- Opowiadanie: Outta Sewer - Zbiór dusz. Malcolm

Zbiór dusz. Malcolm

Jest to jedno z trzech opowiadań wprowadzających do stworzonego przeze mnie świata, w którym ludzie posiadają jak najbardziej realne dusze, uwalniające się z oków ciała po śmierci. Są jednak wśród ludzi także Bezduszni, jednostki nie posiadające dusz, ale widzące esencje innych i potrafiące je wykorzystywać. To opowiadanie skupia się na Zakonie, którego członkowie wierzą w koncepcję Boskiej Szansy.

 

Będę wdzięczny za wszelkie uwagi dotyczące mojej pisaniny. Pozdrawiam i z góry dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie poniższego tekstu.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zbiór dusz. Malcolm

Przemyślenia torturujące swym niespiesznym rytmem kolejne sekundy były częścią oczekiwania. Tak robiło się kiedyś, zanim nastała era elektronicznych urządzeń wypychających kieszenie i opinających nadgarstki. W tamtych czasach cel pozostawał jasny, wzrok nieskupiony na cyfrowych wykwitach ekranów a kciuki niezajęte błądzeniem po gładkich taflach dotykowych powierzchni. Myślenie jest czynnością symultaniczną z oczekiwaniem, niezamazującą prawdziwego celu procesu. I chociażby myśli zawsze zaczynały swój bieg z tego samego miejsca, to ich meta mogła znajdować się za każdym razem gdzie indziej. Odpalając kolejnego papierosa, Turk układał w głowie myśli w ciąg sennych skojarzeń.

 

Jesienne noce cechują się chłodem. Noc sączy chłód w ciała i dusze tych którzy decydują się na zatopienie się w wilgotnym mroku w oczekiwaniu na dzień; na sen; na ciepły dotyk nadziei że ciemność złoży swój amorficzny łeb pod topór dnia. Ale i dnie pełne są melancholii, kiedy świat traci swe ciepło, a nadzieja napotyka na swej drodze nieuchronną świadomość lodu zimowych depresji. W tym czasie dusza pełna jest niepokoju. Ale jeśli nie ma się duszy i jest się tego boleśnie świadomym, pozostaje tylko czekanie na następny świt, którego blada poświata wypala powidok straconych godzin w umyśle człowieka skazanego na trwanie w bełkocie otaczającego go świata. Aż do końca.

 

Turk był z rodzaju tych, którzy nie posiadali duszy. Nie posiadał jej od urodzenia, o czym dowiedział się dawno temu, w wieku dwudziestu kilku lat. Od tamtego dnia minęło dość czasu aby na mapach przesunęły się czarne węże granic, pełzając śladami ludzkiej zachłanności lub – zakorzenionej głęboko w glebie zajętych przez przodków obszarów – przynależności terytorialnej. Od tamtego dnia w proch obróciły się kości jego rodziny i przyjaciół, w pył rozsypały się filary ówczesnych społeczeństw a dawne idee zniknęły pod warstwami nowych, rewolucyjnych jedynie przez sekundowe tyknięcie zegara rozwoju koncepcji, mających w założeniu doprowadzić do nastania harmonijnej utopii. Turk wiedział że wszystko to mrzonki, bo ludzkość nie miała mieć szansy by stworzyć sobie raj na ziemi. Eden miał nastać w niebiosach, u boku Stwórcy, ale poprzedzać go miał koniec świata – apokalipsa, Armagedon, sąd boży. Ostateczna bitwa dobra ze złem, której wynik wcale nie był pewny i w jakiejś mierze on i jemu podobni mogli na niego wpłynąć.

Więc teraz czekał, wypełniając kolejne  zadanie powierzone mu przez zwierzchników z Zakonu. Rekrut  o kretyńskiej ksywie Swift, biorący pierwszy raz udział w poważnej akcji, nie nauczył się jeszcze cierpliwości. I nie potrafił docenić ciszy.

– Ej, Turk. A gdyby jakiś koruptor albo żołnierz Bractwa wpadł do tego kolesia i pomógł mu w umieraniu a potem próbował zassać jego duszę to byśmy się chyba  trochę rozgrzali, co?

– Nie gadaj, obserwuj – rzucił oschle mężczyzna, wciągając głęboko w płuca tytoniowy dym i próbując wcisnąć się głębiej we wnękę drzwi,  prowadzących w trzewia korytarzy starej kamienicy.  Poza tym, wiedział że akurat żołnierze Bractwa, pogardliwe nazywani odsyłaczami, nie posunęliby się do morderstwa człowieka, tak samo jak on i jego pobratymcy z Zakonu. Zaś koruptorzy byli w znakomitej większości oportunistami, nie szukającymi ludzi o potencjalnie silnych duszach – zadowalali się łapaniem błąkających się wathanów lub wyrywaniem ich od innych Bezdusznych.

– Weź się zamień na chwilę, stary. Gapię się cały czas przez tę cholerną lornetkę, moknę na tej pieprzonej mżawce, chce mi się jarać, chce mi się lać, jest mi zimno i ogólnie nie tak sobie wyobrażałem tę robotę. To jak? Zamienisz się? – z rezygnacją w głosie zapytał chłopak.

– Nie jęcz, nie gadaj, obserwuj.

Turk osobiście nie miał nic do młodego, ale  chłopak powinien się przyzwyczaić  że działania operacyjne to nie fajerwerki  jak z amerykańskich filmów, tylko ciągnące się godzinami czekanie, zakończone szybkim i precyzyjnym finałem. A kiedy dochodzi do fajerwerków, to znaczy że coś poszło bardzo nie tak i trzeba się będzie z tym uporać. W mniej lub bardziej drastyczny sposób.

– Kurde, koleś leży w ciepłym łóżeczku, podpięty do jakichś rurek i maszyn robiących ping, obsługiwany przez cycatą pielęgniarkę, a my na zimnie musimy na to patrzeć. Chętnie bym się z nim zamienił – gadał dalej Swift, opierając  nogę o murek okalający dach kamienicy.

– Serio? Ten, jak go nazwałeś, koleś, umiera. Zostało mu niewiele czasu i dlatego tutaj jesteśmy. Zamieniłbyś się z nim? Też chciałbyś być zniedołężniałym, umierającym osiemdziesięciolatkiem, który defekuje pod siebie i nie potrafi już sam, bez pomocy aparatury, oddychać?

– No… W sumie nie, ale tam jest ciepło przynajmniej. I jest fajna pielęgniarka. – Rekrut rozmarzył się, ogniskując obiektywy lornetki na dziewczynie. – A tak w ogóle, to skąd mamy pewność że jego dusza będzie warta zgarnięcia?

– Ten człowiek był wizjonerem. Noblistą w dziedzinie chemii. Założycielem i właścicielem większościowego pakietu akcji Chemical Pharm. Miał niezachwiany kompas moralny. Milioner wydający pieniądze na różnego rodzaju akcje charytatywne. Stąd podejrzewamy że jego dusza może być ósemką, może nawet dziewiątką. Ale pewności nie ma nigdy – wyjaśnił Turk.

– Ale byłoby, gdyby się okazało że to czwórka albo coś koło tego i siedzimy tu na darmo marznąc i moknąc. Wkurwiłbyś się Turk? Jakby się okazało że jego dusza to jakiś niski syf?

– Wkurwiam się teraz, bo gadasz za dużo. I gadasz że dusza o niskim poziomie to syf. Tak gadają koruptorzy, więc  uważałbym na twoim miejscu. Bo żadna dusza nie jest syfem Swift.

Reprymenda postawiła zmęczonego i przemokniętego chłopaka do pionu.

– Nie, stary, nie! Weź daj spokój, nie jestem koruptorem ani żadnym innym świrem! Chyba nie myślisz że mógłbym być, co?

– Nie. Ale gadasz za dużo. Oni, znaczy normalni ludzie, przynajmniej mają dusze i kiedy wszystko się skończy, będą te ich dusze żyły w raju. A my? My jesteśmy tylko narzędziami, które w swojej mądrości Bóg stworzył, by pomóc w ostatecznej walce. Nas nic nie czeka. Jesteśmy bronią która zostanie pozostawiona na martwej ziemi, kiedy już żadna broń nie będzie potrzebna.

– To chyba gorycz przez ciebie przemawia, nie? A może Bóg nam coś da, co? Może dostaniemy coś w zamian za naszą walkę? Za to że byliśmy dobrą, ostrą bronią co oderżnęła łeb diabłu? Ja w to wierzę.

W głosie Swifta była nadzieja, której  już od dawna próżno było szukać u Turka. Nadzieja. Może nawet pewność. A pomiędzy nimi na tyle dużo miejsca żeby zmieściły się tam rozczarowanie, złość, gorycz i fatalizm które najpewniej przyjdą z wiekiem, i – rozpychając się – odsuną dzisiejsze ideały daleko; tak daleko, że trudno będzie do nich sięgnąć sercem. Tak, to gorycz – skonstatował Turk. Jednak ważne by pomimo niej, cel pozostał jasny.

– Turk? A jak to będzie dziesiątka? Dasz radę ją zassać? Przecież dziesiątki to potęgi. Ja od półtora roku szkolę się do nowicjatu, i mam w sobie dwie trójki i dwójkę, co podobno na moim poziomie jest całkiem niezłym wynikiem. Nawet sobie nie wyobrażam potęgi ósemki, a co dopiero dziesiątki. Co ty masz?

Pytanie o przechowywane w sobie wathany, uchodziło wśród Bezdusznych z Zakonu i Bractwa za jedno z poważniejszych faux pas. To było coś o co się nie pyta, choć wyjawienie z własnej woli informacji na temat ilości i potęgi swoich esencji nie uchodziło za nietakt. Bezpośredniość była tą cecha Swifta, która Turkowi się podobała i którą cenił u innych. Dzieciak nie czuł większego skrępowania ani respektu przed liczącym sobie kilkaset lat, starszym członkiem Zakonu. Albo, co było bardziej prawdopodobne, po prostu nikt nie powiedział mu komu będzie towarzyszył w najbliższej akcji.

– Dwie dziewiątki – rzucił lakonicznie Turk.

– Wow! A dycha? Miałeś kiedyś jakąś dyszkę? – W głosie chłopaka pojawiła się jakaś nowa, niesłyszana dotychczas nuta. Podziw?

– Kilka.

– O kurde. I co z nimi? Nie pozwolili ci ich zatrzymać i musiałeś nimi napełnić jakiś artefakt w którymś z Domów Dusz?

– W zasadzie tak. Jedną zatrzymałem. – Mężczyzna zaciągnął się głęboko papierosem. – Wagner.

– Ten kompozytor? I co z nią, czemu jej nie masz? Napełniłeś nią coś, żeby zrobić miejsce na tę od starego?

– Nie. Musiałem ją spalić – zaprzeczył krótko, tak jakby spalenie duszy było czymś normalnym, o czym można pogadać ze znajomym przy kawie i papierosie. Albo moknąc na dachu starej kamienicy.

– Jaja sobie ze mnie robisz, co? – Chłopak oderwał oczy od lornetki.

– Nie. Poza tym nie kompozytor, a pisarz. Obserwuj.

– Prze… przecież nie wolno. To herezja. Jak? I… kurde… co? – Swift wyraźnie zbladł, zdając sobie sprawę z tego, że mężczyzna wcale nie żartuje.

– Tak, to herezja. Ale dopuszczalna w przypadku wyższej konieczności.

 – Ale… co to była za konieczność? Co się stało że pozwolili ci spalić dziesiątkę?

– Nikt mi nie pozwolił. Trzeba było to zrobić i zrobiłem. Causa finita,  ucinamy ten temat teraz i nie wracamy do niego.

Swift, nadal blady, spojrzał na mężczyznę  w inny sposób niż dotychczas. Zaczął rozumieć że nie przydzielono go do pierwszego lepszego członka Zakonu, tylko właśnie ociera się o wyższą ligę.

– Jeśli wolno spytać, ile ty masz lat? – Ostrożne nuty w głosie chłopaka mieszały się z niepewnością.

– Powiedzmy, że zbijałem piątki z Napoleonem. A teraz racz łaskawie obserwować nasz cel, jak cię proszę,  zamiast gapić się na mnie jak na kosmitę.

Swift nie odezwał się już, tylko bez zwłoki przyłożył lornetkę do oczu i skierował całą uwagę na umierającego staruszka, leżącego w luksusowej sali szpitala naprzeciw. Przy łóżku pacjenta, oprócz pielęgniarki, pojawił się nagle lekarz. Ruchy tych dwojga były szybkie i nerwowe. Lekarz majstrował coś przy aparaturze i wydawał dyspozycje pielęgniarce. Ta po chwili wybiegła z sali, po czym wróciła z dwiema innymi osobami w białych kitlach.

– Eee… Turk? Tam się coś dzieje. On chyba właśnie umiera, chociaż jeszcze nie widać wathanu opuszczającego skorupę – poinformował mężczyznę rekrut.

Turk zerwał się ze swojego miejsca i sięgnął po lornetkę. Rzeczywiście, brak było jeszcze poświaty opuszczającej ciało duszy, ale jej pojawienie się było kwestią kilkunastu, może kilkudziesięciu sekund. Odłożył lornetkę, wyrzucił przez krawędź dachu niedopałek papierosa i zaczął przygotowywać się do pochwycenia duszy starca.

 

***

 

Pochwycenie duszy było podstawową techniką, której uczono rekrutów w pierwszej kolejności. Pozostałe sposoby wykorzystywania duchowej esencji – oprócz odesłania – były możliwe tylko względem uprzednio złapanej  substancji. Nie znaczy to jednak, że była to prosta technika. Wiele zależało od doświadczenia i nabytych podczas treningów umiejętności. Im silniejsza była energia wathanu, tym trudniej było ją schwytać. Porażka mogła objawić się na wiele sposobów: ból, zawroty głowy, utrata przytomności, a nawet – w ekstremalnych przypadkach – śmierć.

Turk był doświadczonym łowcą, jednak próby ujarzmienia  silniejszych esencji – od ósemki w górę – zawsze niosły ze sobą pewną dozę ryzyka.

– Dobra. Obserwuj i reaguj gdyby coś miało pójść nie tak – pouczył podekscytowanego Swifta.

– Obserwować i reagować. Wszystko jasne.

Wathan pojawił się nagle. Świetlista esencja wyłoniła się z martwej skorupy ciała milionera, definitywnie oznajmiając trójce lekarzy – gdyby tylko byli w stanie ją dostrzec – że ich wysiłki stały się właśnie bezcelowe.

– Ja pierdolę! Czy to jest dziesiątka!? To, kurwa, musi być dziesiątka stary!

Swift krzyczał coś do niego, ale Turka to nie interesowało. W jednej chwili przywołał jasną mackę energii, która wystrzeliła z jego ciała i wczepiła się w duszę starca, rozpoczynając próbę sił. Sama walka nie była spektakularna – brak jej było jakichkolwiek wizualnych czy dźwiękowych efektów. Z perspektywy  każdego Bezdusznego który był świadkiem zmagań, było to kilkusekundowe połączenie, po którym substancja  albo zostawała zasysana poprzez wstęgę energii, albo ta jasna pępowina zrywała się a wathan ulatywał, by błąkać się po ziemi przez czterdzieści cztery dni od śmierci naczynia, które niegdyś napełniał. Ci zaś, którzy nie byli Bezdusznymi, zauważali jedynie bezruch i nieobecny, niezogniskowany na niczym konkretnym wzrok.

Poczucie czasu podczas próby pochwycenia  było jednak relatywne. To, co z zewnątrz wyglądało na kilka sekund, wewnątrz umysłu łapiącego potrafiło przerodzić się w wielogodzinny znój, wyczerpujący zarówno psychicznie jak i fizycznie. Pamiętał również ze szkoleń, że łatwiej jest pochwycić esencje, które dopiero opuściły skorupy ciał, niż te, które błąkały się bez celu już przez jakiś czas; lub te, które już ktoś próbował pochwycić, lecz bezskutecznie. Te ostatnie były szczególnie odporne, ale na szczęście ten wathan był świeży.

 

***

Lekarze, tłocząc  się wokół ciała noblisty, nadal próbowali doprowadzić do najmniejszego chociażby drgnięcia wypłaszczonego od kilku sekund kardiogramu.

Pielęgniarka odsunęła się pod ścianę, najwyraźniej uznając że nie ma sensu potęgować tłoku przy łóżku.

Turk stał nieruchomo na skraju dachu, oddzielony od kilkupiętrowej przepaści szerokim gzymsem.

Jasny woal duszy wisiał nad starcem, delikatnie falując, jakby unoszony był spokojnymi pływami morza.

Struna świetlistej energii rozciągała się nad mokrą ulicą.

“Obserwować i reagować”, pomyślał Swift.

“Nie ma na co reagować, więc tylko obserwować”.

“Wszystko jest OK”.

“Jest OK”.

“OK”.

Ale nagle przestało być OK.

Z ciała stojącej za plecami lekarzy pielęgniarki wystrzeliła macka energii, bliźniaczo podobna do tej, którą chwilę wcześniej wypuścił w kierunku duszy Turk, i uderzyła w jaśniejący wathan. Swift obejrzał się na kompana, ale jego twarz ani ciało nie zdradziły najmniejszej nawet reakcji na zmianę w układzie sił, jaka właśnie zaszła.

– I co ja mam, kurwa, teraz zrobić!? – z rezygnacją rzucił w przestrzeń chłopak.

Turk nie odpowiedział. Najprawdopodobniej nawet nie usłyszał.

Pomimo szkoleń, wykładów i ćwiczeń, jakie przeszedł jako adept Zakonu, nikt nie powiedział mu jakie kroki powinno się przedsięwziąć w takiej sytuacji. Nie został do niej przygotowany, albo nie pamiętał że został. Co więc miał zrobić? Próbować pochwycić substancję starca? Na to był za słaby. Wypuścić wiązkę energii w stronę pielęgniarki, próbując wypalić jakąś przechowywaną przez nią esencję? Jeszcze głupszy pomysł, bo znał tylko teoretyczne podstawy wypalania, natomiast na temat wypalania duszy napełniającej czyjeś ciało nie wiedział zgoła nic. Poza tym, ta kobieta próbowała złapać dziesiątkę, czyli była o wiele silniejsza. Nie ma szans. W głowie chłopaka wirowały tysiące myśli, pomysłów i możliwości, żadna nie miała jednak większego sensu, co tylko potęgowało jego panikę. Co kazał mu robić Turk? Obserwować. A jak coś pójdzie nie tak?

– Reagować.

Dopiero kiedy Swift zwerbalizował wspomnienie wytycznych swojego towarzysza, zobaczył jasno, który z pomysłów był możliwy do zrealizowania. Chłopak skupił się na przechowywanych w ciele substancjach, wybrał jedną, i rozpoczął jej wyczerpywanie.

Pochwytywanie, napełnianie, czerpanie, odsyłanie, wyczerpywanie. Taka była kolejność interakcji z esencją, której uczono w Zakonie rekrutów. W Bractwie było podobnie, zamieniano jednak miejscami napełnianie z odsyłaniem, co było logiczne, biorąc pod uwagę doktrynę opozycyjnej organizacji. Wypalania uczono tylko teoretycznie, jako że obie frakcje uznawały go za herezję. Zaś korumpowanie, możliwe tylko podczas procesu wypalania, było czynnością tak bluźnierczą, że nowicjuszom przekazywano jedynie informacje że taka technika istnieje i do czego prowadzi. I że, bez wyjątku, jest karana śmiercią.

 

„Wpływanie na świat rzeczywisty poprzez czasowe obniżenie poziomu mocy wathanu. Dusza której obniżono poziom mocy, regeneruje się do poziomu wyjściowego przez 380160 sekund na poziom wyczerpania. Im więcej poziomów zostanie wyczerpanych, tym bardziej można wpłynąć na otoczenie”.

 

Podręcznikowa definicja wypalania. Teraz Swift musiał zastosować tę teoretyczną wiedzę w praktyce.

– Wybacz kolego. Będę cię musiał nieco wydrenować – mruknął przepraszająco chłopak, kierując te słowa do substancji  niedawno zmarłego sportowca.

Mentalnie sięgnął do wybranego wathanu i zassał energię, wyczerpując dwa z trzech jego poziomów. Skupił pobraną moc w postać  błyszczącej nici, po czym posłał ją w kierunku martwej skorupy ciała milionera.

Lekarze opowiadali, że pomimo braku najmniejszego nawet drgnięcia linii życia, ciało starca nagle napięło się i usiadło. Białe kitle odskoczyły przerażone, zaś staruszek z pustym wzrokiem rzucił się przez pomieszczenie, wpadając na zdezorientowaną pielęgniarkę. Kiedy jeden z medyków otrząsnął się z szoku i uniósł zwłoki pacjenta, leżąca pod nimi dziewczyna, z wyrazem obrzydzenia na twarzy, zerwała się na nogi i wybiegła z sali. Przekazywana z ust do ust dziwna historia stała się na jakiś czas głównym tematem rozmów w szpitalu. Pracownicy o poczuciu czarnego humoru  mówili, że umierający pacjent chciał w ostatnim zrywie doświadczyć jeszcze czegoś dobrego na tym świecie, zauroczony pewnymi niewątpliwymi walorami pielęgniarki. Ciekawe było też to, że nikt od tamtego czasu nie widział nieszczęsnej bohaterki tej opowieści. Po jakimś czasie uznano więc, że była pewnie wynajęta prywatnie do opieki nad noblistą i dano spokój dalszym spekulacjom.

 

***

Swift mrugnął, zerwał łączność ze swoimi substancjami i odwrócił głowę w stronę towarzysza. Turk stał wyprostowany, ze wzrokiem skupionym na jego twarzy i lekkim uśmieszkiem błąkającym się w kącikach wąskich ust.

– To poleciałeś młody. Myślałem że zmusisz lekarza żeby ją szarpnął lub uderzył, ciśniesz w nią monitorem kardioskopu, strzykawką, tacką, czy czymkolwiek, ale żeby to? Żeby przygnieść ją martwym staruszkiem?

Głos Turka był rozbawiony, balansujący na granicy śmiechu.

– Nie ma za co. A tak poza tym to udało się? – zapytał chłopak, lekko oszołomiony po psychicznym wysiłku.

– Udało się. Nie było łatwo, ale mamy ją. Na twoim miejscu uważałbym, bo ona ci tego nie daruje.

– Jaka ona?

– Jenny. Znaczy ta, jak ją nazwałeś, cycata pielęgniarka w którą rzuciłeś staruszkiem – wyjaśnił Turk.

– Ty ją znasz? Wiedziałeś że ona też jest jak my? I… i nic?

– O, tak. Znam. I to lepiej niżbym chciał. A ty też zaraz ją poznasz i zaczniesz żałować. Takiego werbalnego manta szczerze ci współczuję przyjacielu. A także gratuluję.

– Czego? – zdziwił się chłopak.

– Tego że przeszedłeś pozytywnie próbę, dzięki której przestaniesz być rekrutem i wejdziesz do Ósmego Kręgu, stając się nowicjuszem. Ja oceniam i wydaję werdykt.

– Czyli to było ustawione? To czekanie, ten staruch, szpital i pielęgniarka próbująca pochwycić esencję? – z pretensją w głosie dociekał rekrut.

– Poniekąd. My obserwujemy ludzi, których esencje mogą się okazać silne. Bractwo też tak robi, ale w innych celach. Cały teren jest obstawiony naszymi z Zakonu, więc żaden brat albo inny bezduszny by się tutaj nawet nie zbliżył, bez narażania się na nasz atak. Obserwujemy cel, czekamy, chwytamy. Jednym z moich głównych zadań w Zakonie jest aranżowanie sytuacji, w których adepci muszą wykazać się podczas ostatniego testu. Więc to, co tutaj widziałeś, to była prawdziwa akcja, doprawiona odrobiną dramatyzmu, którego celem było sprawdzenie cię, głównie pod kątem wykazywania inicjatywy i podejmowania działań w sytuacjach stresogennych. Zdałeś. Przy okazji odwalając niezły numer. Jenny była tak zaskoczona, że nie zdążyła wygenerować tarczy. Ona naprawdę cię za to zje.

Turk musiał pomyśleć jeszcze o czymś – lub coś sobie wyobrazić – ponieważ nagle wybuchnął głośnym śmiechem. Młody już-nie-rekrut wpatrywał się skonsternowany  w starszego kolegę. Po chwili mężczyzna uspokoił się, a przyjazny uśmiech nadal pozostawał na jego twarzy, kiedy powiedział:

– Jak widzisz, bycie w Zakonie  to nie tylko nudne wykłady, niekończące się ćwiczenia i poważni wykładowcy. Tutaj też mamy życie, choć niektórzy tradycjonaliści chcieliby, abyśmy mieli zakonne reguły rodem z wieków średnich. Ale to nie te czasy. Teraz kiedy jesteś oficjalnie w Ósmym Kręgu, będziesz miał więcej swobody i przekonasz się, że nie jest tak sztywno, jak się nowym wydaje. A teraz chodź, musimy wracać. Ja muszę spisać raport, a ty przygotujesz się na oficjalne nadanie pieczęci. No i czeka cię jeszcze przeprawa z Jenny. A jak opowiem wszystkim co odstawiłeś, to będziesz miał z nią na pieńku jeszcze długi czas. A opowiem, heh. I to się rozniesie. I ty też będziesz w tej historii. Co, Swift? Nie cieszysz się? Dopiero co wszedłeś do Ósmego Kręgu, a już jesteś kawałkiem historii. Całkiem niezłej, i przez pewien czas całkiem popularnej historii.

Kiedy mężczyzna ruszył, niedowierzający jeszcze w to co się stało chłopak, tknięty nagłą myślą, zapytał:

– A to, co mi mówiłeś wcześniej?

– Czyli co? – Turk zatrzymał się, sięgnął do kieszeni i wyłowił z niej paczkę papierosów.

– O tym, że nas nic nie czeka. Wierzysz w to, czy tylko tak gadałeś w ramach testu? Bo wiesz… czego innego uczą na wykładach.

Rysy Turka stwardniały, a wzrok stały się ostry i skupiony. Wyciągnął z paczki papierosa, odpalił go i – kiedy wątłe strużki dymu oplotły jego twarz – stanowczym głosem odpowiedział:

– Każdy ma prawo wierzyć w co chce, i nic nikomu do tego, tak długo jak to, w co ten ktoś wierzy, nie godzi w dobro innych i nie przeszkadza w dążeniu do wyższego celu, jakim jest dobro ogółu. Zapamiętaj to sobie Malcolm.

– Zapamiętam – przytaknął chłopak skwapliwie – i nie lubię tego imienia.

– Dlaczego? Znałem kilku Malcolmów. Byli dobrymi ludźmi. To dobre imię. A my jesteśmy ci dobrzy. Chodźmy.

Koniec

Komentarze

Outto Sewerze, przydałoby się poprawić zapis dialogów. Pomoże Ci ten poradnik: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Popraw też paskudny błąd w tym zdaniu z przedmowy: To opowiadanie skupia się na Zakonie, którego członkowie wieżą w koncepcję Boskiej Szansy. – wiara i wieża to nie to samo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za przydatny link. I wybacz tę nieszczęsną wieżę, wrzucałem całość na szybko, z pracy. Kiedy wrócę do domu, postaram się przeredagować tekst. Pozdrawiam

Known some call is air am

Wybaczam, Outto Sewerze i pochwalam chęć przeredagowania – poprawiony tekst z pewnością będzie się lepiej czytać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione. Choć nadal, pomimo że podlinkowany tekst przeczytałem kilkakrotnie, nie jestem pewien czy dialogi są poprawne. Brak mi obycia ze słowem pisanym w formie prozy, wcześniej bowiem pisałem jedynie scenariusze do erpegów. Ale postaram się to nadrobić.

Known some call is air am

Outto Sewerze, opisałeś zdarzenie, samo w sobie nawet dość zajmujące, ale nie mam wrażenia, że przeczytałam opowiadanie. Brakło mi bliższych informacji o świecie, w którym działają łowcy dusz – nie wiem nic o Bractwie, o Zakonie, o koruptorach… Czy to na pewno opowiadanie, czy może tylko fragment czegoś większego?

Poprawione dialogi prezentują się całkiem nieźle, ale trafiają się inne usterki.

Wykonanie mogłoby być lepsze, ale tak jak nieźle poradziłeś sobie z poprawieniem dialogów, wierzę że w kolejnych opowiadaniach będziesz zwracał baczniejszą uwagę na interpunkcję, która tutaj, niestety, mocno niedomaga.

 

– Nie jęcz, nie gadaj, ob­ser­wuj. Turk oso­bi­ście nie miał nic do mło­de­go… ―> Narrację zapisujemy w oddzielnym wierszu:

– Nie jęcz, nie gadaj, ob­ser­wuj.

Turk oso­bi­ście nie miał nic do mło­de­go

 

pod­pię­ty do ja­kichś rurek i ma­szyn ro­bią­cych Ping!, ob­słu­gi­wa­ny… ―> Dlaczego wielka litera? Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Re­krut roz­ma­rzył się, ogni­sku­jąc oczy lor­net­ki na dziew­czy­nie. ―> Lornetka ma oczy???

 

– Nie. Ale ga­dasz za dużo. Oni zna­czy nor­mal­ni lu­dzie przy­naj­mniej mają dusze i kiedy wszyst­ko się skoń­czy, będą te ich dusze żyły w raju. ―> – Nie. Ale ga­dasz za dużo. Oni, zna­czy nor­mal­ni lu­dzie, przy­naj­mniej mają dusze i kiedy wszyst­ko się skoń­czy, będą te ich dusze żyły w raju.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

Może nawet pew­ność . ―> Zbędna spacja przed kropką.

 

Bez­po­śred­niość była tą cecha Swi­fta. która Tur­ko­wi… ―> Zamiast kropki powinien być przecinek.

 

– Nie. Mu­sia­łem ją Spa­lić. – za­prze­czył krót­ko… ―> Zbędna kropka po wypowiedzi. Dlaczego wielka litera?

 

I.. kurde… co? ―> I kurde… co?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

– Ale.. Co to była za ko­niecz­ność? ―> Jak wyżej.

 

przy­ło­żył lor­net­kę do oczu i skie­ro­wał całą swoją uwagę… ―> Zbędny zaimek, czy kierowałby cudzą uwagę?

 

wa­than ula­ty­wał, by błą­kać się po ziemi przez czter­dzie­ści czte­ry dni od śmier­ci na­czy­nia, które nie­gdyś na­peł­nia­ło. ―> Rozumiem, że wathan jest rodzaju męskiego, więc winno być: …które nie­gdyś na­peł­nia­ł.

 

“Nie ma na co re­ago­wać, więc tylko ob­ser­wo­wać.” ―> “Nie ma na co re­ago­wać, więc tylko ob­ser­wo­wać”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Uwaga dotyczy także trzech kolejnych zdań.

 

można wpły­nąć na oto­cze­nie.” ―> …można wpły­nąć na oto­cze­nie”.

 

– Za­pa­mię­tam – przy­tak­nął chło­pak skwa­pli­wie – I nie lubię tego imie­nia. ―> – Za­pa­mię­tam – przy­tak­nął chło­pak skwa­pli­wie. – I nie lubię tego imie­nia. Albo: – Za­pa­mię­tam – przy­tak­nął chło­pak skwa­pli­wie – i nie lubię tego imie­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się z Twojego komentarza, regulatorzy :)

 

Jak pisałem w przedmowie, jest to jedno z trzech opowiadań, które w pewnej mierze wprowadzają do większego świata. Każde z tych opowiadań ma również na celu wprowadzenie jednego z trzech głównych bohaterów.

Cała koncepcja powstała pierwotnie jako gra RPG, do której przez lata wrzucałem kolejne pomysły kompatybilne z głównym założeniem: reinkarnacja, opętania, nawiedzenia, śpiączka oraz wiele innych. Teraz próbuję to jakoś posklejać w formie prozy, ale – jak wspominałem wcześniej – brak mi obycia. Prawdę powiedziawszy to jest to mój pierwszy tekst w formie prozy, który kiedykolwiek napisałem.

 

Wykonanie mogłoby być lepsze, ale tak jak nieźle poradziłeś sobie z poprawieniem dialogów, wierzę że w kolejnych opowiadaniach będziesz zwracał baczniejszą uwagę na interpunkcję, która tutaj, niestety, mocno niedomaga.

 

Wiem, że mogłoby być lepsze i będę próbował i uczył się, dzięki krytyce takich osób jak Ty. A interpunkcja? To moja największa bolączka. Mój mózg nie jest w stanie przyswoić pewnych informacji, choćbym starał się i próbował je jakoś zapamiętać. Tak mam właśnie z interpunkcją. Oraz z rozróżnianiem prawej i lewej strony. To, co inni wiedzą intuicyjnie, mnie sprawia problemy.

 

Tekst poprawię, wedle Twoich sugestii. Dziękuję Ci raz jeszcze, za czas poświęcony na jego przeczytanie.

 

PS. W wersji erpegowej, poziom dusz nie był określany liczebnikami, ale imionami boskich tchnień. I, odwrotnie niż w drzewie Sefir, dusza dziesiątego poziomu była określana mianem Keter, z kolei esencja pierwszego poziomu to Malchut. Uznałem że to będzie zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla odbiorcy, ale waham się czy nie powrócić do oryginalnej wersji nazewnictwa. Co sądzisz?

PS2. Próbując znaleźć jakiś sposób na efektywniejszą naukę pisania, uznałem że spróbuję napisać szorta na narzucony temat. Sprawdziłem aktualne konkursy na NF i zacząłem pisać utwór do Granic Nieskończoności. Świadom jednak swojego słabego warsztatu, nie chcę tego publikować, aby nie zaśmiecać poczekalni. I tutaj pojawia się moje pytanie: czy byłabyś uprzejma przeczytać moje kolejne wypociny, kiedy już je ukończę, i poddać je krytyce? Jeśli nie – zrozumiem. Każdy z nas ma ograniczone zasoby czasowe.

 

Serdecznie pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Outo Sewerze, cieszę się, że sprawiłam Ci przyjemność. ;)

No tak, teraz wiem, dlaczego nie wszystko do mnie trafiło – zupełnie nie znam się na grach, a ponieważ nigdy w żadną nie grałam, nie bardzo wiem o czym piszesz w komentarzu.

 

…czy by­ła­byś uprzej­ma prze­czy­tać moje ko­lej­ne wy­po­ci­ny, kiedy już je ukoń­czę, i pod­dać je kry­ty­ce?

Niestety, muszę odmówić i to nawet nie z braku czasu, a z powodu nie najlepszej kondycji oczu. Jeśli zajrzysz do mojego profilu, znajdziesz tam wiadomość, że nie betuję. Natomiast mam wrażenie, że może zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję po raz kolejny za przydatny link. Jestem tutaj całkiem świeży i dopiero się staram zadomowić. Na razie mi się tutaj podoba. A jeśli inni użytkownicy są chociaż w części tak uprzejmi i pomocni jak Ty, to myślę że zostanę stałym użytkownikiem.

Spokojnego wieczoru.

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Opowieść muszę przyznać mnie zaciekawiła i rozbawiła. Mam pytanie: Czy wathan jest tu synonimem do duszy? Czy jednak czymś się różni i stąd inna nazwa. Ale skoro jest to opowiadanie wprowadzające jak twierdzisz to rozumiem że rozwiniesz tę kwestię później.

Przeszkadzał mi tylko drugi akapit. Musiałem przeczytać drugi raz by zrozumieć co chcesz przekazać.

To ja do wątków, które mogą Cię zainteresować dorzucę jeszcze jeden: https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Trochę się gubiłam w tym świecie. Z jednej zupełnie nie przypomina naszego, zresztą we wprowadzeniu piszesz, że to stworzone przez Ciebie uniwersum. Jednak z drugiej pojawia się na przykład to:

Turk osobiście nie miał nic do młodego, ale  chłopak powinien się przyzwyczaić (PRZECINEK) że działania operacyjne to nie fajerwerki  jak z amerykańskich filmów, tylko ciągnące się godzinami czekanie, zakończone szybkim i precyzyjnym finałem.

Trochę później masz nawiązania do Napoleona. Wygląda to więc na współczesny nam świat.

 

Nigdy nie grałam w RPG, więc mam słabe pojęcie, jak to wygląda, ale wyobrażam sobie, że pisze się raczej scenariusze, niż opowiadania i pewnie trudno Ci się przestawić. Masz tu w zasadzie jedną scenkę, opakowaną w opisy uniwersum. Troche dużo opisów. Istnieje zasada: pokazuj, nie opisuj. Co prawda sama się przeciw niej trochę buntuję, ale w tym wypadku opisów rzeczywiście jest za dużo w stosunku do akcji. Może pewne rzeczy dałoby się wstawić w formie wspomnień konkretnych sytuacji, które jednocześnie tłumaczyłyby zasady działania tego świata.

 

Interpunkcja leży i kwiczy i to na dość podstawowym poziomie; przed że i który/a/e zawsze przecinek.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dziękuję Ci za kolejną porcję wiedzy do przyswojenia Irka_Luz :) I za skomentowanie of kors również.

 

Ten świat bazuje na naszym, w zasadzie jest taki sam, z tą różnicą, że istnieją w nim przedstawione istoty, zwane Bezdusznymi. Jest światem obok nas, ukrytym i niewidocznym dla niezainteresowanych.

 

Masz chyba rację że przegiąłem z ilością informacji, jakie próbowałem przekazać w tym krótkim tekście. Dziękuję za radę, żeby wstawiać pewne rzeczy w formie retrospekcji. Postaram się napisać coś w tym stylu, przy okazji drugiego opowiadania osadzonego w tym świecie. Chciałem w nim umieścić krótki dialog, w ramach którego pewien mężczyzna tłumaczy bohaterce doktryny Bractwa i Zakonu. Całość zaczyna się u psychoanalityka, więc chyba da radę wykorzystać formę wspomnień po odpowiedniej przeróbce.

Interpunkcja to moja zmora, o czym pisałem dwa komentarze wyżej. Oczywiście w żaden sposób mnie to nie usprawiedliwia.

 

Konrad1399 – Tobie również dziękuję za przeczytanie powyższego opowiadania :)

 

Tak, wathan jest synonimem duszy, tak samo jak zawarte w tekście “esencja” oraz “substancja”. Słowo “wathan” bezczelnie ukradłem z cyklu Świata Rzeki Philipa J. Farmera, który osobiście uwielbiam.

Cała koncepcja świata powinna objawić się w dwóch kolejnych opowiadaniach, które spróbuję napisać.

PS. Drugi akapit? Ten ciąg myśli? Czy to, co po ciągu myśli?

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

"ącymi się z tysię" -> dwie spacje

"pod bacznym wzrokiem setek kamer" -> może warto dodać "wszędobylskich"

"Dzisiejsza walka miała przejść do historii, a jej wynik miał być jedną z najważniejszych wiadomości każdego programu informacyjnego na świecie." -> miała, miała

"Stary wyga musi najpierw…" -> nie podoba mi się zapis dialogów, zamiast cudzysłowia powinien być chyba myślnik, itd. itd. (to niejedno miejsce)

https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

tytuł”. – Wyjaśniał -> to też zły zapis (patrz wyżej na link z fantazmatów)

"zaskoczeni gwałtownością natarcia przeciwnicy, wyglądali jak uchwycone obiektywami kamer kury z przyrodniczego filmu dokumentalnego" -> tu może można coś wtrącić, że te kamery mają jakiś slow-motion (tzn. pokazać, że on wygląda na szybkiego, a oni jak pokaz slajdów)

"niezdecydowane czy spróbować " -> chyba przecinek przed czy

"w którym na powrót przywitała go ziemia." -> może usunąć na powrót?

"cegła osiłek z marsem na twarzy" -> marsowe spojrzenie? czerwień? niejasne

"Szósty, właściciel wielu mistrzowskich pierścieni, stawił wyraźniejszy opór. Lecz tytuły oraz masa turniejowych mocarzy nie robiły na rozpędzonej bestii żadnego wrażenia. Omijając wysoką gardę rywala, położył go kilkoma precyzyjnymi prostymi." – mówimy o szóstym, potem o mocarzach. Przeskok

"choć wiedział że to nie koniec zmagań" -> przecinek przed że

"Ze wzroku arcymistrza odczytał jego pewność wygranej, nawet gdyby przeciwstawić mu pluton napastników" -> coś mi w tym zdaniu nie pasuje. jakoś może inaczej je zapisać

"wiedział że przegrał." – przecinek przed że

rozumieć że -> przecinek

reaguj gdyby -> przecinek

Bezdusznego który -> przecinek

pochwycenia było -> spacje

“Obserwować i reagować”, -> używasz kursywy, a teraz cudzysłowiu. Wybierz jedną wersję proszę

z rezygnacją -> wielka litera

mu jakie kroki -> przecinek

informacje że taka technika -> przecinek

Myślałem że zmusisz lekarza żeby -> że, żeby, przecinek

pielęgniarka w którą -> w przecinek

Tego że -> przecinek

Dzięki za troskę mon i wyszukiwanie błędów. Tutaj akurat nie poprawiam, bo cały ten tekst jest do poprawy. Przy “Moją wolę znaj matole….” poprawię interpunkcję, natomiast co do zdań tam zawartych, to poczytaj komentarze pod opkiem. Powinny naprowadzić Cię na trop, czym tak naprawdę jest to opowiadanie i dlaczego niektóre zdania mają dziwną budowę :)

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Nowa Fantastyka