- Opowiadanie: Sonata - Dwie pętle

Dwie pętle

Opowiadanie uczestniczy w konkursie „Granice Nieskończoności”.

Jeśli podoba Ci się ta inicjatywa, rozważ darowiznę na Fundację Wspierania Ratownictwa RK: https://fb.com/FundacjaRK/about/ (dane na dole strony).

 

Betowali: CM, japkiewicz i Mersejk. Bardzo dziękuję za wasze rady i wskazówki, panowie!

 

29.06: trochę większa poprawka – lekko przebudowane dwa pierwsze akapity.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dwie pętle

Świt rozlewał się po asfalcie, owiewany ciszą. Róża wyobrażała sobie, jak niewidzialne spirale i ósemki uderzają w bariery przy chodniku, rwąc się na strzępy. Wśród wiatru słyszała cichy oddech. Chuda kobieta tuląca białą poduszkę była ciepła, jej jasny strój falował. Spała. 

Róża nie mogła zostać. Wsiadła na rower i gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, zjechała z wiaduktu, jak zwykle się oglądając. Kobieta śpiąca u jego szczytu, na środku drogi, była blada, a cienie pod oczami i kościami policzkowymi z tej odległości wydawały się czarne jak jej rzadkie włosy. 

Niedaleko wiaduktu stała zielona tablica. Oczy, dawno przywykłe do półmroku, pozwoliły odczytać nazwę wsi: „Czyżeminek II,I”. Znak wskazywał gęstą ścianę drzew. Las był wszechobecny, świerki i sosny górowały dumnie nad dębami, kryjąc Różę przed światem, w którego istnienie coraz bardziej wątpiła. Przemknęła obok świeżych róż czerwieniących się pod kapliczką na drzewie i popędziła dalej. Słońce wznosiło się coraz wyżej, nieśmiało wydobywając z liści i mchu odcienie zieleni.

– Co mam zrobić? – zapytała głośno dziewczynka. 

Ta, do której skierowała pytanie, nie zjawiła się. Za znakiem ustalającym pierwszeństwo nie było skrzyżowania, jedynie droga zaczęła zataczać łuk. Róża pędziła, a wiatr podwiewał jej sukienkę, lecz dziewczynka nie zwracała na to uwagi. Tu, wśród panoszącej się wszędzie pobrzaskowej ciemności, nie było nikogo. 

Ulica na powrót stała się prosta. Z wysokiego dębu sfrunęła sowa i przeleciała tuż przed Różą, która musiała ostro zahamować. 

– Powinnaś przestać! Naturą rzeczy jest parcie do przodu! – zahukał ptak. Po obu stronach dzioba miał ciemne pióra kontrastujące z jasnym upierzeniem. Łopocząc skrzydłami, zagłębił się w gąszczu rozmigotanych liści brzózek. 

Ten odcinek drogi był popękany jak sucha ziemia; rower boleśnie podskakiwał na wybojach. Róża widziała w oddali tunel pod wiaduktem. Powoli do niego dotarła. Słońce wypełzło już zza horyzontu, jednak szarość nie zniknęła zupełnie; ten las, ze swoim ubogim zasobem barw, wiecznie był w niej pogrążony. Dziewczynka przejechała tunelem i znów wpadła w ramiona drzew. Prowadziła ją jej własna droga. 

Zwykle lubiła lasy, ale ten był inny, nie pachniało tu mchem ani sosnowymi igłami, w powietrzu unosił się za to zapach rozkładu, a także czegoś chemicznego, szpitalnego. Ta woń przyprawiała Różę o dreszcze. 

Zza pni wychynęła tabliczka sygnalizująca, że tu znajduje się osada rybacka, za znakiem były jednak tylko zarośla. Tablica nie pasowała do tego miejsca, jakby zawsze towarzyszyły jej inne obiekty, a teraz została sama, wyłącznie jako złowrogi symbol. Sowa powiedziała kiedyś, że symbole i alegorie są ognikami na ciemnej drodze poznania świata. 

Las wiódł Różę wśród zapadającej szarości, z drzew znikały martwe zielenie, ustępując miejsca czerni. Droga znów zatoczyła łuk i teraz dziewczynka jechała prosto do wzniesienia widocznego na końcu leśnego tunelu. Z boku wyłonił się drewniany płot, za nim na uklepanej ziemi stał kosz. Parking wyglądał jak urwany, miał tylko jedno miejsce, dalej pochłaniał go gąszcz sosen, dębów i krzaków. 

Zaczęła wjeżdżać na wiadukt. Świtało, słońce kryło się tuż za linią horyzontu. Rower zajęczał, zadygotały wątłe dziewczęce mięśnie; droga pod górę ciągnęła się bez końca. 

Szczyt wiaduktu. Róża zsiadła z roweru i położyła się za ciemnowłosą kobietą. Czuła jej ciepło, słyszała bicie serca. Zamknęła oczy, nogi położyła za szczupłymi stopami w białych lakierkach. Kiedy czubek słonecznej tarczy wyłonił się zza krańca Ziemi, wstała. Chęć i przymus. 

Przejechała obok znaku wskazującego drogę donikąd, zbliżając się do kapliczki. Czy ktoś teraz myślał o Róży? Nie, tam na pewno nie istnieli żadni ludzie, tylko nieskończony las. Ale to nieistotne. Ważne, że nie była samotna. Pod kapliczką stały białe róże. Widząc je, dziewczynka przyspieszyła. Dostrzegła, że z pobliskiego świerku obserwuje ją sowa. 

– Pomóż mi – zawołała Róża. Ptak nie odpowiedział. 

Zatrzymała się i zeszła z drogi. Wiedziała, że nie może, ale i tak usiadła. Skuliła się na mchu i zamknęła oczy. To jej wina, tak bardzo nie chciała… 

Wybuchł szum, a ziemia zadrżała. Róża uchyliła powieki. Mała gałązka chlasnęła ją w policzek. Drzewa się trzęsły. Spod mchu rozlegały się gumowate dźwięki napinanych korzeni. Z donośnym chrupnięciem pnie wystrzeliły z ziemi. Lewitowały przez chwilę niespokojnie, po czym zaczęły kiwać się na boki. Wielkie sosny i niskie świerki, krzaczki i młode sadzonki – wszystkie wywijały w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, zderzając się niczym szaleni tancerze. Drgania ziemi były tak silne, że Róża podskakiwała, z dołu rozlegał się przeciągły ryk. Wstała i wsiadła na rower dopiero, gdy prawie uderzył ją w głowę coraz bardziej rozbujany pień dębu.

Kiedy pędziła, drzewa powoli zamierały, a ich korzenie zanurzały się z powrotem w ziemi. Przejechała pod wiaduktem. Ryk ucichł. 

– Prosisz o pomoc, choć jej nie chcesz. Tylko ty możesz sobie pomóc – oznajmiła śpiewnie sowa. Róża rozejrzała się, lecz nie mogła wypatrzyć stworzenia. – Pozwól jej… 

– Nie! Ja… – Dziewczynka potrząsnęła głową. 

Minęła parking, po czym wróciła na wiadukt, do kobiety. Słońce jeszcze się nie wynurzyło, lecz łuna nad wschodem sygnalizowała, że jest blisko. Róża położyła się i wstała, gdy na świat padły pierwsze promienie słoneczne.

 

*** 

 

Znak, kapliczka z niebieskimi różami, urojone skrzyżowanie, osada rybacka, parking. Wiadukt. Jechała jedyną drogą, na której nie była samotna. 

 

*** 

 

– Nie możesz tak wiecznie. – Sowa siedziała na barierce, łopocząc jasnymi skrzydłami. 

– Nie chcę… być sama – załkała Róża. 

– Musisz. Wszystko się kiedyś kończy. Pozwól… 

Dziewczynka usiadła przed kobietą, by patrzeć na jej twarz. 

– Pozwól mi – dokończyła sowa i zniknęła. 

Róża przytuliła mocno matkę. Słońce wynurzyło się całkowicie, potem uniosło nad horyzont, lecz dziewczynka nie wstawała. Z oddali dobiegał ryk powstających rzeczy, otwierających się granic lasu, a ona przypominała sobie, jak kiedyś jeździły tu razem na rowerach i później, jak już tylko Róża jechała, a matka szła obok, nie mając siły pedałować. Gdy wycie ucichło, dziewczynka złożyła jej bezwładną głowę na poduszce. Kobieta już nie spała. 

Tym razem Róża się nie obejrzała. Minęła tablicę wskazującą drogę po prawej, w oddali przejechał samochód. Gdy dotarła do skrzyżowania za znakiem, skręciła. Za nią zadrżały płatki czarnych róż ułożonych pod kapliczką. Sowa z ciemnymi piórami po bokach dzioba, siedząca nad daszkiem, pogrążyła się wreszcie we śnie. 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem.

Na początku zacząłem notować wszystkie bezsensowne elementy. Dopiero po szóstym zorientowałem się, że to ja szukam sensu tam, gdzie go intencjonalnie być nie może.

Potem pomyślałem “Ktoś, coś brał i to było mocne. Nie wiem jeszcze czy autorka, czy bohaterka”.

Na koniec pozwalasz czytelnikowi zerknąć do świata Róży i każesz mu przeczytać tekst raz jeszcze.

Ale to już jutro. 

Sonato, przeczytałam i wydaje mi się, że rozumiem. ;)

 

Przede wszystkim podobał mi się sposób, w jaki opisałaś drogę, pokonywaną przez Różę. Bardzo ładnie, obrazowo i klimatycznie. Stopniowo wplotłaś do tekstu znaki, wyjaśniające czym jest ta droga, kim jest sowa i kim jest kobieta. Zmieniające się kolory róż, albo ten fragment: 

 

Zwykle lubiła lasy, ale ten był inny, nie pachniało tu mchem ani sosnowymi igłami, w powietrzu unosił się za to zapach rozkładu, a także czegoś chemicznego, szpitalnego. Ta woń przyprawiała Różę o dreszcze. 

 

O, i to jest ładne, jak piszesz, że droga prowadzi donikąd, nigdzie nie ma ludzi, a pod koniec, kiedy dziewczynka już nie ogląda się za siebie, pojawia się samochód. Powrót do rzeczywistości? Pogodziła się ze stratą? Tak to sobie zinterpretowałam. 

 

Między wierszami, subtelnie, dajesz czytelnikowi do zrozumienia, o co chodzi. Ja osobiście lubię takie zabiegi. Fakt, że na początku człowiek może być nieco zdezorientowany, ale im dalej, tym jaśniej. 

Językowo bardzo ładnie, czytałam bez potknięcia. 

 

Słońce wznosiło się coraz wyżej, nieśmiało wydobywając z liści i mchu odcienie zieleni, jednak wciąż niepodzielnie panowała szarość.

Tu, wśród panoszącej się wszędzie ciemności, nie było nikogo. 

Trochę mnie te fragmenty zbiły z tropu. Skoro słońce wydobywa z liści odcienie zieleni, to szarość nie panuje niepodzielnie, a skoro szarość panuje niepodzielnie, to gdzie ta ciemność się panoszy?

Ogólnie dużo w tym tekście szarości i ciemności, a potem słońca i znów szarości. 

wzniesienia

literówka

 

 

Hmm… mam odczucia podobne co fizyk111, chyba będę musiał drugi raz – za jakiś czas – przeczytać, by w pełni wyrobić sobie opinię. Na razie powiedzieć mogę tyle, że tekst jest ładnie napisany, podobały mi się niektóre opisy, tam, gdzie nie skupiałaś się na kolorach. Szpitalny zapach sugeruje, że od początku wiedziałaś, dokąd zmierzasz – to dobrze. Może popracowałbym nad tym wprowadzeniem kobiety do tekstu. Wiem, co chciałaś osiągnąć, ale mimowolnie odczułem tam zgrzyt. 

Moje zdanie już znasz, ale powtórzę gwoli podsumowania:

Bardzo plastyczne opowiadanie, z interesującym podejściem do konkursowego zagadnienia. Wrażenie nieuchronności jest odpowiednio duszące i dobrze oddaje atmosferę rozpaczy i straty. Wstawiane niby mimochodem alegoryczne obrazki też dodają charakteru. Scena oburzonej natury jest imo najsilniejszym atutem całości.

Fizyku, dziękuję za podzielenie się opinią i cieszę się, że tekst zainteresował na tyle, żeby chcieć przeczytać raz jeszcze. 

Potem pomyślałem “Ktoś, coś brał i to było mocne. Nie wiem jeszcze czy autorka, czy bohaterka”.

Dlatego dałam tag: weird fiction :)

 

Saro, dziękuję i cieszę się, że się podobało. Dobrze zrozumiałaś, samochód sygnalizował powrót do rzeczywistości i pogodzenie się też tam było.

 

Gekikaro, dziękuję za komentarz i wskazanie niezręczności językowych, które już poprawiłam. Cieszę się, że tekst zaciekawił na tyle, że deklarujesz chęć przeczytania raz jeszcze.

 

Japkiewiczu, dziękuję za podsumowanie!

Bardzo symboliczny tekst, który trzeba czytać kilka razy, żeby przejść przez wielość warstw znaczeniowych. Podoba mi się oniryczność, plastyczność opisów i takie ładne ujęcie tego, jak na poziomie podświadomości trudno poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby. Las symbolicznie i na poziomie soczystości opisu też wypada tu ciekawie. smiley Mam nadzieję, że na polecenie wystarczy. 

Hmmm. Nie zrozumiałam. Słabo trawię oniryzm i symbolizm, więc zdecydowanie nie jestem targetem.

Babska logika rządzi!

Bardzo piękny i trafny opis żałoby po śmierci bliskiej osoby. Mam wrażenie, że nie do końca oczekiwanej. Te przejazdy, ze zmieniającymi się za każdym razem detalami (kolor róż), przywodzą mi na myśl takie zastanawianie się: a gdybym to, tamto… Sowa skojarzyła mi się z duszą matki. Z jednej strony Róża chce wrócić do świata, ale z drugiej wydaje jej się, że nie może przestać myśleć o matce, bo to oznacza konie świata, jaki zna.

Cieszę się, że dziewczynce udało się wyrwać z pętli, bo znam takie osoby, utknęły w niej na zawsze.

Ode mnie kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Podoba mi się ten moment, w którym dziewczynka pędzi na rowerze, a tu przed nią pojawia się sowa, co sprawia, że dziewczynka musi się nagle zatrzymać. I wtedy sowa wygłasza przewrotną kwestię:

– Powinnaś przestać! Naturą rzeczy jest parcie do przodu! przewrotną, bo przecież dziewczynka pędzi, tyle, że nie do przodu, prawda?

 

Zwróciłam także uwagę na tę scenę, gdy dziewczynka zsiada z roweru, ziemia zaczyna drżeć, drzewa stają się niespokojne, a gdy ponownie wsiada na rower, wszystko się uspokaja.

Jechała jedyną drogą, na której nie była samotna.

 

Bardzo smutne to było, Sonato, a zakończenie piękne. 

Kobieta już nie spała. Tym razem Róża się nie obejrzała.

 

polecam do biblioteki koniecznie!:-)

Oidrin, dziękuję za komentarz. Szkoda, że trzeba czytać kilka razy, ale cieszę się, że ogólnie się podobało :)

 

Finklo, no cóż, szkoda, że nie zrozumiałaś, ale dziękuję za odwiedziny!

 

Irko, dziękuję. Cieszę się, że się podobało i że dobrze zinterpretowałaś :) No, niestety, niektórzy się nie wyrywają z tej pętli…

 

EDIT

Olciatko, dziękuję za komentarz i super, że uznałaś zakończenie za piękne :)

Hej, chyba coś źle się wyraziłam, bo chodziło mi o komplementwink. W sensie, że tekst można rozpatrywać na wielu warstwach znaczeniowych i przy każdej lekturze odkryć coś nowego, co przy onirycznej stylizacji jest bardzo pożądane. 

W sensie, że tekst można rozpatrywać na wielu warstwach znaczeniowych i przy każdej lekturze odkryć coś nowego, co przy onirycznej stylizacji jest bardzo pożądane. 

A, no to dobrze :)

Moją opinię już znasz, więc wrzucę tylko ze dwa zdania i zmykam.

Ładne, obrazowe opowiadanie o pewnej elastyczności interpretacyjnej oraz konkretnym, metaforycznym pomyśle na realizację tematu konkursu.

Przy tym opowiadanie potrafi dostarczyć fajnej zabawy interpretacją i rozumieniem tekstu. I robi to, jak już pisałem, na uczciwych zasadach. Interpretacja nie przychodzi wprost, ale tekst jak najbardziej daje się zrozumieć. Wszystko opiera się tu na zabawie “w odkrywanie”, bo z każdym kolejnym czytaniem obraz robi się coraz jaśniejszy i składane elementy coraz lepiej do siebie pasują.

Dobra, wyszły nawet więcej niż dwa zdania. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Tekst przemyślany i dopracowany, to się czuje. Przy tym zostawia czytelnikowi pewną swobodę interpretacyjną, z czego niektórzy, jak widać, skwapliwie korzystają.

Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła Sowa. Dla niej samej tekst wart klika :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ładne, nastrojowe opowiadanie pełne symboli. Odczytałam je jako powracanie w nieskończoność do jakiegoś zdarzenia z przeszłości, związanego z matką, które nie pozwala Róży cieszyć się własnym życiem. Plastycznie opisana jazda rowerem, interesująca postać sowy i ciekawe wykorzystanie konkursowego hasła.

Hejka! 

No może to nie będzie pożądany przez Ciebie komentarz, ale… nie załapałem :D 

No ładne te opisy i ogólnie stylowo też na plus, ale po prostu ze zrozumieniem problem. 

Tak myślałem, komentować, czy nie? Bo mało mam do powiedzenia, ale jednak pozostawiłem po sobie ślad. 

Następnym razem postaram się lepiej ;D

Pozdrawiam! 

 

Przeczytałem nawet kilka razy.

I niestety nadal pozostaję jak dziecko we mgle, bowiem nie rozumiem symboli. Łapię oczywiście ogólny przekaz, ale przecież wiem, że całe piękno tego tekstu musi leżeć w symbolach.

 

Nawet ze śmiercią matki mam problem. Bo z jednej strony wiadukt, parking, skrzyżowanie I biała poduszka wydają się sugerować wypadek – jednak z drugiej mamy zdanie “kiedyś jeździły tu razem na rowerach i później, jak już tylko Róża jechała, a matka szła obok, nie mając siły pedałować.”, sugerujące, że to jednak choroba (biała poduszka też tu pasuje, a dodatkowo mamy szpitalny zapach).

 

I z lasem to samo. “„Czyżeminek II,I”. Znak wskazywał gęstą ścianę drzew.”. Chyba powinienem łapać, ale nie łapię. Las kryje Różę przed światem. “z drzew znikały martwe zielenie, ustępując miejsca czerni.” Las się zbuntował, gdy Róża się zatrzymała. Mój intelektualnie wyprofilowany umysł ścisłowca, podpowiada mi, że las może być symbolem ludzi/społeczeństwa otaczających Różę – ale ta odpowiedź nie jest prawdziwą odpowiedzią, tylko pytaniem zadanym autorowi z dziecięcą prośbą w oczach “powiedz, powiedz, że mam rację”.

Wiem, że starasz się poprowadzić czytelnika pisząc:

Znak, kapliczka z niebieskimi różami, urojone skrzyżowanie, osada rybacka, parking. Wiadukt. Jechała jedyną drogą, na której nie była samotna.

Tylko, że ja nawet nie wiem, czy mam traktować te elementy drogi dosłownie, jako punkty, które mijała z matką w trakcie spacerów, czy też alegorycznie I doszukiwać się ukrytego znaczenia w każdym z nich.

Jak widzisz gubię się już na podstawowym poziomie, a przecież pozostają jeszcze: 

– spirale i ósemki 

– róże pod kapliczką

– białe lakierki

– kosz na śmieci

– jedno miejsce na parkingu

Że o sowie nie wspomnę.

 

Ale wiesz co? Mam wrażenie, że Twoje opowiadanie I tak jest dla większości czytelników łatwiejsze w interpretacji niż moje. :)

Klika już nie potrzebujesz, ale wiedz, że teraz bym dał, bo pięknie napisane i na bogato.

Ojej, jak mi się to podobało… Choć to może nie jest dobre słowo, bo treść mnie boli, ale… no czuję ten tekst, bardzo. Świetnie to napisałaś. 

W ogóle ciekawie się obserwuje własną reakcję czytelniczą – początek, kiedy nie wiedziałam, czego się spodziewać, przeleciałam szybko, ale już po kilku zdaniach pojawiło mi się w głowie “stop, wracamy do pierwszych słów i jedziemy jeszcze raz, to będzie płynąć”. No i popłynęłam z tymi wszystkimi obrazami, pędzącą Różą, szarościami, lasem, słońcem, co wstać nie może… Głównego motywu się domyśliłam, a potem przeczytałam jeszcze raz, coby wyłapać smaczki, takie jak: 

 

(…) kryjąc Różę przed światem, w którego istnienie coraz bardziej wątpiła. – piękne <3 

 

– Co mam zrobić? – zapytała głośno dziewczynka. 

Ta, do której skierowała pytanie, nie zjawiła się.

→ ten fragment ;( dziecko, które zawsze miało do kogo się zgłosić o poradę, zawsze był ktoś, kto wiedział co robić….a tu nagle cisza. 

 

Kiedy czubek słonecznej tarczy wyłonił się zza krańca Ziemi, wstała. Chęć i przymus. 

(…) 

Słońce jeszcze się nie wynurzyło, lecz łuna nad wschodem sygnalizowała, że jest blisko. Róża położyła się i wstała, gdy na świat padły pierwsze promienie słoneczne.

 

→ ta “chęć i przymus”, wstawaj Różo od niej, nie leż tak, nie poddawaj się! 

 

– Pomóż mi – zawołała Róża. Ptak nie odpowiedział. 

→ borze gęsty, znowu to dziecko woła i odpowiada mu tylko cisza :( 

 

Zatrzymała się i zeszła z drogi. Wiedziała, że nie może, ale i tak usiadła. Skuliła się na mchu i zamknęła oczy. To jej wina, tak bardzo nie chciała… 

→ tu się podpytam: jej wina? Moje rozumienie jest takie, że po prostu dziecko jest tak przytłoczone, że się obwinia, choć nic nie zrobiło. Czuje się tak bardzo źle, nie godzi się na taki obrót spraw, więc szuka winy w sobie. Bardzo mnie kusi, żeby pomęczyć Cię o odpowiedź co się stało… Widziałam, że ktoś sugerował wypadek, na co ja w ogóle nie wpadłam, bo dla mnie zapachy szpitalne, rozkład, zmęczenie uniemożliwiające jazdę na rowerze, cienie pod oczami i przerzedzone włosy są jednoznaczne z chorobą, ale może to był i wypadek? No chce mi się dopytać o tę winę Róży, o przyczynę śmierci ale w sumie to nie powinnaś mi odpowiedzieć :D Bo chyba o to chodzi, że ma być mnogość interpretacji. Ładne to, ładne. 

 

No i opis burzącego się lasu, jak mi się to podobało! Te wszystkie: chrupnięcia lewitowania pni, trzaski i ryki, to chlasnęło w policzek, gumowate dźwięki napinanych korzeni… Oj bardzo mi to wszystko siadło <3 

 

Na pewno wielu drobnych sygnałów nie zrozumiałam, dopiero po przeczytaniu komentarzy zaczęłam się nad nimi zastanawiać – kosz albo białe lakierki symbolizują coś konkretnego? – ale w ogóle nie przeszkadzało mi to w odbiorze, myślę, że nawet pomogło zanurzyć się w niezrozumiałym, nielogicznym i pełnym lęku smutnym świecie Róży. 

 

Ta klamerka:

Wsiadła na rower i gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, zjechała, jak zwykle oglądając się przez ramię

… by później:

Tym razem Róża się nie obejrzała. 

 

I takie jasne zakończenie, w którym powraca nawet zagubione skrzyżowanie.

 

Piękny tekst, dziękuję i trzymam kciuki! :) 

 

(Na koniec: nie wiem czy znasz, ale muszę przywołać tę piosenkę.) 

CMie, dziękuję za “dwa zdania” komentarza :)

 

Tsole, dziękuję za odwiedziny i klika!

 

ANDO, w zasadzie to jest powracanie do momentu śmierci matki. Super, że się podobało i dziękuję za komentarz!

 

NearDeath, nie przejmuj się, nie Ty jeden! Szkoda, że nie zrozumiałeś, ale dziękuję za odwiedziny!

 

Fizyku, dziękuję za ponowne przeczytanie! Postaram się rozwiać niektóre Twoje wątpliwości na tyle, na ile mi pozwoli moje pisarskie sumienie.

Nawet ze śmiercią matki mam problem. Bo z jednej strony wiadukt, parking, skrzyżowanie I biała poduszka wydają się sugerować wypadek – jednak z drugiej mamy zdanie “kiedyś jeździły tu razem na rowerach i później, jak już tylko Róża jechała, a matka szła obok, nie mając siły pedałować.”, sugerujące, że to jednak choroba (biała poduszka też tu pasuje, a dodatkowo mamy szpitalny zapach).

Tak, chodzi o chorobę, chociaż w pierwszej wersji tego opowiadania chodziło o wypadek, ale zmieniłam. Miałam na uwadze, że wiadukt, ulica itp. mogą kojarzyć się z wypadkiem, dlatego dałam pod koniec wzmiankę, że to było miejsce rowerowych wycieczek Róży z matką, żeby miejsce miało jakieś znaczenie.

Mój intelektualnie wyprofilowany umysł ścisłowca, podpowiada mi, że las może być symbolem ludzi/społeczeństwa otaczających Różę – ale ta odpowiedź nie jest prawdziwą odpowiedzią, tylko pytaniem zadanym autorowi z dziecięcą prośbą w oczach “powiedz, powiedz, że mam rację”.

Nie wszystko jest znaczące w tym opowiadaniu, las jest tu znowu po prostu jako miejsce, w którym kiedyś Róża dużo przebywała z matką.

Co do różnych elementów mijanych na drodze, są one punktami orientacyjnymi w pętli i mają sygnalizować, że stało się coś dziwnego, coś się pomieszało, coś zniknęło, jak np. jest znak, ale nie ma skrzyżowania, parking jest urwany – trochę element grozy chciałam wprowadzić, też te zmienne kolory róż miały wyglądać groźnie.

– spirale i ósemki 

No, bo jak wygląda droga, którą Róża się porusza? Jaki ma kształt, widząc z góry? :) 

A białe lakierki to po prostu białe lakierki, chociaż wzięłam je z mojej inspiracji teledyskowej (link w odpowiedzi do Koimeody). 

Mam nadzieję, że teraz jest nieco jaśniej i cieszę się, że próbowałeś wgłębić się w opowiadanie! 

PS Chyba nie zauważyłeś mojego komentarza pod swoim opowiadaniem :c

 

Koimeodo, dziękuję za taki pozytywny komentarz i cieszę się, że Ci się spodobało.

u się podpytam: jej wina? Moje rozumienie jest takie, że po prostu dziecko jest tak przytłoczone, że się obwinia, choć nic nie zrobiło. Czuje się tak bardzo źle, nie godzi się na taki obrót spraw, więc szuka winy w sobie. Bardzo mnie kusi, żeby pomęczyć Cię o odpowiedź co się stało… Widziałam, że ktoś sugerował wypadek, na co ja w ogóle nie wpadłam, bo dla mnie zapachy szpitalne, rozkład, zmęczenie uniemożliwiające jazdę na rowerze, cienie pod oczami i przerzedzone włosy są jednoznaczne z chorobą, ale może to był i wypadek?

Mi bardziej chodziło o tą sytuację, w jakiej się znalazła, że jeździ w nieskończoność, a matka w nieskończoność umiera, bo Róża nie chce, by umarła. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jak napiszę “to jej wina” i dam wielokropek, to na pewno wszyscy domyślą się zaraz, o co chodzi :D Ale tu miało być pewne niedopowiedzenie i można je było interpretować tak jak ja, albo jak obwinianie się (bo przecież jak ktoś bliski umiera, to zjawisko obwiniania się jest częste). Nie był to wypadek, choć w pierwotnym zamyśle tak właśnie było, ale później zmieniłam na chorobę jednak.

Na pewno wielu drobnych sygnałów nie zrozumiałam

Myślę, że jednak większość zrozumiałaś, zresztą wcale nie musiałaś rozumieć tak, jak autor miał na myśli :)

(Na koniec: nie wiem czy znasz, ale muszę przywołać tę piosenkę.) 

Nie znałam, ale podobieństwo jest zarówno w tekście, jak i w teledysku :) Ja inspirowałam się tym video w kreacji bohaterek:

https://www.youtube.com/watch?v=5gHGIY1Q-yU

I też luźno tym oraz oczywiście piosenką.

https://www.youtube.com/watch?v=e80qhyovOnA

Dziękuję za odpowiedź :) Przeczytałam, co pisałaś do przedmówców – czyli faktycznie niepotrzebnie dogrzebywać się ukrytych znaczeń we wszystkich symbolach. Do mnie przemawia to, że niektóre są wplecione czysto światotwórczo i dla klimatu. 

Twoja interpretacja winy – rozumiem, ma to jak najbardziej sens. 

Co do piosenek – fajna inspiracja! Jest i sowa :D Dla mnie ten tekst Groniec jest bardzo w punkt, szczególnie końcówka, w której zapętlony refren (jak historia Twojej Róży) nagle się urywa bo znika z niego postać matki.

Mam problem z ekspozycją, bo pokazujesz na początku: Różę, kobietę tulącą poduszkę, dziewczynę i chudą śpiącą. I ja nie wiem, czy to dwie, trzy, czy cztery różne postaci. Wybija mnie też z rytmu to stwierdzenie ‘[dziewczynka] zjechała’ – domyślam się, że chciałaś uniknąć “zjeżdżania w dół”, ale została jakaś niepełna fraza, mnie kojarzącą się ze slangowym “zjazdem”.

Pogubiłem się też w tej wędrówce słońca, nie wiedziałem czy mrok utrzymujący się po świcie to celowy zabieg, czy pomyłka przy późniejszej edycji tekstu. Bo ta jazda w kółko jest wystarczająco mocna, słońce mogłoby do niej pędzić szybciej czy nawet cofać się, ale takie losowe skakanie po niebie to już, w moim odbiorze, o jedno dziwactwo za daleko.

Opisy rzeczywiście ładne, choć “gumowaty” dźwięk nie przekonuje ;)

“Kobieta już nie spała” – najlepsze.

Coboldzie, bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz! Miałam wielki problem z tym początkiem i robiłam, co mogłam, ale najwyraźniej się nie udało. Kobieta nie ma imienia i nie chciałam jeszcze mówić, że jest matką Róży, więc wprowadzenie jej było bardzo trudne… Przebudowałam teraz te dwa pierwsze akapity, żeby było jaśniej, niestety kosztem powtórzeń. Co do słońca, to myślę, że wszystko w porządku. Tuż po świcie w lasach jest ciemno, o to mi chodziło, chociaż też niezupełnie ciemno, więc zamieniłam na “półmrok”, a przy “ciemności” dodałam “pobrzaskowej”. “Zjazd” też poprawiłam.

niestety kosztem powtórzeń

Trochę demonizujemy te powtórzenia, zwłaszcza w przypadku imion bohaterów. Otwórz choćby “Kubusia Puchatka” na dowolnej stronie ;)

No niby tak, ale jak ja piszę tak średnio, to staram się, żeby chociaż powtórzeń nie było :)

Ładny tekst, przyjemnie tajemniczy i klimatyczny. Warsztatowo porządny. Na początku nie wiedziałam, tak jak cobold, czy mowa o jednej kobiecie, czy o wielu, ale szybko te wątpliwości zostały rozwiane. Podoba mi się klimat i sowa.

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dziękuję za pozytywne słowa. Oj, czyli nie do końca udało mi się poprawić te zdania, ale trudno, będę musiała na przyszłość pamiętać, by ważni bohaterowie mieli jakieś imię albo chociaż nazwę, a nie tylko “kobieta” :)

Widziałam w wielu książkach taki zabieg – nie wiem, czy dobry, czy nie, ale na pewno ułatwiający zrozumienie – że jeśli nie chciało się komuś lub czemuś nadawać nazwy, pisało się po prostu przeciętne słowo wielką literą – Kobieta. Może to jest jakieś rozwiązanie :D

Zostaw ten żyrandol.

No niby można, ale coś mi kobieta dużą literą nie pasuje do tego opowiadania, już chyba lepsze by było imię :)

Ładne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dziękuję, Anet i cieszę się, że ładne :)

Podobało mi się na poziomie pomysłu i koncepcji napisania. Bardziej tekst odczułam, o czym jest, niż zrozumiałam z liter. I kto to mówi – osoba, która kreśli słowa w jakimś tajemnym języku, zrozumiałym tylko dla siebie, więc może weź to w gruby nawias.

Żałoba, pamięć, niemożność uwolnienia się, wieczne uwikłanie, skazanie, wstęga Möbiusa. Bohaterka się wyrwała, zostawiła ten las, miejsce, czas za sobą. Podobały mi się słowa, zdania i sowa. Kłopot miałam z postaciami i punktami, które się powtarzały, wskazując na zapętlenie, probowałam je uchwycić i trochę mi się wymykały.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się, że podobały Ci się zdania i sowa :) Szkoda, że punkty się wymykały, już za późno, żeby to naprawić, ale będę pamiętać na przyszłość.

Nowa Fantastyka