- Opowiadanie: Konrad1399 - Opowieści z Wszechdrzewa - Święta Stolica

Opowieści z Wszechdrzewa - Święta Stolica

Dziękuję tym, którzy zechcieli tu zerknąć. Długo się zastanawiałem, czy jest sens to tutaj publikować, ale pomyślałem “a co mi tam?”.

Dla ułatwienia  ponumerowałem poszczególne części jeśli ktoś wolałby czytać po kawałku.

  

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowieści z Wszechdrzewa - Święta Stolica

Sam nie wiem, czy to miasto lubię czy raczej go nie znoszę. Idę właśnie prawym brzegiem głównej ulicy miasta Seras-hor, znanego także jako „Święta Stolica". Zostało wybudowane niespełna tysiąc lat temu na ogromnej wyspie z inicjatywy wiernych z całego świata, którzy to następnie się tu osiedlili. Wśród wiernych znalazło się także kilku arystokratów, więc nie zabrakło ani rąk do pracy, ani funduszy. Rezultat jaki osiągnęli przewyższał poziom ówczesnych czasów zarówno w kunszcie jak i w estetyce wykonania. Gdyby spytać kogoś z dowolnej części tego świata o najwspanialszy jego zakątek, to odpowiedź byłaby zawsze taka sama.

Seras-hor jest takim miastem – państwem, posiada własny rząd, własne oddziały i politykę, głównie zagraniczną. Już wyjaśniam dlaczego.

Otóż Święta stolica nigdy nie brała udziału w żadnej wojnie, gdyż za swój święty obowiązek uważa zaprowadzać pokój na świecie.

W tym celu jedyną rolą, jaką może odgrywać na wojnie to mediator. Już wielokrotnie sprawdziła się zresztą w tej roli dając koniec wielu sporom na przestrzeni kilkuset lat.

Mieszkańcom żyje się dostatnio, mogą co najwyżej narzekać na przyjezdnych i pielgrzymów wobec których nie mają zbyt dobrego zdania uważając ich za nieokrzesanych brutali lub nawet barbarzyńców. Będąc bowiem pokojowym miastem w Seras-hor dominowała sztuka, nauka, kultura i oczywiście religia.

Rozglądając się po okolicy nie sposób prędzej czy później nie dostrzec pomników przedstawiających groteskowo wyglądającą postać. Podszedłem do jednego z nich by się przyjrzeć. Tą postacią było dwunożne stworzenie o smokopodobnej, rogatej czaszce zamiast głowy, noszącym długi płaszcz spod którego wystawał sięgający podłoża ogon. Ręce zaś miał złożone na rękojeści półroraręcznego miecza.

Na każdym takim pomniku widniała też inskrypcja w starym języku „Ethasa te Leth Thanellan” co można przetłumaczyć jako „Chwała ci Wieki Leth”.

Przez założeniem miasta trwała wielka wojna która wyliczała ten świat. Aż pewnego dnia, w najkrwawszej z bitew zstąpił na ziemię Leth Thanellan i zakończył walki a następnie podporządkował sobie ówczesnych władców by ci podpisali rozejm. I tak wielki konflikt dobiegł końca. Po tych wydarzeniach Wielki Leth zniknął a świat zyskał upragniony pokój, oraz z biegiem czasu, nową religię którą nazwano licyzmem.

 – Pokój ci bracie – odezwał się któryś z przechodniów.

Ciągle to samo – pomyślałem.

Kapłanów licyzmu nazywa się często braćmi. Ich znak rozpoznawczy to czarne płaszcze, podobne do tego który nosi Leth na pomniku, a także ja. Z tym że ja nie jestem żadnym kapłanem. Błękitnooki brunet jak ja nie wygląda tu nawet na miejscowego. Jednak jeśli tylko założysz czarny płaszcz, to mieszkańcy od razu biorą cię za głosiciela licyzmu i witają cię słowami „pokój ci bracie”, jak przed chwilą.

Na moim płaszczu widnieje symbol drzewa wyhaftowany srebrną nicią na plecach. Jestem jednym z opiekunów Wszechdrzewa – jest to stowarzyszenie nieliczne, ale zdecydowanie wpływowe. Nasze zadanie to najprościej mówiąc strzec ogólnoświatowej równowagi, jakkolwiek to rozumieć.

To właśnie moja praca dawno temu przygnała mnie do Seras-hor. Moje pierwsze zadanie – uśmiechnąłem się na to wspomnienie. Było doprawdy spektakularne. Od tamtej pory zaglądam tu by sprawdzić jak się sprawy mają. Oczywiście poza pracą.

Oderwałem się od pomnika by kontynuować zwiedzanie. To miasto jest niezwykłe pod wieloma względami. Poczynając od teatru po lewej, przez dzwonnicę starej katedry na horyzoncie, widocznej z każdego miejsca w Seras-hor, kończąc na mieszkańcach których mijam. Na mężczyźnie o bladej, pokrytej rybimi łuskami skórze, na człowieku o opalonej od gorącego słońca twarzy, który rozmawia z tym pierwszym. Albo na dużego, człekokształtnego gada, sprzedającego coś na straganie. Żadne inne miasto nie odznacza się takim dymorfizmem, zarówno kulturowym jak i rasowym. Lecz pomimo tych różnic, mieszkańcy nieźle się ze sobą dogadują. Ale jak już wcześniej wspomniałem – gorzej im idzie z przyjezdnymi, szczególnie, jeśli nie wyznają licyzmu. Niektóre ludy do tej pory tej pory nie chcą zaakceptować nowego wyznania które niekiedy się im wpaja. Do takich przypadków należą na przykład bestiarianie – lud o cechach najróżniejszych zwierząt.

Jak ta tutaj.

Wyglądała jak lampart o ludzkim kształcie – dwie ręce, nogi, złociste, usiane plamami futro. Pazury u rąk i nóg miała odsłonięte w myśl ich starej zasady „pazury miej zawsze na wierzchu, by każdy widział że nawet bez broni nie jesteś bezbronny”. Ubrana była w bluzkę z długimi rękawami i kapturem, w którym znajdowały się wcięcia na wystające uszy. Zamiast spódnicy, jak większość tutejszych kobiet nosiła luźne spodnie. Zamiast butów natomiast nosiła skórzane nagolenniki pozostawiając stopy odkryte. Siedziała na uboczu drogi grając na lutni. Przy każdym szarpnięciu struną wybijała jednocześnie specyficzny rytm brzęczącymi bransoletkami na jej prawym nadgarstku. Przed nią stała drewniana taca, w której znajdowało się kilka monet. Czyżby zarabiała w ten sposób? Dziwne, bo uliczni artyści zwykle zbierają się na placu głównym, przy ratuszu. Tam swoją muzyką przyciągnęłaby więcej ludzi, a grała naprawdę dobrze.

Grała starą karczemną balladę, którą zwykle wygrywała cała grupa. Muzyka od zawsze była moją słabością. Uwielbiam grać i słuchać, a jeśli jakiś problem mógłbym rozwiązać za jej pomocą, to tak bym właśnie zrobił. Zmieniłem laskę w fidel tak, by nikt nie zauważył i podszedłem bliżej bestiarianki, która o dziwo, na mój widok wydawała się co najmniej zaniepokojona, aż przestała grać. Widząc jej reakcję miałem idealny sposób na ukazanie jej swoich intencji – muzyka.

Zacząłem wygrywać z lekkim uśmiechem tę samą melodię w miejscu, w którym ona przerwała. Mój czyn wyraźnie ją zaskoczył, lecz po chwili również się dołączyła, a nasz wspólny występ przyciągał coraz więcej uwagi, co przekładało się również na monety. Obydwoje się przy tym dobrze bawiliśmy i nieznajoma wreszcie zaczęła wreszcie odwzajemniać uśmiech. Z punktu widzenia przechodniów byliśmy niecodziennym duetem, zapewne przeze mnie, bo dla nich wyglądam jak kapłan, a oni nigdy nie grają na ulicach. Ciekawe. Dla tej bestiarianki również muszę tak wyglądać. Zbliżaliśmy się do końca utworu, gdy nagle nam przeszkodzono.

 – Tam jest! Łapcie ją, wspólnika też! – krzyknął mężczyzna z oddziału milicyjnego, który teraz podążał w naszą stronę.

Coraz zabawniej – pomyślałem i przestałem grać.

Bestiarianka przewiesiła lutnię na plecy za pomocą przymocowanego do niej paska, i wstała czym prędzej, szykując się do ucieczki. Zanim uciekła, spojrzała jeszcze na mnie, po czym chwyciła mnie za rękę.

 – Chodź ze mną – powiedziała, i zanim zdążyłem jej cokolwiek odpowiedzieć, ta pociągnęła mnie za sobą.

Dobrze więc, zobaczmy dokąd nas to zaprowadzi. Szczęśliwie, była zwrócona do mnie plecami, inaczej zobaczyłaby jak fidel zmienia się z powrotem w laskę.

Przeciskaliśmy się między licznymi przechodniami na głównej ulicy, przez co trudniej nas było zauważyć, ale milicja wciąż zawzięcie nas ścigała ze swoimi halabardami w rękach.

 – Co ty im zrobiłaś?! – spytałem próbując przebić się przez otaczający nas gwar. – Uparci są!

 – Wyraziłam uczucia religijne! – odpowiedziała puszczając moją rękę.

 – Aha.

Skręciliśmy w boczną uliczkę próbując zgubić pościg, ale na nasze nieszczęście, ową uliczkę przeszukiwało dwóch gwardzistów w takich samych zbrojach jak ci którzy nas ścigali, również byli uzbrojeni.

 – Tutaj są! Otoczcie ich! – wykrzyczał jeden z nich.

W następnej chwili znaleźliśmy się w impasie – przed nami dwóch, za nami kilkakrotnie więcej. Zastanawiałem się czy to dobry czas by interweniować, ale moja towarzyszka już podjęła decyzję. Ruszyła na dwóch strażników zgarniając po drodze kawałek belki leżącej gdzieś pod nogami. Pobiegłem za nią. Zbliżywszy się wystarczająco blisko zaatakowała jednego z żołnierzy kawałkiem drewna. Ten próbował się osłonić, ale lamparcica była szybsza. Gwardzista z hukiem oberwał w głowę. Byłoby z nim kiepsko gdyby nie nosił hełmu, lecz uderzenie i tak wystarczyło by go powalić. Na nieszczęście bestiarianki jego kolega nie stał bezczynnie i zamachnął się na nią halabardą. Lecz nim dosięgła celu, zatrzymałem ostrze laską i nie czekając na dalsze reakcje strażnika wykonałem nią dwa szybkie obroty – pierwszym odepchnąłem halabardę, a drugim, idąc za przykładem bestiarianki, uderzyłem go w głowę trzonkiem laski. Padł nieprzytomny. Tak droga ucieczki znów się przed nami otworzyła. Uciekaliśmy dalej kilkukrotnie skręcając w inne zaułki, na których staliśmy się jedynymi przechodniami, pomijając strażników. Nie wnikam jak oni to robią, ale ci żołnierze są wszędzie. Tej lamparcicy należą się wyrazy uznania za to, że do tej pory jej nie złapali. Ale szczęście chyba się od niej odwraca – ślepa uliczka.

 – Eh… – westchnąłem. To zawsze są ślepe uliczki. To po to je budują?

Jednak kątem oka zauważyłem wyjście z tej sytuacji. To nie do końca ślepy zaułek, bo na jednej ze ścian przymocowane były drewniane drzwi. Nie zauważyłem ich w pierwszej chwili gdyż owe drzwi były kilkoma zbitymi deskami, przez co przypominały walające się śmieci.

 – Tędy, pospiesz się – zawołałem do lamparcicy otwierając drzwi.

Wszedłem do środka rozglądając się za drugim wyjściem, bestiarianka weszła za mną. Do tego budynku widać od lat nikt nie zaglądał, leżało tu tylko kilka szmat i spróchniałych desek. Nie ma tu innych drzwi, a jedyna droga, jaka nam została to schody prowadzące na wyższe piętro. Ta pogoń zaczyna mnie irytować.

 – Na górę. – Wskazałem na schody po czym oboje zaczęliśmy się po nich wspinać.

Górne piętro wyglądało nie lepiej od niższego, i również nie posiadało żadnego przejścia. Z braku innej opcji weszliśmy wyżej, przez właz na dach. Tutejsze dachy były płaskie, robiąc za dodatkowe, niekryte piętro posiadające niską, murowaną balustradę. Pierwszym co mnie zaskoczyło po wejściu tu, była panująca tu błoga cisza. Rozglądając się, zauważyłem iż wszystkie te dachy wokół, o podobnej wysokości mogłyby robić za kolejny poziom całego miasta. Szachownica jasnych dachów i ciemnych przepaści między nimi, jakby dopiero tu znajdowała się powierzchnia, a ulice pod nami były w rzeczywistości podziemiami. Obcość tego miejsca podkreśla fakt, że poza mną i lamparcicą to kompletne odludzie.

 – Tędy poszli! Znajdźcie ich! – dobiegł nas głos z ulicy pod nami.

Nie powinni nas tu znaleźć, chyba że….

 – Zamknęłaś za sobą drzwi? – spytałem.

Pokręciła przecząco głową ze strachem w oczach. Niedobrze.

Rozejrzałem się jeszcze raz po sąsiednich budynkach, krawędź najbliższego z nich znajdowała się parę metrów od krawędzi dachu na którym stoimy. Nie ma zbyt wiele miejsca na rozbieg, dla zwykłego człowieka taki skok byłby niewykonalny, ale bestiariance może się udać.

 – Musimy skoczyć na tamten dach – wskazałem ręką – nie ma innego wyjścia.

 – Oszalałeś?! – spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami. – Już wolę być pojmana niż martwa – odparła spoglądając na przepaść.

 – Może nam się udać, ale musimy tam doskoczyć szybko i cicho a potem ukryć się po drugiej stronie. Skoczę pierwszy.

Stanąłem kilka kroków od krawędzi i wziąłem rozbieg.

 – Nie, czekaj to zbyt…

Skoczyłem. Wylądowałem na przeciwnej balustradzie, a następnie zeskoczyłem na właściwy dach i odwróciłem się do lamparcicy. Była wyraźnie zaskoczona, ale jednocześnie odetchnęła z ulgą widząc, że mi się udało.

 – Twoja kolej, szybko.

Wahała się patrząc na dzielącą ją odległość i zaczęła przez to krążyć w jedną, potem drugą stronę mamrocząc coś w międzyczasie.

 – Złapię cię jeśli nie doskoczysz – stanąłem tuż przy balustradzie i upuściłem laskę na podkreślenie swoich słów.

Stanęła po czym zwróciła się do mnie.

 – Na pewno?!

Czy w takiej sytuacji muszę jeszcze jej coś obiecywać?

 – Tak, na pewno. Skacz, bo nie zdążysz! – odparłem trochę zniecierpliwiony.

W dole słychać było przeszukujących piętro żołnierzy. I to zdaje się ostatecznie przekonało lamparcicę, która zaszła na drugi koniec dachu, by jak najbardziej się rozpędzić. Zaczynałem się już martwić czy faktycznie skoczy. Ale pobiegła do krawędzi, stawiła ostatni krok na balustradzie i wybiła się od niej jak ja przedtem, skoczyła. Po dłużącej się chwili w powietrzu zbliżyła się do sąsiedniego dachu, ledwo postawiła prawą stopę na krawędzi i gdy już miała postawić lewą, poślizgnęła się. Wydała stłumiony okrzyk osuwając się z dachu rozpaczliwie próbując złapać się krawędzi rękoma. W ostatniej chwili złapałem obiema rękami jej prawe ramię nie pozwalając jej spaść. Gdy wreszcie ją wciągnąłem, usłyszałem jak strażnicy zbliżają się do wejścia na dach. Nie ma czasu.

 – Ukryj się za barierką. Szybko – poleciłem bestiariance, wciąż dochodzącej do siebie.

Balustrada była bardzo niska, sięgała zaledwie do kolan, i szczerze powiedziawszy to nie mam pojęcia jaką dokładnie funkcję miała pełnić, ale kładąc się można było się za nią schować. Lamparcica usłuchała, ale gdy się chowała usłyszałem od niej cichy jęk. Chyba zraniła się przy lądowaniu.

Na sąsiednim dachu pojawili się pierwsi strażnicy.

 – Tu też ich nie ma! – oznajmił jeden z nich krzycząc przez właz.

 – To złaźcie i szukajcie na dole! – rozległ się inny głos dochodzący z niższego piętra.

 – Rozkaz.

Na nasze szczęście nie zabawili tam długo, bo kto by pomyślał że na pustym dachu jest się gdzie ukryć. Czekaliśmy tak dopóki dźwięki całkiem nie ucichły, a następnie podnieśliśmy się z naszej prowizorycznej kryjówki.

Bestiarianka w tym samym momencie zaczęła ciężko dyszeć i usiadła na barierce. Albo dopiero teraz zmęczył ją bieg, albo wstrzymywała do tej pory oddech. Stawiam na to drugie.

 – Cała jesteś? – spytałem.

 – Chyba potłukłam sobie palce – odparła chwytając się za prawą stopę – ale mogło być gorzej. Powinnam ci podziękować, i przeprosić.

 – Przyjmę jedno i drugie. Za co cię ścigali?

 – Bo otwarcie potępiłam wasz kult. – Wyraźnie czuć w tym zdaniu nutkę niechęci.

 – Nie „nasz”, ja nie jestem niczyim wyznawcą.

Odstawiła nogę na ziemię i przyglądała mi się badawczo przez moment.

 – Więc dlaczego jesteś ubrany jak kapłan?

 – Ubieram się tak bo tak mi się podoba. Nie wlicza mnie to w żadną mniejszość – odparłem podnosząc upuszczoną wcześniej laskę. – Więc, po co niewierząca bestiarianka przybyła do miasta opanowanego przez wiarę?

 – Skąd wiesz, że nie jestem stąd?

 – Twoje pazury.

Zdziwiła się po czym zaczęła oglądać swoje dłonie.

 – Co z nimi?

Westchnąłem i również usiadłem.

 – Licyzm potępiający wojny jest przeciwny również jej elementom. Jak na przykład broń, nawet jeśli jest naturalna. Bestiarianie żyjący w stolicy mają zwyczaj przycinać pazury, tępić kły i rogi, a w ekstremalnych sytuacjach nawet usuwać.

Lamparcica wzdrygnęła się oburzona.

 – To okropne! Kolejny powód by z tym walczyć.

 – Powiadasz.

Chyba rozumiem zaistniałą sytuację. Więc wyruszyła na osobistą krucjatę sprzeciwiającą się niesłusznym wyznaniu. Ciekawe co ją motywuje.

 – Mogę spytać o imię?

 – Skoro mi pomogłeś, to czemu nie? Jestem Ashana. – przedstawiła się próbując wstać, ale po chwili znów usiadła. – I jest tak jak mówisz. Jestem w Seras-hor trzeci dzień.

 – I już masz kłopoty? Musisz mieć prawdziwy talent – powiedziałem żartobliwie, co wywołało u niej uśmiech.

 – Może masz rację. A co z tobą? Co robisz w świętej stolicy, skoro też jesteś niewierzący?

 – Ja? – Przez krótki moment zastanawiałem się co jej odpowiedzieć. – Mam nawyk zaglądania tu od czasu do czasu. Nie jestem wierzący, ale łączy mnie z tym miastem wspólna przeszłość – odparłem. A najlepsze, że to szczera prawda. Oby tylko nie spytała o… .

 – A twoje imię?

I znów się zacznie.

 – Na imię mi Lethanel, ale możesz mi mówić Lethan.

Ashana nagle wybuchła histerycznym śmiechem, aż się zdawało, że przez nieuwagę zaraz spadnie z krawędzi.

 – Poważnie!? Jak ten ich bóg? – spytała, po czym wróciła do naśmiewania się.

 – Tak, tak samo. – nawet nie, zliczę ile razy miałem przez to problemów.

 – Lethanel uratował mnie przed wyznawcami boga Letha – powoli się opanowała. – Wygrałabym tym konkurs żartów, a ciebie powinni ścigać za herezję razem ze mną – dodała nie tracąc humoru.

 – Za herezję? Tak brzmiał zarzut? – wtrąciłem się.

 – Publicznie zmieszałam z błotem ich religię, no i strażnicy krzyczeli między sobą „łapcie tą heretyczkę”, to chyba oznacza herezję – odpowiedziała nie wiedząc co mam na myśli.

Seras-hor miało swoje prawa i zwyczaje, ale licyzm zawsze był pokojową religią. Gdy tu ostatnio zawitałem, nie istniało takie przestępstwo jak „herezja”. Coś tu nie pasuje.

 – Zatrzymujesz się gdzieś?

Ashana pokręciła głową.

 – Wcześniej zatrzymywałam się w przydrożnej gospodzie, ale teraz jestem poszukiwana, więc nie mogę tam wrócić. Nie zdążyłam nawet zabrać swoich rzeczy – odparła ze skwaszoną miną.

Zastanowiłem się chwilę. Nie planowałem znów mieszać się w sprawy tego miasta. I tak już zwróciłem na siebie dużo uwagi. „No dalej, przecież wiesz co robić”, zabrzmiał głos w mojej głowie. Był podobny do mojego, lecz trochę wyższy i łagodniejszy. I chyba ma rację.

 – Skoro nie masz się gdzie zatrzymać, to mam propozycję – powiedziałem wyjmując z wewnętrznej kieszeni płaszcza stary, mosiężny klucz.

*1

 

Jak już wspomniałem, odwiedzam stolicę od czasu do czasu. Z tego powodu, dawno temu kupiłem tu dom, bo nigdy nie byłem pewny na jak długo zostanę ani co się wydarzy podczas mojego pobytu. Znajdował się w jednej z najstarszych dzielnic miasta, która z czasem stała się również najbogatszą. Nie jest tak duży jak reszta sąsiedztwa, ale na jednego to aż nadto. Choć ten dom ma trzy piętra po dwieście metrów przestrzeni każdy a działka na której stoi to kolejny tysiąc, dodajmy że na wyspie przestrzeń kosztuje kilkukrotnie więcej niż na kontynencie. Jak powiedziałem, jeden z mniejszych. Mój dom to prawdziwy zabytek, ma kilkaset lat i przez ten czas był poddawany konserwacjom, by pozostał w miarę możliwości nienaruszony.

Przyszliśmy tu z Ashaną przed chwilą, długo nam to zajęło bo ona wciąż ma problem z chodzeniem od ostatniego skoku. Na szczęście obyło się bez kolejnych przygód, tutaj nikt nie będzie szukał przestępcy.

Na mnie ten dom już dawno przestał robić wrażenie, ale gdy pokazałem Ashanie gdzie ją zapraszam, to spojrzała na mnie jakbym pokazał jej stado jednorożców.

 – Jak…, jak bogaty jesteś? – spytała z niedowierzania. Mam wrażenie że chciała spytać o coś innego.

 – Powiedzmy, że mam wystarczająco by spełniać swoje zachcianki – odparłem pozostawiając jej ciekawość nienaruszoną.

Podszedłem do bramy i otworzyłem ją kluczem. Kawałek dalej zrobiłem to samo z drzwiami wejściowymi.

 – Zapraszam do środka – powiedziałem otwierając je szeroko z ręką ułożoną w teatralnym geście.

Ashana wbiła się energicznie do przedpokoju kompletnie zapominając o stłuczonej stopie i rozejrzała się po wnętrzu zachwycona.

 – A nie chciałbyś kupić sobie zamku?

 – Może kiedyś.

Może i jest duży, ale to wciąż dom. Na paterze znajduje się kuchnia, salon i łaźnia. Na pierwszym piętrze są pokoje gościnne i biblioteka, a na ostatnim piętrze mam swój pokój i gabinet, w którym trzymam swoje rzeczy, takie jak lokalną walutę, pamiątki czy inne artefakty.

Z tego głównie powodu każdy taki dom zabezpieczam, najczęściej barierami zmieniającymi pamięć. Na przykład, gdyby złodziej próbował wejść do mojego domu bez mojej wiedzy, wówczas bariera zmieniłaby jego pamięć podsuwając fałszywe wspomnienie – że był w domu, przeszukał go, ale niczego nie znalazł. Nikt się nie zorientuje, że coś jest nie tak.

 – Podsumujmy: jesteś na tyle bogaty, by mieć dom w najdroższej dzielnicy Seras-hor ale nim nie mieszkasz – zaczęła rozkładając się na fotelu w salonie.

 – Ubierasz się jak kapłan choć nim nie jesteś. – Wyliczała dalej na palcach. – No i masz na imię Lethanel a nie jesteś nawet wiernym. Co jeszcze ukrywasz? – spytała z szelmowskim uśmieszkiem. Jej ogon podrygiwał na ramieniu fotela w oczekiwaniu na odpowiedź.

 – Zbiega we własnym domu – odgryzłem się na co lamparcica najpierw odpowiedziała śmiechem, ale zaraz potem spochmurniała.

 – Dlaczego tyle dla mnie robisz? Ciebie też mogą aresztować.

Niech spróbują – pomyślałem.

 – Robię to bo chcę ci pomóc, i mogę ci pomóc.

 – Pomóc mi? Jak? Wiesz jak można stąd uciec? – spytała prężąc się w fotelu wyraźnie zaintrygowana.

Ciężko podróżować do Seras-hor, można to zrobić tylko drogą morską, a celnicy z miasta sprawdzają dokładnie każdy statek, gdyż wielokrotnie zdarza się, że ktoś próbuje dostać się tu nielegalnie. Mam na myśli głównie pielgrzymów.

 – Nie będziesz musiała uciekać. Ale muszę najpierw coś sprawdzić. – Wyjrzałem przez okno w salonie zdając sobie sprawę że to już wieczór.

 – Zostawmy tę sprawę do jutra. Jeśli zostajesz, to pozwól że wskażę ci pokój.

Zaprowadziłem ją na wyższe piętro, gdzie znajdowały się trzy pokoje gościnne porównywalnej wielkości, czyli na miarę rezydencji. Zaprowadziłem Ashanę do jednego z nich i powiedziałem by się rozgościła. Chyba nie miała nic przeciwko, sądząc po jej cichym pomrukiwaniu, które wydała z siebie zaraz po tym gdy wskoczyła na wielkie łóżko. Ja z kolei udałem się na moment do pokoju na najwyższym piętrze. Urządziłem tam sobie gabinet i składowałem w nim dużo przedmiotów z całego świata, które z różnych powodów skradło moją ciekawość. Z jednej z szafek wyciągnąłem niewielki słoik, wypełniony nieprzyjemnie wyglądającą, zgniłozieloną substancją, po czym wróciłem do swojego gościa. Gdy wszedłem lamparcica siedziała na skraju łóżka i wpatrywała się w stłuczoną stopę, wydając cichy jęk gdy próbowała nią poruszać. Podszedłem do niej i wyciągnąłem dłoń ze słoikiem.

 – To dla ciebie, na stłuczenie – powiedziałem wskazując jej nogę.

 – Co to jest? – spytała.

 – Maść lecznicza i przeciwbólowa.

Ashana przyjęła podarunek i z ciekawości odkręciła wieczko. Zapach dochodzący ze słoika poczułem i ja choć stałem krok od niej, a bestiarianie zwykle mają lepszy węch.

 – Ah…, śmierdzi – skomentowała łapiąc się za nos. – Lepiej żeby działało

 – O to się nie martw. To jest tak mocne, że bardziej przeciwbólowo działa tylko paraliż.

 – No…dobrze, dziękuję. – Zakręciła wieczko i odstawiła na półkę obok.

 – Mam jeszcze jedno pytanie. Jak nazywała się gospoda której się zatrzymywałaś?

Moje pytanie widać ją zaskoczyło, ale mimo to odpowiedziała.

 – W „Krętym rogu” niedaleko portu. Czemu pytasz?

 – Z ciekawości. Dobranoc – pożegnałem się i wyszedłem z pokoju.

Choć powiedziałem by zostawić resztę spraw do jutra, to potrzebowałem zająć się czymś w nocy. Ja nie sypiam. Wprawdzie mogę przeczekać noc w spokoju, ale jedną rzecz mogę załatwić o każdej porze dnia. Poszukam gospody, o której powiedziała mi Ashana. Nie znam miasta aż tak dobrze, ale niewielkie poszukiwania nie stanowią dla mnie problemu. Mam całą noc.

*2

 

Przed świtem poszedłem jeszcze na rynek zrobić szybkie zakupy. Ashana wciąż spała gdy wróciłem, więc miałem jeszcze trochę czasu zanim zejdzie. Rzadko mam gości, ale gdy już jakiegoś zaproszę to za swój obowiązek uznaję gościnę na odpowiednim poziomie, do którego wlicza się też posiłek. Zabrałem się więc do roboty. W swojej kuchni posiadam zapasy przypraw i ziół i jest w czym wybierać. Zdecydowałem się na smażone jajka, kawałki wołowiny w przyprawach i mieszankę pokrojonych warzyw. Nie jestem tylko pewny, czy to ostatnie trafi w gust bestiarianki z rodzaju drapieżnych, ale warto spróbować. Przyniosłem gotowe danie do salonu po czym sam zasiadłem do stołu. Chwilę później usłyszałem kroki na schodach. Zostawiłem lekko uchylone drzwi kuchenne by delikatny zapach można było poczuć gdy tylko wyjdzie się z pokoju. To zawsze działa.

 – Tutaj – zawołałem gdy już zeszła z góry.

Ashana zastała mnie w trakcie posiłku przy jednym z końców dużego, prostokątnego stołu. Po mojej prawej stał jeszcze jeden pełny talerz wraz z resztą zastawy, wskazałem jej owe miejsce.

 – To dla mnie? – spytała uradowana.

 – A dla kogo innego? Jesteśmy tu tylko my.

 Bestiarianka niemal rzuciła się na talerz z jedzeniem gdy tylko zajęła miejsce przez co część z jej śniadania znalazła się poza talerzem, ale nie widziała problemu w pozbieraniu tego wszystkiego z powrotem na talerz. Prawdę mówiąc nawet mnie tym rozbawiła.

 – Śpieszysz się gdzieś?

Przełknęła głośno i odpowiedziała.

 – Nie jadłam od dwóch dni, a to jest dobre! – na chwilę przerwała posiłek, jakby się do tego zmuszała.

 – Ty to zrobiłeś?

 – Ja. Cieszę się że ci smakuje.

Nigdy nie uczyłem się gotować. Zwyczajnie od czasu do czasu mam okazję oglądać innych gdy to robią, a ja zapamiętuję wszystko co zobaczę, usłyszę i poczuję. Z tego powodu umiejętności kulinarne to nie jedyne czego nauczyłem się przypadkiem.

 – Nie powiedziałaś jeszcze co cię tu przygnało. – Przerwałem jej po raz kolejny.

 – Chciałam przekonać wiernych odczepili się od innowierców. – Odparła tym razem z większym opanowaniem.

 – To znaczy?

 – Nie mów że nie wiesz jak to wygląda. Wyznawcy licyzmu patrzą z góry na każdego, kto nie czci tego ich ohydnego boga. A najgorzej jest w tym mieście.

 Z jakiegoś powodu jej wypowiedź nie wydała mi się zbyt przekonująca.

 – On nie jest bogiem, sam to podkreślał gdy się jeszcze ukazywał – poprawiłem ją. Ona jednak machnęła na to ręką.

 – A co za różnica? I tak się do niego modlą.

Cóż, nie sposób odmówić jej trochę racji.

 – Wracając do tematu, jak właściwie zamierzałaś ich przekonać? – Spytałem. Jeśli się jej wydaje że zmiana czyichś poglądów to sprawa na jedno popołudnie to zaczynam się o nią bać.

 – Najpierw chciałam oficjalnie, poszłam do ratusza prosić o spotkanie z którymś z radnych.

 – Kiepsko poszło?

 – Nawet nie przyszło. Spytałam jednego z tych sekretarzyków o audiencję. A ten spojrzał na mnie jakby krowa do niego przemówiła. A odpowiedział mi „wątpię by któryś z radnych zawracałby sobie głowę zdaniem kogoś takiego jak ty”, potem rzucił kilka złośliwych komentarzy pod kątem mojego ludu…, i wtedy mnie poniosło.

 – On jeszcze żyje? – Spytałem półżartem.

 – Tylko go kilka razy uderzyłam. Po tym przyszła straż, która wyrzuciła mnie z ratusza. Dosłownie.

 – Ale to nie po tym wysłali za tobą list gończy.

 – Nie, to stało się następnego dnia, podczas publicznego wystąpienia radnego. Nie pamiętam co dokładnie mówiłam, ale wtrąciłam się radnemu w zdanie i wyrzuciłam z siebie wszystko co myślę o nim, o wiernych i całym tym kulcie. Nim skończyłam, radny kazał mnie aresztować.

 – Wkurzyłaś radnego? Naprawdę masz kłopoty. Który to był radny?

 – Nie wiem, nie znam ich imion. Był dość stary, łysy i miał krótką, siwą brodę.

Szczerze powiedziawszy, mi też nic to nie mówi. Nigdy nie jestem na bieżąco z polityką, bo zjawiam się rzadko. Spytałem bo chciałem poznać imię tego z kim mogę mieć problemy.

Gdy skończyliśmy jeść, zacząłem szykować się do wyjścia, by załatwić sprawę o której wczoraj wspomniałem. Lecz zanim wyszedłem, przyniosłem Ashanie swój łup z ostatniej nocy. Była to tobołek podróżny, trochę podniszczony od częstego używania.

 – Skąd to masz? – spytała widząc podarunek. – Myślałam, że to zostało….

 – W gospodzie, wiem. Straż nie zdążyła przeszukać pokoju – odpowiedziałem oddając Ashanie jej własność. Wziąłem jeszcze swoją laskę zostawioną przeze mnie przy drzwiach.

 – Ja…, naprawdę dziękuję – powiedziała nie mogąc znaleźć lepszych słów.

 – Żaden kłopot – odparłem. – Wrócę za jakiś czas więc rozgość się. I lepiej nie wychodź z domu, bo strażnicy mogą cię zauważyć.

Wyszedłem zostawiając Ashanę samą. W moim domu każdy gość jest chroniony i dopóki w nim zostaje, żaden gwardzista nawet się do niej nie zbliży.

*3

 

Biblioteka w Seras-hor jest jednym z niewielu miejsc które odwiedzam z chęcią. Stąd pochodzi część ksiąg z mojej prywatnej biblioteki które wykupiłem. Bibliotekarze są zwykle poczciwymi ludźmi, którzy chętnie pomogą znaleźć każdy dostępny tytuł opowiadając ciekawostki dotyczące książek i biblioteki w międzyczasie. Dlatego odczuwam żal gdy widzę, że za każdym razem gdy tu przychodzę, urzęduje tu inna osoba gdyż jego poprzednik zmarł lub z innych powodów nie mógł wykonywać dłużej swoich obowiązków. Biblioteka jest własnością kościoła, więc bibliotekarze są również kapłanami, lecz zajmują się tylko tym miejscem.

Przeglądam Książki z działu prawa, z których dowiedziałem się że herezja dopiero trzydzieści lat temu została uznana za przestępstwo. Do zatwierdzenia nowego prawa niezbędna jest jego akceptacja wszystkich trzech członków rady miasta, będących jednocześnie trzema przywódcami licyzmu. W Seras-hor polityka i religia to praktycznie to samo. Ciężko mi uwierzyć, że aż trzy głowy zgodziły się na taki absurd. To przecież godzi w ich dotychczasowe zasady bo dopuszczenie herezji to jak nie dopuszczać kogoś do własnego zdania, co tylko wywołuje konflikt, nie ważne jak nieliczna jest jedna ze stron. Muszę to jeszcze potwierdzić, sprawdzić oryginalny dokument z trzema podpisami. Powinien być zamknięty w archiwum, wraz z resztą ważnych dokumentów. Zwiedzający nie mają do nich dostępu, mogą je tylko obejrzeć za zgodą bibliotekarza. Nie powinno być z tym problemów. Biuro bibliotekarza znajduje się blisko wejścia by nie trzeba było go szukać po całym budynku, a ten do małych nie należy. Odnalazłem półokrągłe biurko, za którym siedział mężczyzna o ciemniejszej karnacji z siwiejącymi włosami, ale jeszcze nie osiągnął jeszcze wieku sędziwego. Nosił czarną szatę ze srebrnym herbem miasta. Przed nim stała miedziana tabliczka z wyrytym napisem „Brat Petrus Aldero – Główny bibliotekarz”. Mężczyzna czytał książkę poświęconą historii Seras-hor, z tego powodu nie zauważył mnie w pierwszej chwili.

 – Czy mogę zająć chwilę? – zwróciłem się do niego odrywając go od lektury.

Mężczyzna wysunął nos znad książki i przyglądał mi się przez nieco dłuższą chwilę, po czym lekko się uśmiechając odpowiedział.

 – Oczywiście, w czym mogę pomóc?

 – Chciałbym przyjrzeć się dokumentowi ze spisu praw numer trzysta jedenaście.

 – Spis praw? Czyżby miał pan jakieś kłopoty? Numer trzysta jedenaście to dekret o herezji o ile mnie pamięć nie myli.

 – Pomagam rozwiązać cudzy problem. Faktycznie mowa tu o herezji.

 – Rozumiem. W takim razie proszę chwilę zaczekać. – Wstał od biurka i skierował się w stronę masywnych drzwi za jego plecami, które następnie otworzył kluczem.

Czekałem tak przez pół godziny, co w tym wypadku jest dziwne bo nawet najbardziej nierozgarnięty bibliotekarz potrafi korzystać z indeksu. Już miałem pójść za nim lecz drzwi już zaczęły się otwierać.

 – Przykro mi, nie wiem jak to możliwe, ale mimo że w katalogu zapisano iż owy dokument znajduje się w archiwum to go tam nie ma. A szukałem wszędzie.

 – Kto wówczas składał dokument do archiwum?

 – Hm…, niech spojrzę – zajrzał do jednej z wielu ksiąg leżących na jego biurku. – Z dokumentacji wynika że dekret składano trzydzieści lat temu, niedługo po jego zatwierdzeniu. Na piśmie widnieje podpis samego radnego Orthlana, od tamtej pory nikt nie sprawdzał tego dokumentu dlatego nie zauważyliśmy jego braku. Czy ktoś mógłby go ukraść?

Wątpię. Jedyny powód dla którego ktoś miałby kraść stary dokument, to tylko po to by jego treść nie ujrzała światła dziennego a treść tego wszyscy znają. Rzekomo. Chyba będę musiał sprawdzić starego radnego.

 – Sam radny pofatygował się by złożyć dokument? – spytałem.

 – Cóż, trzydzieści lat temu w ratuszu miał miejsce straszny incydent, który spowodował duże zamieszanie. Do tej pory nie uporaliśmy się z jego konsekwencjami.

 – O jakim incydencie mowa?

 – O pożarze w ratuszu. Zginęło wtedy wielu ludzi i spłonęło dużo oryginalnych zapisków. A wśród zmarłych znalazło dwóch radnych. To byli dobrzy ludzie, byłem w szoku że zatwierdzili coś takiego.

 – Zatem nie popierasz nowego prawa.

 – Bynajmniej. Krocząc tą ścieżką cofniemy się do barbarzyńskich czasów.

Ale według prawa by cofnąć przepis który jest „ostatnią wolą” któregoś z radnych potrzeba jednogłośnej zgody nowej rady. A brat Orthlan wciąż jest przeciwny.

 – A czy ktoś w ogóle widział ten dokument.

 – Oczywiście, nowo wybrani radni potwierdzili treść i podpisy i postawili pieczęć następnie podpisując się pod nią. To rutynowe procedury. Potem dekret miał trafić tutaj z rąk radnego.

Podsumowując, trzydzieści lat temu herezja stała się przestępstwem, ale autentyczności tego prawa nie można już potwierdzić, bo nie ma go archiwach. Na dodatek ów zarządzenie chroni prawo ostatniej woli, a podpisali je radni którzy nie powinni być skłonni do takich praktyk. Nie wierzę w takie bajki.

 – Dziękuję ci za pomoc. Mam już wszystko czego stąd potrzebowałem – powiedziałem.

 – Cała przyjemność po mojej stronie Lethanelu.

Spojrzałem podejrzliwie na bibliotekarza.

 – Nie przedstawiłem się, a wątpię byśmy się kiedyś spotkali – zauważyłem.

 – Rzeczywiście. Proszę mi to wybaczyć – ukłonił się lekko. – Wśród bibliotekarzy krąży pewna stara opowieść, o młodym mężczyźnie chodzącym z laską niczym starzec. Noszącego czarny płaszcz i nazywającego siebie Lethanelem.

 – Stara opowieść? Mieszkańcy nazwaliby kogoś takiego szaleńcem i szybko o nim zapomnieli – próbowałem odwieść go od podejrzeń. Na próżno.

 – To prawda. Lecz ów mężczyzna pojawił się znów, prawie siedemdziesiąt lat później wyglądając dokładnie tak samo jak za pierwszym razem. I to samo przydarzyło się kolejnemu i kolejnemu, i oto jesteś.

 – Więc i ty opowiesz wszystkim że zobaczyłeś zjawę sprzed lat? – Nie potrzeba mi zamieszania wokół mojej osoby. Muszę jakoś temu zaradzić.

 – Żaden z bibliotekarzy nigdy nie przekazał tej historii nikomu innemu niż swojemu następcy.

 – Zatem czego chcesz?

 – Mam tylko skromną prośbę.

 – Co to za prośba?

 – Czy wysłuchasz mojej modlitwy?

Te słowa aż mną wstrząsnęły, bynajmniej nie w pozytywnym sensie. Najwyraźniej bierze mnie za boga, co spełni mu wszystkie marzenia. Ale jeśli dzięki temu zakończę tę rozmowę to mogę wysłuchać co ma do powiedzenia.

 – Niech będzie. Zacznij – powiedziałem biorąc głęboki oddech.

 – Dziękuję. – Przerwał wypowiedź a po chwili wydobył z siebie pierwsze słowa.

 – Tobie, któryś wskazał nam drogę w ciemnościach, tobie, który podołał tam gdzie my nie umieliśmy. Tobie wdzięczność swą składam głosząc twe imię. I choć ledwie śmiertelnikiem jestem, i choć me ciało błądzi w ciemnościach to dusza ma podąża za twym światłem. Niech będzie ono wieczne a nasza wiara niezachwiana byśmy mogli przekazać je dalej. Światło nadziei które nam dałeś – zakończył.

Muszę przyznać że nie tego oczekiwałem.

 – To twoje słowa? – spytałem.

 – Tak, i szczerze w nie wierzę.

Nie znoszę słuchać modlitw. Ludzie ciągle mówią że czegoś chcą, błagają o coś zamiast sięgnąć po to sami. Proszą o pokój, o szczęście dla siebie i innych samemu nie robiąc prawie nic, by do tego doprowadzić. Jak często słyszy się modlitwę której treścią jest zwykłe „dziękuję”? Ale coś innego mną poruszyło. „Światło nadziei”, już kiedyś powiedziałem coś podobnego. Gdyby wszyscy wierni mieli podobne podejście…

 – Musisz mi wybaczyć, ale mam pilną sprawę – powiedziałem odchodząc w kierunku drzwi wyjściowych.

 – Rozumiem. – Kapłan skinął głową. – a co sądzisz o mojej modlitwie? – dodał nieco głośniej widząc jak się oddalam.

 – Niecodzienna, całkiem dobra.

*4

 

Ashana wciąż nie mogła uwierzyć w rzeczy, które jej się ostatnio przydarzają. Zarówno w te złe jak i dobre. Najpierw ogłoszono ją heretyczką, czego w zasadzie się spodziewała biorąc pod uwagę po co w ogóle tu przybyła. Ale by ją przez to ścigać jak jakąś kryminalistkę? Strażnicy najwyraźniej nie mają co robić – pomyślała włócząc się po domu, który przy jej standardach bardziej przypominał pałac. A potem trafiła na niego – najdziwniejszą osobę jaką spotkała. Najpierw ucieka wraz z nią, choć mimowolnie, dodała w myślach. Potem zaprasza do swojego domu, w najbogatszej dzielnicy a na koniec odzyskuje jej rzeczy i gotuje jej śniadanie. I jeszcze mówi, że pomoże rozwiązać jej problemy. Nawet jej rodzina nie była dla niej tak hojna. Zamyśliła się przez to na chwilę. A może jednak będzie czegoś chciał. Może w zamian za pomoc zażąda tak dużo, że będzie u niego zadłużona przez resztę życia. Może powinna uciekać już teraz. Odsunęła te myśli czym prędzej. Nie. Ten człowiek, Lethan zaufał jej na tyle by zostawić ją samą we własnym domu, a na pewno nie brakuje w nim kosztowności. Chyba że…

Ashana prędko poszła sprawdzić drzwi wejściowe. Otwarte.

 – Spokojnie, to tylko odrobina zupełnie normalnej paranoi – powiedziała do siebie zamykając je z powrotem.

Po drodze zauważyła, że nawet ta paskudna maź którą dostała działa jak trzeba. Zżerało ją poczucie winy, wciągnęła nieznajomego we własne problemy i jeszcze go wykorzystuje, nawet jeśli sam był chętny pomóc. Ale gdyby nie Lethan, siedziałaby teraz w celi i czekała na wyrok. Żadne słowa nie wystarczą by wyrazić tę wdzięczność. Chciałaby jakoś podziękować, tak by nie były to tylko puste słowa. Tylko jak miałaby to zrobić? Nie dość, że praktycznie go nie zna to sądząc po tym jak mieszka, nie wygląda na to by mogłaby dać mu coś czego sam nie mógłby dostać. Potrzebowała więcej informacji, w tym celu zaczęła myszkować po całej posiadłości. Najpierw rozejrzała się po salonie na parterze. Za główny wystrój robił tam stół, przy którym można by urządzić wieczerzę dla całego oddziału, stały na nim trzy świeczniki, na ścianach wisiały liczne kinkiety które w połączeniu ze świecznikami musiały zapewniać dostatecznie dużo światła by przy zasłoniętych kotarach można by pomylić noc z dniem. W jednej z dłuższych ścian pokoju został umieszczony kominek, by zapewnić ciepło przy zimniejszych nocach. To co Ashanę dziwiło nie tylko w salonie, ale i w całym domu to fakt, że choć dom jest duży to wystrój miał skromny – żadnych drogich ozdób na półkach, żadnych obrazów na ścianach. Zupełnie jakby właściciel za nic miał ten cały prestiż o którym tyle słyszała, albo nie był taki majętny jakby się zdawało. Z braku innych opcji weszła na wyższe piętro, ale jedyne co się tu wyróżniało to jeden pokój w głębi korytarza. Każda ściana była tu po sufit zakryta półkami z książkami. Choć Ashana umiała biegle czytać, głównie do odczytywania pieśni i poezji z których żyła, to w życiu czytała raptem kilka ksiąg, a to i tak wykraczało ponad przeciętną w jej rodzinnych stronach, gdyż książki są z reguły zbyt drogie by posiadać je na stałe. I tyle z teorii o udawanym bogactwie.

Ostatniego piętra jeszcze nie widziała. Na końcu schodów jej oczom ukazały się tylko jedne, solidne drzwi. Lamparcica niepewnie pociągnęła za klamkę a drzwi uchyliły się z głośnym skrzypieniem. Na widok wnętrza Ashanie podniosły się uszy z ciekawości po czym weszła do środka. Cały pokój był wypełniony najróżniejszymi przedmiotami jakich nigdy nie widziała – od różnobarwnych skał, przez łodygi różnych roślin, ułożonych luzem na półkach kilku regałów, aż po groźnie wyglądającą broń zawieszoną na ścianach. Niczym skład osobliwości, nie licząc niewielkiego stosu listów pozostawionych na ciężkim biurku i kufra z metalowymi obiciami stojącego obok niego. Zerknęła na jedną z kopert leżących na wierzchu i przeczytała widniejący na niej napis. „Do Lorda L.”. Lorda?! On jest szlachcicem? To wyjaśniałoby jego majątek – pomyślała. Jej gospodarz zdaje się ukrywać więcej niż się spodziewała. Ashana odłożyła kopertę na miejsce i zaczęła przeglądać inne przedmioty. Nie mogąc się powstrzymać, brała co jakiś czas coś, co zwróciło jej szczególną uwagę jednak każdy z przedmiotów odkładała z powrotem na miejsce. Ostatnim z nich była szklana kula, stojąca na małym piedestale po prawej stronie biurka. Pod warstwą szkła miała dokładnie wyrysowaną mapę wszystkich krain i wód o jakich słyszała, a nawet więcej. Tylko dlaczego w kuli? – pomyślała. Mapy powinny być przecież płaskie, jak świat. Ashana podniosła kulę, ta była mniej więcej wielkości ludzkiej głowy, dlatego chwyciła obiema rękami, również dlatego że nie chciałaby jej przypadkiem upuścić i zepsuć. Przyglądała się precyzyjnie wyrysowanym brzegom mórz i rzek aż natrafiła na zbyt dobrze jej znaną nazwę. „Lasy Azalańskie”, jej rodzinne strony. Odkąd stamtąd odeszła, starała się jak najmniej myśleć o domu. Nie, to już nie jest mój dom – pomyślała z żalem odkładając kulę. Prawie zapomniała po co tu w ogóle przyszła. Chciała znaleźć sposób by się odwdzięczyć, a skończyła wspominając dawno minione chwile. Uznając że zobaczyła dostatecznie dużo Ashana opuściła dziwny gabinet.

W tym samym momencie mapa zniknęła z kuli a zamiast niej w bryle szkła pojawił się obraz drewnianej chaty otoczonej zewsząd zielenią drzew. A przed chatą zaś siedziała para lamparcich bestiarian.

*5

 

Poszukiwania w bibliotece może nie dawały jasnej odpowiedzi, ale dzięki nim zyskałem trop, który skierował moje podejrzenia w stronę jednego z radnych – nijakiego Orthlana. Dlatego dalszą część poszukiwań prowadzę w jego domu. Oczywiście bez niczyjej wiedzy. Nie ma sensu mówić jak dokładnie znalazłem się w jego prywatnym księgozbiorze, bo sposobów miałem mnóstwo a i tak nie ma to teraz znaczenia. Natomiast ma ono to, czego się tu dowiedziałem. Niestety nie znalazłem brakującego zarządzenia z archiwów, ale nie brakuje tu starych zapisków, również tych sprzed trzydziestu lat. Nasz radny pod tym względem jest bardzo drobiazgowy, na jego nieszczęście. Otóż w jego księgach rachunkowych znalazłem wpis o opłaceniu znaczną sumą człowieka o imieniu Melanver. Dlaczego to takie ważne?

W tym świecie istnieje magia, ale jest tak rzadka, że osoby mogące jej używać znane są z imienia i nazwiska, a Melanver jest jednym z trzech magów prowadzących działalność w Seras-hor, a ten specjalizuje się w iluzjach. Do czego więc były radnemu potrzebne jego usługi? Być może dopytam się go to osobiście.

Z prowadzonych przez radnego korespondencji można mniej więcej określić jego charakter. Jeśli ktoś pomyśli teraz że czytanie cudzych listów podchodzi pod nieuprzejmość i chamstwo, to po ich przejrzeniu owa niechęć natychmiast zostanie przekierowana pod adres Orthlana. Gdyż z tego co widzę radny jest egocentrycznym bezwzględnym obsesjonatem, wbrew temu jak prezentuje się przed ludem. Na piedestale mówi do wiernych „bracia i siostry”, w listach z kolei nazywa ich „brudnymi pasożytami” podkreślając następnie swoje stanowisko które czyni go niemal równym ich bogu. Nie wspominając o tym, że część z tych korespondencji prowadzi ze złodziejami i szmuglerami. Nigdy go na oczy nie widziałem a już go nie znoszę.

„Czyżbyś znalazł mi kolejną ofiarę? Czekam z niecierpliwością”, zabrzmiał złowrogo niski, dźwięczny głos. Ale tylko w mojej głowie.

 – Nie mów tak – odpowiedziałem stanowczo na głos. – Ne ważne kogo, nie masz prawa traktować innych tak przedmiotowo.

„I tak wiemy, komu przekazujesz katowski topór” – odparł głos po czym wreszcie zamilkł.

 – I tak wiemy że ci to odpowiada – skomentowałem uwagę.

Nic tu po mnie, będę musiał dalej prowadzić swoje śledztwo gdzie indziej. Pozostaje mi wizyta u iluzjonisty, a na koniec gabinet radnego w ratuszu. Ale najpierw wrócę na chwilę do posiadłości. W końcu zostawiłem tam gościa, który do tej pory musi umierać z nudów.

*6

 

Ashanie ciężko było usiedzieć w miejscu. Włóczyła się bez konkretnego celu po całej posiadłości, myśląc nad tym, co powinna robić dalej. Nawet jeśli miała do dyspozycji cały dom to i tak nie sposób przesiedzieć w nim bezczynnie całego dnia, szczególnie iż większość drapieżnych bestiarian z natury prowadzi aktywny tryb życia. Przez co jej początkowy zachwyt minął jakiś czas temu.

Potem po raz kolejny myślała, jak mogłaby się odwdzięczyć Lethanowi. Nie mogła. Ale Ashana nie potrafiła tak po prostu przyjmować wszystkiego, co jej ofiarował. Już jest mu dłużna i czuła się jakby ten dług rósł z każdą chwilą spędzoną w tym domu. Nie znosi mieć długów.

Ponadto jej sytuacja nie zmieniła się odkąd wydano za nią list gończy – ukrywa się lub ucieka. Zdaje sobie sprawę że tym sposobem, w krótkim czasie czeka ją pojmanie, proces i najpewniej egzekucja, gdyż to w tym mieście jest zwykle wyrokiem heretyków. Jedyną dla niej nadzieją jest ucieczka. Im dalej tym lepiej. Problem tylko w tym że Seras-hor znajduje się na wyspie, więc może się wydostać tylko statkiem. A celnicy sprawdzają rygorystycznie każdy który przybija do portu. Ale właśnie taka okazja czyni przemytnika i nawet tu powinni się jacyś znaleźć. Odzyskała już pieniądze, to powinno wystarczyć na transport w jedną stronę na najbliższy brzeg.

Lamparcica poszła do pokoju w którym nocowała, wzięła swój tobołek upewniwszy się wcześniej że spakowała wszystkie swoje rzeczy, w szczególności kilka błyszczących monet spoczywających w małej sakiewce na dnie tobołka. Przewiesiła przez plecy najpierw torbę, a potem lutnię czyli cały swój dobytek. Była gotowa do wyjścia.

Żałuje, że musi to tak wyglądać, ale tym sposobem przynajmniej zrobi dwie dobre rzeczy – przestanie narażać obcą osobę, i da sobie szansę na naprawienie największego błędu w swoim życiu – przybyła do miasta które gardzi takimi jak ona, mającymi własne zdanie. Ashana przekroczyła próg domu, który na jeden dzień był jej schronieniem. Zrobiwszy kilka kroków w stronę bramy odwróciła się na moment by ostatni raz spojrzeć na jedyne przyjazny jej dom w tym mieście, myśląc zarazem o jego dziwnym i dobrodusznym właścicielu. „Jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy, to obiecuję przynajmniej zabrać go do tawerny” – pomyślała przechodząc przez bramę i zamykając ją za sobą. Opuściła rękawy i założyła kaptur by zakryć jak najwięcej swojego żółtego futra, choć to i tak niewiele. W Seras-hor nie widziała bowiem wielu bestiaria, z którymi dałoby się ją pomylić, ale w tłumie ludzi można by ukryć nawet woła. Musi tylko uważać na strażników.

Skręciła najpierw w lewo, kierując się do głównej ulicy cały czas trzymając się ubocza dla większego bezpieczeństwa. Wciąż znajdowała się w tak zwanej „złotej dzielnicy”, czyli tej zamieszkiwanej przez najzamożniejszych obywateli. Myślała że Lethan ma duże włości, ale te które mijała osiągały jeszcze większe rozmiary. I w przeciwieństwie do niego, właściciele tych rezydencji obnosili się ze swoim bogactwem aż nadto. Raczej by ich nie polubiła. Gdziekolwiek nie spojrzeć, tam kosztowne złocenia na ogrodzeniach, okiennicach czy wykończeniach, aż dosłownie raziło ją co chwila światło odbijające się od błyszczących powierzchni. Już wie skąd dzielnica wzięła swoją nazwę.

Moment, w którym Ashana opuściła tę dzielnicę był widoczny jak przekroczenie granicy prowadzącej do innego świata. Żadna granica co prawda nie istniała, przynajmniej nie prawna. Za to umowną stanowiła przecznica, przy której lamparcica się teraz znajdowała. Budynki przed nią były znacznie mniejsze i skromniejsze, bliższe jej standardom, a cała żółć zniknęła jakby jej rozchodząca się plama została przycięta w tym miejscu. Inna widoczna różnica to liczba przechodniów, która zwiększała się tym bardziej im bliżej była głównej ulicy. Przemieszczała się bocznymi uliczkami, w stronę portu. Milicja nie powinna patrolować każdego zaułka w okolicy, a mimo to o mało nie wpadła na dwóch strażników patrolujących teren. Na szczęście zdążyła się w porę schować za ścianą jednego z budynków tak cicho, jak tyko kot potrafi. Została tam do czasu aż ci dwaj ominęli ją i zniknęli jej z oczu, Teraz naprawdę zaczęła się martwić. Jeśli nawet w takiej ciasnej uliczce spotkała żołnierzy, to czy jej plan ma jakiekolwiek szanse na powodzenie? Ale co innego mogła jeszcze zrobić? Wrócić do posiadłości jak gdyby nigdy nic? Nie, zostało w niej jeszcze trochę godności.

Port był już blisko, i nie zamierzała się teraz wycofać. Musi gdzieś znaleźć przemytnika, albo kogoś kto może ją do niego doprowadzić. Wygląda na to, że znów zawita do gospody.

*7

 

Okazuje się, że posiadłość radnego dzieli od mojej raptem parę minut marszu. Z drugiej strony gdzie indziej miałby mieszkać jeden z zarządców miasta. Wszędzie stąd blisko, choć ostatnie wydarzenia zachęcają mnie bym zmienił sąsiedztwo, albo sąsiadów. Przynajmniej jeden z nich daje mi dobry powód.

Zastałem posiadłość taką samą jak zwykle. Przychodzenie tu co jakiś czas staje się dla mnie nieznośną rutyną, co prawda następującą zbyt często jak na mój gust. Goszczenie kogoś stanowi miłą odmianę.

Przechodzę przez żelazną bramę, potem drzwi. Moją uwagę przykuła nieznośna cisza. To samo wrażenie, które odczuwam gdy wchodzę tu po raz pierwszy po latach nieobecności. Nie było jej na parterze toteż wszedłem po schodach na piętro, podszedłem pod próg drzwi pokoju, który jej zostawiłem i zapukałem trzy razy, bez odpowiedzi. Nie zastanawiając się, otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po pokoju. Nie licząc zwęglonego knota lampy oliwnej stojącej na półce obok pościelonego łóżka, nie było w nim śladu zamieszkiwania. Rzeczy Ashany również zniknęły.

Przyłożyłem dłoń do najbliższej ściany i zamknąłem oczy. W myślach ujrzałem obraz pakującej się bestiarianki, która następnie opuszcza dom. Wizja zniknęła gdy znów otworzyłem oczy. Wygląda na to, że nie chce mojej pomocy. „Chyba jej tak nie zostawisz” – usłyszałem zmartwiony głos. „To jedyne miejsce w stolicy w którym jest bezpieczna”.

 – Taką podjęła decyzję, a ja zamierzam ją uszanować. Lecz jeśli znów ją spotkam, a będzie miała kłopoty albo poprosi mnie o pomoc to ją jej udzielę. To wszystko.

Tymi słowami zakończyłem wewnętrzne rozterki. Jednak zdecydowałem się nie przerywać swojego śledztwa. Nawet jeżeli nie pomogę Ashanie, to być może uda mi się uratować kilku nieszczęśników, których w przyszłości czekać będzie podobny los. Dzień się jeszcze nie skończył, a ja wciąż mam kilka rzeczy do zrobienia. Z tą myślą po raz kolejny opuściłem dom.

*8

 

Po tym jak dotarła do dzielnicy portowej, Ashana rozglądała się za najgorzej wyglądającymi spelunami w okolicy. Nie liczyła na to, że od razu znajdzie odpowiednią osobę, ale prawie na pewno odnajdzie kogoś kto ją zna. Kosztowało ją to parę monet, ale opłaciło się, bo po kilku takich wizytach aż trzy osoby w różnych miejscach wskazały tą samą osobę – Sarillon. Ponoć powinna szukać deliana o baranich rogach.

Osobiście za nimi nie przepadała. Po powstaniu licyzmu wielu z nich zwęszyło okazję i ogłosiło się ludem pochodzącym bezpośrednio od boga Lethanela a świadczyć miały o tym ich cechy szczególne – rogi i ogony, ale na tym podobieństwa się kończyły bo prócz rogów, ogona i nagiej, rdzawej skóry nie różnili się niczym od ludzi . A najgorsze jest to, że znaleźli się tacy co im uwierzyli. Szczęśliwie porzucono to przekonanie gdyż w innym wypadku to im stawiano by posągi i świątynie. Jedyną pozostałością po tych ciemnych czasach jest zabobon, iż ugoszczenie deliana przynosi szczęście gospodarzowi.

„Oby chociaż mi przyniósł szczęście” – pomyślała gdy jej oczom ukazała się przystań wraz z morzem. Ashana wzdrygnęła się na myśl o kolejnym rejsie. Ostatnim razem większość czasu przesiedziała pod pokładem, walcząc z mdłościami. Widać nie jest jej pisane życie na statku.

Słyszała, że port w Seras-hor jest największym portem na świecie. Nie wie czy to prawda, ale to z pewnością największy jaki ona widziała. Kamienisty brzeg ciągnie się w obie strony aż końca nie widać. Odstaje od niego wiele długich pomostów, przeznaczonych do cumowania statków i łodzi, również zrobione z kamienia. Jest ich tak wiele że potrzebują własnej numeracji inaczej pogubili by się w nich zarówno marynarze jak i pasażerowie, a Ashana nie wiedziałaby gdzie szukać swojego przemytnika. Z tego co usłyszała w karczmach powinna szukać pod numerem osiemnastym. Tablice z wygrawerowanym numerem były wywieszone na żelaznych słupach przed każdym pomostem. Ashana poszła więc sprawdzić najbliższy z nich. Dwanaście.

Oznacza to że powinna iść w prawo od strony lądu przez kilka minut. W tym czasie musi zachować szczególną ostrożność, zastanawiała się nawet czy nie przejść tej drogi na około, dalej od wybrzeża. A to dlatego że wzdłuż linii brzegowej cały czas kręcą się gdzieś strażnicy celni. Co prawda nie zajmują się poszukiwanymi, ale nie przegapią okazji jeśli jakiegoś znajdą. Pozostaje zatem pytanie: „Jak bardzo wieści o niej się rozeszły?”.

Postanowiła jednaj przejść brzegiem, bo nie zna Seras-hor i nie wie czy nie zgubiłaby się po drodze. Trzymała się ubocza, jak do tej pory, i chyba dobrze jej to wychodzi, bo większość przechodniów nie zwracała na nią najmniejszej uwagi. Do tego stopnia, że niemal zderzyła się z marynarzem przenoszącym drewnianą skrzynię w rękach.

Zerknęła w stronę jednego z okrętów który był w trakcie rozładunku. To stamtąd zszedł marynarz ze skrzynią. Ashana stanęła w ukryciu między dwoma straganami oferującymi złowione ryby i uważniej obserwowała statek, z którego właśnie zaczęli schodzić mężczyźni w szarych przeszywanicach i stalowych czepcach. Celnicy. Widocznie skończyli właśnie sprawdzać nowo cumowany okręt. Odczekała chwilę aż przeszli sprawdzać kolejny, gdy odezwał się do niej jeden ze sprzedawców.

 – Szanowna coś kupuje? Bo towar mam wyjątkowo okazały. – Zaczepił ją niewysoki brodacz.

 – Tylko się rozglądam. – Odparła i czym prędzej odeszła od straganu zanim ten zdążył jej cokolwiek odpowiedzieć. Im mniej ludzi ją zauważy tym lepiej. Nigdy nie wiadomo który z mieszkańców usłyszał ostatnio plotkę o poszukiwanej bestiariance.

Po kilku chwilach sprawdziła jeszcze najbliższą tablicę z numerem. Siedemnaście, była już blisko i od teraz rozglądała się próbując dostrzec w tłumie czerwonawą sylwetkę deliana. Na razie nic, a wokół nie było tłumu ludzi w którym można by zniknąć. Ashana dostrzegła przed sobą osiemnasty słup, wciąż nic. Niby nie oczekiwała stolika z napisem „usługi przemytnicze” stojącego tuż pod tablicą. Ale gdzie ma szukać teraz?

Uwagę Ashany przyciągnął jeden z okrętów przycumowanych do pomostu, oznaczonego osiemnastką. Ten był w trakcie załadunku, co wydawało się jej dziwne, bo towar powinien być teraz sprawdzany przez celników. Weszła dalej na pomost wślad za żeglarzem niosącym beczkę w stronę podejrzanego statku. Ku jej zdumieniu, każdy ładunek jaki wnoszono na pokład, przechodził najpierw przez schludnie ubranego deliana z torbą przewieszoną przez ramię. W ręku trzymał zwój w którym stale coś notował. To pewnie on – pomyślała. A ciężko mówić o pomyłce, biorąc pod uwagę że to jedyny delian jakiego Ashana widziała w Seras-hor.

 – Ty jesteś Sarillon? – spytała.

Mężczyzna oderwał się od pergaminu i mierzył ją przez chwilę wzrokiem.

 – To ja, Sarillon Bokasti. A kto pyta?

 – Dama w potrzebie. Pomogłyby mi twoje usługi – odparła.

 – Moje usługi? Które konkretnie?

Na moment zbił ją z tropu. Widać ma niejedno za uszami.

 – Transportowe, te dyskretne.

 – Rozumiem. Mowa o towarze czy ludziach? – Spytał zwyczajnie jakby rozmawiali nie o przemycie a o pospolitym przewozie.

 – Tylko jedna bestiarianka.

 – Chwileczkę.

Delian sięgnął do torby i wyciągnął z niej kilka zwitków papieru, po czym sprawdził każdy po kolei.

 – Masz szczęście – odpowiedział ze sztucznym uśmiechem. – Za dwie godziny wypływa statek, na którym znajdzie się jeszcze miejsce. Ale zapłata z góry.

 – Ile?

 – Dwadzieścia srebrnych.

 – Dwanaście – odparła Ashana próbując obniżyć cenę na co ten spojrzał na nią z dezaprobatą. Dwudziestu nawet nie ma. Po kilku płatnych informacjach zostało jej tylko siedemnaście srebrnych i pięć miedziaków.

 – To nie bazar żeby się targować. Albo płacisz albo nie płyniesz.

 – W ciągu paru godzin znalazłam imiona kilku przemytników. Jeśli nie obniżysz ceny zwyczajnie pójdę do kolejnego.

Delian rozważał przez chwilę jej słowa.

 – Osiemnaście – podbił.

 – Czternaście.

 – Szesnaście. Niżej nie opuszczę.

 – Zgoda. – Ashana wyciągnęła delianowi pazurzastą dłoń. Uścisnął ją, nie kryjąc swojego podirytowania. Lamparcica następnie wyciągnęła sakiewkę z torby i wysypała monety na otwartą dłoń.

 – Szesnaście, możesz policzyć – powiedziała wręczając zapłatę.

 – Już to zrobiłem. Siedemnaście i pięć, niezgorsza z ciebie oszustka – odparł. – Statek odpływa za dwie godziny – wskazał ruchem głowy ładowany okręt po prawej. – Nie spóźnij się.

Zakończywszy sprawę z przemytnikiem, Ashana zeszła z pomostu z uśmieszkiem na twarzy. Udało się! Jeszcze dziś będzie mogła zapomnieć o uciekaniu i ukrywaniu się. Poszło lepiej niż się spodziewała i pozostało jej tylko zabić jakoś pozostały czas.

*9

 

Dla lamparcicy były to chyba najdłuższe dwie godziny w jej życiu. Zdecydowała się nie odchodzić zbyt daleko, nie opuściła nawet dzielnicy portowej. Wszystko to za sprawą ostrożności i obaw. A to, że jednak z jakiegoś powodu spóźni się na statek, albo że straż znów ją wypatrzy – tym podobne myśli kłębiły się w jej głowie. Dlatego odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie przyszedł czas wejść na pokład. Nie była tylko pewna, czy powinna wejść tak po prostu czy najpierw znaleźć Sarillona. Ten problem rozwiązał się chwilę później, gdy delian sam ją odnalazł.

 – Tu jesteś – zaczepił ją jakby nieco zniecierpliwiony. – Czeka na ciebie miejsce pod pokładem. Za mną.

Ashana podążyła więc za czerwonoskórym szmuglerem na pokład po drewnianej kładce. W tym czasie nie uszły jej uwadze mało dyskretne, ciekawskie spojrzenia niektórych członków załogi, którzy na chwilę odwracali wzrok od pracy by następnie przenieść je w kierunku obcej pasażerki.

 – A oni wiedzą czym się zajmujesz? – spytała zaniepokojona.

 – Każdy z nich dostaje premię w zależności od klienta i towaru. – odparł otwierając klapę włazową. Pod nią znajdowały się schody prowadzące na dolny pokład. Delian wskazał na nie ręką. – Panie przodem.

 – A co z celnikami? – dopytała stawiając kolejne kroki na skrzypiących deskach.

 – Oni też dostają. Niektórzy z nich.

Święta Stolica nie taka znów święta – pomyślała pokonując ostatni stopień. Na dolny pokład docierało niewiele światła, ale lamparcica widziała całkiem dobrze. Od schodów ciągnął się korytarz po którego bokach znajdowało się kilkoro drzwi prowadzących do osobnych pomieszczeń. Nagle za jej plecami dobiegło ją kliknięcie zamykanego włazu. Ashana spojrzała z powrotem na szmuglera, wkładającego właśnie klucze do kieszeni. Nie wiedziała co się dzieje dopóki zza bocznych drzwi nie zaczął wynurzać się cały oddział uzbrojonych gwardzistów.

 – Ty krowi synu! Dostałeś swoją zapłatę – wykrzyczała wściekle gdy tamci ją chwycili.

 – Prawda. Ale okazuje się, że nagroda za twoją głowę wynosi znacznie więcej niż te twoje kilka srebrnych. – Jakby na potwierdzenie jego słów któryś z żołnierzy wręczył mu sakiewkę wydającą metaliczny dźwięk gdy ten ją odbierał.

Zdążyła tylko raz, ale po jego słowach, w przypływie gniewu wyszarpała się żołnierzom by raz zamachnąć pazurami na zdrajcę. Straż odciągnęła ją i skuła nim zdążyła zrobić to po raz drugi.

Ci, którzy spędzali to popołudnie na brzegu, mogli usłyszeć nader głośny oddział przemieszczający się gdzieś w okolicy. Ci, którzy byli na miejscu zaś, mogli zobaczyć gwardzistów wynurzających się spod pokładu ciągnących ze sobą szarpiącą się bestiariankę. Jako ostatni wyszedł delian z krętymi rogami, trzymający prawą ręką sakwę z brzęczącymi monetami. Lewą zaś ręką zasłaniał krwawiącą twarz.

*10

 

Znalezienie Melanvera nie sprawiło mi wiele trudu. Słowo daję, wystarczyło najzwyczajniej w świecie zapytać o drogę któregokolwiek z przechodniów. Ci jednak w pierwszej chwili spojrzeli na mnie, jakbym ich spytał czy słońce jeszcze świeci. Widać że jest tu powszechnie znany, do tego stopnia że większość mieszkańców przynajmniej raz w życiu zajrzała w jego progi. Jakby się nad tym zastanowić, to nie jest to takie dziwne. Magia jest egzotyczna na całym tym świecie, a ludzie potrafią zapłacić niekiedy niedorzeczne sumy by poczuć tę ekscytację z doświadczenia czegoś dla nich obcego. Tym bardziej, że zajmowanie się iluzją przypomina bardziej przedstawienie teatralne aniżeli paranie się niezgłębionymi arkanami wiedzy tajemnej. To właśnie oznacza tu bycie „magiem iluzji”, mniej więcej tyle samo co kuglarzem.

Tak więc mam teraz przed sobą domniemany warsztat, pracownię, biuro czy jak to tu nazywają swoje miejsca przyjęć. Dwupiętrowy budynek zbudowany z kamiennych bloków jak reszta miasta. Wykończenia typu ramy okienne czy spadzisty daszek u progu, wykonano już z drewna a jedyne, co wyróżniało ten budynek od reszty domów w okolicy, to przede wszystkim wielobarwne malunki na ścianach, nieposiadające jednoznacznej treści. Chociaż mi kojarzą się z polem płonących kwiatów, ale kolory dobrane byłyby jakby przypadkowo. Nad drzwiami wejściowymi znajdował się szyld, z wyrytym szpiczastym kapeluszem z jednej strony, i napisem „Pracownia Magiczna” z drugiej. Chwyciłem za klamkę i uchyliłem drzwi. W tym samym momencie zabrzmiał dzwonek zawieszony nad progiem. Wnętrze było…, nie tym czego można by się spodziewać. Promienie słońca padające prosto na moją twarz, trawa ścieląca się pod nogami, potok spływający wśród skał z mojej prawej. A wszystko to doprawione śpiewem ptaków i fruwającymi gdzieniegdzie motylami, przywodzącymi na myśl skrzydlate, kolorowe klejnoty. Jeden z nich – jaskrawoniebieski z czarnymi brzegami skrzydeł, właśnie usiadł na wierzchu mojej dłoni opartej na lasce. Zaciekawiony, sięgnąłem do niego lewą ręką i chwyciłem delikatnie. A przynajmniej tak to musiało wyglądać, bo ja nie czułem żadnego motyla.

 – Witam w mojej pracowni – zabrzmiał lekko zachrypnięty głos, którego właściciel pojawił się nagle znikąd kilka kroków przede mną. – Jesteś tu po raz pierwszy? Bo nie pamiętam bym cię tu kiedyś widział.

Mężczyzna ten osiągnął wiek sędziwy już jakiś czas temu. Przerastałem go co najmniej o głowę, na której to utrzymywały mu się ostatnie siwe włosy wokół przeważającej je łysiny. Ubrany był w białą koszulę, przykrytą rozpiętym brązowym serdakiem i pasującymi do niego lnianymi spodniami. Pomimo wieku, na jego twarzy wciąż panował szczery, młodzieńczy uśmiech.

Mógłby przypominać sołtysa albo doświadczonego rzemieślnika, ale mi na maga nie wyglądał, ani tym bardziej na kogoś, kto chętnie przyczyniłby się do czyjejś śmierci.

 – Tak, jestem tu pierwszy raz – odpowiedziałem wypuszczając motyla z ręki.

 – Dość przekonujące.

 – Staram się by takie były. Więc, o co chodzi? Czy to teatr znów chciałby pomocy przy spektaklu? A może to przez zbliżające się święto rogatego zstąpienia?

Czego do cholery? Mniejsza o to.

– Nie przychodzę w sprawie usług. Melanver, zgadza się? Mam kilka pytań na które muszę znaleźć odpowiedzi.

 – A na jakie to pytania tylko ja mogę dać odpowiedź? – Spytał wciąż będąc w pogodnym nastroju.

 – O robotę, jaką wykonywałeś dla radnego Orthlana trzydzieści lat temu. Na niedługo po pożarze.

Magowi nagle zniknął uśmiech z twarzy, a iluzja otoczenia którą stworzył wokół, zaczęła się rozmywać w niektórych miejscach.

 – Nie wiem o czym pan mówi. Jeśli nie chodzi o zamówienie iluzji, to proszę opuścić moją pracownię. – Mag zwrócił się do mnie plecami i już miał odejść w swoją stronę.

 – Czy nie przeszkadza ci, że pomogłeś skazywać na śmierć niewinnych ludzi? – rzuciłem nim zdążył znów zniknąć. Usłyszawszy pytanie znieruchomiał.

 – Ilu już zabito przez ten dokument? A może czujesz dumę, bo to o kilku niewiernych mniej na świecie – przycisnąłem go jeszcze bardziej. Tego mag nie mógł znieść w milczeniu.

 – To nie miało tak wyglądać! – Wykrzyczał mi w twarz. – Nie na to się pisałem! Ale nim zrozumiałem czego naprawdę chciał Orthlan było już za późno.

Odczekałem moment by ochłonął.

 – Opowiesz mi o tym? – spytałem.

 – A co zrobisz jeśli ci powiem?

 – Niezależnie od tego co usłyszę, zakończę to szaleństwo. Możesz być tego pewien. Pomożesz mi w tym?

Starzec zastanawiał się chwilę. W końcu wymamrotał coś pod nosem i pokręcił głową z rezygnacją. Kilka kroków od niego pojawił się mały stolik z dostawionymi krzesłami. Mag wskazał go ruchem dłoni i sam do niego zasiadł. Zrobiłem to samo.

Chwilę później zaczął swoją opowieść.

*11

 

Nastał późny wieczór, gdy wyszedłem z pracowni Melanvera. Z tego powodu postanowiłem że zajrzę do ratusza następnego ranka. I oto jestem. Ratusz to zdecydowanie jeden z największych budynków w mieście. Biały, podobnie jak większość miejsc publicznych. Pokonawszy kilkadziesiąt stopni w górę, stanąłem przed otwartymi wrotami wejściowymi. Zwykle nie zamyka się ich w ciągu dnia, gdyż co chwilę ktoś przez nie przechodzi, nawet teraz. Zwróciłem wcześniej uwagę na ponad normalny rozmiar ratusza. Strach pomyśleć jaki zamieszanie bym tu zastał, gdyby był mniejszy, bo już teraz panuje tu nie gorszy ruch i gwar niż na targu. Nie zważając na to miałem zamiar odnaleźć gabinet radnego, gdy nagle usłyszałem rozmowę dwóch kapłanów, których właśnie mijałem.

 – Przepraszam, mógłbyś powtórzyć? – odezwałem się do jednego z nich.

 – Ach, pokój ci bracie – przywitał mnie kapłańskim pozdrowieniem. Nie ma sensu tłumaczyć im teraz błędu.

 – Właśnie rozmawialiśmy z bratem Monte o tej heretyczce która do niedawna była ścigana – wtrącił się drugi.

 – Do niedawna? To znaczy że już nie jest?

 – Nie, bo schwytano ją wczoraj – odezwał się ten o imieniu Monte. – Nie znane mi są szczegóły, ale jej los wydaje się przesądzony. Mają ją sądzić już dziś.

 – Widać wyrok już jej zaplanowano. Nie widziałem jeszcze by dzień procesu nadszedł tak prędko. Jawna kpina z prawa – poskarżył się drugi.

 – Ale jeszcze się nie rozpoczęła, prawda – spytałem z niepokojem.

 – Nie, ale raczej nie przyjdzie nam długo czekać.

Czyli muszę się pospieszyć.

 – Dziękuję wam za te nowiny. Czy moglibyście mi jeszcze wskazać drogę do aresztu?

Moje pytanie wyraźnie ich zdziwiło, ale pokazali mi drogę.

Do cel więziennych prowadziły wąskie schody, po których zszedłem na podziemne piętro. Nie znoszę więzień. Ma to związek z pewną osobliwą cechą opiekunów. Każdy z nas ma słaby punkt, którego konsekwencje bywają katastrofalne. Ale to nie ten moment. Po schodach trafiłem na równie wąski korytarz, zakończony ciężkimi, okutymi drzwiami obok których stało dwóch strażników.

 – Stać! Kim jesteś i w jakim celu przychodzisz – krzyknął pierwszy widząc jak się zbliżam.

 – Chcę się widzieć z więźniem.

 – W areszcie sądowym nie ma odwiedzin. Odejdź jeśli nie chcesz przenocować w jednej z cel.

Spojrzałem strażnikowi prosto w oczy, na co ten się lekko wzdrygnął.

 – Jestem obrońcą asystującym. Zbliża się rozprawa i nie mam czasu na dyskusje.

Mężczyzna wyglądał na zbitego z tropu. Mówią że oczy to zwierciadła duszy. W moich ludzie widują różne rzeczy.

 – P… Proszę o wybaczenie bracie, nie poznałem – wyjąkał w odpowiedzi a następnie otworzył drzwi.

 – Zaprowadź mnie do celi bestiarianki. Trafiła tu wczoraj.

Potwierdził skinięciem głowy i otworzył drzwi. Wszedł pierwszy, a ja zaraz za nim. Strażnik, który przez ten czas milczał został po drugiej stronie.

Cele były odgrodzone żelaznymi kratami z lewej strony przejścia. Z prawej zaś, stała jedynie ściana z wąskimi okienkami pod sufitem, które wpuszczały światło dzienne, jedyne źródło światła. Co jakiś czas zawieszono jeszcze pochodnie, zapewne zapalane w nocy.

Rozglądałem się po celach. Większość stała pusta, dlatego szybko zauważyłem skulony kształt w kącie jednej z nich.

 – Otwórz, chcę wejść – nakazałem strażnikowi.

Ten zdjął pęk kluczy z pasa i otworzył kratę.

 – Zostaw nas samych.

 – Jest brat pewien? Ona może być niebezpieczna.

Przenosiłem wzrok ze strażnika na przybitą lamparcicę, i z powrotem.

 – Nie wydaje mi się. Możesz odejść.

Wciąż czujny, jednak posłuchał i oddalił się pod drzwi wejściowe. Lamparcica nawet nie drgnęła gdy wchodziłem. Znalazłszy się dostatecznie blisko niej, zacząłem odczuwać nieznośny ból. Nie świadczy to dobrze ani dla mnie, ani dla niej.

 – Ashano – zawołałem na co uniosła głowę z kolan i obrzuciła mnie obojętnym wzrokiem.

 – To ty?

 – Ja. – Klęknąłem zrównując nasze spojrzenia. – Wszystko z tobą w porządku?

Prychnęła na to, jakby usłyszała nieśmieszny żart.

– Nic nie jest w porządku. Zawiodłam. Zawiodłam swoich ludzi. – odparła i z powrotem opuściła głowę. Po jej słowach ból przybrał na sile, aż mocniej zacisnąłem dłoń na lasce.

Powiedziała mi, że przybyła do stolicy by walczyć z uciskiem, jaki wywiera licyzm na tych, którzy głoszą inne wyznanie. Wiedziałem, że kryje się za tym coś więcej, i to chyba czas na tę rozmowę.

 – Wysłucham wszystkiego czym zechcesz się podzielić.

Wpierw milczała w bezruchu, jakby wszytko wokół straciło znaczenie. Miałem znów zabrać głos, ale Ashana w końcu się odezwała.

 – Pochodzę z wioski w Azalanie – zaczęła przecierając oczy. – Spędziłam tam prawie całe życie. Pamiętam dokładnie polowania z rodzicami, zabawy z przyjaciółmi, święta przesileń – mój ulubiony czas. Tańce, muzyka i pieśni. – Uśmiechnęła się na wspomnienie o tym ostatnim. – Inni zawsze mnie namawiali żebym zagrała. Byłam najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem….

Przerwała zbierając myśli i łapiąc oddech.

 – Potem zjawili się wierni. Zaczęli się osiedlać w Azalanie, coraz bliżej naszych lasów. Ledwo co wybudowali pierwsze domy i już zaczęli uważać wszystkie ziemie w pobliżu za swoją własność. Niedługo potem zaczęły się spory, później starcia.

Powiedziałem że licyzm jest pokojową religią. Ale niezależnie od jej wpływów, nie da się całkowicie zaprzestać waśniom na świecie. W końcu wyznawcy to tylko ludzie.

 – Dołączyło do nas kilka innych bestiariańskich plemion z okolicy. Myśleliśmy że przepędzimy obcych, ale nasi ginęli a tamtych ciągle przybywało. Nie mieliśmy szans. Ale wierni też odczuli skutki wojny i w pewnym obie strony miały dość. Zaczęły się rozmowy pokojowe. Ale nawet wtedy nie potrafili spojrzeć na nas jak równym sobie! Tylko jedno się dla nich liczyło, dlatego złożyli nam propozycję – przestaną zasiedlać las pod warunkiem, że oficjalnie przyjmiemy licyzm jako swoją religię. Wyobrażasz to sobie?! – zwróciła się do mnie. – Najeżdżają nas, traktują nas jak zwierzęta i jeszcze chcą narzucić nam swoją ideologię.

 – Zgodziliście się – wtrąciłem jej się w zdanie.

Zacisnęła pięści, niemal raniąc się własnymi pazurami, a ja musiałem się wysilić by nie osunąć się na ziemię. Jej martwota mnie zabija.

 – Tak, zgodziliśmy. Choć tylko na pokaz, bo nikt od tak nie porzucił tego w co wierzył całe życie. Ale nie mogliśmy już celebrować starych zwyczajów. Wioska się odtąd zmieniła. Jakby odebrano nam barwy czyniące nas tym kim byliśmy. Kochałam swój dom! A oni mi go odebrali.

Ból znów się nasilił. To się zaczyna robić niebezpieczne.

 – Opuściłam rodziców by coś tu zdziałać a skończyłam na ucieczce, więzieniu i wyrokiem śmierci nad głową.

Schowała twarz za rękami opartymi na kolanach. Nie jestem w tym dobry. Wiem czego potrzebuje ale obecny ja nie zrobi tego dość dobrze. Zanurzyłem się wgłąb, do miejsca wewnątrz mnie samego gdzie tylko ja mogę zajrzeć. Miejsca przypominającego pustkę, gdzie ukazały mi się dwie niewyraźne postaci spowite jasnym światłem. Takim jak ja sam. Pierwsza postać stała prosto niewzruszona. Druga zaś, pochylona okazywała swój ból trzymając się za pierś prawą ręką, lewą opierając na długim kosturze. Postacie stały oddalone nieco ode mnie i siebie nawzajem. Zabrałem głos i odezwałem się do jednego z nich.

 – Wiem, że nie miewasz się teraz zbyt dobrze, ale ty najlepiej się z nią uporasz.

Ten z kosturem uniósł głowę i skinął potwierdzająco.

 – W porządku, pomogę jej – odpowiedział spokojnym głosem.

Zaczęliśmy się do siebie zbliżać w równym tempie by następnie zamienić się miejscami.

 – Wasza dwójka jest zbyt krucha – zagadał trzeci. – Może to ja powinienem być naszym przedstawicielem.

Wątpię by to faktycznie rozważał. Zastanawiam się jak to możliwe byśmy wszyscy byli jedną osobą. Ten moment trwał w rzeczywistości zaledwie ułamek sekundy. Gdy minął, znalazłem się z powrotem w celi obok lamparcicy. Czułem się inaczej, czułem więcej. Choć moja główna strona odznacza się trzeźwym umysłem i doskonałym osądem, to zdecydowanie brakuje jej empatii. Czasem ciężko pomagać gdy nie potrafisz w pełni kogoś zrozumieć. Zbliżyłem się bardziej do lamparcicy, położyłem rękę na jej ramieniu i odchyliłem tak by spojrzała wprost na mnie. W jej oczach dostrzegłem krople łez.

 – Nigdzie jeszcze nie skończyłaś – odpowiedziałem pewnym ale łagodnym tonem.

– I nikogo jeszcze nie zawiodłaś. Póki żyjesz, masz siłę i trochę wiary w swój cel to wciąż jest szansa. Jeszcze za wcześnie by tracić nadzieję. – Moje słowa do niej docierały, bo czułem jak ból przemijał.

 – I nie zostawię cię z tym samej. Więc zamiast się zamartwiać klęską, której nie poniosłaś pomyśl, co zrobisz gdy stąd wyjdziesz. Bo jeszcze dziś cię stąd wyciągnę.

Łzy spłynęły po jej policzkach gdy skończyłem. Ashana nagle oparła głowę o moje ramię a jej długie uszy zaczęły ocierać się o mój podbródek. Ja w odpowiedzi objąłem ją drugą ręką.

 – Na pewno? – spytała pociągnąwszy wcześniej nosem.

Nie wytrzymałem i buchnąłem śmiechem, który pewnie usłyszał nawet strażnik przy drzwiach.

 – Tak, na pewno – odparłem gdy już się opanowałem.

Podniosłem się z kolana, stając na równe nogi, a lamparcica wraz ze mną.

 – No to…co robimy? – spytała ocierając oczy rękawem.

 – Mam plan, ale zaraz zacznie się twój proces. Brakuje mi jednego elementu.

Naszą rozmowę przerwał odgłos otwierających się drzwi wejściowych, zza których wynurzył się młodo wyglądający brunet. Nosił płaszcz kapłana, zapięty pod samą szyję. Pod ręką niósł kilka zwiniętych zwojów. Kierował się do celi Ashany wraz z jednym ze strażników. Zdziwiło go, że przebywa w niej ktoś prócz więźnia.

 – Jestem Hamon, obrońca. Przydzielono mnie do bestiarianki oskarżonej o herezję – oznajmił. – A kim brat jest?

 – Miło mi. Oskarżona wybrała mnie na obrońcę asystującego – opowiedziałem kierując wzrok na Ashanę.

 – Rozumiem. Ale w dokumentach nie ma nic o asyście.

 – Proszę mi to wybaczyć, ale przez ten nagły termin nie zdążyłem podpisać odpowiednich formularzy.

 – Hm…, chwileczkę.

Kapłan przejrzał szybko przyniesione zwoje i wyciągnął jeden z nich.

 – Na brata szczęście i ja nie zdążyłem ich jeszcze złożyć. Może się brat wpisać, o ile oskarżona podpisze wniosek – powiedział wyciągając zwój oraz pióro stojącej obok mnie lamparcicy.

 – Dobrze… – przyjęła dokument nieco speszona.

Rozwinęła zwój i podpisała, a następnie odebrałem go jej by samemu podpisać. Hamon odebrał ode mnie zwój i sprawdził czy wszystko się zgadza. Krzywo spojrzał w miejsce, gdzie wpisałem swoje imię, ale tego nie skomentował. Mógłbym używać fałszywego imienia, ale tego nie zrobię. Dlaczego? Duma, poniekąd. Nie chcę zabrzmieć pretensjonalnie, ale kłamstwa nie przystoją opiekunom. Ja sam nie znoszę kłamstw, ani tym bardziej nie znoszę udawać kogoś kim nie jestem.

– Skoro wszystkie formalności zostały już dopełnione to musimy udać się na salę rozpraw.

 – Poczekaj chwilę proszę – zwróciłem się do kapłana.

 – O co chodzi?

 – Muszę z tobą coś uzgodnić. Najpierw pytanie. Czy naprawdę chcesz ją uchronić od śmierci, czy robisz to tylko dlatego bo to twoja praca?

Podczas gdy Ashana prychnęła na moje pytanie, Hamon spojrzał na mnie z widocznym oburzeniem, i zdaje się gniewem.

 – Wie brat ilu heretyków broniłem? Siedmiu. W ciągu trzech lat, odkąd tylko dostałem tę pracę. Żaden obrońca nie ma tylu spraw z ich udziałem. Dlaczego? Bo gdy tylko usłyszę o incydencie, jestem pierwszym który składa wniosek. Dlaczego?! Bo jeśli kto inny zostanie przydzielony do heretyka, to najgorszy wymiar kary jest niemal pewny!

Zdecydowanie się zdenerwował. Jednak kolejne słowa wypowiedział z większym spokojem.

 – Większość obrońców i część sędziów siedzi na łaskach radnego Orthlana. Ten szaleniec przeprowadza czystki wszędzie, gdzie da radę sięgnąć. Ale radny Monabi popiera moje przekonania, i używa własnych wpływów by jak najwięcej spraw trafiało do mnie.

Uspokoiło mnie to nastawienie.

 – Tylko tyle chciałem wiedzieć – odparłem z lekkim uśmiechem. – Posłuchaj, wiem jak rozwiązać sprawę na naszą korzyść, ale potrzebuję czasu. Zrób co możesz by przedłużyć rozprawę. Przyjdę jak najszybciej.

 – Chwilę, dokąd brat idzie – spytał zmieszany widząc, że zamierzam ich opuścić.

 – Po dowód rzeczowy. Dogadajcie się z Ashaną.

Hamon stał tak przez moment, póki nie zniknąłem mu z oczu. Potem chciał się odezwać do Ashany, ale uciął wpół słowa widząc jak ta najwyraźniej próbuje zabić go wzrokiem.

Wchodząc po schodach na wyższe piętro zmieniłem się z powrotem miejscami z moim drugim „Ja”. Emocje, które czułem zaledwie przed chwilą nagle zostały stłumione. A ja znów wróciłem do dawnego siebie. „Mógłbyś się sam nauczyć. To nic trudnego okazać trochę współczucia”.

 – Wszyscy mamy swoje role.

*12

 

By dostać się do gabinetu radnego, musiałem minąć kilku strażników porozstawianych na każdym piętrze. Dodajmy, że gabinet Orthlana znajdował się na trzecim. Jako że nie mam uprawnień by przebywać na którymkolwiek z wyższych pięter to nie pozostało mi nic innego jak się zakraść. Pokój urządzony był dość wystawnie – kilka pozłacanych figurek na półkach szafek, zaraz obok ciężkich ksiąg, obrazy w kosztownych oprawach. A w samym środku stało ciężkie, białe biurko, pozłacane na krawędziach i wykończeniach. Jak dla mnie za dużo tu świecidełek. Poza tym wolę srebro.

Ale dość o wystroju wnętrz, mam mało czasu. Proces pewnie już się zaczął więc muszę znaleźć wreszcie ten dekret. W normalnych okolicznościach przeszukałbym stopniowo cały pokój. Jednak tym razem, rozejrzałem się nieco innym wzrokiem. Patrząc na księgi na półkach natychmiast poznawałem ich treść. Patrząc na rzeźby poznawałem ich twórców. A patrząc na biurko widziałem drzewo rosnące gdzieś w gęstej puszczy by następnie zostać pocięte, zbite gwoździami i pomalowane białą, ołowianą farbą. Skupiłem się dłuższą chwilę na tym ostatnim. Ten blok drewna zdawał się coś jeszcze skrywać. Położyłem dłoń na blacie i zacząłem powoli przesuwać ją po blacie.

 – Ciepło, coraz cieplej… – powiedziałem opuszczając dłoń do najniższej szuflady. – I… gorąco.

Otworzyłem szufladę, w której znajdował się cały stos starych papierów. Ale żaden z nich nie był tym którego szukałem. Wyjąłem całą zawartość szuflady i położyłem na blacie biurka. Przyglądałem się podejrzliwie pustej szufladzie. Stuknąłem knykciem w dno dwa razy. Przycisnąłem róg dna który zapadł się pod moim naciskiem a przeciwna strona nagle odskoczyła. Drugie dno. Wyciągnąłem kawałek deski i odłożyłem na bok. Pod nią leżał zwinięty pergamin owinięty wyblakłą, czerwoną wstęgą. Rozłożyłem dokument, upewniwszy się że o właśnie ten mi chodzi. U góry wielkimi literami widniał napis „Spis Praw Paragraf 311”. Przejrzałem szybko jego treść. Wtedy na mojej twarzy pojawił się zwycięski uśmieszek.

Nagle ktoś otworzył drzwi gabinetu. Mężczyzna wpierw zlustrował mnie z gniewnym wyrazem na twarzy, od którego wyskoczyło mu kilka żył. Wtem przypomniał mi się opis radnego, który wydał list gończy za Ashaną – starszy, łysy, krótka siwa broda. Ale się ucieszy – pomyślałem.

 – Co do… – urwał wpół zdania, gdy zauważył otwartą szufladę i pergamin w moich rękach. Otworzył oczy tak szeroko, jakby te zamierzały wyskoczyć z oczodołów.

 – Radny Orthlan jak mniemam – odpowiedziałem chowając pergamin do wewnętrznej kieszeni płaszcza.

 – Straż! Złodziej! – krzyknął przez otwarte drzwi. – Oddaj mi ten dokument.

 – Ani myślę. Następny proces będzie twój.

 – Zdechniesz zanim zdążysz coś powiedzieć.

Do gabinetu wkroczyło pół tuzina strażników, uzbrojonych w halabardy gotowych wypełnić każdy rozkaz radnego.

 – Zabić! Więzień zginął stawiając opór.

Może dwóch spojrzało na towarzyszy z niepewnością. Reszta zaś już szykowała się do ataku. To już zaszło za daleko. Ten człowiek jest przegnity jak stary pniak. „Wystarczająco ciekawie? Jest twój.” – zawołałem raz jeszcze. „Z przyjemnością” – odpowiedział mi inny głos. Znów zamieniłem się miejscami z innym wcieleniem. Jest nas trzech, a każdy jest mną. Pierwszy to uzdrowiciel, pragnący obdarzać nadzieją. Drugi, reprezentujący całą trójkę, godność pełen szacunku do innych jak i do siebie. Ostatni to nieprzejednany egzekutor, ego. Gdy zajął moje miejsce, ogarnęły mnie irytacja i lekki gniew. Wpadł mi też do głowy pewien plan. Pstryknąłem palcami. W tym samym momencie, wszyscy strażnicy zaczęli padać z hukiem na ziemię. Taki drobny pokaz siły dla naszego radego. Mężczyzna oniemiał, szykował się do ucieczki, ale drzwi się przed nim zatrzasnęły. Same z siebie.

Spojrzałem na swoją dłoń, i nagle poczułem dyskomfort wynikający z mojej obecnej formy. Jest nas trzech, a każdy ma inną twarz. Nie interesuje mnie, co pozostała dwójka myśli o zmianie postaci dla dobra ogółu. Ja NIE MUSZĘ się ukrywać. Zacząłem przemianę. Na moich palcach pojawiały się szpony, poczułem też wyrastający ogon. Moje ciało porosło czarnym futrem, nie licząc głowy. Na niej nie miałem nawet skóry. Tyko smoczą czaszkę, z tlącymi się jak ogniki w oczodołach, błękitnymi oczami. Tak mnie zapamiętali, tak wygląda obecny ja. W takiej postaci zbliżałem się do radnego który w panice chwycił halabardę jednego ze strażników.

 – N… Nie zbliżaj się – wyjąkał wymachując ostrym końcem.

Z każdym moim krokiem postawionym w jego kierunku radny stawiał drobny krok w tył. W pewnym momencie potknął się o ciało strażnika leżącego na podłodze. Upadł pod ścianą i podniósł się tyko do pozycji siedzącej. Chwycił raz jeszcze upuszczoną przed chwilą halabardę i wyciągnął jej ostrze w moim kierunku. Ja w odpowiedzi machnąłem leniwie ręką a broń nagle wyskoczyła mu z rąk i znalazła się na drugim końcu gabinetu.

 – Nie! Proszę!

 – Zabawne. Na ile takich próśb pozostałeś głuchy? Na ile cierpień pozostałeś niewzruszony?

Chwyciłem jego głowę rozwartą dłonią. Jego oczy wywróciły się białkami do góry, a jego ciało ogarnął paraliż. Przyszło mi do głowy by zwyczajnie zgnieść mu czaszkę, ale tabu opiekunów i tak dalej. Poza tym miałem lepszy pomysł.

 – Od teraz, gdy tylko zmrużysz oczy, nawiedzać cię będą ci, których skrzywdziłeś. Będziesz słyszał ich krzyki i czuł ich ból jak swój własny. A koszmar się nie skończy dopóki i twój krzyk nie dołączy do chóru. I tak raz za razem. Nie zaznasz spokoju.

Puściłem radnego, który osunął się na ziemię pozbawiony przytomności. Skoro mam już to po co przyszedłem, to teraz pozostaje mi tylko pójść na rozprawę. Rozbawiła mnie ta myśl. Wparować z impetem na salę sądową w tej formie. Mogłoby być zabawnie. „Bez szans” – wtrąciła się moja inna część.

 – Żartuję. I tak nie lubię oficjalnych zgromadzeń. To twoja rola.

„Nie żebym cię osądzał, ale czy czasem nie przesadziłeś?”

 – Jego dusza wyląduje w dolinie cieni, chyba że wcześniej wyhoduje sobie sumienie. Gdy to nastąpi, klątwa zniknie. Zwyczajnie daję mu szansę.

„Istnieją inne metody”

 – Nie zasłużył na nie. Chcesz się zamienić, czy może mam urzeczywistnić swoje fantazje?

„Gdybym mógł teraz westchnąć, to bym to zrobił. Ale masz rację, czas ucieka”. Zmieniłem postać na ludzką gdy tylko wróciliśmy na miejsca. Rozejrzałem się po pozostawionym przeze mnie bałaganie i pomyślałem czy by nie zmienić im wspomnień. Jednak dałem sobie z tym spokój. Strażnicy praktycznie nic nie widzieli. A radny? A co miałby powiedzieć? Że zaatakował go potwór? Albo że ich bóg zstąpił na ziemię by go ukarać? Chciałbym to zobaczyć. Opuściłem gabinet w pośpiechu.

Nazywam się Lethanel, to moje prawdziwe imię. Z biegiem czasu ludzie przeinaczyli je, szukając nawiązań w swojej kulturze. Nie jestem bogiem, jestem opiekunem. Bogowie są czymś zgoła innym. Spotkałem ich wielu, a za większością z nich nie przepadam.

*13

 

Hamon wraz z Ashaną i pilnującymi ją strażnikami przekroczyli próg Sali sądowej. Przypominała ona audytorium o kształcie półokręgu. Najwyższe miejsca zajmowali widzowie – zwykli mieszkańcy oraz inni zainteresowani sprawą. Wśród nich największą uwagę zwracał radny Monabi, zwierzchnik Hamona. Najniższy poziom sali przeznaczony był dla oskarżonych i strażników. Zaś pomiędzy najwyższym a najniższym poziomie, zasiadali przysięgli i główny sędzia. Sytuacja nie przedstawiała się zbyt dobrze dla Ashany. Hamon nie miał z czego stworzyć linii obrony. Wielu gapiów słyszało ją i widziało. Jedyne co mu pozostaje to namieszać ludziom w głowach tak, by umniejszyć jej winę w ich oczach. W tym celu przed rozpoczęciem rozprawy sugerował jej okazanie żalu i skruchy. Ashana najwyraźniej nie była w nastroju do rozmów. Odkąd weszła na salę, swoją postawą przypominała rozdrażnione zwierzę gotowe do ataku. Miał co do tego złe przeczucia.

Odczytano zarzuty, do których należały obraza przedstawiciela licyzmu, podżeganie wiernych i zniesławienie imienia Letha. Następnie siwowłosy sędzia zwrócił się do lamparcicy z pytaniem.

 – Czy chciałabyś się odnieść do przedstawionych zarzutów?

Jej odpowiedź kompletnie zniweczyła jego plany.

 – Wtedy nie wiedziałam, że jesteście takimi fanatycznymi bufonami.

Zebrani zaczęli szeptać między sobą oburzeni, a Hamon z wrażenia zakrył twarz dłonią. Sędzia na zachowanie zgromadzonych stuknął dwukrotnie młotkiem żądając ciszy. Obrońca z trudem przekonał sędziego by ten przymknął oko na skandaliczne zachowanie bestiarianki, jako że w jej stronach maniery nie grają większej roli w miejscach publicznych. Oczywiście zmyślał na bieżąco.

Cały w nerwach poprosił sędziego o krótką przerwę. Ale na dalsze działania nie miał pomysłu.

 – Co ty wyprawiasz?! – podniósł głos na Ashanę gdy znaleźli się już poza salą. – Tak ci spieszno pod topór?!

 – Nie będę się przed nimi płaszczyć! – odpowiedziała mu równie wrogo.

Hamon zaniemówił. Stara się by ją jakoś wybronić a jej nawet na tym nie zależy.

 – Ja ci próbuję pomóc, a ty z całych sił mi to utrudniasz.

 – Nikt cię o to nie prosił. Wszystkich was mam już dość! I jeśli mój upór ma mnie wpędzić do grobu, to niech tak będzie. Nie będę błagać o litość.

Na chwilę oboje zamilkli. W tym czasie ogłoszono wznowienie rozprawy i pozostali uczestnicy ponownie zapełniali salę.

 – I to najlepsze co możesz zrobić? – odezwał się Hamon. – Widziałem ludzi skazanych na stos. Pamiętam ich krzyki. Nie ma nic chwalebnego w takiej śmierci. Wierz mi, nie chcesz tak zginąć. A ja nie chcę tego znów oglądać.

Słysząc to jej gniew nagle osłabł, ale nie zamierzała zmieniać zdania.

 – Więc wybrałeś złe miasto.

Ashana przerwała rozmowę i wróciła na salę sądową. Pozostawiony bez innych opcji Hamon wszedł za nią. W takiej sytuacji najgorsze scenariusze przychodziły mu na myśl. Nic więcej nie był w stanie zdziałać. Przypomniał sobie jeszcze o asystującym obrońcy. Nie sądził by jego obecność by wiele zmieniła, ale może pomógłby mu przemówić bestiariance do rozsądku.

Pomieszczenie na nowo się zapełniało. Hamon również zajął swoje miejsce obok lamparcicy. Na znak oficjalnego wznowienia postępowania sędzia stuknął raz młotkiem.

 – Ufam że odpowiednio wykorzystał dany bratu czas – zwrócił się sąd do Hamona.

 – Owszem wysoki sądzie. Dlatego muszę ogłosić iż nie można uwzględniać w sprawie wypowiedzi oskarżonej, jakiekolwiek by one nie były – odparł prawnik ku zdziwieniu zebranych. Szczególnie Ashany.

 – Co ma brat na myśli?

Hamon wiedział że nie może nic zdziałać w tradycyjny sposób. Musiał więc posunąć się do nieczystych zagrań. Obrońca wystąpił przed piedestał opuszczając swoje miejsce.

 – Dowiedziałem się że oskarżona umyślnie próbuje wpływać na decyzje sądu by otrzymać wyrok śmierci.

 – Przykro mi to słyszeć – skomentował sędzia obojętnym tonem. – Ale nie ma to znaczenia w sprawie.

 – Czy aby na pewno?

 – Co ma mecenas na myśli? – Zmrużył podejrzliwie oczy.

 – Czy postępowanie oskarżonej nie wydaje się dziwne, a wręcz podejrzane? Pojawia się na publicznym wystąpieniu i znieważa po kolei każdą formę licyzmu. Wysoki sądzie, trzeba być skończonym głupcem, by czynić takie rzeczy na oczach tłumu wiedząc, jakie są tego konsekwencje.

 – Coś ty powiedział?! – wyrwała się lamparcica. Lecz gdy tylko wstała z miejsca strażnicy jej pilnujący natychmiast ją przytrzymali.

 – Może brat wyjaśnić do czego zmierza? Bo odnoszę wrażenie że marnuje brat nasz czas.

 – Już wyjaśniam – odparł teatralnie chowając ręce za plecami. – Otóż nie da się ukryć, iż sytuacja w Azalanie jest dość napięta. Do teraz trwają spory z miejscowymi przez nie tak dawne rozpowszechnienie licyzmu w tych stronach. W każdej chwili może dojść do rebelii. Gdyby tylko dać im odpowiedni pretekst.

Szmer wezbrał śród zgromadzonych rozważających możliwość przedstawioną przez obrońcę. Podobnie Ashana, która niemal zamarła na brzmienie własnego domu w tak nieoczekiwanych okolicznościach.

 – Twierdzi brat że oskarżona próbuje wzniecić bunt swoją śmiercią? – spytał dociekliwie sędzia.

 – Uważam że należy rozważyć taką możliwość – odparł Hamon.

Wiedział jedno – nic nie zdziała bezczynnością. Postawiony w sytuacji bez wyjścia postanowił stworzyć sobie nowe. – Oskarżona próbowała zginąć z rąk znienawidzonych władz, ale prawo nie przewiduje kary śmierci dla buntowników. Musiała więc podnieść wagę swojej zbrodni – kontynuował swoją zmyśloną historię, lecz robił to z taką pewnością i powagą że chyba nikt na sali nie potrafiłby puścić jej mimo uszu. Wątpliwość, niepewność. Odpowiednio wykorzystane potrafią stać się potężnym orężem na każdym polu bitwy. Miał tylko nadzieję że to wystarczy.

 – Wysoki sądzie, w takich okolicznościach oskarżona jest nie tyle winna herezji, co zwykłego buntu. Jednak jako że jest to zarzut na inną rozprawę toteż wnoszę o umorzenie obecnej.

 – Lecz rozumiem iż są to jedynie przypuszczenia niepoparte żadnymi dowodami – odezwał się ktoś z przeciwnej strony. Był to jeden z przysięgłych zasiadających obok głównego sędziego. – I na tej podstawie wnosi brat o umorzenie?

 – Nawet jeśli to domysły, to przez samą świadomość zagrożenia należałoby przynajmniej przeprowadzić śledztwo. Po zakończeniu postępowanie zostałoby wznowione – bronił się Hamon.

 – Muszę się zgodzić z bratem. To wciąż za mało – poparł tamtego sędzia.

 – To prawda.

Nagle oczy wszystkie spojrzenia padły na Ashanę.

 – Próbowałam namówić współplemieńców by zwrócili się przeciw wyznawcom – przyznała się lamparcica.

Na Sali po raz kolejny rozbrzmiały ożywione dyskusje i komentarze na temat nagłego wyznania.

Hamon skiną aprobująco na Ashanę. W końcu zaczęła współpracować – pomyślał.

 – Ufam że teraz mój wniosek zostanie rozpatrzony?

Nareszcie coś zaczęło się dla nich układać. Może jeszcze mają szansę na zwycięstwo.

 – Rozpatrzony, tak. Jednak wspomniał mecenas o umorzeniu postępowania. Nadal nie widzę ku temu powodu – stwierdził sąd.

Niedobrze – pomyślał Hamon. Ta cała szarada nie ma sensu, jeśli lamparcica i tak zostanie skazana.

 – Bracie sędzio, motywem oskarżonej nie było odrzucenie religii a władzy, dlatego nie powinno się jej o to oskarżać – brnął dalej obrońca.

 – Nawet jeśli jest winna buntu, nie oznacza że herezja również nie należy do jej występków – oznajmił chłodno. – A teraz, jeśli brat skończył, będziemy kontynuować rozprawę.

Wrota niższego poziomu nagle rozwarły się z głośnym skrzypnięciem. Wszyscy zgromadzeni nagle oderwali wzrok od obrońcy by dostrzec wchodzącego na salę mężczyznę.

 – Proszę wybaczyć mi to spóźnienie – odezwałem się przechodząc przez próg – ale pewna sprawa wymagała mojej uwagi.

 – Kim brat jest? Jesteśmy w środku rozprawy – zwrócił mi uwagę sędzia.

 – Jestem obrońcą asystującym. Zostałem wpisany w protokół.

 – To prawda wysoki sądzie – potwierdził Hamon. – Byłem tego świadkiem.

Sędzia nakazał podać sobie zwinięty pergamin który to następnie rozłożył przed sobą i wnikliwie przyjrzał się treści.

W międzyczasie zerknąłem na Ashanę i Hamona, którzy najwyraźniej myśleli, że już się nie zjawię.

 – Obrońca asystujący Lethanel?

Na sali rozbrzmiały nawet nie szepty, tylko wyraźne okrzyki oburzenia. Wśród nich można by wyróżnić takie komentarze jak „bluźnierca!”, „świętokradca” i oczywiście „herezja”.

 – Tak mam na imię – odpowiedziałem zarówno sędziemu jak i gawiedzi. – A jeśli z tego powodu ktoś chciałby mnie o coś oskarżać tedy sugerowałbym najpierw zakończyć obecny proces – dokończyłem tak by usłyszeli mnie ci najgłośniejsi.

 – Jak już wspomniałem jesteśmy w trakcie postępowania – odparł sędzia wyraźnie zirytowany moją postawą. – I jeśli ma zamiar brat dołączyć, to niech mecenas wyjaśni sytuację. I radzę się pospieszyć, obrona już nadużywa mojej cierpliwości.

Skinąłem sędziemu na potwierdzenie i skierowałem się do Hamona. Wyjaśnił mi swoją próbę zmiany oskarżenia i streścił naprędce wydarzenia z czasu mojej nieobecności.

 – Dobra robota. Resztę zostaw mnie.

 – Obyś wiedział co robisz. – odparł pełen obaw.

Zamiast zająć miejsce wyszedłem na środek sali.

 – Mecenas powiedział mi o swoich podejrzeniach. Lecz nie zgadzam się z nim w jednej kwestii. Nie oskarża się za motyw, a za faktyczne działanie. Zarzuty w tej sprawie to obraza radnego, podżeganie i zniesławienie patrona Letha. Sam ostatni zarzut podpada pod herezję. Zatem nie ma wątpliwości co do przewinienia.

Jak raz publiczność wzięła stronę obrony. A skoro mowa o obronie, to kątem oka zauważyłem Hamona piorunującego mnie wzrokiem. Sędzia zaś spojrzał na mnie jakby rozbawiony, ale jednocześnie z ledwo wyczuwalną pogardą.

 – Muszę powiedzieć że nie najlepiej sprawdza się brat w swojej roli – skomentował. – Lecz muszę przyznać bratu rację.

Na mojej twarzy pojawił się chytry uśmieszek. Pora zaczynać.

 – Znakomicie, skoro tę kwestię mamy już za sobą to chciałbym zaprezentować pewien dokument.

Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni i wyjąłem zwój. Następnie podszedłem pod piedestał przy którym zasiadał sędzia i podałem mu zwitek. Ten wziął dokument, rozwinął po czym zaczął przeglądać treść.

 – To dekret o herezji – stwierdził. – Jak ten dokument znalazł się w brata posiadaniu? – spytał głośno, oskarżycielskim tonem.

 – To bardzo dobre pytanie. Jak sąd zapewne wie, ten dekret powinien spoczywać w archiwach. Jednak odnalazłem go gdzie indziej. Co ważniejsze, proszę zerknąć na spód.

Sędzia przeglądał chwilę pergamin. Gdy wreszcie zauważył to co miałem na myśli, to z niedowierzania zbladł i zerwał się z miejsca.

 – Co to ma znaczyć?!

 – Dokładnie to na co wygląda. Na dokumencie brak podpisów zatwierdzających! – ogłosiłem na całą salę a tłum zabrzmiał raz jeszcze.

 – To nie może być oryginał – odparł niedowierzając własnym oczom.

 – Pokaż mi to – odezwał się ktoś w pierwszym rzędzie. Był to postawny mężczyzna w szacie kapłańskiej lecz bardziej wystawnej – pełnej ornamentów a gdzieniegdzie wysadzanej drogimi, niewielkimi kamieniami.

 – Btat Monabi. Oczywiście – odparł sędzia, a następnie przekazał dekret.

Radny również przejrzał dokument i wyciągnął nad nim dłoń. Sygnet na jego palcu wskazującym zaczął jarzyć się białym światłem a na papierze, jakby w odpowiedzi, pojawił się wzór przedstawiający wydłużoną, rogatą czaszkę na tle otwartej księgi – pieczęć miasta.

 – Jak to możliwe? – zwrócił się do mnie radny pokazując pieczęć. – Sprawdzałem ten dokument, wszystkie podpisy się zgadzały.

 – Tamte podpisy były iluzją stworzoną przez maga Melanvera. Na zlecenie osoby, u której odnalazłem ten dekret chwilę temu.

 – Kogo? Kto to zlecił?

 – Radny Orthlan. Nakazał magowi stworzyć iluzję by ustanowić nowe prawo.

 – Ale to oznaczałoby że… – wtrącił się sędzia.

 – Że prawo ustanowiono bezprawnie, więc herezja nigdy nie była przestępstwem, a ta rozprawa nie ma racji bytu! – podsumowałem.

Na Sali wybuchł taki chaos, którego żaden autorytet nie był w stanie powstrzymać. Zebrani podnieśli się z miejsc i zaczęli krzyczeć między sobą, również ławnicy. Zdawało się że zaraz dojdzie tu do rękoczynów. Ashana przyglądała się zdezorientowana całemu zajściu pojmując jedynie, że tym razem się jej upiekło. Z kolei Hamon zdawał się być w nie mniejszym szoku niż cała reszta. Z początku nikt nie podjął się próby zaprowadzenia porządku. Sędzia spuścił wzrok i przykrył dłonią twarz próbując zmierzyć się rzeczywistością. Właśnie zrozumiał, że sam również skazał bezpodstawnie kilku ludzi którzy teraz obciążą jego sumienie. Inicjatywę przejął radny Monabi okazał więcej opanowania. Najpierw ogłosił zawieszenie rozprawy, a następnie rozkazał obecnym gwardzistom wyprowadzić z sali wszystkich cywili, pozostawiając jedynie bezpośrednio zaangażowanych – sędziego, ławników, którzy zdążyli się już uspokoić, Hamona, Ashanę i mnie.

Po chwili wywalczonej ciszy głos ponownie zabrał radny.

 – Po prostu cudownie! Przez najbliższe dni miasto spotka się z największym zamętem w historii. A wszystko to przez twoje pochopne działania. – Ostatnie słowa skierował w moją stronę. – Powinieneś najpierw zgłosić się ze sprawą do mnie, albo do radnego Salisa. Wtedy przynajmniej złagodzilibyśmy niepokoje. Stawił nas brat w nieciekawym położeniu.

 – Nie wiedziałem komu można ufać – odparłem. – Już się przekonałem o skuteczności prawa. Tym sposobem miałem pewność że nikt nie zdoła zataić zajścia.

 – Mniejsza z tym. Skoro już doszło do zaistniałej sytuacji, to będę musiał szybko podjąć odpowiednie kroki.

 – Rozumiem że waszmość będzie miał teraz dużo spraw na głowie, ale muszę potwierdzić wasze stanowisko w związku z rozprawą – wtrącił się Hamon. – Gdyż jak rozumiem przestępstwo herezji nie istnieje. Czy zatem pozwana jest wolna?

 – W żadnym wypadku. Za herezję faktycznie nie zostanie skazana. Jednak sam ją oskarżyłeś o bunt a ona się przyznała na oczach świadków. Będzie więc musiała za to odpowiedzieć.

Sędzia powinien być podobnego zdania.

Radny zwrócił się do sędziego, który w odpowiedzi skinął niemrawo głową na potwierdzenie.

 – Tak…oczywiście.

 – Bez żartów! To był przecież…

 – Zgadzam się z radnym – przerwałem lamparcicy nim nie powiedziała kilku słów za dużo. – Kolejny proces powinien się odbyć niezwłocznie.

 – Zatem jedną sprawę mamy z głowy. Wybaczcie bracia ale muszę was opuścić. – odparł kierując się do wrót wejściowych. – Tamci gapie na pewno już się rozgadali na prawo i lewo – dodał w stronę sędziego i ławników którzy wraz z radnym zaczęli opuszczać salę.

Jeszcze nim przekroczyli próg, głosu udzieliła rozgniewana lamparcica.

 – To teraz jeszcze mają mnie sądzić za coś czego nie zrobiłam!? A ty jeszcze go poparłeś? – wykrzyczała aż zacząłem się martwić, że tamci zwrócą na nią uwagę.

 – Spokojnie, to ci tylko wyjdzie na korzyść – odparłem ku jej zdumieniu.

 – Że co? Jak?

 – Hamonie, jaki byłby prawdopodobny wyrok dla buntownika?

 – Banicja ze Świętej Stolicy, a także wykluczenie ze społeczności religijnej buntownika i wszystkich jego stronników – odparł recytując fragment spisu praw.

 – Zgadza się. A ponieważ Hamon wskazał całe twoje plemię to wykluczenie będzie obowiązywać także twoich rodaków. Powiedziałbym że należą mu się gratulacje.

Powoli do niej docierało, że na jej oczach wypełnia się to czego od początku pragnęła.

 – Czy to znaczy że…

 – Moje gratulacje. Teraz możesz wrócić do domu.

 – Jednak przed nami wciąż jeszcze jeden proces – wtrącił się Hamon. – Dopiero po tym będzie mowa o opuszczeniu miasta.

Lamparcica nie odpowiadała. Stała tak ze wzrokiem wbitym w podłogę i opuszczonymi w tył uszami. Czy nie powinna się w takiej chwili cieszyć?

 – Ashano, wszystko w porządku? – spytałem.

 – Ja…tak, ale….

Cokolwiek chciała powiedzieć nie szło jej za dobrze.

 – Odkąd pamiętam wszystko czego potrzebowałam zdobywałam sama. Poza rodziną nikomu niczego nie zawdzięczałam. Ja…nie wiem co powiedzieć.

Prychnąłem z rozbawienia.

 – Chyba ją przytłoczyliśmy – zagadałem do Hamona, który następnie zabrał głos.

 – Zapewniam, że nie musisz mi za nic dziękować. To moja praca którą wykonywałem z przyjemnością. A dzisiaj… – obrońcy podniósł się głos jakby, do tej pory wstrzymywał emocje – dziś nastał najlepszy dzień w mojej karierze! Właśnie runął przepis z którym walczyłem odkąd zacząłem pracę. To JA jestem wdzięczny. To wydarzenie nie miałoby miejsca bez waszej dwójki. A ty – wskazał mnie palcem – musisz mi powiedzieć jak ci się to udało.

 – Wtedy musiałbym być twoim następnym klientem – odparłem. Jakby na to nie spojrzeć w ciągu swojego śledztwa dwa razy wtargnąłem na cudzy teren i teoretycznie ukradłem dokument z gabinetu najwyższego urzędnika państwowego. Nawet jeśli dokument skradziono wcześniej, a urzędnik był kanalią.

Jednak Hamon na mój komentarz jedynie parsknął śmiechem.

 – No dobrze, trzymaj swoje tajemnice…Lethanelu.

Jakoś nie poczułem się dotknięty. Zakończywszy nasze przekomarzanki, ponownie zwróciłem się do Ashany której zaczął udzielać się nasz nastrój.

 – Sama widzisz, cała przyjemność po naszej stronie.

Ledwo dokończyłem zdanie, gdy lamparcica rzuciła się między mnie a Hamona obejmując nas obiema rękami. W takich chwilach obecny ja nie wie co ze sobą zrobić i sterczy jak słup. Może by się zamienić? Niepewnie objąłem ją prawą ręką. Powinno wystarczyć. „Idiota” – usłyszałem głos w umyśle.

– Dziękuję wam obu. – Ashana ścisnęła nas w iście żelaznych objęciach. Ja tam przeżyję, ale zacząłem martwić się o Hamona który po chwili zaczął szturchać jej ramię.

 – Czy…możesz…proszę… – wycedził przez zęby.

 – Tak, jasne. – Puściła nas gdy już się pozbierała. Postawiła krok w tył, schowała ręce za plecami i zwróciła się do Hamona.

 – Przepraszam za wcześniej. Byłam wredna bo jesteś kapłanem.

 – Nie ma o czym mówić, ale współpracuj proszę na następnej rozprawie. A skoro przy tym jesteśmy – zwrócił się do mnie – czy możemy ponownie liczyć na twoją asystę?

 – Obawiam się że nie.

Rozweselone twarze tej dwójki nagle stężały w zdumieniu.

 – Dlaczego? – spytała Ashana.

 – Twoja pomoc bardzo nam by się przydała. Dziś pokazałeś, że nawet sam mógłbyś pełnić rolę adwokata.

 – Dziękuję za propozycję, ale muszę już wyjeżdżać. Poza tym jestem pewien, że poradzicie sobie beze mnie.

 – Zwyczajnie odejdziesz, po tym wszystkim co zrobiłeś? – spytała zawiedziona.

 – Tak – odparłem krotko spuszczając wzrok.

To nie tak że nie chcę. Ja po prostu nie mogę tu dłużej zostać. Z prostego powodu – nie należę do tego świata. Gdy materia przedostaje się do innej rzeczywistości, zostaje ona przez tę rzeczywistość odtrącana. Staje się jak patogen, którego świat próbuje się pozbyć, odepchnąć. Niedawno zacząłem to odczuwać. Mogę to zwalczyć, zostać siłując się z naturalnym porządkiem. Wtedy jednak świat zaczyna „chorować”, rozpadać się. Oznacza to że nasz czas w innej rzeczywistości jest mocno ograniczony.

 – I prawdę mówiąc nie wiem czy was jeszcze zobaczę.

 – Nie zmienisz zdania? – Spojrzała na mnie z przygnębioną miną.

Pokręciłem przecząco głową. Wbiła przez chwilę wzrok w podłogę, potem z nowym wyrazem twarzy dodała coś jeszcze.

 – Nie znałeś mnie gdy wtedy za mną poszedłeś. Mimo to wziąłeś na siebie moje problemy, uratowałeś mnie. Nie zapomnę tego. – Uśmiechnęła się promiennie. – I cokolwiek zamierzasz życzę ci tyle szczęścia ile sam dajesz.

Potem uniosła ręce szykując się na jeszcze jeden uścisk. Lecz wstrzymała się.

 – Czy drugi raz to za dużo? – spytała.

Gdybym miał ludzkie serce to teraz zabiłoby mocniej. Dlatego tak chętnie mieszam się w sprawy śmiertelnych. Po pewnym czasie od zostania opiekunem stopniowo przestawałem odczuwać silniejsze emocje. Taka nieznośna apatia od której bardzo chciałem się uwolnić. Potem odkryłem, że gdzieś kryje się sposobność.

 – Hm… – Zmrużyłem oczy i uniosłem kącik ust w półuśmiechu. – Nie – dodałem po czym sam się do niej zbliżyłem i objąłem. Odwzajemniła mój gest.

Staliśmy tak przez moment wtuleni w siebie jakby miał być to ostatni raz gdy się widzimy.

 – Oby i tobie się powiodło.

Zabrałem od niej ręce puszczając ją. Hamon przyglądał się tej scenie niczym widz na przedstawieniu teatralnym, dopóki ponownie nie zwróciliśmy na niego uwagi. Chyba byliśmy dla niego godną rozrywką.

 – Mnie wystarczy uścisk dłoni – skomentował ku naszemu rozbawieniu.

Spełniłem jego prośbę i wyciągnąłem do niego dłoń.

 – Zawitasz jeszcze do stolicy?

 – Pewnie tak, kiedyś.

 – Więc czuj się zaproszony.

 – Nie omieszkam zajrzeć.

 – Ciebie też postaram się kiedyś odwiedzić – przeniosłem wzrok na lamparcicę.

 – Przecież nie wiesz gdzie akurat będę. Ja sama nie wiem.

 – Nie będzie to duży problem. – Ashana zmrużyła podejrzliwie oczy na mój komentarz.

Gdy się już pożegnałem, skierowałem się w stronę wrót na niższym poziomie. Chciałem się upewnić, że nikt zauważy jak znikam. Mgnienie oka później nie stałem już w korytarzach ratusza. Teraz miałem przed oczami panoramę Seras-hor. Kilka wielkich budowli, zwieńczonych wypukłymi kopułami. Ratusz, biblioteka, teatr, który niegdyś służył za silos z zapasami. Prócz tego całe mrowie nowych kamienic o płaskich dachach, i kilka odrestaurowanych willi w złotej dzielnicy, które ledwo stały gdy je ostatnio widziałem. Stoję na dachu dzwonnicy katedry Arh Sanan, której nazwa oznacza „nowy początek”. Wybudowano ją niedługo po tym gdy pierwsi osadnicy przybyli na tę wyspę i rozbudowywali ją z każdą dekadą. Jest to obecnie najwyższa budowla zarówno w mieście, jak i na świecie. Każdy świat się zmienia, to miasto również. Opiekunowie powstali kierować te zmiany na właściwe tory. Nie oznacza to oczywiście, że mamy kończyć każdą wojnę i zapobiegać każdemu nieszczęściu, nie. To ludzie zmieniają świat. My mamy im to tylko umożliwić.

Nagle odczułem impuls, przez który na chwilę zakręciło mi się w głowie. Była to mieszanka myśli i emocji skomponowanych w specyficzny rodzaj wiadomości.

 – Wygląda na to że powinienem już iść.

*14

 

Rzadko mam okazję tu zawitać. Stąpam tu po czymś, co wygląda na ciemną taflę wody na której z każdym moim krokiem tworzyły się świetliste kręgi, znikających po krótkiej chwili. Wokół mnie zaś, w powietrzu wisiały niezliczone szklane kule. Po przyjrzeniu się, w każdej z nich pojawiał się przypadkowy obraz. Sceny z różnych kul różniły się tak bardzo że prędzej czy później nasuną się pewne myśli – piękne, niesamowite, niemożliwe. Są to okna do innych światów, zgromadzone w jednym miejscu. Co ciekawe, to jak wyglądają zależy od osoby która akurat sprawuje pieczę nad tym miejscem. Najważniejsza strefa w całym Wszechdrzewie – serce. Tutaj ma ono na nas szczególny wpływ. Wystarczy chwila skupienia na danej kuli a przepłynie przez ciebie cała jej esencja – myśli wszystkich mieszkańców, widok z każdego zakątka, cała jej historia.

Od zawsze nad tym miejsce sprawował pieczę któryś z opiekunów. Ma on za zadanie czuwać nad każdą z kul i informować innych opiekunów, gdy w którejś z nich dzieje się coś niedobrego.

Tak więc, przed sobą mam czysto biały piedestał, na którym stał starzec w równie białej szacie. Szczególną uwagę przyciągał złoty medalion spoczywający na jego piersi.

 – Mediusie, chciałeś się ze mną widzieć? – odezwałem się do mężczyzny.

 – Tak. Niedawno wyczułem naruszenie filaru, Lethanelu. Jednego z twoich – filaru nadziei.

 – Faktycznie, miałem trudną chwilę, ale jak widzisz nic mi nie jest.

 – To się dzieje coraz częściej. Musisz z tym skończyć.

 – Z czym dokładnie!? Z wykonywaniem swojej pracy? A może ze swoją egzystencją, bo jestem wam solą w oku.

 – Dobrze wiesz, że nie to mam na myśli!

Na chwilę obaj zamilkliśmy. Ta rozmowa nigdy nie była łatwa dla żadnego z nas.

 – Gdybyś chociaż zajął stanowisko jednego z trójcy.

 – Z trójcy powiadasz. Mam zająć twoje miejsce? Albo w archiwum i ślęczeć nad księgami? To zadanie Oriasza, jest w tym najlepszy. A może chcesz usadzić mnie w zaświatach, żebym na wieczność użerał się z umarlakami i mógł uświadczyć opowieści, które dawno już minęły. Spasuję.

 – Jeśli to rozwiązałoby problem, to oddałbym ci to stanowisko. A jeśli chodzi o zaświaty – wszyscy wiedzą że to ty powinieneś tam być. Gdyby nie twój ośli upór.

 – Wszyscy wiedzą też, że jestem najlepszym wędrowcem. To moje miejsce.

 – Stało się ono zbyt niebezpieczne. A ty masz aż trzy filary, które mogą runąć.

 – Po prawdzie, liczyłbym dwa. Trzeci z jakiegoś powodu nigdy nie został naruszony.

Poczułem jak jednemu z moich „ja” właśnie poszybowało ego. O ironio.

 – Nawet jeśli, to wystarczyłoby obalić jeden by padły wszystkie.

 – Ty powinieneś wiedzieć najlepiej, że mnie ciężko złamać.

 – Ryzyko jest zbyt duże. Obalenie opiekuna to tragedia sama w sobie, obalenie ciebie – to byłaby katastrofa. Narażasz nas wszystkich.

 – Poradzę sobie z ryzykiem. Jak zawsze.

 – Dlaczego się tak upierasz?

 – Bo jestem dumny z tego kim jestem i z tego co robię. Nie pozwolę sobie tego odebrać. Ani naruszeniom, ani wam. To odpowiedź wszystkich moich filarów. A teraz wybacz, mam swoje sprawy.

Wybrałem jedną z kul i użyłem jej by opuścić serce.

Za każdym razem to samo.

Koniec

Komentarze

Konradzie1399, opo­wia­danie li­czą­ce ponad 80000 zna­ków, nie wcho­dzi do gra­fi­ku dy­żur­nych, więc ci nie mają obo­wiąz­ku go czy­tać. Tak dłu­gie opo­wia­da­nie, choć­by było świet­ne i do­sko­na­le na­pi­sa­ne, nie może też li­czyć na no­mi­na­cję do piór­ka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka