- Opowiadanie: Selmir - Jeden dobry czyn

Jeden dobry czyn

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jeden dobry czyn

Wbiła hak między kamienne bloki, a następnie szarpnęła za linę, sprawdzając, czy jest solidnie zaczepiona. Przykucnąwszy na skraju dachu, zsunęła się w pustkę i zaczęła zjeżdżać wzdłuż ściany. Zatrzymując się na wysokości małego okna, stuknęła piętami o siebie. Z czubków jej butów wyłoniły się ostrza, które wraziła w zaprawę dla lepszego oparcia, sięgając jednocześnie do kieszeni na piersi. Ostrożnie przyłożyła wydobyty z niej kamyk do szyby i przycisnąwszy go lekko palcem cofnęła dłoń. Kamyk, zamiast spaść, przywarł do gładkiej tafli, a wymalowana na nim runa zabłysła. Rozległ się cichy chrzęst i kamyk rozsypał się w pył, a chwilę później to samo stało się ze szkłem.

Uwolniła nogi i z trudem przecisnęła się przez powstały otwór, dziękując w duchu bogom za swą drobną budowę. Przysiadłszy na parapecie, powiodła wzrokiem dookoła. Marmurowa posadzka znajdowała się tak daleko w dole, że upadek ani chybi byłby śmiertelny. Z sufitu, który w porównaniu z nią zdawał się być na wyciągnięcie ręki, zwisały dziesiątki kolczastych łańcuchów, krzyżujących się ze sobą niczym fragmenty wielkiej pajęczyny. Część miała na końcach pozawieszane latarnie, lecz na ten moment nie tlił się w nich żaden płomień.

Mrok sali rozpraszały jedynie pojedyncze smugi światła przesączające się przez witraże. Odsłonięte ich czerwonawym blaskiem wnętrze przypominało niedokończoną rzeźbę. Gładkie ściany i kolumny w wielu miejscach przechodziły w surową skałę, jakby górskie zbocze powoli wchłaniało świątynię, którą na nim wzniesiono.

Zmrużyła oczy. Nie sposób było stwierdzić, czy ktoś nie czaił się pośród cieni, ale na pierwszy rzut oka sala wydawała się pusta. Mimo to czuło się wiszącą w powietrzu obecność, jakby sama budowla zdawała sobie sprawę z wtargnięcia i próbowała odstraszyć intruza.

Do tego wrażenia niewątpliwie przyczyniał się zapach. Przypominał dziewczynie długie godziny, które spędziła kiedyś w rzeźni w Tarnasie, chowając się między dwoma świńskimi truchłami. Ta woń była podobna, choć nieco mniej intensywna.

Pochyliła się do przodu, spoglądając na ołtarz ulokowany w centrum sali. Wtem wiszące najbliżej łańcuchy drgnęły, a do jej uszu dotarł jakiś stłumiony dźwięk, ni to szelest, ni to szept. Uznając oba te zjawiska za skutek wdzierającego się przez okno wiatru, zignorowała je.

Wyciągnąwszy z torby kolejne dwie liny, owinęła sobie ich końce wokół nadgarstków, po czym zakręciła prawym ramieniem, pozwalając sznurowi prześlizgnąć się między palcami. Uśmiechnęła się lekko, już przy pierwszej próbie zahaczając o ogniwa jednego z łańcuchów. Odepchnąwszy się nogami od ściany, pomknęła przez pustkę, zagłębiając się w żelazną plątaninę. Odczekawszy na odpowiedni moment, poluźniła uchwyt na lewym powrozie, pewnym rzutem zawieszając go ponad kamiennym stołem. Wyślizgnęła dłoń z pierwszej obręczy, po czym podciągnęła się i obróciła, wsuwając stopę w drugą pętlę.

Dyndając teraz do góry nogami, wbiła wzrok w spoczywającą na ołtarzu gablotkę, znajdującą się już na wyciągnięcie ręki. Ciemne szkło nie pozwalało dojrzeć, co kryje się w środku, ale pozostałe zmysły podpowiadały, że nie jest to nic dobrego. Plugawa woń uderzyła nozdrza dziewczyny ze wzmożoną siłą, a wszystkie włosy na jej ciele stanęły dęba.

Przełknęła ślinę, dopiero teraz uświadamiając sobie, że ołtarz pokrywają smugi zaschniętej krwi. Nagle odniosła wrażenie, że dostrzega kątem oka jakiś ruch, a w jej uchu znów rozbrzmiał tajemniczy niby-szept. Gwałtownie obracając głowę, zachwiała się na linie i mało brakowało, by zaczęła się niekontrolowanie kręcić. Rozstawiwszy szeroko ramiona, powoli rozejrzała się dokoła. Nikogo nie dostrzegając, przeklęła w myślach własną lękliwość.

Wyciągnąwszy z kieszeni kolejny kamień, postawiła go na szczycie gablotki i zaczekała, aż namalowany na nim symbol zaświeci się, by następnie raptownie zniknąć. Schowała bezużyteczny już kamyk z powrotem, lustrując wzrokiem chroniący drzwiczki zamek. Wydobywszy zza pazuchy futerał z wytrychami, zaczęła się z nim mocować.

Po kilku minutach dłubania rozległo się stłumione kliknięcie, a gablotka stanęła otworem. Zajrzała do środka. Kamienna figurka doskonale odpowiadała przedstawionemu opisowi. Postać nagiej kobiety okrywała para nietoperzych skrzydeł, a jej wzniesione dłonie podtrzymywały szkarłatną sferę, wykonaną z lekko połyskującego kruszcu, ni to metalu, ni to kryształu.

Wydobyła z pochwy na udzie zakrzywiony sztylet i delikatnie wsunęła go między ręce statuetki, zaś lewą, okrytą rękawiczką dłonią chwyciła kulę. Podważony ostrzem klejnot zaskakująco łatwo oderwał się od posążka, jakby w ogóle nie był niczym przytwierdzony.

Odetchnęła cicho, lecz wtedy ponownie dotarł do niej szept, tym razem zbyt wyraźny, by mogła go uznać za szum wiatru. Głos był niewątpliwie żeński, wciąż jednak nie potrafiła określić jego źródła lub też zrozumieć ani słowa.

Czym prędzej zamknęła gablotkę i wspięła się z powrotem po linie, sprawnie docierając na sam jej koniec. Rozglądając się za dobrym punktem zaczepienia, dokonała kolejnego niepokojącego odkrycia. Czerwone plamy na łańcuchach, które początkowo wzięła za grę światła wpadającego przez witraże, teraz, gdy miała je tuż przed nosem, ujawniły swą prawdziwą naturę. Wyglądało na to, że najeżone kolcami ogniwa również pokrywała krew. Co gorsza, była ona wyraźnie świeższa niż ta na ołtarzu, bo wciąż jeszcze nie zakrzepła i powoli spływała ku ziemi.

Lekko drżącą ręką rzuciła zakończony hakiem powróz, po czym przemieściła się z jego pomocą do liny, którą zawiesiła wcześniej. Z tego miejsca już bez większych trudności udało jej się wrócić na parapet i wdrapać z powrotem na dach.

Kiedy tylko opuściła mroczne wnętrze, poczuła się, jakby z piersi opadł jej ogromny ciężar. Jeszcze raz wzdrygnęła się na wspomnienie złowieszczego szeptu, który jednak teraz, w świetle słońca, wydawał się już tylko niemądrym urojeniem.

Spojrzała w niebo, poklepując dłonią torbę, w której spoczywał zdobyty skarb. Pierwszy etap zadania miała za sobą, ale czekała ją jeszcze długa droga.

***

– Sierżancie, meldować.

– Straciliśmy siedmiu ludzi. Osiemnastu jest rannych, niektórzy ciężko. Ogólnie rzecz biorąc… Mogło być gorzej. Wrogów padła prawie setka, ale gdyby Ingolf nie zwęszył w porę zasadzki, skończyłoby się pewnie odwrotnie. Udało nam się nawet wziąć paru jeńców, a…

– W jakim celu? – Mężczyzna uniósł brwi.

– Oni… poddali się, panie. – Stalowe naramienniki zatrzeszczały, gdy barczysta postać przestąpiła z nogi na nogę.

– Nie mam dla nich żadnego zastosowania. Pozbądź się ich.

– Panie, z całym szacunkiem… Mówimy tu ludziach, którzy dobrowolnie złożyli broń. Przecież…

– Tylko by nas spowalniali. Zbierz żołnierzy i przygotuj ich do wymarszu. Będziemy kontynuować ofensywę na zachód.

– Nie czekamy na posiłki? Już i tak ponieśliśmy duże straty, a niektórzy ranni potrzebują…

– Sierżancie – Dowódca przemówił spokojnym, ale stanowczym tonem. – Jesteś dobrym żołnierzem, ale nie niezastąpionym. Radzę ci o tym pamiętać. Rozumiemy się? Odmaszerować.

Spojrzenia rozmówców ścierały się przez kilka sekund, nim wyższa postać spuściła w końcu wzrok.

– Tak jest.

Błoto zachlupotało pod ciężkimi buciorami, kiedy okryta stalą sylwetka opuściła namiot, kierując się do miejsca, gdzie trzymano jeńców. Pilnujący ich mężczyzna zasalutował niedbale.

– I co, jak poszła rozmowa?

– Jak zwykle.

– Aż tak źle? – Żołnierz skrzyżował ręce na piersi. – Podziel się, jakież to wspaniałe pomysły wpadły do głowy naszemu bladolicemu dowódcy?

– Chce iść głębiej w teren wroga. Od razu, bez czekania na posiłki. Rannych chyba będziemy musieli zostawić.

Zbrojny podrapał się po policzku, przyjmując zamyślony wyraz twarzy.

– Wiesz co… Jak tak nad tym myślę, to zaczynam mieć wątpliwości, czy wszystkie decyzje hrabiego podyktowane są troską o nas.

– Ha! Naprawdę?

Uśmiechy żołnierzy zrzedły, gdy ich wzrok spoczął na przywiązanych do drzewa jeńcach.

– Trzeba było ich puścić, kiedy się poddali.

– Dobrze wiesz, że ktoś doniósłby mu o tym. I byłoby po tobie.

Mężczyzna chwycił rękojeść wiszącego przy pasie miecza.

– Idź, ja to zrobię. Nie musisz sobie brudzić rąk.

– Wiesz, że od dawna są brudne. – Berenika również sięgnęła po broń. – A i tak nie zdjęłoby to ze mnie odpowiedzialności.

Podeszła do pierwszego jeńca.

***

Przeskakując nad zwalonym pniem, zahaczyła stopą o konar. Straciwszy równowagę, wylądowała z głuchym okrzykiem w stercie liści. Dźwigając się prędko na nogi, wznowiła bieg, spoglądając niespokojnie za siebie. Spośród ciemnych sylwetek drzew znów dotarło do niej przeciągłe wycie, tym razem dużo bliższe niż wcześniej.

Nie zważając na smagające ją po głowie gałęzie, rozpędziła się i po kilkunastu krokach wydostała wreszcie na otwartą przestrzeń. Rozglądając się, złapała rękojeść wiszącego przy udzie sztyletu, ale zaraz rozluźniła z rezygnacją palce. W starciu z tym, co na nią polowało, jej broń równie dobrze mogła być drewniana.

Odnalazłszy wzrokiem migoczące w oddali pochodnie, skręciła w ich kierunku, stukając podeszwami po twardym bruku. Pędząc ku szaremu zarysowi murów, kątem oka cały czas widziała oświetlający drogę księżyc. Może miała jeszcze szansę…

Z lasu po prawej zaczęły dochodzić głośne trzaski, których źródło wyraźnie się zbliżało. Do dźwięku urywanego oddechu dziewczyny wnet dołączyło ciężkie sapanie. Nagle dobiegł ją stłumiony huk, gdy coś ciężkiego wylądowało za jej plecami. Instynktownie zerknęła przez ramię i natychmiast rzuciła się w lewo, o włos unikając kłapnięcia monstrualnej paszczy. Przeturlawszy się po ziemi, od razu wystartowała z powrotem, nie oglądając się za bestią, która zaskoczona tym nagłym manewrem zmyliła krok i walnęła z impetem w drzewo.

Sięgnęła do kieszeni na piersi. Teraz już nie tylko z tyłu, ale także z obu boków docierało ochrypłe ujadanie. Pierwotny strach ściganej ofiary paraliżował jej myśli, ale zmusiła się, żeby jeszcze zaczekać. Miała tylko jedną szansę.

Dopiero kiedy niemal czuła już na skórze cuchnące oddechy, z całej siły cisnęła lśniącym kryształem pod nogi. Głuchy łoskot niemal pozbawił dziewczynę słuchu, a lodowaty podmuch uderzył ją w plecy, popychając gwałtownie do przodu. Lądując, zdarła sobie skórę z dłoni, ledwo ratując się przed walnięciem czołem o bruk. Nie zważając na ostre pieczenie przenikające palce, odepchnęła się od ziemi, jednym ruchem podnosząc się do pionu, ale zostawiając na drodze krwawe ślady.

Od muru dzieliły ją już tylko sekundy, gdy leżący u jego podstawy głaz poruszył się i błysnął żółtymi ślepiami. Dźwignąwszy się na cztery łapy, kudłaty zwierz spojrzał jej prosto w oczy, nie musząc nawet zadzierać w tym celu łba. Zmarszczył pysk, odsłaniając kły, a z gardła dobył mu się ochrypły warkot.

Pewność śmierci, która przyszła z tym widokiem, całkowicie oczyściła umysł dziewczyny z woli, myśli i emocji. W tym ze strachu. Zamiast skręcić lub znieruchomieć, pognała bestii na spotkanie.

Tuż przed tym, jak zębata paszcza miała zacisnąć się na jej gardle, wybiła się na lewej nodze, wskakując na głowę wilka, który, zaskoczony, wyhamował i szarpnął łbem, starając się ją zrzucić. Podrzucona siłą mocarnego karku, pomknęła w górę, jednym susem docierając niemalże do szczytu muru.

Choć zderzenie z kamienną ścianą pozbawiło ją tchu, przylgnęła ciałem do chropowatej powierzchni, wbijając palce w szpary między kamieniami. Sapiąc z wysiłkiem, zaczęła się wspinać, cały czas słysząc za plecami wściekłe ujadanie. Była pewna, że wydostała się już poza zasięg prześladowców, gdy wtem podeszwę jej buta rozerwał czubek zwierzęcego kła. Ignorując przeszywający stopę ból, podciągnęła się po raz ostatni i spoczęła między blankami, dysząc ciężko.

Leżała z zamkniętymi oczami przez jakąś minutę, nim zebrała w sobie dość sił, by się poruszyć. Spojrzała w dół, gdzie stado wilków przepychało się między sobą, skamląc żałośnie i drapiąc pazurami o mur.

Pogodziwszy się po dłuższej chwili z tym, że nie uda im się dopaść zwierzyny, drapieżcy zaczęli po kolei wycofywać się do lasu. Wkrótce pozostał już tylko żółtooki samiec, który jako jedyny obserwował ją w bezruchu, siedząc z kawałkiem jej buta między łapami. Skrzyżował z nią na moment spojrzenia, po czym również odwrócił się i zniknął w mrocznej gęstwinie.

Westchnęła z ulgą. Była bezpieczna, przynajmniej na razie. Bestie nie mogły wejść za nią do miasta, dopóki nie odzyskają ludzkiej formy. Nie wiedziała, ile to może potrwać, ale zakładała, że przynajmniej do rana zagrożenie minęło. Zajrzała do torby, sprawdzając, czy ciągle ma przy sobie artefakt. Szkarłatna sfera spoczywała bezpiecznie w szkatułce.

***

Berenika siedziała naprzeciwko ogniska, wpatrując się w wiszący nad nim kociołek. Kiedy jego zawartość zaczęła cicho bulgotać, chwyciła leżącą w trawie miskę, po czym szturchnęła śpiącego obok żołnierza.

– Fabian, wstawaj. Obiad.

Mężczyzna dźwignął się leniwie z koca, wodząc dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Skinieniem głowy podziękował za podaną mu porcję i od razu zabrał się za jedzenie. Zdążył jednak przełknąć tylko raz, a jego towarzyszka dopiero sięgała po własną miskę, gdy za ich plecami rozległo się naglące chrząknięcie.

Berenika natychmiast poderwała się z ziemi i obróciła na pięcie, wyprężając ciało w salucie. Fabian zachłysnął się gulaszem, ale czym prędzej zrobił to samo, lewą dłonią zasłaniając usta i tłumiąc w sobie kaszel. Żaden z członków oddziału nie potrafił przywyknąć do bezszelestnego sposobu poruszania się dowódcy.

Kompletnie ignorując jej kompana, mężczyzna zwrócił się chłodnym tonem do kobiety. – Sierżancie, nastąpiła zmiana planów. Jesteśmy potrzebni w Restes.

– Tak jest. – Żołnierz skinęła głową. – Natychmiast zbiorę ludzi.

– Nie. Oni mają zostać i bronić tej pozycji. Do Restes wracasz ze mną tylko ty.

– Co?! – Twarz Bereniki skrzywiła się z oburzenia. – Jakiej niby pozycji? Mamy ich zostawić na ziemi wroga?! Przecież…

Ciemne oczy zwęziły się.

– To nie podlega dyskusji. Nowe rozkazy mają najwyższy priorytet. Za pięć minut masz się stawić przed moim namiotem.

– Ale… – Kobieta sapnęła i zgięła się wpół, gdy Fabian uderzył ją łokciem w brzuch. Dowódca patrzył obojętnie, jak Berenika osuwa się na kolana, z trudem chwytając powietrze w płuca, po czym obrócił się na pięcie, rzucając jeszcze przez ramię. – Nie każ mi czekać, sierżancie.

Gdy mężczyzna się oddalił, Fabian przykucnął koło towarzyszki i pomógł jej wstać.

– Co to miało być? – spytała z wyrzutem. – Próbujesz mnie zabić?

– Wręcz przeciwnie. – Żołnierz uśmiechnął się krzywo. – Ratuję ci życie. Nie zmarnuj tego. Pakuj się i zmykaj.

– Nie chcesz chyba, żebym posłuchała tego rozkazu? Nie mogę zostawić was wszystkich na pewną…

Fabian chwycił Berenikę za ramiona, spoglądając jej z powagą w oczy.

– Jeśli odmówisz wykonania rozkazu, on straci cię na miejscu, a my i tak zginiemy. Dobrze o tym wiesz. Ty masz jeszcze szansę. Idź.

– Nie chcę. – Usta kobiety zadrżały lekko. – Poza tym oddziałem nie mam już nikogo. – Zacisnęła pięści. – Wiedziałam, że w końcu wyślą nas na misję, z której nie wrócimy, byłam na to gotowa, ale… – głos Bereniki załamał się – Nie chcę was… ciebie zostawiać. Nie chcę znowu być sama. Wolę umrzeć razem z wami.

Żołnierz zacisnął zęby, po czym przysunął się do towarzyszki, obejmując ją mocno.

– Idź – powiedział spokojnie. – Proszę. Zrobiłaś, co mogłaś.

– Postaraj się przeżyć jak najdłużej – wyjąkała. – Może w końcu przyślą do was jakieś posiłki.

Mężczyzna roześmiał się głośno, po czym poklepał ją po plecach i obrócił się na pięcie.

– Będziemy ich oczekiwać z niecierpliwością! – oznajmił radośnie, a następnie zasiadł naprzeciwko ogniska, zacierając ręce.

– Idź. Ja chcę się w końcu zająć obiadem, którym teraz nie muszę się już z nikim dzielić.

Widząc, że to pożegnanie, Berenika otarła oczy rękawem i podniosła leżącą obok pochwę z mieczem. Ostatni raz położyła dłoń na ramieniu druha, po czym bez słowa odeszła w stronę namiotu dowódcy, zostawiając za sobą Fabiana, który wpatrywał się w płomienie nieobecnym wzrokiem.

***

Skrywając twarz w cieniu kaptura, przeszła na drugą stronę ulicy, usiłując sprawiać wrażenie, że doskonale wie dokąd idzie, ale że wcale jej się nie spieszy. Unikając ludzkich spojrzeń, dyskretnie zerkała na nogi każdej mijanej osoby, wypatrując żołnierskich butów lub wiszącej u pasa broni. Ilekroć rozlegał się czyjś głos, nadstawiała uszu, upewniając się, czy nie stanowi on przypadkiem sygnału do ucieczki. Dłonie świerzbiły ją nieznośnie, co częściowo było skutkiem wciąż gojących się otarć, a częściowo tłumionej chęci chwycenia za rękojeść noża.

Skręciwszy w końcu do wąskiego zaułka, oparła się o ścianę kamienicy, wzdychając ciężko.

Schrzaniła sprawę. Zdecydowała się zostać w mieście, póki nie minie pełnia i w efekcie została tu uwięziona. Póki co udawało jej się skutecznie unikać schwytania, ale niedobór snu oraz bezustanne napięcie coraz bardziej wysysały z niej siły, a umysł zdawał się być przesłonięty ciężką kotarą.

Wsparła czoło na pięści, wytężając myśli. Czy istniał jakiś sposób na ominięcie żołnierzy, którego jeszcze nie próbowała? Jakaś droga ucieczki, którą przeoczyła?

Ostrożnie wyjrzała zza węgła i od razu skryła się z powrotem. Nie zdążyła przyjrzeć się twarzy idącego ulicą zbrojnego, toteż nie wiedziała, czy ten ją zauważył. Nie miała jednak zamiaru czekać żeby się przekonać. Zmierzyła wzrokiem budynek przed sobą, w jednej chwili układając w głowie trasę wspinaczki.

Poprawiła pasek od torby i postąpiła do przodu, lecz wtem ktoś złapał ją za nadgarstek. Szarpnęła ramieniem, spoglądając za plecy i wydała cichy okrzyk, natychmiast zduszony przez rękę, która przyszpiliła ją do ściany. Świat zawirował jej przed oczami, gdy walnęła potylicą o mur, ale wyraźnie usłyszała ponaglający szept. – No dalej, zabierz jej tę torbę.

Kopnęła na oślep, trafiając w coś miękkiego, a uścisk szorstkiej dłoni zelżał, pozwalając dziewczynie się wyślizgnąć. Podcięła nogi pierwszego napastnika, który upadł z głośnym stęknięciem, po czym spróbowała uderzyć jego kompana. Brodaty mężczyzna bez trudu chwycił jednak jej pięść, po czym przysunął się i walnął ją kolanem w brzuch.

– Niepotrzebnie nam to utrudniasz – powiedział, gdy osunęła się z jękiem na ziemię. – Nie planowaliśmy zrobić ci krzywdy, chcemy tylko twoich pieniędzy.

Przykucnął koło niej, sięgając po torbę i odzywając się przez ramię do towarzysza. – Wstawaj, nie kopnęła cię przecież aż tak mocno.

Dziewczyna stuknęła piętą o grunt, wyzwalając ukryte w bucie ostrze. Brodacz wytrzeszczył oczy, ale zdołał w porę przytrzymać jej nogę, a gdy sięgnęła po sztylet, drugi złodziej, który właśnie się podnosił, z mściwą satysfakcją zmiażdżył jej przedramię obcasem. Skrzywiła się z bólu, ale wolną ręką wciąż próbowała wyrwać torbę z uścisku rabusia. Widząc kątem oka, jak przygniatający ją napastnik wyciąga zza pasa nóż, jeszcze mocniej szarpnęła za skórzany pas.

Rozległ się dźwięk darcia, a klamra zamykająca torbę puściła, rozrzucając jej zawartość po uliczce. Brodacz upadł na plecy z kawałkiem rzemienia w dłoni, a jego towarzysz zaklął głośno, po czym kopnął dziewczynę w bok głowy.

Zamroczona, obróciła się na bok i odruchowo zwinęła w kłębek, czekając na kolejny cios. Gdy ten jednak nie padł, chwiejnie spróbowała dźwignąć się na czworaki, ale natychmiast straciła równowagę i z powrotem upadła na twarz. Poprzez ostre dzwonienie w uszach docierały do niej jakieś stłumione krzyki, ale równie dobrze mogły one rozbrzmiewać tylko w jej głowie. Nagle ktoś złapał ją za tył kamizelki i uniósł do pionu. Zakołysała się, rozkładając szeroko ramiona i niechybnie runęłaby jak długa, gdyby nie podtrzymały jej czyjeś silne ręce.

– Jesteś cała? Ten skurwiel nieźle ci przywalił, ale z tego, co widzę, przynajmniej nie krwawisz. – Kobiecy głos nałożył się na szczęk metalu, kiedy nieznajoma posadziła ją na ziemi, opierając o ścianę budynku.

Oczy złodziejki rozszerzyły się, gdy przez zamglony wzrok ujrzała pancerz, którym jej wybawicielka okryta była od stóp po szyję. Widząc przerażone spojrzenie dziewczyny, żołnierz uniosła dłonie w uspokajającym geście.

– Nie martw się, już jest po wszystkim. Przegoniłam tych dwóch, co cię napadli.

Otarła wierzch obitej metalem rękawicy, z której ściekała strużka krwi, po czym pochyliła się i zaczęła zbierać walające się po ziemi przedmioty.

– Odpocznij chwilę, a ja tu posprzątam. Wydaje mi się, że nie zdążyli niczego zwędzić.

Przetrzymując się ściany, dziewczyna natychmiast zaczęła się podnosić, kręcąc obolałą głową.

 – Nie! – krzyknęła, a gdy kobieta zerknęła na nią ze zdziwieniem, dodała spokojniej – Znaczy… nie, dziękuję. Sama to zrobię.

Postąpiła chwiejnie do przodu, przeczesując dzikim wzrokiem uliczkę.

– Nie bądź głupia! Przecież widzę, że ledwo trzymasz się na nogach. Siadaj z powrotem, bo zrobisz sobie jeszcze większą krzywdę.

– Wystarczająco mi już pomogłaś, nie chcę cię już dłużej zatrzymywać. – Złodziejka starała się jednocześnie utrzymywać równowagę i nie okazywać zdenerwowania, ale chyba żadna z tych rzeczy jej nie wychodziła, bo nieznajoma popatrzyła na nią dziwnie, po czym westchnęła.

– Na bogów, ależ ty jesteś upa… – Żołnierz zamarła z otwartymi ustami, wytrzeszczając oczy. Dziewczyna podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem i zaklęła w myślach, dostrzegając rozwaloną szkatułkę, koło której spoczywała szkarłatna sfera. Rzuciła się w stronę artefaktu, lecz gdy tylko postawiła pierwszy krok, coś podcięło ją od tyłu. Jeszcze zanim zdążyła opaść na ziemię, znów została złapana za ubranie i uniesiona w powietrze. Uderzenie plecami w mur pozbawiło ją tchu w płucach, ale wierzgnęła dziko nogą, próbując zranić przeciwniczkę wystającym z buta ostrzem. Rozległ się głośny szczęk, a klinga pękła w kontakcie z grubym pancerzem. Złodziejka spróbowała wyprowadzić uderzenie pięścią, ale szybko zorientowała się, że ma za krótkie ramiona, by dosięgnąć twarzy kobiety, która patrzyła na nią ze wstrząśniętą miną.

– Co za gnidy… Posłali dziecko… – Nieznajoma pokręciła z niedowierzaniem głową, podczas gdy dziewczyna okładała trzymającą ją rękę, bezskutecznie próbując się uwolnić.

– Puszczaj! – warknęła sfrustrowana, uderzając z całej siły w okryte stalą przedramię, ale osiągając tym tylko tyle, że na nowo zdarła sobie skórę z kłykciów.

– Mniejsza o to, jak ci się to udało… Wiedziałaś w ogóle, co kradniesz?

– Masz mnie za idiotkę? – Jeszcze raz kopnęła, dalej bez żadnego widocznego skutku. Widząc daremność swoich wysiłków, przestała się szarpać, wpatrując się tylko gniewnym wzrokiem w kobietę. Ta jednak, ku jej zaskoczeniu, puściła ją, po czym postąpiła dwa kroki w tył. Złodziejka zaczęła powoli przesuwać się w prawo, obserwując czujnie żołnierz, która zdawała się toczyć wewnętrzną walkę. W końcu szybkim ruchem ręki chwyciła kulę i odwróciła się, gotowa do ucieczki.

– Nie uda ci się uciec. Cały region jest pod obserwacją.

Sama do końca nie wiedząc czemu, zatrzymała się i odpowiedziała – Chyba nie mam innego wyboru niż spróbować, nie?

– Gdybyś zostawiła artefakt, zanim sprowadzą kogoś, kto potrafi go wyczuć, może miałabyś szansę. Zależy im na nim, nie na tobie.

Spuściła głowę, wyduszając przez zaciśnięte gardło. – Tego zrobić nie mogę.

Obróciła się ku nieznajomej, która wciąż nie dobyła wiszącej przy pasie broni i z jakiegoś powodu nie patrzyła na dziewczynę z wrogością, tylko raczej współczuciem.

– Na jaką nagrodę liczysz, że jesteś gotowa tyle zaryzykować?

– Nagrodę?! – Złodziejka zaśmiała się ponuro. Przez chwilę gapiła się bez słowa w ziemię, zanim drżącym głosem oznajmiła – Jeśli nie przyniosę im tej cholernej kulki, zabiją nie tylko mnie, ale także moją rodzinę!

Zmarszczyła brwi, po czym złapała za sztylet, spoglądając na nieznajomą spode łba.

– Po co w ogóle ze mną gadasz? Nie powinnaś mnie przypadkiem pojmać?  

– Powinnam. – Kobieta pokiwała głową. – A nawet jeśli tego nie zrobię, nie masz żadnych szans na przedostanie się do granicy. Pewnie nie zdołałabyś nawet opuścić miasta. Cały region został odcięty, bez odpowiedniego upoważnienia nikt nie może wejść ani wyjść.

– Jakbym nie wiedziała, że jestem w beznadziejnej sytuacji! – Dziewczyna skrzywiła się. – Czego ty w ogóle ode mnie chcesz?

Zamiast odpowiedzieć, żołnierz przejechała dłonią po twarzy, wzdychając ciężko.

– Jak się nazywasz, dziecko? – spytała.

– Idalia – odpowiedziała odruchowo złodziejka, dopiero po chwili uzmysławiając sobie, że mogło to nie być najmądrzejsze posunięcie.

– No dobra, Idalio – Kobieta spojrzała jej z powagą w oczy. – Myślę, że przyda ci się moja pomoc.

***

– Muszę przyznać, że poszło dużo łatwiej, niż się spodziewałam. – Idalia przeciągnęła się, siadając pod pniem rozłożystej jodły, podczas gdy jej towarzyszka szukała czegoś w plecaku.

– Imię mojego dowódcy jest dobrze znane. – Berenika parsknęła cicho. – Ale szczerze mówiąc nie sądziłam, że wystarczy pomachać jego insygniami przed oczami żołnierzy, by nagle zrobili się tak chętni do współpracy.

– Odniosłam wrażenie, że ciebie też rozpoznawali – stwierdziła złodziejka tonem, w którym wyraźnie pobrzmiewało pytanie.

– No tak, cóż… Można powiedzieć, że ja również wyrobiłam sobie swego rodzaju reputację. – Kobieta zamilkła na moment, po czym pokręciła głową, jakby odpędzając się od natrętnych myśli.

– Wspominałaś, że przy przełęczy ktoś będzie na ciebie czekał. Kogo miałaś na myśli?

Złodziejka uśmiechnęła się.

– Mojego wierzchowca, Dajmira. Musiałam zostawić go przy granicy, za bardzo się wyróżnia, ale przybędzie na moje wezwanie i w górach poniesie mnie szybciej niż jakikolwiek koń.

– Brzmi to, jakby twój rumak był co najmniej kozicą. – Berenika zaśmiała się, siadając naprzeciwko, po czym uniosła brwi, widząc minę Idalii. – Czekaj… naprawdę? Jeździsz na kozie?

– Koźle, jeśli już. – Dziewczyna wydawała się być lekko urażona tonem rozmówczyni. – I zapewniam cię, nie przypomina on żadnej kozy, jaką widziałaś. Potrafi skoczyć na dziesięć stóp w górę, rogi ma długie jak moje ramię, a…

– Dobrze, dobrze. – Kobieta uniosła ręce. – Nie zamierzam malować jego portretu. Wystarczy mi wiedzieć, że bezpiecznie doniesie cię do domu.

– Na pewno to zrobi. – Złodziejka pokiwała głową, ale zaraz spochmurniała i spuściła wzrok. – Ale… nie jest w stanie unieść dwóch osób. – Zawahała się, dopiero po chwili spoglądając z powrotem na towarzyszkę. – Posłuchaj, jak dotąd unikałaś moich pytań, ale jutro dojdziemy już do granicy i chciałabym wiedzieć… Czemu właściwie mi pomogłaś? I co planujesz zrobić po tym, jak już dotrzemy na miejsce? Domyślam się, że zdrajców nie traktują tu zbyt łagodnie.

Berenika usiadła naprzeciwko i przez jakiś czas patrzyła w ciemniejące niebo, zanim zaczęła mówić:

– Już od lat biorę udział w wojnie, która zaczęła się całe wieki przed moimi narodzinami i będzie trwać jeszcze długo po mojej śmierci. Zabijam, patrzę jak moi przyjaciele są zabijani, a wszystko to po to, żeby zdobyć jakiś zamek albo kawałek ziemi, który po miesiącu znów przejdzie w ręce drugiej strony. Czasem do walki włączy się któryś z tych przeklętych nieludzi i wtedy mogę już tylko bezczynnie patrzeć, jak robi z innych krwawą miazgę. – Żołnierz skrzywiła się i splunęła. – Ostatniego członka rodziny pochowałam lata temu, ale do niedawna miałam jeszcze parę bliskich osób, które mogłyby ponieść konsekwencje mojej niesubordynacji. Ale teraz… – Zaśmiała się dziwnie. – Cóż, chyba po prostu uznałam, że mogę zrobić coś dobrego, zanim…

Zamilkła. Przez długą chwilę obie siedziały w ciszy, aż w końcu Berenika dźwignęła się na nogi i rzuciła Idalii wyjęty z plecaka koc.

– Starczy tego gadania. Musisz się porządnie wyspać, jeśli mamy jutro przekroczyć przełęcz. Ja będę czuwać. Opatul się dobrze, za jakąś godzinę będzie już naprawdę zimno, a wciąż nie możemy rozpalić ogniska.

Na samą wzmiankę o odpoczynku złodziejka zaczęła ziewać, a gdy tylko opatuliła się szorstkim kocem, w ciągu kilku sekund uległa całodziennemu zmęczeniu. Dopiero będąc na skraju przytomności uświadomiła sobie, że Berenika nie wyjawiła jej, co planuje zrobić po jutrzejszym dniu, ale nim Idalia zdążyła o to spytać, pogrążyła się w niepamięci.

Wyruszyły skoro świt, okryte tyloma warstwami odzieży, ile tylko miały pod ręką, gdyż w miarę jak wchodziły coraz wyżej, warunki tylko się pogarszały. Od pewnego momentu Berenika brodziła w śniegu po uda, a Idalia po pas i tempo ich podróży znacznie zmalało. Koło południa zaczął dąć lodowaty wicher, szarpiący dziko za ubrania, jakby chciał je rozerwać na strzępy. Pomimo ciężkiej pogody wytrwale kroczyły do przodu, prawie w ogóle nie rozmawiając, lecz gdy zaczynało się już ściemniać, do celu wciąż pozostało im jeszcze kilka godzin drogi. Zmęczone, ale zdeterminowane, by odpocząć dopiero po przekroczeniu granicy, kontynuowały wędrówkę, po przebyciu skalnego rumowiska wkraczając do porastającego zbocze lasu.

Pomiędzy drzewami wiatr nie dął tak silnie, a śniegowa pokrywa była cieńsza, co znacznie ułatwiło poruszanie się, ale Idalia mimo to wolałaby pozostać na otwartej przestrzeni. Gęsto rosnące świerki blokowały resztki dziennego światła, pogrążając otoczenie w głębokim mroku, a dobiegające z oddali wycie wichru coraz bardziej przypominało upiorne zawodzenie, tylko częściowo stłumione skrzypieniem deptanego śniegu.

Kiedy dotarły w końcu do polany, z której widać już było przełęcz, na niebie nie ujrzały słońca, lecz wąski sierp księżyca, którego blask odbijał się w wirujących w powietrzu białych płatkach. Przystanęły na moment, chłonąc wzrokiem górski krajobraz. Nagle wiatr uderzył ze wzmożoną siłą, świszcząc ogłuszająco i niemal zwalając je z nóg. Przytrzymując się siebie nawzajem, zdołały jakoś utrzymać równowagę, gdy wtem, niczym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zawierucha uspokoiła się, ustępując miejsca kompletnej ciszy. Ta zmiana atmosfery z jakiegoś powodu wzbudziła lęk złodziejki, która zaczęła rozglądać się nerwowo. Kiedy jej wzrok padł na przeciwległy kraniec polany, ścisnęła mocno rękę towarzyszki.

Mroczna sylwetka stała w śniegu naprzeciwko, lekko zgarbiona, lecz wciąż wyraźnie górująca rozmiarami nawet nad postawną Bereniką. Szpony wieńczące długie kończyny drgnęły, a Idalia zadrżała, gdy stwór powoli wyprostował się, a następnie obrócił ku niej, przecinając powietrze parą skórzastych skrzydeł. Szkarłatne ślepia zabłysły, wpatrując się wprost w dziewczynę, która mimowolnie zrobiła krok w tył i już miała rzucić się do ucieczki, gdy Berenika wystąpiła naprzód i własnym ciałem zasłoniła ją przed upiornym spojrzeniem.

– Idalio, wysłuchaj mnie teraz uważnie. – Głos kobiety brzmiał twardo, nie wyczuwało się w nim najmniejszej dozy strachu. Żołnierz pociągnęła złodziejkę za rękę, prowadząc ją wzdłuż linii drzew, cały czas zwrócona przodem do istoty, która póki co przyglądała im się w bezruchu.

– Resztę drogi będziesz musiała przebyć sama. Jak najszybciej znajdź swojego wierzchowca i nie zatrzymuj się, dopóki nie dotrzesz do jakiegoś miasta.

Popchnęła dziewczynę między drzewa. Posłuszna jej rozkazowi Idalia puściła się biegiem, nie oglądając się za siebie i szybko znikając w ciemnym gąszczu. Żołnierz odetchnęła głęboko, po czym zwróciła wzrok na stojącego nieruchomo stwora.

– Nie sądzisz chyba, że uda jej się uciec? – Zimny, ochrypły głos wywołałby u niej ciarki, gdyby nie słyszała go już tyle razy. – Nawet teraz mógłbym za nią polecieć, a ty nie miałabyś jak mnie powstrzymać.

– To prawda… – Kobieta zdjęła okrywający ją płaszcz i rzuciła go na ziemię. Jej zbroja zalśniła w blasku księżyca, a dobyty miecz zabrzęczał przy dobywaniu z pochwy. – Uff, już się bałam, że przymarznie – mruknęła pod nosem, po czym dodała głośniej – Ale, znając ciebie, uznałam, że w pierwszej kolejności będziesz chciał się zająć ukaraniem zdrajcy.

– I liczysz, że uda ci się kupić dość czasu, żeby to dziecko zdołało uciec? – Gdyby był w swojej ludzkiej formie, wampir pewnie uśmiechnąłby się pogardliwie, teraz jednak po prostu wyszczerzył kły.

– Nic z tych rzeczy. – Berenika pokręciła głową, po czym wycelowała klingą w swojego dowódcę. – Zamierzam cię zabić, skurwysynu.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Pierwszy ruch wykonał wampir, dwoma susami pokonując dzielący ich dystans. Kobieta podrzuciła stopą stertę śniegu, trafiając nią w oczy przeciwnika, który zaskrzeczał, zaskoczony, po czym wystartowała do przodu, wymijając ostre pazury i rozcinając czubkiem miecza jego bok. Stwór wykrzywił pysk i zamachał skrzydłami, pospiesznie się wycofując. Wylądowawszy kilkanaście stóp dalej, warknął wściekle na żołnierz, która wykręciła młynka bronią, mówiąc – Możesz sobie być prawdziwym potworem, ale ja przez lata obserwowałam, jak walczysz. Ciekawa jestem, czy ty byłeś równie uważny.

Uśmiechnęła się, po czym ruszyła do ataku.

Wyprowadziła cięcie od biodra, lecz wampir uchylił się, a następnie szybkim uderzeniem wytrącił jej oręż z dłoni. Skrzywiła się, nawet przez stalowe zarękawia czując siłę ciosu, ale nie przestała nacierać. Przemknąwszy pod ramieniem wroga, wbiła mu łokieć tam, gdzie u człowieka znajdują się nerki. Poprawiła pięścią drugiej ręki, a gdy stwór zachwiał się, podcięła mu nogi kopnięciem, a następnie popędziła do miejsca, gdzie upadł miecz. Zdążyła podnieść go w samą porę, by zasłonić się przed mknącymi ku jej twarzy szponami. Zacisnęła zęby i zaparła się nogami, próbując odepchnąć napierające na klingę łapy.

– Już rozumiem, dlaczego ciebie też nazywali potworem. – Szkarłatne oczy wejrzały w jej własne, gdy przeciwnik pomału odsuwał srebrzyste ostrze na bok. – Ale nawet ty nie możesz się ze mną równać.

Potężne kopnięcie trafiło ją w mostek i posłało w powietrze. Stęknęła głucho, lądując z hukiem kilkanaście stóp dalej. Zdołała jednak nie wypuścić miecza i prędko przeturlała się na bok, tuż zanim wampir wbił pazury tam, gdzie jeszcze przed sekundą była jej głowa. Wstając, cięła szeroko, odpędzając go i od razu zaszarżowała z krzykiem, unosząc wysoko broń. Stwór skoczył jej na spotkanie, również się zamachując.

Dał się słyszeć ostry chrzęst, a zaraz potem ohydne plaśnięcie. Berenika zachłysnęła się, z trudem wciągając powietrze i powoli spojrzała w dół, gdzie sczerniałe ramię wrażało się w jej brzuch, przebiwszy napierśnik. Czubki szponów potwora wystawały z pleców kobiety, ociekając posoką. Kaszlnęła chrapliwie, wypluwając strugę krwi i chwiejnie uniosła głowę, spoglądając w czerwone ślepia. Uśmiechnęła się.

– Przegrałeś, skurwysynu – powiedziała, po czym opuściła miecz, jednym ruchem odcinając skrzydło wampira.

Każda żywa istota w promieniu wielu mil wzdrygnęła się, słysząc wrzask, który przeszył nocne powietrze.

Odsunąwszy się poniewczasie od przeciwniczki, oszalały z bólu stwór zaczął miotać się po polanie, znacząc śnieg posoką tryskającą ze wstrząsanego drgawkami kikuta. Berenika przez chwilę słaniała się na nogach, patrząc tępo w przestrzeń, po czym westchnęła cicho i runęła na plecy. Czując pod palcami gorącą ciecz wypływającą z rany, wciąż uśmiechała się szeroko. Z wysiłkiem spojrzała w prawo, na czołgającego się ku niej wampira.

– Powodzenia w doścignięciu jej teraz. – Zaśmiała się ochryple. – Ona jest już bezpieczna, w przeciwieństwie do ciebie. Żałuję, że nie zobaczę, co z tobą zrobią. Ciekawe, czy okażą się równie łaskawi, jak ty byłeś dla swoich ludzi…

Splunęła stworowi w twarz.

– To za…

Czarne szpony przecięły ze świstem powietrze, a życie Bereniki dobiegło końca.

Jakieś pół mili dalej, po drugiej stronie przełęczy, Idalia dalej biegła co sił w nogach, chwilami przystając, by wydać z siebie przeciągły gwizd, który niósł się daleko po górskich zboczach. Nagle spomiędzy drzew po lewej wyskoczyło coś dużego, lądując tuż przed złodziejką, która wydała z siebie zdumiony okrzyk i straciwszy równowagę wylądowała w śniegu. Unosząc głowę, ujrzała pochylający się nad nią brodaty łeb, zwieńczony parą zakręconych rogów. Podniosła się i czym prędzej wdrapała na grzbiet ogromnego kozła, szepcząc mu do ucha:

– Dom. Zabierz mnie do domu.

Wtuliła twarz w gęste futro, podczas gdy zwierzak popędził w dół zbocza, przemieszczając się wielkimi susami z jednej skalnej półki na drugą. Świadoma, że wciąż nie uszła jeszcze w pełni niebezpieczeństwu, czuła jednak, jak z każdą sekundą zagrożenie się oddala. Po raz pierwszy, odkąd została sierotą, na jej obliczu zagościł szczery, szeroki uśmiech, wywołany myślą o czekającej ją nagrodzie. 

Koniec

Komentarze

Doprawdy nie rozumiem, dlaczego takie perełki nie zostały jeszcze przez nikogo skomentowane. Czy jeżeli opowiadanie jest dobre, to nie ma się nic do powiedzenia?

 

Osobiście rzadko dotykam typowego fantasy, bo nie dość, że trochę przejadły mi się te klimaty z powodu historii z DnD itp., to jeszcze początkujący pisarze najczęściej odnoszą się do tego settingu i zwyczajnie obrzydzają jeszcze bardziej te klimaty. Historia w Twoim opowiadaniu należy do pewnego standardu. Jest złodziejka, jest klejnot, jest rycerz, jest potwór. A jednak w ogóle nie odczułem, że czytam kolejną kliszę ze zmienionymi imionami. Ba! Przez opowiadanie idzie się płynnie a Twoje operowanie słownictwem w opisach powoduje, że bez problemu potrafię sobie wszystko wyobrazić.

 

Osobiście mam ogromny problem z pisaniem scen akcji, czego tobie zazdroszczę. Przez scenę pościgu płynąłem jakbym oglądał film, a walka z “finałowym bosem” pachniała krwią i lśniła księżycowym blaskiem odbijającym się od ostrza klingi. 

 

Bohaterowie nabrali charakteru w dialogach i krótkich scenach, szczególnie Berenika została dobrze zarysowana jako wierna kompanka, która nie ma już nic do stracenia. Zdecydowanie ją polubiłem.

 

Czy można zarysować świat, w krótkim opowiadaniu? Jak widać, można. Z jednej strony tajemnicze świątynie, z drugiej targany wieczną wojną świat. Oczywiście wciąż wiemy bardzo mało, jednocześnie wystarczająco dużo, by podążać za bohaterami nie czując się zagubionym. 

 

Jedyne, do czego można się przyczepić (ale to naprawdę na siłę) to a) śmierć Bereniki, która prosiła się o nieco większy opis odejścia z tego świata i b) nagły przeskok między pierwszym spotkaniem żołnierza ze złodziejką do wspólnego przystanku już po opuszczeniu murów miasta, gdzie czuć było większą więź między bohaterami, która zapewne została zbudowana w wyciętym/nigdy nie napisanym fragmencie (a tak przynajmniej to odczuwam).

 

Opowieść nie jest przesadnie rozwleczona, nie ma w niej przesadnego chodzenia na skróty. Gratuluję utrzymania tak delikatnej równowagi.

Folan – dziękuję bardzo za lekturę i komentarz (zwłaszcza że tekst zdążył już mocno ugrzęznąć w poczekalni). Niezmiernie cieszy mnie, że opowiadanie tak dobrze się Tobie czytało.

 

Wiadomo, że pochwały zawsze miło się czyta, ale szczególnie cieszy mnie informacja że udało mi się uniknąć wrażenia kliszy (a rzeczywiście w fantasy łatwo wpaść w tę pułapkę) i że sceny akcji “działają”, bo na nich szczególnie mi zależało. 

 

Jeśli chodzi o Twoje końcowe uwagi, to przyznam że pierwotnie myślałem o wstawieniu jeszcze fragmentu ze wspólnej podróży bohaterek, a scena śmierci Bereniki miała jedną dłuższą wersję, ale ostatecznie zrezygnowałem z obu tych rzeczy z obawy przed zbytnim rozwleczeniem opowiadania. 

 

Pozdrawiam :)

Zacznę może od tytułu. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej (płynniej, dźwięczniej) brzmiałoby „Jeden dobry uczynek”, ale to oczywiście tylko nieznacząca uwaga na boku.

Cóż mogę powiedzieć… Otóż Twoje opowiadanie, Selmirze, przyniosło mi spore rozczarowanie. Od razu wyjaśnię – rozczarowanie wywołane kontrastem między odbiorem pierwszego fragmentu (rozdziału) tekstu z wrażeniami po lekturze całości. I jest to rozczarowanie na wielu płaszczyznach – dotyczące fabuły, świata, oryginalności, ale również samego warsztatu. Krótko mówiąc, było naprawdę dobrze, a potem się posypało.

Czytając pierwsze akapity opisujące skok na świątynię w wykonaniu młodej złodziejki, odnotowałem sobie w notatniku: „dobre opisy lokacji, sprawne i lekkie pióro, jest klasycznie, ale widać wyobraźnię autora, przede wszystkim wyobraźnię przestrzenną, plastyczną, dobry język, zdanie nie zgrzytają, technicznie w porządku, lubię takie debiuty na portalu". Ale potem, właściwie już w drugim „rozdzialiku”, to wszystko niestety spadło o poziom – dwa poziomy w dół.

Tym pierwszym rozdziałem naprawdę rozbudziłeś moje nadzieje na wartką, klimatyczną, przygodową fantasy. Sprawnie i z werwą napisaną, być może bliższą Young Adult Fantasy, ale nadal interesującą nawet dla takiego starego konia jak ja, który fantasy z młodocianymi bohaterami omija szerokim łukiem. Już miałem gratulować lekkiego pióra i portalowego debiutu 21-letniemu autorowi, który pisze na niezłym poziomie, gdy naraz pojawiła się totalna sztampa w wydarzeniach (oczywiście skok na świątynię to też nic nowego w fantasy, począwszy od howardowskiej „Wieży słonia”, ale to była innego rodzaju sztampa) i postaciach, bzdury i absurdy, słabe rozwiązania fabularne, zgrzyty językowe itd. Pod względem technicznym nadal było nieźle, ale gdzieś ulotniła się lekkość i precyzja języka, powyłaziły jakieś młodzieńcze uproszczenia, naiwności i słabizny oraz sztuczne i drętwe dialogi jak ze słabszych powieści dla bardzo młodych czytelników (– Powodzenia w doścignięciu jej teraz, władco nocy; – Już rozumiem, dlaczego ciebie również nazywali potworem. Itp.). A na dodatek pojawiły się… wampiry i wilkołaki, przy których sztampa weszła na jeszcze wyższy poziom sztampy. Owszem to nadal jest tekst do przeczytania (dla młodego czytelnika), jako lekka i mało odkrywcza opowiastka historyjka się sprawdza, jednak oczekiwanie miałem znacznie większe.

Podsumowując. Potrafisz napisać naprawdę dobry kawałek lekkiej fantasy, Selmirze. Postaraj się utrzymać podobny poziom przez cały tekst, popracuj nad bardziej oryginalnymi fabułami, światami, postaciami i naprawdę będą z Ciebie ludzie.

 

Ps. Naprawdę wierzysz, że kobieta, przebita na wylot ręką potwora, może jeszcze wygłaszać takie patetyczne i drętwe gadki? Albo przedzierać się w pełnej zbroi przez śnieżne zaspy sięgające uda?

 

 

Gwałtownie obracając głowę, zachwiała się na linie i mało brakowało, by zaczęła niekontrolowanie wirować.

 

– wirować to chyba zabyt mocne określenie w tej sytuacji. Raczej kręcić się, obracać.

 

 

Rozstawiwszy szeroko ramiona, powoli rozejrzała się dokoła. Nikogo nie dostrzegając, przeklęła w myślach własną lękliwość.

 

– Pomarudzę na takie zbitki: rozstawiwszy, dostrzegając, przeklęła, lękliwość

 

(…) wykonaną z lekko połyskującego kruszcu, ni to metal, ni to kryształ.

 

– ni to metalu, ni to kryształu.

 

Czym prędzej zamknęła gablotkę i podciągnąwszy się wspięła po linie, sprawnie docierając na sam jej koniec.

 

– raz się podciągnąwszy wspięła się po linie?

 

Błoto zachlupotało pod ciężkimi buciorami, kiedy okryta stalą sylwetka opuściła namiot, kierując się do miejsca, gdzie trzymano jeńców. Pilnujący ich mężczyzna zasalutował niedbale (…) 

i w tej samej scenie:

 

– Wiesz, że od dawna są brudne. – Berenika również sięgnęła po broń. – A i tak nie zdjęłoby to ze mnie odpowiedzialności.

Podeszła do pierwszego jeńca.

 

– Pytanie: skąd tam się wzięła nagle ta Berenika? 

 

 

Podeszła do pierwszego jeńca.

 

***

 

Przeskakując nad zwalonym pniem, zahaczyła stopą o konar.

 

– zmyłka. Tam mamy Berenikę, tutaj bezimienną (póki co) złodziejkę. To jest mylące przejście.

 

 

(…) skręciła w ich kierunku, stukając podeszwami po twardym bruku.

(…) Zza pleców dobiegł ją stłumiony huk, gdy coś ciężkiego wylądowało na kamiennych płytach.

 

– ale bruk to nie są kamienne płyty…

 

 

Sięgnęła do kieszeni na piersi. Teraz już nie tylko z tyłu, ale także z obu boków docierało ochrypłe ujadanie. Pierwotny, zwierzęcy strach ściganej ofiary paraliżował jej myśli, ale zmusiła się, żeby jeszcze zaczekać.

 

– gonią ją zwierząta, ona czuje zwierzęcy strach, wychodzi z tego bałagan.

 

 

(…) ledwo unikając walnięcia czołem o bruk.

 

– unikając walnięcia – lepiej unikać takich form

 

 

Skrzyżowawszy z nią na moment spojrzenia (…)

 

– brzydko to wygląda

 

 

(…) ale niedobór snu oraz bezustanne napięcie coraz bardziej wysysało z niej siły

 

– wysysały

 

 

Nogi bolały ją od ciągłego chodzenia, a umysł zdawał się być przesłonięty ciężką kotarą.

 

– nogi bolały od ciągłgo chodzenia – nie brzmi to zbyt dobrze i sensownie

 

 

Nie miała jednak zamiaru czekać i się przekonać.

 

– żeby się przekonać? aby się przekonać? by się przekonać?

 

 

Niepotrzebnie nam to tak utrudniasz (…)

 

– nie lepiej: "Niepotrzebnie to utrudniasz" lub "Niepotrzebnie utrudniasz".

 

 

Weź już wstawaj, nie kopnęła cię przecież aż tak mocno.

 

– “weź już wstawaj” to taki współczesny język niepasujący do fantasy, podobnie jak nie pasuje określenie “debilny rozkaz” albo minuty "wynalezione" w XVII wieku.

 

Złodziejka zaczęła powoli przesuwać się w prawo, obserwując czujnie żołnierz, która zdawała się toczyć wewnętrzną walkę.

 

– to określenie "żołnierz" w kontekście kobiety żołnierza strasznie mi zgrzyta, poza tym wolałbym w fantasy żołdaka, wojaka itp. a nie żołnierza

 

W końcu prędkim ruchem chwyciła kulę i odwróciła się, gotowa do ucieczki.

 

– szybkim ruchem ręki?

 

 

Długie, zakrzywione szpony wieńczące długie kończyny drgnęły 

 

– można jakoś uniknąć powtórzenia (długie)

 

Widząc wbijane w nią przerażone spojrzenie, żołnierz uniosła dłonie w uspokajającym geście.

 

– wbijane w nią przerażone spojrzenie? – zrób coś z tym zdaniem

 

– Ona jest już bezpieczna, w przeciwieństwie do ciebie. Żałuję, że nie zobaczę, co zrobią twoi panowie, gdy dowiedzą się, jak skopałeś.

 

– pomijając drętwotę tego dialogu, to określenie "jak skopałeś" podobnie jak "debilny rozkaz" i "weź już wstawaj" to jakaś inna bajka zupełnie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.maras – dziękuję bardzo za lekturę i wnikliwy komentarz. Cieszy mnie, że chociaż część tekstu zrobiła dobre wrażenie.

Poprawiłem już większość z powypisywanych przez Ciebie sformułowań. Natomiast jeśli chodzi o Twoje pytanie skąd na końcu drugiego fragmentu wzięła się Berenika, to mój zamysł (którego wykonanie najwyraźniej jednak nie wyszło) był taki, że tym barczystym „sierżantem” z początku jest właśnie ona, tylko dopiero na koniec sceny czytelnik dowiaduje się, że to kobieta (dlatego przeważają wcześniej „bezpłciowe” określenia jak „postać” i „sylwetka”). 

Jeszcze raz dziękuję za uwagi, przy następnym tekście postaram się już sprawić lepiej.

Nowa Fantastyka