- Opowiadanie: Nevaz - Wiara Krzemiennego Nieba

Wiara Krzemiennego Nieba

Raz jesz­cze dzię­ku­ję po­my­sło­daw­com za zor­ga­ni­zo­wa­nie kon­kur­su.

 

Wiel­kie dzię­ki dla Ewy i Grze­go­rza za przy­dat­ne uwagi.
 

ilu­stra­cja po­ni­żej: wę­żo­wy glif Ca­lak­mul – http://www.latinamericanstudies.org/calakmul/calakmul-glyph.jpg

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wiara Krzemiennego Nieba

I – Wąż, który skry­wał się po­śród fal

 

Dla­cze­go nie po­słał Thora? Blask bły­ska­wic w sy­now­skich oczach na­pa­wał sta­re­go Odyna dumą. Wład­cy burz nie trze­ba było dwa­kroć po­wta­rzać, że wiel­ki wąż Jor­mun­gand gra­su­je po­śród wód oce­anu zbyt bli­sko sie­dzib wy­znaw­ców bogów As­gar­du. W biegu chwy­cił­by młot, z roz­pę­du wsko­czył na za­przę­żo­ny w kozły ry­dwan. Ale Odyn nie po­słał Thora. Nie dał nawet znać, że wy­ru­sza.

Praw­da, że Naj­wyż­szy bez prze­rwy krą­żył mię­dzy Zie­mia­na­mi pod po­sta­cią sa­mot­ne­go wę­drow­ca, jed­nak bitwy z po­two­ra­mi zwykł od­stę­po­wać młod­szym As­gard­czy­kom. Tym razem coś pchnę­ło go w drogę. Naj­mę­dr­szy, naj­prze­bie­glej­szy z nor­dyc­kich bogów nie umiał od­po­wie­dzieć sobie, czym była ta po­trze­ba. Jak gdyby cze­goś mu bra­ko­wa­ło. Wa­lecz­ni wi­kin­go­wie, przed któ­ry­mi drżał cały Mid­gard, wzno­si­li to­a­sty na jego cześć. Skal­do­wie re­cy­to­wa­li słowa, które im ob­ja­wił. A on za­pra­gnął skryć ob­li­cze pod heł­mem, chwy­cić włócz­nię i ru­szyć konno po bi­tew­ną chwa­łę. W końcu to była środa, jego dzień.

Choć owład­nę­ła nim żądza przy­gód, wład­ca As­gar­du nie wy­zbył się ostroż­no­ści. Gdy jego Slejp­nir bił ko­py­ta­mi wzbu­rzo­ne wody, w po­wie­trze wzbi­li się zwia­dow­cy. Myśl i Pa­mięć nie lu­bi­ły latać nad prze­stwo­rem oce­anu, ale czy od­ma­wia się bogu? Nie były jed­nak w sta­nie do­rów­nać szyb­ko­ścią ośmio­no­gie­mu wierz­chow­co­wi i wnet mu­sia­ły z po­wro­tem schro­nić się za tar­czą Odyna. Nie­biań­ski rumak w sza­leń­czym pę­dzie roz­bi­jał fale ko­py­ta­mi, kol­czu­ga jego pana lśni­ła ty­sią­ca­mi kro­pel. Po­dą­ża­li tuż za nocą, bie­żą­cą przed nimi na za­chód. Ści­ga­li węża, który zwę­szył pogoń.  

Kruki wy­czu­ły go pierw­sze. Za­czę­ły kra­kać prze­raź­li­wie, a Odyn ścią­gnął wodze i wy­pro­sto­wał się w sio­dle. Ocean wy­da­wał się cichy, nie­mal nie­po­ru­szo­ny. Slejp­nir par­sk­nął i wcią­gnął po­wie­trze, a potem nie­spo­koj­nie po­trzą­snął głową. Bóg za­ci­snął chwyt na drzew­cu Gun­gni­ra. I wtedy z wody wy­strze­lił gi­gan­tycz­ny łeb. Ga­dzie oczy prze­ra­ża­ły roz­mia­rem młyń­skich ka­mie­ni. Łuski przy­wo­dzi­ły na myśl tar­cze wo­jow­ni­ków, a kły do­rów­ny­wa­ły dłu­go­ścią włócz­niom. Bóg zdo­łał zmu­sić konia do gwał­tow­ne­go skoku, w ostat­niej chwi­li by umknąć przed pasz­czą Jor­mun­gan­da.

– Kawał z cie­bie skur­wy­sy­na. – mruk­nął Odyn. – A potem przy­po­mniał sobie, że wiel­ki wąż był prze­cież synem An­gr­bo­dy, ol­brzym­ki z Że­la­zne­go Lasu. Wtedy bóg przy­tak­nął sam sobie, bo An­gr­bo­da to też był kawał jędzy.

Kruki ze zło­wiesz­czym krzy­kiem zle­cia­ły na oczy Jor­mun­gan­da. Za­ata­ko­wa­ły szpo­na­mi i dzio­ba­mi. Gad za­sy­czał z bólu i ude­rzył pod­opiecz­nych Naj­wyż­sze­go czar­nym batem roz­wi­dlo­ne­go ję­zy­ka. Myśli i Pa­mięć skoń­czy­ły we wnętrz­no­ściach po­two­ra, nim bóg zdą­żył za­re­ago­wać. Roz­wście­czo­ny As­gard­czyk wście­kle kłuł Gun­gni­rem ciel­sko węża, aż woda wo­ko­ło po­ciem­nia­ła od krwi. Wal­czy­li wiele dni, z za­cie­kło­ścią, która za­bi­ła­by z wy­czer­pa­nia każ­de­go śmier­tel­ni­ka. Kły Jor­mun­gan­da roz­trza­ska­ły Ody­no­wą tar­czę i ro­ze­rwa­ły kol­czu­gę. Bro­czą­cy po­so­ką gad tra­cił już siły i zda­wa­ło się, że od­stą­pi od walki, gdy na­głym ude­rze­niem głowy roz­trza­skał czasz­kę Slejp­ni­ra. W akcie ze­msty bóg wrza­snął wście­kle, aż roz­stą­pi­ły się fale i wra­ził swą włócz­nię aż po mózg węża. Kolos bez­wład­nie osu­nął się w głę­bi­ny.

 

II – Uxte'Tuun

Odyn wy­pły­nął na brzeg w samym heł­mie, z włócz­nią w dłoni i pier­ście­niem na palcu. Woda była przy­jem­nie cie­pła, le­d­wie jed­nak zro­bił parę kro­ków po piasz­czy­stej plaży, ogar­nę­ła go fala po­wie­trza prze­peł­nio­ne­go go­rą­cą wil­go­cią. Za­czerp­nię­te do płuc w ni­czym nie przy­po­mi­na­ło tego z krain Pół­no­cy. Wę­dru­jąc brze­giem, na­tknął się na osadę i przy­stań pełną łodzi wy­żło­bio­nych w pniach drzew. Słoń­ce sma­ga­ło ciem­ne twa­rze wio­śla­rzy.

Naj­od­waż­niej­szy ze śnia­do­li­cych pod­biegł do przy­by­sza, dzier­żąc oszczep. Za­mach­nął się, by nim ci­snąć, ale wnet syk­nął z bólu, ude­rzo­ny w tył głowy przez star­sze­go to­wa­rzy­sza. Tam­ten wska­zał na Odyna, przy­glą­da­jąc się jego bla­dej skó­rze i po­zła­ca­ne­mu heł­mo­wi, syk­nął coś, i obaj uklę­kli przed bo­giem. Star­szy wy­po­wie­dział coś z po­wa­gą. Na­stęp­nie od­bie­gli z po­wro­tem do swo­ich kom­pa­nów.

Wio­śla­rze przy­wie­dli stroj­niej odzia­nych męż­czyzn. Tamci no­si­li wie­lo­barw­ne płasz­cze i na­szyj­ni­ki z musz­li, pióra we wło­sach, a na sto­pach przy­ozdo­bio­ne pom­po­na­mi san­da­ły. Z cie­ka­wo­ścią przy­glą­da­li się buj­nej bro­dzie Odyna, wszak sami mieli gład­kie twa­rze. Okry­li na­gość boga ba­weł­nia­nym płasz­czem i za­pro­si­li ge­sta­mi, by po­szedł z nimi, po­wta­rza­jąc słowa „Uxte'Tuun” i „kuhul kaan ajaw”.

Mę­żo­wie oka­za­li się kup­ca­mi, któ­rzy wła­śnie po­wra­ca­li z to­wa­ra­mi w głąb lądu. Szło z nimi kil­ku­dzie­się­ciu tra­ga­rzy, któ­rzy nie­śli na ple­cach kosze z solą mor­ską, musz­la­mi i su­szo­ny­mi ry­ba­mi. Pa­ska­mi mo­co­wa­li cię­ża­ry do czół, w spo­sób nie­spo­ty­ka­ny u wi­kin­gów. To­wa­ry ochra­niał tuzin wo­jow­ni­ków uzbro­jo­nych we włócz­nie z gro­ta­mi z ob­sy­dia­nu i na­bi­ja­ne nim ma­czu­gi. I oni ba­da­li boga peł­ny­mi cie­ka­wo­ści spoj­rze­nia­mi.

Naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie od­czu­wał sam Odyn. Do­brze wie­dział, że Mid­gard, któ­re­go stwa­rza­nie za­snu­ło się już mgłą w jego wspo­mnie­niach, skła­dał się z mórz, roz­le­głych lądów i wysp za­miesz­ka­łych przez trud­ne do zli­cze­nia ple­mio­na. Bóg ze­tknął się już z kru­czo­wło­sy­mi La­poń­czy­ka­mi i śnia­do­li­cy­mi Ma­ho­me­ta­na­mi z Ser­klan­du, znał nawet czar­no­skó­rych Etio­pów i sko­śno­okich ko­czow­ni­ków su­chych prze­stwo­rów stepu. Jed­nak ci lu­dzie… Ich mowa i zwy­cza­je były czymś nowym, war­tym od­kry­cia. Ile już wie­ków mi­nę­ło od po­cząt­ku Mid­gardu, że w ogóle ich nie pa­mię­tał?

Z uwagą chło­nął ich słowa i przy­swa­jał je z nad­ludz­ką mą­dro­ścią. Gdy jeden z kup­ców wrę­czył mu pla­cek z zia­ren nie­zna­ne­go zboża, Odyn ukło­nił się i ge­stem spy­tał o nazwę. Brzmia­ła ona Ixim. W ten spo­sób pierw­szy raz spró­bo­wał ku­ku­ry­dzy. W głębi lądu mi­nę­li wiele wio­sek oto­czo­nych po­la­mi zło­te­go zboża, dyń i fa­so­li. Prze­mie­rza­li dżun­gle przy­ozdo­bio­ne przez ja­skra­wo ubar­wio­ne ptaki. Wiele drzew le­ża­ło zrą­ba­nych, w in­nych miej­scach ro­ślin­ność wy­pa­lo­no. Ścież­ki z ubi­tej ziemi zmie­nia­ły się w za­dba­ne drogi z wa­pien­ną na­wierzch­nią. Ka­mien­ne bu­dow­le nie ustę­po­wa­ły tym, które tak chęt­nie plą­dro­wa­li wy­znaw­cy Odyna.

Bóg pytał o wszyst­ko i z każ­dym dniem le­piej poj­mo­wał mowę to­wa­rzy­szy. Po­cho­dzi­li z mia­sta Uxte’Tuun, w kraju Kaan. Nazwa pań­stwa ozna­cza­ła „Wę­żo­we Kró­le­stwo”. Wład­ca As­gar­du roz­my­ślał czy miej­sco­wi oto­czy­li szcze­gól­nym sza­cun­kiem po­two­ra, któ­re­go on z po­mo­cą włócz­ni ode­gnał w mor­skie głę­bi­ny. Gdy po­ka­za­li mu bran­so­le­ty z po­do­bi­zną la­ta­ją­ce­go, upie­rzo­ne­go węża, ode­tchnął z ulgą. Gdyby Jor­mun­gand miał skrzy­dła, ich cień prze­sło­nił­by słoń­ce, a prze­zna­cze­nie bogów As­gar­du, wy­peł­ni­ło­by się przed­wcze­śnie.

Ma­jo­wie stali się po­wścią­gliw­si w py­ta­niach, gdy po­twier­dził przy­pusz­cze­nia co do swej bo­sko­ści. Rzekł, że przy­był z pół­noc­ne­go wscho­du i nie­pe­wien jesz­cze, czy pra­gnie ob­ja­wić praw­dzi­we imię, przed­sta­wił się jako Hjalm­be­ri, czyli No­szą­cy Hełm. Roz­ka­zał też za­pro­wa­dzić się do króla Kaan – kuhul kaan ajawa, czyli świę­te­go, wę­żo­we­go wład­cy.

Gdy wę­drow­cy mi­nę­li pa­smo wzgórz prze­ci­na­ją­ce Ju­ka­tan, uka­za­ło im się mia­sto zbu­do­wa­ne z wa­pien­nych blo­ków po­kry­tych czer­wo­nym tyn­kiem, nad któ­ry­mi gó­ro­wa­ły dwie oka­za­łe pi­ra­mi­dy. Odyn wi­dział po­dob­ne w Egip­cie, ale w ni­czym nie umniej­szy­ło to jego po­dzi­wu, zwłasz­cza, że jak zdą­żył się prze­ko­nać, miej­sco­wi uży­wa­li tylko na­rzę­dzi z ka­mie­nia.

Szkar­łat­ny gród cho­wał w sobie chwa­łę mi­nio­nych wie­ków. A prze­cież po­nu­re ob­li­cza miesz­kań­ców kró­lew­skie­go pa­ła­cu na­peł­ni­ły Odyna prze­ko­na­niem, że pi­ra­mi­dy są już tylko wierz­choł­ka­mi lo­do­wych gór, po­tę­gi, która sto­pi­ła się albo po­grą­ży­ła w oce­anie nie­sła­wy. Bóg z sza­cun­kiem po­wi­tał wład­cę wę­żo­wych Majów. Ukło­nił się, opie­ra­jąc pra­wi­cę na włócz­ni. Król Yax Yopa­at Drugi za­miast ko­ro­ny nosił wiel­ki pęk zie­lo­nych piór qu­et­za­la, jego pierś zdo­bił pek­to­rał z ja­de­itu, a ra­mio­na oka­za­łe ta­tu­aże. Pod­niósł się z tronu wy­ło­żo­ne­go fu­trem ja­gu­ara i skło­nił głowę przed Hjalm­be­rim.

– Witaj w Uxte’Tuun, nie­zna­ny nam boże. Obyś spro­wa­dził na naszą zie­mię po­myśl­ność.

Do­stoj­ni­cy po­da­li kró­lo­wi wie­niec z kwia­tów, który ten z na­masz­cze­niem na­ło­żył na szyję i ra­mio­na Odyna. Bóg, uśmiech­nąw­szy się, wrę­czył kró­lo­wi i jego przy­bocz­nym złote pier­ście­nie. Draup­nir bo­wiem, no­szo­ny przez Naj­wyż­sze­go, w co dzie­wią­tą noc ko­pio­wał się ośmio­krot­nie.

Le­d­wie Yax Yopa­at po­dzię­ko­wał wład­cy As­gar­du, zza ple­ców króla wy­chy­nął po­tęż­ny mąż o mar­so­wym spoj­rze­niu, z nosem prze­bi­tym ja­de­ito­wym ko­łecz­kiem. Ol­brzym spoj­rzał na mo­nar­chę z wyż­szo­ścią, a potem oznaj­mił:

– Te pier­ście­nie na­le­żą się Tikal! A bia­ło­skó­ry przy­bysz wy­ru­szy teraz, by oddać hołd na­sze­mu panu.

– Mó­wisz o bogu, am­ba­sa­do­rze – upo­mniał sto­ją­cy tuż przy królu za­rząd­ca świą­ty­ni. Twarz ka­pła­na po­kry­wał gwieź­dzi­sty wzór z bo­le­snych ran, z któ­rych każda przy­bli­ża­ła do świa­ta bogów. Za odzie­nie słu­żył mu płaszcz barwy in­dy­go. Za­fa­lo­wał w po­wie­trzu, gdy jego wła­ści­ciel wzniósł ramię w ostrze­gaw­czym ge­ście.

– Nie prze­ry­waj mi, K’an Aku. Po woj­nie oszczę­dzi­li­śmy wasze życia, ale za­pła­tą ma być po­słu­szeń­stwo. Przy­bysz idzie z nami. – Kiedy męż­czy­zna z prze­bi­tym nosem za­gryzł zęby uno­sząc górną wargę, oka­za­ło się, że i tam nosi ka­wał­ki ja­de­itu.

Odyn wtrą­cił się do roz­mo­wy, od­po­wia­da­jąc w ich wła­snym ję­zy­ku:

– Bia­ło­skó­ry przy­bysz sam de­cy­du­je, gdzie idzie.

Je­dy­nym okiem Hjalm­be­ri wej­rzał w głąb duszy am­ba­sa­do­ra. Zro­zu­miał, że to wo­jow­nik, który nie wahał się ry­zy­ko­wać ży­ciem, by za­cho­wać twarz. Nawet oba­wia­jąc się nie­zna­ne­go.

– Dość już wa­szej wę­żo­wej krnąbr­no­ści. – wark­nął sługa króla Tikal – Straż!

Gdy dwóch gwar­dzi­stów z or­sza­ku am­ba­sa­do­ra schwy­ci­ło Odyna, pod­nio­sła się wrza­wa. Wład­ca As­gar­du sta­rał się być po­wścią­gli­wy w oka­zy­wa­niu bo­skie­go sta­tu­su, ale jego cier­pli­wość miała gra­ni­ce. Na­prę­żył mię­śnie i od­rzu­cił śmier­tel­ni­ków na ka­mien­ne ścia­ny kom­na­ty. Gdy na­prze­ciw niego sta­nął cały od­dział Ti­kal­czy­ków, na­kre­ślił w po­wie­trzu runę Tyra. Grad nie­wi­dzial­nych włócz­ni po­wa­lił ich na po­sadz­kę.

– W imię sta­rych i no­we­go boga, na­sta­ła go­dzi­na od­we­tu! – krzyk­nął pro­ro­czym gło­sem ka­płan K’an Ak. – Na nich!

Ręce Uxte­tu­uń­skich do­stoj­ni­ków od­na­la­zły ob­sy­dia­no­we noże, z dawna cho­wa­ne przed oku­pan­ta­mi. Nawet mali chłop­cy się­gnę­li po broń. Tak Odyn wy­wo­łał po­wsta­nie.

 

III – Sztan­dar z kru­kiem

 

Jeń­ców stło­czo­no na placu w ob­ni­że­niu te­re­nu, oto­czo­nym ka­mien­ny­mi mu­ra­mi z któ­rych wy­sta­wa­ły ob­rę­cze. K’an Ak od razu wy­ko­rzy­stał spo­sob­ność, by bli­żej za­po­znać się z bia­łym bo­giem. Wi­dząc za­in­te­re­so­wa­ne spoj­rze­nie Odyna, wy­ja­śnił:

– Jeńcy ro­ze­gra­ją z na­szy­mi wo­jow­ni­ka­mi mecz w piłkę. Prze­gra­ni zo­sta­ną ofia­ro­wa­ni bogom.

Naj­wyż­szy roz­wa­żał, czy apro­bu­je taki zwy­czaj, ale po chwi­li na­my­słu, prze­wa­ży­ła cie­ka­wość. Sama gra przy­pa­dła mu do gustu. Ma­jo­wie od­bi­ja­li piłkę ko­la­na­mi i łok­cia­mi, ska­cząc z werwą albo wy­gi­na­jąc ciała jak węże. Świa­do­mość, że wal­czą o życie, do­da­wa­ła de­ter­mi­na­cji. Zgro­ma­dzo­ny wokół bo­iska tłum okrzy­ka­mi wspie­rał dru­ży­nę z Uxte’Tuun. Sku­tecz­nie.

Odyn wi­dział, że za­bi­ja­ni Ti­kal­czy­cy sta­ra­li się oka­zać po­gar­dę dla bólu i umie­ra­nia, choć nie wszyst­kim się to uda­wa­ło. Wśród wi­kin­gów sza­cun­kiem ota­cza­no śmierć na polu bitwy, z orę­żem w dłoni. Czy zło­że­nie w ofie­rze po prze­gra­nym meczu można uznać za po­dob­ny powód do chwa­ły? Nie był prze­ko­na­ny, ale in­try­go­wa­ła go in­ność Ju­ka­tań­czy­ków. Tych, któ­rzy wal­cząc o życie udo­wod­ni­li od­wa­gę, z chę­cią po­wi­tał­by w Val­hal­li.

Odkąd roz­po­czął wę­drów­kę w głąb kon­ty­nen­tu, roz­my­ślał, czy nie na­tchnąć wi­kin­gów, by prze­pły­nę­li ocean, ujarz­mi­li ten ląd i wznie­śli świą­ty­nie bogom As­gar­du. Z każ­dym dniem u Majów bar­dziej zmie­niał zda­nie. Po­dróż, jaką bóg odbył na Slejp­ni­rze mo­gła­by oka­zać się wy­cień­cza­ją­ca nawet dla naj­wy­tr­wal­szych wil­ków mor­skich. Może pew­ne­go dnia osią­gną tę zie­mię? Po­sta­no­wił, że on im w tym nie po­mo­że. Za­pra­gnął sam jesz­cze raz prze­żyć two­rze­nie świa­ta. No­we­go Świa­ta. Na pa­pie­rze z kory fi­gow­ca Naj­wyż­szy spi­sał ru­na­mi po­emat epic­ki „Ody­no­wa po­dróż na kra­niec Ziemi”. Jeden z naj­pięk­niej­szych utwo­rów, jakie dane mu było uło­żyć.

Po­czuł wy­zwo­le­nie od brze­mion daw­nych wię­zów i prze­zna­cze­nia, które cią­ży­ło nad nim w Sta­rym Świe­cie. Zrzu­ce­nie jarz­ma Tikal przy­wró­ci­ło zaś ple­mie­niu Węży utra­co­ną dumę. Po­słań­cy ru­szy­li bia­ły­mi dro­ga­mi od­bu­do­wy­wać roz­bi­te so­ju­sze, warsz­ta­ty znów były pełne rze­mieśl­ni­ków szy­ku­ją­cych broń. Hjalm­be­ri stał się bo­giem wojny Kaan i wszech­wład­nym do­rad­cą Yaxa Yopa­ata. Za­pra­gnął pomóc Uxte­tu­uń­czy­kom w walce z Tikal. Ar­cy­ka­płan K’an Ak gło­sił w ka­za­niach ze szcze­bli wiel­kiej pi­ra­mi­dy, że toczą gwiezd­ną wojnę, w któ­rej nie­bia­nie zstę­pu­ją z góry by sta­nąć po stro­nie zwy­cięz­ców.

Nie mogąc po­go­dzić się z utra­tą Myśli i Pa­mię­ci, Odyn po­le­cił Wężom spo­rzą­dzić sztan­dar z kru­kiem, wokół któ­re­go zgro­ma­dzą woj­ska. Oka­za­ło się, że na Ju­ka­ta­nie nie ma kru­ków. Na sztan­da­rze po­ja­wi­ła się ch’el, mo­drow­ron­ka. Czar­na jak kruk, oprócz skrzy­deł, które przy­ozda­biał błę­kit Majów. I tak pod cho­rą­gwią z ch’el, z tar­cza­mi z wę­żo­wym gli­fem, od­dzia­ły Kaan prze­ma­sze­ro­wa­ły mię­dzy dwie­ma pi­ra­mi­da­mi. Naj­wyż­szy na­uczył ich jak two­rzyć mur z tarcz i ścia­nę z włócz­ni i jak usta­wić się w pysk dzika, by prze­ła­mać linię nie­przy­ja­cie­la. Co praw­da pysk dzika mu­siał im wy­tłu­ma­czyć jako pysk ta­pi­ra, ale wo­jow­ni­cy z Uxte’tuun oka­za­li się po­jęt­ni. Z po­mo­cą ka­pła­nów na­ma­lo­wał ochron­ne runy na ich ba­weł­nia­nych prze­szy­wa­ni­cach. K’an Ak i jego sy­no­wie z na­boż­ną czcią py­ta­li o zna­cze­nie każ­dej z nich.

Bóg po­dzi­wiał tak uszy­ko­wa­nych zbroj­nych z pa­ła­co­we­go ta­ra­su. Z góry wy­da­wa­li się mali jak pion­ki z hne­fa­tafl, nor­dyc­kich sza­chów. Gdy opu­ści­li plac mię­dzy pi­ra­mi­da­mi, przy­szła do niego At­zi­ri, nie­wia­sta o gład­kiej skó­rze i ak­sa­mit­nych wło­sach, skry­wa­nych pod se­le­dy­no­wym tur­ba­nem. Ser­decz­ne cie­pło, które czuł na widok jej uśmie­chu, przy­wo­dzi­ło na myśl pierw­sze dni skan­dy­naw­skie­go lata. Na Ju­ka­ta­nie więk­szość z nich przy­po­mi­na­ła wi­zy­tę w kra­sno­ludz­kiej kuźni.

Odyn ni­cze­go nie pra­gnął bar­dziej niż ta­jem­nic, któ­rych jesz­cze nie po­siadł. Nie byłby więc sobą, nie zdo­byw­szy wie­dzy o tym, ja­kich do­znań pra­gną śmier­tel­nicz­ki. Z upły­wem stu­le­ci, jego za­in­te­re­so­wa­nia prze­nio­sły się jed­nak na bo­gi­nie i gi­gant­ki, tak samo jak on czu­ją­ce wiek świa­ta. A prze­cież coś bar­dzo przy­jem­ne­go kryło się za peł­ny­mi od­da­nia spoj­rze­nia­mi wy­znaw­czyń. At­zi­ri pa­trzy­ła wła­śnie w ten spo­sób. Przy­nio­sła mu plac­ki ku­ku­ry­dzia­ne z in­dy­czym mię­sem przy­pra­wio­nym pa­prycz­ka­mi chil­li.

– Panie. – wy­szep­ta­ła, ofia­ru­jąc zdo­bio­ny pół­mi­sek.

– Dzię­ku­ję, moje dziec­ko – od­parł. Gdy ją tak na­zwał, zde­cy­do­wa­nie ode­pchnął już od sie­bie po­żą­dli­we myśli.

– Czci­god­ny, czy w kraju, z któ­re­go przy­by­łeś, ko­bie­ty rów­nież na­zy­wa­ły cię Hjalm­be­rim?

Odyn ścią­gnął hełm. Je­dy­nym okiem po­słał jej spoj­rze­nie pełne sym­pa­tii.

– Na­zy­wa­ły mnie ina­czej – od­rzekł. Nie po­wie­dział jak. Sam wytrwale poszukiwał nazw wszelkich rzeczy i stworzeń, by panować nad ich naturą. Oto­czo­ne czcią, własne imię da­wa­ło mu wła­dzę nad wy­znaw­ca­mi. Na Pół­no­cy z lęku przed nim mury twierdz kru­sza­ły a za­mar­z­nię­te stru­mie­nie ta­ja­ły. Wciąż czuł jed­nak, że musi prze­ko­nać się, co do wiary ludzi z Ju­ka­ta­nu, aby po­chop­nie zdra­dzo­ne imię nie zo­sta­ło wy­ko­rzy­sta­ne przez no­wych wro­gów. Po­siadł mą­drość i po­tra­fił cze­kać.

 

IV – Dary dla bia­łe­go boga

 

Ar­cy­ka­płan K’an Ak był już sę­dzi­wym mężem, gdy od­wie­dził Odyna w jego pa­ła­cu i rzekł mu:

– Hjalm­be­ri, bądź po­chwa­lo­ny, nasz ży­ją­cy boże. Wiemy, że masz tylko jedno oko, któ­rym wi­dzisz dalej i wię­cej niż kto­kol­wiek ze śmier­tel­ni­ków. Przyj­mij jed­nak od swo­ich sług ten skrom­ny po­da­rek.

K’an Ak wrę­czył Ody­no­wi wiel­kie oko z ala­ba­stru za­wie­szo­ne na na­szyj­ni­ku ze zło­tych ob­rą­czek po­wsta­łych z Draup­ni­ra, które zdą­ży­ły już wy­peł­nić kilka ka­mien­nych skrzyń w skarb­cu Kaan.  

Od tam­tej pory, Ma­jo­wie nie na­zy­wa­li go już tylko No­szą­cym Hełm ale i Ala­ba­stro­wym Okiem. Od­dzia­ły Odyna wy­pra­wi­ły się na wschód, na wyspę Cuzamil, na pół­noc do Chichén Itzá, na za­chód do Joy Chân i przede wszyst­kim na po­łu­dnie, gdzie wzię­to odwet na po­tęż­nym Tikal. Lę­ka­no się i mó­wio­no, że Ala­ba­stro­we Oko na szczy­cie pa­ła­co­wej wieży Uxte’tuun nigdy nie za­sy­pia. Nie­zwy­cię­żo­ny Odyn rzu­cał nie­przy­ja­ciół na ko­la­na, zaś wier­nym słu­gom roz­da­wał złote pier­ście­nie.

Za naj­wier­niej­szych z wier­nych uzna­wał za­wsze po­tom­ków K’an Aka. Choć Kaan dalej miało kró­lów, to ka­pła­ni dba­ją­cy o za­spo­ka­ja­nie bo­skich pra­gnień mieli naj­więk­szy wpływ na rządy w pań­stwie. Czu­wa­li rów­nież nad ka­len­da­rzem i to oni wy­zna­czy­li dzień na świę­to­wa­nie ju­bi­le­uszu Hjalm­be­rie­go.

W tam­ten dzień na cen­tral­nym placu mia­sta zgro­ma­dził się wie­lo­ty­sięcz­ny tłum. Po­sel­stwa w od­święt­nych stro­jach nad­cią­gnę­ły z po­bli­skich i od­le­głych osie­dli, by zło­żyć hołd kró­lo­wi Ak­ba­lo­wi Czwar­te­mu i bo­skie­mu, Ala­ba­stro­we­mu Oku. Kosze pełne naj­lep­szej ku­ku­ry­dzy, piór kwe­za­li, zia­ren ka­ka­ow­ca i pęcz­ków pa­pry­czek chili, wszyst­kie skła­da­li w po­ko­rze u stóp Odyna. Na końcu pro­ce­sji nad­szedł sa­mot­ny sta­rzec w ba­weł­nia­nej tu­ni­ce, sza­man z gór na po­łu­dniu. Mó­wio­no póź­niej, że na­le­żał do ludu Kʼicheʼ, lecz tylko Krze­mien­ne Niebo znał jego praw­dzi­wą hi­sto­rię.

Krze­mien­ne Niebo, był wnu­kiem K’an Aka i bar­dzo go przy­po­mi­nał. To on kie­ro­wał całą ce­re­mo­nią. Gdy sta­rzec z po­łu­dnia zbli­żył się do Odyna, dum­nie wspar­te­go na drzew­cu włócz­ni, za­wo­łał gło­sem do­no­śnym, tak, że sły­sza­ło go wiele ty­się­cy wę­żo­wych Majów.

– Wiemy, że je­steś po­tęż­nym bo­giem, o Hjalm­be­ri. W końcu otrzy­masz dar, ja­kie­go je­steś go­dzien! Przed­tem jed­nak, po­zwól swemu słu­dze, pod­dać cię pro­stej pró­bie. Czyś zdol­ny boską wolą roz­trza­skać ten mały pier­ścień?

Odyn mruk­nął gniew­nie. Nie lubił, gdy śmier­tel­ni­cy pod­da­wa­li go pró­bom. Po­sta­no­wił jed­nak udo­wod­nić star­co­wi, dla­cze­go próby prze­chy­trze­nia naj­mę­dr­sze­go z As­gard­czy­ków nigdy nie koń­czy­ły się dla ludzi do­brze. Ma­jo­wie nie znali wielu me­ta­li, lecz on znał je ze Sta­re­go Świa­ta. Sku­pił wolę i wy­obra­ził sobie, jak nisz­czy że­la­zny pier­ścień. Lecz nic się nie wy­da­rzy­ło. Pier­ścień z cyny? Pier­ścień z oło­wiu??? Czym był ten metal?!

– Nie po­tra­fi! – krzyk­nął sta­rzec.

– Jak śmiesz! – krzyk­nął Odyn. – Uka­rzę cię za twoją pychę!

 Wy­cią­gnął dłoń, by na­kre­ślić w po­wie­trzu jedną ze swych run, ale wtedy sza­man krzyk­nął:

– Nie zdo­łasz mnie po­wstrzy­mać, Ody­nie!

Na mo­ment prze­ra­ził się, skąd przy­bysz zna jego imię, ale wnet uznał, że naj­waż­niej­sze, to po­skro­mić in­tru­za, a potem do­cie­kać praw­dy. Pa­trzy­ło na niego całe kró­le­stwo, cały jego Nowy Świat. Ci­snął włócz­nią, która miała nigdy nie chy­biać, wszak wy­ku­ły ją kra­sno­lu­dy zna­ją­ce każdą ta­jem­ni­cę ko­wal­stwa.

Ale to nie była ta włócz­nia.

Mi­nę­ła sza­ma­na o kilka stóp i z gło­śnym zgrzy­tem od­bi­ła się od ka­mien­nej po­sadz­ki. Wtedy sta­rzec wy­cią­gnął spod tu­ni­ki ba­zal­to­wy tłuk i ala­ba­stro­we oko, takie samo, jak Ody­no­we. Bóg nie zdą­żył po­wstrzy­mać prze­no­śnej magii – sta­rzec jed­nym ru­chem roz­trza­skał oby­dwa. Siła ciosu osu­nę­ła Naj­wyż­sze­go na ko­la­na.

– Nie po­tra­fisz! – za­krzyk­nął chór gło­sów wokół Odyna.

Jego za­ufa­ny Krze­mien­ne Niebo za­krzyk­nął naj­gło­śniej:

– To nie praw­dzi­wy Hjalm­be­ri! Nie prze­szedł próby star­ca! To oszust, który się pod niego pod­szy­wa. – Zgro­ma­dze­nie ogar­nę­ła wrza­wa. Bóg ani się spo­strzegł, a ra­mio­na skrę­po­wa­no mu cia­snym łań­cu­chem z me­ta­lu, który nie miał nazwy.

Krze­mien­ne Niebo szep­nął do bo­że­go ucha:

– By­li­by­śmy na­ro­dem głup­ców, bu­du­jąc naszą po­tę­gę na mocy, nad którą nie pa­nu­je­my. Nie je­ste­śmy z tobą jed­ne­go ducha. – A potem zsu­nął z palca Odyna złoty pier­ścień.

Ka­pła­ni, któ­rzy py­ta­li o zna­cze­nie run… Ru­nicz­ny po­emat, w któ­rym za­warł swoje imię… Nie­wia­sty, które go szpie­go­wa­ły… Oko z ala­ba­stru. Wy­kra­dli włócz­nię, a teraz pier­ścień. Po­tra­fi­li ob­ra­biać metal?

– Zdra­da – wy­ce­dził Odyn, od­pro­wa­dza­ny przez stra­że.

Krze­mien­ne Niebo nie od­po­wie­dział. Ze smut­kiem przy­glą­dał się roz­stę­pu­ją­cym się tłu­mom.

– Bra­cie, dla­cze­go nie zgła­dzi­li­śmy Hjalm­be­rie­go? I czy w ogóle zdo­ła­li­by­śmy? – za­py­tał młod­szy ka­płan, który stał tuż obok.

– Wiemy, że jego ciało przy­po­mi­na­ło ciało czło­wie­ka, co jed­nak z duszą? Co jeśli wy­swo­bo­dzo­na z oków kości, po­wró­ci­ła­by do Kaan, by ze­mścić się na nas i na­szych po­tom­kach?

– A jeśli jed­nak umrze?

– Niech to się sta­nie po tym, jak sami umrze­my.

 

V – Mą­drość zdo­by­ta na drze­wie

 

Po­dró­żo­wa­li wiele dni w pa­lą­cym słoń­cu, ku su­che­mu morzu mek­sy­kań­skiej pu­sty­ni. Odyn za­chę­cił ich kie­dyś do bu­do­wy wozów, choć opie­ra­li się, prze­ko­nu­jąc, że w porze tro­pi­kal­nych desz­czy drogi i tak nie by­ły­by prze­jezd­ne. Tam­te­go dnia, dzię­ki swo­jej nie­ustę­pli­wo­ści, za­miast iść ku swej zgu­bie, je­chał. Eskor­tu­ją­cy go wo­jow­ni­cy sa­pa­li ze zmę­cze­nia i na­rze­ka­li na każ­dym po­sto­ju, ale żaden nie ośmie­lił się sprze­ci­wić woli Krze­mien­ne­go Nieba, który po­skro­mił bia­łe­go boga. Słu­dzy cią­gną­cy wóz z Ody­nem nie mieli nawet dość siły, by na­rze­kać.

Gdy za­wę­dro­wa­li w miej­sce, gdzie sku­pi­sko wy­so­kich, zdrew­nia­łych opun­cji wtu­la­ło się w zbo­cza ska­li­stych gór, ścią­gnę­li Naj­wyż­sze­go z wozu i przy­wie­dli do jed­ne­go z kak­tu­sów. Odyn syk­nął z bólu, gdy kolce wbiły mu się w skórę. Przy­wią­za­li go do pnia łań­cu­chem z gwiezd­ne­go me­ta­lu, a potem krót­ki­mi oszcze­pa­mi przy­bi­li doń jego koń­czy­ny. 

– Znowu drze­wo świa­ta – mruk­nął Odyn – choć tym razem nie je­sion.

– Drze­wo świa­ta, to Yaaxché – od­parł, bez wro­go­ści w gło­sie, do­wód­ca eskor­ty, który wła­śnie wbi­jał mu ko­lej­ny grot w po­tęż­ne przed­ra­mię.

– Ro­zu­miem – przy­tak­nął bóg, tłu­miąc jęk. – A jak zwą cie­bie, przy­ja­cie­lu?

– Je­stem Wę­dru­ją­cy Nocą.

– Mogę mieć ostat­nie ży­cze­nie, Wę­dru­ją­cy Nocą?

– Ży­cze­nie?

– Za­mie­nisz się ze mną?

Wo­jow­nik uśmiech­nął się krzy­wo.

– Zo­stać prze­bi­tym i każ­de­go dnia oglą­dać te same góry i kak­tu­sy, to nic przy­jem­ne­go. Coś o tym wiem.

Odyn po­ki­wał głową. Wę­dro­wa­li przez pełen cykl księ­ży­co­wy i każ­dej chwi­li dumał nad tym, że w Uxte’Tuun utra­cił moc, bo Ma­jo­wie prze­sta­li w niego wie­rzyć. Do­pie­ro po­śród opun­cji zro­zu­miał, że tylko jedno zwąt­pie­nie na­praw­dę miało sens. Że zwąt­pił on sam. Na Je­sio­nie Świa­ta żądza mą­dro­ści po­zwo­li­ła mu prze­zwy­cię­żyć ból i śmierć. Wie­rzył w sie­bie. Po­sta­no­wił uwie­rzyć raz jesz­cze. Umrzeć i wy­swo­bo­dzić się.

 

Epi­log

Pier­ścień za­gi­nął. Włócz­nia się zła­ma­ła. Wody wy­schły. Ku­ku­ry­dza nie wze­szła. I słoń­ce za­szło nad bia­ło­sza­ry­mi stop­nia­mi wiel­kich pi­ra­mid Ca­lak­mul, gdzie ongiś roz­cią­gał się kraj Kaan. Morze gę­stwi­ny opły­wa­ją­cej kru­sze­ją­ce ka­mie­nie szu­mia­ło od­gło­sa­mi zmierz­chu. Na jed­nym z nich przy­sia­dła mo­drow­ron­ka ju­ka­tań­ska, pięk­no­skrzy­dła ch’el.

Nie była myślą. Ani pa­mię­cią.

Koniec

Komentarze

Porządne opowiadanie, napisane w bardzo obrazowy sposób, do tego bezbłędnie, jak na moje oko (może poza półpauzą na początku). Fabuła sprawnie łączy dwa zupełnie różne światy, początkowo może troszkę rozwleczona, ale twist w pełni to usprawiedliwia – i rzeczywiście jest nieoczekiwany. Motywacje Odyna jak dla mnie wiarygodne. Trochę mniej wiarygodny sposób jego pokonania, tym bardziej, że na wstępie widzimy jego walkę z ogromnym wężem. Skąd Majowie posiadali wiedzę, jak unieszkodliwić bogów? Poza tym małym mankamentem podobało mi się. 

To, co bym zmienił, to nadał akcji więcej dynamizmu, szczególnie w scenie z wężem. Do tego parę razy miałem wrażenie, że opis jest aż nazbyt zerojedynkowy, jakbyś chciał prowadzić czytelnika za rączkę. Historia Ameryki prekolumbinskiej to nie moja bajka, więc nie wiem, czy pojęcia pojawiające się w tekście są Twoje, czy to research, ale czasem nie trzeba wszystkiego tłumaczyć – chociaż trudno przy tak egzotycznym temacie zachować balans, by czytelnik się nie pogubił. Nie wszystko też trzeba nazywać. Określenia takie jak Jukatan, czy Majowie (choć może nie mam tu racji, bo są zaadaptowane z ich języka) skutecznie wybijały mnie z immersji. Nie wspomnę już nawet o modrowronce jukatanskiej. :) 

Dopracowanie tych elementów w moim odczuciu uczyniłoby z dobrego tekstu bardzo dobry. 

W każdym razie klik się należy. 

 

Pozdrawiam

Dzięki za lekturę i klika.

Nie będę się spierał – w pewnym momencie research na pewno zaczął brać górę nad rozsądkiem i wszystkim innym, mam taką przypadłość :>. Byłoby znacznie gorzej pod tym względem, gdyby nie Werwena!

Za to przypomniałeś mi o jednym zdaniu, które powinno się znaleźć w tekście, a z jakiegoś powodu nie znalazło, więc chwała Ci za to i zaraz je dopiszę, żeby zdążyć przed północą :).

 

/ed. teraz drugi ukłon w stronę Van Hamme’a staje się jaśniejszy.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ja niestety przedzierałem się przez ten tekst, jak przez akademicki podręcznik do historii. Przykro mi, ale bogactwo treści nie zrekompensowało mi ciężkości stylu i braku fabuły. Ale doceniam.

Dzięki za odwiedziny. Podręczniki są różne – gorzej i lepiej napisane. Osobiście lubię historię i autor musi naprawdę mocno dać ciała, żeby zrazić mnie do lektury. Ale doceniam, że doceniasz ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Klimatyczne. Lubię takie opowieści. Plastyczne, dynamiczne sceny. Styl przyciężkawy, co pasuje do przedstawianej historii. Pokonała mnie tylko jedna metafora, ta o morzu-pustyni. Ogólnie jestem już przesycona mitologią wikingów, ale kultury prekolumbijskie kocham szczerze, więc stworzył się tu taki ładny balans.

No i chciałabym mieć podręczniki pisane takim językiem na studiach, bo z tego co pamiętam z dawnych lat na historii, to było znacznie gorzej ;)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mam wrażenie, że zakończyłem research lubiąc starożytnych Majów odrobinę mniej, niż gdy go zaczynałem :). Co nie zmienia faktu, że niszczenie książek jest po prostu złem, a to im właśnie zrobiono.

Z tego powodu we wszystkich publikacjach na ich temat ciągle jest mnóstwo przypuszczeń i gdybań (choć i tak pewne rzeczy udało się archeologom uporządkować w ciągu ostatnich dekad).

 

Suche morze może i cliché ;). Dziękuję za klika!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Opowiadanie bardzo przypomina zbiory mitów starszej daty, takie z pożółkłymi kartkami i zapachem kurzu i historii na każdej ze stron. Jest zatem parę momentów poetycko-hamulcowych, ale jeśli zatrzymać się nad nimi i podumać bardzo przemawiają do wyobraźni. Niby w dzisiejszych czasach trudno skupić się na chwilę dłużej, zwłaszcza jeśli czyta się na telefonie lub komputerze, ale niektóre teksty aż chce się skończyć, żeby połknąć ten lore w całości. Brawo za ożywienie klasyki gatunku! I klik!smiley  

Dziękuję, Oidrin, miło przeczytać taki komentarz.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dziękuję.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cześć, Nevazie :)

Pierwszym określeniem, które przyszło mi na myśl po lekturze Twojego opowiadania, było: ładne.

Ładnie namalowany obraz, miejscami ciężki i patetyczny, jednak bardzo spójny. Tak, jak wspomniał ktoś wyżej, przywodzi na myśl stare mitologie. Stworzyłeś dobrą całość. Nie wiem, czy książka napisana podobnym stylem przypadłaby mi do gustu, jednak przy opowiadaniu jestem zdecydowanie na tak.

Widać, że cenisz porządny, szczegółowy risercz. ;) Może to niektórych odstraszyć, a innych zachęcić. Ryzykowna sprawa, jednak w moim odczuciu wyszło na plus. :)

Zgłaszam do biblioteki, należy Ci się. ;)

 

Dziękuję, cieszę się, że wywołało przyjemne odczucia. Dobrze rozumiem komentarz o stylu, który można “przetrawić” przy krótszej formie, a przy dłuższej niekoniecznie, jako odbiorca miewałem tak z opowiadaniami całkiem często :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zręcznie połączyłeś Odyna z Majami, a że swego czasu troszkę się nimi interesowałam, czytałam z zaciekawieniem. Początkowo bardzo spodobały mi się plastyczne opisy. Krótko, lecz zwięźle nakreślałeś świat. Trochę gubiłam się w tym gdzie i kto, ale nie dziwi mnie to. Odmienna kultura, a ty chciałeś przekazać jak najwięcej. Widać, że zgłębiłeś temat, a dzięki temu oddałeś klimat. Próbowałam dociec na ile opierałeś się na prawdziwych wydarzeniach, a na ile wymyśliłeś fabułę, lecz nie znalazłam zbyt wielu informacji.

W pewnym momencie zbyt długi opis losów Odyna zaczął mnie nużyć i zastanawiałam się dokąd to zmierza, lecz przez to końcówka tym bardziej mnie zaskoczyła (na plus oczywiściesmiley ). Klikam.

 

Mam wrażenie, że zakończyłem research lubiąc starożytnych Majów odrobinę mniej, niż gdy go zaczynałem :)

Miałam tak samo z moimi Chinami smiley.

 

 

Dzięki za lekturę Monique.M. Fabuła jest luźno powiązana z prawdziwymi wydarzeniami, przede wszystkim w kontekście rozciągniętych w czasie zmagań między miastami Tikal a Calakmul (Calakmul to współczesna nazwa).

Tematu z pewnością nie zgłębiłem, ale kolejny raz nabrałem szacunku dla twórców, którzy pisząc, zadają sobie wcześniej trud zapoznania się z tym, o czym chcą pisać. To często trudniejsze, niż się wydaje : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

A zgadzam się. Długie godziny szukania, czasem nawet jakiś szczegółów, które nie mają większego znaczenia dla fabuły, ale żeby pasowały do epoki.

Nowa Fantastyka