- Opowiadanie: CharliseEileen - Wiadomość Pana Tuta

Wiadomość Pana Tuta

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wiadomość Pana Tuta

Ogromny, kanciasty budynek z czarnego metalu spowija mrok nocy. Willę otacza wysokie ogrodzenie z hartowanego szkła. Jego przejrzysta faktura lśni delikatnie, gdy po jego powierzchni pną się kolejne fale fioletowych elektro spięć. 

– Ale się skubany urządził, co nie, Re Harachte? – zagaduje malutki człowieczek i zaczyna w zamyśleniu głaskać się po długiej, szarej brodzie. Jego kolorowe tatuaże na zwiotczałej skórze odsłoniętych przedramion zdają się poruszać w zimnym świetle ledowych lamp.

Tuż obok niego staje łysy wielkolud w pobrudzonym czymś białym podkoszulku. Ma tak rozbudowany kark, że jego krótka, pękata szyja niemal zupełnie ginie w górze mięśni. Na wielkiej klatce piersiowej mężczyzny kołysze się ciężki, złoty łańcuch. Re Harachte spluwa solidnie w bok i rzuca:

– Widać, na co poszła nasza kasa. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy sami proszą się o kłopoty. – Staruszek przytakuje gorliwie i odwraca się w stronę dziewczyny, która wciąż beztrosko opiera się o jeden z trzech zaparkowanych nieopodal, srebrnych motocykli. Ta spogląda w niewielkie lusterko i ze skupieniem niespiesznie obrysowuje wydatne usta ciemną szminką.

– Jesteś gotowa, Nachbet?

– Mandulis, czekam, aż się napatrzycie na tę ruderę, już dobrych pięć minut – prycha, a wtedy niesforny kosmyk intensywnie różowych włosów wymyka się z wysokiego końskiego ogona i opada jej na oczy. Odgarnia go nerwowo za ucho i dodaje: – Załatwmy to jak najszybciej. Jestem umówiona z Chonsu na dziesiątą.

– Czy wy przypadkiem nie zerwaliście? – wtrąca się potężny mężczyzna, teatralnie udając zdziwienie. – A niech to, wygląda na to, że znów coś mnie ominęło!

– Nie twoja sprawa, Re – obrusza się dziewczyna, a jej słowa giną w ochrypłym rechocie wielkoluda.

Wciąż zanosząc się od śmiechu, Re Harachte podchodzi do domofonu przy szklanym ogrodzeniu. Grubym palcem naciska odpowiedni panel na dotykowym ekranie.

- Rezydencja pana Ahtisaari, słucham – skrzeczy mechaniczny głos.

– Jesteśmy umówieni. Jak chcesz, to sprawdź sobie w kalendarzu. – W odpowiedzi pełzający po szkle fioletowy blask gaśnie, a przed trójką gości otwiera się przejście.

Nim przekraczają próg, Re Harachte sprawnym ruchem aktywuje swoje mechaniczne bransolety, które ciasno opinają jego szerokie nadgarstki. Urządzenia ożywa, wibrując, a wtedy powierzchnia obu bransolet zaczyna rozkładać się metalowymi płatami. Chwilę później pięści wielkoluda osłonięte już są szczelnie twardą powłoką, która biegnie aż do wysokości łokci. Mężczyzna z zadowoleniem parę razy zgina i prostuje stalowe palce i dopiero potem przekracza granicę posesji.

Tuż za nim niespiesznie podąża Nachbet. Ciemne oczy osłania jej prostokątna powierzchnia z niebieskiego tworzywa. Na jej tafli raz po raz rozbłyskują cyfrowe kody i symbole, które tylko ona potrafi rozszyfrować. Gdy idzie, nie patrzy pod nogi, a zamiast tego wodzi spojrzeniem po ścianach budynku. Dotyka prawego boku swoich okularów, by zmienić parametry i stwierdza z niezadowoleniem:

– Faktycznie, to nie dom, tylko jakaś warownia. Będziesz miał masę roboty, żeby to rozbroić, Mandulis.

– W 2117 nie takie systemy wysadzałem w powietrze – skrzeczy człowieczek z dumą. Kulawym krokiem, próbuje nadążyć za resztą, jednak mechaniczne protezy nóg co chwilę zacinają się i z żałosnym piskiem domagają naoliwienia.

– Ale to było z pięćdziesiąt lat temu… – Nachbet z powątpiewaniem odwraca się do towarzysza i podchodzi do niego, by pomóc mu z kapryśnym mechanizmem.

– Otóż to, kochana – sapie staruszek, gdy powracają do przerwanego marszu. Łożysko przy sztucznych ścięgnach amputowanej nogi znów gładko zaczyna pracować.

Przy drzwiach wejściowych czeka już na nich robot lokaja. Twarz maszyny została zaprojektowana według fabrycznych standardów. Giętki, biały, a przy tym lekko przejrzysty materiał układa się w łagodne, regularne rysy. Resztę ciała również okrywa pancerz z jasnego tworzywa, który skrywa cicho pracujące mechanizmy najnowszej technologii.

– Dzień dobry – wita ich i lekko skłania głowę, tak jak został zaprogramowany.

Re Harachte, Nachbet i Mandulis podążają za robotem korytarzem oświetlonym przy posadce mętnym błękitnym blaskiem. Czarne ściany widoczne od zewnątrz, w środku okazują się szybami. Za przydymionym szkłem wzdłuż budynku biegnie świetlista łuna wysokiego ogrodzenia.

Przechodzą do przestronnego salonu, który ktoś urządził w surowym, sterylnym stylu. Honorowe miejsce zajmuje czarny, lśniący fortepian, który od progu przykuwa wzrok. Tuż przy instrumencie czeka już na nich wysoki, a przy tym przeraźliwie chudy mężczyzna. Stoi wyprostowany jak struna z rękami założonymi do tyłu, a luźne, ciemne ubranie wisi na nim nędznie. Na widok gości, po jego niezdrowo pożółkłej, przypominającej wosk twarzy przemyka cień, który pogłębia i tak już liczne zmarszczki.

– Cześć, profesorku! – grzmi Re, klaszcząc z brzękiem w opancerzone dłonie. Profesor Ahtisaari spogląda na nie z wyraźnym niepokojem i z trudem przełyka ślinę. – Coś niespecjalnie dziś wyglądasz.

Chudy mężczyzna poprawia na nosie okrągłe okulary w drucianych oprawkach i nieznacznie unosi ciężkie, sine powieki.

– Ostatnio mam problemy… ze snem – tłumaczy słabym głosem, w którym pobrzmiewa nutka rezygnacji:

– Ne dziwię ci się.

Po tych słowach zapada ciężka cisza, którą przerywa piskliwy głos Mandulisa:

– Przepraszam, młody człowieku, gdzie znajdę toaletę?

– Do końca tym korytarzem i w lewo. HN-3 cię zaprowadzi – odpowiada profesor zbity z tropu tym pytaniem.

– Sam sobie poradzę – prycha tylko staruszek i gestem ręki opędza się od robota, który właśnie rusza w jego stronę. – Daj mi spokój!

Gdy Mandulis znika z pola widzenia w towarzystwie pobrzękiwania swoich protez, Re Harachte z impetem opada na wąską, obitą czarną skórą sofę. Nachbet po krótkim zastanowieniu decyduje się oprzeć barkiem o oszkloną szybę tuż przy wejściu. Zaplata ramiona na piersi i zastyga tak, nieruchomo wpatrzona w gospodarza.

– Pan Tut serdecznie pozdrawia i pragnie tylko wyrazić najszczerszy żal, że próby znów nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

Policzki profesora drgają niebezpiecznie i nagle mężczyzna wybucha:

– Oczekujecie ode mnie niemożliwego! Chcecie, żebym stworzył dla was zabójczą maszynę o biologicznym ciele człowieka. Wymagacie, choć nie macie najmniejszego pojęcia, ile funduszy, przeprowadzonych badań, a przede wszystkim czasu potrzeba, by zrobić chociaż jeden krok w dobrą stronę.

– Co jak co, ale na brak naszych pieniędzy nie mogłeś narzekać. Czasu też miałeś aż nadto – zaczyna powoli wielkolud, każde słowo cedząc uważnie przez zęby. Podnosi się przy tym z sofy, nie odrywając oczu od profesora.

– Re, za trzy, dwa, jeden… – wtrąca się Nachbet. Dwa palce trzyma przy drobnej dousznej słuchawce, której nie sposób zauważyć, jeśli nie stoi się tuż obok.

Dziewczyna daje znak towarzyszowi i w tej samej chwili potężne spięcie rozsadza wszystkie lampy w pomieszczeniu i na korytarzu. Elektryczne fajerwerki towarzyszą przeraźliwemu wrzaskowi alarmów, który wprawia w drżenie ściany i podłogę.

– Mandulis, ucisz to! – krzyczy ze złością Re Harachte.

Nie mogę. To zabezpieczenie zdalne – cmoka ten z niezadowoleniem w słuchawce wielkoluda.

Pod pretekstem skorzystania z toalety, rozbroił już pierwszą osłonę zabezpieczeń. We wnęce przy wejściu do łazienki znalazł gniazdko z wejściem USB, co w zupełności mu wystarczyło, by rozerwać na strzępy główne oprogramowanie sterujące całym budynkiem.

Jego zwinne palce tańczą szaleńczy taniec na przezroczystej klawiaturze przenośnego sprzętu, który wcześniej podłączył do głównego systemu, podczas gdy dosłownie dziesięć metrów dalej, w tym samym czasie Nachbet i wielkolud jednocześnie spoglądają na chudego mężczyznę.

W czerwonym blasku awaryjnego oświetlenia zaciska palce na malutkim pilocie. Trzęsie się przy tym na całym ciele, choć ciężko stwierdzić, czy wciąż ze złości, czy już ze strachu.

– Osz ty, mały, parszywy… – zaczyna Re, jednak zanim kończy, do salonu wpada pięć robotów okrytych czarnymi kuloodpornymi pancerzami. Każdy z nich w mechanicznej ręce dzierży broń wycelowaną prosto w intruzów.

Jednak to nie maszyna pierwsza naciska na spust.

Nachbet z brutalną precyzją trafia jednego z robotów prosto między sztuczne oczy, a potem w trzy strategiczne punkty, gdzie mechanizm jest najdelikatniejszy. Jej pocisków nie jest w stanie zatrzymać żaden pancerz, nawet najnowszej generacji.

Chwilę potem salon zalewa może łusek i kul. Dziewczyna kuca za sofą i ze spokojem wypisanym na twarzy wyczekuje na odpowiedni moment, by znów zaatakować. Re Harachte tymczasem z furią rzuca się na najbliższego robota, który marnuje pół magazynku na strzały na oślep. Wielkolud, rycząc wściekle, zaciska stalowe palce wokół szyi maszyny i z głuchym zgrzytem wyrywa mu głowę. Z korpusu zwisają żałośnie dymiące kabelki.

Dziewczyna znów się wychyla. Na pierwszej linii strzału stoi profesor, który jak zaklęty obserwuje całą scenę na środku salonu. Jakimś cudem kule go omijają. Przez chwilę Nachbet celuje w mężczyznę, który pustym, wręcz obojętnym wzrokiem wpatruje się w sam środek muszki jej broni. Z sykiem irytacji zmienia jednak zdanie i nie odrywając oczu od profesora, oddaje kilka strzałów w maszynę, z którą bije się Re. Robot całym ciężarem osuwa się na niego bezwładnie, a mężczyzna kopniakiem odpycha sztuczne truchło prosto na elegancki fortepian. Czarny instrument zapada się w sobie z okropnym, ciężkim brzękiem.

Rozbrzmiewa kilka ostatnich strzałów i zapada zupełna cisza. Nikt nawet nie zauważył, gdy Mandulis uporał się z wyjącymi syrenami alarmu. Wokół podziurawionych resztek maszyn i zdewastowanych mebli, leży również profesor. Nachbet z cichym kliknięciem składa swój pistolet, który teraz mieści się jej w dłoni i wkłada go z powrotem z tyłu za pasek spodni.

Dopiero wtedy podchodzi do mężczyzny i pochyla się nad nim tak, że fala różowych włosów zupełnie przysłania jej twarz. Profesor dyszy ciężko, ręką z całych sił uciskając prawy bok. Pomiędzy jego palcami spływa leniwie gęsta krew, która nie wsiąka już w zupełnie przemoczony materiał koszuli. Zgubił gdzieś okulary, a jego ciemne oczy w czerwonym świetle zyskują zwierzęcy wyraz.

– Dostał rykoszetem. – Prostuje się i rzuca niepewnie w stronę swojego towarzysza: – Co z nim robimy?

Re Harachte przechodzi do niej, miażdżąc pod butami to, co pozostało z robotów. Całą twarz ma poobcieraną i umazaną brunatnym smarem, a mimo to uśmiecha się szeroko, gdy decyduje:

– Wiesz co, Nachbet, zostawmy go tu. Przemyśli sobie, tak na spokojnie, raz jeszcze projekt pana Tuta i może w końcu wpadnie na jakieś dobre rozwiązanie.

Dziewczyna wzrusza ramionami i wychodzi za wielkoludem z salonu, który wygląda teraz, jakby przez jego środek przeszło tornado. Na korytarzu czeka już na nich Mandulis i cała trójka, jak gdyby nigdy nic, opuszcza willę profesora.

Nagle w mroku nocy rozbrzmiewa zduszony krzyk Nachbet:

– No nie, złamałam paznokieć!

Niski śmiech Re Harachte brzmi zupełnie jak warkot odpalanych motorów, które z piskiem opon ruszają wraz ze swoimi jeźdźcami prosto do siedziby pana Tuta.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć :-)

Chadzasz na skróty. Mam na myśli mnogość przysłówków. “Ciężka cisza, słaby głos, okropny, ciężki dźwięk, itd.” Powiedz mi, co jest żałosnego w “dyndających kabelkach”, bo nie wiem?

Twoje głęboko, daleko, wysoko może się całkowicie różnić od mojego. Podobnie rzecz się ma w niespiesznie, szybko…

To technikalia, z którymi możesz się zgadzać lub nie. Daję Ci opinię jako czytelnik, który ma własne preferencje i może się okazać, że ktoś inny odpierze to zupełnie inaczej. Do przemyślenia.

Ale jest coś jeszcze o co muszę zapytać. O czym jest to opowiadanie? 

Chwilę potem salon zalewa może łusek i kul.

Morze! Gdzieś wcześniej mignęło mi też sformułowanie “tańczyć taniec” → masło maślane, do poprawki.

Fajnie było przeczytać ten kawałek, znając już Nachbet z poprzedniego opka, no i przy okazji wiedziałam też, kim jest Chonsu. Po tym tekście klaruje już mi się trochę obraz tego świata i ekipy dziewczyny. Choć pewnie dla szerszego gremium lepiej by było, by pojawiło się dłuższe opowiadanie, które i wprowadzi solidnie w świat, i przedstawi bohaterów.

Czas teraźniejszy… no, nie jestem fanką. Momentami czytało mi się płynnie, ale od czasu do czasu zacinałam się tam, gdzie zdecydowanie bardziej pasowałby mi czas przeszły. Ale może to niekoniecznie kwestia warsztatu, bo bardzo rzadko zdarza mi się czytać teksty w takiej perspektywie. Zerknęłam sobie do wcześniejszego opka, Sektora 7G – trochę mnie zaskoczyło, że tam też jest czas teraźniejszy, bo nie pamiętałam, by mi to wtedy zgrzytało. Więc może mam taki dzień po prostu, że teraz mi nie podeszło ;)

Estetyka – mocno kojarzy się z anime, takimi pokroju Durarary. Dla niektórych będzie to zaleta, dla innych wada. Mi to pasuje, choć są momenty, w których trochę trudno mi pogodzić umowność anime z realizmem, jak np. pasemko włosów wyskakujące z kitki (było to inaczej ujęte, ale tak to sobie wyobraziłam).

Moim zdaniem tekst ma dwa problemy. Pierwszy – znów jest to scenka, a nie pełnokrwiste opowiadanie. Wielka szkoda, bo takie scenki mogą być fajne, nastrojowe i interesujące, ale w ostatecznym rozrachunku pozostają jak wycinek większego obrazu, a jako czytelniczka wolałabym jednak pełen obraz. Drugi – tytuł zdradza praktycznie wszystko, bo kiedy tylko bohaterowie zjawiają się pod domem, a wiadomo, że w grę wchodzi wiadomość od “pana” Tuta, naturalnie człowiek dopowiada sobie nieco mafijną otoczkę.

Na plus zaliczam niezłe nakreślenie konwencji “animcowej”. Choć, jak zauważył ManeTekelFares, pada bardzo dużo określeń, które trochę osłabiają przekaz, totalnie wyobrażam sobie to wszystko w rysunkowej formie. Nie wiem, czy takie było zamierzenie, ale tak to widzę – i podoba mi się to, co widzę ;)

No, kurczę, podoba mi się ten świat i postaci, ale podawanie tego w formie małych kawałeczków już mniej. Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam z nimi naprawdę konkretne opko.

Pozdrawiam!

ManeTekelFares, dzięki za zwrócenie na to uwagi! W ogóle nie patrzyłam na to w ten sposób :) 

Silva, sama nie wiem czemu, ale lubię pisać w czasie teraźniejszym, chociaż faktycznie często pojawiają się głosy, że lepiej czyta się w czasie przeszłym, bo np. lepiej to brzmi. Może faktycznie? Spróbuję się przestawić i zobaczymy, co z tego wyjdzie ;). Zaskoczyło mnie (na plus), że widzisz to opowiadanie w takiej formie – swoją drogą super! Daje mi to też jakąś wskazówkę i nowe pomysły, wielkie dzięki za opinię :) 

Ja w każdym razie chętnie zapoznam się z wynikami takiego eksperymentu :)

Skończyłem już po pierwszym zdaniu, dowiadując się, że noc została spowita przez budynek. Tak czy inaczej powodzenia!

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Mam mieszane uczucia względem utworu. Jest kilka uwag, przez które utwór nie jest tym, czym mógłby być. A więc:

– po pierwsze, to długość. Czyta się płynnie, fajnie, ale trzeba mieć spore umiejętności by mając do dyspozycji 11 tysięcy znaków zawrzeć wszystko. Tutaj nie czułem wzrastającej niepewności i napięcia, bo widząc jego długość widziałem, że nie ma się co rozpędzać. Niestety

– po drugie, wszechogarniający wszystko bohaterowie. Nie ma komplikacji, przychodzą, wykonują swoje zdanie, poruszają się bezbłędnie w miejscu akcji. Ich broń niszczy wszystko, trafiają zawsze w punkt. Trochę jak w grze, czyli bez realizmu.

– po trzecie, ogromny zgrzyt wywołały we mnie roboty. Jak na czasy opowiadania, dziwnym wydaje mi się, by człowiek miał lepszy refleks niż one. Detektory, czujniki, analiza komputerowa zajmuje ułamki sekund, a są one rozwalane jak jakaś amatorszczyzna.

Także niestety, tego konkretnego opowiadania nie zaliczę do udanych.

Pozdrawiam,

Sagitt, czwartkowy dyżurny.

Nowa Fantastyka