- Opowiadanie: BrunoSiak - Olbrzym powieść (Rozdział 2i3/37)

Olbrzym powieść (Rozdział 2i3/37)

W tej powieści chciałem przede wszystkim opowiedzieć ciekawą historię. Jest tam kilka oryginalnych pomysłów (tak przynajmniej sądzę:) dotyczących kwestii głównie przyszłości medycyny i wykorzystnia jej w specyficznych warunkach postapokaliptycznych.

Powieść Olbrzym jest napisana i poprawiona. Liczy 37 rozdziałów. Będę publikował po jednym / albo dwa co kilka dni. Chętni mogą ściągnąć całość na www.olbrzym.com.pl, chociaż wolałbym Wasze opinie rozdział po rozdziale.

Zależy mi na waszej opinii zarówno w zakresie fabuły jak i logiki świata, który przedstawiłem. Wytykanie błędów gramatycznych, interpunkcyjnych również mile widziane. 

Tutaj rozdział 2, ale ze względu, że kończy się “zwisem na klifie”  to od razu daję rozdział 3, który rozpoczyna bardziej dynamiczną część powieści. 

Oceny

Olbrzym powieść (Rozdział 2i3/37)

Rozdział 2

 

Yokai wyszedł z piwnicy. W zamku szczęknął klucz. Przybita do framugi drzwi kapa zatrzeszczała, gdy naciągnął ją na łby gwoździ. Została sama w ciemności. Żołądek spuchł od mieszaniny brudnych, na wpół surowych zwierzęcych skór, ścięgien, tłuszczu i ugotowanych ziemniaków. Oddychała płytko i szybko. Czuła jak jelita pęcznieją. Bała się, że pękną i cuchnąca breja rozleje się w jej brzuchu.

– Nie teraz – pomyślała. – Nie teraz. Jesteśmy tak blisko.

Yokai wmuszał w nią jedzenie tak długo aż opróżnił wiadro. Po tygodniowej głodówce jej żołądek był twardy i suchy jak gruda żwiru. Każdą wyciśniętą z termofora porcję po kilku sekundach zwracała. Yokai czekał aż zwymiotuje, a potem znowu pchał jej gumowy wąż do gardła. Nic nie mówił. Wystarczyło mu, że patrzył. Dwa razy straciła przytomność. Cucił ją wtedy wodą i zaczynał od początku. Pogwizdywał i uśmiechał się. Patrzył na jej konwulsje dłużej niż zwykle, ale w końcu, tak jak za każdym razem, jego twarz zwiotczała jak przekłuty balon. Nasycił się. Odwrócił się i bez słowa wyszedł.

Słyszała jak wchodzi po kamiennych schodach do sieni. Wiadro zabrzęczało, kiedy uderzył nim o ścianę. Potem wrzucił je do wanny przez otwarte drzwi łazienki. Eksplozja blaszanego hałasu była tak głośna, że odruchowo skuliła się i napięła całe ciało. Żołądek skurczył się gwałtownie, zwymiotowała.

Przez lata nauczyła się słuchać. Każda deska w podłodze trzeszczała inaczej. Anna zawsze wiedziała gdzie jest Yokai. Podłoga w kuchni skrzypiała najgłośniej. Gdy przechodził do sypialni rodziców słyszała już nawet jego oddech. Tam deski strzelały sucho, jak siarka zapalającej się zapałki. Dźwięki odbijały się od nagich ścian, rezonowały. Nic tam nie zostało. Było tylko łóżko i kufer z ubraniami ojca. Wszystko inne, wszystko, co zostało po rodzicach, zniszczył lub spalił.

Pisnęły zawiasy drzwiczek do pieca – dodawał do ognia. Potem metaliczny szczęk fajerek – postawił tam coś ciężkiego. Po kilku minutach usłyszała cichy gwizd. Czajnik. Ciężkie kroki na deskach podłogi. Czy ma jeszcze herbatę matki? Sencha. Trzymała ją w blaszanej puszce, wysoko na półce. Kiedyś stały tam książki, ale spalił je wszystkie na jej oczach. Płakała wtedy. Czuła jakby zabijał w ten sposób matkę. Chociaż i tak wtedy już pewnie nie żyła.

Usłyszała śpiew wrzątku, gdy wpadł do porcelanowego kubka. Stęknęło krzesło. Cisza przerywana siorbnięciami. Pił.

Anna ostrożnie zebrała suche szmaty, a potem wpełzła pod nie, żeby się ogrzać. Podkuliła kolana. Musiała zebrać siły. Miały mało czasu.

 

*

 

List zajmował tylko jedną stronę. Był napisany w pośpiechu. Matka tłumaczyła, że ojciec zachorował i musieli w nocy odejść, szukać pomocy, ale zapewniała, że wrócą. Pisała, że ją kochają i żeby była dzielna, żeby wykorzystała wszystko, czego ją nauczyli. Kazała jej czekać. Czekać miesiące, a jak będzie trzeba, to nawet lata.

Po przeczytaniu listu Anna nie jadła i nie spała przez trzy dni. Siedziała w kuchni i patrzyła przez okno na furtę w palisadzie. Nigdy dotąd nie była sama. Zawsze była matka lub ojciec. Byli całym światem i całą ludzkością. Reszta istniała tylko na zdjęciach i w opowieściach. Byli tylko oni i teraz zniknęli.

Miała jedynie siedem lat, ale wiedziała, że matka kłamała. Nie było lekarstwa na hormurię. Hormuria oznaczała śmierć. Jeżeli ojciec zachorował to poszła mu towarzyszyć do ostatniego z hormurycznych szałów. Mogła tylko mieć nadzieję, że jej nie zarazi ani nie zabije. Matka mogła jeszcze wrócić. Ojciec na pewno nie.

Gdy pojawił się Yokai mijał sto sześćdziesiąty trzeci dzień. Wydrapywała kreski na ścianie w kuchni. Codziennie je liczyła. Gdy usłyszała, że ktoś szarpie furtę w palisadzie ukryła się w zbudowanej przez ojca kryjówce na poddaszu. Leżała tam bez ruchu próbując uspokoić oddech. Kurz wiercił w nosie. Widziała sypialnię i duży fragment kuchni przez dziury między deskami. Yokai nie usłyszał jej. Był brudny, śmierdzący, obrośnięty zlepionymi łojem włosami. Zorientował się, że ktoś mieszka w leśniczówce dopiero, gdy położył rękę na jeszcze ciepłym piecu. Przez długą chwilę stał bez ruchu, a potem podniósł wysoko ręce nad głowę. Ruszał ustami jakby chciał coś powiedzieć, ale Anna nie usłyszała ani jednego słowa.

– Zdro… Zdrowy… – wycharczał jakby wypowiadał pierwsze słowo od lat. Obrócił się. – Zdrowy – powtórzył nieco głośniej. – Jestem sam!

Anna zrozumiała. Spodziewał się, że ktoś z ukrycia mierzy do niego z jakiejś broni. Bał się. Nie odpowiedziała. Obserwowała dalej.

Yokai nerwowo oblizał usta.

– Nie przyciągnąłem hordy. Tułam się od lat. Wiem jak żyć w lesie. Przydam się. Przydam się wam – opuścił powoli ręce. – Byłem nauczycielem. Mogę uczyć dzieci. Jestem silny, odporny na hormurię.

Anna pamiętała radość, jaką poczuła. Najpierw był strach, ale zaraz potem radość. Nie dlatego, że uwierzyła Yokai, ale dlatego, że jego istnienie dowodziło, że nie wszyscy umarli. A jak żyje on to może żyje i matka?

Nie mógł uwierzyć, że jest sama. Przyjął od niej ubrania, umył się, zjadł, podziękował za wszystko. Gdy odwracał się do niej plecami mogła udawać, że to ojciec. Miał ten sam sweter, spodnie i buty. Poprosił o nocleg, a ona się zgodziła. Nie narzucał się, był przebiegły, może podejrzewał, że ma jakąś broń, pistolet, zatruty nóż? Powtarzał tylko, że chce odpocząć dobrze zjeść, a potem wyruszy dalej. I mówił. Mówił rzeczy, o których nigdy nie słyszała od ojca i matki.

– Ludzie zamienili się w potwory, albo umarli. Hormuria? Słyszałaś coś o tym? To zlepek słów hormony i furia. Dziennikarze uwielbiali takie połączenia. Naukowcy ten stan nazywali zespołem wirusowo-hormonalnie indukowanych agresywnych zachowań. Większość ludzi nie była w stanie tego zapamiętać. Lepsza była hormuria.

– I nie ma już ludzi?

– Większość wirus po prostu zabił, a resztę, tych którzy byli odpowiednio silni i sprawni, zamienił w bestie. Ludzi została tylko garstka. Jedni jakimś cudem nie zarazili się, ale żyją w ciągłym strachu przed wirusem. Istnieją też tacy, którzy są odporni. Garstka genetycznych odszczepieńców, którym jest nieco łatwiej, bo nie muszą się chociaż bać się zarażenia. Tak jak ja… – przerwał, bo objęła go i ścisnęła mocno. Ubrania pachniały jeszcze ojcem.

Nie chciała, by odchodził. Z nim było łatwiej. Czasami patrzył na nią tak jak ojciec. Dwa razy ubierał się w nocy jakby chciał odejść. Robił to naprawdę cicho. Nie udawał. Za każdym razem budziła się i powstrzymywała go łzami. On też płakał, ale nie wiedziała z jakiego powodu. Wtedy to były szczere łzy.

Kiedyś w piwnicy były same skarby. W schludnych workach i drucianych skrzynkach leżały ziemniaki, marchew, pietruszka, cebula i inne warzywa z ogrodu. Na wznoszącym się aż do sufitu regale stały przetwory w słoikach.

Kilka miesięcy, żyli razem jak ojciec i córka. Pokochała go szybko. Była wtedy dzieckiem. Była ufna. Dlaczego miała go nie kochać? Miała tylko jego. Na wiosnę zasadzili razem warzywa, wyszli nawet nad rzekę. Pozwolił jej zamoczyć nogi. Pokazała mu Dziwaka – drzewo, o krzywym pniu, które lubiła oglądać z ojcem.

I pewnego dnia, kiedy bawili się w jej pokoju drewnianymi figurkami powiedział pierwsze bolesne słowa. Teraz już nawet ich nie pamiętała. Przestraszyła się wtedy. To była jej wina. Musiała się poprawić. W jego oczach zobaczyła coś obcego, zimnego jak łuski martwej ryby znad rzeki.

Przestał opowiadać o tym, co było za palisadą, a jak już to robił, to mówił o chorobach, bólu, okrucieństwie i śmierci. Tego nie chciała słuchać. Często stawał nad jej łóżkiem w nocy. Udawała, że śpi. Raz tylko spojrzała na niego. Jego oczy były intensywne jak ogień.

Stał się centrum jej życia. Przestała się uśmiechać. Uważała na słowa, przepraszała, była uległa. Polecenia wykonywała starannie i tak jak sobie życzył. Odgadywała jego pragnienia. Chciała żeby był zadowolony, nie marszczył brwi, żeby ją kochał. Jednak za każdym razem, kiedy wydawało się jej, że wybaczył, że zapomniał, że będzie tak jak dawniej, wszystko wracało. Teraz już wiedziała, że Yokai zaczął zaspokajać głód. Nie potrafił już dłużej czekać. Im bardziej się nasycał, tym większy głód odczuwał następnego dnia.

 Okresy bez bólu były coraz krótsze, a zadawane cierpienie coraz bardziej dotkliwe. Ból stopniował z precyzją zegarmistrza. Budziła się i zasypiała z myślą o Yokai. Wypełniał całe jej życie. Na każde jego przychylne słowo reagowała pełnym ulgi płaczem, a każdy cios ranił jak pchnięcie nożem.

Pewnego dnia uderzył ją w twarz. Policzek parzył. Yokai wbił w nią zimne, rybie, nieruchome oczy i pił mieszaninę rozpaczy, podeptanej dumy, niedowierzania i bólu. Usiadł potem na krześle wyczerpany, a Anna zaczęła obcałowywać jego dłoń i moczyć ją łzami.

Kochała go tak straceńczo, że przestał już potem dbać o jakiekolwiek pozory. Bił, kopał, pluł i dusił, a ona przepraszała, płakała i lgnęła do niego wierząc naiwnie, że kiedyś nastąpi kres i wróci to, co było. Sycił się i żarł jej cierpienie na zapas. Nie było to cierpienie prymitywne i zwierzęce, to było cierpienie wyższego rzędu, cierpienie wykraczające daleko poza ból zadawany ciału. Wiedział to i gdy bił zawsze patrzył jej w oczy. Właśnie tam widział najlepiej jątrzące się rany, szkarłat krwi i rozrywaną na strzępy duszę.

W końcu zrozumiała. Zrozumienie przyszło, gdy siedziała zgarbiona przy stole i jadła zupę z ziemniaków i fasoli. Zrobiła ją najlepiej jak umiała, ale on napluł do talerza i kazał jej samej zjeść cały garnek. Wmuszała w siebie czwartą porcję. On patrzył na nią beznamiętnie i czekał. Zwijał na pięści sznur zakończony kilkoma grubymi supłami. Nagle wyprostowała się i spojrzała mu w oczy. I dostrzegła w nich prawdę.

Nie było żadnego Piotra, nigdy nie było Piotra. Był tylko demon. Był Yokai. Jak w japońskich mitach, które czytywała jej matka. Z gardła wydobył jej się jęk. Zaczęła dygotać i szczękać zębami. Zrozumiała, że jest w pułapce i że już nic nigdy nie będzie takie jak dawniej. Wtedy narodziła się nowa Anna. Tej nie mógł patrzeć w oczy, bo zamykała je, kiedy on kazał je otwierać. Ta Anna milczała, kiedy chciał żeby mówiła. Śmiała się, kiedy miała krzyczeć z bólu. Ta była przebiegła. Niemal natychmiast spróbowała ucieczki. Zdołała wybiec z domu i gdyby nie przymarznięty skobel furtki wybiegłaby w las. Na nogach miała prymitywne walonki, a w kieszeni ojcowskiego płaszcza nóż. Ucieczka była przemyślana i niemal się udała. Tę Annę musiał wtrącić do lochu.

Często myślała o tym, by przegryźć żyły na nadgarstkach, rozbić głowę o ścianę, ale coś ją powstrzymywało. Nie chciała. Walczyła z pogardą dla swego ciała i życia. Gdy zapominał się i groził jej śmiercią, patrzyła na niego kpiąco. Milczała, ale on dobrze wiedział, co te oczy chcą mu przekazać.

– Nie zabijesz mnie – mówiły milczące usta przez wypełnione nienawiścią oczy. – To tobie zależy na moim życiu, nie mnie.

Walczyła latami, walczyła nieustępliwie, chociaż jej ciało słabło. Niedożywione i udręczone stało się kruche. Anna będąc niemal dorosłą kobietą wyglądała jak dziewczynka. Organizm przestał się rozwijać.

Czy wierzyła, że uratują ją rodzice? Nie. Nie łudziła się. Potem przyszła Pajęczyca. Dała jej nienawiść i siłę by żyć. Żyła. Ciągle żyła. Bez względu na wszystko. Ciągle żyła.

 

*

 

Następnego dnia ponownie wszedł do piwnicy. Postawił wiadro z mięsną breją, rzucił termofor na beton i zapalił lampę naftową. Leżała skulona, odwrócona twarzą do drzwi. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Podszedł bliżej. Resztki zwróconego przez Annę wczorajszego posiłku leżały w na wpół wyschniętych kałużach wokół legowiska. Była w nich krew.

Pochylił się nad wymiocinami. Sapnął, gdy dostrzegł kawałki ostrych kości, które w nich umieściła.

– Połóż się na plecy – rozkazał, a gdy nadal leżała skulona kopnął ją w udo, a potem siłą rozprostował na betonowej posadzce. Zerwał z niej szmaty i prześlizgnął się wzrokiem po kościach miednicy i obmacał zimnym palcami jej wklęśnięty brzuch. Chyba poczuł coś, co go ucieszyło, bo odetchnął z ulgą. Nie chciał żeby umierała. Nie w ten sposób.

– Chciałaś to skończyć, co? Nie, jeszcze nie teraz. Nie pozwoliłem.

Popatrzyła w jego rybie oczy. Pulsowały żądzą. Leżała bez ruchu, otępiała i obojętna. Nie zasłoniła brzucha. Rzucił na nią kilka szmat. Nadal patrzyła tępo w sufit. Odszedł w stronę drzwi, podniósł gumowy wąż i termofor.

– Możesz żreć z wiadra, kiedy chcesz – powiedział i podsunął je nogą bliżej barłogu. – Przyniosę ci porządny koc i wodę.

Zgasił lampę, zamknął drzwi i wszedł po schodach na górę. Usłyszała skrzypnięcie krzesła w kuchni. Rozniecił ogień w piecu i dorzucił drewna. Połknęła krew sączącą się z przegryzionej wargi i uśmiechnęła się. Miały czas. Chciał, by nabrała sił, by jej zadawać cierpienie, a ona potrzebowała sił, by go zabić.

 

 

Rozdział 3

 

Pogładziła opuszkami palców gładką powierzchnię kościanych szpikulców, a potem przysunęła je do twarzy. Były tak blisko, że omiatała je rzęsami, ale i tak gęsty mrok piwnicy nie pozwalał nic dostrzec. Przycisnęła ostrze szpikulca do ust. Czuła woń spalenizny i pieczonego mięsa. Zadrżała z zimna i podniecenia jednocześnie.

Ujęła w obie dłonie dłuższy, dziewięciocentymetrowy szpikulec. Zwężał się regularnie od nasady do czubka. Końcówka była ścięta na ukos jak igła od strzykawki. Przesunęła delikatnie palcem po krawędzi. Opuszka podskoczyła na zadrach, które miały zaczepić o żyły, rozerwać je i zwiększyć krwotok. Potem wsunęła środkowy i wskazujący palec do wydrążonej kości. Weszły aż do końca środkowych paliczków. Tym szpikulcem przebije tętnicę Yokai. Popłynie krew. Odetchnęła głęboko i nasadziła na kciuk drugi, krótszy szpikulec. Wszedł tylko dalszy paliczek. Szpikulec nie trzymał się na palcu wystarczająco mocno, ale nie martwiło jej to. Gdyby spadł, mogła zaczepić o tchawicę Yokai nawet gołym kciukiem.

Zadrżała wyobrażając sobie jego śmierć. Yokai odchyla się na krześle, a ona sięga do jego szyi. Widzi wytrzeszczone, łzawiące oczy. Szpikulce wchodzą głęboko w szyję. Po skórze jej dłoni cieknie ciepła krew. Yokai reaguje zbyt późno. Odpycha ją, a zadry na szpikulcu rozszarpują tętnicę. Wstaje i znowu upada. Jego cuchnący oddech jest coraz bardziej chrapliwy aż w końcu się urywa. Anna opiera szpikulec o dolną wargę, a potem zlizuje krew Yokai. Czuje słony smak.

Wizja jego śmierci syciła jak posiłek.

Z każdym dniem miała coraz więcej siły. Yokai chciał, by była silniejsza po to, by wytrzymała więcej bólu. Krew i fragmenty kości w wymiocinach przeraziły go. Przyniósł jej koc i postawił obok posłania wiadro z wodą. Nie bił. Zrezygnował z przymusowego karmienia. Czasem tylko szturchnął, szarpnął za włosy lub kopnął. Oszczędzał ją po to, by w odpowiednim czasie nasycić się bardziej.

Anna wiedziała, że to nie potrwa długo. Nigdy nie trwało długo. Udawała słabszą niż była, pluła krwią do miski i rozdrapywała strupy, ale rany i tak się goiły. Owrzodzenia kurczyły się i bladły. Mogła wstać i zrobić kilka kroków bez wspierania się o ścianę i była na tyle silna, by ćwiczyć ruchy, które miały otworzyć jej drogę do gardła Yokai.

Zaczynała leżąc na plecach z wysuniętą w stronę krzesła lewą ręką i napiętym łańcuchem. Czekała aż Yokai odchyli się na krześle zanosząc się śmiechem. Wtedy obracała się na brzuch podkurczając lewą nogę i zaczepiała stopę o wystający z podłogi kamień. Ten ruch wymagał więcej zręczności niż siły. Następnie odpychała się rękami od podłogi, wyrzucała prawą nogę w przód i lewe udo przez moment dźwigało ciężar całego ciała. Tu traciła zbyt wiele czasu. Nogi miała nadal słabe. Potem wykrok w stronę Yokai i cios w szyję. Chciała wepchnąć szpikulec na ukos w stronę pnia mózgu, a drugi wbić obok w taki sposób, by objąć dłonią całe gardło.

Nigdy nie udało jej się wykonać wszystkiego tak jak planowała. Była zbyt wolna i za głośna. Brakowało wszystkiego: siły, koordynacji, szybkości i precyzji. Nie można było dłużej czekać. Czuła, że Yokai nabrzmiewa żądzą. Mógł wytrzymać jeszcze tylko kilka dni.

 

*

 

Siedział na krześle w piwnicy. Lampa naftowa paliła się dając więcej gęstego dymu niż światła. Nie zamknął dokładnie drzwi i słabe podmuchy wiatru niepokoiły płomień. Czuła jego ekscytację. Usta drżały, policzki wybrzuszały się i cofały, gdy zaciskał i rozluźniał szczęki.

– I wtedy spojrzałem pod łóżko – tłumaczył starannie wymawiając każde słowo. – Schyliłem się po nóż, a dostrzegłem skarpetę. Nawet ją ci przyniosłem. Skarpeta twojego ojca. Dla ciebie na pamiątkę. – Wstał z krzesła i włożył zakurzony kawałek materiału w dłoń Anny. Potem znowu usiadł. Aluminiowe nogi zazgrzytały o betonową podłogę.

– A tam w tej skarpecie igła i nitka. Cóż za wspaniałe połączenie. Igła i nitka! Dla artysty igła i nitka starczy by wyczarować arcydzieło.

Anna jęknęła, bo Yokai chciał to usłyszeć: jęk przerażenia słabej, bezbronnej dziewczyny. Rybie oczy błysnęły.

– Tak – perorował z zapałem. – Nawet mam tę igłę i nitkę ze sobą. Popatrz na nią!

Anna spojrzała tak jak sobie życzył.

– Twoja matka była praktyczna. Przez ucho tej igły można przeciągnąć naprawdę grubą i wytrzymałą nić. I mam taką nić ze sobą! Popatrz. Czerwona i gruba – rozwinął nić ze szpuli, nawinął na palce i szarpnął demonstrując jej wytrzymałość. – A tobie z czerwonym do twarzy. Nie będę cię oszukiwał Anno. Skończyło się już – zaśmiał się nerwowo. – Skończyło się.

Anna drgnęła. Musiała czekać. Szpikulce były nasadzone na palce. Prawa dłoń ukryta w brudnych gałganach. Leżała na plecach z wysuniętą w jego stronę lewą ręką. Łańcuch napięty, wszystko było gotowe. Drżała od puchnącej w niej nienawiści. Serce waliło w piersi. Mdliło ją od napięcia.

Yokai patrzył na nią w milczeniu. Był podekscytowany niedalekim spełnieniem. Nabrzmiewał emocjami. Był w dobrym humorze, bo za chwilę miał się nasycić.

– Mam kilka pomysłów – powiedział z krzywym uśmiechem. – Mógłbym zszyć ci palce. Chciałabyś mieć błony między palcami? Każdego dnia wtykałbym tam coraz grubsze patyki, aż w końcu skóra by się rozciągnęła – zawiesił głos. Patrzył na nią chciwie.

Anna nie musiała udawać strachu. Bała się.

– A może coś innego panna życzy? – zapytał.

Pokręciła głową. Oddychała szybko. Podobało mu się to. Rybie oczy znowu błysnęły.

– Nie chcesz się wyróżniać? Bo mógłbym na przykład przyszyć ci łokieć do ucha albo zszyć ci przedramiona za plecami? Albo może przyszyć dłonie do łydek i będziesz wtedy wiecznym garbusem.

Yokai był coraz bardziej rozbawiony. Anna obserwowała go w napięciu. Uśmiechał się i bujał na krześle. Teraz?

Nagle wybuchnął śmiechem i klepnął się w udo.

– No dobra. Powiem ci, co zrobimy – zaczął poważnie. – Otóż, postanowiłem zająć się twoją twarzą. Wezmę igłę i przymocuję ci górną wargę do nosa. Wyobrażasz to sobie? Nawet nić pasuje, bo czerwona – zaśmiał się głośno. – Warga będzie schnąć i pękać, a ty będziesz wystawiać język by ją zwilżyć. Ale język masz za krótki. Ale może… Może… – przerywał krztusząc się od śmiechu. – Może jak tak będziesz ciągnąć i ciągnąć to ci się w końcu wydłuży jak psu. Pies przecież potrafi oblizać swój nos!

Yokai odchylił się na krześle, skierował twarz w kierunku stropu i zaczął się śmiać.

Na to czekała. Była naładowana energią jak ściśnięta sprężyna. Płynnie przewróciła się na brzuch, lewą stopą zaczepiła o kamień i dźwignęła się na nogi. Łańcuch brzęknął, kostka strzeliła, ale Yokai nie usłyszał. Opadła na niego z góry z wyciągniętą dłonią ze szpikulcem wycelowanym w gardło. Dosięgnie? Tak! Kość weszła w ciało niemal bez oporu. Na dłoni poczuła krew. Śmiech Yokai przeszedł w charkot. Twarz zbladła i wykrzywiła się potwornie.

Mężczyzna wyrzucił do przodu rękę. Poczuła na dłoni jego szorstkie palce. Chwycił mocno i uniemożliwił poprawne wbicie szpikulca na kciuku. Zaostrzona kość tylko drasnęła skórę. Nie starczyło jej sił by zamknąć chwyt na tchawicy. Nie zdołała także pchnąć krzesła wystarczająco silnie. Yokai nie stracił równowagi. Przeciwnie. Pochylił się do przodu, aluminium zazgrzytało o beton, cztery nogi krzesła stanęły stabilnie na podłodze. Do lewej ręki przytrzymującej dłoń Anny dołączyła prawa. Miażdżył jej nadgarstek. Wbił grube paznokcie w ścięgna przedramion. Dłoń Anny zdrętwiała. Krew z szyi Yokai płynęła obficie, ale czuła, że szpikulec jeszcze nie przebił tętnicy. Ściskał jej przedramię coraz mocniej. Straciła czucie w palcach.

– Za mało krwi – pomyślała. – Za mało krwi.

Zebrała wszystkie siły i próbowała wbić szpikulec głębiej, ale mocny uścisk mężczyzny uniemożliwił jej jakikolwiek ruch. Szpikulec wychodził powoli z rany. Nagle Yokai zasyczał z bólu. Zadra zaczepiła o coś. Zawahał się przez chwilę, ale nie przestawał wyciągać szpikulca. Cała jego koszula była przesiąknięta krwią. Parowała w zimnym powietrzu piwnicy jak zupa. W końcu wyszarpnął zakrwawioną kość i silnie odepchnął Annę. Przewróciła się i uderzyła głową o ścianę. Na chwilę wszystko zgasło. Gdy otworzyła oczy dostrzegła jak Yokai przyciska obie dłonie do szyi i wybiega z piwnicy nie zamykając nawet drzwi.

Zwinęła się w kłębek i znieruchomiała. Tętnica była nietknięta. Wiedziała, że to koniec. Yokai nie da jej drugiej szansy. Nie dostanie już drugiej szansy. To koniec.

 

*

 

Pajęczyca uciekła. Schowała się głęboko, chociaż błagała ją o pomoc. Dlaczego miała cierpieć, kiedy nie było już nadziei? Anna została sama. Na początku, to samotność bolała bardziej niż tortury Yokai. Kolejne dni i tygodnie topiła się w bólu. Wiedziała, że ból zniknie dopiero wtedy, gdy postanowi ją zabić. Yokai przychodził, gdy się budziła i odchodził, gdy traciła przytomność. Stopniował ból. Był mistrzem bólu, wirtuozem cierpienia. Nie dawał chwili wytchnienia. Wszystko tonęło w czerwieni. Wszystko kłuło i pulsowało. Kiedy przyjdzie śmierć? Kiedy to wszystko się skończy? Chciała śmierci. Teraz, kiedy była sama, chciała by wszystko się skończyło.

 

*

 

Usłyszała hałas i ocknęła się. Próbowała otworzyć oczy, ale rzęsy były sklejone ropą.

– Nie. To nie Yokai. To przed domem – pomyślała.

Coś mocno uderzyło w drzwi do leśniczówki. Otworzyły się z hukiem. Kroki w sieni. Ktoś zbiegł po schodach, zerwał kapę i drzwi piwnicy zadrżały od mocnego kopnięcia.

Zdrapała ropę z rzęs i rozwarła powieki. Ciemność zmieniła się w półmrok. Usłyszała pomruk i świst. Kawałki cegieł zagrzechotały o schody. Ktoś znowu uderzył w drzwi piwnicy. Dźwignęła się na kolana i poczuła mdłości. Zachwiała się i upadła.

Trzasnęło pękające drewno i drzwi uderzyły o ścianę. Piwnicę zalało księżycowe światło. Serce zaczęło walić jej w piersi. To nie Yokai. Wysoki mężczyzna w mundurze oparł się o ścianę tuż za drzwiami. Nie zauważył jej. Żołnierz oddychał ciężko jakby miał za sobą długi bieg. Trzymał coś w ręku. Broń wyglądała jak młotek, ale z jednej strony sterczał zakrzywiony kolec. Mężczyzna splunął na bok gęstą śliną.

Próbowała krzyknąć, ale nie mogła otworzyć ust. Nici napięły się wrzynając się w wargi. Po brodzie ciekła krew. Jęknęła najgłośniej jak umiała, ale jej głos zagłuszył niski, świszczący pomruk. Coś ścigało żołnierza. Podłoga zaczęła drżeć. Do piwnicy wdarła się fala gorącego powietrza.

Trzasnęło pękające drewno. Zaraz potem metaliczny zgrzyt. Żołnierz rozpłaszczył się na ścianie. Jego dłoń zacisnęła się na rękojeści dziwnej broni. Kolejny podmuch gorącego powietrza. Było tak gorące, że paliło w nosie i gardle.

Na schody upadły kawałki pokruszonych cegieł i poturlały się po kamiennych stopniach do piwnicy. W powietrze wzbił się kurz.

Zobaczyła czarny kształt unoszący się nad ziemią. Demon miał otwartą, bezzębną paszczę i beczkowate napuchłe cielsko. Rył bokami ściany. Tynk i kawałki cegieł spadały w dół. Anna cofnęła się. Wcisnęła się w kąt. Nie chciała tego widzieć. Bała się. Niskie buczenie mieszało jej myśli. Czarny potwór zbliżał się. Skuliła się i uniosła ręce, ale potwór zatrzymał się. Był zbyt duży by przecisnąć się przez drzwi. Wcisnął tylko do środka swój bezoki łeb.

Nagle żołnierz zamachnął się i wbił kolec broni głęboko w paszczę demona. Rozległ się gruchot jakby ktoś miażdżył obcasem pobite szkło. Żołnierz musiał chwycić trzonek oburącz i zaprzeć się nogą, aby wyszarpnąć broń. Na podłogę zaczęła kapać czarna krew. Piekielny pomruk wzmógł się. Wprawiał ściany i podłogę w drżenie. Mężczyzna uderzył drugi raz, trzeci i czwarty. Fragmenty czarnego ciała spadały na beton, ale potwór parł do przodu. Już połowa była w środku. Żołnierz uderzał dalej, a paszcza otwierała się coraz szerzej i odsłaniała czarne, oleiste wnętrzności. Kawałki ciała odpadały, po czarnym cielsku ciekła ślina i krew, ale demon i tak parł do przodu.

Nagle mężczyzna objął demona lewym ramieniem, a prawą ręką wbił kolec głęboko w paszczę. Naparł na koniec trzonka z całej siły. Anna usłyszała odgłos gniecionego szkła, od którego drętwiały zęby. Czarny potwór gwałtownie poderwał się do góry razem z wciąż obejmującym go żołnierzem. Lewe ramię mężczyzny utknęło między stropem a korpusem maszkary. Zawył z bólu. Wyrwał ramię i upadł na ziemię. Lewa ręka zwisała bezwładnie. Podniósł się szybko i bił w paszczę prawą, ciągle sprawną ręką, ale coraz wolniej i z mniejszą siłą. Cuchnąca, tłusta ciecz lała się na podłogę. Gorący pył piekł Annę w oczy. Zaczęły łzawić.

Żołnierz sięgnął po karabinek przymocowany do piersi. Wcisnął lufę w ociekające smrodliwym olejem bezzębne usta i nacisnął spust. Półmrok piwnicy rozerwało migotliwe światło. Broń wypluła grad pocisków. Na podłogę chlusnęła czarna krew. Buczenie osłabło. Potwór opadł na podłogę, ale powietrze nadal drżało lekko od jego oddechu. Żołnierz włożył karabinek między kolana i pospiesznie wymienił magazynek. Półmrok rozświetliła kolejna seria pocisków. Potwór opadł na beton i zapadła cisza. Słyszała tylko chrapliwy oddech mężczyzny i dzwonienie w uszach od huku strzałów. Powietrze było kwaśne i gęste od kurzu.

Żołnierz ruszył chwiejnie w stronę schodów. Chciała go przywołać, ale nie mogła otworzyć ust. Wstała i po chwili upadła. Zabrzęczał łańcuch. Mężczyzna usłyszał hałas, obrócił się i skierował na nią broń. Myślała, że strzeli, ale on zapalił tylko latarkę zamocowaną na swoim hełmie. Zmrużyła oczy.

– Jezu… – powiedział.

Zaczęła pełznąć w jego stronę. Skierował światło na sufit i zobaczyła jego wykrzywioną z obrzydzenia twarz. Może to było coś więcej niż obrzydzenie, bo ciągle tam stał bez ruchu. Wskazała na łańcuch. Skinął głową. Zrozumiał.

– Połóż go na podłodze to rozbiję – rozkazał wyciągając jeszcze tłustą od krwi demona broń.

Ułożyła łańcuch między kamieniami. Wskazała osłabione, przerdzewiałe ogniwo. Mężczyzna uderzył dwa razy. Stara stal pękła.

– Uciekaj stąd – powiedział. – Jak najdalej od tego budynku. Tych dronów będzie więcej – wskazał na nieruchomego potwora. – Za kilka minut tutaj będą.

 

– Dron… – powtórzyła w myśli. To słowo otrzeźwiło ją. – To tylko maszyna.

Żołnierz ruszył do drzwi nawet się na nią nie oglądając. Ona też zaczęła pełznąć w stronę wyjścia. Wtedy padł strzał. To była strzelba ojca.

Żołnierz skręcił ciało i posłał kilka pocisków w kierunku szczytu schodów. Światło latarki mignęło i oświetliło uciekającego do ogrodu Yokai. Zauważyła strugę świeżej krwi na białych ścianach sieni. Yokai był ranny.

Żołnierz chciał biec, ale nogi ugięły się pod nim. Upadł na kolana. Yokai też trafił. Wokół żołnierza szybko rozlewała się ciemna kałuża krwi.

Anna pełzła dalej. Ciało było za ciężkie. Nie da rady. Pajęczyca ją opuściła. Nawet teraz nie chciała wrócić. Była sama. Sama na zawsze. Bez przyjaciółki, bez towarzyszki, bez wybawczyni. Zwinęła się na podłodze tuż przed schodami. Musiała odpocząć. Słyszała jak żołnierz sapie, klnie i mruczy pod nosem.

– Pomogę ci – usłyszała jego szept. – Pomogę Ci. Słuchaj.

Podniosła głowę i spojrzała na żołnierza. Był już bez hełmu. Miał białe włosy, silnie zarysowaną szczękę, szczecinę na twarzy i ludzkie oczy. Nie takie jak Yokai.

Krew wypływała z niego szybko. Twarz była coraz bledsza. Nie miał już siły żeby wstać.

– Podejdź tu. Mogę Ci pomóc. Mam potrzebne rzeczy – mówił z wysiłkiem. – Sama nie dasz rady.

Obróciła się w jego stronę i patrzyła wyczekująco.

Skinął głową, rozpiął klamry na piersiach i ramionach. Plecak opadł na podłogę. Przeciągnął go przed siebie. Rozpiął suwak i wyjął kuliste, czarne urządzenie, które ułożył ostrożnie obok siebie. Potem wysypał resztę zawartości plecaka na podłogę.

– Grafelowy worek, suchy prowiant, mapa, kompas, manierka, apteczka – wyliczał nie spuszczając z niej oczu.

Zaczęła pełznąć w jego stronę. Woda. Tak chciało jej się pić.

 – Tabletki „A” na ból – pokazywał jakieś leki. – Płyn „W” na rany. „A” ból, „W” rany – spieszył się. Wyrzucał z siebie słowa tak szybko, że ledwo go rozumiała.

Podpełzła jeszcze bliżej. Próbował się uśmiechnąć. Jeszcze dwa kroki i była przy nim. Wyciągnęła rękę w stronę manierki. Woda. Ale nie, nie może pić. Dotknęła zszytych ust.

Żołnierz mówił coraz ciszej. Szybko tracił siły.

– Schowaj to wszystko do worka – szepnął. – Worek cię ocali, to dzięki niemu przeżyjesz – stęknął i ściągnął kurtkę. – Jesteś mała… mało ciepła…, dlatego cię nie znajdą.

Patrzyła na niego nic nie rozumiejąc.

Wyciągnął z kabury pistolet.

– Odbezpieczasz go tak. Mocno. Teraz zabezpieczam. Używaj tylko jak nie będzie już nadziei. Dron to śmierć, rozumiesz – wskazał na martwą maszynę cuchnącą kwasem. – Tego tutaj nie chroniło pole i nie mógł się obrócić. To dlatego… Ale inne? Wiszą tam na górze i czekają – powiedział i nabrał powietrza.

Wypowiadał słowa niewyraźnie jakby nawet na to brakowało mu sił. Potem sobie coś przypomniał, sięgnął do kieszeni na udzie i wyjął jakiś przedmiot. Zdjął osłonę odsłaniając ostrą końcówkę.

– Nie bój się… to ci pomoże… chodź bliżej… nie będzie boleć.

Podpełzła bliżej. Przytknął przedmiot do jej uda. Poczuła ukłucie, a potem szczypanie.

– Zaraz będziesz silniejsza – powiedział. – Zaraz zacznie działać. To buster, narkotyk.

Stęknął i sięgnął po kuliste urządzenie, które jako pierwsze wyjął z plecaka. Na dole paliło się dziesięć zielonych lampek. Po bokach zwisały trzy metaliczne cylindry.

– To głowochwyt, to twoje życie. Jak zobaczą, że go masz to wpuszczą cię do Olbrzyma. Nazywam się Paavo Kerinen, kapral Paavo Kerinen. Przyszedłem stamtąd. Tam jest wielu ludzi, tysiące…

 Uśmiechnął się. Opuścił głowę. Odetchnął.

Anna poczuła, że serce zaczyna jej mocniej bić. Zaczęła szybciej oddychać. Ból odpływał.

– W środku będzie moja głowa – znowu się uśmiechnął. – Nie bój się, tak trzeba.

Nacisnął coś. Głowochwyt szczęknął. Wcisnął głowę w urządzenie i zapiął zatrzaski pod szyją. Nie było widać już twarzy, tylko oczy przez wąską szybę. U podstawy głowochwytu zapaliło się dziesięć czerwonych lampek. Znikały w sekundowych odstępach.

Dziesięć.

– Włóż potrzebne rzeczy i głowochwyt do worka, a potem do rzeki – jego głos stał się tubalny jakby dochodził z głębokiej studni. – Wiesz gdzie rzeka?

Skinęła głową. Wyciągnęła kościstą dłoń wskazując na jego udo. Podążył za jej wzrokiem i napotkał pochwę z nożem. Wyjął go i schował do worka.

Siedem.

– Wejdź do worka… w płytkiej wodzie… zasuń zamek i czekaj całą noc i cały dzień… nie wcześniej… rozumiesz?

Nie poruszyła się, ale mówił dalej:

– Masz dziesięć dni… wszystko… na mapie… do Olbrzyma – złapał powietrze i przerwał na chwilę.

– Tam ci pomogą… musisz głowochwyt… to pomogą… niech go widzą…

Cztery.

-… nie bój się… dobrzy ludzie… idź… idź… idź… – mówił coś jeszcze, ale nie zrozumiała.

Jeden.

Pochylił się do przodu. Kontrolki zgasły. Urządzenie zgrzytnęło i oślepił ją czerwony błysk. Poczuła zapach palonych włosów. Na pierś żołnierza chlusnęła krew. Urządzenie syknęło, metalowe cylindry po bokach odpadły i uderzyły z brzękiem o podłogę. Zamknięta w głowochwycie głowa stoczyła się z karku na uda żołnierza. Korpus zachwiał się i upadł do tyłu, w kałużę krwi.

Anna patrzyła na nasiąkający krwią mundur. Krew ciągle wypływała z ciała Kerinena.

Położyła machinalnie dłoń na głowochwycie. Był zimny. Zadrżała. Było jej tak zimno. Podniosła kurtkę żołnierza i założyła ją. Była jeszcze ciepła od jego ciała. Mokra od potu, ale ciepła. Będzie jej ciepło. W końcu będzie ciepło. Ale nie. Już było ciepło. Żar rozlewał się po ciele od środka. Jej krew płonęła.

Popatrzyła na głowochwyt. Metalowe urządzenie pokryło się już cienką warstwą wody. Machinalnie wtoczyła go do worka i zasunęła suwak. Pociągnęła worek zapierając się nogami. Drgnął kilkanaście centymetrów. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Gardło spuchło. Nie mogła oddychać. Nie. Już było lepiej. Pociągnęła worek kolejny raz. Była już przy schodach. Udało się. Jeszcze raz. Jeszcze raz.

– Idź… idź.. Idź… – pulsowały jej w uszach słowa Kerinena.

Szła. Sił zawsze starczało na kolejny, ostatni już krok.

Koniec

Komentarze

Szkoda, że nikt nie pokusił się o przeczytanie fragmentu twojej powieści. Setting jest interesujący, a że sam bardzo lubię klimaty Postapo, to trafia do mnie jeszcze bardziej. Potrafisz stworzyć ciekawą historię budzącą dreszcz i budującą klimat pasujący do settingu. Opisy są bardzo sugestywne, jednak kuleje ich konstrukcja, która składa się z czegoś, co nazwałbym “monozdaniami”. Czasem wyrywasz się z tego schematu i dopiero wtedy czuję, że rzeczywiście czytam opowiadanie.

 

Półmrok piwnicy rozerwało migotliwe światło. Broń wypluła grad pocisków. Na podłogę chlusnęła czarna krew. Buczenie osłabło. Anna patrzyła na nasiąkający krwią mundur. Krew ciągle wypływała z ciała Kerinena. Położyła machinalnie dłoń na głowochwycie. Był zimny. Zadrżała. Było jej tak zimno.

To, co czynisz z konstrukcją zdań stosuje się często w opowiadaniach, ale tylko jako zabieg. W twoim opowiadaniu jest to nagminne, a przez to męczące i sprawia wrażenie, że pisało to dziecko. W ogólnym rozrachunku więc widzę dorosłą historię pisaną przez dziecko.

 

Rozumiem, że taki mógł być zamysł. W końcu bohaterka była dzieckiem, gdy rodzice zniknęli i dzieckiem niejako pozostała nawet, gdy nieco podrosła. Wciąż jednak jestem zdania, że tego typu konstrukcji jest za dużo i powinna być stosowana z większym umiarem.

 

Co jeszcze zniechęca do przeczytania fragmentu twojej powieści to tytuł. Gdy pierwszy raz przeczytałem ten tytuł na liście w poczekalni myślałem, że nie warto w ogóle tu zaglądać, bo skoro tytuł jest jakimś bełkotem, to co dopiero treść. Dopiero przedmowa nieco rozjaśniła mi znaczenie tytułu.

 

Trudno powiedzieć cokolwiek tutaj o logice świata, natomiast fabuła jest interesująca. Głowochwyt jest intrygujący a przyspieszony instruktaż Kerinena daje czytelnikowi przedsmak tego, co może spotkać główną bohaterkę tego fragmentu w szerokim świecie.

 

Zajrzałem na twoją stronę i zerknąłem na kilka fragmentów, ale zrobiłem to dość pobieżnie. Na twoje nieszczęście nie lubię niemal każdej beletrystyki, która osadzona jest w polskich realiach i tylko fakt, że poza Piotrem nie pada inne drażniące mnie imię pozwolił mi cieszyć się lekturą. Swoją drogą: Yokai, cały czas Yokai, a tu nagle Piotr. Strasznie z dupy to wziąłeś. Wiem, że dla Anny Piotr to Yokai, ale powinieneś zaznaczyć odpowiednio wcześnie, że tak brzmi jego prawdziwe imię. Przez chwilę miałem wrażenie, że w tym duecie pojawił się jeszcze ktoś trzeci.

Dzięki za komentarz. Konstruowanie krótkich zdań to zabieg, żeby przyspieszyć akcję. Wydaje mi się, że jednak stosowany w mniejszości. Jak na to wskazałeś to rzeczywiście zastanawiam się, czy te fragmenty krotkich zdan nie są za długie. Bardzo mnie zainteresowało, że tytuł to bełkot. tzn. Wskazanie który rozdział z ilu, zrobilem to żeby upewnic czytelnika, ze powiwsc jest ukonczona i zainwestowany w czytanie czas nie zostanie zmarnowany. Jeszcze raz dzięki za uwagi. Zastanowie się nad nimi. Pozdrawiam, BS

Cześć. Przeczytałem 2. i 3. rozdział i już zaczynam czytać czwarty. Kolejne pewnie też przeczytam, bo wciąga! Początek 2. rozdziału był ciężki – klimaty jak z pogotowia opiekuńczego, ale potem już tylko lepiej., zaczęły się klimaty postapo wreszcie! Jak ktoś już napisał, bardzo fajny pomysł z głowochwytem, sprytne, pomysłowe, świeże. Miłym zaskoczeniem było też, jak wyjaśniło się, czym jest ten olbrzym, bo początkowo miałem obawy “o czym to będzie, skoro taki tytuł”, a ty mamy fajnie nakreślone miejsce akcji, w Polsce (takie polskie moskiewskie metro jakby, fajny pomysł…) I miła odmiana od NYC, LA czy innego Londynu, i własną kulturę promuje ;-) (Jak nie będziemy mieli odwagi promować “swojego” to za 100 lat dalej będziemy się podniecać używanymi Passatami i pracą opiekunki za 1,300 euro, trzeba się bić o swoje, zwłaszcza, że mamy potencjał)

Co do stylu, warsztatu pisarskiego to się nie wypowiadam, bo się na tym nie znam, dopiero zaczynam. Ale okiem laika nie ma się do czego przyczepić, czytałem wydane książki dużo gorzej napisane.

Z kwestii uniwersum to mam pytanie czym jest Grafel? Czy to będzie dalej wytłumaczone, czy ja czegoś nie wiem… A może o Grafen chodziło?

Na pewno odezwę się po kolejnym rozdziale, powodzenia i determinacji życzę!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Super, że czytasz. Szczególnie interesuje mnie opinia czytelnikow, którzy lubią postapo i sci-fi. Tak, od teraz będzie coraz bardziej post-apo i wszystko polskich i stodkowoeuropejskich realiach. W powiesci sa 3 materiały: grafel, grafiks i grafleks. Wszystkie są pochodną grafenu i są wykorzystywane do różnych rzeczy w zależności od wlasciwosci. Jestem bardzo ciekawy Twojej opinii po rozdziale 4 i 5 ktore są bardzo militarne. Pozdrawiam, BS

Nowa Fantastyka