- Opowiadanie: Outta Sewer - Naga osobliwość

Naga osobliwość

Mam małe do­świad­cze­nie w pi­sa­niu, stwier­dzi­łem więc, że muszę spró­bo­wać gdzieś łapać ja­kieś szli­fy. Uzna­łem, że na­pi­sa­nie cze­goś na na­rzu­co­ny temat bę­dzie cie­ka­wą nauką, dla­te­go wy­bra­łem temat kon­kur­su Gra­ni­ce Nie­skoń­czo­no­ści. Świa­dom swo­ich bra­ków, po­kor­nie skła­niam głowę, w ocze­ki­wa­niu na mon­ty­py­tho­now­ski łup w łeb.

Wrzucam, bo nikt nie chciał betować :(

I moje pytanie, a propos betowania na portalu. Czy w złym tonie jest zaczepiać i prosić o betowanie osoby, których się w zasadzie nie zna, bo jest się tutaj nowym? Tak pytam, bo nie wiem jak dokładnie działa ten mechanizm.

 

Opo­wia­da­nie uczest­ni­czy w kon­kur­sie „Gra­ni­ce Nie­skoń­czo­no­ści”.

Jeśli po­do­ba Ci się ta ini­cja­ty­wa, roz­waż da­ro­wi­znę na Fun­da­cję Wspie­ra­nia Ra­tow­nic­twa RK: https://fb.com/FundacjaRK/about/ (dane na dole stro­ny).

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Naga osobliwość

Pa­mię­tam jak dziś.

Opa­da­łem, ską­pa­ny od­bi­tym bla­skiem so­czew­ki gra­wi­ta­cyj­nej, w er­gos­fe­rze ota­cza­ją­cej Sy­bil­lę. Wy­pusz­czo­ne przede mną, ma­ją­ce do­star­czyć wstęp­ne dane, mi­kro­son­dy zbli­ża­ły się do ISCO – jak gońcy anon­su­ją­cy monarchini moje ry­chłe przy­by­cie. Pa­mię­tam przy­ja­ciół, że­gna­ją­cych mnie sło­wa­mi „Po­wo­dze­nia!” i „Trzy­ma­my kciu­ki!”, zanim jeden z nich wdu­sił, ge­stem ko­ja­rzą­cym się z do­ga­sza­niem nie­do­pał­ka, przy­cisk star­tu. Dziw­ne, ale chyba po­my­śla­łem wtedy o ostat­nim pa­pie­ro­sie ja­kie­go pro­po­no­wa­no cza­sem ska­zań­com.

 

„Bon Voy­age, sir”.

„Ko­cha­my Cię, Stephen! Nie za­po­mnij wy­słać pocz­tów­ki”.

 

Sze­ro­ki dysk akre­cyj­ny dra­pał ocie­ra­ją­cy­mi się o pan­cerz, pró­bu­ją­cy­mi ze­trzeć mnie na proch, ma­sa­mi roz­pę­dzo­nej ma­te­rii. Ota­cza­ją­ce cia­sno czą­stecz­ki, jak psz­czo­ły ro­ją­ce się wokół szer­sze­nia, pró­bo­wa­ły ugo­to­wać mnie żarem trze­po­cą­cych skrzy­de­łek ener­gii. Lecz zbro­ja, w którą odziany zo­sta­łem na tę wy­pra­wę niczym Sir Lancelot, wy­pro­du­ko­wa­na z naj­no­wo­cze­śniej­sze­go kom­po­zy­tu, da­wała mi ochro­nę, ja­kiej po­trze­bo­wa­łem, by bez­piecz­nie do­trzeć do mojej pani.

Czas za­czął dla mnie zwal­niać pod­czas gdy, dla po­zo­sta­ją­cych na stat­ku to­wa­rzy­szy przy­spie­szył. Wi­dzia­łem nasz majestatyczny po­jazd na tle gwiazd. Wi­siał tam, w prze­strze­ni nade mną, je­dy­nie przez moment. Krót­ką chwi­lę dla mnie, a całe lata dla znaj­du­ją­cych się na nim ludzi. Póź­niej od­le­ciał. Przy­był ko­lej­ny, który po cza­sie także za­wró­cił. I jesz­cze jeden, a po nim na­stęp­ny. To było jak trwa­ją­cy stu­le­cie niemy film od­two­rzo­ny w ogrom­nym przy­spie­sze­niu. Oglą­da­łem to z wnę­trza ob­ra­zu, w któ­rym tkwi­łem dla oglą­da­ją­cych. Byłem Do­ria­nem Gray­em, któ­re­go por­tret po­wo­li blak­nął dla oczu ob­ser­wa­to­rów, coraz bar­dziej ubogi w fo­to­ny wy­pro­mie­nio­wa­ne  w mizernej ilo­ści dla asymp­to­tycz­nie nie­skoń­czo­ne­go czasu spa­da­nia, ob­ser­wo­wal­ne­go z ze­wnątrz.  Ale ja nadal byłem młody i pełen ener­gii, kiedy spie­szy­łem obej­rzeć fa­scy­nu­ją­cy wy­stęp Sybil –  fi­li­gra­no­wej w skali wszech­świa­ta, wy­so­ce nie­sta­bil­nej, czar­nej dziu­ry o masie trzech słońc.

Do­tar­łem do atramentowej po­wierzch­ni ho­ry­zon­tu zda­rzeń i przez mo­ment, trwa­ją­cy jed­nost­kę dłu­go­ści czasu Planc­ka, tylko byłem. Bez bu­cze­nia apa­ra­tu­ry, bez ci­che­go szumu sys­te­mów, nie nie­po­ko­jo­ny przez en­tro­pię, nie na­ga­by­wa­ny przez czas; po pro­stu byłem.  

Potem prze­nik­ną­łem przez bez­cza­so­wy woal broniący cie­kaw­skim zmy­słom urządzeń uj­rzeć splen­dor na­gie­go ciała pięk­no­ści, która się nim okry­ła. Po­ja­wi­łem się w prze­strze­ni poza po­strze­ga­niem; w miej­scu opi­sa­nym wy­łącz­nie hi­po­te­tycz­nie; w kra­inie dla któ­rej mia­łem być pierw­szym kar­to­gra­fem.

Zna­la­złem się w ob­sza­rze o względ­nie ni­skiej gra­wi­ta­cji, lecz nie to mnie zaj­mo­wa­ło. Po­ni­żej, za­miast kształ­tu sku­lo­nej w cen­trum kró­lo­wej ot­chła­ni, zo­ba­czy­łem ko­lej­ny łuk nieskazitelnie gład­kiej, czar­nej sfery. Ho­ry­zont zda­rzeń we­wnątrz ho­ry­zon­tu zda­rzeń. Ano­ma­lia.

Mnie zaś ota­cza­ły ruch i ener­gia. Fale sto­ją­ce fo­to­nów wszę­dzie wokół uno­si­ły się i opa­da­ły po­wol­ną am­pli­tu­dą, roz­pię­te nie­zna­ny­mi si­ła­mi od ze­wnętrz­ne­go ho­ry­zon­tu po we­wnętrz­ny. Po­mię­dzy nimi ha­dro­ny tań­czy­ły trój­ko­wy­mi ukła­da­mi kwar­ków,  sze­ro­ki­mi stru­mie­nia­mi pę­dzi­ły elek­tro­ny, glu­ony mru­ga­ły ko­lo­ra­mi i an­ty­ko­lo­ra­mi a znajome pro­mie­nio­wa­nie Haw­kin­ga gnało mi na­prze­ciw.

Wy­cią­gną­łem ramię uzbro­jo­ne w lancę próbnika, by za­czerp­nąć miąż­szu z tej po­śred­niej war­stwy, którą oto­czo­na była pest­ka ko­smicz­ne­go owocu oso­bli­wo­ści. Apa­ra­tu­ra po­kła­do­we­go la­bo­ra­to­rium łap­czy­wie po­chwy­ci­ła do­star­czo­ny po­da­rek, go­to­wa od­kryć wszyst­kie se­kre­ty tej cza­so­prze­strze­ni; odrzeć z ta­jem­nic do­me­nę po­mię­dzy ho­ry­zon­ta­mi.

Upew­nia­jąc się, że nie ma ku temu przeciwwskazań, za­mkną­łem ko­lek­to­ry gra­fe­no­we zasysające fale świa­tła z za­kre­su pasma wi­dzial­ne­go i prze­sta­łem sta­wiać opór, dając się ścią­gnąć w umow­ny dół. Skoro Sy­bil­la, ko­smicz­na ma­triosz­ka, pod wierzch­nim okry­ciem otu­lo­na była w jesz­cze jeden strój, zde­cy­do­wa­łem, że i on nie bę­dzie dla mnie prze­szko­dą, aby uj­rzeć ją samą. W całej swej oka­za­ło­ści. Nagą.

Gdy do­tar­łem do dru­giej bańki mroku i prze­bi­łem jej krzy­wi­znę, wresz­cie dane mi zo­sta­ło uj­rzeć obiekt moich tę­sk­not. Byłem w sta­rym te­atrze, a ona była tam, na samym środ­ku pro­sce­nium –  głów­na ak­tor­ka wi­ru­ją­ca sza­lo­nym tań­cem, oto­czo­na dziw­ną pust­ką rzad­ko po­prze­ci­na­ną szcząt­ko­wy­mi stru­mie­nia­mi czą­stek. Wy­glą­da­ło, jakby to ho­ry­zon­ty, dzia­ła­jąc nie­od­kry­ty­mi dotąd me­cha­ni­zma­mi, zagarniały po­mię­dzy swoje mem­bra­ny nie­mal­że wszyst­ko z er­go­ob­sza­ru, po­zwa­la­jąc pły­nąć dalej, ku sce­nie i jej ku­li­som, je­dy­nie nie­licz­nej wchło­nię­tej ma­te­rii.

Spoj­rza­łem w źre­ni­cę wiecz­no­ści, a ona od­wza­jem­ni­ła spoj­rze­nie za­chę­ca­jąc, abym się zbli­żył. Który dżentelmen nie odpowiedziałby na wezwanie damy swego serca? Drża­łem, szy­bu­jąc przez ni­cość ku roz­po­star­tym łukom jej ra­mio­nom, lecz zbli­ża­łem się nie­skoń­cze­nie po­wo­li. Za­po­mnia­łem o cza­sie – albo to on za­po­mniał o mnie – i cie­szy­łem się wie­ku­istym wi­do­kiem tej nie­prze­mi­jal­nej do­sko­na­ło­ści. Chcia­łem tak trwać.

Lecz naj­now­sze, dotąd hi­po­te­tycz­ne, mo­de­le teo­rii kwan­to­wej gra­wi­ta­cji pę­tlo­wej rozprawiły się brutalnie z mymi pragnieniami, siekąc je na kawałki ostrzami słuszności swoich założeń. Gdy bliź­nia­cze powierzchnie ho­ry­zon­tów ze­tknę­ły się, szaty opa­dły i, w jed­nej chwi­li, osobliwość sta­nę­ła ob­na­żo­na przed ocza­mi ca­łe­go wszech­świa­ta. Byłem mi­mo­wol­nym świad­kiem tej potwornej nie­go­dzi­wo­ści o astro­no­micz­nej skali. Bo­gi­ni za­chły­snę­ła się obu­rze­niem, czas ru­szył, a sza­lo­ny ka­lej­do­skop uwię­zio­ny do tej chwili po­mię­dzy nie­ist­nie­ją­cy­mi już po­wło­ka­mi, runął ku niej z każ­dej stro­ny. Roz­pę­dzo­na la­wi­na czą­stek ele­men­tar­nych do­go­ni­ła mnie i ude­rzy­ła, mocą swej masy i prędkości ­p­cha­jąc do wewnątrz, do mej wybranki.

Sy­billa była naga, a ja nie chcia­łem by inni oglą­da­li ją taką. Była moja. Była ak­sjo­ma­tycz­ną per­fek­cją nie pod­da­wa­ną żadnym osą­dom; nie ba­da­ną kry­tycz­nie niczyim wzrokiem; nie oce­nia­ną ar­bi­tral­ny­mi wy­ro­ka­mi, któ­rych pod­sta­wą było obce, su­biek­tyw­ne po­czu­cie piękna.

Tak bar­dzo chcia­łem ją po­cie­szyć w upo­ko­rze­niu.

Za­nu­rzyć w jej mięk­kim mroku.

Uto­nąć we wnę­trzu.

Złą­czyć się.

Za­tra­cić.

 

Za­zdro­sny Cau­chy mi na to nie po­zwo­lił.

 

A teraz je­stem tutaj. Po­rzu­co­ny w innym wszech­świe­cie, w innym cza­sie, roz­bi­ty na nie­bie­skiej, mar­twej po­wierzch­ni ci­chej pla­ne­ty. Ze­szklo­ne zbocza głębokiej niecki, wybitej uderzeniem mego upadku, pod­su­wają mi widok pa­no­ra­micz­ne­go ob­ra­zu żałośnie brzydkiej, po­gnie­cio­nej i poskręcanej sko­ru­py – nie­do­pa­łek tlący się w lu­strza­nej po­piel­nicz­ce. Au­to­por­tret na­ma­lo­wa­ny pędz­lem nie­wy­obra­żal­ne­go żaru.

Roz­dar­ty pan­cerz od­sła­nia, cudem oca­la­łą, jed­nost­kę cen­tral­ną, za­wie­ra­ją­cą rdzeń mojej świa­do­mo­ści. Wysyłam w przestrzeń pocztówki pełne danych. Bez adresu zwrotnego. Nie wiem gdzie je­stem i gdzie jest moja uko­cha­na.

Je­stem teraz jak ona: samotny, nagi i od­sło­nię­ty.

 

S.I.R S.H.A.D.E

Singularity Inner Research. “Ste­phen Haw­king” – Autonomic Deep Explorer

 

Jedyny odcień, niepasujący tutaj.

 

Naga oso­bli­wość.

Koniec

Komentarze

Cześć Outta Sewer,

Wrzucam, bo nikt nie chciał betować :(

I moje pytanie, a propos betowania na portalu. Czy w złym tonie jest zaczepiać i prosić o betowanie osoby, których się w zasadzie nie zna, bo jest się tutaj nowym? Tak pytam, bo nie wiem jak dokładnie działa ten mechanizm.

Podejrzewam, że to przez braki kadrowe – aktualnie jest dużo konkursów i pewnie to jest aspekt dominujący, dlaczego nikt nie wziął. Ponadto problemem portalu jest, że dużo osób chce cokolwiek wrzucać i chce, by ich opowiadania były komentowane, ale żeby poświęcać czas na betowanie/komentowanie innych to to grono jest mniejsze i widzę te same nicki w moim odczuciu.

 

Nie jest, można pytać i raczej nikt Cię za to nie zje. Ale coś co znacząco zwiększa Twoje szanse to rozpoznawalność przez aktywność. Pisząc komentarze tu i tam, wystawiając opinie i betując teksty innych stajesz się mniej lub bardziej znany, robisz siatkę znajomych i nie jesteś tutaj z przypadku. To wszystko zwiększa szanse na to, że ktoś, nawet nieznajomy, weźmie Twój tekst.

 

Betować tekstów innych użytkowników się nie odważę, bo brak mi kwalifikacji. Komentować się staram tylko te rzeczy, które przeczytam i uważam, że mam pod nimi coś konkretnego do napisania. Ale jestem tutaj od kilku zaledwie dni, więc wiele nie przeczytałem.

Dziękuję za odpowiedź Sagitt.

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Betować tekstów innych użytkowników się nie odważę, bo brak mi kwalifikacji. Komentować się staram tylko te rzeczy, które przeczytam i uważam, że mam pod nimi coś konkretnego do napisania. 

Betowanie to nie tylko przecinki i technikalia. Ludzie, którzy mają bardzo dobry warsztat też betują swoje teksty ze względu na różne elementy. Betowanie to szeroki przekrój działań. Można dostrzegać i wypunktowywać błędy w fabule, niespójności (np. historyczne), brak logiki scen np. batalistycznych, brak uzasadnienia dla niektórych elementów, rozwlekane opisy narratora, przesyt podawanych, nieistotnych informacji, odbiór postaci, ciągi przyczynowo-skutkowe, czy to wszystko zgrywa się do kupy, czy postacie nie są wszechwiedzące i gdzie się nie pojawią, to robią wszystko bez problemu. Od groma tego, przykłady można tylko mnożyć.

Bo co po doskonałym technicznie tekście jak nie ma w nim logiki, a postacie są niedopracowane i płytkie? Każdy subiektywny odbiór betującego jest cenny dla autora, daje mu do myślenia. Sam nie uważam bym betował idealnie, ale nikt ideału ode mnie nie wymaga, a z każdym tekstem czegoś się uczę, na plus dla innych w przyszłości i dla siebie.

Ale jestem tutaj od kilku zaledwie dni, więc wiele nie przeczytałem.

To czasem trzeba uzbroić się niestety w cierpliwość. Powodzenia i pozdrawiam

Hej Outta Sewer:)

W komentarzu podałeś mi tytuł swojego opowiadania i oto jestem. Teraz rozumiem, co miałeś na myśli, pisząc, że poruszasz skomplikowane koncepty– tekst jest przesiąknięty fizyką, przykładasz dużą wagę do opisów, które są jednocześnie bardzo poetyckie. Podejrzewam, że jesteś fanem twórczości Dukaja;) Nie jest dla mnie do końca zrozumiała, czemu Stephen Hawking (jeśli dobrze zrozumiałam…) jest głównym bohaterem. Czyta się fajnie mimo, że jest dość wymagające :)

Hej :)

Dzięki że wpadłaś :)

Co do poetyckości, to mam spore wątpliwości, jako że pisania prozy uczę się od jakiegoś miesiąca. Sporo rzeczy przeczytałem, ale w pisaniu stawiam pierwsze kroki i szukam jakiegoś stylu, w którym będę czuł się dobrze i swobodnie.

Co do Dukaja – serio, wywnioskowałaś to po tym szorcie? Jestem pełen podziwu, ponieważ uważam Dukaja za najlepszego, współczesnego, polskiego pisarza zajmującego się szeroko pojmowaną fantastyką.

 

Właśnie z tym Hawkingiem mam problem, bo tutaj chodzi o to że sonda kosmiczna, będąca narratorem, tak została ochrzczona na jego cześć. Ten zapis jest chyba mylący, ale nie mam pomysłu jak to zrobić poprawnie, czyli tak aby było to rozumiane jako:

Badania Wewnętrzne Osobliwości. Autonomiczna Sonda Badawcza – Stephen Hawking

Hmm, poprawię to jednak. Może będzie bardziej zrozumiałe.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hmmm, chyba nie powinno mi się podobać to opowiadanie. Mam wrażenie, że adresowane jest głównie do mężczyzn. ;) Ale podoba się. Napisane ładnie technicznie, z ciekawymi metaforami, grą skojarzeniami i dwuznacznością. Niby opowieść o sondzie badającej kosmos, ale z odwołaniami do erotyki. Interesujący eksperyment, IMO udane opowiadanie. Ode mnie klik.

P.S. Ja też sądziłam na początku, że chodzi o Hawkinga, dopiero później wyjaśniło się w treści, że to sonda.

Podobała misię Twoja opowieść i granice! Bohater dotarł do miejsca tak niezwykłego, którego piękna nie sposób sobie nawet wyobrazić. Zazdroszczę mu tej podróży. Wnętrze opisałeś w poetyczny i przez to zrozumiały sposób.

Dla mnie tekst nie jest hermetyczny, wszystko jasne i wiadomo, kto jest bohaterem. A Cauchy – „wstrętny horyzont”, jeszcze jeden, może nie ma racji, a może ją ma. Któż wie? Nie wiemy, dokąd udał się bohater, czy horyzont jest „bramą” do innych wszechświatów. W sumie byłoby logiczne.

Poza tym cenię Hawkinga.

Wracając do tekstu. 

Miejscami wydawało mi się, że pojawiają się nadmiarowe przecinki, ale kiedy dokładnie przyglądałam się traciłam tę pewność. Nie jestem tu specem, ponadto w określony sposób prowadzisz narrację (składnia) i chociaż jest trudniejsza, to moim zdaniem pasuje.

W jednym miejscu się zatrzymałam próbując rozebrać logicznie i coś mi się nie zgadzało. Zerknij. Chodzi mi o:

Była aksjomatyczną perfekcją, nie poddawaną żadnym osądom; nie badaną krytycznie niczyim wzrokiem; nie ocenianą arbitralnymi wyrokami, których podstawą było obce, subiektywne poczucie piękna.

Uprośćmy: nigdy nie była wystawiona na osąd Innych, którzy kierowali się innymi kryteriami piękna. 

Ne, nie mam racji, jest ok, ponieważ piszesz o jej punkcie widzenia, acz są to myśli bohatera. Chyba zmyliła mnie subiektywność i aksjomat, które natychmiast odniosłam do bohatera. Logicznie jest ok. :-)

 

Gratuluję opowieści i życzę powodzenia w konkursie. :-)

Poskarżę się o klika, aby pomóc Ci uzbierać punkty do dostania się do biblioteki. Potrzebujesz ich pięć.

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jeśli rozważać to opowiadanie jako poetycką wizję podróży poza horyzont zdarzeń, to jest ona całkiem udana. Podobają mi się takie klimaty.

Gdy jednak ktoś próbował by rozwikłać i zrozumieć wszystkie znaczenia, to chyba by poległ, bo wiedzę naukową mieszasz z poetyckimi wizjami nauki, które nic nie znaczą. Ale są ładne.

Ciekawi mnie, który to Cauchy, był taki zazdrosny. Facet tyle naprodukował, że mało kto ogarnia.

I niestety, najgorsze jest, ze nie ogarniam zakończenia.

Ale, jak już wspominałem, wizja przepiękna i przepotężna, bo rozciągająca się od krańcz do krańca wielu fizycznych skal.

PS.

Jak będziesz chciał betę następnego tekstu w takich klimatach, to chętnie się podejmę.

Horyzont Cauchego, Fizyku. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A, nazwali go tak na jego cześć – nie wiedziałem. A ja szukałem w oryginałach. :(

Tak :D, a swoją drogą z tego Francuza to był chyba złośliwiec, bo nie poznał się na pracach innego matematyka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witajcie :)

To po kolei

 

ANDO

Mam wrażenie, że adresowane jest głównie do mężczyzn.

Nie myślałem o tym, prawdę mówiąc. Ale po zastanowieniu, może rzeczywiście. Chociaż SHADE gloryfikuje piękno czarnej dziury, w sposób, w jaki mężczyzna mógłby gloryfikować urodę swojej ukochanej. W jakiś sposób to opowiadanie jest komplementem, skierowanym do kobiet, u którego podstaw leży męska afirmacja płci pięknej.

Dziękuję za odwiedziny i pochlebny komentarz :)

 

 

Asylum

 

Miejscami wydawało mi się, że pojawiają się nadmiarowe przecinki

To jest bardzo możliwe. Mam spore problemy z nieintuicyjną, dla mnie, interpunkcją. 

Uprośćmy: nigdy nie była wystawiona na osąd Innych, którzy kierowali się innymi kryteriami piękna. 

Ne, nie mam racji, jest ok, ponieważ piszesz o jej punkcie widzenia, acz są to myśli bohatera. Chyba zmyliła mnie subiektywność i aksjomat, które natychmiast odniosłam do bohatera. Logicznie jest ok. :-)

 

To zdanie rozbierałem i składałem na powrót chyba ze dwadzieścia razy. Nadal nie mam pewności czy jest toto poprawne. Ale skoro logicznie jest, jak piszesz, w porządku, to chyba nie będę się już nad nim pastwił.

Dziękuję za komentarz i czas poświęcony na przeczytanie opowiadanka.

 

fizyk111

 

Gdy jednak ktoś próbował by rozwikłać i zrozumieć wszystkie znaczenia, to chyba by poległ, bo wiedzę naukową mieszasz z poetyckimi wizjami nauki, które nic nie znaczą. Ale są ładne.

Wiedzę naukową mieszam z poetyckimi wizjami, aby zamaskować braki w tejże. Kiedy pisałem, miałem otwartych ze dwadzieścia kart w przeglądarce, z objaśnieniami różnych zagadnień z zakresu fizyki cząstek elementarnych. Sam z fizyki jestem noga, miałem jednak nadzieję, że nie sprofanuję nazbyt tej pięknej gałęzi nauki jeśli sięgnę po jakieś źródła i postaram się, chociaż częściowo, w miarę moich możliwości intelektualnych, nie nabzdurzyć zanadto. Cieszę się więc podwójnie, że ktoś, kto jest obyty z fizyką (a po Twoim nicku i komentarzu wnioskuję, że jesteś taką osobą) zechciał przeczytać i skomentować mój tekst.

Ciekawi mnie, który to Cauchy, był taki zazdrosny.

Jak wspomniał Asylum, chodzi o Horyzont Cauchy’ego. Jeśli dobrze zrozumiałem to co wyczytałem, to znajduje się on wewnątrz czarnej dziury, a poza nim nie jest możliwe przewidzenie trajektorii lotu jakiejkolwiek materii. Istnieją też hipotezy, że prowadzić on może do innych wymiarów. Jeśli się mylę, proszę o naprostowanie :)

Jak będziesz chciał betę następnego tekstu w takich klimatach, to chętnie się podejmę.

Dziękuję po stokroć, choć w najbliższym czasie nie planuję. Jeśli jednak się podejmę napisania tekstu, w którym postanowię umieścić jakieś fizyczne zagadnienia, na pewno Cię poproszę o opinię :)

 

I niestety, najgorsze jest, ze nie ogarniam zakończenia.

Tutaj chciałem stworzyć taki pomost pomiędzy fizycznym zjawiskiem nagiej osobliwości, a sondą, która jest narratorem. Sonda jest w innym wszechświecie/wymiarze, samotna i nie wie czy w tym wymiarze jest ktoś kto mógłby odebrać pakiety danych. Leży rozbita na dnie krateru, z odsłoniętą jednostką centralną zawierającą jej świadomość. Jest jakby naga. Jest tam obca. A to co jest obcym elementem w poukładanym świecie (w tym przypadku na tej pustej planecie), jest osobliwe. Jest nagą osobliwością.

Słowo “odcień” zostało użyte ze względu na jej nazwę – Stephen Hawking Autonomic Deep Explorer. Autonomic ma w jakiejś mierze usprawiedliwiać jej samoświadomość.

Zaś SIR, Singularity Inner Research, usprawiedliwia wspomniane na początku słowa “Bon Voyage, sir”, odwołanie do Sir Lancelota i wszelkich rycerskich metafor (lanca próbnika, gońcy oznajmiający monarchini rychłe przybycie) oraz dżentelmeńsko kwieciste słowa sondy na temat “damy swego serca”, “ukochanej”, “niegodziwości o astronomicznej skali” itd.

 

Dziękuję więc również Tobie za przeczytanie i skomentowanie :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Opowiadanie wygląda trochę jak dziecko “Bajek robotów” Lema i “Ruchu generała” Dukaja. Widziałem nawet to w propozycjach betowania, ale już po opisie wiedziałem, że betowanie tego kawałka znacznie wykracza poza moje kwalifikacje.

 

I miałem rację. Powiem więcej: poza moje kwalifikacje wykracza też pełne zrozumienie tekstu. Niewątpliwie, napisany jest ładnym językiem, naprawdę ładnym i poetyckim, ale cóż z tego, skoro moja wiedza astronomiczna zaczyna się na słońcu, a kończy na Plutonie :(

 

Innymi słowy: kolejny przypadek ładnego, dobrego opowiadania, którym jednak nie potrafię się cieszyć. 

Witaj Pliszko-Czajko :)

 

poza moje kwalifikacje wykracza też pełne zrozumienie tekstu. Niewątpliwie, napisany jest ładnym językiem, naprawdę ładnym i poetyckim, ale cóż z tego, skoro moja wiedza astronomiczna zaczyna się na słońcu, a kończy na Plutonie :(

Miałem świadomość, że pisząc to opowiadanie, nie trafię w gusta wszystkich, ze względu na mnogość zawartych w nim pojęć z zakresu astronomii i fizyki. Teraz widzę że można je odczytywać tylko na jeden z dwóch sposobów, lub na obydwa naraz, czego wcześniej nie wziąłem pod uwagę. Kolejne opowiadania postaram się uczynić mniej hermetycznymi, pomny Twoich zarzutów.

Dziękuję za miłe słowa oraz przydatny komentarz :)

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Przyznam, że na końcówce trochę się potknęłam, a to dlatego, że początek – te pożegnania, życzenia pomyślności od przyjaciół i skojarzenie z ostatnim papierosem dla skazańca za bardzo przypomina człowieka.

Pozy tym podobało mi się, rozumiałam, co czytam. Fajnie połączyłeś wiedzę z poetyką, myślę, że to połączenie sprawia, że opko jest strawne nawet nawet dla laika. Podoba mi się swoisty hołd dla Hawkinga, jakim jest, IMO, to opko.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz – Dziękuję za miłe słowa i czas poświęcony na przeczytanie opowiadania.

 

Przyznam, że na końcówce trochę się potknęłam, a to dlatego, że początek – te pożegnania, życzenia pomyślności od przyjaciół i skojarzenie z ostatnim papierosem dla skazańca za bardzo przypomina człowieka.

Prawdę mówiąc, taki był zamiar. Początek miał sugerować czytelnikowi że to człowiek jest głównym bohaterem, a dopiero na końcu miało się okazać że to sonda.

Ten, znajdujący się na początku, fragment:

gestem kojarzącym się z dogaszaniem niedopałka, przycisk startu. Dziwne, ale chyba pomyślałem wtedy o ostatnim papierosie, jakiego proponowano czasem skazańcom.

jest częścią klamry, która w warstwie skojarzeniowej spina się z obecnym na końcu, takim fragmentem:

podsuwają mi widok panoramicznego obrazu żałośnie brzydkiej, pogniecionej i poskręcanej skorupy – niedopałek, tlący się w lustrzanej popielniczce.

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Znajduję tu sporo metaforyki, czasem bardzo udanej, jak np. tu:

Dotarłem do doskonale czarnej powierzchni horyzontu zdarzeń i przez moment, trwający jednostkę długości czasu Plancka, tylko byłem. Bez buczenia aparatury, bez cichego szumu systemów, nie niepokojony przez entropię, nie nagabywany przez czas; po prostu byłem.  

czasem “przeholowanej”:

Opadałem, skąpany odbitym blaskiem soczewki grawitacyjnej, w ergosferze otaczającej Sybillę. Wypuszczone przede mną, mające dostarczyć wstępne dane, mikrosondy zbliżały się do ISCO – jak gońcy, anonsujący monarchini moje rychłe przybycie.

Szeroki dysk akrecyjny drapał, ocierającymi się o pancerz, próbującymi zetrzeć mnie na proch, masami rozpędzonej materii. Otaczające ciasno cząsteczki, jak pszczoły rojące się wokół szerszenia, próbowały ugotować mnie żarem trzepocących skrzydełek energii.

 Bardzo podobała mi się poetyka z subtelnymi aluzjami erotycznymi.

Zgadzam się z opinią o nadmiarowości przecinków, potykałem się o nie i bardzi mi zakłócały płynny odbiór tekstu.

Poza tym bardzo fajny pomysł, a po dopieszczeniu może być perełką.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Fajnie że wpadłeś tsole :)

 

czasem “przeholowanej”:

Zdaję sobie z tego sprawę, ale taki był zamysł. Jestem w stanie wytłumaczyć zasadność każdej (no, prawie) z użytych metafor.

 

Zgadzam się z opinią o nadmiarowości przecinków, potykałem się o nie i bardzi mi zakłócały płynny odbiór tekstu.

Będę musiał pousuwać te potykacze. Tylko muszę się dokształcić, bo interpunkcja to moja słaba strona.

 

Dziękuję za odwiedziny i zostawienie komentarza

Pozdrawiam

Q

 

Known some call is air am

Z jednej strony to rozmiar właściwy dla tekstu o tego typu poetyce – dłuższy byłby zapewne męczący, z drugiej zabrakło miejsca na wyjaśnienia dla czytelnika-laika (co nie pozwala się cieszyć zwrotem akcji z horyzontem Cauchy’ego). Pozostaje wrażenie czegoś ładnego i przemyślanego (do czego przyczynia się też niezły warsztat).

Nie zgadzam się, jeśli chodzi o nadmiarowość przecinków, to raczej słów mogłoby momentami być nieco mniej: 

Potem przeniknąłem przez bezczasowy woal broniący ciekawskim zmysłom urządzeń ujrzeć splendor nagiego ciała piękności

Klik się należy.

Dzięki Cobold :)

Z jednej strony to rozmiar właściwy dla tekstu o tego typu poetyce – dłuższy byłby zapewne męczący

Właśnie bałem się tego męczenia czytelnika poetyką. Ale chyba nie jest tak źle, sądząc po odbiorze opowiadania.

 

z drugiej zabrakło miejsca na wyjaśnienia dla czytelnika-laika (co nie pozwala się cieszyć zwrotem akcji z horyzontem Cauchy’ego)

Właśnie nie chciałem wyjaśniać tego Cauchy’ego. Wymagałoby to kolejnych kwiecistych metafor i opisów, na które już nie miałem siły, a które rozmyłyby końcówkę opowiadania. Sam lubię doczytać sobie coś, poza opowiadaniem, wiedziony chęcią głębszego zrozumienia pojęć używanych przez autora. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z hard s-f, wypisywałem na kartce słowa których nie rozumiałem. Potem sprawdzałem co one znaczą. Dzięki temu sporo się nauczyłem i czasem chcę napisać coś w ten sposób, choć wiele mi brakuje do dobrego pisania, aby czytelnik poszukał czegoś na zewnątrz, zrozumiał zamysł i mógł powiedzieć (tak jak ja, czytając innych): “Więc to o to chodziło, spoko. Teraz rozumiem”.

 

Nie zgadzam się, jeśli chodzi o nadmiarowość przecinków, to raczej słów mogłoby momentami być nieco mniej: 

Bo korektę zrobiłem z tymi przecinkami :) A słów, owszem, mogłoby być mniej. I na początku było, ale zacząłem owijać nagi szkielet opowiadania kwietnymi girlandami metafor i tak się w tym zatraciłem, że zapomniałem przestać. Ale teraz nie mam zamiaru niczego już zmieniać w samym tekście, poza kosmetyką.

 

Klik się należy.

Gdyby nie śpiące dzieci, krzyknąłbym z radości :) Serio. To drugie opowiadanie, jakie w życiu napisałem. Jestem zaszczycony i niezmiernie szczęśliwy, że ktokolwiek uznał moją raczkującą pisaninę za wartościową na tyle, żeby umieścić ją w bibliotece NF. Dziękuję.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Poza konkursem – jeśli chcesz betę, wal śmiało, chyba że jest baaardzo duży pośpiech. Jeśli mam chociaż tydzień wyrobię się i z chęcią podejmę.smiley

 

Tekst stoi ładnym opisem pełnym nawiązań, które urzekają i pokazują erudycję autora. Dorian Gray w kosmosie – tutaj urzekłeś. Brak mi jakiejś bardziej wartkiej, wciągającej akcji, ale jako ekspozycja świata wewnętrznego bohatera przemieszczającego się w kosmosie podoba się. Jest tu taka gra pomiędzy poetyką sf a czegoś o znaczenie głębszej treści.

Hej oidrin :)

 

Dziękuję że poświęciłaś czas na przeczytanie opowiadania i cieszę się że Ci się podoba. Miałem początkowo wątpliwości co do tej poetyki, ale wyszło chyba lepiej niż się spodziewałem.

Co zaś do betowania, to owszem, skorzystam. I to od razu :) Zapytuję więc uprzejmie, czy nie zechciałabyś rzucić okiem na mój, znajdujący się na betaliście, tekst pt. “Wiara wartości”? Całkiem inny klimat, trochę greckiej mitologii, tajemnicze jajka i pragnący śmierci przewoźnik. Tekst nie jest długi.

Known some call is air am

W porządku jak najbardziej i dla krajanów to zawszelaughwink. Zastrzegam tylko, że ze względu na różne takie pewnie wyrobię się w drugiej połowie przyszłego tygodnia, mam nadzieję, że to dałoby radę i pozdrawiam.

„Kochamy Cię[+,] Stephen!

Lecz zbroja[+,] w którą odziany zostałem na tę wyprawę niczym Sir Lancelot, wyprodukowana z najnowocześniejszego kompozytu, dawała mi ochronę[+,] jakiej potrzebowałem, by bezpiecznie dotrzeć do mojej pani.

Czas zaczął dla mnie zwalniać, podczas gdy[-,] dla pozostających na statku towarzyszy[-,] przyspieszył.

Oglądałem to z wnętrza obrazu[+,] w którym tkwiłem dla oglądających.

 Ale ja nadal byłem młody i pełen energii, kiedy spieszyłem obejrzeć fascynujący występ Sybil –  filigranowej w skali wszechświata, wysoce niestabilnej, czarnej dziury o masie trzech słońc.

Dotarłem do doskonale czarnej powierzchni horyzontu zdarzeń i przez moment, trwający jednostkę długości czasu Plancka, tylko byłem.

Całkiem nieźle się czytało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki. Cieszę się, że się nieźle czytało :)

Uchybienia, które znalazłaś, zostały skorygowane w trybie pilnym :)

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Spodobało mi się połączenie motywów kosmiczno-naukowych z perspektywą iście rycerską, a do tego jeszcze wątek romantyczny – nietypowa mieszanka. Ten pomysł jako główna oś tekstu zagrał bardzo dobrze.

Całość bardzo poetycka (chociaż gdzieniegdzie poczułam się już wysokimi tonami przytłoczona), krótka forma zdecydowanie na plus w tym wypadku. Końcówka wydała mi się najsłabszym fragmentem, ale cóż może przebić spotkanie oko w oko z Osobliwością? Poza tym, tekst jest wyraźnie nastawiony na wrażenie, nie fabułę jako taką, więc nie będę się czepiać. Z innych przemyśleń, bohater nie pasował mi do AI – może chodzi o brak jakiejś cechy, która czyniłaby go w chociaż trochę psychologicznie odmiennym od człowieka (a może włącza mi się dolina osobliwości i stąd ten wewnętrzny protest ;)

Podsumowując – jak dla mnie udana impresja.

Fajnie że wpadłaś :)

Całość bardzo poetycka (chociaż gdzieniegdzie poczułam się już wysokimi tonami przytłoczona), krótka forma zdecydowanie na plus w tym wypadku.

Kiedy poprawiałem to już n-ty raz, dochodziło do mnie że chyba przeładowałem ten tekst metaforami. Tyle, że za cholerę nie dało się niczego z tego usunąć, żeby to jakoś wyglądało. Ale jest krótkie, więc przesyt następuje dopiero przy końcu :)

 

Z innych przemyśleń, bohater nie pasował mi do AI – może chodzi o brak jakiejś cechy, która czyniłaby go w chociaż trochę psychologicznie odmiennym od człowieka (a może włącza mi się dolina osobliwości i stąd ten wewnętrzny protest ;)

 

Brak odmienności psychologicznej był zamierzony. AI porównująca się do Lancelota albo Doriana Greya, jest w moim założeniu samoświadoma. Czemu miałaby się ograniczać do bycia w swej świadomości podobna zwykłym ludziom? Czemu nie miałaby postrzegać siebie, jako romantycznego bohatera? Nie ma powodu, więc wyszło mi coś takiego :)

Końcówka wydała mi się najsłabszym fragmentem,

Co konkretnie?

więc nie będę się czepiać

Ależ, proszę, czepiaj się. Wszelkie czepianie się, jest dla mnie nieocenioną nauką :)

 

Dzięki za czas i pozostawienie komentarza :)

Pozdrawiam

Q

 

Known some call is air am

Brak odmienności psychologicznej był zamierzony. AI porównująca się do Lancelota albo Doriana Greya, jest w moim założeniu samoświadoma. Czemu miałaby się ograniczać do bycia w swej świadomości podobna zwykłym ludziom? Czemu nie miałaby postrzegać siebie, jako romantycznego bohatera? Nie ma powodu, więc wyszło mi coś takiego :)

Zwykli ludzie chyba z lubością właśnie postrzegają się jako postaci tragiczne czy romantyczne, lubimy się porównywać do znanych person, żywych czy to literackich. ;) więc jeśli jak najbliższa ludzkiej postawa była Twoim założeniem – udało się. :) Po prostu sama lubię, kiedy jakiś ponadludzki smaczek się do AI wkradnie, to jak woda na młyn mojej wyobraźni jako czytelniczki. Ale oczywiście to tylko moje upodobanie!

Co do końcówki, to tak jak wspomniałam – taka a nie inna konstrukcja fabuły po prostu sprawiła, że największe trzęsienie ziemi odbyło się wcześniej, napięcie sięgnęło zenitu w momencie mijania się z Osobliwością. Trochę więc oczekiwałam jeszcze uderzenia jakąś myślą, jakiegoś zaskoczenia. Wracając do tekstu teraz, na następny dzień, odnoszę jednak wrażenie, że to nieuchronne, beznadziejne (z perspektywy pozycji, w jakiej znalazł się bohater) uspokojenie może i najlepiej tutaj pasuje.

Hej, Nir :)

Trochę więc oczekiwałam jeszcze uderzenia jakąś myślą, jakiegoś zaskoczenia.

Ograniczam jak mogę swoje moralizowanie, którego nie wiem gdzie się nabawiłem :) Przy pisaniu tego tekstu, nawet nie szukałem żadnej głębszej myśli, którą mógłbym zakończyć opowiadanie. Chciałem na końcu pokazać tragizm świadomej sondy, porzuconej gdzieś, hen daleko, bez nadziei na happy end. Takie zakończenia w czytanej przeze mnie s-f trafiają do mnie najmocniej. Pozwalają mi zapamiętać tekst na dłużej.

 

Dzięki za komentarz i pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Fantastyka: jest.

Motyw konkursowy: jest.

 

No i mamy solidne SF. Nie wiem jak to wyjdzie od strony czysto pojęciowej, ale czyta się naprawdę dobrze, choć komentuje znacznie trudniej :-) Ale tak czy inaczej podobało się i bardzo dobrze wchodzi w temat konkursu. Swoją drogą początkowo spodziewałem się tu sporo SF, tymczasem jest go mało, więc już za to plus. Jak i za to, że tekst prowokuje do zaglądnięcia do Wikipedii do paru haseł.

 

Z technikaliów na pewno warto popracować nad często obecnymi trochę zbyt długimi zdaniami.

Piszesz o małym doświadczeniu pisarskim. Ale brak doświadczenia to nie tylko drobiazgi do poprawy technicznej, to też świeżość pomysłów, bo potem mniej lub bardziej wyrabia się jakaś maniera w tworzeniu scenariuszy. A tu widać, ze wizje tworzą się swoimi torami.

 

Tekst otarł się o kwalifikację, ale w dyskusji między jurorami wskazano nadmierną liczbę rzucających się w oczy błędów merytorycznych związanych z fizyką. Cóż, może lepiej było sięgnąć po mniej szczegółów, za to dokładniej sprawdzić te zjawiska. Albo w ogóle mimo poetyki nie sięgać po nazwy czysto fizyczne? Przykładowo Geist wskazał obecność takiego babołu, jak “powierzchnia horyzontu zdarzeń”.

 

Tak czy inaczej – wrażenia czytelnicze bardzo przyjemne.

 

Powierzchnia horyzontu zdarzeń.

Określenie powierzchni matematycznej

„Czarną dziurę otacza matematycznie zdefiniowana powierzchnia nazywana horyzontem zdarzeń.” 

Potocznie można używać jako zbitki, zresztą bardzo często się tak robi, bo rozumiem że na tym polega babol. Jeśli chodzi o babole techniczne, to raczej ich nie ma, przynajmniej na poziomie treści  opka jako historii fantastycznej. ;-)

 

Różne horyzonty:

https://www.urania.edu.pl/zasoby/wewnatrz-horyzontu.html

 

Tu, trochę bardziej edukacyjnie, jeśli chodzi o promień sfery – promień Schwarzschilda.

http://www.edunauka.pl/fizczarnadziura.php

 

Edytka: Jeśli uważacie, że są (babole) porozmawiajmy, ale już na priv. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O!

Dzięki Asylum, bo właśnie miałem napisać komentarz odnośnie do rzekomego babola i podać kilka linków, zarówno polskich jak i angielskich. :)

 

Ale wilk ma też nieco racji. Jest tam kilka prawdziwych baboli fizycznych, jednak część z nich wynika z tego, że nie wiemy co jest pod – uwaga! – powierzchnią horyzontu zdarzeń. Nie mamy pojęcia co tam się dzieje, tylko wesoło teoretyzujemy. Więc ja wesoło teoretyzowałem pod dyktando poetyki całości opowiadania :)

Dzięki wielkie za komentarz wilku i fakt, że opowiadanie chociaż otarło się o zakwalifikowanie się do zbioru. Już samo to wiele dla mnie znaczy. Bo, jak pisałem wcześniej, opowiadanie wyklikałem w ramach ćwiczeń i wprawiania się w pisaniu :)

 

Z technikaliów na pewno warto popracować nad często obecnymi trochę zbyt długimi zdaniami.

Pracuję nad tym. Jesteś kolejną osobą która mi zarzuca zbyt długie zdania. Postaram się krócej :)

 

Piszesz o małym doświadczeniu pisarskim. Ale brak doświadczenia to nie tylko drobiazgi do poprawy technicznej, to też świeżość pomysłów, bo potem mniej lub bardziej wyrabia się jakaś maniera w tworzeniu scenariuszy. A tu widać, ze wizje tworzą się swoimi torami.

Wybacz zbyt małą domyślność z mojej strony, ale to dobrze czy źle? Bo masz rację, że wizje same się tworzą, ewoluując z początkowego zamysłu coraz dalej i dalej. Czasem tak daleko, że z pierwotnego pomysłu mało co pozostaje.

 

Cóż, może lepiej było sięgnąć po mniej szczegółów, za to dokładniej sprawdzić te zjawiska. Albo w ogóle mimo poetyki nie sięgać po nazwy czysto fizyczne?

Też o tym myślałem, ale doszedłem do wniosku:

Zbyt dokładne i dosłowne tłumaczenie zjawisk zrobiło by krzywdę poetyce. I zmusiło czytelnika do sprawdzenia jeszcze większej ilości haseł ;)

Nie sięganie po nazwy czysto fizyczne pozbawiło by tekst wskazówek co się dzieje i gdzie trafiła sonda.

I tak źle i tak niedobrze.

 

Cieszę się, że Twoje wrażenia czytelnicze były pozytywne :)

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Jest tam kilka prawdziwych baboli fizycznych, jednak część z nich wynika z tego, że nie wiemy co jest pod

Tak tez argumentowałem, ale też pojawił się słuszny moim zdaniem kontrargument, że na poziomie czytelnika, który ogarniałby pewne podstawy, byłby z tym problem. Może by ratowało sytuację, gdyby pojawiło się zasygnalizowanie, ze autor widzi niejasności. Osobna kwestia, ze własnie ta niepewność, co jest za horyzontem zdarzeń (a na dobra sprawę nawet co jest w jego pobliżu po naszej stronie) sprawia, ze wcale nie jest pewne, ze to jest właśnie powierzchnia,a nie np. pas ciągły.

Osobnym tematem jest to, czy w SF, które nie jest “hard”, wszystko musi się zgadzac. Takie Star Wars na poziomie fizyki leżą i kwiczą, a mało komu to przeszkadza :-)

 

Wybacz zbyt małą domyślność z mojej strony, ale to dobrze czy źle?

To dobrze. Nawet bardzo dobrze. Właściwie to u wielu autorów jest problem z upraszczaniem wizji wraz z doświadczeniem.

 

Ok, Wilku, ok. Q. ;-)

Niestety, będę dalej polemizowała, upierdliwa jestem w takich sprawach, niestety. Fizycznych baboli w tym opku nie ma, a jeśli są, to proszę o przesłanie na priv przez  jurków, co ich zatrzymało i nie zgadza się z obecnymi domysłami, teoriami, wiedzą itd itp. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak tez argumentowałem, ale też pojawił się słuszny moim zdaniem kontrargument, że na poziomie czytelnika, który ogarniałby pewne podstawy, byłby z tym problem.

Fajnie, że argumentowałeś :) Częściowo się zgadzam, że czytelnik oblatany w fizyce mógłby mieć z tym problem. Ale tylko częściowo (patrz: komentarze fizyka111 i tsole) ;)

 

Może by ratowało sytuację, gdyby pojawiło się zasygnalizowanie, ze autor widzi niejasności.

Nie wiem o co chodzi. W tekście zasygnalizować, że sonda widzi fizyczne nieścisłości?

 

Osobnym tematem jest to, czy w SF, które nie jest “hard”, wszystko musi się zgadzac. Takie Star Wars na poziomie fizyki leżą i kwiczą, a mało komu to przeszkadza :-)

Na harda bym się nie porwał. Za mała wiedza ścisła. Ale hard jako gatunek uwielbiam, bo prowokuje mnie do myślenia i zaznajamiania się z pojęciami o których wcześniej nie słyszałem. To jeden z moich ulubionych gatunków literackich spod szyldu fantastyki.

Herezja warning! – Nie cierpię gwiezdnych wojen. A midichloriany i inne bzdurki będące próbą sprowadzenia SW z poziomu magii do czegoś bardziej “science” wcale serii nie pomagają. – Koniec herezji.

 

To dobrze. Nawet bardzo dobrze. Właściwie to u wielu autorów jest problem z upraszczaniem wizji wraz z doświadczeniem.

No to fajnie :) Ale na razie jestem świeży w pisaniu, więc może upraszczanie jeszcze przyjdzie – oby nie ;)

Known some call is air am

Herezja warning! – Nie cierpię gwiezdnych wojen

Piona!

Ale przytoczyłem ten przykład, bo jakoś nikt nie krzyczy o tym, ze aby laserowe miecze miały rację bytu, to na końcu ostrza potrzebowałyby lustra. Już nie wspominając o tym jakim cudem lasery miałyby nie przenikać przez siebie ;-)

@wilk

 

Piona!

Ale przytoczyłem ten przykład, bo jakoś nikt nie krzyczy o tym, ze aby laserowe miecze miały rację bytu, to na końcu ostrza potrzebowałyby lustra. Już nie wspominając o tym jakim cudem lasery miałyby nie przenikać przez siebie ;-)

Nie jesteś jednym z nich? Myślałem, że jestem ostatni. Bracie!

A tak serio, serio, to nie wiem co jest takiego fajnego w SW. Ale gdziekolwiek bym nie był, czy to konwent czy knajpa w okolicy, jak ktoś zaczyna temat Gwiezdnych Wojen to wszyscy są podjarani. A potem wkraczam ja, cały na casualowo, i mówię, że nie lubię SW. I wszyscy patrzą na mnie jak na kosmitę, próbując dociec dlaczego jestem inny :)

Ale spoko, rozumiem co miałeś na myśli.

Piona :)

 

@Asylum

 

Jednym z baboli, świadomych, jest fakt, że sonda zbliżając się do horyzontu zdarzeń musiała się poruszać z prędkością prawie równą prędkości światła. Byłą ściągana przez studnię grawitacyjną czarnej dziury. Po przebiciu horyzontu sprawia natomiast wrażenie jakby wytraciła nagle cały pęd. I tak też chciałem żeby to wyglądało, dając jej czas na spokojne rozglądnięcie się po otoczeniu. Oczywiście wytracenie tak dużej prędkości do praktycznie zera nie może się obyć bez szkody dla obiektu. Próbowałem to potem jakoś usprawiedliwić, dopisując fragment o kolektorach grafenowych i stawianiu oporu, jeszcze wcześniej wzmiankując o obszarze o względnie niskiej grawitacji. Grafen nasunął mi się jako jeden z nowocześniejszych materiałów. Ale oczywiście nie istnieje technologia, która pozwalałaby wykorzystywać go jako składową baterii/kolektora/wysokowydajnego silnika/itp. Taka bzdurka, którą ja sam określam jako technologiczną fantazję ałtora :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

a

 

A tak serio, serio, to nie wiem co jest takiego fajnego w SW

 

Ileż razy próbowałem oglądnąć pierwsza część! Nie szło, to spróbowałem tez pierwsza, ale z drugiej trylogii (to znaczy tej “prequelowej”). I co? Jakiś zając skacze tam i z powrotem, salta robi, pierdoły wykrzykuje. Po 10-15 minutach wyłączyłem XD

Nie, Q, nie masz racji. Grafenu w to nie mieszaj. xd 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ojej :)

 

Przepraszam za niemanie racji Asylum :) Grafenu nie mieszam.

 

@wilk

 

My point exactly :)

Known some call is air am

:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka