- Opowiadanie: Talia.N - Wilcze doły

Wilcze doły

W tym krótkim fragmencie,  prezentuję próbkę swojej “pisaniny”, a może raczej słowotoku... Jest to opowieść osadzona w małej polskiej wsi na Lubelszczyźnie, zaś obecna tam magia jak na razie skupiona jest wokół głównej postaci i jest raczej niezwykłym dodatkiem do kryminalnego wątku.

Będę wdzięczna za wszystkie komentarze.

Oceny

Wilcze doły

Wilcze doły

 

Dom był inny. Choć drzwi skrzypiały tak jak dawniej, drewniane schody wydawały te same dźwięki, to jednak zapach był inny. Już nie czuć było siana, kurzu i drewna. Zamiast tego powietrze wypełniała słodko– gorzka woń leków, ciepłej pościeli i parującej herbaty. Starając się ignorować tę nowość, ustawiałam na półce swoje rzeczy. Wyjęłam z torby kilka zdjęć, stawiając je na ich dawnym miejscu. Zdjęcie mamy siedzącej przy stole zastawionym jedzeniem, było zrobione na urodzinach jednej z moich licznych ciotek, i było najładniejsze. Mama patrzyła się w obiektyw, uśmiechnięta, piękna i pełna życia. Ja jako dziesięciolatka na grzbiecie Jantara; babcia ze mną na kolanach radośnie uśmiechniętą, a w tle choinka; tata polerujący naszego starego fiata 126p. Całe moje skarby. Ze studiów przywiozłam tylko zdjęcie Adama przy grillu z piwem w ręku i swój indeks, który dotrwał ze mną do 4 roku.

Gdy moje ubrania znalazły się już na półce, zdjęcia stały na komodzie, kosmetyki w łazience, a mój pamiętnik, który tak sumiennie prowadziłam na studiach, został schowany głęboko pod łóżkiem, wyszłam by przejść się po domu. Zajrzałam do pokoju taty. Wiedziałam że ojciec jest przy koniach i na pewno nie zastanę go w środku dnia w łóżku, ale zmiany jakie zaszły w naszym domu, były nieodwracalne. Zamiast zwyczajowej szklanki wody, przy łóżku stały tylko fiolki z lekami i maściami, zamiast Gazety Wyborczej i Gościa Niedzielnego, recepty i informacje o lekach, oraz co zmartwiło mnie jeszcze bardziej, Pismo Święte. Tato czytał Pismo Święte tuż po tym jak zmarłam mama. Miałam wtedy 6 lat, ale nikt mi nie kłamał że mama wyjechała w długą podróż, albo że zasnęła. Tato usiadł ze mną, wziął mnie na kolana i przeczytał Ewangelię wg Świętego Mateusza, opowiadającą o śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Powiedział mi, mama zmarła tak jak nasz Pan, ale wróci w Dniu Zmartwychwstania, podobnie jak on wrócił. Mniej więcej do 12 roku życia codziennie modliłam się o to by Dzień Zmartwychwstania nadszedł szybko, nie mając kompletnie pojęcia, że mowa tu o Apokalipsie i zupełnym unicestwieniu ludzkości, ja chciałam tylko zobaczyć mamę. Zła na Pana Boga, że ciągle nie spełnia mojej prośby, poskarżyłam się na lekcji religii siostrze Franciszce. Ta dopiero uświadomiła mi, że proszę Pana Boga o coś, co nie jest na rękę całej reszcie świata. No i tak zawiesiłam spotkanie z mamą, dopóki reszta świata nie będzie gotowa na Apokalipsę… W każdym razie wyjęte Pismo Święte znaczyło, iż tato również przygotowuje się na coś, co w zupełności mi się nie podobało.

Zabrałam z nocnego stolika zimną już herbatę i wyszłam cicho z pokoju tak jakby spał w nim chory. Ominęłam na schodach skrzypiący przedostatni stopień, wstawiłam herbatę do zlewu i usiadłam przed oknem w kuchni. Przede mną jak okiem sięgnąć rozciągały się pola i lasy. Krajobraz jeszcze surowy, ale była dopiero wczesna wiosna, niebawem wszystko nabierze soczystej zieleni, a wiatr zakołysze żółtymi kłosami zbóż. Mężczyźni wsiądą na traktory, kobiety pójdą w ogród, a do naszego domu zaczną zjeżdżać goście. Ja jednak czułam, że nie mam swojego miejsca. Nigdy bym sobie nie wybaczyła gdybym zostawiła tatę w takim stanie i pozostała na swoich studiach. Właściwie, czułam się tu o wiele lepiej niż w Warszawie. W domu gdzie znałam każdy kont, a nie w ciasnym jednoosobowym pokoju na stancji. Jednak wciąż, coś co miało być dla mnie ścieżką życia, nagle się zamknęło ukazując przede mną wielki, czerwony zakaz wjazdu. Nie pasowałam ani, tu ani nigdzie. Nie dlatego, że nie miałam mamy czy że wyjechałam na studia, nie pasowałam z powodu mojej rodziny. Kobiety u nas zawsze były… Inne. Babcia mówiła, że dar który posiada ona, posiadała mama i który również spadł na mnie jest „niezwykły”, tata mówił „niezrozumiały”, Adam twierdził że „dziwny”, ludzie w wiosce mówili „przekleństwo”, a nasz stary proboszcz mruczał coś o „nasieniu Szatana”. Ja wolałam nie określać go żadnym przymiotnikiem, bo miałam co do tego wszystkiego mieszane uczucia.

Jako dziecko oddałabym wszystko za bycie normalną, bo wioskowe dzieciaki unikały mnie jak ognia. Ja tego nie widziałam, ale na całe kilometry można było wyczuć, że coś jest ze mną nie tak. Teraz wiem, że gdyby jakiś człowiek z zewnątrz zapytał się, czemu nikt nie koleguje się z tą małą Lidką, żaden dzieciak nie potrafiłby mu odpowiedzieć, ale każdy by wiedział, że tak trzeba. Moją inność można było wyczuć, a czasami gdy byłam młodsza, dostarczałam dzieciakom w szkole dowody potwierdzające ich opór przede mną i skazujące mnie na izolację. Wiedziałam rzeczy o których inne osoby nie miały pojęcia, dotykając przedmiotów znałam ich historię; dotykając ludzi czy zwierząt widziałam ich choroby, troski,niekiedy nawet znałam ich myśli, a gdy bardzo się skupiłam widziałam jak jasna jest ich dusza. Jednak z takim darem w wiosce takiej jak Marysin człowiek nie zdobędzie popularności. Być może właśnie dlatego, babcia jeszcze za czasów PRL-u wyemigrowała do Waszyngtonu, gdzie nikt jej nie znał i nikt nie robił znaku krzyża jak tylko jakaś dobrze ukryta, osobista informacja wyszła na światło dzienne.

Nie mogąc rozmawiać z ludźmi, zaczęłam zbliżać się coraz bardziej do świata zwierząt. W odkryciu mojego powołania pomógł mi nasz sąsiad, Pan Staszek. kiedy przyszedł pod naszą bramę z jednym ze swoich koni. Lubiłam pana Staszka, bo wiedziałam że ma dobrą i świetlistą duszę. Widziałam to w jego oczach jak promienieje, za każdym razem gdy w nie patrzyłam.

Na naszej ulicy mieszkało sporo ciekawych i dobrych ludzi, ale nie brakowało też wariatów. Najbardziej znana była pani Wiesia, której co raz to odbijała szajba – jak to mawiał tato, i która raz na jakiś czas wieszała w oknach kartki na których obrażała wszystkich sąsiadów, o to że ją podglądają. Idąc do szkoły zawsze zwalniałam przed jej domem by poczytać sobie te wszystkie „kurwy”, gdyż tego słowa pani Wiesia używała jako przecinka. Tato nie pozwalał mi tego czytać i surowo zakazywał zaczepiać panią Wiesię. Na szczęście ona w końcu znacznie ułatwiła sprawę czytania kartek wszystkim zainteresowanym, gdyż swoje żale w końcu zaczęła wypisywać farbą na ulicy. Gdy pewnego razy spojrzałam w oczy pani Wiesi, wiedziałam że ta kobieta jest perfekcyjnie zdrowa na umyśle. Co więcej, jest sprytniejsza niż większość z nas, gdyż jej okresowe pobyty na oddziale zamkniętym, skutkowały również rentą, z której mogła się utrzymać. Od tego czasu mówiłam jej „Dzień dobry”, a ona odpowiadała mi z uśmiechem, wiedząc, że ja wiem. Pan Staszek mieszkał blisko Pani Wiesi i również nie okazywał strachu na jej widok. Czasami nawet naprawiał jej popsute sprzęty, albo pożyczał białą farbę. Pan Staszek był przystojnym mężczyzną, wtedy nie zwracałam na takie szczegóły uwagi, teraz jednak mogę to powiedzieć bez ceregieli. Miał niesamowitą ułańską urodę, ciemne włosy i krzaczaste wąsy. Jego postura sprawiała wrażenie jakby nie było tam grama tłuszczu, a jedynie same sploty mięśni i żył. Pracował ciężko i wytrwale jak mój tata, doglądając pola i swoich ukochanych koni. Niestety, ożenił się z największą zołzą jaką dane mi było kiedykolwiek spotkać, przez co blask w jego oczach powoli przygasał. Pani Ela nienawidziła zapachu koni, kurzu, gorąca, much i czego tylko się dało, a co łączyło się z wsią i tym samym z jej mężem. Uważała, że marnuje się na tym zadupiu, dlatego też cały swój żal wylewała na Staszka. A ten pracował jak mógł, by utrzymać ją i córeczkę na takim poziomie jaki wymarzyła sobie pani Ela. Nie było to łatwe. W naszej wsi, aby mieć ciepłą wodę trzeba było palić w piecu, albo grzać na gazie. Tylko Sołtysowa miała w domu zmywarkę, a telefon komórkowy był rarytasem, który widziało się na filmach. Za to, to wszystko było w ich domu. Niestety żadna zmywarka, nowa pralka ani fikuśnie wyglądające odświeżacze, nie sprawią że zapach wsi szybko odejdzie, a mąż wracający po całym dniu bycia w polu, będzie pachniał sianem i jaśminem. Zanim jeszcze wyjechałam na studia, pan Staszek podobnie jak stara pralka czy lodówka, został wymieniony na lepszy model. Elcia zabrała małą i wyprowadziła się z chałupy do domu wziętego lekarza z Lublina. Brak małej ostatecznie załamał ułana, który całe swoje serce w końcu oddał pracy.

Gdy jednak pojawił się pod naszą bramą z Jantarem trzymanym za uzdę, tkwił w swoim nieszczęśliwym małżeństwie. Jantar był bardzo ładnym koniem, na którego lubiłam patrzeć. Młody i wysoki, prezentował się dostojnie. Teraz jednak miał opuszczony łeb i chwiał się lekko na swoich długich nogach. Pan Staszek niby od niechcenia rozmawiał z moim tatą o koniu, jednocześnie ciekawie zerkając na podwórko. Podeszłam do nich, bo rzadko kiedy przepuściłam by pogłaskać Jantara po pysku.

– Coś mnie choruje… – powiedział pan Staszek patrząc mi prosto w oczy i nie odpowiadając na pytanie taty o zborze – Może byś Lidka zobaczyła co mu jest…?

Pan Staszek nieprzypadkowo pojawił się z koniem pod naszą bramą.

Wzruszyłam ramionami, jakby na znak, że skąd ja mam wiedzieć co dolega konikowi, ale podeszłam do zwierzęcia głaszcząc go delikatnie po grzbiecie. Jego chorobę wyczułam momentalnie. Jak nierówność na gładkiej powierzchni, czułam ją pod palcami. Przeczesałam dłońmi w dół aż do końskiego zadu, teraz już nie głaszcząc, a starając się wyczuć ognisko choroby. Było w okolicy krzyża. Nie wiedziałam co właściwie robię, jakby coś samo kierowało moimi dłońmi. Czułam jednak jak choroba konia zbliża się do moich palców. Szybko skierowałam dłoń na koński ogon, czarna kula, która pulsowała tuż pod skórą Jantara, podążyła za mną i wniknęła w kilka pasm jego włosów. Koń zarżał i przestąpił z nogi na nogę. Ja kierując się nadal swoim instynktem, wzięłam z ręki taty sekator i obcięłam kilka włosów z ogona.

– Spali pan to – powiedziałam wręczając panu Staszkowi końskie włosie – i zad trzeba nasmarować maścią kamforową i przykryć derką.

Pan Staszek odetchnął z ulgą. Jantar podniósł wyżej łeb i powąchał mnie między prawym uchem a obojczykiem. Czułam jego ciepły oddech na karku i wiedziałam że zaznał ulgi.

Ojciec nic na to nie powiedział, choć wiedział co się stało. Pan Staszek również zachował komentarz dla siebie. Ale jak to na wsi bywa, nie wiadomo skąd ludzie i tak się dowiedzieli co się stało. Szybko się więc rozniosło, że jak weterynarz nie pomoże, to trzeba przyjść do mnie. Z kanką mleka, słoikiem jagód, białym serem zawiniętym w pieluchę, z pustymi rękami, wszystko jedno. Jak długo miałam kontakt ze zwierzętami, nie czułam się taka samotna.

Naturalne było dla mnie, że przy wyborze kierunku studiów, od razu powiedziałam weterynaria. Miałam również nadzieję, że mój wyrok skazujący na samotność, zakończy się wśród ludzi z miasta. Ale choć populacja Warszawy wielokrotnie przekraczała liczbę osób żyjących w Marysinie, nigdy jeszcze nie spotkałam na swojej drodze tylu samotnych ludzi, żyjących tak blisko siebie.

U nas wszyscy się znali, każdy wiedział kto z kim i gdzie, ja jak nie wiedział to się dowiedział, a jak się nie dowiedział, to się domyślił. Tam, sąsiad nie znał sąsiada. Była pani z pieskiem spod dziewiątki, lub hałaśliwy metalowiec spod trójki. Ten co z trzaskiem zamyka drzwi i ta co wychodzi w obcasach o 7 nad ranem. Tylko blokowe pijaczki były wszędzie takie same. Ludzie mieli jednocześnie za dużo i za mało, za dużo ubrań, za mało pomysłów w co się ubrać, za dużo znajomych, za mało ludzi z kim mogli porozmawiać, za dużo jedzenia, za mało towarzystwa z którymi mogliby dzielić się posiłkiem. Również mój ukochany Adam miał w sobie za dużo miłości i za mało rozumu by tą miłością obdarować tylko jedną kobietę. Czy wiedziałam, że coś jest nie tak? Czy nie denerwowały mnie odwoływane nagle spotkania i chwilowy brak kontaktu nawet przez kilka dni, no jasne! Ale byłam tak spragniona uwagi innej osoby, że zawsze znalazłam wymówkę dla jego dziwnego zachowania. Przecież to mężczyzna, musi pobyć trochę sam, jest zmęczony, ma tylu znajomych… myślę, że trwałabym w tym „związku” jeszcze długo gdyby nie telefon od starej Paciorkowej. Paciorkowa była naszą sąsiadką z naprzeciwka, a jej pole graniczyło z naszym. Tato obrabiał jej ziemię i kosił łąki. Paciorkowa była zrzędliwa, ale uczciwa. To ona powiedziała mi gdy wyjeżdżałam na studia, „Ty się tam Lidka biedy napytasz”. Nie większej niż tu, myślałam wsiadając do busa. Kilka lat temu do starej Paciorkowej przyjechała córka z mężem i dziećmi, z samego Rzeszowa! Po podwórku biegały ślicznie ubrane dziewczynki o jasnych jak len włosach. Zaglądałam wtedy ciekawie przez płot, bo bardzo intrygowała mnie ich guma do zabawy, o pięknym pomarańczowym kolorze. Inne dzieci z naszej wsi, stroniły ode mnie, bo każdy z dorosłych wiedział, że nasza rodzina nie jest do końca normalna. Z tego co mi tata mówił, mama bardzo pomagała ludziom w ich chorobach, troskach i zmartwieniach, ale każdy wiedział że jest inna. Szanowana i lubiana, jednak nie zapraszana na spotkania czy zabawy była odludkiem. Podobniej jak jej rude włosy i wystający palec u stopy, przejęłam niechęć sąsiadów i ich dzieci.

Byłam wtedy w takim wieku że wszystko oddałabym byleby tylko nie gadać sama do siebie przed lustrem, udając że mam koleżankę z którą się świetnie rozumiem. W każdym razie dzieci z Rzeszowa w końcu zauważyły moje starczenie pod płotem. Starsza potraktowała mnie jak powietrze, ale młodsza dziewczynka, która chyba była w moim wieku zaprosiła mnie do wspólnej zabawy.

Zaczepiłyśmy gumę o ławkę Paciorkowskiej i Klaudia pokazała mi jak się gra w gwiazdę. To była wspaniała zabawa i mogłam tak spędzić cały dzień. Szybko stałyśmy się z Klaudią nierozłączne i nawet karcące spojrzenia jej babci nie były w stanie zepsuć naszej przyjaźni. Całe dnie spędzałyśmy na wałęsaniu się po wsi i ganianiu po polach. Klaudia pokazała mi wszystkie swoje kolorowe karteczki, które zbierała do segregatora, a ja nauczyłam ją gwizdać na palcach. Sonia, jej siostra – której imię intrygowało mnie i odpychało zarazem, traktowała mnie jak wstrętną muchę, która się uczepiła ich podwórka. Na szczęście interesowali ją tylko chłopcy z naszej wsi, który z koszulą zarzuconą na ramię patrzyli na nią wygłodniałym wzrokiem, siedząc na traktorach swoich ojców.

Sądziłam że nic nie będzie w stanie zepsuć naszej przyjaźni, aż pewnego dnia zaprosiłam Klaudię do siebie, chcąc pokazać jej w co ja lubię się bawić. I tak, stanęłam na kupce popiołu i zaczęłam śpiewać udając że jestem w programie „Od przedszkola do Opola” – wtedy bardzo popularny. Klaudia szybko podłapała zabawę i zaczęła oceniać mój talent, potem następowała zmiana. Niestety, Klaudia nie wytrzymała do końca mojej oceny i zaczęła się skarżyć na ból w nodze. Gdy zaprowadziłam ją do Paciorkowskiej, ta zobaczyła wbity w jej stopę gwóźdź. Klaudia rozwyła się na cały Marysin, a jej matka i babka spojrzały na mnie jakbym zrobiła to specjalnie. Nowe i delikatne buciki z miasta, nie nadawały się na naszą wieś, ale skąd ja to miałam wiedzieć. Chciałam pomóc, mogłam przecież zrobić opatrunek, ale gdy tylko o tym wspomniałam obie panie spiorunowały mnie spojrzeniem. Wtedy już wiedziałam, że tylko czekały na taką okazję, by oddzielić ode mnie Klaudię. Nie było innego wyjścia jak tylko położyć uszy po sobie i chyłkiem wyjść z chałupy. Klaudia już więcej się do mnie nie odezwała.

Kiedy rozmawiałam przez telefon z Paciorkową, nie zastanawiałam się czy pamięta tą sytuację, gdyż informacje od niej, były wtedy znacznie ważniejsze. Tato nigdy w życiu by nie zadzwonił, a ja pewnie do końca semestru nie miałabym pojęcia, że jego stan jest taki poważny. To Paciorkowa postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i powiedzieć mi że ojciec nie tylko odmówił obrabiania jej pola w tym roku, ale również poszedł do lekarza. Nie obrobienie pola bym jakoś zrozumiałą, ojciec ma dwanaście koni w tym trzy źrebaki, oraz prowadził mały hotelik przy naszym gospodarstwie dla miastuchów, ale pójście do lekarza to co innego. Z tego co wiem, ojciec ostatni raz był w szpitalu, wtedy gdy ja się urodziłam. Przychodził codziennie, aby mnie zobaczyć. Do mamy nie zdążył pójść, prosto z wypadku trafiła do kostnicy.

Tato był zły kiedy dowiedział się, że rzuciłam studia i wróciłam z jego powodu, ale znał mnie też na tyle dobrze iż wiedział, że w niektórych sprawach nie ma co ze mną dyskutować. Nie czułam się nieszczęśliwa, ani uwiązana do domu. Przeciwnie, pomoc ojcu, który przez całe moje życie opiekował się mną, napawała mnie dumą i miłością jaką tylko dziecko może czuć do rodzica. Jednak wciąż, powrót do Marysina oznaczał dla mnie szukanie swojej drogi wśród ludzi, z którymi w myślach już dawno się pożegnałam i za którymi niespecjalnie tęskniłam.

Porozglądałam się po naszych skromnych zapasach poupychanych w szafki i postanowiłam przejść się do sklepu by kupić coś na obiad. Tato zawsze lubił pyzy ze skwarkami, jednak teraz mógł liczyć tylko na chudą zupę i gotowanego kurczaka. Zarzuciłam na siebie czarny elegancki płaszczyk, ale do tego dodałam zimowe trapery. Wyglądałam trochę jak dziwoląg, ale moje pantofelki na obcasie zupełnie nie nadawały się na podziurawioną mokrą drogę bez chodnika. W domu Paciorkowej poruszyły się firanki jak tylko wyszłam za furtkę, zdusiłam w sobie przemożną chęć by pomachać starej plotkarze, w końcu jestem jej coś winna. Minęłam dom Krawiczów, który stał pusty jeszcze zanim wyjechałam na studia. Krawiczowie mieli pięciu synów i córkę. W duchu jedności rodzinnej postanowili wybudować ogromny dom, który pomieściłby ich, ich dzieci i ewentualne wnuki. Do postawienia fundamentów było jeszcze całkiem dobrze, jednak im wyższe były ściany domu, tym więcej było napięć i stare przysłowie mówiące o tym, że z rodziną to najlepiej tylko na zdjęciu, całkowicie się sprawdziło. Teraz ogromny dom, który mógłby być hotelem należał tylko do starych Krawiczów, córki Marianny i dwóch synów. Reszta porozjeżdżała się w świat. Nieotynkowane domostwo o zabitych deskami okiennicach, choć majestatyczne, ziało pustką i zimnem. Z trojgiem dzieci nie było pieniędzy na dokończenie budowy, a trzeba było Mariannie szybko ślub urządzić, bo zaczynała dziwnie puchnąć. W końcu Krawiczowa przychodziła do domostwa tylko po to by zająć się małym ogródkiem, lub nazrywać koniczyny dla królików.

Dom Krawiczów nie jest jedynym, który stoi pusty. Jak jeszcze mieszkałam w Marysinie, to nie pamiętam dnia aby Łasiowa nie była albo w ciąży, albo nie trzymała przy piersi noworodka. Tak naprawdę nie wiem czy nawet najbliżsi sąsiedzi wiedzą ile dokładnie mieszkało tam dzieci… ja nie wiem. Za to wiem, to że wszyscy moi znajomi czy to starsi czy młodsi, zawsze chodzili do klasy z jakimś Łasiem. Pamiętam te dzieci jak bawiły się na podwórku, biegając między wielkimi kałużami, ubrane w znoszone szare ciuchy, ganiały za dętką od roweru. Bieda w domu aż piszczała, Łaś co zarobił to przepił, a ona nawet w ósmym miesiącu ciąży chodziła z papierosem w ustach. Żyli z zasiłku, darmowych obiadów w szkole i łaskawości sąsiadów i nikomu to nie przeszkadzało. Teraz ciotka powiedziała mi, że w domu została tylko Łasiowa z najmłodszą córką Hanią. Stary jak raz gdzieś wyszedł to i nie wrócił, tylko widokówki wysyłał znad morza Bałtyckiego, a dzieci rozjechały się po świecie.

Nawet jak minęłam dom pani Wiesi, w oknie były tylko dwie kartki obrażające sąsiadów. Stare powoli zastępowało nowe. Pan Zalewski otworzył drugi sklepik spożywczy, przez wieś przetoczył się skandal, kiedy się rozniosło że żonie Marciniaka, listonosz dostarcza coś więcej niż tylko pocztę, a rodzina Wróblewskich miała przyspieszony ślub bo Basia i Bartosz pospieszyli się z nocą poślubną. Mieliśmy nawet jedno porwanie przez kosmitów, kiedy syn Włodarczyka zaginął i odnalazł się po dwóch dniach twierdząc, że został uprowadzony przez obcych. W końcu jednak trzeba było przyznać rację Wieśkowi Włodarczykowi, bo do wsi zawitali obcy. Nie z Marsa, a z Warszawy, Torunia, czy Lublina. Pierwszym z nich był Witold Górecki, który widział w naszym Marysinie prawdziwą kopalnię złota i kupił od syna Kowalika jego ojcowiznę. Marcin Kowalik, po śmierci ojca, przeprowadził się z żoną do Radzynia Podlaskiego, by tam pracować w firmie remontowej, jednak wcześniej mieszkał z ojcem w prawdziwym dworze. Jakim cudem taka chałupa, którą we wsi zaczepnie nazywano „chacjendą” wpadła w ich ręce, tego nikt nie wie. Kowalikowie za to używali tylko części pomieszczeń, bo mniej opału szło na nagrzanie połówki niż całości. W drugiej, nieużywanej części domu, okna były zabite deskami, ze ścian odłupywał się tynk, a bluszcz właził przez każdą szparę. Górecki, odnowił pokaźną chałupę, robiąc z niej prawdziwy dworek. Prowadził tam długi podjazd zakończony małym rondem, jak w amerykańskich filmach i szerokie drewniane schody o poręczach fikuśnie rzeźbionych i zakończonych końskimi głowami. Przez masywne dębowe drzwi wchodziło się do holu, całego w drewnie, gdzie na ścianach porozwieszane były skóry różnych zwierząt i obrazy przedstawiające konie i polowania. Na piętrze były malutkie pokoiki dla par, lub duże ośmioosobowe dla całych grup, gdyż Górecki za swoją ofertę numer jeden miał szkółkę jazdy konnej. Co najlepsze konia na podwórzu nie było tam żadnego, bo wszystkie Górecki pożyczał od nas. Mój tato prowadzi stadninę, gdzie uczy jazdy konnej oraz hotelik dla prywatnych koni osób z miasta. Ale nasz dom jest w stanie pomieścić maksymalnie 8 osób, a duże grupy kolonijne to naprawdę niezły zarobek.

Sam Górecki ni w ząb nie zna się na koniach, za to wie jak prowadzić interes, i kilka osób znalazło zatrudnienie. Drugi syn Włodarczyka, którego kosmici oszczędzili, zajmował się obejściem, a Stankiewiczowa prowadziła kuchnię jak dzieciaki zjeżdżały się na kolonie. Mój tato prowadził jazdy konne i organizował wycieczki w teren.

Jak dla mnie Górecki był chamem i moczymordą, który starał się wszędzie zwęszyć interes, jeżeli jacyś ludzie go obchodzili to tylko Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło a najlepiej Zygmunt Stary, obecni na jego cennych pieniądzach. Na szczęście wszystko traktował jak inwestycję, dlatego też i nasze koniki miały u niego dobrze. Odżywione, czyste i zdrowe, mimo iż sam o nich nie ma pojęcia przychodzi do nas do stajni codziennie, aby zobaczyć jak się ma jego największy biznes. Warunki u Góreckiego, to było za mało dla ludzi z miasta. Sama sypialnia bez łazienki w pokoju, bez klimatyzacji, bez sauny i bez śniadania do łóżka (!), była popularna wśród grup kolonijnych, ale nie wśród gość ze stolicy. Im marzyło się wiejskie śniadanie przygotowane przez czystą rumianą gospodynię, rozświetlony wiosennym słońcem salon z koronkowymi firaneczkami i kuchnią pełną ziół, gdzie pachniało świeżym chlebem. Gdzie po podwórku boso hasałyby dzieci w wiankach na głowie… A to wszystko i jeszcze więcej, było u pani Ani Lichoty. Kolejna przyjezdna, tym razem z Lublina. Pani Ania swoje korzenie miała w naszej wsi. Jej babcia mieszkała kiedyś w Marysinie, wszyscy nazywali ją Wielką Stachą, bo była jedną z najwyższych kobiet. Wszystkie dzieciaki ze wsi chodziły do niej na gruszki. Rosły one na drzewie tak starym i wysokim jak jego właścicielka, i były najsłodsze. Pani Ania była mądrą i zaradną kobietą, już od dziecka odznaczająca się pewnego rodzaju sprytem. Jednak wychowanie w rodzinie rządzonej przez silną rękę ojca, zdusiło w niej ambicje. Wyszła za mąż za Witolda Pawlika, kierowcy trolejbusu numer 151, który jak podjął swoją pierwszą pracę w lubelskim MPK dwadzieścia lat temu, tak tam też i został. Wtedy pani Ani wydawało się to rozsądne, stała praca, stateczny mąż… jednak okazjonalne spotkania z przyjaciółkami, słuchanie ich narzekań na mężów, biedę, rozwydrzone dzieci, uświadomiły jej, że chce czegoś więcej niż być gospodynią domową robiącą mężowi kanapki z salcesonem do pracy. Powoli odzyskiwała dawne ambicje, zaś Witold, uważający żonę za ósmy cud świata, dał się wcisnąć pod jej pantofel rozmiar 37. Gdy zmarła Wielka Stacha, swoją ziemię pozostawiła pani Ani. Ta nie zastanawiała się długo. Kazała mężowi sprzedać mieszkanie, zrezygnować z pracy i wyprowadzić się na wieś! Tam wyremontowała dom babki powiększając go o kolejne dwa piętra. Pani Ania dobrze wiedziała czego chcą miastowi. Byłam raz w tym domu jak zachorował pies jednej z przyjezdnych. Podobno była ona matką jakiegoś polityka z Warszawy i pani Ania szalała ze strachu byle tylko psina nie zdechła pod jej dachem. Dom i ogród wyglądały jak z katalogu Ikei. Było tam wszystko, ale jak dla mnie wszystko było bublem na kółkach. Pokoiki były urządzone w kolorze pospolitych polnych kwiatów. Był biały pokój z żółtymi firankami, jasną pościelą i wiklinowymi meblami – rumianek. Niebieski pokój z niebieskimi ścianami, niebiesko– zielonymi firankami i czarnymi meblami to chaber… i tak dalej, mleczyk, dzika róża czy bez – wszystko wyglądało podobnie. Jednak warunki o niebo lepsze niż u Góreckiego. Do tego trzeba dodać łazienkę w każdym pokoju, oraz śniadania, obiady i kolację przyrządzane przez gospodynię i otrzymujemy 250 zł za osobę za noc i całkiem spory ruch. Pani z pieskiem mieszkała „w maku”. Krwiście czerwonym pokoju, z czerwono– czarnymi firankami z których zwisały małe plastikowe kryształki. Na środku stało wielkie łóżko, które tak naprawdę było połączeniem dwóch materaców jednoosobowych. Na ścianach były plastikowe obrazy, wyglądające jak kupione w sklepie „wszystko od 4 zł”. W każdym razie pieskowi nic nie było, nażarł się kości z kurczaka, co przy jego diecie opartej tylko na sztucznych karmach, skutkowało ostrą biegunką. Jednodniowa głodówka, powrót do poprzedniej diety i lepsze pilnowanie zwierzęcia, załatwiły sprawę.

To wszystko przewinęło mi się przez głowę kiedy to szłam do sklepu po makaron na rosół. Matka pewnie się w grobie przewraca, że sama makaronu nie potrafię zagnieść, ja jednak nie miałam dziś weny na siedzenie w kuchni. Pierwszych goście spodziewaliśmy się dopiero za miesiąc na święta Wielkanocne.

Moje przybycie obwieścił dzwonek u drzwi. Jeżeli wchodząc do sklepu na wsi, liczysz na to, że będzie tam tylko sprzedawca, jesteś naiwny. Nawet jeżeli idziesz ulicą, a na niej nie ma żywej duszy i myślisz, że nikt cię nie widzi, to jesteś bardzo naiwny.

Odkąd Kozłowska zatrudniła w swoim zakładzie fryzjerskim kuzynkę, miała więcej czasu na sąsiadów i plotki. Dlatego nie zdziwiłam się, że zamiast siedzieć naprzeciwko w zakładzie fryzjerskim, teraz stała oparta o ladę w sklepie. Zakład fryzjerski, też mi coś. Gdyby w Warszawie Kozłowska otworzyła tę szmirę co tu, konkurencja by ją zjadła. U fryzjera tak naprawdę nie płaci się pieniędzmi tylko plotkami, raz w życiu poszłam do niej by ułożyła mi włosy, i najpierw zostałam przepytana lepiej niż zrobiło by to NKWD, a wychodząc na głowie miałam coś co przypominało dorodną chałkę z kruszonką. Nie poszłabym do niej choćbym miała podcinać grzywkę brzytwą dziadka. Kozłowska teraz we wszystkim wysługiwała się Olą swoją kuzynką, którą biedni rodzice wypchnęli do studium fryzjerskiego. Dziewczyna miała więcej talentu, niż jej rodzina myślała, nie tylko do układania fryzur, ale w ogóle do nauki. Raz w wakacje ją spotkałam gdy głaskała nasze konie przez ogrodzenie. Od razu wiedziałam, że ta dziewczyna mogłaby być kimkolwiek jej się zamarzy, a najlepiej sprawdziłaby się w roli lekarza, ale zahukana przez cioteczkę, przestraszona przez rodziców, na dzień dzisiejszy za szczyt swoich możliwości widziała ukończenie szkoły fryzjerskiej.

Obok Kozłowskiej za ladą stała Pawłowska – właścicielka sklepu. Panie jak tylko mnie zobaczyły, przybrały wyraz twarzy jaki tylko może zagościć u drapieżnika, który zwęszył świeżą krew.

– Lidzia! – krzyknęła Kozłowska na mój widok jakbym była zaginioną krewną, która nareszcie odnalazła drogę do domu – A cosz Ty, w ciągu semestru przyjechała?

Czy wiedziały, że rzuciłam studia i wróciłam na stałe do domu? Oczywiście, że wiedziały. Nie trzeba było mieć mojego szóstego zmysłu, aby się tego domyśleć. Po swoje rzeczy pojechałam do Warszawy naszym starym Volkswagenem, który robił więcej szumu niż niejeden ciągnik, a potem przez pół dnia wnosiłam je do swojego pokoju. Mogłam im powiedzieć, że wróciłam wcześniej na święta Wielkanocne, mogłam powiedzieć, że wzięłam dziekankę na rok. Właściwie to mogłam im wcisnąć wszystko, one raczej nie miały pojęcia na temat studiowania.

Jednak już dawno się nauczyłam, że w Marysinie nie ma co oszukiwać. Wszystko i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw, a sąsiedzi nie dadzą ci łatwo o tym zapomnieć. Jednak był na te baby dobry sposób. Jak małe dzieci pytają, skąd się biorą, należy mówić krótko i zwięźle, bez wdawania się w szczegóły np. mamusia i tatuś się bardzo przytulali i stąd wziąłeś się ty na świecie. To samo trzeba robić z plotkarkami.

– Dzień dobry – kultura wobec takich to podstawa – Zakończyłam studia i wróciłam na stałe do domu. Ma pani makaron Pani Pawłowska?

– Och tato choruje? – przy tym zdaniu obie zrobiły miny wyrażające oczekiwanie w napięciu. Mój ojciec umiał zadbać o swoją prywatność.

– Był u lekarza – powiedziałam zgodnie z prawdą – Może być „As babuni”, nitki.

Obie panie zrobiły smutne minki wywijając pomalowane szminką usta w dziubki. Tak nieszczerze jak to tylko możliwe.

– No nie tylko ty się tu do nas sprowadziłaś – rzekła Kozłowska wracając na utarte tory – Właśnie mówiłam Gosi co to za nowy człek się wprowadził do chałupy po Mazurach. Dziad jakiś.

– Ktoś tam mieszka? – zapytałam szczerze zdziwiona. Mazurowie byli pierwszymi ofiarami migracji zagranicznej. Na początku tak jak wszyscy, z dwojgiem synów obrabiali ziemie i ciułali tyle ile tylko mogli od świtu do nocy. Jednak gdy Witek i Marcin podrośli, mieli takiego życia po wyżej uszu i wyjechali za Ren. Tam dorobili się na budowlankach i zabrali starych rodziców do siebie, bo do Marysina żadne z nich nie chciał wracać. Staremu Mazurkowi żal było zostawiać ojcowiznę, jednak po dwóch wylewach nie był w stanie nawet dobrze podnieść kosy, bo ręka odmawiała mu posłuszeństwa.

– A mieszka, mieszka – Kozłowska powiedziała to z takim ożywieniem, że od razu wiedziałam, iż panie spędziły już całkiem sporo czasu na oplotkowanie nowego – Nowy, ale nie wiadomo skąd to go przywiało, Sołtys do niego w odwiedki poszedł, to ryknął na niego, że mu na jego posesję wchodzi! Też mi posesja, w płocie dziura na dziurze, ale ten dziad tam mieszka!

Kimkolwiek nowy by nie był, życia łatwego mieć nie będzie. To było jasne, że ktokolwiek pojawił się we wsi, czy turysta czy tak jak Górecki – szukający zarobku miastuch, od razu stawał się przedmiotem obgadywań przez miejscowych, ale jak tylko się go dobrze poznało i baby wiedziały o nim wszystko od dziada pradziada, to już był swój człowiek. Nie jest dobrze, jeżeli to co mówi Kozłowska jest prawdą, aby zawierać znajomości z miejscowymi od razu pałając do nich wrogością, zwłaszcza jeżeli mieszka się w takiej chałupie jak ta po Mazurkach. O ile dobrze pamiętam, mały domek otaczała cała sterta niepotrzebnego żelastwa, a dziury widniały nie tylko w płocie, ale i w dachu oraz oknach. Może i byliśmy zaściankiem, dla którego nowy świat zaczynał się na granicy wsi, gdzie droga do Marysina łączyła się z tą szybkiego ruchu do Lublina, a wieczorną rozrywką była adoracja Najświętszego Sakrament, ale nowy będzie potrzebował sporo pomocy w łataniu dachu czy wywózce śmieci, a z takim podejściem będzie musiał radzić sobie sam.

– Jego sprawa – mruknęłam, używając świętego w naszej wsi zwrotu, kończącego rozmowę.

– Ano – dodała Pawłowska – To jaki ten makaron miał być?

– Nitki.

Ani Pawłowska ani Kozłowska, nie starały się już więcej mnie o nic wypytywać. Obie dobrze wiedziały, że zostaję w Marysinie i jeszcze będzie czas aby dobrze mnie przyszpilić i dowiedzieć się czegoś o moim życiu w Warszawie. Poza tym uratowała mnie pewna pani, która w trakcie naszej rozmowy weszła do sklepu. To kim jest i jak się nazywa wiedziałam już od pół roku, chociaż właśnie zobaczyłam ją po raz pierwszy na własne oczy. Kiedy tato zadzwonił do mnie, aby sprawdzić co u mnie słychać i przy okazji opowiedział o kolejnej przyjezdnej, która w naszym Marysinie postanowiła zamieszkać. Tato nie lubił plotek i generalnie się nimi nie zajmował, dlatego też stwierdziłam, że nowa musi być bardzo osobliwą personą skoro nawet on o niej mówił. Określił ją jako: dziwoląga co cały czas siedzi i który mówi, że nasza Mećka może być wcieleniem innego człowieka. Tato wtedy stwierdził, że to wyjaśnia dlaczego ostatnio obsrała mu but. Po tym co opowiadał nowa, która przedstawiała się jako Sofia, chociaż było jej po prostu Zośka, była bogatą panią po 50-ce, z Warszawy i wyznawczynią filozofii wschodu. Jej siedzenie, jak to określił tatko, to była po prostu medytacja przed posążkiem Buddy, ale to nie jedyne z jej osobliwych zachować. Sofia nie chciała remontować kolejnego starego domu, jakich coraz więcej było w Marysinie. Jej dom miał być świątynią harmonii, urządzony zgodnie z zasadami Feng Shui. Kasy jej nie brakowało, więc bardzo szybko nowa willa, którą Janek Włodarczyk skwitował krótko „ja pierdole”, stanęła na krańcu wsi. Janek za bardzo nie pomylił się ze swoim osądem, bo ludzie gadali, że w salonie to nawet było małe źródełko z płynącą krystalicznie czystą wodą. Sofia dołożyła wszelkich starań i sprowadziła z Warszawy najlepszych projektantów wnętrz, by jej świątynia w końcu stanęła i aby tam nareszcie doznała spokoju, jakiego brakowało jej w warszawskim zgiełku. Gdy więc weszła do sklepu szeleszcząc szalami i podzwaniając bransoletami, z długimi szpakowatymi włosami upiętymi w wytworny kok z kwiatem lotosu, Pawłowska i Kowalska zapomniały o moim istnieniu. Uśmiechnęłam się serdecznie do Sofii, a ta odwzajemniła uśmiech i momentalnie doznałam tego niezwykłego uczucia, które czasami się pojawia gdy spotykam innych ludzi. Poczułam w swoim sercu ogromną pustkę i samotność. Doskonale znałam te uczucia na własnej skórze, ale wiedziałam, że tak silne emocje, nie pochodzą ode mnie ale od Sofii. I od razu zyskałam pewność, choć nie wiedziałam skąd, że jej filozofia i chęć zaznania spokoju, to nie ucieczka od warszawskiego zgiełku, ale próba zagłuszenia tej ogromnej pustki w sercu, którą miała odkąd jej syn przedawkował.

Pospiesznie wyszłam ze sklepu. Czy chciałam wiedzieć o ludziach takie rzeczy? Oczywiście że nie, czy miałam nad tym kontrolę? Niestety też nie.

Obiad składający się z niedoprawionego rosołu, przebiegł nam z tatą w milczeniu. Dobrze wiedziałam, że nadal się na mnie boczy, za te studia a niedogotowana kura raczej nie pomaga w zmianie zdania.

– Widziałam, że dziś masz umówioną jazdę konną… – zaczęłam nieśmiało – Może to ja bym poprowadziła lekcję, a ty zajmiesz się obejściem? – Nie mogłam powiedzieć „a ty odpoczniesz”, chociaż tak naprawdę to właśnie odpoczynku, tata wymagał najbardziej. Wiedziałam jednak, że to słowo podziała na niego jak płachta na byka. Chłopi na wsi nie odpoczywali, bo nie było kiedy, zawsze było coś do zrobienia.

Ojciec przez chwilę milczał, żując kawałek gotowanego kurczaka.

– Dobra, ale tylko dlatego że zapisała się ta warszawianka – mruknął po chwili.

– Sofii? – zapytałam zaskoczona. Będzie mi dane ją spotkać ponownie szybciej niż sądziłam.

– Ta… Nie zdziw się jak najpierw odbędzie sobie półgodzinną rozmowę z naszym koniem.

– Obiecuję że zapewnię im chwilę prywatności – zażartowałam.

Mieszkanie z ojcem było stosunkowo proste. Jeszcze przed moim wyjazdem na studia, wypracowaliśmy sobie pewne metody dogodnej współegzystuencji. Jednym słowem, nie wchodzenie sobie w paradę było nadrzędną zasadą. A kolejną minimum słów i maksimum treści. Co choć w moim przepełnionym słowami umyśle, zupełnie nie wchodziło w grę, tak na zewnątrz ograniczałam się do prostych zdań, co całkowicie satysfakcjonowało obie strony. Ojciec nie był typem plotkarza– śledczego, więc ominęła mnie ta przykra chwila, w której miałby mnie zapytać o to jak mi się wiodło w Warszawie. I odwrotnie, dobrze wiedział że i ja nie zapytam co lekarz mu powiedział i ile czasu mu jeszcze zostało. Wystarczyło że przeczytałam ulotki załączone do leków, aby wiedzieć, że w najbliższym czasie będzie mi przekazywał coraz więcej wiedzy o tym jak samodzielnie zarządzać naszym gospodarstwem.

 

Ojciec nie kłamał mówiąc, że Sofii lubi sobie pogadać z przybytkiem gospodarskim. Co więcej, odbyła rozmowę nie tylko z Lubczykiem na którym miała jeździć, ale w dodatku przywitała się z wszystkimi naszymi 10 końmi. Muszę przyznać, że aż mi się głupio zrobiło kiedy przypomniałam sobie, że ja ograniczyłam się tylko do poklepania Cygana po pysku kiedy tu przyjechałam. Sofii zakasała długie rękawy swojej motylowej bluzki i nie zważając na to że stoi po kostki w gnoju, poczęła szczotkować grzbiet Lubczyka z taką zapalczywością jakby prała jeden ze swoich delikatnych tureckich dywanów. Przez chwilę stałam i gapiłam się na nią, skonfundowana całą tą sceną. Miała na sobie piękne nowiutkie sztyblety z jasnej skóry (teraz czyste tylko od kostek w górę), do tego bryczesy w podobnym odcieniu świetnie opinające jej wysportowane uda (jak na 50 lat miała nogi jak marzenie!) i zwiewną jedwabną motylkową bluzkę kompletnie nie pasującą do jej stroju i naszej stajni.

– Chyba będzie pani łatwiej czyścić Lubczyka, jeżeli wyprowadzimy go ze stajni – powiedziałam kiedy w końcu wróciły mi funkcje poznawcze.

Słysząc jak jej nowiutkie buty mlaskają w naszym błocku, aż ciarki przechodziły mnie po plecach. Sama miałam na sobie strój do jazdy konnej, który pamiętał lepsze czasy i nosił znamiona sierści różnorakiej rasy koni.

– Czy muszę zakładać kask?

– Zdecydowanie – odparłam twardo. Ojciec już wcześniej mnie uprzedził, że Sofii lubi się o to wykłócać.

– Popsuje mi fryzurę – mruknęła niechętnie.

– Ale za to zachowa całą głowę.

Lubczyk był moim ulubieńcem jeżeli chodzi o niepewnych jeźdźców. Był spokojny i bardzo zrównoważony, również jak na konia niewiele mogło go przestraszyć. Wiedziałam, że w przypadku Sofii – która dopiero co przestała mieć lekcję na lonży – poradzi sobie znacznie lepiej niż człowiek którego aktualnie nosił. Także i teraz stał spokojnie, kiedy warszawianka zapinała popręg i powoli wdrapywała się na jego grzbiet.

Lekcja przebiegła całkiem spokojnie. Sofii miała idealną równowagę, więc kiedy kazałam jej wstać w strzemionach, nie miała z tym najmniejszego problemu. Ale nadal widziałam malujący się na jej twarzy strach, kiedy Lubczyk z wolnego stępu przeszedł w kłus. Nie była jeszcze gotowa na to by przechodzić do kolejnego etapu jazdy.

– Ludzie ciekawe rzeczy o tobie opowiadają – powiedziała bez zbędnego wstępu gdy ześlizgiwała się z końskiego grzbietu. Zarówno ja i ona dyszałyśmy ciężko. Plac do jazdy był spory, a patrząc na niepewną minę Sofii starałam się trzymać blisko niej, co wiązało się z bieganiem za koniem.

– Tak? Nie wiem, nie słucham plotek – bąknęłam.

– Myślę, że słyszysz więcej niż wydaje się na pierwszy rzut oka. – powiedziała i nie oczekując ode mnie odpowiedzi, zdjęła wielkie siodło z Lubczyka i zarzucając sobie je na ramię i poszła do siodlarni.

Kobiety z naszej wsi w jej wieku narzekają tylko na strzykanie w stawach i prześcigają się w coraz to nowych schorzeniach i specjalistach do których chodzą. A ona dźwiga ciężkie skórzane siodła i przy okazji mówi dokładnie to co myśli. Zrobiłam sobie wewnętrzną notatkę, aby być przy Sofii znacznie bardziej ostrożna.

Lubczyk z ulgą pozwolił mi zdjąć z pyska ogłowie, a zwłaszcza metalowe wędzidło które trzymał między zębami. Sofii pociągała za wodzę trochę zbyt entuzjastycznie, przez co koń wydawał mi się bardziej zmęczony i nerwowy niż zwykle. Z ochotą wbiegł do swojego boksu, a ja obiecałam mu słodkie jabłko w nagrodę. Gdy weszłam do siodlarni, Sofii już nie było. Siodło Lubczyka było idealnie zawieszone na kołku wbitym w ścianę. Po drugiej stronie powiesiłam ogłowie i wróciłam do stajni aby pozbierać szczotki. U nas wszystko miało swoje miejsce, a tato bardzo dbał aby nic nie było porozrzucane i w nieładzie. Każdy konik miał swoje siodło, swoje ogłowie i swój kuferek na szczotki. Tyle że stajnia była na tyle mała, że musieliśmy zrobić dobudówkę na te wszystkie sprzęty. Szczotki leżały w pomieszczeniu dla bryczek. Mieliśmy dwie, specjalnie dla gości z miasta, który woleli raczej oglądać konie z perspektywy ich zadków, siedząc wygodnie w wyścielanej aksamitem bryczce. Zobaczyłam ją jak leżała na podłodze, a wokół walały się pojedyncze kawałki słomy. Zimno. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to okropne zimno.

Naga o lekko rubensowskich kształtach, leżała na naszej betonowej popękanej podłodze między bryczkami. Jej brązowe oczy, zachodzące bielmem, wpatrywały się stale w szprychy kół. Włosy miała tak długie, że ich końcówki zaczepiły się o tylną oś wozu, tworząc wiszącą w powietrzu pajęczą, kasztanową siateczkę. Półotwarte usta wydawały się zdziwione, tym niezwykłym otoczeniem w którym się znalazła, zaś ciało zastygło w pozie podobnej do tych widzianych na barokowych obrazach. Wyrażało ruch i emocje, a jednocześnie było nieruchome i sztywne.

Martwa dziewczyna w naszej stajni.

 

Koniec

Komentarze

Talio.N, byłoby dobrze, gdybyś zwarte bloki tekstu podzieliła na mniejsze akapity, bo fragment, w obecnym kształcie, nie zachęca do lektury.

Przyjrzyj się także dialogom. Tu znajdziesz wskazówki, jak należy je zapisywać: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Dodam jeszcze, że liczebniki zapisujemy słownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fragmenty, a tym bardziej obszerne fragmenty i tym-tymbardziej nowych osób, nie znajdują wielu czytelników. Bo i ciężko powiedzieć coś więcej o czymś, co jest niekompletne ;-)

Przygodę z portalem najlepiej zaczyna się od krótkiego skończonego tekstu – opowiadania. Wtedy dużo lepiej się o tekście dyskutuje i dajesz się poznać czytelnikom.

Mile widziane jest też komentowanie tekstów innych użytkowników oraz odpowiadanie na komentarze.

Poniżej lista tego, co rzuciło mi się w oczy w pierwszym akapicie Wilczych Dołów:

 

powtórzone "był inny"; czy to celowy zabieg?

 

"słodko– gorzka", bez spacji po łączniku

 

powtórzone uśmiechnięcie

 

"do 4 roku" – czwartego trzeba zapisać słownie

 

Pozdrawiam!

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tytuł mnie przyciągnął, ale zobaczyłem w przedmowie, ze to fragment i się zdołowałem :( 

Nowa Fantastyka