- Opowiadanie: Kelin - Opowieść trzech Słońc

Opowieść trzech Słońc

Gryz ze stro­ny A: Hun-ka­me, bóg śmier­ci w mi­to­lo­gii Majów

Gryz ze stro­ny B: góra Uluru, bę­dą­ca sank­tu­arium dla Abo­ry­ge­nów, rok 1705

 

Mala — zwie­rząt­ko, przy­po­mi­na­ją­ce ma­łe­go kan­gu­ra. W wie­rze Abo­ry­ge­nów sil­nie łą­czo­ne z naj­waż­niej­szym przod­kiem.

 

29.06 — dorzuciłem poprawki językowe za radą Realuca. Dzięki!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Opowieść trzech Słońc

Wol­ny­mi kro­ka­mi zbli­żał się dzień. Pro­mie­nie słoń­ca skra­da­ły się zza ho­ry­zon­tu ni­czym zwierz, cier­pli­wie zbli­ża­ją­cy się do swo­jej ofia­ry. Góra Uluru, wciąż ską­pa­na w sza­ro­ści, na tle coraz ja­śniej­sze­go nieba ma­je­sta­tycz­nie cią­ży­ła swoim cie­niem.

E-do nie mógł spać już od dłuż­sze­go czasu. Wresz­cie, po wielu la­tach cze­ka­nia, kiedy jego ró­wie­śni­cy wciąż śmia­li się z niego jak z dziec­ka, i on miał do­stą­pić za­szczy­tu wy­nie­sie­nia ku do­ro­sło­ści. W od­da­li sły­chać było prze­cią­głe wycie dingo. Wstał i spoj­rzał w stro­nę obo­zo­wi­ska.

Dzień ini­cja­cji E-do ze­brał pod górę całe ple­mię. Wszy­scy jego krew­ni wy­cze­ki­wa­li na sen sza­ma­na, który ukaże mło­dzień­ca jako god­ne­go. W tej chwi­li leżał na skra­ju, da­le­ko od ogni­ska, lecz już nie­dłu­go bę­dzie mógł do­łą­czyć do swo­ich.

***

Yaxkin wy­ru­szył łódką na wschód, gdy tylko do Tah Itza do­tar­ły wie­ści o sza­le­ją­cej kon­kwi­ście, pu­sto­szą­cej ostat­nie mia­sta jego ludu. Wschód był je­dy­ną drogą ra­tun­ku. Od wielu wie­ków mó­wio­no, że wła­śnie tam, gdzieś wśród dżun­gli, miesz­ka Wiecz­ny Sza­man, który w przy­pad­ku klę­ski wy­cią­gnie swą dłoń.

Jak i gdzie do­kład­nie Go szu­kać, tego nie wie­dział nikt. Nikt Go też nigdy nie wi­dział, choć nie­któ­rzy za­rze­ka­li się, że w głę­bo­kiej dżun­gli sły­sze­li obcy dźwięk queny, lecz gdy szli za nim, ni­ko­go tam nie zna­leź­li.

Nad mia­stem czuć już za­pach śmier­ci, a czas ucie­kał.

***

Santa Rosa pruła przez fale, trzy­ma­jąc się pra­we­go halsu. Ster­nik sta­rał się utrzy­mać ko­rzyst­ny dla nich sze­ro­ki baj­de­wind, jed­nak za­da­nie było trud­ne i co jakiś czas nie­umyśl­nie od­bi­jał się od linii wia­tru lub nie­biez­piecz­nie od­chy­lał okręt bo­kiem do ogrom­nych bał­wa­nów.

Świe­ci­ło słoń­ce, a słony za­pach wody wy­czu­wal­nie uno­sił się w po­wie­trzu. He­lio­do­ro stał w oko­li­cy dzio­bu, jedną ręką przy­trzy­mu­jąc się ta­kie­lun­ku, a drugą ręką do­ci­ska­jąc ka­pe­lusz do głowy. Stał i roz­glą­dał się, pró­bu­jąc wy­pa­trzyć ja­kichś oznak, które po­mo­gły­by mu w wy­zna­cza­niu kursu.

Ale jako astro­nom, w na­wi­ga­cji spraw­dzał się przede wszyst­kim w nocy. Ich obec­ne po­ło­że­nie sta­no­wi­ło dla niego za­gad­kę, co wy­wo­ły­wa­ło w nim iry­ta­cję. W końcu hisz­pań­scy bra­cia cze­ka­li na po­sił­ki. Ostat­nie mia­sto Majów, Tay­asal, miało wresz­cie upaść.

***

Obóz bu­dził się do życia. Gdzie­nie­gdzie można już było zo­ba­czyć tlące się ogni­ska. Roz­pa­lo­ne, by roz­grzać ciało po spa­niu na gołej ziemi. Góra Uluru przy­bra­ła po­dob­ną barwę, jakby ktoś roz­ża­rzył ją od spodu, a drob­ne ję­zy­ki ognia li­za­ły jej zbo­cza.

E-do wciąż trzy­mał się z da­le­ka. Wie­dział, że to część jego ry­tu­ału. Od mo­men­tu wska­za­nia, aż do ini­cja­cji, był obcy dla ple­mie­nia. Każdy to ro­zu­miał. Tak było od za­wsze, aż od Czasu Snu.

Od­bi­ja­ją­ce się od góry pro­mie­nie za­czę­ły razić chłop­ca w oczy. Z dłoni zro­bił da­szek i wpa­try­wał się w obo­zo­wi­sko. Mu­siał cze­kać i pa­trzeć. To jego za­da­nie. Star­si muszą się po­si­lić nim wezwą go do sie­bie. Wie­dział to. Lecz jego cier­pli­wość nie.

***

Gdy tylko zna­lazł się u brze­gu je­zio­ra, wcią­gnął swoją małą łódkę w za­ro­śla. Stał na skra­ju dżun­gli, wy­po­sa­żo­ny je­dy­nie w ka­mien­ny, wy­cio­sa­ny nóż oraz wła­sną wie­dzę. Po­ko­nał swój strach i wkro­czył mię­dzy drze­wa. Wil­goć, jaka za­la­ła jego płuca, nic się nie miała do tej, gdy pły­nął.

Pierw­szy raz zna­lazł się sam na sam z dzi­ko­ścią. Do tej pory zaj­mo­wał się głów­nie bu­do­wą domów i obiek­tów świą­tyn­nych. Lecz w sta­nie wojny nie po­trze­ba było bu­dow­ni­czych, a wo­jow­ni­ków, dla­te­go to on zo­stał wy­sła­ny na wę­drów­kę.

Stą­pał po ziemi ostroż­nie, sta­ra­jąc się wy­da­wać jak naj­mniej­szy hałas. Wie­dział, że bez ognia naj­mniej­szy szmer może się oka­zać jego zgubą. I gdy tak kro­czył, za­to­pił się w my­ślach. Nie miał po­ję­cia, gdzie szu­kać, ani w którą stro­nę się udać – po­sta­no­wił więc kon­ty­nu­ować wę­drów­kę na wschód.

Zaraz za zni­ka­ją­cy­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, niebo osło­nił mrok. Dzien­ne zwie­rzę­ta ustą­pi­ły miej­sca noc­nym. Ustał też brzęk ko­ma­rów. Choć było ci­szej, dżun­gla nigdy nie spała. Wy­cień­czo­ny oparł się o drze­wo i usły­szał… Flet. Gęste po­wie­trze wy­peł­ni­ło się dźwię­ka­mi tak pięk­ny­mi, ja­kich jesz­cze nie po­znał. Od­dzia­ły­wa­ły nie tylko na uszy, ale i na oczy. Mię­dzy drze­wa­mi po­ja­wi­ło się świa­tło, po­ka­zu­jąc mu ścież­kę, którą ma iść.

***

– Wy­bie­raj! Wy­bie­raj!

Ran­kiem nic nie zwia­sto­wa­ło burzy, jaka miała ich póź­niej zła­pać. Niebo w kilka chwil zro­bi­ło się czar­ne, wiatr za­czął dąć moc­niej, a deszcz lał, przygniatając załogę do pokładu. Razem z nie­bem po­ciem­niał też ocean. Je­dy­ne ja­śniej­sze ak­cen­ty po­cho­dzi­ły od spie­nio­nych czub­ków fal, które wy­raź­nie się­ga­ły naj­wyż­sze­go masz­tu.

Kro­ple gło­śno od­bi­ja­ły się od drewna. Ło­skot wody i szum po­wie­trza prze­ci­na­ły tylko krzy­ki i bos­mań­ski gwiz­dek, dzię­ki któ­re­mu ma­ry­na­rze wie­dzie­li, jakie roz­ka­zy wy­ko­nać. Gdzieś w od­da­li dało się sły­szeć dud­nie­nie, jed­nak jego źró­dła nikt nie mógł się do­pa­trzeć.

– Ka­pi­ta­nie, mu­si­my odbić do ba­kszta­gu!

– Refuj! Damy radę!

W trak­cie sztor­mu nie miało zna­cze­nia, jaki masz sto­pień na okrę­cie. Wszy­scy na równi po­dej­mo­wa­li walkę z ży­wio­łem. Kiedy pękł kon­tra­fał steru, He­lio­do­ro w oko­li­cach dzio­bu mo­co­wał się z szo­tem foka. Santa Rosa sta­nę­ła bo­kiem do wia­tru, a naj­bliż­sza fala omio­tła cały po­kład. Zgiełk był ogrom­ny i nikt nie za­uwa­żył za­gi­nię­cia na­wi­ga­to­ra.

***

Zanim zo­ba­czył znak, do uszu E-do do­tar­ły ni­skie dźwię­ki. Grupa męż­czyzn sie­dzia­ła wokół ogni­ska, dmąc w kanbi. Obok stał sza­man, który ryt­micz­nie ude­rzał pa­ty­kiem o patyk, na­da­jąc tempo in­stru­men­tów. Nad­szedł czas.

Mło­dzie­niec za­wa­hał się. Jego życie już na za­wsze się od­mie­ni. Nie bę­dzie od­wro­tu. Nie bę­dzie już bie­ga­nia i za­ba­wy, nie bę­dzie po­bła­ża­nia ze stro­ny star­szych. Teraz, gdy wej­dzie w do­ro­słość, bę­dzie trak­to­wa­ny jak do­ro­śli. Być może sza­man wska­zał go tak późno, bo Mala wy­czuł brak rów­no­wa­gi du­cho­wej?

Uluru roz­świe­tli­ła się już ja­skra­wą czer­wie­nią. E-do pod­niósł się, otrze­pu­jąc nogi z pia­sku. Roz­wią­zał też swoją opa­skę i po­zwo­lił swo­bod­nie opaść na zie­mię. Do obozu miał wejść nagi.

***

Dźwię­ki fletu pro­wa­dzi­ły Yaxki­na ni­czym nić, po­rzu­co­na gdzieś głę­bo­ko mię­dzy drze­wa­mi. Mu­zy­ka wy­da­wa­ła się coraz bar­dziej zna­jo­ma, lecz nie mógł okre­ślić, czy me­lo­dia jest we­so­ła, czy smut­na. W tej chwi­li li­czy­ła się droga, a nuty zda­wa­ły się ją oświe­tlać. Każdy ton do­cie­ra­ją­cy do jego uszu zda­wał się być ko­lej­nym kro­kiem. W miarę jak się wspi­nał, har­mo­nia rów­nież szła wyżej, a kiedy szedł w dół, to­na­cja opa­da­ła.

Zbli­ża­jąc się po­czuł nowy za­pach – dym z ogni­ska oto­czył go przy­jem­nym po­czu­ciem zna­jo­me­go te­re­nu. Woń sa­me­go dymu przy­po­mi­na­ła tę, która wy­do­by­wa się ze spa­la­ne­go drew­na ka­po­ko­we­go, któ­re­go w mie­ście uży­wa­li tylko pod­czas świąt.

Wresz­cie doj­rzał też świa­tło, które de­li­kat­nie tliło się mię­dzy drze­wa­mi. Praw­do­po­dob­nie gdyby był trzy kroki dalej, nie byłby w sta­nie w ogóle go do­strzec. Yaxkin za­trzy­mał się na chwi­lę, nie wie­dział kto roz­pa­lił ogni­sko. Jed­nak po­trze­ba cie­pła i bez­piecz­ne­go od­po­czyn­ku oka­za­ła się sil­niej­sza.

***

He­lio­do­ro w jed­nej se­kun­dzie trzy­mał linę, w dru­giej zo­stał po­rwa­ny przez po­tę­gę ży­wio­łu. Już wcze­śniej jego ubra­nie było całe prze­mo­czo­ne, lecz teraz czuł, że oce­anicz­na sól do­sta­ła się wszę­dzie. Jej smak był pa­skud­ny, lecz to nie on był naj­więk­szym zmar­twie­niem.

Fale ci­ska­ły nim przez ciem­ność, jakby ba­wiąc się i po­da­jąc sobie piłkę. Raz znaj­do­wał się na szczy­cie ogrom­ne­go bał­wa­na i pró­bo­wał wy­pa­trzyć okręt, a raz woda ci­ska­ła nim o po­wierzch­nię, wy­wo­łu­jąc ogrom­ny ból. Kiedy ko­lej­ny raz się za­krztu­sił, w my­ślach mo­dlił się do Boga, by ten wresz­cie prze­rwał jego cier­pie­nia. Świa­tła Santa Rosy już dawno skry­ły się gdzieś za ho­ry­zon­tem.

Lecz łaska nie nad­cho­dzi­ła. He­lio­do­ro mógł tylko cze­kać.

***

Gdy E-do wszedł do obozu, wszy­scy uni­ka­li go spoj­rze­niem, choć wy­czuć można było na­pię­cie ocze­ki­wa­nia. W po­wie­trzu roz­ta­czał się za­pach pie­czo­ne­go mięsa kan­gu­ra, które tkwi­ło wciąż nad jed­nym z ognisk. Od trzech dni nic nie jadł, ani nie pił. To była jego próba wy­trzy­ma­ło­ści. Męż­czyź­ni, z któ­ry­mi miał wy­ru­szać na po­lo­wa­nie mu­sie­li mu ufać, że gdy pogoń bę­dzie długa, on wy­trzy­ma.

Je­dy­nie dzie­ci zda­wa­ły się oka­zy­wać ja­kieś za­in­te­re­so­wa­nie. Bie­ga­ły małą gro­mad­ką, śmie­jąc się i ba­wiąc – nie ro­zu­miały po­wa­gi sy­tu­acji. Lecz kie­dyś zro­zu­mie­ją.

Pod­szedł do naj­więk­sze­go ogni­ska, skąd do­bie­ga­ły gło­śne dźwię­ki. Jego bra­cia sie­dzie­li na ziemi, o stopy opie­ra­jąc koń­ców­ki dłu­gich in­stru­men­tów. Grali nie­prze­rwa­nie, nie po­zwa­la­jąc sobie nawet na chwi­lę ciszy, by wziąć od­dech. E-do zo­stał oto­czo­ny.

Wokół niego stała gro­ma­da do­ro­słych. Na wprost stali naj­star­si, z tyłu – młod­si. Każdy z nich nosił na ciele białe ma­lun­ki. Po­przecz­ne pasy prze­ci­na­ją­ce pierś, które sym­bo­li­zo­wa­ły przy­na­leż­ność do ple­mie­nia, a ich plecy zdo­bi­ły zwie­rzę­ce to­te­my. Wszy­scy mieli swoje za­da­nie, wszy­scy też mieli swoje miej­sce w świe­cie.

Do okrę­gu we­pchnął się sza­man, w jed­nej dłoni trzy­ma­jąc nóż z kości emu, w dru­giej zaś małą, drew­nia­ną mi­secz­kę. Sta­nął na wprost mło­dzień­ca, po czym pod­niósł nóż i na­ciął jego ramię, pod ranę pod­sta­wia­jąc na­czy­nie. Kiedy zro­bi­ło się do po­ło­wy pełne, podał chłop­cu i po­wie­dział:

– Wypij.

E-do wziął mi­secz­kę od sza­ma­na. Za­pa­dła cisza. Spoj­rzał w swoje od­bi­cie w czer­wo­nej tafli, po czym skie­ro­wał wzrok na Uluru. Jej kolor przy­po­mi­nał krew, a gdzie­nie­gdzie wi­docz­ne stru­my­ki, po­zo­sta­łość po okre­sie desz­czo­wym, wy­glą­da­ły jakby z góry ucie­ka­ły ży­cio­daj­ne płyny.

Chło­piec wes­tchnął głę­bo­ko, moc­niej po­chwy­cił na­czy­nie i za­czął szyb­ko pić. Po trzech dniach bez wody, krew sma­ko­wa­ła jak naj­lep­szy napój. Jego po­pę­ka­ne usta ską­pa­ły się w czer­wie­ni. Gdy wypił wszyst­ko, od­rzu­cił miskę na bok. W żo­łąd­ku po­czuł sprze­ciw i opadł na ko­la­na. Koń­cem ję­zy­ka wy­czu­wał że­la­zny smak, zmie­sza­ny z żół­cią, jed­nak wie­dział, że gdy za­war­tość odda ziemi, w naj­lep­szym wy­pad­ku czeka go wy­gna­nie, a w naj­gor­szym – śmierć.

Jego bra­cia pod­ję­li grę. Ktoś podał sza­ma­no­wi drugą miskę, tym razem wy­peł­nio­ną białą farbą. E-do czuł, że na ple­cach po­wsta­je ma­lu­nek, jego wła­sny totem, który cza­row­nik zo­ba­czył we śnie. Męż­czyź­ni do­oko­ła nich za­czę­li tań­czyć, w całym obo­zie zro­bił się ogrom­ny zgiełk. Chło­piec stra­cił przy­tom­ność.

***

Yaxkin z wolna zbli­żał się do ogni­ska. Mu­zy­ka uci­chła. Dżun­gla znów od­zy­ska­ła swe dawne dźwię­ki. Chma­ra ko­ma­rów za­czę­ła krą­żyć wokół jego twa­rzy. On, pró­bu­jąc je od­go­nić, tylko jesz­cze bar­dziej za­chę­cił je, by usia­dły do sma­ko­wi­tej uczty.

Od świa­tła dzie­li­ło go tylko kilka kro­ków, lecz jakaś blo­ka­da nie po­zwa­la­ła mu ich po­ko­nać, jakby ko­niec me­lo­dii wy­bu­dził go z prze­dziw­ne­go transu. Yaxki­na na­szło uczu­cie pełne zwąt­pie­nia. Dla­cze­go to robi? I kogo tam zasta?

Prze­mógł się, pierw­szy krok był naj­trud­niej­szy. Po­trze­ba cie­pła wy­gra­ła. Kiedy od­gar­niał wiel­ki liść, blo­ku­ją­cy mu przej­ście, uj­rzał, że przy ogni­sku ni­ko­go nie ma. Pod­szedł za­cie­ka­wio­ny i ro­zej­rzał się, lecz ota­cza­ły go nie­prze­nik­nio­ne ciem­no­ści. Usiadł i wy­cią­gnął ręce w stro­nę pło­mie­nia.

Me­lo­dia po­wró­ci­ła, lecz jakby od­mie­nio­na. Teraz wa­bi­ła po­dróż­ne­go je­dy­nie do snu. A on się temu pod­dał.

***

Kiedy sztorm za­czął się uspo­ka­jać, na nie­bie widać było już po­je­dyn­cze gwiaz­dy. Nad oce­anem wciąż pa­no­wa­ła noc, a mi­ja­ją­ce mi­nu­ty zda­wa­ły się być go­dzi­na­mi. Fale zmniej­szy­ły się, a He­lio­do­ro dry­fo­wał na nich, bez sił, pró­bu­jąc tylko utrzy­mać się na ple­cach.

Gdy tak pa­trzył w górę, doj­rzał pas Drogi Mlecz­nej, który prze­ci­na­jąc skle­pie­nie koń­czył do­pie­ro za ho­ry­zon­tem. Hisz­pan za­mknął oczy na dłuż­szą chwi­lę, wy­obra­ża­jąc sobie biały wo­do­spad, ucie­ka­ją­cy gdzieś w prze­strzeń, i sie­bie, który swoją ło­dzią nie­bez­piecz­nie się do niego zbli­ża.

Gdy otwo­rzył oczy, oka­za­ło się, że jest coraz bli­żej. He­lio­do­ro miał wra­że­nie, że z se­kun­dy na se­kun­dę przy­spie­sza. Przed sobą usły­szał ło­skot, a gdy od­wró­cił się w stro­nę jego źró­dła, zo­ba­czył kra­wędź, za którą nik­nie woda. Ostat­kiem sił pod­jął walkę z nur­tem, lecz nic to nie dało. Ocean za­ła­mał się, a on spadł. Gdy le­ciał, zo­ba­czył ciem­ną szcze­li­nę mię­dzy gwiaz­da­mi, w którą mknął.

Od­pły­nął gdzieś w ciem­ność, w nie­zna­ne.

***

Chodź za mną – usły­sze­li głos prze­dzie­ra­ją­cy się przez czas i prze­strzeń. – Obudź się i spójrz.

***

He­lio­do­ro po­czuł, że leży na plaży. Ostat­nia senna myśl, bę­dą­ca też jego ostat­nim wspo­mnie­niem, ko­ła­ta­ła mu w gło­wie. Plaża? Prze­cież spa­dał w pust­kę. Całym sobą wy­czu­wał ot­chłań, która go po­chła­nia. Lecz może to był tylko sen? Prze­krę­cił się na plecy, ręką zrzu­ca­jąc pył z twa­rzy. Ro­zej­rzał się.

Na plaży znaj­do­wa­ły się wraki okrę­tów. Bry­tyj­skie, hisz­pań­skie, fran­cu­skie… W za­się­gu jego wzro­ku mógł wy­pa­trzeć przy­naj­mniej parę jed­no­stek utra­co­nych przez każde z im­pe­riów. A wraki cią­gnę­ły się wzdłuż całej plaży.

Kilka kro­ków od niego pło­nę­ło ogni­sko, przy któ­rym sie­dział jakiś czło­wiek. Hisz­pan za­wa­hał się, lecz wstał po­wo­li. Nogi ugię­ły się pod nim lekko, lecz szyb­ko od­zy­skał rów­no­wa­gę. Wpra­wa, jaką zdo­był na morzu, przy­da­wa­ła się też na lą­dzie. Pod­szedł do ognia.

Nie­zna­jo­my, do tej pory sie­dzą­cy ple­ca­mi do niego, do­kła­dał wła­śnie więk­sze ka­wał­ki drew­na. Gdy go usły­szał, ski­nie­niem dłoni za­pro­sił do za­ję­cia miej­sca przy cie­ple. W kręgu świa­tła wy­da­wał się wcale nie mniej obcy, niż od tyłu. Mimo, że po­wi­nien mieć wy­raź­nie za­ry­so­wa­ną twarz, jego lico dalej przy­kry­wał cień.

– Cze­ka­łem na cie­bie – po­wie­dział. – Po­trze­bu­ję cię.

Za­pa­dła cisza. Po ple­cach He­lio­do­ra prze­biegł dreszcz.

– Mnie? Do czego?

– Z pew­no­ścią sły­sza­łeś o Terra Au­stra­lis?

– Sły­sza­łem. Ale nie wie­rzę. Nikt tam nie do­tarł, nie mamy map.

– Ale pa­trząc w niebo z pew­no­ścią bę­dziesz w sta­nie mnie tam za­brać.

He­lio­do­ro po­zo­stał na chwi­lę z tą myślą sam na sam, kiedy nie­zna­jo­my od­da­lił się od ogni­ska, by wy­cią­gnąć długi ka­wa­łek drew­na z jed­ne­go z wra­ków. Stuk­nął koń­cem o zie­mię trzy razy. Stare, nad­gni­łe deski unio­sły się i krą­żąc wokół sie­bie po­łą­czy­ły się w coś na kształt łodzi. Inny, więk­szy ka­wa­łek, wbił się w jej dno i utkwił ni­czym maszt. Kiedy nie­zna­jo­my zła­pał swój kij po­zio­mo i ener­gicz­nie mach­nął w dół, roz­wi­nął się ża­giel, a liny przy­peł­zły ni­czym węże i za­wią­za­ły się two­rząc ta­kie­lu­nek.

Dziw­ny twór wy­lą­do­wał na wo­dzie, ko­ły­sząc się lekko na pra­wie nie­wi­docz­nej fali.

– I mo­żesz być pierw­szy.

He­lio­do­ro za­sta­no­wił się.

– A co będę z tego miał? – spy­tał.

– Od­kry­cie no­we­go lądu. I wol­ność. Kiedy do­pły­nie­my, bę­dziesz mógł po­że­glo­wać dokąd chcesz.

Wahał się tylko przez chwi­lę, po czym obaj wsie­dli do łodzi.

***

Yaxkin obu­dził się z prze­dziw­nym uczu­ciem, że ktoś znaj­du­je się obok niego. Nie mylił się. Obok, przy ogniu sie­dział Wiel­ki Sza­man, przy­gry­wa­jąc ci­chut­ko na qu­enie. Maj nie po­ru­szył się, uda­jąc, że wciąż śpi i przy­glą­dał mu się spod wpół przy­mknię­tych po­wiek. Mimo wcze­sne­go po­po­łu­dnia, twarz czar­no­księż­ni­ka ską­pa­na była w cie­niu.

– Nie śpisz – rzekł Sza­man, od­su­wa­jąc flet od ust. – To do­brze. Cze­ka­łem na cie­bie.

– Na mnie? Ale skąd mo­głeś wie­dzieć?

– Wo­ła­nie o pomoc z Tah Itza sły­chać aż tutaj.

Nad my­śla­mi Yaxki­na po­ja­wi­ły się ciem­ne chmu­ry. Nie ro­zu­miał, czy Wiel­ki Sza­man mówi o tym co było, co jest teraz, czy o tym co ma na­dejść. Bał się naj­gor­sze­go. Czyż­by się spóź­nił?

– W takim razie wiesz też, czci­god­ny, czemu cię szu­ka­łem.

– Wiem. I do­peł­nię przy­się­gi, którą daw­niej zło­ży­łem twemu lu­do­wi. Jed­nak w za­mian chcę do­stać coś od cie­bie.

Maj zdzi­wił się. Nie za­brał ze sobą żad­nych kosz­tow­no­ści czy klej­no­tów. Nie miał też kakao ani słod­kiej wody. Je­dy­ne co wziął, to swój stary, ka­mien­ny nóż.

– Nie chcę cię ob­ra­zić, czci­god­ny, ale nie mam nic, czym mógł­bym za­pła­cić ci za twą pomoc.

– Ależ masz. Swój dar. Po­trze­bu­ję dużej bu­dow­li. Ogrom­nej. Wtedy ukry­ję twoje mia­sto przed za­się­giem Hisz­pa­nów.

Yaxkin jesz­cze nigdy w życiu nie stał przed takim wy­bo­rem. Bu­do­wa za życie? Za oca­le­nie Tah Itza? To był pro­sty wybór.

– Zga­dzam się.

Na twa­rzy Sza­ma­na, w miej­scu jego oczu, za­bły­sły małe iskry.

– Do­brze więc. Przy­pie­czę­tuj­my to krwią.

Wy­ję­li noże i ostrą kra­wę­dzią prze­je­cha­li po wnę­trzach dłoni. Po­da­li sobie ręce i po raz pierw­szy wy­mó­wi­li swoje imio­na:

– Yaxkin.

– Hun-ka­me.

***

E-do obu­dził się z krzy­kiem. Śnił. Choć teraz, kiedy świa­do­mość do­cie­ra­ła do jego pierw­szych myśli, kosz­ma­ry zda­wa­ły się błahe i ulot­ne. Ro­zej­rzał się. Kiedy stra­cił przy­tom­ność, star­si za­nie­śli go pod samo zbo­cze Uluru. Z bli­ska ro­bi­ła jesz­cze więk­sze wra­że­nie. Gi­gan­tycz­ny mo­nu­ment, świa­dec­two po Cza­sie Snu. Spoj­rzał na jej szczyt. Przy­odzia­ła fio­let. Zbli­ża się noc.

– Nie śpisz – usły­szał.

Po­de­rwał się. Te same słowa usły­szał w swoim śnie. Upior­ny męż­czy­zna i czer­wo­ny męż­czy­zna. Bu­do­wa… Mój lud…

– Cze­ka­łem na cie­bie.

Przed ocza­mi E-do po­ja­wił się drugi obraz. I za­pach. Za­pach, któ­re­go nigdy nie czuł, choć tak bar­dzo przy­po­mi­nał wodę. Znów upiór. I biały męż­czy­zna.

Zła­pał się za głowę. Pul­so­wa­ła. Nic nie ro­zu­miał. Po­chwy­cił naj­bliż­szy ka­mień i za­czął ry­so­wać. Kiedy to robił, ob­ra­zy po­wra­ca­ły, na prze­mian. Jakby jeden do­peł­niał drugi. Hun-ka­me, Hun-ka­me, HUN-KA­ME. To imię wy­peł­nia­ło jego umysł. Kim on jest? I czego chce?

***

– Kim wła­ści­wie je­steś?

– Je­stem bo­giem dla ludu, który pra­gniesz znisz­czyć. Ludu, który twoi bra­cia ze­pchnę­li na skraj ist­nie­nia, a on gło­śno woła o pomoc, co usły­sza­łem nawet tutaj. Je­stem ich Śmier­cią. Ich straż­ni­kiem. Pil­nu­ję, by ich dusze od­na­la­zły tu spo­kój.

Hisz­pan wy­chy­lił się lekko przez burtę i spoj­rzał na swoje od­bi­cie w gład­kiej tafli wody.

– Więc to są za­świa­ty?

– Tak.

Wiatr zadął moc­niej, a łódź się za­ko­ły­sa­ła. Mar­twy. He­lio­do­ro nie czuł za­sko­cze­nia. Już wcze­śniej do­strzegł, że gwiaz­dy tutaj, choć mi­ga­ją, są bled­sze, a ich świa­tło nie roz­bu­dza nawet odro­bi­ny cie­pła.

***

Hun-ka­me za­pro­wa­dził ich w gęstą dżun­glę. Prze­dzie­ra­li się przez zie­lo­ne za­ro­śla, po­ko­ny­wa­li stru­mie­nie i wspi­na­li się na ni­skie pa­gór­ki. Szli w mil­cze­niu. Lecz mil­czał też las, co wy­wo­ły­wa­ło lekki nie­po­kój Yaxki­na. Nawet małe dzie­ci uczo­no, że gdy drze­wa i zwie­rzę­ta mil­czą, wszech­obec­na cisza jest zwia­stu­nem cze­goś nie­do­bre­go.

Po kilku go­dzi­nach mar­szu do­tar­li do prze­stron­nej po­la­ny. Na jej środ­ku był wbity kij.

– To tutaj – po­wie­dział bóg. – Tu bę­dzie­my bu­do­wać. Ale naj­pierw trze­ba kopać.

– Co to bę­dzie, czci­god­ny?

– Wej­ście pod zie­mię. – Hun-ka­me wy­cią­gnął kij z ziemi i kilka razy za­stu­kał nim w ka­mień. Zie­mia otwo­rzy­ła się, a spod war­stwy osu­wa­ją­ce­go się pia­chu wy­sta­wa­ły na­rzę­dzia. Yaxkin stał, na­pa­wa­jąc się wi­do­kiem po­tę­gi boga śmier­ci.

– Chyba czas się za­brać do pracy.

***

Śmierć. Czuł śmierć. Wy­raź­ny za­pach śmier­ci. Za­pach, który po­wstał z łez, bólu i stra­chu. Za­pach spo­ko­ju, wiecz­no­ści i zro­zu­mie­nia. Śmierć.

Ka­mień, który trzy­mał w ręku za­czął go pa­rzyć, a ze ścia­ny za­czę­ły są­czyć się iskry. Lecz mu­siał ry­so­wać. Mu­siał to prze­ka­zać. Czas Snu był, Czas Snu nad­cho­dzi. Mala to wie, Mala to czuje. Znów na­dej­dzie czas bo­ha­te­rów. Sku­lił się i przy­siadł na pię­tach. Góra mó­wi­ła.

– Spójrz – na­ka­za­ła.

E-do ro­zej­rzał się. Przod­ko­wie nad­cho­dzi­li.

Oto­czy­ły go zwie­rzę­ta. Ti­li­kwa swym nie­bie­skim ję­zy­kiem po­pę­dza­ła czer­wo­ną jasz­czur­kę. Mały, bia­ło-nie­bie­ski ptak wal­czył z py­to­nem. Oto­czy­ły go ja­do­wi­te węże. Mala mu­siał uciec. Nie było czasu. Śmierć nad­cho­dzi.

***

– Wi­dzisz tę kon­ste­la­cję? To Orion. Gdy po­dą­ży­my za jego pasem, z pew­no­ścią tra­fi­my na Po­łu­dnio­wy Kon­ty­nent.

W od­po­wie­dzi usły­szał tylko cichy plusk wody, którą spy­chał dziób ich łodzi.

– Po co mnie tu ścią­gną­łeś? Prze­cież sam do­sko­na­le znasz gwiaz­dy.

– Nie mo­głem po­zwo­lić, aby twój sta­tek przy­bił do brze­gu. Tay­asal nie może zo­stać zdo­by­te.

– Ale wiesz, że na­szym śla­dem pły­nę­ły inne okrę­ty? Z hisz­pań­skiej ziemi wy­ru­szy­ła już naj­pew­niej cała flota. Mia­sto i tak upad­nie.

– Wiem – od­parł bóg smut­nym gło­sem. – I sta­nie się to nie­dłu­go. Ale wciąż ich po­trze­bu­ję.

– Dla­cze­go?

– Bez nich umrę.

He­lio­do­ro spoj­rzał na niego. Zro­zu­miał.

***

Yaxkin pra­co­wał ponad swoje siły. Miał wra­że­nie, że mi­nę­ły trzy dni, jed­nak słoń­ce nie za­cho­dzi­ło. Go­rą­cy blask palił go za każ­dym razem, gdy wy­cho­dził na po­wierzch­nię wy­rzu­cić nie­po­trzeb­ny piach. Coś się nie zga­dza­ło, coś było nie tak. 

Jed­nak mil­czał. Tah Itza było waż­niej­sze niż on.

– Cały czas kopię w dół, ale czuję, jak­bym kopał w górę. O co cho­dzi, czci­god­ny? Dokąd pro­wa­dzi ten tunel?

– Pra­cuj dalej. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

***

Kiedy od­zy­skał swoją świa­do­mość, Uluru skry­ło się pod płasz­czem ciem­no­ści. Nie­prze­nik­nio­na czerń, roz­ja­rzo­na je­dy­nie nie­licz­ny­mi gwiaz­da­mi. Widać było je­dy­nie canoe, prze­mie­rza­ją­ce morze na nie­bo­skło­nie. Choć gdy teraz spoj­rzał, przy­po­mi­na­ło ra­czej dwie płaszcz­ki, złą­czo­ne ze sobą ogo­na­mi. Od­dzie­la­ły je tylko trzy jasne punk­ty.

Wie­dział, jak groź­na może być sa­mot­na noc, spę­dzo­na pod górą. Jedną ręką trzy­ma­jąc się ścia­ny, kro­czył ostroż­nie na­przód, szu­ka­jąc ja­kie­goś schro­nie­nia. Po go­dzi­nie lub dwóch na­po­tkał ja­ski­nię. Wszedł, by skryć się na jej końcu.

***

– Naj­wy­raź­niej to już tu – po­wie­dział He­lio­do­ro, gdy dno ich łodzi po­tar­ło o brzeg. Bóg wy­szedł na stały ląd. – Wy­glą­da na to, że już mnie nie po­trze­bu­jesz.

– Ow­szem. Je­steś wolny.

Hisz­pan ode­tchnął. Bał się utkwić na wieki w tej ciem­nej i mrocz­nej prze­strze­ni. Chciał wró­cić do braci. Czy Tay­asal upad­nie, czy nie – chciał w tym mieć swój udział.

– Wskaż mi więc kurs, któ­rym do­sta­nę się do świa­ta ży­wych i wy­puść mnie stąd.

– Nie mogę tego zro­bić. Je­stem bo­giem śmier­ci, nie po­tra­fię zwró­cić ci życia. Lecz jeśli chcesz, sam mo­żesz spró­bo­wać od­na­leźć drogę po­wrot­ną – rzekł i stuk­nął swoim kijem o burtę. Łódź wznio­sła się. – Naj­le­piej, jak bę­dziesz szu­kał wśród gwiazd.

***

Yaxkin wy­niósł z ko­ry­ta­rza ostat­ni worek ziemi. Ścia­ny i skle­pie­nie były ide­al­nie gład­kie przez całą dłu­gość ścież­ki. Do­tarł do jej końca, prze­bił się przez ścia­nę, lecz nie od­wa­żył się spoj­rzeć dokąd na­praw­dę pro­wa­dzi. Jego lu­dzie cze­ka­li. A pomoc miała na­dejść.

– Czci­god­ny, wszyst­ko go­to­we. Wy­peł­ni­łem swoją część umowy, a teraz pro­szę, byś i ty do­peł­nił swo­jej. Ru­szaj­my do Tah Itza jesz­cze dziś.

Hun-ka­me spoj­rzał na Maja. Jak zwy­kle, miał nie­prze­nik­nio­ny wyraz twa­rzy, choć teraz wy­glą­dał na smut­ne­go.

– Nie ma już po co ru­szać do mia­sta. Tah Itza upa­dło.

Bu­dow­ni­czy po­czuł, że się osuwa. Łzy spły­nę­ły po jego po­licz­kach, a szloch odbił się gło­śnym echem.

– Ale czci­god­ny, prze­cież obie­ca­łeś ich chro­nić! – krzyk­nął Yaxkin.

– Tak. Przed Hisz­pa­na­mi. I wszy­scy są już tu. Cze­ka­ją na cie­bie.

***

E-do szedł ciem­nym ko­ry­ta­rzem. Czas mijał, a zmę­cze­nie coraz bar­dziej przy­ci­ska­ło go do ziemi. Lecz mimo tego, że nie­ustan­nie po­ru­szał się pro­sto, ni­g­dzie nie na­tra­fił na żaden za­kręt, ani żaden za­ułek. Kiedy pa­trzył z ze­wnątrz na górę, nie wy­da­wa­ła mu się tak długa.

Nagle w ciem­no­ści po­czuł, że ktoś za­gra­dza mu drogę. Chciał uciec, lecz nogi od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa. Stał. I cze­kał.

I usły­szał zna­jo­my głos:

– Chodź za mną. Po­trze­bu­ję cię.

Koniec

Komentarze

Dzięki za przeczytanie, Ninedin!

 

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki Drakaino, że wpadłaś!

a deszcz lunął jak ściana. – Określenie ściana deszczu ok, ale w obecnym zapisie to nie bardzo. Ściana raczej nie może lunąć.

 

Chodź za mną – usłyszeli głos przedzierający się przez czas i przestrzeń. – Obudź się i spójrz. – Nie powinno być usłyszał?

 

– A co będę z tego miał? – spytał. – Takie pytanie, zaraz po tym, jak gość zobaczył samo budującą się łódź, jest mało realistyczne. To znaczy ok, ale zero jakiegoś zwątpienia? Zaskoczenia? Tak zwyczajnie przyjął to, co zobaczył?

 

Musiał tu przekazać. – to?

 

Cześć, Kelin.

Całkiem porządnie napisane, dobrze się czytało. Powalczyłbym za to z powtórzeniami i zaimkami.

Skaczesz między scenami szybciej niż kangur. Niektórym może to nie odpowiadać, mnie nie drażniło. Dodaje to w pewien sposób dynamizmu. A czy częstość przeskoków jest przesadzona? To już kwestia indywidualna.

Co do treści. Nie wiem, czy wszystko należycie zrozumiałem. Rozumiem, że bóg chciał wykorzystać Hiszpana w celu podróży na nowy ląd, na którym zjedna sobie nowych wyznawców (gdyż wiedział, że pierwotni i tak wyginą). Tak? Czy nie tak? :P Nie jestem za to przekonany do czego w efekcie końcowym służyła mu wybudowana przez Yaxkina świątynia, oraz nie jestem pewien roli, jaką odegrał w tym wszystkim E-do.

Za dużo ostatnio czytam i piszę zarazem i chyba już umysł nie nadąża za kolejnymi koncepcjami :o Ale tekst jest ciekawy, dlatego będę wdzięczny za ewentualne wyjaśnienia :)

Wtedy może i nawet kliknę :D

Pozdrawiam!

 

Cześć, Realuc! Dzięki, że wpadłeś i przeczytałeś. :D

a deszcz lunął jak ściana.

Racja, jak teraz patrzę, to wyszło dosyć niezgrabnie językowo.

 

Chodź za mną – usłyszeli głos przedzierający się przez czas i przestrzeń. – Obudź się i spójrz. – Nie powinno być usłyszał?

Jest dobrze. :) Starałem się pobawić nieco kompozycją tekstu. Wcześniej, przed tym ustępem, była kolejność: E-do, Yaxkin, Heliodoro. Po tym sytuacja się odbija i leci kolejność: Heliodoro, Yaxkin, E-do. Głos usłyszeli wszyscy trzej, którzy byli chwilę wcześniej oderwani od świadomości, a potem się faktycznie przebudzili. W nowych okolicznościach.

 

– A co będę z tego miał? – spytał.

Wydaje mi się, że przemówiłaby przede wszystkim przez niego chciwość. Koleś zbudował łódź, owszem, ale Helidoro jako konkwistador wierzył w większe cuda. :D

 

Musiał tu przekazać.

I punkt dla Ciebie, sam tego nie wyłapałem. :D

 

Odnosząc się do reszty komentarza: Zinterpretowałeś całość prawie idealnie. Bóg, którego lud miał wyginąć nie mógłby czerpać siły z wiary i najzwyczajniej by zginął. Szukał ratunku dla swojego losu, tym bardziej, że w Xiabalbie (czyli świecie umarłych u Majów) są jego ludzie.

Yaxkin nie zbudował świątyni, tylko tunel, który miał doprowadzić Hun-kame do nowego ludu. Miałem nadzieję, że zmiana kompozycji będzie małą wskazówką ku temu. Takie odwrócenie świata, kopanie w dół, ale wychodzisz u góry. I to w samym sanktuarium nowego ludu, gdzie jednoczyli się z przodkami! Plan idealny.

No a dzięki tunelowi, Hun-kame mógł spotkać E-do, którego również chciał wykorzystać. Do czego? Najprawdopodobniej zmyślny bóg poszukiwał szamana, a młodzieniec nadawał się idealnie. Chętnie bym się kiedyś zabrał za kontynuację tego, co było dalej, bo… A zresztą. Pewnie kiedyś napiszę, to dam znać. :D

Sama dynamiczna zmiana scen wiązała się z pewnym przeplataniem i przemycaniem różnych informacji. Starałem się powrzucać małe szczególiki, by czytelnik po ich zauważeniu mógł się uśmiechnąć, by też samo skakanie miało swój cel.

Cieszę się, że ogólne wrażenie masz pozytywne! Przyznam, że research jaki do tego robiłem był niebotycznie ciężki, zwłaszcza, że po Majach zapisów nie mamy, a Aborygeni ukrywają swój rytuał przed obcymi. Jeśli ktoś wypaplał na zewnątrz, to był zabijany. Mocno się wciągnąłem w poznawanie ich kultury. :D

Kelin, dziękuję za wyjaśnienia. Teraz złożyło mi się wszystko w odpowiednią całość.

Myślę, że tekst warty biblioteki więc zgłaszam :)

Dziękuję serdecznie. :D

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dzięki Anet! Cieszę się, że choć trochę Ci się podobało. :)

Hm, troszkę powoli się czyta, bo sporo tu kwiecistych opisów. Ładnych i budujących klimat tej opowieści tak swoją drogą. Historia jest zbudowana według dość przewidywalnej, ale klimatycznej osi, a motywacje bohaterów trochę się rozmywają w rytmie narracji. Przyznam się bez bicia, że nie była to najłatwiejsza lektura, ale zaintrygowała mimo braku znajomości mitologii Majów. Zatem klikwink.

Dzięki, że wpadłaś, Oidrin. Cieszę się, że przyciągnąłem Twoje zainteresowanie i przypasował Ci klimat. :) Przyznam, że wybierając temat bazowałem głównie na “fajności” tego, jak zestawienie brzmi, więc sam musiałem się nieco podszkolić. Dzięki też za klika! :D

Czytało się dobrze, krótkie fragmenty miło dzieliły tekst rozłożony na trzech bohaterów: każdy wyraźny, fajnie poprowadzony do jednego punku, w którym mieli być. Historia dzięki temu była klarowna i łatwa do przyswojenia.

Chodź za mną – usłyszeli głos przedzierający się przez czas i przestrzeń. – Obudź się i spójrz.

Spodobał mi się także zabieg, gdy od tego miejsca postacie są podawane na odwrót. Skojarzyło mi się to z odbiciem lustrzanym, czyli jakby drugą stroną rzeczywistości i śmiercią. A ten fragment: „– Cały czas kopię w dół, ale czuję, jakbym kopał w górę” tylko mnie utwierdził w tym przekonaniu.

Dzięki za opinię, kasjopejatales. Fajnie, że zabieg samej kompozycji tekstu przypadł Ci do gustu, a całość okazała się w pełni zrozumiała. Trochę bałem się, że być może za bardzo z tym namotałem. :)

I dzięki za klika!

Na poziomie zdań nie byłem zachwycony, były takie, które chętnie ujrzałbym napisanymi na nowo:

 

Stał i rozglądał się, próbując wypatrzyć jakichś oznak, które pomogłyby mu w wyznaczaniu kursu

Dla mnie to zdanie po prostu nieatrakcyjnie brzmi, uprościłbym to.

 

Ich obecne położenie stanowiło dla niego zagadkę, co wywoływało w nim irytację.

Jak wyżej.

 

Być może szaman wskazał go tak późno, bo Mala wyczuł brak równowagi duchowej?

Zastąpiłbym “równowagę duchową” sformułowaniem bardziej pasującym do nastroju historii.

 

Spojrzał w swoje odbicie w czerwonej tafli, po czym skierował wzrok na Uluru.

To tak od strony realizmu świata przedstawionego. Najpierw chciałem napisać, że we krwi w misce nic by się nie odbiło, ale poświęciłem dodatkowy czas na research na ten temat i teraz nie jestem już wcale taki pewny. Zostawiam tę uwagę, bo może masz jakiś ciekawy komentarz na ten temat ;-).

 

Klikam, bo spodobała mi się historia i uważam, że bardzo sprawnie poradziłeś sobie ze spleceniem trzech wątków. Dynamicznie i z zachowaniem proporcji. Gdyby jeszcze na poziomie zdań było trochę lepiej, byłbym w ogóle bardzo zadowolony z lektury.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki Nevaz, że zajrzałeś! Dzięki też za klika do biblioteki. :)

 

Przyznam, że jak sam teraz przeczytałem, to mocno żałuję, iż nie wylądowało to na jakiejś porządnej becie. Ale wciąż stawiam swoje pierwsze kroczki, terminy konkursowe są dla mnie największą motywacją, aby w ogóle pisać i… Dlatego też nieraz nie wychodzi tak, jak sobie wyobrażałem. Wciąż się uczę pisania odpowiednio wcześniej, ale jak na razie idzie mi to marnie.

 

Zostawiam tę uwagę, bo może masz jakiś ciekawy komentarz na ten temat ;-).

Przyznam, że o ile przyłożyłem się do researchu kultury Majów i Aborygenów, tak w tym miejscu postawiłem na rule of cool. Niestety muszę Cię w tym względzie rozczarować, bo to jedyny komentarz. Ale przyznam, że ćwieka mi wbiłeś srogiego i teraz sam poszukam.

 

Cieszę się, że historia wynagrodziła trudy przebijania się przez niestrawną pisaninę. Z niej jestem zadowolony. Trochę mi zajęło połączenie góry Uluru z Hun-kame, a efekt jaki widać nie poleżał też zbyt długo. :)

 

Jeszcze raz dzięki za opinię!

O, cześć Kelin! Czekałam na to opowiadanie, jako spokrewnione aborygeńskimi klimatami z moim ;) W końcu zeszło mi się trochę (miesiąc…?!), żeby do niego na spokojnie usiąść, ale już jestem, czytam, chłonę… i podoba mi się :)

A co, to już rozwijam:

 

Klimat – ja bardzo zwracam uwagę na te wszystkie smaczki przyrodniczo-krajobrazowe, co budują nastrój. Bardzo plastycznie Ci to wyszło – jak jest dżungla, to czuć wszechobecną, przytłaczającą wilgoć, jak jest pustynia, to się duszę, jak mamy tonącego w morzu marynarza, to czuję wstrętną, słoną wodę. Bleh! :D Są zwierzątka, są odgłosy przyrody, są kolory. To mi się najbardziej podobało. 

 

Kultura – och jak ja lubię te stare, zapomniane kultury! Jak widzę te wszystkie symbole, rytuały i pierwotno-magiczne motywy w tekście, to się jaram mocno, więc tutaj znowu czytanie sprawiło mi dużą przyjemność :) 

Widać, że dobry research wszedł, gratki. Mam nadzieję, że tak jak ja, dobrze się bawiłeś, przy czytaniu o Czasie Snu, aborygeńskich mitach itd. O Majach wiem baaaardzo mało (chociaż przynajmniej Xibalba, którą przywołałeś, nie jest mi obca, uf!), ale nie było to konieczne, żeby tekst dobrze zrozumieć. 

 

Konstrukcja – bardzo mi się spodobało takie przeplatanie wątków, skaczesz jak kangur (jak to ładnie Realuc porównał), ale to dobrze! Fajny pomysł, mnie to wciągnęło i chwyciło moją uwagę. Mamy trzech bohaterów, naprawdę zgrabnie splatasz te ich historie. Wszyscy są w trasie, w wędrówce, w oczekiwaniu i napięciu. Jak jeden pije krew, drugiego obsiadają krwiożercze komary. Motyw śnienia super wprowadzony – tu jeden zasypia, drugi traci przytomność, trzeci tonie. Kontrasty w postaci parnej dżungli/upalnej pustyni/potężnego oceanu – super.

 

Fabuła – tu mam trochę niedosyt, bo chyba więcej się spodziewałam po napięciu budowanym przez cały tekst. Wędrówki toczą się po trzech torach coraz szybciej, zaczynają się ku sobie zbliżać, splatać poprzez postać Hun-kame… i tak mi się to urywa trochę. Chyba, że czegoś nie zrozumiałam, jak trzeba :> Hun-kame potrzebował Heliodoro, żeby dopłynąć do Terra Australis Incognita, ale równocześnie połączył się poprzez portalowy tunel budowany przez Yaxina, który – jak się okazuje – łączy się z Uluru? Mam to, nie mam tego? ;D 

Kolonializm, konkwista, jako straszne widma śmierci wiszące nad głowami jednej i drugiej cywilizacji mnie przekonują, zresztą o tym też jest i moje opko, nie będę się powtarzać. 

Na koniec – językowo zgadzam się z przedmówcami, było parę zdań przyciężkawych, albo powtórzeń, o jak tu:

Stąpał po ziemi ostrożnie, starając się wydawać jak najmniejszy hałas. Wiedział, że bez ognia najmniejszy szmer może się okazać jego zgubą.

Ale to nic, bo były i ładne zdania, a jesteśmy tu po to (nie?), żeby ciągle bawić się słowami, uczyć ich i szukać takich połączeń, które najlepiej oddadzą myśl, obraz i uczucie. 

 

Dzięki i adios! 

Cześć, Koimeoda! Dzięki, że wpadłaś. :)

 

Klimat

Starałem się odwzorować atmosferę i to też jeden z punktów, które sobie wyznaczyłem jako wyzwanie. W życiu nie byłem w dżungli ani na pustyni, więc tym bardziej było to trudne, ale cieszę się, że się udało!

Przykład Karola Maya na szczęście udowodnił, że da się pisać o czymś, czego się na oczy nie widziało, i być przy tym wiarygodnym. :)

 

Kultura

Oj, zabawa była przednia! Chętnie podeślę Ci kilka źródeł, na których bazowałem, jeśli jesteś zainteresowana. Część co prawda musiałem dopowiedzieć, część wymieszać, bo brakowało jednoznacznych źródeł, a zdarzało się tak, że były sprzeczne. Lecz biorąc pod uwagę ilość plemion, jakie zamieszkiwały te ziemie – wcale nie jestem tym faktem zdziwiony.

A kulturami pierwotnymi sam się bardzo interesuję. Pamiętam, że gdy byłem z kumplem na wyprawie autostopowej po Skandynawii i okolicach, to załączyła mi się lampka na temat ludu Saami. Czułem się, jakbym robił jakieś ogromne zadanie poboczne w grze RPG. :D

 

Kostrukcja

Dzięki! W sumie w tym opowiadaniu pierwszy raz spróbowałem zastosować jakąś z góry narzuconą konstrukcję. Uważam, że mi się udało i cieszę się, czytając tu podobne opinie. :D

Starałem się też umieścić jak najwięcej smaczków, by kompozycja z ustępu na ustęp sprawiała wrażenie zbudowanej całości, a nie tylko trzech losowo wymyślonych rzeczy wrzuconych do jednego wora.

 

Fabuła

Bingo. Wszystko zrozumiałaś całość perfekcyjnie. :)

Hun-kame jest klamrą do wszystkich trzech wątków. Początkowo chciałem wszystkich trzech rzucić sobie na spotkanie podczas wyprawy, ale to byłoby już za dużo.

 

Po zakończeniu konkursu bardzo chętnie popracuję nad językowym aspektem całości. Przyznam, że mocno się stresowałem jak upchnąć trzy wątki w taką ilość znaków, ale na szczęście się udało – prawie na styk.

 

Do Australii z pewnością jeszcze wrócę. Nie wiem kiedy – może jak sam tam najpierw pojadę? Powrót kusi, naprawdę kusi. Cieszę się więc, że całość Ci się podobała i raz jeszcze dzięki za tak rozbudowaną opinię. :)

(…) da się pisać o czymś, czego się na oczy nie widziało, i być przy tym wiarygodnym. :)

→ biorąc pod uwagę gatunek, w którym piszemy warto trenować wiarygodne opisywanie czegoś, czego się nie widziało ;D (Chociaż jak ktoś mi powie, że widział smoka, elfy czy obcych – kim ja jestem by to oceniać? :D)

 

Chętnie podeślę Ci kilka źródeł, na których bazowałem, jeśli jesteś zainteresowana.

→ dawaj! Ja bazowałam na anglojęzycznych, ale Monique M. pod moim opkiem prosiła o polskie źródła, więc jak takie masz, to chętnie skorzystam! 

 

Część co prawda musiałem dopowiedzieć, część wymieszać, bo brakowało jednoznacznych źródeł, a zdarzało się tak, że były sprzeczne. Lecz biorąc pod uwagę ilość plemion, jakie zamieszkiwały te ziemie – wcale nie jestem tym faktem zdziwiony.

→ tak, to jest bardzo sprzeczny i chaotyczny misz-masz, ale w sumie mnie się ta płynność i wieloznaczność ichniejszej mitologii podoba. Źródeł jest mało, co wynika z tego, że kultura Aborygenów jest bardzo słabo utrwalona, same języki potrafiły się bardzo różnić pomiędzy plemionami, wiele z nich nie zostało nawet porządnie zapisanych i są na wymarciu :( Współcześnie wprawdzie trwają karkołomne próby odtworzenia języków i tradycji, chociaż niestety często nie bardzo jest co zbierać.

 

A kulturami pierwotnymi sam się bardzo interesuję. Pamiętam, że gdy byłem z kumplem na wyprawie autostopowej po Skandynawii i okolicach, to załączyła mi się lampka na temat ludu Saami. Czułem się, jakbym robił jakieś ogromne zadanie poboczne w grze RPG. :D

→ totalnie tak! Mam to samo :D W ogóle Skandynawia to jeden wielki, piękny RPG jest, tylko na trolle trzeba uważać :x

 

Do Australii z pewnością jeszcze wrócę. Nie wiem kiedy – może jak sam tam najpierw pojadę? Powrót kusi, naprawdę kusi. 

→ Polecam bardzo :) Wprawdzie byłam krótko i nie dotarłam pod Uluru, ale trochę przyrody liznęłam. Natura tam ma jakąś niesamowitą moc, zwierzęta są cudowne (no dobra – ja kocham ptaki i kangurki, a koala to taki naćpany eukaliptusem wyjec :D) i w ogóle jak się wyjedzie z miast, to czuć dzicz. Można nabrać pokory i się zakochać. 

Cieszę się więc, że całość Ci się podobała i raz jeszcze dzięki za tak rozbudowaną opinię. :)

→ nie ma za co, mój klimat, więc się wciągnęłam! :) 

 

Powodzenia! 

biorąc pod uwagę gatunek, w którym piszemy warto trenować wiarygodne opisywanie czegoś, czego się nie widziało ;D (Chociaż jak ktoś mi powie, że widział smoka, elfy czy obcych – kim ja jestem by to oceniać? :D)

Faktycznie. Jeszcze nie miałem okazji napisać w pełni klasycznego fantasy, a motywy jakie wykorzystałem w SF są mitologiczne i mocno space operowe, więc prawie gotowy materiał. :D

 

dawaj! Ja bazowałam na anglojęzycznych, ale Monique M. pod moim opkiem prosiła o polskie źródła, więc jak takie masz, to chętnie skorzystam! 

Ja również mam anglojęzyczne. Próbowałem korzystać z polskich, np. z Wikipedii i dostępnych tam źródeł, ale zbytnio ich tam nie ma, a także Mala został określony jako “zajęczy kangur”, więc… Lepiej bazować na zagranicznych.

 

tak, to jest bardzo sprzeczny i chaotyczny misz-masz, ale w sumie mnie się ta płynność i wieloznaczność ichniejszej mitologii podoba. Źródeł jest mało, co wynika z tego, że kultura Aborygenów jest bardzo słabo utrwalona, same języki potrafiły się bardzo różnić pomiędzy plemionami, wiele z nich nie zostało nawet porządnie zapisanych i są na wymarciu :( Współcześnie wprawdzie trwają karkołomne próby odtworzenia języków i tradycji, chociaż niestety często nie bardzo jest co zbierać.

No właśnie ta różnorodność okazała się chyba ich gwoździem do trumny. W czasach spokojnych przekazywanie ustne jest nawet w porządku, choć i tak sporo ginie, ale z mentalnością Aborygeńczyków byli wręcz skazani na porażkę. Niestety.

 

totalnie tak! Mam to samo :D W ogóle Skandynawia to jeden wielki, piękny RPG jest, tylko na trolle trzeba uważać :x

Na szczęście spotkaliśmy tylko renifery i łosie. Trolle może szły naszym tropem, ale na szczęście byliśmy szybsi!

 

Polecam bardzo :) Wprawdzie byłam krótko i nie dotarłam pod Uluru, ale trochę przyrody liznęłam. Natura tam ma jakąś niesamowitą moc, zwierzęta są cudowne (no dobra – ja kocham ptaki i kangurki, a koala to taki naćpany eukaliptusem wyjec :D) i w ogóle jak się wyjedzie z miast, to czuć dzicz. Można nabrać pokory i się zakochać. 

Dzień dobry, poproszę o bilet kolejowy do Australii. Jak to nie ma?!

 

Okej, w takim razie przechodzę na priv i podrzucam źródła!

Dzień dobry, poproszę o bilet kolejowy do Australii. Jak to nie ma?!

→ aktualnie to chyba tylko wpław, granice nawet wewnętrzne pozamykane na cztery spusty, wiec pozostaje nam pofantazjować w naszych opowiadaniach :D Ja tam takie opkowe podróże bardzo lubię :) 

Da radę! Byle nie pójść na Kaliski w Łodzi, tylko Fabryczną lub Widzew. :D

Trochę się pogubiłam w fabule. Domyślam się, że bóg śmierci Majów szukał nowego ludu, ale jak trafił do Australii nie do końca rozumiem. Z jednej strony masz Yaxkina, który buduje tunel, z drugiej Heliodoro, który dopływa tam łódką. Jeśli ten mistyczny tunel prowadził prosto do Uluru, to po cholerę mu jeszcze łódka?

Poza tym samo pojawienie się bóstwa w nowym miejscu nie gwarantuje mu sukcesu, potrzeba jeszcze wiary, a Aborygeni mieli własne wierzenia.

Napisane nieźle, ale nie trafiło do mnie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki serdecznie za opinię, Irka!

Hun-kame porwał Heliodoro, aby ten na łodzi dopłynął z nim do Australii. Mimo wszystko boskie moce są ograniczone. Dopiero stamtąd można było zrobić bezpośredni tunel do Uluru.

Owszem. Plan nie musi odnieść sukcesu, ale tonący nawet i brzytwy się chwyci. Może wystarczy, że Hun-kame odpowiednio to rozegra. Ciężko powiedzieć, tego w historii nie ma. :)

Wciągasz czytelnika powolną, niespiesznie rozwijającą się historią, rozwlekłością zdań, przywodzącą na myśl pamiętniki odkrywców z czasów, kiedy na Ziemi zostało jeszcze coś do odkrycia :) I ten brak językowego pośpiechu bardzo mi się spodobał.

Nie wiem jednak, czy krótkie opowiadanie dało radę udźwignąć aż trzy wątki. Wydają się nakreślone skrótowo, a bohaterom niestety brak głębi. Chyba najlepiej został przedstawiony E-do, czytelnik łatwo się do niego przywiązuje, jego działania są zrozumiałe, dajesz nam wgląd w to, co on myśli. Moim zdaniem rozwarstwienie fabuły jest minusem, ponieważ sam E-do i przedstawienie jego relacji z bogami, duchami i ludźmi mogły były spokojnie pociągnąć całą fabułę.

Pomimo niedosytu, dotyczącego postaci tego dramatu, przeczytałam z przyjemnością.

Pozdrawiam!

Cześć chalbarczyk!

Dzięki, że wpadłaś. :)

Właśnie podczas pisania brakowało mi trochę limitu i musiałem prawie porzucić samą psychologię postaci kosztem snucia opowieści. Rozwarstwienie jest integralnym elementem historii, więć ciężko byłoby porzucić. Liczę na to, że znajdę trochę motywacji i już po konkursie pogrzebię w nim. :)

Dzięki za komentarz!

Mam wrażenie, że limit zaszkodził tekstowi. Czuć, że go gorset strasznie ściska. Przydałoby się i więcej wyjaśnień na temat historii, i pociągnięcie jej dalej.

Imponujący research. Znaczy, nie znam się na tych kulturach, ale ładnie przedstawiłeś.

Hmmm. Wydaje mi się, że Orion słabo się nadaje do szukania południa.

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla! Dzięki za klika do bilioteki. :)

Limit faktycznie nieco przytłumił moje rozpędy, bo kilka rzeczy i pomysłów krążyło mi po głowie, ale też pytanie, czy by go nie rozwlekł zanadto. No ale – teraz to nie ma co oceniać. :D

Jeśli zaś właśnie przy researchu jesteśmy…

Santa Rosa, którą płynął Heliodoro faktycznie jako galeon należała do floty hiszpańskiej w latach 1678-1718. W 1697 roku upadło Tayasal, czyli miasto, z którego pochodził Yaxkin. Warto więc założyć, że tym rokiem swój rejs transoceaniczny miała Santa Rosa. Według Stellarium w 1690 Orion był całkiem nieźle widoczny na ciemnym niebie od stycznia do kwietnia. Co ciekawe, Aborygeni w swojej kosmologii całkiem dobrze go znali. Nie wiem tylko na ile faktycznie byłby dobrym obiektem nawigacyjnym, ale szczególnie mi się spodobał. :)

Orion. Ale gdzie był widoczny? I gdzie oni wylądowali? Pas Oriona leży praktycznie na równiku. To oznacza (według mojej kobiecej intuicji, nie znam się), że między zwrotnikami wschodzi na wschodzie, przelatuje nad głową i zachodzi na zachodzie. Chyba że Słońce jest w tej samej okolicy i część podróży wytnie. Nie to, co nasza poczciwa i stateczna Gwiazda Polarna. OK, pewnie można znaleźć jakieś dwie gwiazdy, które z grubsza wyznaczą linię północ-południe. Ale zależy, gdzie jesteś – jeśli na Atlantyku, to linia zaprowadzi Cię na Antarktydę, nie do Australii. A Heliodoro płynął do Ameryki.

Babska logika rządzi!

Właśnie ciężko mi zweryfikować, czy faktycznie da się go jakoś dobrze wykorzystać do astronawigacji. Pozostawię to jako rule of cool, ewentualnie jeszcze dokładniej pogrzebię podczas recyklingu tekstów kiedyś tam. Zastanowię się nad tym, dzięki za podpowiedź. :)

Nowa Fantastyka