- Opowiadanie: Tarnina - Poeta i muza

Poeta i muza

Metoda przełamywania blokady numer 1895 – gwizdnij fabułę komu innemu. Kim innym jest w tym przypadku Marko Saaresto. Enjoy.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Poeta i muza

– Jeszcze raz – mówi inspektor Tkaczyk, a ja przełykam jęk.

– Oczy szare, wzrost metr sześćdziesiąt osiem – recytuje policjant. Kiwam głową, mechanicznie jak metronom. Opis Gosi, który mu podyktowałem, jest zgodny z prawdą, zawiera wszystkie urzędowe szczegóły i powtórzyliśmy go już dość razy, żeby stracił resztki sensu.

Ściemnia się. Powinienem jej szukać.

Ale wygniatam tyłek na krześle, bo Tkaczyk to pedant. Szczególarz. I doskonale o tym wiedziałem, zanim tu przyszedłem. Mam ochotę mu przyłożyć w tę kościstą gębę, ale w domu leży zeszyt pełen notatek o prawie karnym. Sekcja „napaść na funkcjonariusza” jest cała pokreślona czerwonym ołówkiem.

Nie mogę tracić czasu w areszcie. Inspektor pyta o mój numer telefonu i podaję go, zaciskając ręce na kolanach. Czy on musi mówić tak monotonnie? Mógłby mieć jakiś akcent, nie wymawiać „r”, cokolwiek. Będę o tym pamiętał na przyszłość…

– Proszę być dobrej myśli. – Tkaczyk ściąga mnie z powrotem na ziemię. He, he. Wstajemy, inspektor podaje mi rękę, suchą i chłodną jak kartka papieru. Odprowadza do drzwi. Kiwam mu głową, bo nie ufam własnym ustom.

Wychodzę korytarzem, wlokąc rękę po ścianie. Pod palcami mam gładką, zimną farbę, jaką wszystkie instytucje w Polsce z upodobaniem malują ściany swoich korytarzy. Ale kiedy przesuwam dłoń troszkę wyżej, farba staje się szorstka, czepia się palców, jak papier.

Pcham drzwi. Mrużę oczy, bo znad linii drzew wygląda jeszcze słońce, boleśnie jasny pomarańczowy kleks.

Wczołguję się do UAZa i siedzę, ściskając kierownicę, dopóki nie przestanie się trząść. Odpalam silnik.

Czego właściwie oczekiwałem od Tkaczyka?

Wolno, bardzo ostrożnie jadę przez miasteczko, łazik toczy się po asfalcie w tempie ślimaka na ciężkim kacu. Czego się boję? Że wjadę w drzewo? Pod gruszą, na ławeczce, siedzi rozwalony stary Józwa, miejscowy pijak. W niebieskim notesie, który leży na moim biurku, mam spisane wszystko, co można o nim wiedzieć: Józef Pyzdra, wzrost, waga, urodzony pierwszego maja 1948, żona Justyna zmarła jesienią 1988, od tego czasu zajmuje się głównie konsumpcją win patykiem pisanych, i tak dalej, i tym podobne. Kilka stron drobnym maczkiem, wszystkie domniemane powiązania z morderstwem, które Tkaczyk rozwiązał parę lat temu, opatrzone odnośnikami do mojej kartoteki.

Za plecami Józwy i gruszą majaczy biaława fasada sklepu. Co tydzień, kiedy jechałem na stację po sprawunki, Gosia przychodziła tutaj. Zbierałem ją po drodze z łubianką truskawek albo butlą świeżego mleka. Jestem uczulony na jedno i drugie i nigdy się nie odważyłem spróbować, co oznacza, że na jakimś poziomie nie dowierzam własnemu umysłowi. Chyba.

Kończą się domy, oddycham z ulgą. W lesie nie muszę udawać, nie czuję się otoczony płytami z dykty, malowanymi po wierzchu. Łazik podskakuje na korzeniach, na realnych korzeniach drzew, które od lat tu rosną.

Kiedyśmy tu z Gosią przyjechali, nie było niczego innego. Tylko las, z szutrową drogą nad jezioro i domek na końcu drogi. Trzydzieści parę kilometrów od stacji kolejowej, bez wodociągu, gazu ani prądu, za to z dziurą w dachu, Arkadia mizantropa. Miesiącami zwoziliśmy drewno, gwoździe, papę, wywoziliśmy spróchniałe deski i wymiatali kurz dziesięcioleci. Naprawiłem pompę. We dwójkę wstawiliśmy okna, zamontowali panele słoneczne, śmialiśmy się jak wariaci, kiedy zamówiona na wymiar szafa nie mieściła się w drzwiach. Gosia rozłożyła szmaciane dywaniki, rozwiesiła firanki.

I przez cały ten czas, między wymianą komina, a betonowaniem szamba, pisałem. Spisywałem w notesach i na luźnych świstkach wszystko, co mi przyszło do głowy, nadawałem imiona i cechy charakteru, układałem zdarzenia w logiczne ciągi, notowałem bon-moty i przylepiałem żółte karteczki. Starszy aspirant z lękiem wysokości. Sklep, zupełnie taki sam, jak wszystkie wiejskie sklepy. Rozłożysta grusza, z której mój bohater kiedyś zleciał, wspinając się po ulęgałkę.

Skończyliśmy remont, przyszła jesień, po niej zima. Za ścianami domku gwizdał wiatr, a my, ciepło opatuleni, siedzieliśmy przy piecu, pisząc. Oboje, bo Gosia była moim zmysłem krytycznym i zapałem do pracy. Zadawała wszystkie pytania, których próbowałem uniknąć. Wyłapywała niezręczności, dogadywała, nie pozwalała się poddać. Jeździła po sześćdziesiąt kilometrów do biblioteki. Parzyła kawę i piekła ciastka.

Pisałem, kiedy przyszła wiosna i zrobiło się ciepło. Coraz częściej przesiadywaliśmy nad wodą, na starym pomoście, rozgrzanym od słońca. Gosia opalała się, słuchając, jak czytam, komentowała, parskała śmiechem.

– Jakim cudem Tkaczyk nie zauważył tej plamy? – spytała kiedyś, przewracając się na brzuch. Zmierzyła mnie spojrzeniem. W jej tęczówkach migotały słoneczne iskierki.

Przygryzłem wargę. Pod nami fale jeziora pluskały ledwo słyszalnie.

– … bo o niej zapomniałem – przyznałem w końcu.

Kiedy Gosia skończyła się śmiać, przyniosła z domu karton soku i blok listowy, i resztę popołudnia zajęła nam burza mózgów.

Przyszło lato i książka powędrowała do wydawcy. Co tydzień jeździliśmy na stację, odebrać pocztę i zrobić zakupy. Prowadziliśmy na zmianę, Gosia w tamtą stronę, ja z powrotem.

Któregoś dnia pojechaliśmy przez miasteczko.

– Zgubiłaś się – powiedziałem. Nie dodałem „nigdy tu nie byliśmy”, bo miasteczko nie było całkiem obce. Wcale nie było obce, nie mogłem sobie tylko przypomnieć, skąd je znam.

– No, jak, na prostej drodze? – zapytała przytomnie Gosia.

– Prostej, ale przez las. – Machnięciem ręki ogarnąłem domy, białe wiejskie płotki, przyozdobione słonecznikami, rosochatą wierzbę i przydrożną kapliczkę. Skądś wiedziałem, że wymurował ją stryjeczny dziadek starego Józwy, kiedy urodził mu się syn, i że u stóp kapliczki rośnie mięta. Skąd?

Gosia roześmiała się, mijając gruszę i sklep spożywczy.

– Widzisz? – spytała czule. – Wszystko na swoim miejscu. A, jak będziemy wracać, zawadźmy jeszcze o sklep Woźniakowej, dobrze? – Pokazała go ruchem głowy, a mnie ciarki przeszły.

– Chciałam zobaczyć, czy są świeże borówki.

– Gosia… – powiedziałem to najłagodniejszym tonem, na jaki umiem się zdobyć – tylko go nazywasz sklepem Woźniakowej, prawda? Bo jest taki podobny?

– Tak go nazywam, bo to sklep Woźniakowej.

Obejrzałem się przez ramię. Grusza błyskała nam liśćmi na pożegnanie.

– Ale w promieniu parudziesięciu kilometrów nie ma żadnych wiosek, sprawdzaliśmy.

– Mhm.

– To skąd nagle tutaj miasteczko?

– Mmm.

– Gosia? Słuchasz?

– Co? A, jasne, że słucham. To co, zatrzymamy się przy sklepie po drodze z powrotem?

Od stacji prowadziłem ja, wolniej i ostrożniej niż zwykle. Może to jednak halucynacje, myślałem, może lepiej oddać kierownicę Gosi? Serce podskakiwało mi, kiedy tylko gałąź skrzypnęła o brezentowy dach auta. Złociste światło uderzyło po oczach. Mrużąc je, wyjechałem z cienia starych drzew. Domy, białe płotki, kapliczka. Czujne spojrzenia słoneczników. Zaparkowałem obok gruszy.

Wysiedliśmy oboje, Gosia pobiegła do sklepu, ja oparłem plecy o burtę auta. Wioska wyglądała normalnie, swojsko. Znajomo.

Zaaferowana Marylka przebiegła koło mnie, powiewając kraciastą chustką. Na płocie ćwierkały wróble. Jak co dzień.

– Dobry – burknął Józwa, okrążając łazik, żeby klapnąć na ławkę.

– Dzień dobry – odpowiedziałem mechanicznie. Jak co dzień.

Miałem wrażenie, że jeśli ją popchnę, grusza wywróci się jak kawał dykty.

– Miastowy – Józwa stanął przede mną, przygarbiony, szczeciniasty i zionący niechęcią do świata.

– Pożycz pan piątaka, co?

Tak mi czegoś brakowało w bukiecie zapachowym, pomyślałem niezbyt przytomnie. Odpowiedziałem bez zastanowienia.

– Dopiero pan dostał emeryturę.

Józwa zmierzył mnie spojrzeniem należycie kaprawych oczek. Można by go postawić w Sevres pod Paryżem jako wzór wioskowego pijaka.

– A co te miastowe tyle wiedzą, a?

Właśnie…

– A wiedzą, co było z ostatnim, co tu węszył?

– Zamordował go Chrzanowski – wypaliłem – kiedy leżałeś w stodole, ubzdryngolony na biedronkę. Zgarnęli cię z braku lepszego pomysłu i wypuścili po dwudziestu czterech.

Józwa zamrugał. Potem machnął ręką i poszedł sępić gdzie indziej, a ja patrzyłem, jak kuśtyka drogą, z każdym krokiem rozpuszczając się w słońcu. Myślałem o pękatych, rozepchanych karteluszkami zeszytach, leżących na moim biurku w domu.

– Hej, zasnąłeś? – Gosia dotknęła mojego ramienia. Potrząsnąłem głową.

– Następna powieść – oświadczyłem, otwierając drzwi UAZa, – będzie science fiction. Ufoludki w odległej galaktyce. Zero realizmu.

 

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Szczerze mówiąc, nigdy nie lubiłem ufoludków i podobnych udziwnień. Fabułka albo się nie kleiła, albo samorzutnie mutowała w coś, co równie dobrze mogłoby się dziać na Ziemi, w dwudziestym wieku, a wtedy ją wyrzucałem i zaczynałem od nowa. I bis, repete, da capo. I jeszcze raz dookoła. I tak dalej.

Naprawdę paranoik z ciebie, powtarzałem, patrząc w lustro. Zbieg okoliczności. Chrzanowski – morderca faktycznie narobił w tym miasteczku mniej więcej takiego bobu, jaki opisałem – ale też starałem się o jak największy realizm. Chciałem opisać historię, która mogłaby się zdarzyć, i proszę. Trafiłem w punkt. Mało to Chrzanowskich?

Ale czułem się dziwnie niezręcznie, rozmawiając z miejscowymi, nie tak, jak zwykle bywa niezręcznie mieszczuchowi na wsi. Widziałem dekoracje. Dyktę, karton i cekiny. Czułem, że wiem o rozmówcy więcej, niż on sam, i wyginałem się w konwersacyjny paragraf, żeby tego nie okazać. Bardzo męczące. Przestałem jeździć na zakupy. Nie przestałem męczyć powieści o ufoludkach, chociaż rozlazła się w skończony bełkot – ale przynajmniej pozostała wymówką, żeby tkwić murem przy biurku, drapać się długopisem po nosie i odpowiadać monosylabami.

Nie dziwię się Gosi, że wkrótce miała tego dość.

Trzasnęły drzwi. Układałem sobie właśnie schemat Kosmicznej Armii Złego Władcy ze skorupek po orzeszkach i spinaczy (dowództwo wyobrażała kulka z cynfolii). Nie podniosłem głowy.

Nagle, łup! Książka łomotnęła o blat, posyłając w powietrze moje wojska.

– Przywiozłam ci z miasta – wyjaśniła Gosia, kiedy zamrugałem i spojrzałem na nią pytająco.

– Miejscowe legendy, wiesz, ludożercze myszy i tak dalej. Może coś ci się ruszy w głowie.

– To nie Wielkopolska – zauważyłem, sięgając po tomiszcze. Miało przyjemnie szorstką płócienną okładkę, przyżółkłe strony i w ogóle wyglądało bardzo apetycznie.

– O Popielu raczej nic tu nie będzie.

Gosia wzruszyła ramionami.

– Będzie, nie będzie, może się wreszcie ruszysz, zanim przyrośniesz do krzesła.

Chciałem protestować, ale spojrzałem na biurko, zawalone tysiącem świstków i skorupek. Wstałem. Rzuciłem długopis w śmieciowisko.

– I tak pora kończyć na dzisiaj. Idziemy nad wodę?

 

Przeczytałem książkę. Była jak powiew świeżego powietrza. Tak się skupiłem na moich ufoludkach, że zapomniałem, jakie bogactwo ludzkiej wyobraźni mam na wyciągniecie ręki.

Nowe opowiadania same cisnęły się do głowy.

– Wyobraź sobie miasto nad brzegiem jeziora – mówiłem Gosi któregoś popołudnia. Leżeliśmy na pomoście, słońce oblewało nas ciepłym miodem.

– Mhm.

– Piękne miasto, o ulicach brukowanych marmurem. W oknach migotał kryształ, na placach szemrały fontanny.

– Kto tam mieszkał?

– Piękni i szczęśliwi ludzie – improwizowałem. – Tak szczęśliwi, że pozazdrościło im samo jezioro.

– Dlaczego jezioro miałoby im zazdrościć? – spytała Gosia sennie.

– Hmm, nie wiem. Może dlatego, że ludzie w mieście kochali się nawzajem, a jezioro było zimne i ciche?

– Mmm, akurat.

Ale przytuliła policzek do mojego ramienia.

– I któregoś dnia wody jeziora zagarnęły miasto. Nawet teraz możesz je zobaczyć, błyszczące w głębinie jak bursztyn.

– Tak?

Roześmiałem się i pocałowałem ją.

– Jak ci się to podoba?

– Niezłe – zamruczała – chociaż przydałoby się to rozwinąć.

– A co, chciałabyś jakiegoś morału? Żeby jezioro zalało Sodomę i Gomorę?

– Nie, nie. Tylko… zazdrosne jezioro jest dziwaczne.

– Piszę fantasy – przypomniałem. Im bardziej nieprawdopodobne, tym lepiej.

– Już nie o ufoludkach?

Parsknąłem śmiechem.

 

Od tej pory wysiadywałem po nocach nad historią o zatopionym mieście, a Gosia ze mną. Wypytywała o szczegóły, robiła kanapki, jak dawniej. Wyrysowała dokładny plan jeziora i zawiesiła go na ścianie, na to przypięła kalkę z układem ulic miasta. Zaznaczaliśmy ważne miejsca żółtymi karteczkami.

– Czemu ją przeniosłeś? – spytała Gosia któregoś dnia. Spojrzałem znad papierów.

– Ta karteczka? Odpadła, wiesz, jak to z nimi jest. Przykleiłem ją z powrotem.

– W złym miejscu. Tutaj mieszka kupiec zbożowy, ratusz jest… o, tu.

– Skarbie, kto na to zwróci uwagę?

– Nie można sobie tak, ot zmieniać szczegółów.

Wstałem, żeby ją objąć.

– Przecież budynki się nie ruszają.

– W wyobraźni mogą – szepnąłem jej do ucha, ale odsunęła się, podeszła do mapy. Powiodła po niej palcem.

– Możemy używać pinesek – zaproponowałem.

– Tutaj – mruczała Gosia – jest chata wiedźmy.

– Pyrry – uzupełniłem, stając obok. – Przydałby się jej jakiś Deukalion, nie?

Powiedziałem to, żeby się z nią podrażnić.

– Dlaczego jej nie zalało?

Wzruszyłem ramionami.

– Bo była brzydka i samotna. Nie miała niczego, co jezioro mogłoby sobie wziąć i cieszyć się tym.

Gosia drgnęła. Tym razem dała się objąć.

– To jak – spytałem – koniec pracy na dzisiaj?

Spojrzała na mnie, zamrugała.

– Widzę, że padasz z nóg. Mam wielką ochotę porwać cię na ręce i zanieść do łóżka, ale niestety. Plecy już nie te.

Gosia przygryzła wargę, tłumiąc śmiech, a może rumieniec?

– Ale serio, jak już coś ustaliłeś, to jest ustalone. To znaczy, chciałam powiedzieć, jest takie, jakie jest. No, rozumiesz chyba.

– Nie przesadzajmy. Z rozumieniem też nie. Chodź już spać.

 

Moje sny tej nocy zabrzmiały echem szybkich, lekkich kroków.

 

Zaciskam ręce na kierownicy UAZa. Postawiłem auto na ubitym placyku, który służy nam za parking, a teraz patrzę na drzewa, za drzewa, na srebrzącą się za pniami taflę jeziora. Wysiadam. Obszedłem je już dzisiaj dookoła, ale nie idę do domu, schodzę na pomost. Siadam ciężko, aż jęczą deski. Na wodzie migoczą odbłyski bursztynu. Zmarnowałem cały dzień.

Zamykam oczy.

Gosiu, proszę. Wróć, powiedz, że się zgubiłaś w lesie, że poszłaś na jagody. Nie jesteś przecież dzieckiem, które wierzy w bajki. Nie jesteś nudną dorosłą, która musi dotknąć rzeczy, żeby ją docenić.

Chyba wariuję. Otwieram oczy i patrzę w ciemne lustro jeziora. Słyszę ciche, nieustępliwe pluskanie fal o słupy pomostu.

– Gdybyś naprawdę ożywiało wszystko, co napiszę, nie udusiłbym się pod naporem własnych klonów? – pytam z godnością. – Co dzień, to jakiś podpis. I co z listami zakupów?

Pluskanie, beznamiętne i monotonne. Wstaję. Jeszcze raz patrzę na szarą, nieskończenie odległą powierzchnię wody.

Potem idę do domu po latarkę.

 

Na kołku przy drzwiach wiszą torba Gosi z jaskrawej włóczki i jej zwiewny szal, który macha mi, kiedy wchodzę. Wpycham go do torby, niemal w przelocie. Wbiegam do pokoju, porywam wiszący na krześle sweter i zakładając go, wchodzę do kuchni. Gdzie latarka? Powinna wisieć przy drzwiach. Otwieram szuflady. Sztućce, ołówki, mały szkicownik, korek z szampana, którym opijaliśmy moją pierwszą powieść. Baterie, ale nic, w co mógłbym je włożyć. Jak mogłem w ogóle myśleć, że to się fajnie czyta, zrobić zabawę z czyjegoś zaginięcia? Latarka znajduje się w końcu w szafce nad zlewem, potrząsam nią, włączam na próbę, działa.

 

Na dworze jeszcze nieźle widać, ciągle jest przecież lato, ale liście zaczynają się zlewać w jedną szarą masę. Idę, rozgarniając las dookoła promieniem światła.

– Gosia! – przekrzykuję pluskanie fal. Liście szeleszczą, potrącone moją ręką. Przy drugim brzegu widzę błyski, promienie latarek docierają do mnie, ślizgając się po wodzie. Czyli policjanci, których zmyśliłem, nadają się do czegoś. Tak samo robili w mojej powieści…

Potrząsam głową. Stopa zapada mi się w muł, powinienem uważać. Wyrywam ją z mokrym klaśnięciem, ale po dwóch krokach grzęznę znowu. Ta część brzegu jest niemal bagnista, jakby jezioro usiłowało przesiąknąć, zawłaszczyć ziemię. Fala miga w świetle latarki, nie to coś bliżej, w załamaniu gałęzi. Wsuwka. Gosia stale je gubi, mawia, że jej włosy nie dadzą się skuć spinkami. Była tutaj. Była, a potem? Zaczepiam wsuwkę o oczko swetra i wrzeszczę, ile tchu w płucach.

– Gosia!

Plusk wody.

Przetrząsam krzaki, jakieś kolce drapią mnie po rękach, chłodne liście ślizgają się po skórze. Robi mi się ciemno przed oczami. Nie ma jej tutaj. Wchodzę między chaszcze, depczę błoto, krok przy kroku, but za butem. Tu coś jest! To korzeń. Muszę się przytrzymać jakiegoś pnia, żeby nie upaść. Zawracam.

 

Budzę się z głową na kuchennym stole. Za oknem świt, na kuchni zimny czajnik, pod kuchnią kupka popiołu. Wygarniam go mechanicznie. Jak robot znoszę drewno, rozpalam ogień, parzę kawę. Boli mnie żołądek. Pod palcami, mnącymi dzianinę swetra, wyczuwam twardy kawałek metalu i nie patrzę na niego.

Dzwoni komórka. Tkaczyk. Pewnie powie, że sprawa rozwiązana.

Znaleźliśmy, bla, bla, bla, zidentyfikować, bla, bla, bla. Zgadzam się przyjechać i dopiero odkładając telefon na blat zdaję sobie sprawę, że jestem wariatem. Rozmawiam z wytworami własnej wyobraźni i wierzę w to, co mówią, chociaż z góry wiem, co powiedzą. Sfiksowałem, nie ma innego wyjaśnienia.

A skoro tak, po co się bronić? Sfiksujmy do końca, z wykopem. Szkicownik, długopis, kawa. Wszystko mam pod ręką.

 

Pierwszy szkic kończy się wyschnięciem jeziora, na spękanej powierzchni mułu trzepoczą się ryby, czysty melodramat. Nie, to nie jest szczere. Samo jezioro obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, chcę tylko, żeby Gosia wróciła. Piszę dalej. Pisząc, czytam głośno. Zacinam się i dukam, język mi się plącze. Może lepiej wyjść na pomost? Wynoszę się z całym majdanem na dwór, siadam na deskach. Białe kartki spadają na wodę jak płatki jabłoni, odpływają w dal. Piszę i czytam.

– W jej szarych oczach można się przejrzeć, zobaczyć, jakim mogłoby się zostać, gdyby się spróbowało, dla niej. Śmieje się jak strumyk, jak ptak.

Co za kicz. Zgniatam kartkę i rzucam byle gdzie. Ćmi mi się w oczach, plecy bolą, gardło zalepia muł. Następna kartka. Kolejna. Nie potrafię już zobaczyć Gosi w wyobraźni, słowa przesłoniły mi obraz, który miały pokazać. To beznadziejne, idiotyczne, gorzej, niż wariackie, przecież wariatowi zostają jeszcze jakieś związki z rzeczywistością. Powinienem się zgłosić do najbliższego szpitala.

Skarby ukryte w głębinie. Jak tam trafiły? Jezioro je zabrało, dlaczego? Po co? Z zawiści? Nie przekonam go już, że mi nie zależy.

Zaczynam pisać: Gosia wyszła z lasu. Skreślam to zdanie. Gosia oparła się o pień drzewa. Powinna już widzieć światło w oknach domu, tak jej się przynajmniej zdawało, ale ze zmęczenia ledwo mogła unieść głowę. Kto by pomyślał, że w tych lasach tak łatwo się zgubić. Ssało ją w żołądku, zimno przenikało do kości. Marzyła o herbacie, o kimś, kto jej zaparzy wielki kubek ciepłej, pachnącej herbaty, kto ogrzeje…

Wyrywam kartkę z bloku i przez chwilę siedzę w ciszy, całkowitej i wszechogarniającej. A potem skrzypi deska. Bardzo zimna ręka dotyka mojej dłoni. Upuszczony długopis toczy się do wody.

– Chodźmy do środka, zamarzam – mówi Gosia.

 

Otulona pledem, z palcami zaplecionymi na filiżance z parującą herbatą, patrzy na mnie, patrzy przeze mnie, szuka słów. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek nie wiedziała, co powiedzieć.

– Poszłam szukać jagód, zgubiłam się.

– Cały dzień cię szukałem. – Staram się, żeby to nie brzmiało jak wyrzut. – Ja i policja z miasteczka.

Gosia wzrusza ramionami. Upija łyk. Siadam przy niej. Przez chwilę zdaje mi się, że czuję zapachy mułu i papieru, ale zagłusza je herbata. Co w tym dziwnego, że gliniarze z miasteczka nie sprowadzili jej z powrotem? Ważne, że wróciła. Znaleźli jakieś… przypominam sobie i natychmiast, całą siłą woli, o tym zapominam. Nic mnie to nie obchodzi. To nie była ona.

 

Ogryzam długopis. Scena nie wychodzi, jak powinna, czegoś tu brakuje, tylko czego?

– Hej, przyniosłam ci kawę.

– O, dzięki. – Uśmiechamy się do siebie. Od tamtego dnia nie muszę o nic prosić, Gosia nigdy nie jest zajęta, zawsze mnie słyszy. Nie wychodzi poza zasięg mojego wzroku.

– Posłuchasz, co napisałem?

– Jasne. – Przysuwa sobie krzesło. Światło z okna przesyca jej włosy bursztynowym kolorem.

Czytam głośno, jednym okiem obserwując Gosię. Słucha w skupieniu, nieruchoma jak figurka. Zawsze się wierciła… Kiedy o tym myślę, Gosia poprawia się na krześle, gwałtownie, jakby spłoszona, zakłada pasmo włosów za ucho, splata palce na podołku.

– Świetne – mówi.

– Nie wydaje ci się melodramatyczne?

– Dlaczego?

Przechyla głowę, a ja przyznaję – Nie wiem. Coś mnie tu uwiera.

Gosia chichocze, ale przecież nie żartowałem. To znaczy, nie próbowałem jej rozśmieszyć.

– Co widziałaś w jeziorze, wtedy? – pytam znienacka. Gosia przygryza wargę. Znajomy gest.

– Widziałam miasto… błyszczące w wodzie jak bursztyn.

Przyglądam jej się, tym razem uważnie. Stopy przyklejone do podłogi – kiedy to zauważam, jedna zaczyna wybijać nerwowy rytm, jak zawsze, kiedy Gosia musi siedzieć bez ruchu. Ręce splatają się, kiedy na nie patrzę.

– Nie masz nic do roboty? – pytam. Jak jakiś zgryźliwy stary dziad.

– Chyba nie.

Przecież ona zawsze coś robi! Zawsze się kręci po domu, wstaje przede mną, chodzi swoimi drogami. Nigdy nie widziałem, jak powstają te wszystkie obrazki, bransoletki, sweterki i przytulanki, nie mam pojęcia, jak się je robi, ale Gosia wie.

– Popracuję jeszcze – mówię, a ona kiwa głową, ale nie rusza się z krzesła. Dotykam jej włosów. Mokre.

– Brałaś prysznic?

Przytakuje. A wychodziła z pokoju tylko na parę minut, po kawę… Wstaję, przeciągam się, ale wypada to sztucznie. Trudno. Przechodzę do kuchni. W palenisku leży kupka zimnego popiołu.

 

Na dworze jest zimno, już się ściemnia. Deski pomostu skrzypią przeraźliwie pod stopami. Nie oglądam się, kiedy trzaskają drzwi. Siadam. Nogi wiszą mi nad wodą.

Nasłuchuję. Skrzypienie desek jest wyraźne, dokładnie takie samo, jak przed chwilą. W dokładnie tym samym rytmie.

– Pamiętasz „Solaris”?

To ulubiona książka Gosi, wiem, co odpowie. No pewnie, czemu pytasz.

– No pewnie, czemu pytasz?

Jęk pomostu zagłusza końcówkę słowa.

– Powtórz mi, co opowiadałem o skarbach w głębinie?

– Piękne miasto, o ulicach brukowanych marmurem – recytuje ona. – W oknach migotał kryształ, na placach szemrały fontanny. Mieszkali tam ludzie tak szczęśliwi, że pozazdrościło im samo jezioro. I któregoś dnia wody jeziora zagarnęły miasto. Nawet teraz możesz je zobaczyć, błyszczące w głębinie jak bursztyn.

Biorę ją za rękę, przyciągam do siebie. Usta Gosi smakowały malinami. Te są suche jak papier. Jezioro nie jest zbyt przemyślne, albo może nie zna ludzi. Długo potrwa, zanim usłyszy jakąś nową historię.

Zmyślona dziewczyna spada razem ze mną do wody.

Koniec

Komentarze

To faktycznie taki bieszczadzki Solaris jest. Tekst klimatyczny, nastrojowy i taki prowincjonalnie swojski. Bardzo mi się podobał. Kibicowałem bohaterowi w jego walce z rzeczywistością zarówno wtedy, gdy nie chciał jej zaakceptować, jak i później, gdy chciał ja zmieniać. 

Tylko czy to ostatnie zdanie jest na prawdę potrzebne? A jeśli tak, to czy nie mogło by być słabsze?

 

P.S.

Podrzuć, jeśli możesz linka do inspiracji.

Heh, napisałaś coś, co mi chodziło po głowie ponad rok temu i z czego urodził się zupełnie inny “Powrót Gilberta Legranda” ;)

 

Zdecydowanie mi się. Bardzo mi się! Na razie klik.

Choć może darowałabym sobie tę wzmiankę o “Solaris” na końcu, trochę łopatologiczna.

Natomiast ostatnie zdanie bardzo moim zdaniem pasuje.

 

I odrobina czepialstwa w ramach wzajemności ;)

 

Po pierwsze mam wrażenie, że w poniższych przypadkach niepotrzebnie zaczynasz kolejną wypowiedź tej samej osoby od nowego akapitu. Ja bym zapisała tak:

– Widzisz? – spytała czule. – Wszystko na swoim miejscu. A, jak będziemy wracać, zawadźmy jeszcze o sklep Woźniakowej, dobrze? – Pokazała go ruchem głowy, a mnie ciarki przeszły. – Chciałam zobaczyć, czy są świeże borówki.

 

– Przywiozłam ci z miasta – wyjaśniła Gosia, kiedy zamrugałem i spojrzałem na nią pytająco. – Miejscowe legendy, wiesz, ludożercze myszy i tak dalej. Może coś ci się ruszy w głowie.

 

A tu się spacja zgubiła i narobiła bałaganu:

-Kto tam mieszkał?

 

Tu zaś wyrzuciłabym narrację poza didaskalium, bo to myśl narratora:

– Mmm, akurat. – Ale przytuliła policzek do mojego ramienia.

→ – Mmm, akurat.

Ale przytuliła policzek do mojego ramienia.

 

Dodatkowo pod koniec tego podrozdzialiku masz trzy razy “ale” dość blisko siebie.

 

zwiewny szalik

Jakoś słowo szalik nijak nie kojarzy mi się ze zwiewnością, paradoksalnie prędzej szal, bo nie wywołuje we mnie skojarzenia z czymś koniecznie włóczkowym i dość grubym ;)

 

włosy nie dadzą się skuć spinkami

Na pewno skuć? Jeśli to celowo metaforyczne, dałabym mocniejsze sformułowanie: zakuć w spinki na przykład. Bo z tym miałem moment zawieszenia, czy na pewno tak ma być.

 

Co w tym dziwnego, że gliniarze z miasteczka jej nie znaleźli? Ważne, że wróciła. Znaleźli jakieś, przypominam sobie

Chyba brakuje “jakieś ciało” (albo wcześniej zmienić na “nie znaleźli ciała”)? Bo inaczej się rodzaj nie zgadza.

 

Przechyla głowę, a ja przyznaję – Nie wiem. Coś mnie tu uwiera.

Z dwukropkiem przed wypowiedzią i imho wypowiedź od nowego akapitu, bo to nie angielski.

http://altronapoleone.home.blog

Kiwam głową, mechanicznie jak metronom.

To metronom ma głowę? 0_0

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Ha, Tarnino! Cudnie, cudnie, cudnie. Wstawiłaś w piątek, piąteczek, piątunio i mogę przeczytać szybciusieńko. Nic nie goni, nikt nie woła. xd

 

Bardzo misię, bo weszło tak maślanie jak najlepiej utarty krem, bez żadnych grudek, a wiedz, że czytałam w wybitnie niesprzyjających okolicznościach, bo na telefonie, stosunkowo małym (dużym mówimy niet), w oczekiwaniu na naprawę przebitej opony i kiedy byłam na ostatnich metrach podszedł pan z informacją, że już zrobione, więc powiedziałam mu, że podejdę za pięć minut, gdyż finiszuję.

Opowiadanie wessało, gdyż chociaż historia może i nie nowa, to jej wersja jak najbardziej oraz sposób wprowadzania na scenę kolejnych postaci i rozwój wydarzeń bardzo zmyślnie ułożony.

No, a bursztynowe miasto, sama wiesz, musiało misię. 

Skarżę naturalnie do biblio, wznosząc oczy ku Olimpowi, co by komentarz został zaliczony.

Poeci wygooglowani, będzie słuchane. 

 

Z drobiazgów:

ja oparłem plecy o burtę auta.

Tu mnie zatrzymało, b są UAZy generacji Burta 2.4; 2.7, no i jednak burta statku (ale to już może nadmorskie skrzywienie). Jednak chyba, po prostu drzwi.

że, jeśli ją popchnę, grusza wywróci się

Nie dałabym przecinka. Przykłady z korpusu (na samym końcu):

https://sjp.pwn.pl/slowniki/że%20jeśli.html

W jej szarych oczach można się przejrzeć, zobaczyć, jakim mogłoby się zostać, gdyby się spróbowało, dla niej. Śmieje się jak strumyk

Nie jestem purystką, więc nie wiem, mi zwracano na to uwagę, ale ja bym zostawiła, gdyż w języku polskim dużo jest “się” i IMHO trzeba to ostrożnie wyważać, gdyż płynność, potoczystość jest czasami ważniejsza.

 

Bolly :-), czasem ma kiedy czynność porównujesz do czynności, jej cechę. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Udany tekst, a ja generalnie nie przepadam za autotematyzmem w literaturze. Tu mi się jednak podobało, może ze względu na nostalgiczną małomiasteczkową atmosferę i wyciszony klimat, w którym smutek i narastający niepokój tworzą tło dla bohatera (któremu nie zazdroszczę, bardzo bym nie chciała zostać kreatorką świata). 

Bolly :-), czasem ma kiedy czynność porównujesz do czynności, jej cechę. xd

Jak dla mnie to ktoś może się kiwać jak metronom, a nie kiwać głową jak ów sprzęt, który głowy raczej nie posiada, ale to przecież Tarnina ma zawsze rację.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Bolly, xd, no co Ty, widziałeś jak się kiwa metronom, jeśli człowiek łbem też tak kiwa to…

I NIE, dla mnie racja nie jest związana z osobą, bardziej z jej wiedzą, intuicją, ale zawsze tak czy tak sama rozważam i się pytam. Niestety taką mam przypadłość, że nawet w przypadku, kiedy kogoś bardzo lubię – przyjaciel (i od razu uzupełnię, Tarninę znam z forum, wpisów, tyle) muszę pomyśleć po swojemu. Dla mnie nie ma głupich pytań. Może jest mi łatwiej przez to, że kiedy wróciłam do czytania to ciągle jestem tym tak oszołomiona, że prawie wstydzę się  popisywania. Kiedy czytam niektóre rzeczy – zamieram. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, Ty naprawdę nie rozumiesz, o co mi chodzi, czy tylko udajesz?

 

“Kiwam głową jak metronom”. → Metronom kiwa głową. → Metronom ma głowę.

 

Nie czepiałbym się, gdyby to zdanie brzmiało “Kiwam się jak metronom”, bo z niego wynika tylko, że metronom się kiwa. Ale bohater kiwa wyłącznie głową, dlatego osobiście porównałbym go raczej do samochodowego pieska-kiwaczka niż do metronomu.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Nie, nie rozumiem. Nawet, kiedy przeczytałam twój wpis googlowałam, sądząc że to maja rodzina coś pomieszała albo ja sama nie wiem.

Uczyłam się kiedyś gry na pianinie, wtedy uważałam to za katorgę, bo były lepsze rzeczy do robienia, niż ono, i stało takie ustrojstwo, które się kiwało w tę i nazad. Metronom. Miał mi pomagać. Z tym było różnie, ale to durne, mechaniczne tik-tak pamiętam do dzisiaj.

Piesek kiwaczek – widziałam, ale jest ciut inny, choć też dziwiłam się, gdy widziałam go w jakimś samochodzie. Pewnie kwestia gustu, które kiwanie komu bliższe i co budzi. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przytakuje. A wychodziła tylko z pokoju tylko na parę minut, po kawę… Wstaję, przeciągam się, ale wypada to sztucznie. Trudno. Przechodzę do kuchni. W palenisku jest tylko kupka zimnego popiołu. – Aleś się uparła na to tylkowanie ;)

 

Tarnino, na bogów widzialnych i niewidzialnych, połknąłem ten tekst jak wąż antylopę! W całości, jednym tchem. I będę podobnie jak gad trawił go jeszcze przez najbliższe dni.

I nie, nie słodzę teraz. Wczoraj miałem może gorszy dzień, a może teksty, które czytałem, zwyczajnie nie były w moim stylu, ale nie mogłem trafić na coś, co by mnie usatysfakcjonowało.

Ty mi to dziś wynagrodziłaś. Napisane tak, że po prostu chce się czytać i koniec. Naturalnie, klimatycznie, i w ogóle no…

Choć generalnie szybko przejrzałem, do czego historia zmierza, koniec i tak był satysfakcjonujący. To zagubienie bohatera, tak dobrze ukazane. I tytuł też fajny. I tak dalej, i tak dalej…

Dziękuję za uprzyjemnienie dnia w pracy,

Pozdrawiam! :)

 

 

Tylko czy to ostatnie zdanie jest na prawdę potrzebne? A jeśli tak, to czy nie mogło by być słabsze?

Hmm. Sama nie wiem. Chciałam tekst jakoś definitywnie zamknąć.

 Podrzuć, jeśli możesz linka do inspiracji.

Mogę: https://www.youtube.com/watch?v=GeSUvoY2oUk

 Heh, napisałaś coś, co mi chodziło po głowie ponad rok temu i z czego urodził się zupełnie inny “Powrót Gilberta Legranda” ;)

Oooo… kurczę. Stunned. Totally.

 Choć może darowałabym sobie tę wzmiankę o “Solaris” na końcu, trochę łopatologiczna.

Nie byłam jej pewna i w końcu zostawiłam. No, nic.

 I odrobina czepialstwa w ramach wzajemności ;)

heart

 Po pierwsze mam wrażenie, że w poniższych przypadkach niepotrzebnie zaczynasz kolejną wypowiedź tej samej osoby od nowego akapitu.

Mam wrażenie, że są na forum dwie szkoły: Nowoakapitowców i Ciągłowypowiedźców. Jeszcze się nie zdecydowałam, do której przystąpię :)

 Jakoś słowo szalik nijak nie kojarzy mi się ze zwiewnością

A taki szyfonowy? Albo jedwabny? Faktycznie, może jest w tym słowie jakaś włóczkowatość, hmm.

 Na pewno skuć? Jeśli to celowo metaforyczne, dałabym mocniejsze sformułowanie: zakuć w spinki na przykład. Bo z tym miałem moment zawieszenia, czy na pewno tak ma być.

Tak, na pewno. I tak, metaforyczne. Moje też zawsze zrzucają okowy klamerek :)

 Chyba brakuje “jakieś ciało” (albo wcześniej zmienić na “nie znaleźli ciała”)? Bo inaczej się rodzaj nie zgadza.

Nie, bohater jest na etapie wyparcia. Nie będzie używał słowa na "c". To wyszło niejasne?

 To metronom ma głowę? 0_0

A to-to na końcu to co to jest? XD

 Skarżę naturalnie do biblio

Dzięki!

 Tu mnie zatrzymało, b są UAZy generacji Burta 2.4; 2.7, no i jednak burta statku (ale to już może nadmorskie skrzywienie). Jednak chyba, po prostu drzwi.

Wszelkie pojazdy mają burty, o ile wiem. Czy jednak przekombinowałam?

 Nie dałabym przecinka.

A ja tak, bo to wtrącenie :)

 Nie jestem purystką, więc nie wiem, mi zwracano na to uwagę, ale ja bym zostawiła, gdyż w języku polskim dużo jest “się” i IMHO trzeba to ostrożnie wyważać, gdyż płynność, potoczystość jest czasami ważniejsza.

Mmm, w zasadzie chciałam pokazać, że bohaterowi już się trochę w głowie pomieszało. Choć nie do końca.

 czasem ma kiedy czynność porównujesz do czynności, jej cechę. xd

Yup.

 bohatera (któremu nie zazdroszczę, bardzo bym nie chciała zostać kreatorką świata).

Mam to samo. heart

 I NIE, dla mnie racja nie jest związana z osobą, bardziej z jej wiedzą, intuicją,

O, to, to.

 Aleś się uparła na to tylkowanie ;)

Ej, myślałam, że pierwsze "tylko" wycięłam? Argh, jak się człowiekowi tekst opatrzy, to już koniec.

Jejciu, Realuc, zaraz się zarumienię :)

Dzięki, dzięki i po trzykroć dzięki! Błędy zaraz poprawię.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A to-to na końcu to co to jest? XD

Ciężarek.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

O, śliczne. I klimacik jest, i historia zręcznie opisana. Ale największą siłą opka jest bohater. Jednocześnie akceptuje i nie akceptuje swojej mocy twórczej, wierzy w nią i nie wierzy. Gosia przyjęla to jako coś normalnego, on nie potrafił. A jednocześnie to Gosia padła ofiarą.

Bohaterowie drugiego planu też świetni, od Józwy po gliniarza. W ogóle plączesz literaturę i realizm w magiczny sposób. Mi się, bardzo :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Interesująca historia, misie. Ładnie przedstawiasz reakcje bohatera na stworzoną rzeczywistość. Są takie uroczo skomplikowane. Kurczę, mam wrażenie, że ja bym wzruszyła ramionami i zaakceptowała świat razem ze swoimi kreatorskimi mocami.

Nawiązanie do “Solaris” mi się podobało.

Babska logika rządzi!

 

Kurczę, Finklo, to tutaj powinnam wkleić ten komiks o śmierci autora XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino – co powiesz na: “Kiwam głową, mechanicznie, jakby w takt metronomu”?

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Jeszcze może być coś takiego: Moja głowa kiwa się jak metronom.

Babska logika rządzi!

O, też spoko.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

A ja jeszcze, wrócę do tego mojego skrótu myślowego z przecinkiem.

Miałem wrażenie, że, jeśli ją popchnę, grusza wywróci się jak kawał dykty.

Chodziło mi, Tarnino o przecinek pomiędzy że i jeśli. Mówisz na to argh. :-) Niedokładnie go wskazałam, przecinkowa ekonomia, ale… ale może można stawiać i nie stawiać, tego to już nie wiem. Gubię się.  :-(

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tarnino – co powiesz na: “Kiwam głową, mechanicznie, jakby w takt metronomu”?

Powiem, że mnie to nie brzmi. Metronom zresztą odmierza takt, a nie go ma.

Chodziło mi, Tarnino o przecinek pomiędzy że i jeśli.

Mnie też, zobacz:

Miałem wrażenie, że, jeśli ją popchnę, grusza wywróci się jak kawał dykty.

Miałem wrażenie, że grusza wywróci się jak kawał dykty.

 

Mogłabym też dać “jeśli ją popchnę” na koniec, o, tak:

Miałem wrażenie, że grusza wywróci się jak kawał dykty, jeśli ją popchnę.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

A tego szalika nie możesz dookreślić? Wtedy zniknie włóczkowatość ;)

 

Co do burty – zgadzam się z Tarniną, pojazdy mają burty.

 

Z ciałem wyszło niejasno, bo gramatyka wadzi, więc pierwszym skojarzeniem nie jest to, że bohater/punkt widzenia jest temu winny, ale jednak autor (który nie umarł ;))

http://altronapoleone.home.blog

Powiem, że mnie to nie brzmi. Metronom zresztą odmierza takt, a nie go ma.

Gitara też tylko wydaje dźwięki, a jednak mówi się o “dźwiękach gitary”. Myślę, że to akurat dopuszczalny skrót myślowy. Twoje “kiwanie głową jak metronom” ma dla mnie tyle samo sensu, co “mruganie oczami jak gwiazdy” – no bo gwiazdy przecież mrugają. Ale nie oczami.

 

Mnie też, zobacz:

Miałem wrażenie, że, jeśli ją popchnę, grusza wywróci się jak kawał dykty.

Miałem wrażenie, że grusza wywróci się jak kawał dykty.

Jak dla mnie to “wtrącenie” jest jednak integralnym elementem zdania. Wynika z niego, że bez popchnięcia (przyczyna) grusza by się nie przewróciła (skutek). W moim odczuciu ten przecinek rozdzielający spójniki powinien sobie pójść.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

A tego szalika nie możesz dookreślić? Wtedy zniknie włóczkowatość ;)

Może w ogóle zmienię go w szal? Jeszcze nie wiem.

 Z ciałem wyszło niejasno, bo gramatyka wadzi, więc pierwszym skojarzeniem nie jest to, że bohater/punkt widzenia jest temu winny, ale jednak autor (który nie umarł ;))

Hmm, dobra. Pomyślimy.

(Sorry, upał XD)

 Gitara też tylko wydaje dźwięki, a jednak mówi się o “dźwiękach gitary”. Myślę, że to akurat dopuszczalny skrót myślowy.

No, to akurat jest utarte wyrażenie. Ale też – gitara wydaje te dźwięki, a metronom nie wytwarza taktu, najwyżej go odmierza.

 Twoje “kiwanie głową jak metronom” ma dla mnie tyle samo sensu, co “mruganie oczami jak gwiazdy” – no bo gwiazdy przecież mrugają. Ale nie oczami.

Jasne. Ale raz: to sformułowanie się spotyka (choć przyznaję, że można się na nim potknąć, i tego – tych gwiazd – akurat bym unikała), a dwa: zastosowałam tu jednak metaforę. Metronom tak jakby ma głowę i tak jakby nią kiwa. Chodziło o obraz.

 Jak dla mnie to “wtrącenie” jest jednak integralnym elementem zdania.

Hmm, logika wespół z gramatyką przyznaje Ci rację. Może faktycznie przesunę tę przyczynę na koniec…

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Zdaje się, że masz już komplet klików (licząc te “do rozpatrzenia” ;-)), więc krótko: podobało mi się. Z fajnymi tekstami jest tak, że nie chce ci się, jako czytelnikowi, rozważać, co konkretnie było fajne. Zwyczajnie biegniesz z lekturą i na końcu odczuwasz zadowolenie. Tak jest tutaj.

Na plus to, że te proporcje, o które marudziłem na becie innego tekstu, tutaj są jak trzeba. A resztę zalet wymienili Ci już przedpiścy. Nie ma potrzeby po nich powtarzać. ;)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Z fajnymi tekstami jest tak, że nie chce ci się, jako czytelnikowi, rozważać, co konkretnie było fajne.

TAK. Bardzo, bardzo tak :)

Na plus to, że te proporcje, o które marudziłem na becie innego tekstu, tutaj są jak trzeba.

Hurra! Rozwijam się ^^

Pozdrowił i poszedł.

Gracias!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hmm, logika wespół z gramatyką przyznaje Ci rację. Może faktycznie przesunę tę przyczynę na koniec…

Psiakostka, a wreszcie pomyślałam sobie – dobra nasza, wreszcie mam matematyczną regułę z wtrąceniami i nic nie będzie mi plątać. Żadna tam ekonomia i wyjątki. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie ma tak dobrze ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No właśnie, co złapię i trzymam, to zwida. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak to już jest na tym łez padole…

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

xd

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Absolutely :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bardzo mi było przyjemnie tu przyjść.

Nawiązując do naszej długiej dyskusji: w tym opowiadaniu na solidny szkielecie wydarzeń zawieszona jest jedna, kluczowa niejasność, na której skupiłem uwagę. Dzięki temu śledziłem szczegóły akcji z zainteresowaniem, licząc, że pozwolą mi rozszyfrować zagadkę.

Fajnie, że zaczęłaś opowiadanie od spojrzenia w przyszłość: dzięki temu sielanka dalszej części tekstu, chronologicznie poprzedzającej pierwszą scenę, zaprawiona jest ziarnami niepokoju.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Ostatnio mam pecha. Albo natrafiam na opowiadania, których nie rozumiem, albo opowiadania, które mi po prostu nie podchodzą. Kurde. Chyba jestem niekompatybilny z tutejszymi tekstami. 

To opowiadanie przypomina mi jeden z najbardziej denerwujących tomów “Fables”. Motyw pisarza, który stwarza otaczającą go rzeczywistość działa na mnie jak pyłki traw na alergika. Kręcę nosem, prycham, odpadam. Wy se leżycie na pikniku, cieszycie dobrą pogodą, wcinacie kanapki i ciasto siedząc na kocyku, a ja trę zaczerwienione oczy. 

W opowiadaniach tego typu zawsze dziwię się, dlaczego bohater po prostu nie “napisze” sobie miliona dolarów, góry koksu i prywatnego haremu, tylko mnoży sobie trudności? Mniej logiczni są tylko podróżnicy w czasie/wróżbici, którzy zamiast wygrać raz czy drugi w Lotto czy EuroJackpot, biorą się za obstawianie wyścigów/meczy u podejrzanych bukmacherów czy inne ryzykowne i kopiejkowe interesy.

A szkoda, bo Twój styl jest przyzwoity, choć jak na mój gust trochę rozwleczony. I widząc po komentarzach przedmówców, można było je przeczytać z przyjemnością. Szanuję ufoludki (jejku, takie piękne słowo, a tak dawno go nie widziałem!), szanuję za odwołanie do “Solarisa”, szanuję za porządek w opowiadaniu i jego gładkość – ale przepraszam, nie potrafiłem się nim cieszyć :(

Merci.

 

Pliszko, naprawdę – nie ma sprawy. Kwestię “napisania” próbowałam, tak w ogóle, wyjaśnić, bo Twoje zastrzeżenie nasuwa się samo. Ale faktycznie, może za subtelnie? Nie wiem, tego akurat poprawiać nie będę (to by była za duża zmiana).

Może następnym razem trafię w Twój gust? A tymczasem – kotek:

 

A, właśnie:

Mniej logiczni są tylko podróżnicy w czasie/wróżbici, którzy zamiast wygrać raz czy drugi w Lotto czy EuroJackpot, biorą się za obstawianie wyścigów/meczy u podejrzanych bukmacherów czy inne ryzykowne i kopiejkowe interesy.

Niekoniecznie. Zakładasz primo, determinizm, i secundo, że podróżnikowi w czasie chodzi o forsę (wcale nie ma rozgrzebanego podróżnika w czasie, nieee… :D).

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Interesująca historia, podczas czytania miałam wrażenie, że rozwiązuję zagadkę razem z bohaterem. Podobały mi się też szczegóły, które tworzyły klimat. Nie zachwyciło tylko przygryzanie wargi przez bohaterów, skojarzyło mi się ze “Zmierzchem”. Ogólnie, udane opowiadanie.

Dzięki! Zmierzchu, wyznaję, nie czytałam, więc skojarzenie jest niezamierzone.

 

ETA: Kilka drobnych poprawek.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bardzo spokojny tekst, opierający się na budowaniu klimatu poprzez opisy, dialogi oraz charakterologię postaci. Przyznaję, że troszkę mnie przez to nużyło już pod koniec, ale tutaj po prostu włączyła się kwestia gustu ;)

Bohaterowie bardzo wyraźni w moim odczuciu. Fabuła właściwie prosta, ale wystarczy do tego typu tekstu.

Technicznie napisane dobrze, nic nie przeszkadzało.

Podsumowując: specyficzny koncert fajerwerków, może w moim odczuciu lekko przydługi. Jednak to kwestia gustu, nie wykonania, więc nie ma się czym przejmować :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Zaskakujące ujęcie tematu zapowiedzianego w tytule. Urzekasz opisami zwykłej codzienności i relacji bohaterów. Czytało się z dużą przyjemnością.smiley

Jej, dzięki ^^

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka