- Opowiadanie: kasjopejatales - Theremin

Theremin

Demeter, Rumunia 1475

 

Ostatnie zdanie wzięłam z: Parandowski, J. (1980). Mitologia. Tatran. A jeżeli ktoś nie kojarzy nazwy użytej w tytule (a od której wzięło się imię bohatera), to po przeczytaniu opka (!po) zapraszam pod ten link: Theremin

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Theremin

Terin nie słyszał. Odkąd sięgał pamięcią, nie dane było mu usłyszeć nawet pojedynczego dźwięku. I choć teraz był już dorosłym mężczyzną, czasem zdarzało mu się jeszcze zastanawiać, jak by to było słyszeć. Trudno jednak żałować czegoś, czego nigdy się nie miało. Nigdy też nie przejmował się opiniami mieszkańców swojej wioski, którzy uważali go za upośledzonego. Terin żył spokojnie w domu na skraju wioski Vaslui, tuż przy lesie i niewielkiej rzeczce, która bieg kończyła w Bârlad.

Sięgając po grube nici, Terin pochylił się nad drewnianym stołem w pracowni. Zszywając ze sobą kolejne paski skóry, pozwalał myślom krążyć. Umilał sobie w ten sposób pracę i rozpraszał wieczną ciszę. Często wspominał dzieciństwo, choć ostatnio pamięć zaczęła go zawodzić. Zaczął się obawiać, że któregoś dnia wszystko zapomni, a wtedy jego matka umrze na zawsze. Może właśnie dlatego dzień po dniu odtwarzał przeszłość, mając nadzieję, że pomoże mu to zachować kobietę jak najdłużej przy sobie.

Niestety matka, która dwadzieścia pięć lat temu dała Terinowi życie, była już niczym więcej niż rozmazaną plamą na tle kolorowych szkiełek i bujnej roślinności. Wspólny dom oraz uczucia, jakie towarzyszyły obecności kobiety, były wyraźniejsze niż ona. Mężczyzna dobrze pamiętał tylko jej smukłe palce, delikatnie uderzające o struny liry. Wtedy także melodia, która omijała bezużyteczne uszy Terina, poprzez skórę i mięśnie trafiała wprost do jego serca.

Drgania były bowiem czymś, co mężczyzna rozumiał i co słyszał. Miał wrażenie, jakby w ciele pojawiało mu się dodatkowe serce, należące do dźwięku i mające własny rytm. Z wiekiem Terin przekonał się, że większość rzeczy wibrowała w niepowtarzalny sposób. Niestety, aby mógł cokolwiek usłyszeć, źródło dźwięku musiało być dość blisko niego. Przez większość czasu świat pozostawał więc dla niego niezwykle cichym miejscem, sporadycznie wypełniającym się drganiami. Jednak żadne z nich nie mogły się równać drganiom strun liry, na której grała matka.

Niestety także i te wspomnienia powoli znikały z pamięci Terina. Ostatnio nie były już niczym więcej niż echem przeszłości. Podobnie jak życie mężczyzny, zanim skończył sześć lat. Bo to właśnie wtedy matka umarła, pozostawiając po sobie tylko kilka fantastycznych, wypełnionych magią opowieści. Wszystkie zebrane w ręcznie pisanych księgach oprawionych w ciepłą w dotyku skórę. Tych, z których pomocą matka uczyła Terina czytać. W pocie czoła zmuszała swojego zbyt młodego syna, aby zapisywał i odczytywał litery, liczby i skomplikowane znaki, których przeznaczenia do dziś nie poznał. Wiedział tylko, że matce bardzo zależało, aby mimo braku słuchu, umiał sobie poradzić w życiu. Kobieta nie mogła jednak przewidzieć, że trafi on do wioski, w której niemal nikt nie będzie umiał czytać ani pisać.

Terin bardzo żałował, że uciekając z domu zaraz po jej śmierci, nie zdołał zabrać choćby jednej z tych ksiąg. Udało mu się zachować tylko srebrny sztylet z wygrawerowanym nazwiskiem rodowym matki: Theremin. Był on podobno wiele wart, ale mężczyzna nie zamierzał go sprzedawać. Nawet jeżeli dzięki temu mógłby zacząć nowe życie daleko stąd. Bo czy tego chciał, czy nie Vaslui była teraz jego domem. Stała się nim w dniu, gdy daleki kuzyn matki przygarnął Terina do siebie, dając mu dach nad głową i możliwość rozpoczęcia nowego życia. Może nie takiego, jakiego chłopak pragnął, ale bezpiecznego i spokojnego. I, mimo że mężczyzna nie był idealny, to starał się wychować Terina, jak własnego syna. Co oznaczało, że już w wieku sześciu lat chłopak został zmuszony do ciężkiej pracy od świtu po zmrok. Jego słodkie życie wypełnione dotąd kolorowymi szkiełkami i zapachem ziół skończyło się nagle, a zaczęło ponownie wśród smrodu wyprawianych skór, wapna, pyłu i tłuszczu. Dzień po dniu Terin uczył się jak z nią pracować, szybko przyzwyczajając się do ciężkiej pracy.

Wzdychając do swoich myśli, Terin zerknął na zachodzące słońce widoczne przez niewielkie okno w pracowni. Starając się skupić, rozłożył na stole skórzany wyrób i w świetle kaganka, chwycił za mały młotek. Delikatnie i z wyczuciem zakuwał kolejne metalowe wałeczki, które umieszczał w skórze w równych odstępach. Uważnie patrzył, jak metal spęczał się pod kolejnymi uderzeniami, słysząc każde z nich. Wibracje jednak były bardzo słabe i mężczyzna nie czuł ich w swoim sercu, tak mocno jakby chciał.

Terin z czasem nauczył się kochać swoją pracę, ale nie umiał zapomnieć opowieści matki. Zwłaszcza tych spisanych czerwonym tuszem w grubych księgach. Ciągle wydawało mu się, że gdzieś tam poza granicą jego odwagi czeka cały świat gotowy, by go poznać. Na próżno jednak, bo Terin nie umiał znaleźć w sobie odwagi, aby opuścić to, co było mu znane. Pracownię i dom, w których spędził niemal całe życie. Las i rzekę, w których nauczył się polować. Wioskę, która może nie była ciekawa, ale za to znajoma. Z początku wmawiał sobie nawet, że był zbyt młody, aby opuścić dom. Później, że nie chce zostawić schorowanego ojca samego. A gdy ten odszedł w siedemdziesiątym drugim, czyli już trzy lata temu, Terin przekonywał sam siebie, że jest już za stary, aby spełnić marzenie.

Do niedawna więc jedynym kontaktem Terina ze światem był kupiec, który czasem pojawiał się w wiosce. Starzec przybywał tu, licząc na zarobek, ale często odjeżdżał z niczym. Bo i ludzie w Vaslui byli samowystarczalni, a i obcych nie lubili. Terin był jednak inny – on zawsze czekał na kupca. Była to bowiem jedyna osoba oprócz ojca, która umiała czytać i pisać. Dzięki temu Terin nie tylko mógł przejrzeć jego towary, ale i poczytać spisywane żylastą dłonią kupca opowieści o wielkim świecie. Za wszystko płacił mu swoimi wyrobami, o wiele cenniejszymi niż to, co dostawał w zamian.

„Kiedy widziałem go ostatni raz?” – zapytał sam siebie, sprawnie odcinając nożykiem zbędne fragmenty skóry i nici, a następnie woskując niektóre części wyrobu. Starał się jednak odsunąć te myśli, wiedząc, że powinien skupić się na wykończeniu kamizelki. Odkąd Armia Mołdawska przybyła do wioski, miał dużo pracy, a bardzo mało czasu, aby ją wykonać. Oczywiście pojawienie się żołnierzy nie było dla Terina całkowitym zaskoczeniem, bo kupiec opisywał mu konflikt pomiędzy Mołdawią a Turkami, obcymi z południa.

Jednak Terina nie interesowała walka, ale cieszył się, z możliwości obserwowania żołnierzy. Chłonął każdy egzotyczny szczegół, tak aby miał co wspominać, gdy ci w końcu odejdą. A stało się to już na początku stycznia. Wtedy to żołnierze wyruszyli na południe, nie przejmując się mrozem i gęstą mgłą. Terin do ostatniej chwili odprowadzał ich wzrokiem, żałując, że nie może iść z nimi. Jakiś czas później od strony lasu mógł obserwować jasne rozbłyski światła – były to chyba wystrzały z dział, ale nie mógł być tego pewien.

Wtedy też myślał, że widzi armię ostatni raz, ale dzisiaj żołnierze wrócili. Wraz z zachodem słońca rozbili obozowiska na polach wokół wioski, aż po sam horyzont. Kolorowa masa ludzi, zwierząt i sprzętu ponownie wypełniła przestrzeń, a ich widok sprawiał, że serce Terina biło szybciej. Znowu mógł obserwować – jak jedzą, rozmawiają i śmieją się, wyraźnie szczęśliwsi, niż gdy widział ich ostatnim razem. Skrycie marzył, aby stać się częścią tego świata. Wiedział jednak, że nigdy nie znajdzie w sobie odwagi, aby to zrobić. Zostanie tu, gdzie wcale nie chciał być.

A przynajmniej tak Terin myślał, gdy zupełnie nagle poczuł, jak serce zaczyna walić mu w piersi… podwójnym rytmem. Prostując się, błyskawicznie wypuścił niedokończoną kamizelkę z rąk i wybiegł na zewnątrz, w drzwiach niemal zderzając się z kowalem. Mężczyzna zwykle przychodził do Terina, aby coś kupić lub wspólnie popracować nad jakimś projektem. Teraz jednak Terin wyminął go, aby w ciemności rozświetlanej blaskiem najbliższych ognisk móc spojrzeć na drzewa. Wpatrzony w las nie zwrócił uwagi, że kowal staje obok – zbyt zajęty był słuchaniem. Z lasu dobiegały bowiem drgania, które bardzo przypominały mu dźwięki liry, na której grała matka – tylko znacznie silniejsze.

Terin czuł, jak z każdą mijającą chwilą wibracje przybierają na sile, a jego serce zmuszane jest, aby przyjąć nowy rytm – szybszy, potężniejszy i boleśniejszy. „Zupełnie jakby coś się do nas zbliżało” – pomyślał, zaczynając lekko drżeć. Coś ściskało mu gardło, utrudniając wzięcie oddechu, a obraz stawał się coraz ciemniejszy. Terin czuł, jakby nic innego oprócz tych drgań nie istniało lub nie powinno istnieć. Obce wibracje niemal całkowicie wypełniały jego ciało, duszę i umysł. Mówiły, ale on nie umiał słuchać.

Aż zupełnie nagle wielkie ciało kowala upadło na ziemie tuż przed Terinem, wyrywając go z transu. Przerażony oderwał wzrok od lasu i skierował go na mężczyznę. Z oczu, uszu, ust i nosa kowala lała się krew. Jego ciało podrygiwało w szalonym rytmie, aż w końcu zadrżało ostatni raz i opadło bezwładnie. Dopiero wtedy Terin zauważył, że wyczuwa podobne drgania dobiegające ze wszystkich stron. Podnosząc wzrok, mężczyzna spojrzał na pola po brzegi wypełniające się chaosem. Ludzie i zwierzęta padali jeden po drugim. Niektórzy próbowali uciekać, inni nawet tego nie zdążyli zrobić. Pola usiane były podrygującymi, wibrującymi cicho ciałami, które kojarzyły się Terinowi z ziemią poruszaną przez robaki. Jednak byli i tacy, którzy jeszcze żyli. Ci próbowali biec, jednocześnie zakrywając sobie uszy.

Myśląc intensywnie, Terin spojrzał na las, z którego dobiegało dudnienie. W końcu zdecydował się wrócić po kaganek i srebrny sztylet, po czym pobiegł w stronę lasu. Podążając dobrze sobie znanymi ścieżkami, starał się utrzymać wątły płomień oświetlający mu drogę. Robił to jednak odruchowo, w pełni skupiając się na narastającym dudnieniu. To ono kierowało jego krokami w ciemności, a nie słabe światło świecy czy blask księżyca w pełni.

„Zupełnie jakby mnie wołało” – pomyślał Terin i zamiast obawiać się tego, co nieznane czuł raczej ekscytację. Wierzył, że musiało mieć to coś wspólnego z historiami, którymi matka wypełniała mu młodą głowę oraz serce. Bo gdzieś głęboko w sobie wiedział, że opowieści zapisane czerwonym tuszem w księgach oprawionych w ciepłą skórę nie były tylko bajkami.

„I właśnie dlatego twoja matka spłonęła na stosie” – obraz pożółkłej kartki zapisanej koślawym pismem przybranego ojca nieproszony pojawił się w głowie Terina. Ale on nie chciał pamiętać tych słów, bo zawsze niosły ze sobą wspomnienie poczerniałego od ognia ciała matki, a także swąd palonych włosów i skóry. Mężczyzna nigdy nie rozumiał dlaczego, podczas gdy inne wspomnienia bledły, to jedno zawsze pozostawało wyraźne. Przecież nie tak chciał zapamiętać matkę, która poświęciła wszystko, by go urodzić. I nawet jeżeli to przez nią był głuchy, to jak mógłby mieć jej to za złe?

Tylko że skoro był głuchy to, co teraz słyszał? Dlaczego w ciemnościach, czuł coraz głośniejsze dźwięki? Dlaczego wypełniały one jego serce i duszę? Dlaczego próbowały mu coś powiedzieć?

Zastanawiając się, czy uda mu się uzyskać odpowiedzi na te pytania, Terin wkroczył na niewielką polanę. I w jednej chwili wibracje uderzyły w jego ciało, niemal całkowicie zatrzymując je w miejscu. Zakłóciły bicie serca mężczyzny, ponownie próbując zastąpić go własnym rytmem. Tym, w którym biło serce istoty siedzącej na powalonym drzewie pośrodku polany.

Otoczone głębokimi cieniami i pozbawione koloru oczy spojrzały na Terina. Wychudzone ciało kobiety okryte było jedynie poszarzałym materiałem sukni, którego kroju mężczyzna nie znał. Wypłowiałe i postrzępione włosy opadały na kościste ramiona, obleczone białą skórą. Na głowie kobiety znajdowało się coś, co kiedyś musiało być pięknie uplecionym wiankiem z kłosów i kwiatów – teraz wyschniętym i martwym. Jak wszystko, co znajdowało się wokół nieznajomej. Każde źdźbło trawy, krzew czy drzewo umarły bezpowrotnie. Jedyną rośliną, która pozostawała żywa, był kwiat w zaciśniętej dłoni kobiety. Białe płatki, okalające żółty środek narcyza wydawały się nienaturalnie cienkie.

Jednak to, co przykuło uwagę Terina, nie wiązało się z wyglądem nieznajomej, a z jej bólem. Z bladych, lekko uchylonych ust wydobywały się bowiem dźwięki, które niosły śmierć. I, mimo że Terin nie mógł ich usłyszeć, to czuł drgania próbujące wypełnić mu ciało obcym rytmem. Znowu miał problem z wzięciem oddechu, a serce chciało uciec z piersi, aby zostawić miejsce dla tego nowego i silniejszego.

I gdy już myślał, że więcej nie zniesie, zupełnie nagle dudnienie ustało. Ponownie otulony kojącą ciszą, Terin wziął głęboki wdech i zamarł. Poczuł, że coś się zmieniło. W jego dotychczas bardzo cichym umyśle pojawiły się obrazy, które… słyszał. I może nie rozumiał właściwie, co słyszy, tak wiedział, co widzi – a teraz było to dokładnie tym samym. Terin widziałsłyszał ból kobiety, z którą łączyło go bicie serca. W głębi siebie dostrzegł jej wspomnienia, a każde z nich rozświetlało mu umysł, jak pękające w ognisku polana. Widział wspomnienia, które nie należały do niego i których nie rozumiał. Nie rozpoznawał kamiennych rzeźb, dziwnych białych budynków ani ludzi i tego, w co byli ubrani. Ignorował je jednak, wiedząc, czego szuka: przyczyny bólu kobiety, która błagała o zrozumienie i możliwość podzielenia się z kimś bólem. A gdy Terin w końcu znalazł odpowiednie wspomnienie – zobaczył i poczuł to, co ona.

Bogini i jej córka – cichy szum morza.

Odpoczynek nad brzegiem morza i obietnica powrotu – odległy szelest traw.

Ale nie było do kogo wracać… córka zniknęła – ogłuszający wrzask ptaków.

Matka szukała jej wszędzie – pola usłane narcyzami.

Obumarłe pola i lasy – wrzask przetaczający się ponad ciałami zwierząt i ludzi.

Dlaczego nie mogę cię znaleźć? – rozpacz.

Dlaczego nikt nie chce mi pomóc? – ból.

Dlaczego… – śmierć.

Czując potworny ból w sercu, Terin potrząsnął głową, starając się pozbyć nie swoich uczuć. Uspokajając się, słyszał, jak obrazy bledną, a serce zaczyna bić mu w dobrze znanym rytmie – jego własnym. I tym razem to serce bogini próbowało dopasować się do rytmu Terina, zamiast go zmieniać. A po chwili oba biły już zgodnie w jego piersi. Obrazy cudownie wibrowały mu przed oczami dźwiękami nieznanych miejsc i ludzi. Historiami, które nie należały do niego, ale które chciałby poznać. Wspomnieniami, które stały się jego własnymi. W jednej chwili Terin zapragnął zatrzymać je wszystkie i już nigdy nie stracić.

Myśląc o tym, czego się dowiedział, Terin ruszył w stronę bogini, której imienia nie umiał wyłowić z jej zniekształconych szaleństwem i bólem wspomnień. Nie pytając o pozwolenie, usiadł na powalonym drzewie obok kobiety i delikatnie objął ją lewym ramieniem. Bogini od razu spojrzała na Terina, a on uśmiechnął się ciepło, kładąc prawą dłoń na jej dłoni zaciśniętej wokół cienkiej łodygi kwiatu – ciągle żywego, ale dawno pozbawionego życia. Całym sobą mężczyzna czuł ciepło i moc bogini oraz rozpacz, której nie dało się ulżyć. Wolno zbliżył usta do czoła kobiety i złożył ciepły pocałunek na cienkiej skórze. Zaraz potem chwycił za rękojeść srebrnego sztyletu i wbił go w gardło szalonej bogini. Silnym ramieniem przytrzymywał szamoczącą się duszę, uspokajająco nucąc melodię wyłowioną z jej własnych wspomnień. Tę, którą bogini zwykła nucić Persefonie.

 

***

 

Terin strzepnął nadmiar wody ze świeżo przygotowanej skóry i uśmiechając się, delikatnie wygładził jej śnieżnobiałą powierzchnię. Podczas pracy nucił cicho nowo poznaną melodię. I, mimo że widział okropne dźwięki, które wydobywały mu się z ust – obraz rozchwianej piły z domieszką zawodzącej kobiety, to nie zamierzał przestać. Podobała mu się ta melodia i mało go obchodziło, że wszystkim innym niosła śmierć w męczarniach. W okolicy i tak nie było już przecież nikogo, kogo można było skrzywdzić.

Ostrożnie stawiając kroki, Terin omijał kolejne ciała żołnierzy i wieśniaków. Rozwieszając śnieżnobiałą skórę na stojaku, nadal słyszał utrwalony w skórze ból i zawodzenie bogini. Te, których rytm zgodny był z biciem serca Terina, pozwalając mu słyszeć obrazy. Teraz w końcu mógł wyruszyć w świat. Co zrobi, gdy skończy szyć kamizelkę ze skóry bogini.

Pogrążając się w myślach o cudownej przyszłości, Terin spojrzał na pola zalane promieniami wschodzącego słońca. Nucąc cicho, podziwiał jak czerwień krwi żołnierzy i wieśniaków miesza się z nieskazitelną bielą narcyzów wyrastających spomiędzy trupów. Aż nagle, karbowane brzegi białych płatków zapłonęły jasnym szkarłatem, a cudowna woń napełniła niebo i ziemię…

Koniec

Komentarze

Miałem lekkie obawy dotyczące braku dialogów przed przeczytaniem. Ale się nie nudziłem, narrator mi się nie dłużył – czytało się płynnie i w sumie był jakiś element zaskoczenia, bo nie mogłem przeczuć, do czego wszystko zmierza. Zaciekawił mnie motyw z „podwójnym sercem” i motyw odczuwania. Opis z końcówki był bardzo obrazowy i podziałał na wyobraźnię, ale nie tylko on – w sumie wszystkie sceny dawały klarowne wyobrażenie sytuacji.

Daję klika do biblioteki i powodzenia w konkursie. ;)

Sagitt wielkie dzięki za komentarz, klika i cieszę się, że nie wynudziłam za bardzo ;)

 

Wiem, że teksty bez dialogów, albo z samymi opisami mogą męczyć, dlatego starałam się tutaj jakoś rozluźnić tekst pracą Terina czy wspominkami (a chciałam też trochę odizolować bohatera).

i w sumie był jakiś element zaskoczenia, bo nie mogłem przeczuć, do czego wszystko zmierza

Jakieś tam drobne wskazówki dawałam po drodze, ale zależało mi, żeby jednak zakończenie zaskakiwało (dlatego nie było ich dużo i głównie dotyczyły matki Terina).

Zaciekawił mnie motyw z „podwójnym sercem” i motyw odczuwania.

Zależało mi, żeby przedstawić to trochę z punktu widzenie osoby, która nie słyszy, ale jednak odczuwa drgania (mam nadzieje, że choć trochę mi się to udało). Ja miałam podobne wrażenie, gdy byłam na koncercie i stałam zbyt blisko głośnika – jakby nie tylko moje serce biło mi w piersi :)

Hmmm. Nie widać tu Rumunii. Równie dobrze historia mogłaby się w każdym miejscu w prawie dowolnym czasie. Tak, była bitwa. Ale ci żołnierze to tylko tło. Dlaczego Demeter szalała akurat tam? I czy ona nie powinna być nieśmiertelna?

Ale sama opowieść interesująca.

Tą, którą bogini zwykła nucić Persefonie.

Tę.

Babska logika rządzi!

Finkla dzięki za przeczytanie i klika :)

Przyznaje, że realia historyczne nie są moją najmocniejszą stroną, dlatego starałam się raczej oddać ducha tamtych czasów: XV wioska, rzadko spotykane umiejętności czytania i pisania, całe życie w jednym miejscu i niewyściubianie poza nie nosa itp. oraz postać Demeter, która delikatnie oszalała po stracie córki.

Dlaczego Demeter szalała akurat tam?

Ona szukała już wszędzie i w każdym czasie. To było po prostu kolejne miejsce na liście. Pod koniec opowiadanie ona nie była już niczym więcej niż duszą złożona z bólu i rozpaczy.

I czy ona nie powinna być nieśmiertelna?

Może i powinna być, ale z drugiej strony cała wioska Vasuli też nie powinna paść trupem, podobnie jak żołnierze Mołdawscy (a już przynajmniej nie tylu – ich tam w 1475 zginęło coś około 5 tysięcy).

Poza tym to ona żyje… w postaci ślicznej skrojonej białej kamizelki, ale jednak. Terin po prostu przejął jej boskość i moc.

 

Edit:

Nie widać tu Rumunii.

Z drugiej strony wtedy Rumuni jeszcze nie było na mapie, ale rozumiem, o co chodziło w tej uwadze :)

Odkąd sięgał pamięcią, niedane było mu usłyszeć nawet pojedynczego dźwięku.

Nie dane.

czasem zdarzało mu się jeszcze zastanawiać, jakby to było słyszeć.

Uważam, że powinno być: “jak by to było”.

Bo i ludzie w Vaslui byli samo wystarczalni

Samowystarczalni.

Rezygnacja z dialogów i opisywania świata z perspektywy osoby niesłyszącej były dość karkołomnymi pomysłami, ale podoba mi się efekt. Całkiem zręcznie zostało to wyważone, a “drugie serce” i same drgania są i ciekawe, i dobrze opisane.

Fakt, że z miejsca i czasów historycznych niewiele przeniknęło do fabuły, bo całość mocno dzieje się w wewnętrznym świecie bohatera. Samej Demeter też trochę mało. Aczkolwiek ostatnia wzmianka o białej skórze – lubię takie mroczne pomysły.

Zgłaszam jak najbardziej.

Silva wielkie dzięki za przeczytanie i polecajkę oraz cieszę się, że brak dialogów nie odstraszył. Błędy oczywiście poprawione ;)

Co do drgań to bardzo zależało mi na tym, aby czytelnik mógł się wczuć w bohatera i jego niezwykle cichy, samotny świat sporadycznie rozpraszany drganiami.

Fakt, że z miejsca i czasów historycznych niewiele przeniknęło do fabuły, bo całość mocno dzieje się w wewnętrznym świecie bohatera.

Szczątkowa budowa świata (miejsca ugryzionego z jabłuszka) podyktowana jest głównym bohaterem i jego sposobem odbierania świata. Tak na dobrą sprawę, gdyby nie kupiec Terin nawet nie miałby prawa wiedzieć, jak wyglądają żołnierze armii Mołdawskiej (stąd też pojawia się on w opowieści).

Samej Demeter też trochę mało.

Wiem, że dość ryzykowne było niewykorzystanie jej jako głównej bohaterki, ale jest też niezwykle istotna dla całej opowieści. Więc mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone ;)

Pomysł na opowiadanie bez dialogów nie stanowił dla mnie problemu… ale problem stanowiła długość wstępu do historii, całego wprowadzenia kim jest bohater, nim przeszliśmy do akcji. Skróciłbym ten element nieco, żeby tekst stał się bardziej przystępny, bo przyznaję, że podchodziłem do niego trzy razy, nim udało mi się przebić dalej. 

A dalej już było dobrze. Historia zaintrygowała i wciągnęła mnie, a zakończenie zaskoczyło. Styl adekwatny do ppowoadania, niezbyt kwiecisty (to by dopiero była mordęga), ale obrazowy. 

Nie sądzę, byś wyczerpująco uchwycił czas akcji, w sumie opowiadanie mogłoby się dziać gdziekolwiek, ale tym niech się martwi jury. 

Zgłaszam do biblioteki, przede wszystkim za tę jedność drgań i wstrząsający koniec, w nadziei, że wstęp nieco okroisz. :) 

 

Gekikara dzięki za komentarz, polecajkę mimo wszystko i wybacz, że wymęczyłam cię pierwszą częścią opowiadania ;)

 

Rozumiem, że może być ona dla niektórych trochę powolna i przegadana (i na pewno dałoby się ją skrócić – cięłam, jak mogłam), ale też zależało mi na przedstawieniu w niej kilku, ważnych rzeczy: samotności bohatera (który za jedynych towarzyszy ma wspomnienia i pracę), jak mimo braku słuchu odbiera świat i czego pragnie (opuścić wioskę). To wszystko miało wytłumaczyć, co się dzieje w drugiej części opowiadania. Bo to nie dlatego, że Terin nie słyszy jest odporny na śpiew bogini, a raczej przez to, kim była jego matka i kim on jest. Wyjaśnia też, dlaczego podjął taką, a nie inną decyzję względem Demeter – dlaczego zamiast spróbować jej pomóc (co mu nawet przez myśl nie przeszło), postanowił sobie zagarnąć jej moc dla siebie. Zobaczył w tym szansę, na opuszczenie wioski i nie chciał jej stracić.

Kurcze, to nie wyczułem tego, kim jest jego matka… a kim? :) 

Chyba ostatnio niuanse mi umykają… 

Całkiem potężną wiedźmą, dopóki nie upiekli jej na stosie ;) W tekście wspominam o „ręcznie pisanych księgach oprawionych w ciepłą w dotyku skórę”, „księgach spisanych czerwonym tuszem” i takich tam rzeczach.

A, to wyłapałem, myślałem, że się kryje za nią postać z mitologii. :) 

Ciekawa historia, chociaż trudno było mi załapać wskazówki przed zakończeniem. Co nie znaczy, że się nie podobało, bo efekt jednak był. To, co nie do końca mi zagrało to przedstawienie niepełnosprawności bohatera, bo brak jednego zmysłu powinien mocno wyostrzyć mu wrażliwość pozostałych. Momentami czułam to, ale czegoś brakło, żeby ta kreacja mi zagrała. Aczkolwiek brawa za stworzenie historii bez dialogów, która się nie dłuży, bo to spora sztukasmiley.

oidrin wielkie dzięki za przeczytanie i ciesze się, że brak dialogów nie był bardzo uciążliwy ;)

To, co nie do końca mi zagrało to przedstawienie niepełnosprawności bohatera, bo brak jednego zmysłu powinien mocno wyostrzyć mu wrażliwość pozostałych.

Z tego, co czytałam i miałam możliwość porozmawiać z osobą niewidomą, jest to całkiem ciekawy mit. Ta osoba tłumaczyła mi to w ten sposób, że brak wzroku magicznie nie sprawił, że wyostrzył się jej zmysł słuchu a wręcz przeciwnie. Ciągłe nasłuchiwanie, konieczność zwracania uwagi na każdy dźwięk (np. gdy idzie po ulicy), sprawia raczej, że mniej słyszy i rozumie, co się dzieje (oczywiście mówiła to ze swojego punktu widzenia – osoby, która straciła wzrok).

 

Wiadomo, że z tym nie można generalizować, ale w moim doświadczeniu problemy z oczami sprawiły w jakiś specyficzny sposób, że dźwięki odbieram bardziej emocjonalnie i jakby na większej ilości płaszczyzn niż wcześniej. W sensie wcześniej nie lubiłam tłuczenia się tramwaju za oknem, a teraz wydaje mi się, że ten pierwszy o trzeciej nad ranem to jakiś piekielny rydwanlaugh.

W tym, co napisałam, chodziło raczej o to, że bohater niekoniecznie musi odczuwać więcej, ale mógłby mieć bardziej sensualną wrażliwość na świat kosztem tego, że nie słyszy. W sensie zrobienie go rzemieślnikiem i opisy jego pracy manualnej i jego odczuć, to kierunek który bardzo mi tu zapunktował.

edit. Zatem biblioteka?wink

Oczywiście – nie uogólniam, po prostu błędnie założyłam, że chodziło ci o coś w stylu Marvela czy DC ;) Tak, podobno odczuwanie może się wyostrzyć. Dlatego właśnie zrobiłam z Terina kogoś, kto zajmuje się skórą, jest w tym bardzo dobry i umie się idealnie skupić na pracy. Ponadto wrażliwość na wibracje, którą mają podobno niektóre osoby niesłyszące, wzmocniłam genami matki wiedźmy :)

Edit: dzięki oidrin, dopiero ogarnęłam, że kliknęłaś ;)

Terin jest fascynujący. Jego historię opowiadasz w sposób znakomity. Przepięknie ukazujesz sposób percepcji świata przez osobę niesłyszącą. Czytając, zastanawiałem się, w jaki sposób niesłyszący uczą się znaczenia słów i funkcji liter. Ciekawi mnie, czy twoja wiedza na ten temat to efekt riserczu, czy też masz jakieś doświadczenia.

Druga część opowiadania była trochę inna w odbiorze, po części dla tego, że wprowadzasz elementy mitologii i muszę googlać, żeby zrozumieć (to zresztą, niestety przypadłość większości konkursowych tekstów), a po części przez zmianę klimatu z realistycznego na mistyczny – a to niestety nie mój klimat. Wizja jednak jest plastyczna i bardzo obrazowa, bez trudu mogę sobie zwizualizować wszystkie opisywane sceny, chociaż w warstwie znaczeniowej, niekoniecznie dla mnie zrozumiałe – ale jak wspominałem, to nie moje klimaty.

Podobało mi się i kliknął bym, gdyby było można.

fizyku cieszę się, że Terin wydał ci się fascynujący a tekst, mimo mistycyzmu, podobał się :)

Ciekawi mnie, czy twoja wiedza na ten temat to efekt riserczu, czy też masz jakieś doświadczenia.

W większości opieram się na źródłach zewnętrznych (m.in. tekstach organizacji, które zajmują się wspieraniem i objaśnianiem niepełnosprawności – w tym wypadku, braku słuchu) + odrobina wyobraźni i empatii (choć bardziej bym stawiała na zdanie specjalistów w tej materii). Bo tak jak wspomniała oidrin nie można też generalizować.

Druga część opowiadania była trochę inna w odbiorze, po części dla tego, że wprowadzasz elementy mitologii i muszę googlać, żeby zrozumieć (to zresztą, niestety przypadłość większości konkursowych tekstów)…

Całkowicie to rozumiem, dlatego starałam się ująć w tekście tylko pewne, charakterystyczne elementy i skupiłam się na tym, co najbardziej znane (przynajmniej z punktu laika, którym jestem): czyli tym, że Demeter straciła córkę. W mitologii ją odnajduje – w mojej opowieści nie. Przez to traci zmysły i zamiast rozpaczać tylko przez pół roku, rozpacza przez cały – wszystko wokół niej ginie (w mitologi Persefona wracała do męża Hadesa i wtedy na ziemi nastawała jesień i zima).

O narcyzach przeczytałam w mitologii Parandowskiego (z 1980), skąd też wzięłam ostatnie zdanie (idealnie mi się wpasowało do opowieści).

Bardzo ciekawy tekst, napisany ładnym językiem.

Szklany Anioł

pikaczu cieszę się, że się spodobało ;)

Przyjemne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki Anet, wdzięcznam za przeczytanie :)

Ciekawe opowiadanie. Kiedy napisałaś o wyprawianiu skór przez bohatera, czułam, że całość skręci w stronę horroru. ;) W tekście opisałaś praktycznie cały mit o Demeter i Korze, nie trzeba było sięgać do źródeł zewnętrznych. Tę tematykę wykorzystałaś w interesujący sposób. Aż mnie ciarki przeszły na końcu. Zastanawiam się, czy Hades i Kora nie zareagowaliby jakoś na uśmiercenie Demeter, ale to już zupełnie inna historia.

ANDO dzięki za odwiedziny i cieszę się, że wyczułaś podstęp ;) U mnie to dość częste. Jak ktoś nie ginie lub nie cierpi przez wieczność, to jest coś dziwnego. A Hades był zajęty zajmowaniem (!) Persefony, żeby nie zauważyła, że matka zmieniła formę z potężnej bogini na stylowy kubraczek.

Postawiałaś sobie karkołomne zadanie, napisać ciekawe opowiadanie bez dialogów. To bardzo, bardzo trudne. To znaczy owszem, można, ale już na starcie wiadomo, że będzie trudno. Dialog rozbija monotonię narracji, akapitów. Najczęściej przyśpiesza akcję. Stawia nas przed nieoczekiwanym, a nie jak w przypadku narracji – dokonanym. Czas dokonany znacznie osłabia emocje. Bo coś już się zdarzyło i teoretycznie czytelnik nie mam możliwości “stanąć” w środku akcji, fabuły i przygryzać paznokci, co będzie dalej.

Czy można było powyższe napisać lepiej? Pewnie tak, jak każde opowiadanie. Zawsze można zrobić coś lepiej. Myślę jednak, że dobrze wybrnęłaś z zadania. To ciekawe opowiadanie, choć nie chwytające za serce. Wrażenia osłabia trochę zbyt wolny i monotonny początek, i to chyba zauważył już ktoś przede mną. A pierwsze wrażenie jest później trudno zmienić. Tobie się udało, druga połowa opowiadania jest wyraźnie lepsza, ciekawsza i bardziej przełomowa. Bardzo ładnie rozpisałaś wrażenia i odczucia głuchego. To najlepsza część opowiadania, no, może trochę lepsze jest obdzieranie ze skóry. ;)

Myślę też, że opowiadania bez dialogów to nie mogą być opowiadania o wszystkim. Nie wszystko da się opowiedzieć w takiej formie, albo inaczej, da się opowiedzieć wszystko, tylko nie wszystko będzie równie ciekawe. Wydaje mi się, że są tematy, a raczej gatunki, które bardziej sprawdzają się w tego typu utworach, niż inne. Są to baśnie, dramaty i mistycyzm. Twój tekst można podciągnąć pod dramat, ale dla ma od dla mnie zbyt “małą” wymowę. Nie pobudza najczulszych strun.

Starałem sobie przypomnieć, czy urzekło mnie kiedyś takie opowiadanie, ale nie znalazłem w pamięci żadnego. Te, które Ci polecę mają jednak szczątkowe dialogi. Na pewno warto je przeczytać, bo wszystkie są wyjątkowe.

Baśń, najlepsza, jaką tutaj czytałem:

Cesarzowa Tilisza – Werweny

 

Dramat, który bardzo mnie poruszył:

Dom Między Wszędzie i Nigdzie – Merrin

 

I mistycyzm w wykonaniu Black_cape: Siedem wrót ki-gal

 

Życzę miłej lektury i pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie dziękuje ci za komentarz i cenne uwagi :)

Wiedziałam, że brak dialogów może być ryzykowny. Oczywiście zgadzam się, że nie wszystko wyszło dokładnie tak, jak chciałam (zawsze można coś lepiej napisać). Taki sposób narracji bardzo pasował mi do bohatera, bo całkowity brak dialogów zupełnie odcina go od otoczenia.

To ciekawe opowiadanie, choć nie chwytające za serce. Wrażenia osłabia trochę zbyt wolny i monotonny początek, i to chyba zauważył już ktoś przede mną. A pierwsze wrażenie jest później trudno zmienić.

Pierwsza część opowiadania jest monotonna (może bardziej niż zamierzałam), bo w moim zamyśle miała ona właśnie pokazywać wyobcowanie bohatera (jego statyczne, monotonne, w niczym niezmieniające się życie wypełnione ciszą, wspomnieniami i pracą) i to wszystko z jego punktu widzenia. Właśnie dlatego druga część mogła stanowić tak wyraźny kontrast, bo w końcu coś zaczęło się dziać. Zakładam jednak, że można było to zrobić lepiej i sprawniej ;) Po zakończeniu konkursu zastanowię się, jak można byłoby przerobić tę pierwszą połówkę, żeby mniej męczyła czytelnika.

Twój tekst można podciągnąć pod dramat, ale dla ma od dla mnie zbyt „małą” wymowę. Nie pobudza najczulszych strun.

Fakt, zależało mi na wskazaniu emocji, ale raczej nie celowałam w dramat ;) Raczej w dziwny rodzaj horroru, który od samego początku nie wskazuje, że nim jest. Nie mogłam tak tego otagować, bo byłby to spoiler.

Jeszcze raz dzięki za przeczytanie i opinię :)

No, mnie zaskoczyłaś końcówką:) Nie spodziewałam się że bohater zamiast pomóc, zrobi z bogini kamizelkę (z jednej strony trudno mu się dziwić, po takiej stracie matki, lecz z drugiej strony widać , że posiada wrażliwość i empatię np. tuż przed jej uśmierceniem). Zakończenie jak najbardziej pasuje i intryguje, choć nie wiem czy mi się do końca podoba:) Chyba po porostu lubię dobrze kończące się historie:). Początek rzeczywiście zbyt rozciągnięty (choć napisany bardzo ładnie). Według mnie można to wszystko na czym ci zależało (i oczywiście jest ważne dla zrozumienia bohatera) przekazać ciut krócej. Całość jednak napisana ładnie, pomysł z wibracjami dla mnie wyszedł świetnie. Gdybym mogła, dałabym klika:).

 

A tak z ciekawości, to prawdziwe imię, czy wzięte od instrumentu? Ponieważ sprawdziłam sobie i znakomicie pasuje mi to drugie.

Monique.M dzięki za przeczytanie i podzielenie się opinią :) Zerknę na ten przydługi początek.

Zakończenie jak najbardziej pasuje i intryguje, choć nie wiem, czy mi się do końca podoba:) Chyba po prostu lubię dobrze kończące się historie:).

Z kolei ja nie lubię oczywistych i jednoznacznie dobrych zakończeń. W końcu nic nie jest czarno-białe. Poza tym tu w pewnym sensie jest dobre zakończenie, ale dla naszego bohatera (i w sumie tylko dla niego): w końcu zdobył siłę i odwagę, aby poznać świat. Terin faktycznie ma w sobie dużo współczucia, ale Demeter nie dało się pomóc. Zwariowała i miłosierdziem było zabicie jej. Może teraz zyska trochę spokoju.

A tak z ciekawości, to prawdziwe imię, czy wzięte od instrumentu? Ponieważ sprawdziłam sobie i znakomicie pasuje mi to drugie.

Dobrze celowałaś: imię stworzyłam na podstawie instrumentu. Terin jest trochę jak on ;) A zaznaczony fragment opisuje, jak brzmi ten instrument.

Podczas pracy nucił cicho nowo poznaną melodię. I, mimo że widział okropne dźwięki, które wydobywały mu się z ust – obraz rozchwianej piły z domieszką zawodzącej kobiety, to nie zamierzał przestać.

Edit: i chyba właśnie zgłosiłam własny komentarz… głupi telefon :/

Dopiero teraz, kiedy jeszcze raz przeczytałam Twoją przedmowę, zobaczyłam linka do instrumentu cheeky.

Co do jego miłosierdzia to pewnie bym się zgodziła, zwłaszcza że Demeter była po prostu śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi, ale zrobienie z niej kamizelki surprise. Czy powstaną dalsze losy Therina? To mogłoby być interesujące. Czy będzie wykorzystywał swoje stare i nowe moce w dobry sposób czy wręcz przeciwnie. I gdzie los by go posłał:).

Co do jego miłosierdzia to pewnie bym się zgodziła, zwłaszcza że Demeter była po prostu śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi, ale zrobienie z niej kamizelki surprise.

Współczucie, współczuciem… ale tylko tak Terin był pewien, że będzie w stanie zachować moc Bogini. W końcu tym się zajmował, a po matce odziedziczył trochę mocy i zdolności, by mu się to udało. On współczuł Demeter, ale inni ludzi są mu obojętni. Poza tym ona (znaczy się kamizelka) nadal stanowi dla nich zagrożenie:

Podobała mu się ta melodia i mało go obchodziło, że wszystkim innym niosła śmierć w męczarniach.

Na szczęście Demeter w tej formie raczej świadomości nie zachowała – pozostała tylko moc.

Czy będzie wykorzystywał swoje stare i nowe moce w dobry sposób czy wręcz przeciwnie. I gdzie los by go posłał:).

Myślę, że przy jego zdolnościach i mocy nie chciałabym być wtedy w pobliżu ;) Dość upiorny z niego turysta.

Fajnie to ujęłaś: upiorny turysta :)

Nowa Fantastyka