hajawatę.

– Wyrusz więc ze mną w podróż.

– Nie jestem już w stanie opuścić tej doliny, a co dopiero nieustannie wędrować od świtu do nocy. Poza tym zbliża się mój koniec, dokładnie za rok nie będę już chodził po tej ziemi.

– Mogę codziennie nosić cię na swoich plecach, mam dużo siły.

– Gdzie przyjdą wszystkie te zbłąkane duchy, które mnie odwiedzają? Póki mam czas, muszę się z wszystkimi pożegnać.

Dekanawida był przewodnikiem zagubionych dusz, błądzących po ziemskim świecie. Ludzie z okolicznych wiosek wiedzieli o tym i bali się wchodzić do zamieszkałej przez niego doliny. Od czasu do czasu, ktoś z nich odwiedzał go jednak, aby sprawdzić w jakim stanie się znajduje, przynosząc mu różnego rodzaju podarunki. Doceniali oni bowiem to co robił i byli wdzięczni za posługę jaką świadczy ich bliskim zmarłym. Nigdy jednak nie odważyli się zejść do doliny w nocy, w czasie gdy najczęściej odwiedzały go osoby nie należące do tego samego świata co oni.

– Czyli chcesz, żeby było to nasze ostatnie spotkanie? – zapytał zaniepokojony Hajawata.

– Przeciwnie. Mam do ciebie ostatnią prośbę. Przybądź tu, gdy w nocy zobaczysz przelatującego w blasku Księżyca kruka i pochowaj mnie tutaj.

– Dlaczego akurat ja?

– Kiedyś wybrałem cię na swojego ducha przewodnika, pamiętasz? – Dekanawida nazywał go tak od czasu ich pierwszego spotkania. Niczego nieświadomy Hajawata zakłócił wtedy jego spokój, podczas gdy Indianin znajdował się w odosobnieniu, wyczekując pojawienia się ducha, który miał pomóc mu w odnalezieniu się na świecie. Według dawcy życia to Dekanawida bardziej pomagał mu niż on jemu, ale skoro nazywanie go tak w jakiś sposób uszczęśliwiało go to, nie miał nic przeciwko. – Odnalazłem w tobie swoją drogę życia i chciałbym, żeby skończyła się razem z tobą.

– Ona nie skończy się razem ze mną. Ty odejdziesz, a ja będę musiał zostać – zaznaczył ze smutkiem.

Hajawata próbował kiedyś zniknąć ze świata. Siadł na wzgórzu zamierzając nigdy się z stamtąd nie ruszać. Obserwował jak życie znika powoli aż za horyzont, słysząc błagalne krzyki ludzi oraz ryk zwierząt. Cały czas liczył, że to zniszczenie pochłonie wkrótce i jego samego. Rzeczywiście w końcu odczuł skutki swoich działań, gdy minął równo rok, obumarł niewielki fragment opuszka jego palca. Widząc to, przez dłuższą chwilę Hajawata nie oddychając wpatrywał się w niego, po czym głośno zapłakał. Wstał i zaczął biec przed siebie. Tak wielu musiało zapłacić życiem, gdy on nie utracił chociażby jednego z palców. Zdał sobie wtedy sprawę, że ceną za jego odejście byłoby unicestwienie całej planety.

– Nie jesteśmy tacy sami i nie mówię, że cię rozumiem. Jesteś jednak najwspanialszą istotą, którą spotkałem, a wiesz jak różne przybywają tu byty. Tworzysz życie, cóż może być piękniejszego?

– Podobno miłość.

– Rzeczywiście to tak jakby żyć za dwóch – odpowiedział Indianin po chwili zastanowienia.

– Czemu mi o niej wcześniej nic nie mówiłeś?

– Atatarho nie chciał, abym o niej z tobą rozmawiał.

Hajawata nie widział go już od setek lat, a mimo to wyraźnie czuł jego obecność w swoim życiu. Był on pierwszą poznaną przez niego osobą, po tym, jak wybudził się on z trwającego przez wieki snu. Nie pamiętał tego, ale według Indianina to właśnie Atatarho pomógł mu na nowo poznać świat i przekazał mu jakie zakazy na nim ciążą.

Jeszcze na początku ich znajomości udawało im się jakoś dogadywać, Hajawata mógł nawet powiedzieć, że stał się on mu bliski. Podróżowali wspólnie przez świat, spędzając czas na rozmowie oraz nauce. Jednak po kilku latach prawdziwa natura Atatarho zaczęła wychodzić na światło dzienne. Okazał się całkowitym przeciwieństwem swojego towarzysza. Wszędzie, gdzie by się nie pojawił od razu zbiegali się do niegKatalogo ludzie i nie odstępowali go na krok. Wypowiedzi Atatarho z każdym dniem stawały się coraz bardziej pełne nienawiści, a jego umysł zamiast się rozwijać stawał się coraz mniej bystry. Jednakże to wszystko było jeszcze możliwym do zaakceptowania, to co rozdzieliło ich drogi, to zdolność Atatarho do niszczenia życia. Widząc jak wiele zła czyni, Hajawata nie chciał utrzymywać z nim już dłużej kontaktów. Jego dotychczasowy przewodnik bardzo wtedy rozpaczał, mówił mu, że nie ma nikogo poza nim i, że bardzo mu zależy na tej znajomości. Mimo to jego czyny, nie miały nic wspólnego z tym co mówił, nie próbował zmienić się choć w najmniejszym stopniu. Hajawata często wracał myślami do dnia, w którym przepędził Atatarho i zastanawiał się czy komfort jego sumienia był wart wszystkiego co się później stało.

Gdy się rozdzielili Atatarho zaczął być dla ludzkości prawdziwym przekleństwem. Do uszu Hajawaty docierały opowieści, że pojawia się on w wioskach, w których wcześniej przebywał i urządza masowe pogrzeby. Dawca życia nie widział powodu, dlaczego się tak zachowywał, może chciał mu robić na złość, albo po prostu nienawidził patrzeć na szczęście. Wskazywać mogłyby na to słowa, które szeptał do ucha posyłanym na śmierć osobom, „Idź i zabierz ze sobą szczęście”.

– Dlaczego go słuchasz?

– Chociażby dlatego, że ma nade mną władzę – zaśmiał się lekko. – Ale to nie jedyny powód. Jest starszy ode mnie i od ciebie, chociażby dlatego powinniśmy respektować to co do nas mówi.

– Gdyby mógł zniszczyłby wszystko z czym kiedykolwiek miał styczność. Nie ma w nim żadnej rozwagi, a co dopiero mądrości.

– Źle go oceniasz. – Ton jego głosu zmienił się w bardziej surowy.

– Za każdym razem mówisz dokładnie to samo! Nie widziałeś jak podburzał przeciwko sobie całe nacje i śmiejąc się obserwował jak ziemia z czarnej przyjmuje czerwoną barwę!

Gdy Hajawata uspokoił się trochę Dekanawida dotknął jego serca. W tym momencie przeszedł go dreszcz i poczuł jakby coś próbowało przebić się przez jego klatkę piersiową i wyjść na zewnątrz.

– Co robisz?

– Gdy się znowu spotkacie, Atatarho będzie chciał pozbawić się życia.

Hajawata nie mógł powiedzieć, że te słowa go zaskoczyły, ale nie wiedział co na nie odpowiedzieć.

– Jego miłość ku tobie jest wielka, a będzie tym większa im więcej mu przebaczysz. Dowiedziałeś się w końcu czym ona jest i masz ją na wyciągnięcie ręki. Głupi by nie skorzystał.

– Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Zresztą mylisz się, jeżeli uważasz, że czuje on do mnie cokolwiek pozytywnego.

– Spytałeś kiedyś go o to?

Dawca życia rzeczywiście nie przypominał sobie, żeby od kiedykolwiek rozmawiał z nim o czymś innym jak winy, których się dopuścił lub jak bardzo jest nim rozczarowany.

– Jeżeli mówimy już o tobie i o nim, to zastanawiałeś się kiedyś nad tym, że to on jest jedyną osobą, która wie co działo się przed tym jak utraciłeś pamięć?

– Nie zapytam łgarza o prawdę, bo w odpowiedzi otrzymam tylko kłamstwo.

– Twój wybór.

Indianin nabił fajkę i zaczął ją palić.

– Swoją drogą – przerwał na chwilę, aby się zaciągnąć po czym kontynuował – Atatarho był tu wczoraj.

– Nic mi do tego.

– Poszedł w stronę, z której ty przyszedłeś. Wie, że złamałeś zakazy.

– Niemożliwe! – krzyknął Hajawata i natychmiast poderwał się z siedzenia. – Czemu wcześniej mi tego nie powiedziałeś?

– On jest tam już jakiś czas… A nawet jeżeli byś tam był, nie zdołałbyś go powstrzymać.

– Muszę tam natychmiast wrócić. Skoro to nasze przedostatnie spotkanie to spytam, czy coś jeszcze przede mną ukrywałeś?

– Masz brata. – Tajemnica ta wypłynęły z ust Indianina tak łatwo jak chociażby zwykłe słowa przywitania z dobrym przyjaciele.

Hajawata zatrzymał się przy wyjściu i stał przez dłuższą chwilę odwrócony plecami do Dekanawidy. Nie chciał w tym momencie nawet na niego spojrzeć. Gdy Indianin wypowiedział te dwa słowa poczuł się tak jakby ktoś go spoliczkował, po czym uderzył w brzuch tak mocno, iż całe powietrze opuściło jego płuca.

– Mówisz to po to, żeby mnie zatrzymać?

– Też.

– Więc co tak długo powstrzymywało cię przed powiedzeniem mi tego?

– Nic poza moją własną wolą oraz pewną prośbą.

Podróżnik, któremu jak dotąd wydawało się, że jest całkowicie sam na świecie, wkładał wiele wysiłku w to, aby zachować spokój. Najchętniej wydusił by wtedy z szamana wszystkie informacje, wiedział jednak, że jeżeli obróci się w jego stronę nie będzie w stanie wyjść i pomóc Ewie. Poza tym bał się, że najprawdopodobniej dowiedziawszy się wszystkiego zabił by go w gniewie. W tym momencie bardzo żałował, że Dekanawida tak dobrze go zna.

– Jeszcze tu wrócę. – Chłodno pożegnał swego rozmówcę.

*

Gdy Hajawata dotarł na miejsce, wioska, którą tak często odwiedzał trawił ogień. W samym jej środku wśród płomieni stał sprawca tych zniszczeń. Od razu wyczuł obecność przybysza, wyprostował się i uśmiechnął tak szeroko jak tylko potrafił.

– Nieźle namieszałeś. Jeżeli chciałeś się ze mną zobaczyć są inne sposoby, aby mnie przyzwać. – Jego ostry, stanowczy głos, niemalże ciął powietrze dzielące go z Hajawatą. – Wybacz, że witam cię w takich okolicznościach.

Zgiął się w pół wykonując ukłon.

– Witaj potworze.

W tym momencie zza jednego z domów wyszła Ewa, powoli stawiając krok za krokiem. Zatrzymała się, kiedy znalazła się w połowie drogi pomiędzy rozmówcami.

– Proszę, proszę. Mamy naszą winowajczynię. – Radosnym głosem, niemalże śpiewając zauważył Atatarho.

– Nie prawda. To wszystko jest moją winą, zostaw ją w spokoju i ukaż mnie.

– Chciałbyś żeby to było takie proste…

– Nigdy Cię o nic nie prosiłem, więc ten jeden raz… Proszę nie rób tego.

Przez twarz Atatarho przebiegło zdziwienie, a zaraz za nim złość. Działo się to w ułamkach sekundy i gdyby w tym momencie Hajawata nie patrzył się na nią w skupieniu, pewnie nie dostrzegł by tak rzadko goszczących na niej emocji.

– Wiesz dlaczego to się dzieje…?

Hajawata szukał w głowie odpowiedzi na to niespodziewane pytanie. Na usta cisnęło mu się ich bardzo wiele, ale wszystkie niepotrzebnie jeszcze bardziej by go zdenerwowały. Ciszę, która nastała znowu przerwał ten, który odbierał życie przedstawiając przyczynę.

– Ona nie jest szczęśliwa. W ogóle jej nie pomogłeś, a wręcz przeciwnie. Myślisz, że zakazy na ciebie nałożone nie mają żadnych podstaw? Trafiłeś na osobę, która spotkała już w swoim życiu tego jedynego towarzysza, który niestety ją opuścił. Chciała do niego dołączyć, jej wybór, nie wolno Ci w niego ingerować. Wiesz ile razy stworzony przez ciebie mężczyzna musiał ją ratować?

– To niemożliwe, ona…

– Dziesięć.

– Kłamiesz!

– Nie mierz każdego swoją miarą.

Przez całe ciało Atatarho niespodziewanie przeszedł skurcz sprawiając, że stracił na chwilę równowagę i prawie upadł. Od tej chwili z trudem przychodziło mu mówienie, a każde zdanie wypowiadał dwa razy wolniej.

– Zapytaj się więc jej czy jest szczęśliwa – wydukał robiąc przerwę po każdym słowie.

Hajawata zawahał się, nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił nawet na nią spojrzeć.

– No dalej. Pytaj!

Dawca życia zacisnął pięści, otworzył usta, ale nie wypowiedziały one ani jednego słowa.

– Skoro nie masz na tyle odwagi pomogę ci, jak to starsi mają w zwyczaju. Jak żyje ci się na ziemi Ewo, czyż nie jest piękne? – Kończąc pytanie westchnął.

Kobieta skierowała głowę w stronę Hajawaty, który w końcu zebrał siły, aby spojrzeć jej w oczy. Zdał sobie od razu sprawę, że w ogóle się one nie zmieniły od momentu, kiedy spotkali się po raz pierwszy. W dalszym ciągu przepełniał je smutek i żal.

– Gdyby było to możliwe, chciałabym abyśmy nigdy się nie spotkali. – Wypowiadając swoje ostatnie słowa, w głębi jej oczu można było zobaczyć, że jej dusza zalewa się łzami. One jednak nie zdążyły uronić, ani jednej.

– Tak też myślałem.

Atatarho wyciągnął zza pasa długi nóż i rzucił w Ewę, przebijając jej serce.

– Nie! – Z piersi Hajawaty wyrwał się potworny krzyk.

Kobieta upadła na kolana, twarzą zwróconą w jego stronę. Gościł na niej piękny uśmiech i spokój. Widok ten był jednocześnie tak miły i przykry, że wprawił go w całkowite osłupienie, pozwalające mu tylko patrzeć w ciszy jak z kobiety uchodzi życie. Nie potrafił się on do niej nawet zbliżyć, by potrzymać ją za rękę w jej ostatnich chwilach na ziemi.

Z głębokiego zastanowienia wyrwał w końcu Hajawatę morderca Ewy.

– Tęskniłem za tobą, codziennie o tobie myślałem – oznajmił powoli krocząc w stronę rozmówcy.

– Nie zbliżaj się.

– Dlaczego jesteś taki niewdzięczny?

Atatarho wyciągnął kolejny nóż, nie zwracając uwagi na zakaz. Gdy podchodził coraz bliżej Hajawata zaczął dostrzegać jak bardzo zmienił się od czasu ich ostatniego spotkania. Przede wszystkim bardzo się postarzał, na jego głowie pojawiły się już pasma siwizny. Zaczął też lekko się garbić i powłóczyć jedną z nóg. To co jednak najbardziej się zmieniło to jego oczy, Hajawata patrząc w nie widział nie człowieka, lecz zwierzę, potężnego drapieżnika. Atatarho dostrzegając to jak się mu przygląda przyspieszył kroku.

– Widzisz, ty może w ogóle się nie zmieniłeś, ale dla mnie czas był mniej łaskawy. Jestem wciąż długowieczny, ale niestety nie nieśmiertelny jak ty. Trzeba było ci tego nie oddawać. – Kończąc wypowiedź przejechał palcami dłoni po widocznych na jego twarzy zmarszczkach.

– O czym ty mówisz?

– Myślałem, że moja dusza choć trochę cię zmieni, ale widzę, że jej słaba część nie jest w stanie nic zrobić. – Zatrzymał się metr od Hajawaty. – Za nią też tęsknię. Musisz iść ze mną.

– Chcesz mieć kogoś przy sobie, proszę bardzo. Ja nigdzie z tobą nie idę.

Hajawata wziął w ręce grudkę ziemi.

– Idź i nieś szczęście.

Chwilę potem pomiędzy rozmówcami stanął człowiek wyglądający dokładnie tak samo jak Hajawata. Szybko jednak zmienił się z powrotem w materiał, z którego był zrobiony i rozpadł się.

– Jak widzisz, ja mam już wybranego towarzysza.

– Który nie chce mieć z tobą nic wspólnego.

Hajawata nie przyjmował do wiadomości tego co właśnie zobaczył, czuł, że wszystko co się przed chwilą wydarzyło wyniszcza go psychicznie.

– Wiesz… – Atatarho położył rękę na ramieniu dawnego przyjaciela, a słowa utkwiły mu w gardle.

Hajawata miał wrażenie, że uchodzi z niego życie. Uczucie to było podobne do tego, gdy Indianin dotknął ręką jego serca, ale znacznie mocniejsze. Przypomniały mu się wtedy słowa, które wypowiedział, szybko podniósł więc głowę i zobaczył, że z oczu, nosa i ust Atatarho płyną strużki krwi.

– Przypomnij mi, dlaczego Ci ją oddałem? Taka piękna…

Hajawata przerażony strącił jego rękę ze swojego ramienia i poderwał się z kolan.

– Oddaj mi ją, proszę…

Hajawata zaczął powoli oddalać się od Atatarho, gdy ten w pewnym momencie ocknął się i zaczął za nim podążać. Dawca życia nie chciał się z nim mierzyć, wiedział bowiem jak bardzo nieprzewidywalną i agresywną jest on osobą. Gdy miał już zdecydować, aby uciekać jego przeciwnik z krzykiem rzucił się na niego. Siłowali się przez dłuższą chwilę, po czym Hajawata opadł sił, pozwalając tym samym na przyjęcie ciosu. Atatarho pierwszy raz zranił go w jedno z ramion wbijając trzymany przez siebie nóż do połowy ostrza. Miał on tę przewagę nad swoim przeciwnikiem, że zawsze miał przy sobie jakąś broń, Hajawata natomiast na tę chwilę nie miał przy sobie nawet najmniejszego sztyletu.

– Co mam Ci oddać?

– To co masz w środku. Daje Ci twoją moc, co sprawia, że wszyscy cię tak kochają.

– Nikt mnie właśnie nie kocha, zawsze muszę wszystkich opuszczać.

Atatarho dociskając przeciwnika ciężarem swojego ciała do ziemi, z całej siły uderzył w klingę noża, przebijając na wylot jego ciało. Hajawata z trudem powstrzymał krzyk, nie chciał sprawić mu tej przyjemności.

– Koniecznym było odsunięcie cię od nich jak najdalej tylko to możliwe. Kiedyś już próbowali cię zabić, to jacy są teraz to tylko pozory.

Rozmowa ta stawała się dla Hajawaty coraz dziwniejsza. Nie rozumiał o czym Atatarho do niego mówi, wszystko o czym wspominał musiało dziać się gdy pogrążony był w śnie lub było tylko jego urojeniami.

– Czyli to ty sprawiłeś, że nie mogę nigdzie odnaleźć dla siebie miejsca?

– Ludzie opowiadają o tobie w każdej legendzie jako o bohaterze, powinno ci to wystarczyć. Mnie natomiast chcieliby się pozbyć z powierzchni ziemi.

– Nie uważasz, że słusznie?

– Nie!!!

Jego przeraźliwy krzyk złamał Hajawatę, nie miał już siły walczyć. Nie widział także w tym dłużej żadnego sensu.

– Skończ to.

Hajawata odsłonił się na cios i zamknął oczy. Zaraz potem Atatarho zniknął zostawiając go samego wśród zgliszczy wioski. Pozbawiony sił i rozczarowany swoimi decyzjami dawca życia, nie był w stanie podnieść się z ziemi. Gdy leżał do jego uszu wciąż dochodził dźwięk pękającego w ogniu drewna oraz walących się na ziemię części domów. Może i popełnił błąd łamiąc zakaz, ale to w końcu nie on dopuścił się wszystkich tych czynów, to Atatarho jest winny śmierci tych ludzi. Rozmyślając powoli zaczął zasypiać, mając nadzieję, że może w innej rzeczywistości spotka go ukojenie.

*

Pomimo że Atatarho wygrał walkę, w ogóle go to nie cieszyło. Zastanawiał się, czy słusznie zrobił darując życie Hajawacie, nic go przecież już z nim nie łączyło. W jego oczach był on od jakiegoś czasu tylko pojemnikiem, w którym zamknął lepszego siebie. Tak przynajmniej próbował sobie wmówić, gdy się znowu spotkali.

Odbierając mu życie zaprzeczyłby słuszności decyzji, którą podjął wieki temu. Wybraniec bogów tkwił w martwym punkcie, był bowiem świadomy, że czego by nie zrobił i tak jego istnienie straci sens. Odbierając życie bratu, a tym samym dar, który mu przekazał, odzyskałby dobrą część duszy, która zapewne żałowałaby jego śmierci i nie pozwoliła mu na normalne życie. Oszczędzając go także sprowadzał na siebie cierpienie. Pustkę jaka została mu po pozbyciu się pozytywnych cech zapełniała coraz bardziej zwierzęca strona każdego człowieka. Zaczynał on powoli kierować się tylko instynktami, nie polegając na ludzkim rozumowaniu.

Spotykając się z Hajawatą był w nie najgorszej formie, ponieważ z trudem, ale potrafił zachować jeszcze pozory swojego człowieczeństwa. Miewał dni, gdy całkowicie tracił świadomość, po czym budząc się z pewnego rodzaju transu pod wieczór odkrywał jak wiele nieszczęścia ściągnął na ziemię. Połączenie negatywnych cech człowieka z jego całkowicie pierwotną świadomością sprawiało, że Atatarho powoli przemieniał się w istotę, która zabija tylko i wyłącznie dla zaspokojenia swoich żądzy. Wszystko to napędzał jeszcze bardziej żal goszczący w jego sercu, zamieniający się w coraz większą nienawiść do ludzi.

W takich momentach jak ten, gdy spotkał się z Hajawatą i mógł kontrolować co się z nim dzieje, przejmował go ogromna rozpacz. Bolało go to, że widzi tak naprawdę siebie na początku swojego życia, osobę, którą kiedyś był. Po skończonej walce, gdy znajdował się już z dala od wioski, czując, że powoli traci zmysły, zadał sobie ponownie najważniejsze dla siebie pytanie.

– Czy żałuję swojej decyzji?

Chociaż tak bardzo chciał powiedzieć, że tak, wypowiedział całkiem inne słowa.

– Jak można żałować dobra, które się kiedyś uczyniło?

Pomyślał także, że może znowu spróbuje uczynić coś dobrego dla świata. Wyszeptał więc cicho do siebie „Idź i zabierz ze sobą szczęście”. Kiedy nic się nie wydarzyło w jego głowie pojawiła się myśl, że może powinny one brzmieć zupełnie inaczej. Rozważniejszym byłoby powiedzieć, „Idź i zabierz ze sobą cały ból tej ziemi”, ale nagle w tym momencie utracił świadomość.

Hajawata nie miał ani siły, ani chęci podnosić się już z ziemi. Zaczął zapadać się w myślach coraz głębiej i głębiej, gdy nagle ktoś podniósł go z ziemi. Osoba ta miała twarz zasłoniętą kapturem, nie wiedział więc kto przyszedł mu z pomocą. Mógł mieć też zupełnie inne intencje, ale w tamtym momencie Hajawacie było już wszystko jedno, co się ma z nim stać. Nieznajomy zabrał go do niewielkiego namiotu, gdzie wyjaśniło się kim jest. Gdy pokazał swojemu gościowi swoje oblicze, ten od razu go poznał.

– Jak się czujesz? – zapytał podając mu naczynie z ciepłym napojem.

– Nie pamiętasz mnie, prawda?

– Jesteś Hajawata.

– Ewa Ci coś pewnie o mnie opowiadała? – Dawca życia nie spodziewał się tego, że jego rozmówca wie o nim cokolwiek.

– Nie chciała ze mną o tobie rozmawiać.

– To skąd mnie znasz?

– Przedstawiłeś się, nie pamiętasz?

Rzeczywiście, gdy pierwszy raz przed nim stanął powiedział mu jak ma na imię, zaraz po tym jak wymyślił mu jego własne. Brzmiało ono Adam. Nie mógł on jednak tego pamiętać, z chwilą gdy spotkał Ewę powinien zapomnieć o wszystkim co się wcześniej wydarzyło.

– Zostawiłeś mnie z nią i odszedłeś. Pomyślałem, że chcesz, żebym się nią opiekował, nie było to jednak takie proste. Nie uwierzyłeś Atatarho, ale muszę przyznać mu rację. Nie potrafiłem jej pocieszyć.

– Czyli było tylko gorzej?

– Po tym jak odszedłeś znienawidziła najpierw mnie, a potem siebie.

Hajawata zaczynał w końcu rozumieć to co się stało. Tak jak mówił Atatarho, Ewa musiała spotkać na ziemi osoby, których nie da się w żaden sposób zastąpić. Nie można sprowadzić na ziemię człowieka, który już raz po niej chodził, gdyż nie byłoby to stworzenie kogoś, ale jego wskrzeszenie. Dlatego też Hajawata nie mogąc powołać na świat istnienia bliskiemu duszy Ewy, zastąpił tę pustkę potrzebą swojej. W ten właśnie sposób stworzył w końcu kogoś dla siebie. Odkrywając to nie czuł mimo wszystko radości, skazał w końcu kobietę, która kiedyś mu tak bardzo pomogła na życie z obcą osobą.

– Nie ważne jak bardzo bym się starał ona uważała mnie bardziej za strażnika jej życia, a nie jako mającą towarzyszyć jej w nim osobę. Także nie byłem zadowolony, że muszę z nią zostać, ale nie bolało mnie to tak bardzo, jak ją.

– „Nie bez przyczyny zostały nałożone na ciebie zakazy” – powiedział cicho do siebie Hajawata.

Wspominając te słowa po jego plecach przeszły ciarki. Zrozumiał teraz co miały one oznaczać i dlaczego Atatarho zareagował tak, a nie inaczej. Mógł jednak załatwić tę sprawę w inny sposób, tylko jaki? Hajawata zdał sobie sprawę, że swoim działaniem doprowadził on po prostu do tego co miało się wydarzyć wcześniej, czy później. Samobójczyni nie żyje, za złamanie zakazu została zesłana kara, a osoba stworzona dla Hajawaty jest teraz z nim. To okrutne z jego perspektywy stwierdzenie stawało się w jego oczach mimo wszystko słuszne. Wszystko jest tak jak powinno być.

– Za niedługo umrę – oznajmił Adam.

– Jesteś ranny?

– Nie, ale on wróci dokończyć to co zaczął.

Dawca życia nie miał nawet czasu o tym myśleć, lecz skoro stworzony przez niego człowiek był kimś niepożądanym na ziemi, Atatarho na pewno będzie chciał się go pozbyć.

– Musimy uciekać. – Na ten moment była to jedyna co przyszło Hajawacie do głowy.

Adamowi nie trzeba było więcej mówić, od razu zaczął pakować wszystkie niezbędne rzeczy. Rany Hajawaty praktycznie się już zagoiły, przez co nikt nie musiał mu dłużej pomagać w przemieszczaniu się. Mogli od razu wyruszać.

– Gdzie idziemy? – Ze spokojem zapytał Adam.

– Tam, gdzie mieszka dawny przyjaciel.

Co przed nim ukrywano? Czego jeszcze nie wiedział? Te i podobne pytania ciągle pojawiały się w głowie wiecznego pustelnika. Nie potrafił w tamtym momencie cieszyć się tym, iż w końcu spełnia się jego marzenie. Ktoś nareszcie towarzyszył mu w podróży. Myślał tylko o tym, jaką prawdę skrywają przed nim Dekanawida i Atatarho .

– Jak długo tam zostaniemy?

– Muszę się tylko czegoś dowiedzieć, potem pewnie nigdy już tam nie wrócimy.

Hajawata chciał rozmówić się z Indianinem. W zależności od tego co miał mu on do powiedzenia rozważał możliwość nieprzybycia na jego pogrzeb. Jak dotąd traktował go z szacunkiem i podziwem dla jego mądrości. Jeżeli jednak przez tyle lat zatajał przed nim wiedzę o jego przeszłości, wszystko to przestanie mieć znaczenie.

– Cieszę się, że mogę od teraz być tu z tobą.

Kiedy Adam wypowiedział te słowa Hajawata poczuł przez chwilę, że tak jak kiedyś Atatarho idzie on obok niego podekscytowany samą możliwością przebywania z nim. Było w tym coś bardzo przyjemnego, ale też mrocznego.

– Nie mów tak do mnie nigdy więcej.

 Coś było nie w porządku. Wszystko, co wydarzyło się w ostatnich godzinach było nie w porządku. Czas najwyższy, aby zakończyć pewien długi rozdział w dziejach świata.

*

Nowi towarzysze drogi wchodząc do doliny nie spotkali czekającego zwykle na gości Indianina. Tym razem, aby się z nim zobaczyć musieli sami przejść drogę do jego namiotu. Dekanawida leżał tam, pogrążony we śnie. Widok ten był dla Hajawaty wyjątkowy, gdyż nigdy jak dotąd nie widział, aby stracił on chociaż na chwilę czujność, a co dopiero oddał się w objęcia snu. Adam wyrwał go z niego lekkim szturchnięciem. Szaman otworzył oczy.

– To oznacza, że udało Ci się przeżyć – stwierdził Dekanawida lekko zdziwiony. – A co z tą dziewczyną?

– Nie żyje…

– Zyskałeś za to nowego przyjaciela. – Przeszywającym wzrokiem spojrzał na Adama. – Wyszedłeś więc jak widzę na zero.

Hajawata nie wytrzymał, porządnie się zamachnął i spoliczkował starca.

– Masz mi wszystko powiedzieć!

– Jak się teraz czujesz? – zapytał Indianin, bez krzty złości.

– Nie słyszysz?!

– Dopóki mi nie odpowiesz nic ci nie powiem. Proszę jeszcze, żebyś zostawił nas samych, Adamie.

Mężczyzna posłusznie opuścił namiot.

– Więc?

– Nienawiść i gniew, tylko to mi teraz towarzyszy.

– Spróbuj sobie wyobrazić, że Atatarho potrafi czuć tylko to.

– Nic dziwnego, wiesz przecież, jaki on jest.

– Problem w tym, że on wcale tego nie chce, a powodem, dla którego jest taki, a nie inny jest twoja obecność na tym świecie.

– Dusza…, ale to niemożliwe.

– Dla niego nie było kiedyś nic niemożliwego.

– Mam ci uwierzyć? Skąd mam widzieć, że znowu mnie nie okłamujesz.

Dekanawida podniósł powoli rękę i tak jak przy ich poprzednim spotkaniu dotknął jego serca. Tym razem było to znacznie bardziej nieprzyjemne. Hajawata poczuł nagle straszny ból, miał wrażenie, że coś próbuje przebić się ze środka jego serca na zewnątrz. Był on na tyle silny, że powalił on go w jednej chwili na ziemię. Przez pewien czas nie mógł także nabrać powietrza do płuc, a jego ciało nie chciało się ruszyć. Wszystko to przeminęło po około minucie, tak szybko jak się pojawiło. Wycieńczony Hajawata siadł potem opierając się o łóżka i dopóki nie uspokoił oddechu nie odzywał się, ani słowem. W tym czasie Indianin cierpliwie czekał, aż dojdzie on do siebie.

– Co mi zrobiłeś?

– Prawda, że sprowokowałem ją do tego, ale ja nic ci nie zrobiłem. To co się stało to odpowiedź duszy twojego brata na zbyt długie rozstanie z jej prawowitym właścicielem.

– To on jest…?

Hajawata nie mógł wypowiedzieć tego słowa. Jednakże, po tym co się stało, nie mógł już powiedzieć, że nie wierzy w słowa Dekanawida. Właśnie doświadczył dowodu potwierdzającego jego słowa. Nie rozumiał tylko co robi w nim dusza jego… brata. Gdy tylko o niej pomyślał jego serce zaczęło bić szybciej.

– Nie chcę jej.

– Mogę ją wyciągnąć, ale wtedy umrzesz.

Czy był to kolejny sposób Atatarho na utrudnienie mu życia? Dlaczego nie może dać mu spokoju? Hajawata poczuł tak wielką bezsilność, że miał wrażenie, iż nie będzie w stanie już nigdy wstać. Chciało mu się po prostu płakać, nie miał na to jednak siły. Jedyne na co pozwoliło mu wtedy ciało to lekkie wykrzywienie kącików ust.

– Całe moje życie grałem rolę, jaką mi wybraliście.

– To ono ci ją przydzieliło. Twój brat co najwyżej był osobą, która pokierowała cię na taką, a nie inną ścieżkę. Skoro już tyle się dowiedziałeś, powiem ci także, że to on spowodował, że jesteś odcięty od ludzi. Sprawił, że sprowadzasz klęski na ziemię po to, aby oddalić cię od nich.

– Po co?

– Z tego co mi powiedział omal cię kiedyś nie zabili.

Dawca życia nie wiedział już co ma myśleć, wszystko co dotąd uznawał za prawdę stało się kłamstwem, a to co za kłamstwo prawdą. Chciał zniknąć z ziemi.

– Nie mamy prawa oceniać tego co uczynił twój brat, ani jednego z jego czynów. Można powiedzieć, że nikt z żyjących już ludzi nie jest w stanie zrobić tego obiektywnie, gdyż nie wie jaki był on kiedyś, nim wyrzekł się swojej lepszej strony. Miej też na uwadze, że on cierpi od wieków tak bardzo lub nawet mocniej jak ty przed chwilą. Nim więc cokolwiek zrobisz pomyśl, że kluczem i odpowiedzią do wszystkiego co się stało jesteś ty.

– On chce zabić Adama.

– To dlatego, że jest on jego kopią. Jeszcze tego nie zauważyłeś? Nieświadomie stworzyłeś obraz swojego brata, którego znałeś przed utratą pamięci. W całej tej historii jest niestety niepotrzebnym elementem.

– Jak możesz tak mówić o żyjącej istocie?

– Chcesz widzieć jak będzie wyglądać wasze wspólne życie? Cały czas towarzyszyć będzie ci strach, że on umrze, a wiedz, że prędzej czy później się to wydarzy. Jest człowiekiem, zestarzeje się i cię opuści. Poza tym Atatarho nie dopuści, żeby dożył wyznaczonych mu przez świat dni. Będzie was ścigał, aż znajdzie i się go pozbędzie.

– Niech tak będzie.

Hajawata wstał i opuścił namiot bez słowa pożegnania. Miał dość słuchania się kogokolwiek.

*

Stało się jednak dokładnie tak jak powiedział Dekanawida. Każdy dzień Hajawaty wypełniał stres i niepewność. Spał jak najkrócej, bojąc się, że gdy będzie spał może napaść na nich Atatarho i wypełnić groźbę Indianina. Nie czuł się już może samotny w podróży, lecz teraz towarzyszyło mu odosobnienie w obawach, jakie męczyły jego myśli. Adam chciał poznawać ziemię, na której dopiero co się pojawił, nie wystarczały mu opowieści Hajawaty, chciał po prostu wszystko zobaczyć. Dawca życia zastanawiał się, czy nie znaleźć mu jakiegoś schronienia, gdzie będzie bezpieczny i nikt go nie znajdzie. Wiedział jednak, że nie usiedziałby on w miejscu i zaczął na własną rękę zwiedzać świat. Po za tym była jeszcze jena rzecz, która nie dawała mu spokoju i martwiła go może nawet bardziej, niż te wymienione wcześniej.

Gdy spędził z Adamem więcej czasu, stwierdził, że rzeczywiście jest on bardzo podobny do jego brata. Był nim, tylko, że młodszą wersją. Hajawatę najbardziej przerażało jednak to, że Adam posiadał jego niektóre wspomnienia związane z Atatarho. Z jednej strony chciał, aby mu je opowiadał, gdyż mógł dowiedzieć się czegoś o sobie, bracie oraz o życiu jakie kiedyś prowadzili. Z drugiej jednak strony odczuwał wielką pustkę, która zamiast powoli wypełniać się, powiększała się z każdą nową informacją o dawnych czasach.

Zaczął w końcu zauważać, że to jak oceniał brata było czymś okrutnym z jego strony. Próbował nawet usprawiedliwiać się tym, iż nie wiedział o tym co się kiedyś wydarzyło. Myśli nie dawały mu jednak spokoju, mógł przecież o wszystko go zapytać, ale nie był przecież w stanie zniżyć się do poziomu na jakim się on znajdował. Hajawata przestał powoli wytrzymywać obciążenia fizycznego i psychicznego, mimo to ciągle starał się trzymać pion ze względu na Adama. Jednakże ostatnie ze wspomnień jakie mu on opowiedział dobiło go.

– Wiesz, że jest piękniejszy dar od tego, którym ty obdarzasz ludzi? – Pewnego dnia zapytał swego przewodnika Adam.

– Czym się on od niego rożni? – spytał zaciekawiony.

– Ty nie dajesz niczego od siebie, wykorzystujesz ziemię. Ci, którzy dla innego życia oddają siebie są ofiarodawcami najznakomitszych darów. Z taką właśnie ofiarą wiąże się najcenniejsze wspomnienie jakie noszę w swoim umyśle. Nie jest ono zapisane przy pomocy żadnego ze zmysłów, gdyż nie są one w stanie go objąć. Stanowi ono czystą formę miłości, a pamięta o nim twoja dusza, która od tamtej chwili nie mieszka już samotnie w twym ciele.

Gdy łza Hajawaty spadła na ziemię, ze znajdującego się nad nim drzewa poderwał się ptak. Biały kruk przeleciał w blasku księżyca.

– Szkoda, że tak krótko trwała moja przygoda. Musimy wracać. – Z gorzkim uśmiechem ogłosił Adam.

*

Trzecie, ostatnie z odbywających się w tym roku spotkań Hajawaty i Dekanawidy, nie odbyło się ani w namiocie Indianina, ani u wejścia do doliny. W samo jej centrum przyciągał odwiedzających blask ogniska, którego światło od północy wpływało w wykopany niedawno, głęboki dół. Owinięty w koce szaman leżał pomiędzy nim a paleniskiem. Palce jego prawej ręki niemalże dotykały płomieni, które niecierpliwie tańczyły próbując złapać rękaw koszuli Indianina i spalić wraz z nią jego ciało. Drugą dłoń pochłaniała natomiast ciemność znajdującego się obok niego grobu, próbując wciągnąć go do środka. Adam i Hajawata stanęli przy ognisku, po prawej stronie, wpatrując się w szamana.

– Wystarczyło Ci siły, aby to wszystko przygotować? – spytał zdziwiony Hajawata.

– Dobre duchy odwdzięczyły się za wcześniejszą pomoc. Cieszą się, że wkrótce do nich dołączę. Ogień – życie. Mój już dogasa, wznieciły więc ten, abym zdołał doczekać waszego przyjścia. Otworzyły też drzwi do ziemi, gdzie musi zostać złożone ciało, a następnie połączyć się z nią.

– Jak mam pomóc?

– Po prostu bądź.

Adam oddalił się od ogniska i podszedł do krawędzi dołu. Wydawał się głęboki na kilkaset metrów, ludzkie oko nie umiało dostrzec w tej ciemności jego dna. Mężczyzna powoli unosząc wzrok zobaczył, że naprzeciw niego stoi jego odbicie. Uśmiechnął się, gdy stojąca naprzeciw postać naciągnęła łuk, a wystrzeloną z niego strzałą przebiła mu gardło. Wypowiedział swoje ostatnie słowa, lecz nikt ich nie usłyszał. Popłynęły razem z krwią do wnętrza grobu, a zaraz za nimi podążyło ciało.

– Dlaczego otrzymał życie, skoro tak szybko mu je zabrano? – zapytał spokojnie Hajawata.

– Czy nie dzięki niemu jesteś teraz tutaj? Różne zadania są nam przydzielane przez bogów. Adam był po prostu elementem tego świata, który w nieoczekiwany i niezrozumiały sposób się na nim pojawił i dokładnie tak samo z niego odszedł.

– A co z Ewą ona także musiała odejść?

– Zrobiłaby to już dawno temu nie raniąc nikogo. Pamiętasz kto ją zatrzymał? – Atatarho wtrącił się do rozmowy. – Nie ja zniszczyłem tamtą wioskę, nie sprowadziłem tej kary. To ona.

Hajawata bardzo się zdziwił, że od razu uwierzył w słowa brata. Zobaczył nagle jak wielki wpływ na postrzeganie całego swojego życia i związanych z nim relacji mieli Ewa i Adam. Kobieta wytłumaczyła mu czym są uczucia, a mężczyzna opowiedział mu w jaki sposób obdarzał go nimi brat. Oboje doprowadzili do tego, że w końcu był w stanie zaufać najbliższej mu na ziemi osobie, za co mógł się im teraz odwdzięczyć tylko modlitewnymi myślami.

– Ostatnie wydarzenia pokazują, że nie jesteście już w stanie nosić swoich brzemion. Myślę, że nawet bogowie nie mogli przewidzieć wszystkiego tego co się stało. Obdarzając kogoś takimi umiejętnościami jak wasze zdecydowanie trzeba zadbać o to, by nie był to człowiek. Nie wiedzieliśmy jednak tego do momentu, w którym właśnie się teraz znajdujemy. Gdyby kiedyś jeden z braci odszedł, świat wyglądałby inaczej, gdy jest ich dwóch ma postać taką jaką teraz widzimy. Jeden z nich nie zapewniłby mu takiego rozwoju duchowego jak dwóch. I szczęście i tragedia kształtują każdego człowieka. Świat bez nich byłby sztuczny, czego najbardziej chcieliby bogowie. Łatwiej jest przedstawiać, że dzieło, które się stworzyło funkcjonuje w idealny sposób, co jednak miałyby z tego jednostki je tworzące? – Były to ostatnie słowa Dekanawida.

Gdy zamilkł płomienie w końcu dosięgnęły jego koszuli, pokrywając po chwili całe jego ciało. Hajawata i Atatarho z dwóch stron złapali za rogi koca, na którym leżał, podnieśli go i przenieśli nad wykopany w ziemi dół. Kiedy ciało Indianina spadało, rozświetlało prowadzącą w głąb ziemi drogę. Bracia nie patrzyli się jednak w tamtą stronę, pierwszy raz od dawna spojrzeli sobie oczy bez jakiegokolwiek gniewu. Czy rzeczywiście ich cierpienie sprawiło, że świat jest teraz lepszym i piękniejszym miejscem? Nie miało to już dla nich znaczenia.

– Kocham Cię – wydusił z siebie Atatarho, po czym wybuchł płaczem.

Stał tak samotnie przez kilka minut zalewając się łzami. Hajawata nie był wstanie nic zrobić, jak też stać i płakać. Nie musieli nic już do siebie mówić, cisza była dla nich w tamtej chwili najlepszym komunikatorem. Ich łez było tak wiele, że dzielący ich dół wkrótce cały zapełnił się słoną wodą. Widząc to Hajawata zaśmiał się i uśmiechnął, a zaraz po nim to samo zrobił Atatarho.

– Też Cię kocham, bracie – odpowiedział w końcu dawca życia.

– Znowu ta woda? – wszeptał.

– Ogień chyba niestety już zgasł… – powiedział spoglądając na miejsce gdzie niedawno tańczyły płomienie.

– Czyli została nam jedna droga.

Oboje w tym samym momencie, stojąc na krawędzi grobu zrobili krok w przód i wpadli do wody. Z zamkniętymi oczami w swoich objęciach zanurzali się coraz głębiej, pozwalając, aby powietrze z czasem opuściło ich płuca. Odchodząc z tego świata rozdzielona dusza nie tylko wróciła do swojego prawowitego właściciela, ale także odzyskała swego dawnego przyjaciela. Nie potrzeba było więcej słów dla tego świata, to co bracia chcieli sobie powiedzieć zostało na zawsze między nimi.

 

 

Koniec

Komentarze

 Glorio_Jesús, masz błędy w zapisie dialogów. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać je poprawnie: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Byłoby też dobrze, gdybyś zwarte bloki tekstu podzieliła na mniejsze akapity, bo opowiadanie, w obecnym kształcie, nie wygląda zachęcająco.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przykro mi to pisać, Glorio_Jesús, ale przebrnęłam przez niemal jedną czwartą tekstu, a nie natrafiwszy na bodaj jeden fragment, który by mnie choć trochę zaciekawił, postanowiłam na tym poprzestać. Snujesz opowieść w sposób niezwykle monotonny i, jak na mój gust, mało zajmujący. W dodatku w tekście jest sporo błędów i usterek, mocno utrudniających lekturę.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania okażą się dużo ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

Opo­wiem Ci hi­sto­rię… ―> Opo­wiem ci hi­sto­rię

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

nikt nie sprze­ci­wiał się jego wy­ro­kom. Nie dla­te­go, iż się go bano, ale z sza­cun­ku do niego i szczę­ścia ja­kie­go do­zna­wa­no w cza­sach jego rzą­dów. ―> Nadmiar zaimków.

 

W sowim pla­nie bo­go­wie nie uwzględ­ni­li… ―> Czy bogowie mieli jakieś konszachty z sowami?

A może miało być: W swoim pla­nie bo­go­wie nie uwzględ­ni­li

 

Naj­bliż­szą dla niego osobą był młod­szy brat, któ­re­go ko­chał tak mocno, że był w sta­nie po­świę­cić wła­sne życie w jego obro­nie. Sta­rał się spę­dzać z nim tak dużo czasu jak tylko było to moż­li­we i nie wy­obra­żał sobie by kie­dy­kol­wiek za­bra­kło gojego boku. ―> Nadmiar zaimków. Lekka byłoza.

 

 Na­stęp­nie, wło­żył lep­szą część… ―> Na­stęp­nie wło­żył lep­szą część

 

Miała ona za za­da­nie trzy­mać go przy życiu i nie po­zwo­lić mu na odej­ście. Udało się w ten spo­sób go ura­to­wać, jed­nak mimo to nie od­zy­skał on przy­tom­no­ści. ―> Nadmiar zaimków.

 

Pod­czas jego nie­obec­no­ści wiele złego stało się na ziemi. ―> Czyjej nieobecności?

 

po­ja­wił się w jego sercu, kiedy jego młod­szy brat w końcu ozdro­wiał, ale od­rzu­cił jego to­wa­rzy­stwo wi­dząc jak nie­czy­ste stało się jego wnę­trze… ―> Nadmiar zaimków.

 

uwa­żał, że watro pomóc… ―> Literówka.

 

cał­ko­wi­cie od­da­ni, nie zdol­ni do zdra­dy… ―> …cał­ko­wi­cie od­da­ni, niezdol­ni do zdra­dy

 

Du­sząc swoje uczu­cia i emo­cje… ―> Raczej: Tłumiąc swoje uczu­cia i emo­cje

 

po­ma­gać jak naj­więk­szej ilo­ści ludzi. ―> …po­ma­gać jak naj­więk­szej liczbie ludzi.

 

może usnąć z ich pa­mię­ci to wspo­mnie­nie… ―> Literówka.

 

Miesz­ka­ją­ca w małej wio­sce na pre­rii pa­ster­ka… ―> Czy to znaczy, że ta historia dzieje się w Ameryce Północnej?

Za SJP PWN: preria «rozległa równina stepowa w Ameryce Północnej na wschód od Gór Skalistych»

 

ra­czej nie dla tego, że nie chcia­ła… ―> …ra­czej nie dlatego, że nie chcia­ła

 

kilka zdań za­mie­nio­nych z ko­bie­tą uświa­do­mi­ły mu… ―> …kilka zdań za­mie­nio­nych z ko­bie­tą uświa­do­mi­ło mu

 

Do­brze ci się od­pła­cę. – Nie li­czył się z tym co sta­nie się w przy­szło­ści… ―> Lekka siękoza.

 

że nie moż­li­wym jest aby miał sio­strę lub brata. ―> …że niemoż­li­we jest, aby miał sio­strę lub brata.

 

Te smut­ne wy­zna­nie na­uczy­ciel­ki… ―> To smut­ne wy­zna­nie na­uczy­ciel­ki

 

Nie świa­do­my jesz­cze wtedy Ha­ja­wa­ta… ―> Nieświa­do­my jesz­cze wtedy Ha­ja­wa­ta

 

Za­po­mniał o tym, aby po­roz­ma­wiać z nią o tym… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Może gdyby po­znał jej prze­szłość stali by się… ―> Może gdyby po­znał jej prze­szłość, staliby się

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam i przyznam, że nie zrozumiałam, co właściwie chciałaś powiedzieć. Mam też pewne wątpliwości, co do logiki opowieści. Czemu właściwie starszy brat oddał wszystko, co w nim było dobre, a sobie zostawił to, co złe? Poza tym mam wrażenie, że ani starszy brat nie jest absolutnie zły, ani młodszy absolutnie dobry.

W tekście wciąż pozostało sporo błędów.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dziękuję regulatorzy i Irka_Luz za Wasze uwagi oraz wskazanie błędów. Postaram się nie popełniać ich przy pisaniu kolejnych opowiadań.

Nowa Fantastyka