- Opowiadanie: Sveniu - Gra o dron

Gra o dron

Opowiadanie napisane na konkurs Dni Fantastyki “Kryształowe Smoki” w tematyce “Cyberpunk: W służbie zła”.  Nie udało się zdobyć nominacji, jednak mimo to jestem z niego zadowolony i chciałbym, żeby ujrzało światło dzienne. Życzę smacznego.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gra o dron

Kula wbiła się w ramię z prędkością dziewięciuset metrów na sekundę, rozerwała tkankę mięśniową, przebiła na wylot kość ramieniową i wbiła się w podłogę zaraz za Francesco Gatorim, który stracił przytomność jeszcze zanim uderzył o posadzkę. Krew trysnęła z siłą fontanny, ochlapując dębowe panele i ścianę ekranową, na której sympatyczna skandynawska rodzina jadła właśnie płatki śniadaniowe zmieszane z posoką Francesco. Kuloodporne szyby w oknach posiadłości zostały nienaruszone, ale okazały się bezużyteczne, jako że snajper oddał strzał przez sufit.

W takich okolicznościach za największą niespodziankę należy uznać fakt, że don Gatori przeżył.

Ktokolwiek dokonał zamachu, musiał skorzystać z drona snajperskiego dużego kalibru z modyfikacją termowizyjną. Takie zabawki nie są tanie, a modyfikacja pozwalająca na automatyczne namierzanie celu kosztowała grosze i gwarantowała strzał między oczy w ponad 99% przypadków.

Kto w takich warunkach ryzykowałby sterowanie manualne? Tylko maniak mający osobiste porachunki z donem i chcący osobiście pociągnąć za spust. Albo ktoś, kto chciał tylko zranić Gatoriego, upewniając się jednocześnie, że rana nie będzie śmiertelna.

Świrów oczywiście nie brakowało. Don Gatori miał tylu wrogów, co bezdomny z Pacifica wszy i podobnie jak wszy byli oni raczej uciążliwi, niż niebezpieczni.

Gdyby ta sytuacja dotknęła kogoś innego, byłbym nawet skłonny przypuszczać, że to ofiara była jednocześnie zleceniodawcą. Tego typu chore gierki rozgrywały się czasem wśród wpływowych familii Night City. Ale pracowałem jako Netrunner dla Gatorich już od siedemnastu lat i wiedziałem, że don Francesco nie charakteryzuje się ułańską fantazją niezbędną do zastosowania podobnej zagrywki.

Zamknąłem plik z nagraniem zamachu i zwróciłem się do Vincenta Gatori, najstarszego syna Francesca.

– Jak dużo ludzi o tym wie?

– Wszyscy wiedzą, N. Całe jebane Night City wie albo właśnie się dowiaduje. Właśnie dostałem wiadomość z kondolencjami od dona Marziani. Kurwa! Z kondolencjami, jakby ojciec nie żył!

Zmełłem w ustach przekleństwo.

– Kto się wygadał?

– Matka spanikowała i zadzwoniła po karetkę.

Mało brakowało, a powiedziałbym „Co za kretyn się wygadał”. Całe szczęście, że tego nie zrobiłem, bo za taki faux pas mógłbym dostać kulkę i to bynajmniej nie w ramię.

– Posłuchaj mnie uważnie, Vincent. Najpewniej w ciągu najbliższych kilku godzin dostaniesz wiadomość od zamachowca. Możliwe, że nawet kilka. Problem w tym, że jeśli całe Night City wie o zamachu, niektóre z tych wiadomości mogą być fałszywe. Dlatego nie podejmuj żadnych raptownych decyzji i pod żadnym pozorem nie wszczynaj wojny, dopóki nie będziemy mieli całkowitej pewności, kto za tym stoi. Teraz potrzebuję dostępu do kamery na dachu. Może uda się namierzyć tego drona. To słaby trop, ale lepszych nie mamy.

Oczywiście w razie potrzeby mógłbym włamać się do kamery, ale wolałem nie wspominać o tym Vincentowi.

Znalezienie drona na nagraniach zajęło mi kilka minut. Był charakterystyczny, czarno-biały i wyglądał jak mechaniczny pająk z jakiejś japońskiej kreskówki, dziwny misz masz składany w garażu z części zapasowych. Nie eksplodował przy wystrzale jak tanie jednorazówki, ale siła odrzutu wyrzuciła go poza kadr i nie udało mi się go później namierzyć. Co gorsza nawet na największym zbliżeniu nie widać było śladu numeru seryjnego albo choćby nazwy producenta, a konstrukcja nie przypominała mi żadnej znanej marki. Jedyny trop, którym mogłem podążać, to kierunek z którego nadleciał, czyli południowy zachód. Zacisnąłem zęby na myśl, że będę teraz musiał godzinami włamywać się do kamer publicznych, próbując metodą prób i błędów namierzyć trasę przelotu, bez żadnej gwarancji sukcesu. Nie widziałem jednak lepszej alternatywy.

Zanim jednak mogłem wyruszyć z siatką na motyle, musiałem wyjaśnić z Vincentem jedną ważną sprawę.

– Czy ojciec wspominał cokolwiek o robocie na Windsor Street?

– Nie, czemu?

– To robota u jubilera. Duża forsa, jesteśmy z ekipą umówieni na dzisiaj. Pytanie, czy w świetle tego co się stało… Słuchaj, Vincent, będziesz musiał podjąć decyzję. Wszystko jest ustawione, ekipa zgrana, nie powinno być problemów. Cała operacja zajmie może godzinę. Ale jeśli wolisz, żebym skupił się na dronie…

– Nie można tego przełożyć? – z mojej miny musiał wyczytać, że nie bardzo – Dobra, N, nie znam sprawy, zaufam Twojej intuicji. Twoim zdaniem robota u jubilera jest tego warta?

– To osiem baniek, Vinnie. Dwadzieścia pięć procent dla dona. Myślę, że don Francesco nie byłby zadowolony, gdybyśmy to teraz olali, po tygodniach przygotowań.

Vincent machnął ręką.

– Jasne, skoro tak uważasz, zrób to. Potrzebujesz mojego błogosławieństwa? Masz moje błogosławieństwo. Ale wracaj tutaj zaraz po robocie, musimy dorwać skurwysyna, który posłał kulkę w mojego ojca.

– Masz to jak w banku.

 

 

Nikt przy zdrowych zmysłach nie robi już skoków na jubilera. Każdy kolczyk, każdy pierścionek, każdy element biżuterii ma w sobie mikrochip śledzący, teoretycznie niemożliwy do zhakowania, w praktyce – cholernie trudny do zhakowania nawet dla mnie. Szczęśliwym trafem nie musiałem robić tego indywidualnie, mogłem uzyskać dostęp do wszystkich mikrochipów jednocześnie, ale nawet wtedy panowie w niebieskich mundurach zapukaliby do moich drzwi, zanim skończyłbym ładować system operacyjny. Rozwiązanie? Elektromagnesy. Odpowiednio silny elektromagnes nie tylko przyspieszał zgarnięcie towaru, ale też zakłócał działanie mikrochipów i dawał do nich nieograniczony dostęp, tak długo jak wiązka pola trzymała je w swoim uścisku. Mogłem zrobić z nimi wtedy co chciałem, przeprogramować współrzędne na Hongkong, Nairobi, środek oceanu albo – tak jak miałem to w planach – na lokację sklepu jubilerskiego na Windsor Street, tak jakby biżuteria nigdy nie opuściła gablot. Hakowałem już wcześniej pojedyncze pierścionki, mógłbym to zrobić ponownie na całej partii towaru.

Nigdy do tego nie doszło.

Ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie robi już skoków na jubilera, ochrona była minimalna, kamery tanie, a system alarmowy do złamania w moment. Po dwóch minutach w środku zamaskowani panowie X i Y wybiegli z towarem, a pani Z czekała na nich za kierownicą Pontiaca Fiero. Sam nadzorowałem wszystko ze swojego biura na trzecim piętrze budynku Balboa Aeronautics. Policja nie wiedziała o naszej działalności, droga ucieczki była czysta, a tablice rejestracyjne zmodyfikowane i niewidzialne dla kamer ulicznych. Krótko mówiąc, wszystko szło idealnie.

Czarno-biały dron pojawił się znikąd, wyleciał spomiędzy budynków i zawisnął nad maską Pontiaca, unosząc się centymetry nad nim przez kilka sekund. „Zatrzymać wóz” – krzyknąłem, ale było już za późno. Pocisk wystrzelony pionowo w dół przebił silnik, a samochód potoczył się bezwładnie po Logan Street i uderzył w ścianę parkingu. Radiowóz wyjechał zza rogu po piętnastu sekundach, co nie mogło być dziełem przypadku.

Nie śledziłem dalszych wydarzeń. Łup przepadł, X, Y i Z byli zdani na siebie, błyskawicznie odłączeni od komunikatora, a ja tymczasem pędziłem w wirtualnym pościgu ulicami Night City, teleportując się od kamery do kamery, od budynku do budynku, hakując zabezpieczenia i pędząc za dronem jak sokół. Leciał na północny zachód, a śledzenie go było igraszką; w tej okolicy tanie kamery były na każdym rogu. Z jakiegoś powodu nie mogłem jednak zhakować samego drona, jego systemy zabezpieczeń były co najmniej dwa poziomy powyżej mojego. Nieistotne, potrzebowałem tylko lokacji.

Po kilku minutach leciał nad Little Italy. Zabawne, pomyślałem, to wygląda prawie tak, jakby zmierzał po linii prostej dokładnie…

Szyba w oknie eksplodowała milionem odłamków. Odłączyłem się od Sieci, wynurzyłem z wanny z lodem, dysząc ciężko i wyrywając kable z głowy. Był tutaj! Dron przyleciał do Balboa Aeronautics, prosto do mojej pracowni, prosto do mnie i był pierwszym co zobaczyłem, kiedy wzrok przyzwyczaił się do realu. Unosił mi się przed twarzą i mierzył do mnie z lufy kaliber .50.

– Witaj, N.

Głośnik w dronie snajperskim? Tego jeszcze nie widziałem, ale jasne, czemu nie.

– Kim jesteś i czego chcesz?

– Kim ja jestem? To niewłaściwe pytanie. Zastanówmy się najpierw, kim ty jesteś. N. Netrunner dla mafijnej rodziny Gatori, znany także jako Niccolo Mantacore. Dobry, spokojny chłopak, zdolny uczeń i haker do dwudziestego roku życia. Ale potem coś się stało. Włamałeś się do banku Fujiwara, zgarnąłeś milion eurodolarów i sądziłeś, że nikt się nie zorientuje. Przeliczyłeś się jednak.

– Znam swoją biografię.

– A, a, a! Zważywszy, czyja lufa przystawiona jest do czyjej twarzy, pozwolisz, że będę kontynuował. Ma to swój cel, zobaczysz. Jak mówiłem, przeliczyłeś się. Mafia zdołała cię namierzyć, porwała twoją ówczesną dziewczynę i pod groźbą przemocy zmusiła do współpracy, a ty się zgodziłeś. Dlaczego? Ponieważ jesteś zbyt bystry, żeby zgrywać bohatera. Rozumiesz doskonale, kiedy druga strona posiada mocniejsze karty, a w bieżącej sytuacji jest to dla ciebie bardzo przydatna cecha.

– Chcesz mnie szantażować.

– Chcę ci pomóc, N. Pomóc temu miastu. Wiesz, co widzę, kiedy patrzę na Night City, na to miasto rządzone przez gangi, mafie i armię degeneratów? Widzę żółwia idącego przez pustynię, małego żółwia, którego ktoś przewrócił na plecy. Teraz smaży się w słońcu, bezradnie macha nóżkami i usmaży się, zginie, jeśli ktoś nie pomoże mu obrócić się na drugą stronę. A ja, N, jestem jedynym, który może go obrócić.

– Test Voight-Kampffa, kojarzę. Co ja mam z tym wspólnego?

– Jesteś częścią tej układanki, N. Przez ostatnie siedemnaście lat służyłeś siłom zła. Ten, kto świadomie i dobrowolnie służy złu, musi zostać ukarany. Ale jak mówiłem, mam cię za dobrego chłopaka, mimo wszystko. Jesteś dobrym chłopakiem, który pod groźbą przemocy dopuścił się złych czynów. Teraz pod groźbą przemocy wyrzekniesz się zła, ponieważ oboje wiemy, że to na ciebie działa.

Parsknąłem śmiechem.

– Myślisz, że jesteś w stanie mnie zastraszyć? Jeden Netrunner z jednym dronem, który może co najwyżej mnie zastrzelić? Czy wiesz, co Francesco Gatori mi zrobi, jeśli go zdradzę? Albo Vincent, albo ktokolwiek w rodzinie? Jeśli się dowiedzą, będę się modlił o kulkę między oczy.

– Zabawne, że wspominasz o Vincencie. Sprawdź komunikator.

Wiadomość od Lorenzo Moli, prawej ręki Francesca.

„N, gdzie ty się kurwa podziewasz? Vincenta postrzelili, tak samo jak dona Francesco! Don Marziani też jest ranny! Wracaj NATYCHMIAST”

– Dla twojej informacji, N, ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Jeszcze nie. Będą mieli szansę na wyrzeczenie się zła. Podobnie jak wszyscy członkowie gangu Bozo…

Gdy dron to mówił, przed moimi oczami pojawił się drugi, identyczny.

– …Voodoo…

Trzeci dron wleciał przez wybite okno i zatrzymał się o metr przede mną.

– …Maelstromu, Tygrysiego Kła, skorumpowani oficerowie policji, dealerzy, politycy i każdy, kto świadomie i dobrowolnie wybrał służbę zła.

Cztery kolejne drony leciały przed budynkiem, nie wlatując do środka, mierząc do mnie z karabinów snajperskich zza okna.

– Posiadam zasoby i środki do wprowadzenia tego w życie i dzisiaj nareszcie nadszedł czas, żeby zacząć oczyszczenie.

– Kim ty, do cholery, jesteś?

– Mówiłem ci, N. Pytanie mnie o to, KIM jestem, to niewłaściwe pytanie.

Ja pierdolę. Ja pierdolę. Test Voight-Kampffa? O kurwa. Czy to może być prawda? Czy ktoś robi sobie ze mnie jaja? Czy faktycznie mierzyła do mnie z siedmiu luf sztuczna inteligencja z kompleksem mesjasza?

– Przemówię do nich tak, jak przemawiam do ciebie. Niccolo Mantacore, czy wyrzekasz się zła?

Przez siedemnaście lat byłem Netrunnerem dla rodziny Gatori. Pomagałem w napadach, porwaniach, handlu narkotykami, bronią i żywym towarem. Zdobywałem informacje do szantażu setek ludzi. Nigdy nie zabiłem człowieka, ale pomagałem ludziom, którzy mordowali bez mrugnięcia okiem.

Ale dopiero dzisiaj, po raz pierwszy w życiu, patrząc w światło kamery drona snajperskiego i mówiąc „Wyrzekam się” poczułem się tak, jakbym właśnie zawierał pakt z diabłem.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie mi się podobało. Płynnie się czytało, historia była ciekawa, postaci wiarygodne. Jedyny zgrzyt taki, że… Zastanawiam się, czy nie powinieneś, autorze, dać tagu “fanfik”. Bo jakby nie patrzeć, świat, którym się posłużyłeś nie został stworzony przez Ciebie. Wydaje mi się, że w obliczu nadchodzącej premiery gry CDPR nikt nie uzna, że sam wymyśliłeś Night City, Pacificę i inne elementy świata przedstawionego (chociaż jeśli dobrze kojarzę test pochodzi z Blade Runnera?) ale jednak nie zaznaczając, że czerpałeś z istniejącego dzieła (nawet jeśli nie jest ono stricte literackie) ktoś mógłby zarzucić Ci plagiat. Sam tytuł też nie do końca mi się podobał. Wiem, że chciałeś nawiązać do PLiO, ale… Jakoś w ogóle mi to nie pasuje do tego, co dzieje się w tekście. Wydarzenia nie nawiązują za bardzo do wydarzeń z książki Martina (czy też serialu, bo nie wiem, do czego konkretnie chciałeś nawiązać), więc wydaje się nawiązaniem na siłę, takim, żeby było. 

Ogólnie jednak tekst jest fajny. Szkoda, że nie poszło w konkursie. Mi też nie poszło, ale może następnym razem się uda. :)

A! I wyrzuciłabym powtórzenie tytułu z tekstu. Na forum tytuł i tak widnieje nad opowiadaniem, więc powielenie go w tekście jest zbędne.

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Jeżeli są w tekście gierowe odniesienia, to ich nie łapię. Odniesienie do “Gry o tron” w tytule jakieś trochę toporne. Ze względu na to, że w tekście jest pełno odniesień do motywów, które nie znam i nie czuję, że będę mogła do nich dotrzeć (inna sprawa, że nie mam też na to specjalnej ochoty), trudno mi wyrobić zdanie na temat fabuły. Zrozumiałam mafijne porachunki, ale łączenie yakuzy z włoską mafią tak luźno (rozumiem, że może być z gry) totalnie mnie nie przekonuje. Są dobrze napisane fragmenty, które sprawiały, że czytało się dobrze, ale ni w ząb nie czuję też tematu opowiadania. 

Jeden z tekstów pada, że bohater był w służbie zła – topornie potraktowany temat. Nie czułam też za dużo cyberpunka, ale to już moje subiektywne odczucie. 

Masz, Sveniu, potencjał do pisania akcyjniaków – następnym razem tylko bez wpadania w fanfik. 

Hej

Czytało mi się to nadzwyczaj dobrze. Po cyberpunku oczekuję dobrej, w miarę szybkiej akcji. I u Ciebie to znalazłem.

Z Deidriu się nie zgodzę, bo cyberpunka czuć, jednak nie od samego początku. Prawdziwy klimat mi się włączył gdzieś tak od tego fragmentu, bo pojawił się wyraźny ślad konwencji:

Night City. Ale pracowałem jako Netrunner dla Gatorich już od siedemnastu lat i wiedziałem

A od tego momentu

Jesteś częścią tej układanki, N.

Do tego:

Przemówię do nich tak, jak przemawiam do ciebie. Niccolo Mantacore, czy wyrzekasz się zła?

mamy: złych czynów, wyrzekniesz się zła, wyrzeczenie się zła, służbę zła i wyrzekasz się zła.

 

Może wypadałoby to poprawić, bo czułem się podczas czytania tego fragmentu, jakbym “zło” przez przypadki odmieniał.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Dzięki za komentarze.

Oczywiście czytelnik ma zawsze rację. Pragnę tylko zauważyć, że:

 

Tytuł nie miał na celu sugerowania, że opowiadanie ma coś wspólnego z sagą Martina. Jest to nadinterpretacja.

Nie lubię określenia “fanfik”, wydaje mi się pogardliwe. Zarówno temat konkursu “Cyberpunk: W służbie zła” jak i tag “Cyberpunk” powinien wystarczyć do określenia, w jakim świecie rozgrywa się akcja. Bynajmniej nie roszczę sobie praw do marki.

Zdaję sobie sprawę, że słowo “Zło” pada z ust (głośnika, nie ust!) drona wielokrotnie, ale sztuczna inteligencja ma obsesję na punkcie oczyszczenie świata ze zła i powtórzenie w tym przypadku ma na celu ukazanie tejże obsesji.

 

No… Nie. Sam tag “Cyberpunk” i motyw “Cyberpunk: w służbie zła” nie określa w jakim świecie rozgrywa się akcja, bo: https://pl.wikipedia.org/wiki/Cyberpunk to gatunek literacki, nie tylko gra RPG. Możesz nie lubić określenia fan fik, ale jeśli tworzysz coś w cudzym świecie, to tworzysz fan fik. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Fajne opowiadanie. Szybka akcja, wystarczająco zarysowane postacie, cyberpunkowo no i drony…

 

Nie zrozumiałem zdania:

Takie zabawki nie są tanie, a modyfikacja pozwalająca na automatyczne namierzanie celu kosztowała grosze i gwarantowała strzał między oczy w ponad 99% przypadków.

Czy nie ma w nim przypadkiem błędu logicznego?

 

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nie ma. Drony jako sprzęt są drogie, oprogramowanie namierzające do nich nie, zwłaszcza w porównaniu z ceną hardware’u.

Dzięki za doprecyzowanie koncepcji.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Czytało się dobrze, choć świat, w który mnie zabrałeś jakoś do mnie nie przemówił.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nowa Fantastyka