- Opowiadanie: pgujda - Legenda o Lerharze Smokobójcy

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Stał na wzgórzu pośród mokradeł wpatrzony w blask płonącej twierdzy. Miecz swój, już zbyteczny, końcem lekko oparł o ziemię pozwalając krwi swobodnie spływać po ostrzu. Wciąż był pijany bojem, czujny niczym polujący sokół.

Kiedy stanął na szczycie wzgórza aby ostatni raz spojrzeć na płonącą twierdzę Rhawahr, Warownię Wśród Bagien, nikt nie śmiał zbliżyć się do niego. Powiadano, że na kilka chwil po bitwie, do Lerhara lepiej nie podchodzić. Jego ludzie trzymali się tej zasady. Orszak wojaków zatrzymał się nieopodal czekając jak ten potężniej postury mężczyzna, który im przewodził, ruszy w dalszy marsz.

Wódz jednak wpatrywał się w dal niepokojąco długo. Gdy szał bitewny opadał, zaczynało mroczyć mu się w oczach. Przeraźliwa wizja dobijała się do jego świadomości. Zdało mu się, że tonie we własnej krwi, że jego serce przebija ostry nóż. Spróbował się otrząsnąć, ale niewiele to pomogło.

Przeklęta wiedźma, pomyślał. W czasie bitwy zdążyła rzucić na niego jakiś czar. Otoczyli go wrogowie i nim zdążył się od nich odpędzić i dobrać się do czarownicy, ta zdążyła coś wymamrotać.

– Rhawahrze! – krzyknął w gniewie. Jego głos był głęboki i metaliczny, jakby dobywający się z głębi ziemi – Obyś nigdy nie został odbudowany!

Po tych słowach odwrócił się i ruszył dalej, nie pozwalając aby żołnierze ujrzeli jego chwilę słabości. Wizja nie ustawała przez kilka kolejnych chwil, lecz w końcu siła woli Lerhara zwyciężyła. Do czasu.

Obrazy powróciły kiedy jego wojsko rozbiło obóz, a on znalazł się sam w namiocie. Usiadł wtedy na dłuższą chwilę na skrzyni z prowiantem i co chwila potrząsając głową starał się uwolnić od klątwy jaką nałożyła na niego wiedźma. Złościł się przy tym na siebie, że jego wola nie potrafi przemóc zaklęcia.

Czuł jednocześnie coraz mocniej realność wizji tak, jakby była prawdziwsza niż rzeczywistość. Wzdrygał się przed tym, a jednocześnie jego ciało przechodził zimny dreszcz.

W pewnym momencie do namiotu wszedł giermek Lerhara, Paxkal. Był młodym, acz postawnym mężczyzną, którego twarz zdobiła zawadiacko przystrzyżona broda i kilka blizn, które nosił z dumą godną wojownika.

– Mój panie – rzekł, podchodząc do wodza – czy jesteś ranny?

– Nie, nic mi nie jest – odparł tamten, odprawiając giermka gestem ręki. Ten jednak ani myślał wysłuchać niemego rozkazu.

– Wodzu, jeśli potrzeba, zaraz każę wezwać medyka… – powiedział – …choć rannych mamy wielu, to zajmie się tobą w pierwszej kolejności.

– Czy nie wiesz, przyjacielu – syknął Lerhar poirytowany gadulstwem towarzysza – że wasz wódz nie krwawi? Że nie można go zranić ani zgładzić?

Paxkal zawahał się przez chwilę.

– Wiem o tym, mój panie – zaczął ostrożnie. – Gdyby jednak czyjś miecz bądź włócznia dosięgły mego wodza… ani ja ani medyk ani nikt inny nie rzekł by o tym czy to przyjaciołom czy wrogom… choćbym miał wyrżnąć sobie język.

Lerhar milczał przez chwilę. Obrazy w jego głowie nie chciały odejść, a obecność giermka rozpraszała go i utrudniała walkę. Wojownik wstał i chwycił za rzucony nieopodal sztylet.

– Sądzisz przyjacielu, że kiedy powiadam ci, że żadne ostrze nie przebije ciała twego wodza, to czcze przechwałki?

Jeszcze kiedy wymawiał te słowa, rozdarł koszulę na swojej piersi. Uniósł w górę sztylet. Paxkal z okrzykiem przerażenia ruszył by powstrzymać rękę targającą się na własne życie. Nie mógł jednak zdążyć. Żelazo uderzyło w pierś Lerhara i… rozprysło się na drobne kawałki, które zatańczyły jeszcze przez chwilę wkoło, połyskując w blasku księżyca, po czym opadły na ziemię.

– Idź teraz i powiedz komu chcesz o tym co widziałeś – wódz odrzucił niedbale rękojeść sztyletu. Znów usiadł na skrzyni z prowiantem i chciał zatopić twarz w dłoniach aby skupić się na zmaganiu z klątwą kiedy zobaczył, że Paxkal nie poruszył się ani o krok. Rozłożył więc ramiona w pytającym geście.

– Mój panie i przyjacielu – odezwał się tamten – choć wierzę teraz, że nie możesz krwawić to widzę jednak, że wstrząsa tobą cierpienie.

Lerhar uświadomił sobie w tym momencie, że zapewne nie potrafi ukryć swych odruchów. Zapewne widać jak drży czy zasłania oczy przed obrazami, które go dręczą. Prawdopodobnie też próbuje łapać powietrze kiedy czuje, że topi się w swojej krwi.

– Ta wiedźma z Rawahr rzuciła na mnie klątwę – wyjaśnił z gestem zrezygnowania – muszę stawić jej czoła całą swoją siłą woli, więc jeśli nie znasz jakiegoś potężnego czarownika, to wyjdź, bo mnie rozpraszasz.

Paxkal, jeśli kogokolwiek mógłby nazwać czarownikiem, zwłaszcza potężnym, wskazałby z pewnością właśnie Lerhara. Skłonił się przeto krótko, po żołniersku i wyszedł z namiotu.

Lerhar z kolei siedział jeszcze przez moment bijąc się z zaklęciem. Ono jednak zdawało się wzmagać aniżeli słabnąć. Po kilku chwilach wojownik zaczął odczuwać coś co nazwać mógłby cieniem potwornego bólu, którego ognisko rozpaliło się w piersi, lecz szybko rozeszło się na całe ciało.

Podniósł się ze skrzyni, próbując rozciągnąć członki, jednak ból nasilił się. Przypominał teraz trochę migrenę, która zdarza się po długotrwałym i ciężkim wysiłku. Wojownik nie potrafił ocenić czy była to część klątwy, czy naturalna reakcja jego ciała na długą i ciężką bitwę.

Chwiejąc się podszedł do pryczy i na niej upadł, zapadając w niespokojny sen.

 

Kiedy otworzył oczy, ujrzał jasne niebo, zaś nad sobą kilku mężczyzn. Nie widział ich wyraźnie. Wkoło było gwarno od krzyków i śpiewów. Lerhar spróbował się poderwać, ale jakieś więzy przytrzymywały go. Wtem jakaś sylwetka zbliżyła się do niego i zatopiła w jego piersi sztylet. Potworny ból przeszył całe ciało.

Wtedy przyszła do niego promienista i cienista zarazem, taka jak spotykał ją zawsze. Zbudził się z tego koszmarnego snu wyczuwając jej obecność. Odziana była w kilka ledwie zwiewnych, prześwitujących szat. Jej głowę zdobił pięknie rzeźbiony diadem z jaśniejącym diamentem, jakby wykuty z gwiazd u zarania czasu.

Podeszła do pryczy i usiadła obok niego. Złożyła delikatną, smukłą dłoń na jego piersi i gładząc go, poczęła zdejmować zeń ubranie.

– Witaj, mój obrońco – powiedziała z uśmiechem – rzeź Rawharu jakiej dokonałeś sprawiła mi wielką radość. Usłucham też twojej klątwy. Twierdza nigdy nie zostanie odbudowana.

– Dziękuję, pani – odparł z wdzięcznością.

– Przed tobą najważniejsza bitwa – dodała, wchodząc na niego – zdobądź Kawahr i przynieś mi głowę jego króla.

– Tak, pani.

– Kiedy tego dokonasz, przez dziewięć nocy mój blask nie zajaśnieje na pożegnania Słońca, gdyż noce te spędzę z tobą – zapewniła, gładząc jego muskularne ramiona.

– Niczego bardziej nie pragnę, moja królowo – odparł kładąc dłonie na jej udach.

– Potrzebujesz czegoś? – zapytała.

– Czarownica z Rawharu rzuciła na mnie czar – odparł – zdaje mi się jakby coś rozrywało moje ciało, widzę zalewającą moje oczy krew i topię się w niej. Śniło mi się, jak ktoś wykrawa mi serce.

Isatha zmarszczyła czoło. Na jej twarzy odmalowało się zirytowanie, które jednak szybko ją opuściło. Dotknęła smukłym palcem jego czoła i szepnęła słowa w języku czy to bogów czy gwiazd. Lerhar poczuł jak wracają mu siły. Klątwa go opuściła i wiedział, że na dobre. Choć w obecności bogini w ogóle osłabła, jak sobie teraz uświadomił, to uczucie jakie go ogarnęło było uczuciem całkowitej wolności.

– Nie pozwolę żeby jakaś wiedźma dręczyła mojego wybrańca – szepnęła, całując go głęboko i pozwalając aby ją porwał w miłosnym uścisku.

Złączenie z boginią zawsze odnawiało jego siły i wyostrzało zmysły. Był pewien, że ciało, którym go obdarza musi nieść z sobą jakąś formę błogosławieństwa. Kiedy odchodziła, nie mógł już dłużej spać. Choć dopiero zbliżał się świt i siostra Isathy wkraczała na nieboskłon, choć jego żołnierze wciąż spali, on musiał przejść się wkoło obozu tylko po to żeby nie siedzieć bezczynnie. Nie mógł doczekać się bitwy.

Rozbili się na niewielkim wzgórzu na północ od zrujnowanego Rhawahr. Stamtąd rozciągał się widok zarówno na bagna na których stała wciąż płonąca twierdza, jak i na ośnieżone szczyty na północy, wśród których kryło się miasto i kopalnie Kawharu. Lerhar zastanawiał się czasem dlaczego Isatha tak bardzo pragnie pognębić jego mieszkańców. Owszem, był to naród ze wszech miar bogaty, jednak zagarnięcie ich bogactw byłoby dobrym motywem dla człowieka, nie dla bogini. Powiedziała mu kiedy zapytał, że chce ukarać miasto za nieokazywanie jej czci. Przyjął to wytłumaczenie, choć nie do końca dowierzał logice bogów. Zwykłe dziewczę o takiej urodzie mogłoby przekonać niejednego mężczyznę do oddawania jej czci, więc po co bogini wszczyna wojnę? Poza tym, czyż niebianom naprawdę nie jest obojętne to czy są czczeni czy nie?

Lerhar porzucił jednak te myśli. Nigdy nie miał cierpliwości do filozofii. Co prawda, nie pamiętał wiele ze swego życia, ale przeczuwał że na uczonego nigdy nie miał predyspozycji. Pamięć była właściwie czymś co czasem go zastanawiało. Paxkal i inni często opowiadali historie ze swego dzieciństwa, młodości, zupełnie jakby dobrze znali swoje życie.

Lerhar pamiętał początek wojny przeciwko Kawharowi. Pamiętał rozmowę z Isathą i po jej okolicznościach wiedział, że już wtedy musieli być ze sobą blisko związani. Nie pamiętał jak go wybrała. Może to on wybrał ją na swoją patronkę? Nie pamiętał skąd pochodził ani co robił kiedy był młodszy. Już teraz miał wrażenie, że wspomnienia z bitwy o Rhawahr powoli się zacierają. Czy kiedyś zapomni ją także?

Spróbował przypomnieć sobie wyraźnie co tkwiło w jego pamięci. Ostatnia noc z Isathą jawiła się doskonale, ale wspomnienie o klątwie było już mgliste. Rozmowa z Paxkalem. Uśmiechnął się kiedy wspomniał jak uderzył nożem w swoje serce, a on rozprysnął się na drobne kawałki. Rozbawiony rozsunął koszulę i przyłożył dłoń do swojej piersi.

Cisza.

Zaskoczyło go to nieco, zdawało mu się że skoro zadał tyle gładkich śmierci, powinien instynktownie trafić dłonią tam, gdzie znajduje się serce. Przesuną palce w lewo, potem w prawo, do góry i w dół.

Wciąż cisza.

Coraz bardziej gorączkowo zaczynał szukać swego serca, sprawdził tętnice na nadgarstkach i w szyi. Nie wyczuł pulsu.

Poczuł jak zimny pot oblewa jego czoło. Przypomniał sobie wyraźnie sen, w którym ktoś wycinał mu serce.

– Paxkal! – zawołał, rzucając się biegiem do obozu – Paxkal! Znajdź mi natychmiast jakąś wiedźmę albo czarownika – dodał kiedy znalazł i przebudził swojego giermka – nie interesuje mnie czy podpalisz kontynent w poszukiwaniach, przed zmrokiem chcę zasięgnąć rady!

– Nie zawiodę cię, mój panie – odparł Paxkal, zrywając się z łóżka bez słowa skargi. Dostawszy rozkaz, młodzieniec ten nie zadawał pytań, lecz od razu ruszył aby go wypełnić.

 

Tego dnia, kiedy giermek poszukiwał czarownicy, on przemieszczał się z armią dalej w kierunku Kawahr. Wróg nie stawiał już oporu. Wszystkie siły wycofał do górskiej twierdzy. Świadczyło to o tym, że gniew Lerhara budził postrach. Żadnych zasadzek, żadnych manewrów ani podstępów. Postanowili bronić się wszystkimi siłami w niezdobytej warowni. Dotąd Rhawahr również uchodziło za niezdobyte, a jednak padło.

Kawahrczycy cofali się zbyt pospiesznie, by dokładnie spalalić własne ziemie. Żyzne, pagórkowate tereny między rzekami w czasie pokoju potrafiły dostarczyć żywności dla obu miast z nawiązką. W czasie wojny stawały się jednak niewyczerpanym źródłem zaopatrzenia dla atakującej armii. Obrońcy podczas wycofywania się próbowali spalić co tylko mogli. Mnogość zasobów i pośpiech sprawiły, że armia Lerhara zastała tylko nieudolne próby zniszczeń. W istocie mogli rabować do woli.

Tego dnia skręcili nieco na zachód aby wejść w środek rozległej doliny. Trzon armii miał być gotowy do boju gdyby z którejś strony, zwłaszcza zachodu, miały dla obrońców nadejść jakieś posiłki.

Wieczorem zjawił się Paxkal, któremu udało się zasięgnąć języka o wiedźmie mieszkającej na północnym zachodzie, w lesie u stóp gór. Lerhar wyprawił więc nocne patrole i mianował dowódcę na czas swojej nieobecności. Niecierpliwił się i już teraz chciał poznać odpowiedź na pytania, które go nurtowały.

Razem z giermkiem wyjechali wraz z jednym z patroli. Pogonili konie do galopu, ruszając tam, gdzie Isatha rozpostarła swe krwawe skrzydła, pusząc się diamentem swej korony za udającym się na spoczynek Słońcem.

Tam, w dali na horyzoncie majaczał czarny las: gęsty i mroczny. Gdy się doń zbliżyli, ujrzeli powykręcane pnie starych drzew tworzące jakby mur broniący wstępu w gąszcz puszczy. Było to jednak ledwie złudzenie, bowiem przejście nie sprawiło wędrowcom problemu.

 Rozbili chwilowe obozowisko na skraju lasu. Lerhar odprawił patrol na dalszy zwiad. Jego i Paxkala konie przywiązali do drzew na skraju. Wzięli ze sobą pochodnie i ruszyli w głąb puszczy.

– Znasz drogę? – zapytał dopiero wtedy Lerhar swojego giermka.

– Powiada się, że droga sama odnajdzie się jeśli zechce być odkryta – odparł tamten.

– Głupcze – syknął jego pan. Szedł jednak dalej.

– To jedyny trop – wytłumaczył się Paxkal. Lerhar odpowiedział mu gniewnym milczeniem.

Szli dłuższą chwilę w mroku i ciszy, mijając poskręcane pnie starych cisów. Stosunkowo prędko poczuli zmęczenie i senność. Brnęli jednak dalej na oślep, mając nadzieję na odnalezienie ścieżki, która prowadziłaby do siedziby wiedźmy.

Usłyszeli wreszcie szum rzeki w oddali, a po kilku chwilach dotarli do wypełnionego wodą olsu. Zdawało się, że bagno na dobre blokuje im drogę. Twarz Lerhara wykrzywił gniew jeszcze potężniejszy niż poprzednio. Wojownik zwrócił się w stronę swego giermka zamierzając wybuchnąć, kiedy ten zawołał:

– Mój panie, ścieżka!

Rzeczywiście, w oddali, gdzie ledwie docierało światło pochodni, zdawała się majaczyć alejka starożytnych olch, których spróchniałe gałęzie sięgały ku wędrowcom niczym tysiące ramion przedwiecznego, potwornego bóstwa.

Lerhar syknął tylko i ruszył w stronę drogi. Paxkal podążył za nim.

Szli tak przez, zdawałoby się, wieczność. Aleja czasem była wyraźna, czasem nikła przed nimi. Zawsze jednak byli w stanie, prędzej czy później, trafić na wyraźną ścieżkę. Różne zresztą były jej formy. Czasem była zwyczajna, wydeptana. Innym razem podążać musieli ciągnącą się przez las wstęgą muchomorów albo świerkowych szyszek.

Ścieżka zaprowadziła ich w sam środek bagna. Podążali wtedy jakby niewysokim wałem ciągnącym się wśród rozlewiska, z którego gęsto wyrastały kępki ziemi, na których rosły drzewa.

Po chwili dotarli do wielkiej kępy pozbawionej drzew. Zamiast tego, na wysokim palu wznosiła się tam chata. Zagroda posiadała płot skonstruowany z ludzkich i zwierzęcych kości, ozdobiony rozmaitymi czaszkami stojącymi na palikach. Również i bielejąca ścieżka od bramki wejściowej do drabiny prowadzącej do chaty wyłożona była tym makabrycznym materiałem.

Wojownicy odetchnęli z pewną ulgą. To musiała być chata, której szukali. U Paxkala jednak lęk przed gniewem pana zmienił się w strach przez czarami okrutnej czarownicy. W przeciwieństwie do Lerhara, był zwykłym śmiertelnikiem. Podążył jednak za wodzem w kierunku chaty.

Wkoło panowała cisza. Nikt nie atakował, nikt nie wyszedł im na powitanie. Jednak czujni wędrowcy dłonie złożyli na rękojeściach mieczy gotowi do walki, gdyby zaszła taka potrzeba.

Wspięli się po sznurowej drabinie. Najpierw Lerhar, później Paxkal. Prowadziła ona do wieka, które bez wysiłku dało się uchylić.

Znaleźli się w izbie oświetlonej jedynie kilkoma świecami i żarem z kominka, nad którym stał spory czarny kocioł. W oknie bez ruchu spoczywała sowa. Uważnie obserwowała przybyszy.

W rogu izby, gdzie ledwie od czasu do czasu docierał blask tańczących płomyków siedziała starucha, której oczy przykryte były bielmem, a dłonie niczym szpony mocno zaciskały się na oparciach fotela.

– Witaj, wiedźmo – powiedział Lerhar. Odpowiedziała mu cisza. Czarownica nie poruszyła się. Paxkal pomyślał, że może nie żyje.

– Przybywam aby… – zaczął po chwili wódz. Nie dokończył, gdyż przerwał mu głos głęboki, skrzypiący jakby to drewniane bale, z których wykonana była chata przemawiały.

– Oto nastały czasy gdy umarli szukają własnych grobów. W którym walczą dwie klątwy, jak pozna prawdę?

– Mów jaśniej! – krzyknął Lerhar.

Odpowiedział mu jednak krótki błysk i wstrząs, który obu wojowników powalił na ziemię. Paxkal ujrzał dwie sowy odlatujące w dal. Jego pan stracił przytomność, a chata poczęła wyraźnie zapadać się.

Giermek podniósł się prędko i ocenił sytuację. Dom chwiał się coraz mocniej, co wskazywało na to, że zapewne za niedługo się przewróci. Dla Paxkala priorytetem było jednak uratowanie swojego wodza. Nie zważając na niebezpieczeństwo, wciągnął do środka sznurową drabinę i mocno zawiązał jej koniec wkoło ciała Lerhara. Następnie podniósł go, tak ostrożnie na ile było to możliwe przy chwianiu budynku), i opuścił przez okno w kierunku ziemi. Drugi koniec przywiązał do belki w środku, na której wcześniej stała sowa. Sznur był silny. Sam szedł również tą drogą, odcinając swojego pana tuż nad ziemią. Następnie odciągnął go w bezpieczne miejsce poza zasięgiem chwiejącego się domu, który to po pewnym czasie runął.

Lerhar tymczasem w głębi swojego umysłu napotkał napierającą na niego klątwę, tę samą którą zadała mu wiedźma w Rhawahrze. Tym razem był jednak o wiele bardziej wyczerpany niż po bitwie. Długa wędrówka po nieprzyjaznym terenie w przeciwieństwie do zewu krwi, którym karmił się w bitwie, nie działała na niego pobudzająco. Kilka godzin w odurzającej aurze lasu cisowego również dopełniło dzieła.

Zaklęcie, które wstrząsnęło domem, Lerhara wprowadziło w stan z pogranicza snu. Zmęczony powiedział sobie, że przyjmie sny, które sprowadziła mu klątwa. W końcu to tylko sny. Nie mogą zrobić mu realnej krzywdy. Prawda?

Kiedy przyjrzał się krwi, która w jego wyobraźni przysłaniała mu wzrok i pozwolił sobie utopić się w niej, ujrzał wyraźny obraz.

Dwóch osiłków weszło do celi, rozkuli jego kajdany i wyprowadzili. Kiedy opuścili lochy, słońce oślepiło Lerhara. Chwilę później z blasku wyłoniły się sylwetki kobiet i mężczyzn. Tańczyli wokół niego, upojeni alkoholem i oparami ziół. Wśród tłumu niosła się pieśń sławiąca zachodzące Słońce.

Lerhara zaprowadzono na plac, gdzie czekali dostojnicy wrogiego plemienia i kapłanki. Przypomniał sobie niektóre twarze: stosunkowo niedawno widział je w bitwie. Dobrze wiedział, że wciąż krwawiąca szrama na twarzy jednego z nich jest jego dziełem. Zdołali jednak go pojmać.

Przywiązano go do kamienia na środku placu, piersią skierowaną ku górze. Leżał tak długo, aż słońce rzeczywiście schowało się za horyzontem. Towarzyszyły mu pieśni wiernych i wykrzykiwane modlitwy trzech kapłanek. Nie słuchał ich.

Za zachodzącym słońcem, jak co wieczór, rozbłysła gwiazda wieczorna. Lerhar spojrzał na nią i splunął ze złością. Wtedy najwyższa kapłanka podeszła do niego, przykładając rytualny nóż do piersi wojownika. Zaczął się szarpać, ale był związany zbyt dokładnie. Ona zaś wyrecytowała.

 

O pani, która zapowiadasz słodycz nocy,

O gładkim obliczu rozpalająca zorze,

Kłaniają ci się pokorni słudzy,

W godzinie gdy blask twój nad światem gorze.

 

Ty pyszna unosisz swoją krągłą pierś

Nad zwyciężonych krwawym strumieniem,

Gdzie tuzin mężów znalazł godny kres,

W cieple twych ud zwycięzców ukojnie.

 

O, przyjmij w darze tego, który cię przeklinał

Niech wróg twój wrogów twoich wrogiem się stanie

Oto nadeszła szkarłatnej zemsty godzina.

 

Kto z nami ten z tobą, bo tyś zawsze z nami

Na Rhawahr i Kawahr niech zwróci się miecz jego

W twe imię płomień niech te miasta strawi.

 

Wygłosiwszy te słowa, przyłożyła nóż i dłoń do serca Lerhara. Pchnęła. Szybki, potworny ból i jego świadomość urwała się.

Wróciły też przebłyski późniejszych zdarzeń, były jednak niczym sen.

Najpierw cudowny pałac, wspanialszy niźli wszystkich ziemskich władców. Tam zażywał uciech z boginią i jej dwórkami. Nie wiedział ile czasu upłynęło zanim przyszedł czas odjazdu. Nie chciał jechać, lecz był posłuszny swej bogini.

Później zbierał armię. Teraz, kiedy już pamiętał, wiedział, że rekrutował głównie spośród ludu, z którym wcześniej walczył.

Wróciły też wyraźne wspomnienia walk, aż do zdobycia Rhawahru, od którego to momentu jego pamięć nie była zakryta. Wtedy się ocknął.

Leżał oparty o starą, okazałą olchę, zaś Paxkal próbował go cucić. Wojownik wsparł się na ramionach przyjaciela. Kiedy stanął na prostych nogach, poczuł że jego ciało nie utraciło sił. Zadawał sobie jednak pytanie: co stanie się teraz? Otrzepał się, przyglądając prędko (tak żeby Paxkal nie zauważył) swojej sylwetce. Tam, gdzie ciało było odsłonięte, zobaczył niewielkie, ledwie dostrzegalne, zgorzele. A więc śmierć. To dobrze, ta wojna powinna się skończyć jego upadkiem.

Wtem jasne światło opadło w pobliską kępę drzew. Kobieca postać wylądowała po przeciwnej stronie wysepki. Choć jej twarz pozostawała niewzruszona, to dało się wyczuć atmosferę napięcia i gniewu. Spoglądała też pytająco na Lerhara. Bogini musiała odczuć, że jej czar prysł, ale pewnie liczyła na to, że wojownik pozostanie po jej stronie z własnej woli.

Ten jednak wiedział, że nie ma czasu na rozmowy. Chwycił za miecz.

Kiedy Isatha to spostrzegła, jej postać zmieniła się. W przeciągu mrugnięcia okiem, piękne ciało bogini rozciągnęło się w wężowy kształt. Pokryte łuską sploty zacisnęły się wokół pobliskich drzew, a skrzydła, które jej wyrosły połamały gałęzie.

Lerhar nie czekał. Rzucił się z mieczem w kierunku smoka. Paxkal zachwiał się przez moment ze strachu, ale chwilę potem ruszył za swoim panem.

Z początku zaatakowała paszczą. Miecze wojowników były jednak szybkie i smoczyca nie mogła ich dosięgnąć nie ryzykując przyjęcia ciosów.

Wyrwała więc drzewo, wkoło którego zapleciony był jej ogon i rzuciła między nich. Odskoczyli w przeciwne strony. Wtedy, ogon i ciało bestii błyskawicznie owinęły się wokół Lerhara, uniemożliwiając mu wszelki ruch. Isatha zwinęła się, aby zakończyć żywot krnąbrnego sługi, zupełnie nie zważając na Paxkala.

Giermek jednak, nieświadom, że jego pan i tak umiera, pospieszył mu na ratunek. Podskoczył do splotów, w których uwięziony był jego wódz i ciął gniewnie mieczem najszybciej i najmocniej jak potrafił. Smok zawył z bólu i rozwinął się, odtrącając napastnika, jednak wypuszczając też drugiego przeciwnika. Lerhar, będąc wprawnym w boju, zadał jeszcze kilka celnych cięć bestii. Zaraz po tym jednak zachwiał się i upadł. Jego ciało było zmiażdżone. Połamane żebra przebiły płuca, a zgorzel wyraźnie postępowała w zastraszającym tempie.

Paxkal jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego pan umiera. Był przekonany, że jest ranny, lecz można go uzdrowić.

On i bestia znaleźli się teraz po przeciwnych stronach leżącego Lerhara. Isatha syknęła usatysfakcjonowana, lecz wciąż gniewna. Ona wiedziała, że jej byłemu słudze i kochankowi nie pozostało wiele życia. Zwinęła się więc do ataku i nagle skoczyła w kierunku Paxkala, który stał gotów do śmiertelnego pojedynku.

Lerhar jednak zdobył się na ostatni ruch. Uniósł miecz w momencie kiedy łeb smoczycy przeleciał nad nim, wbijając ostrze w jej gardło. Rozpęd smoka sprawił, że cięcie sięgnęło piersi, przebiło serce, a zatrzymało się dopiero nieco powyżej miejsca gdzie błona skrzydła łączyła się z ciałem.

Rozpędzone cielsko uderzyło w Paxkala, zwalając go z nóg, ale jako że było już bez życia, śmiertelny cios nie padł.

Giermek natychmiast podniósł się i przyskoczył do miejsca, gdzie martwy smok przygniótł jego pana. Z wysiłkiem przetoczył wężowe truchło, aby ujrzeć zmiażdżone i gnijące ciało swego pana. Tliła się w nim jednak resztka życia. Na tyle jej wystarczyło, żeby nakazać giermkowi powstrzymanie łez i krótką relację z tego, czego wojownik dowiedział się w swojej wizji.

– Mój lud zanim został wybity wierzył – rzęził pod koniec opowieści umierający – że wszystkie smoki pochodzą od Isathy. Niechaj nasza zemsta dosięgnie jej dzieci, aby nie pozostał po niej żaden ślad. Tobie powierzam to zadanie.

Po tych słowach skonał.

Paxkal usypał mu grób w postaci kopca, który do dziś dnia można znaleźć w lasach na zachód do Kawahru. Podania mówią, że niegdyś wokół tego grobowca znajdowała się żyła kosztownych metali, które wypłynęły zamiast krwi z ciała smoczycy. Obecnie jednak jej tam nie ma. Jedni mówią, że rozkradli ją zwykli złodzieje, inni, że to królowie po upadku Imperium stworzyli sobie klejnoty z boskiej krwi.

Pierwszym, co uczynić musiał giermek zabójcy smoka było zakończenie wojny. Wrócił do armii i opowiedział historię swego pana. Niewielu jednak go posłuchało. Generałowie zdecydowali o kontynuowaniu walki i zawarciu sojuszy aby wzmocnić wojsko. Lerhara uważali za zbyt brawurowego, więc była to dla nich okazja do poprowadzenia tego konfliktu po swojemu. Ich strategia jednak okazała się nieskuteczna. Kawahr również miał czas na zawarcie sojuszy, zgromadzenie zasobów i umocnienie obrony. Kilka miesięcy później oblegający stali się oblężonymi, a później sami bronili ruin Rhawahru. Ten padł po raz kolejny. Mimo, że twierdza wróciła do prawowitych właścicieli, to ani wtedy ani nigdy później nie udało się go przywrócić do dawnej świetności. Nawet w czasach najdłuższego pokoju i panowania najwspanialszych królów–budowniczych ziały tam stare ruiny, przypominające o klątwie wielkiego wojownika.

 

Pomny ostatnim słowom Lerhara, Paxkal zgromadził wokół siebie zakon, który trudnił się tropieniem i zabijaniem smoków. Po latach, kiedy Łowcy Smoków wsławili się swymi czynami i bojami, jakie toczyli w górach na północy, zaprosił ich do siebie Kawahr, ofiarując siedzibę i pieniądze. Smoki bowiem, stosunkowo liczne w owych czasach, były utrapieniem mieszkańców tego górniczego miasta. Dzięki pomocy Paxkala i jego następców udało się je wytępić do tego stopnia, że dziś nawet już zakonnicy nie widują smoków. Z pomocą bogów, niechaj tak pozostanie.

Koniec

Komentarze

Cześć,

Zrobiłem łapankę błędów. Szczególnie jeśli chodzi o przecinki, to jest ich więcej.

W czasie bitwy zdążyła rzucić na niego jakiś czar. Otoczyli go wrogowie i nim zdążył się od nich odpędzić i dobrać się do czarownicy, ta zdążyła coś wymamrotać.

Zgrzyta mi to zdanie. Odpędzać można się od much lub komarów, ale nie od wrogów.

– Rhawahrze! – krzyknął w gniewie. Jego głos był głęboki i metaliczny, jakby dobywający się z głębi ziemi

Powtórzenie

Po tych słowach odwrócił się i ruszył dalej, nie pozwalając(+,) aby żołnierze ujrzeli jego chwilę słabości.

Przecinek, jego można wykreślić, wiadomo o kogo chodzi.

Obrazy powróciły kiedy jego wojsko rozbiło obóz, a on znalazł się sam w namiocie.

Jego i on zbędne. Lepiej: Obrazy powróciły, kiedy wojsko rozbiło obóz i znalazł się sam w namiocie.

Wzdrygał się przed tym, a jednocześnie jego ciało przechodził zimny dreszcz.

Nie wiem jak inni, ale to chyba powtórzenie. W sensie przy jednej i drugiej czynności wyobrażam to sobie bardzo, bardzo podobnie.

W stylu:

Chodził przy tym, a jednocześnie poszedł.

– Mój panie – rzekł, podchodząc do wodza(+.)Czy jesteś ranny?

– Czy nie wiesz, przyjacielu – syknął Lerhar(+,) poirytowany gadulstwem towarzysza. – Że wasz wódz nie krwawi? Że nie można go zranić ani zgładzić?

– Mój panie i przyjacielu – odezwał się tamten(+.) – Choć wierzę teraz, że nie możesz krwawić to widzę jednak, że wstrząsa tobą cierpienie.

Lerhar uświadomił sobie w tym momencie, że zapewne nie potrafi ukryć swych odruchów. Zapewne widać jak drży czy zasłania oczy przed obrazami, które go dręczą.

Powtórzenie.

Po kilku chwilach wojownik zaczął odczuwać coś co nazwać mógłby cieniem potwornego bólu, którego ognisko rozpaliło się w piersi, lecz szybko rozeszło się na całe ciało.

Wiem, że to metafora ale ten cień bólu (coś wskazujacego na ciemność) i jego rozpalające się ognisko (coś jasnego) się wyklucza.

Wojownik nie potrafił ocenić czy była to część klątwy, czy naturalna reakcja jego ciała na długą i ciężką bitwę.

Bez jego, bo nie mogła to być reakcja czyjegoś innego ciała.

Wtedy przyszła do niego promienista i cienista zarazem, taka jak spotykał ją zawsze.

Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Podeszła do pryczy i usiadła obok niego. Złożyła delikatną, smukłą dłoń na jego piersi i gładząc go, poczęła zdejmować zeń ubranie.

Niego oraz go zbędne – jak podeszła do pryczy i usiadła obok, to nikt inny tam nie spał. Po drugie, lepiej:

Złożyła delikatną, smukłą dłoń na jego piersi i gładząc, poczęła zdejmować zeń ubranie.

Czasem używasz zbyt wielu zaimków.

– Nie pozwolę żeby jakaś wiedźma dręczyła mojego wybrańca – szepnęła, całując go głęboko i pozwalając(+,) aby ją porwał w miłosnym uścisku.

To głęboko średnio mi pasuje. Może namiętnie, czule?

Choć dopiero zbliżał się świt i siostra Isathy wkraczała na nieboskłon, choć jego żołnierze wciąż spali, on musiał przejść się wkoło obozu tylko po to(+,) żeby nie siedzieć bezczynnie.

Rozbili się na niewielkim wzgórzu na północ od zrujnowanego Rhawahr. Stamtąd rozciągał się widok zarówno na bagna na których stała wciąż płonąca twierdza, jak i na ośnieżone szczyty na północy

Ta twierdza dalej by płonęła, następnego dnia? Jak wyobrażam sobie twierdze, to dominują tam elementy ceglane i kamienne, a drewno i inne łatwopalne rzeczy są ograniczane do niezbędnego minimum, by podczas oblężenia, nie było takich problemów z pożarami.

Kawahrczycy cofali się zbyt pospiesznie, by dokładnie spalalić własne ziemie.

Jakiś błąd się tu wkradł z tym spalalić.

Wieczorem zjawił się Paxkal, któremu udało się zasięgnąć języka o wiedźmie mieszkającej na północnym zachodzie, w lesie u stóp gór.

Gubię się trochę w geografii. Wcześniej tylko dolina i wzgórza, a teraz góry.

– Powiada się, że droga sama odnajdzie się(+,) jeśli zechce być odkryta – odparł tamten.

Sama się odnajdzie,*

– To jedyny trop – wytłumaczył się Paxkal. Lerhar odpowiedział mu gniewnym milczeniem.

Nie da się odpowiedzieć milczeniem. Bo jak milczał, to znaczy, że nie odpowiedział. :P

powykręcane pnie starych drzew […]

Szli dłuższą chwilę w mroku i ciszy, mijając poskręcane pnie starych cisów. Stosunkowo prędko poczuli zmęczenie i senność.

Podwójne użycie bardzo podobnego zwrotu w krótkim odstępie rzuca się w oczy. Stosunkowo prędko czyli kiedy? Po stu metrach, kilometrze marszu? Opisy bez szczegółów nic nie wnoszą niestety.

Rzeczywiście, w oddali, gdzie ledwie docierało światło pochodni, zdawała się majaczyć alejka starożytnych olch, których spróchniałe gałęzie sięgały ku wędrowcom niczym tysiące ramion przedwiecznego, potwornego bóstwa.

Pochodnia to źródło światła krótkiego zasięgu, więc nie pasuje mi to „w oddali”.

Jego pan stracił przytomność, a chata poczęła wyraźnie zapadać się. -> szyk, się zapadać.

Następnie podniósł go, tak ostrożnie na ile było to możliwe przy chwianiu budynku), i opuścił przez okno w kierunku ziemi.

Jakiś nawias się tu wkradł.

Sznur był silny.

Sznur może być wytrzymały, nie może być silny.

Otrzepał się, przyglądając prędko (tak żeby Paxkal nie zauważył) swojej sylwetce.

Wrzucanie czegoś w nawias nie pasuje do opowiadań.

Miecze wojowników były jednak szybkie i smoczyca nie mogła ich dosięgnąć nie ryzykując przyjęcia ciosów.

Miecze nie mogą być szybkie. Cios może być szybki, miecz może szybko coś ciąć ale sam nie może być szybki.

Ogólnie, spoko historia, jest jakiś potencjał.

Ale: poprawiłbym zapis dialogów i techniczne elementy związane z przecinkami i konstrukcjami zdań.

Ponadto, dwojako odbieram całe opowiadanie. Pierwsza część spoko, coś mówi, są dialogi, można coś wywnioskować. Druga natomiast to praktycznie sam narrator z przeskokiem akcji, który niestety w moim odczuciu więcej zamieszał, niż wyjaśnił. Bardzo dużo faktów i tego co się dzieje, można by było przedstawić w dialogach. W drugiej części czytanie narratora bardzo się dłuży. Ot, opis.

Powodzenia więc w dalszym pisaniu.

Przykro mi to pisać, Pgujdo, ale opowiadanie czytałam z pewnym trudem, nie do końca pewna, czy wszystko zrozumiałam. Zostałam wrzucona w środek zdarzeń i brakło mi informacji, o co i dlaczego toczyła się wojna? Jaką rolę odegrała w niej smoczyca? Czy smoczyca i bogini, która odwiedziła Lerhara to ta sama istota? O co tu chodzi?

Zbyt wiele, jak dla mnie, było też chaotycznie przedstawionych wizji bohatera i w sumie miejscami przestawałam się orientować, co jest jawą, a co urojeniem.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia – najbardziej przeszkadzały liczne błędy, usterki i różne potknięcia, wiele powtórzeń i nadmiar zaimków, że o zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

Miecz swój, już zby­tecz­ny, koń­cem lekko oparł o zie­mię po­zwa­la­jąc krwi swo­bod­nie spły­wać po ostrzu. ―> Skoro właściciel miecza podziwiał widok, to rozumiem, że bitwa skończyła się jakiś czas temu, więc krew na mieczu chyba zdążyła zakrzepnąć i pewnie już nie spływała.

 

Or­szak wo­ja­ków za­trzy­mał się nie­opo­dal cze­ka­jąc jak ten po­tęż­niej po­stu­ry męż­czy­zna… ―> Or­szak wo­ja­ków za­trzy­mał się nie­opo­dal, cze­ka­jąc ten po­tęż­niej po­stu­ry męż­czy­zna

 

za­czy­na­ło mro­czyć mu się w oczach. Prze­raź­li­wa wizja do­bi­ja­ła się do jego świa­do­mo­ści. Zdało mu się, że tonie we wła­snej krwi, że jego serce prze­bi­ja ostry nóż. Spró­bo­wał się otrzą­snąć… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Lekka siękoza.

 

Prze­klę­ta wiedź­ma, po­my­ślał. ―> Pod koniec poradnika o zapisywaniu dialogów znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

W cza­sie bitwy zdą­ży­ła rzu­cić na niego jakiś czar. Oto­czy­li go wro­go­wie i nim zdą­żył się od nich od­pę­dzić i do­brać się do cza­row­ni­cy, ta zdą­ży­ła coś wy­mam­ro­tać. ―> Powtórzenia.

 

jakby do­by­wa­ją­cy się z głębi ziemi… ―> …jakby do­by­wa­ł się z głębi ziemi

 

jego chwi­lę sła­bo­ści. Wizja nie usta­wa­ła przez kilka ko­lej­nych chwil… ―> Powtórzenie.

 

Ob­ra­zy po­wró­ci­ły kiedy jego woj­sko roz­bi­ło obóz… ―> Zbędny zaimek – czy istniała możliwość, aby obóz rozbiło obce wojsko?

 

Czuł jed­no­cze­śnie coraz moc­niej re­al­ność wizji tak, jakby była praw­dziw­sza niż rze­czy­wi­stość. Wzdry­gał się przed tym, a jed­no­cze­śnie jego… ―> Powtórzenie.

 

od­parł tam­ten, od­pra­wia­jąc gierm­ka ge­stem ręki. ―> Masło maślane – gesty wykonuje się rękami.

Wystarczy: …od­parł tam­ten, gestem od­pra­wia­jąc gierm­ka.

 

ani ja ani medyk ani nikt inny nie rzekł by o tym… ―> …ani ja, ani medyk, ani nikt inny, nie rzekłby o tym

 

Wo­jow­nik wstał i chwy­cił za rzu­co­ny nie­opo­dal szty­let. ―> Wo­jow­nik wstał i chwy­cił leżący nie­opo­dal szty­let.

 

Uniósł w górę szty­let. ―> Masło maślane – czy można unieść coś w dół?

 

po­wstrzy­mać rękę tar­ga­ją­cą się na wła­sne życie. ―> Czy to znaczy że ręka miała życie, na które próbowała się targnąć?

Proponuję: …powstrzymać rękę, próbującego targnąć się na własne życie.

 

za­tań­czy­ły jesz­cze przez chwi­lę wkoło, po­ły­sku­jąc w bla­sku księ­ży­ca… ―> Skąd w namiocie blask księżyca?

 

że za­pew­ne nie po­tra­fi ukryć swych od­ru­chów. Za­pew­ne widać… ―> Powtórzenie.

 

cięż­kim wy­sił­ku. Wo­jow­nik nie po­tra­fił oce­nić czy była to część klą­twy, czy na­tu­ral­na re­ak­cja jego ciała na długą i cięż­ką bitwę. ―> Powtórzenie.

 

Chwie­jąc się pod­szedł do pry­czy i na niej upadł… ―> Chwie­jąc się, pod­szedł do pry­czy i upadł na nią

 

usia­dła obok niego. Zło­ży­ła de­li­kat­ną, smu­kłą dłoń na jego pier­si i gła­dząc go, po­czę­ła zdej­mo­wać zeń ubra­nie. ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

mój blask nie za­ja­śnie­je na po­że­gna­nia Słoń­ca… ―> Dlaczego wielka litera?

 

by do­kład­nie spa­la­lić wła­sne zie­mie. ―> Literówki.

 

Jego i Pa­xka­la konie przy­wią­za­li do drzew na skra­ju. ―> Czy dobrze zrozumiałam, że obaj panowie zostali przywiązani do drzew przez konie?

A może miało być: Konie przy­wią­za­li do drzew na skra­ju.

 

któ­re­go gęsto wy­ra­sta­ły kępki ziemi, na któ­rych rosły drze­wa.

Po chwi­li do­tar­li do wiel­kiej kępy po­zba­wio­nej drzew. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Za­gro­da po­sia­da­ła płot… ―> Zagrodą nie może niczego posiadać.

Proponuję: Zagrodę otaczał płot

 

dło­nie ni­czym szpo­ny mocno za­ci­ska­ły się na opar­ciach fo­te­la. ―> …dło­nie, ni­czym szpo­ny, mocno za­ci­ska­ły się na poręczach fo­te­la.

Fotel ma jedno oparcie, z tyłu, o które można oprzeć plecy, ale nie ręce.

 

że za­pew­ne za nie­dłu­go się prze­wró­ci. ―> …że za­pew­ne nie­dłu­go się prze­wró­ci. Lub: …że za­pew­ne za chwilę się prze­wró­ci.

 

przy chwia­niu bu­dyn­ku), i opu­ścił… ―> Co zamyka nawias, który nie został wcześniej otworzony?

 

Sznur był silny. ―> Sznur był mocny/ wytrzymały.

 

domu, który to po pew­nym cza­sie runął. ―> …domu, który po pew­nym cza­sie runął.

 

Ler­ha­ra wpro­wa­dzi­ło w stan z po­gra­ni­cza snu. Zmę­czo­ny po­wie­dział sobie, że przyj­mie sny, które spro­wa­dzi­ła mu klą­twa. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

wciąż krwa­wią­ca szra­ma na twa­rzy jed­ne­go z nich… ―> Szrama to ślad po zagojonej ranie. Szrama nie krwawi.

Proponuję: …wciąż krwa­wią­ca rana na twa­rzy jed­ne­go z nich

 

Chwy­cił za miecz. ―> Chwy­cił miecz.

 

pa­no­wa­nia naj­wspa­nial­szych kró­lów–bu­dow­ni­czych… ―> …pa­no­wa­nia naj­wspa­nial­szych kró­lów-bu­dow­ni­czych

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Pomny ostat­nim sło­wom Ler­ha­ra, Pa­xkal zgro­ma­dził… ―> Pomny ostat­nich słów Ler­ha­ra, Pa­xkal zgro­ma­dził

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sagitt, regulatorzy, dziękuję za wasze komentarze. Widzę, że głównie kuleje dopracowanie szczegółów językowych i interpunkcji, a od strony samej historii: próba opowiedzenia więcej przy mniejszej objętości tekstu. Stąd mnóstwo niedopowiedzeń i chaosu, na który zwróciliście uwagę, a o którym niesłusznie sobie wyobrażałem, że przecież czytelnik się domyśli. Takich komentarzy jak Wasze potrzebowałem. Szczególnie dziękuję za konkretne wypunktowanie przykładów: wiem, że to dużo pracy, ale dla mnie informacja co konkretnie nie gra i dlaczego. Z tego powodu tym bardziej doceniam.

Sagitt, napisałeś, że do pewnego momentu narracja Ci się podobała, później nie. Mógłbyś sprecyzować gdzie leży ta granica? Chciałbym się przyjrzeć temu, co wydaje się sensowne, a co nie.

Od momentu, kiedy weszli do lasu. Wtedy, jak wspominałem, istniał tylko narrator, więc część, która miała nieść dramatyzm i moment kulminacyjny, była przegadana.

Pgujdo, bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka