- Opowiadanie: cobold - Jeden kamień

Jeden kamień

Opowiadanie uczestniczy w konkursie „Granice Nieskończoności”.

Jeśli podoba Ci się ta inicjatywa, rozważ darowiznę na Fundację Wspierania Ratownictwa RK: https://fb.com/FundacjaRK/about/ (dane na dole strony).

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Jeden kamień

…takiego na przykład Alberta Einsteina poznałem w tysiąc dziewięćset drugim, w Bernie, na Untertorbrücke. Noc była rześka, bezksiężycowa, miliardy gwiazd mrugały na niebie, tysiące w dole na powierzchni rzeki, a on w rozpiętej marynarce i bez nakrycia głowy trząsł się, może z zimna, a może z emocji, przytulony od zewnętrznej strony do żeliwnej barierki mostu.

– Jeśli chodzi o kobietę, to uwierz mi, przyjacielu, nie warto! – zawołałem z odległości kilku kroków.

Odwrócił głowę, spojrzał na mnie i zaniósł się śmiechem – naturalnym, szczerym, a jednak niezaraźliwym. Podobnie śmiał się Szekspir i chyba też młody Aleksander, choć co do tego drugiego mogłem się już mylić.

Wykorzystałem moment, żeby podejść bliżej. Zaszedłem go od prawej, szybko sięgnąłem nad kutą balustradą i chwyciłem za przedramię.

– Germain Comte. – Potrząsnąłem jego ręką. Materiał marynarki był lichy, a ciało wewnątrz drobne, wychudzone. W razie potrzeby bez trudu dałbym radę go obezwładnić. Inna sprawa, że nie byłem wcale pewien, czy mam ochotę aż tak się angażować.

– Comte to nazwisko, czy tytuł? – Jedna brew i połowa wąsa powędrowały w górę.

– Jesteśmy w Szwajcarii, tu arystokratyczne tytuły nie mają takiego znaczenia – odparłem wymijająco.

Drugi kącik ust dołączył się do uśmiechu.

– Pan wybaczy. Einstein – skinął głową – Albert Einstein. I to nie jest tak, jak pan myśli.

– Wszyscy tak mówią…

– Nie, nie rozumie pan. To tylko eksperyment. Nic złego. – Odwrócił się do mnie, lewą ręką mocno ściskając barierkę. Faktycznie nie sprawiał wrażenia kogoś, kto chce skoczyć do lodowatej wody. – Widzi pan, od rana do wieczora siedzę w biurze patentowym, nie stać mnie na własne laboratorium, a nie wszystkie doświadczenia można przeprowadzić w myślach.

Cały czas trzymałem go za rękaw. Zerknął przez ramię w dół, na rzekę i znowu spojrzał na mnie.

– Interesuje się pan trochę fizyką? – zapytał.

– Był czas, kiedy sporo studiowałem.

– Tutaj, czy w Paryżu?

– W Paryżu, w Pradze i w Toledo. Wcześniej w Aleksandrii.

– Świetnie! – Jego oczy rozbłysły dziecięcą radością. – Będzie pan drugim obserwatorem.

Delikatnie potrząsnął moją ręką, a kiedy nie zareagowałem, odchrząknął. Puściłem jego rękaw i zrobiłem krok do tyłu. Sięgnął do kieszeni marynarki, znowu uśmiechnął się szelmowsko i, niczym prestidigitator, wyciągnął coś nagłym ruchem.

– Kamień. – Zaprezentował mi zawartość swojej dłoni. – Jeden kamień, jak moje nazwisko.

Odwrócił się, wyciągnął rękę przed siebie, sprawdził, czy go obserwuję i rozchylił palce.

Cichy plusk. Gwiazdy pod nami zadrżały w posadach. Odruchowo spojrzałem na niebo – te w górze nadal tkwiły nieruchomo. Znów na dół – wszystkie wróciły na swoje miejsca.

– Widział pan? – zapytał Einstein.

– Ale co?

– Fale. Powstają, rozchodzą się i zanikają. To normalne. Na naszą miarę.

Kiwnąłem głową.

– Maxwell twierdzi, że światło to też fale – mówił dalej. – Niech pan spojrzy na gwiazdy. Najdalsze z tych, które możemy zobaczyć gołym okiem, są tak odległe, że ich światło potrzebuje kilku tysięcy lat, aby do nas dotrzeć. Innymi słowy, patrząc na nie, widzimy przeszłość. Niech pan o tym pomyśli… – Jego lewa noga obsunęła się nagle z wąskiego występu. Zanim zdążyłem zareagować, chwycił się oburącz barierki za plecami. – To nic, przepraszam – kontynuował niewzruszony. – O, na przykład obserwując tamtą gwiazdę nad katedrą – wyciągnął rękę, a ja zadrżałem – cofa się pan w czasy budowy piramid. Może pan to sobie wyobrazić?

Z piramidami moja wyobraźnia nie miała najmniejszego problemu.

– A mimo to fala nie wygasa – ciągnął. – Ale to jeszcze nie koniec, to światło biegnie przecież dalej, a skoro świat jest nieskończony, będzie tak biegło przez kolejne miliardy lat, bez końca, bez granic i bez celu. Mieści się to panu w głowie?

O tym wolałem już nie myśleć.

– A teraz najważniejsze: gdybym cisnął do wody nie jeden, a całą garść kamieni? Chaos! Podobnie te fale emitowane tysiącleciami przez niezliczone gwiazdy, w niezmierzonej przestrzeni, muszą ze sobą interferować, odbijać się, nakładać. Wobec nieskończoności świata, gwiazdy nie powinny być punktami na niebie, tylko feerią rozbłysków nad naszymi głowami, niepojętą elektromagnetyczną burzą. Czemu tak nie jest? Czemu są takie spokojne?

– Może udają, że się nie widzą? Albo potrafią o tym zapomnieć? – odparłem.

Spojrzał na mnie uważnie, niepewny, czy z niego nie kpię. Wzruszyłem ramionami.

– Zapomnienie jest jedynym antidotum na nieskończoność – dodałem.

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Tylko dlatego zdążyłem zareagować, gdy jego buty równocześnie omsknęły się ze śliskiego kamienia. Przechyliłem się błyskawicznie nad barierką i w ostatnim momencie chwyciłem wyrzuconą w górę rękę.

Zazwyczaj starałem się nie mieszać. Kiedy Sokrates sięgał po swój kielich, nie kiwnąłem nawet palcem. Nie wzywałem pomocy, gdy Barbarossa znikał w nurtach Kalykadnos, czy jak tam się ta rzeka wtedy nazywała. Ale czasem musiałem coś zrobić, bo powstrzymanie się od działania oznaczało przekroczenie granicy, za którą przestałbym już być człowiekiem.

W tej krótkiej chwili, gdy wisiał nad czarną pustką, utrzymywany tylko przeze mnie, nie patrzył mi w twarz, tylko prosto w gwiazdy. Metalowa poręcz wbijała mi się w ramię. Poczułem, że rękaw jego marynarki pruje się pod pachą. I wtedy mrugnął do mnie. Dałbym sobie głowę uciąć – gdyby to oczywiście miało jakieś znaczenie – że tak samo mrugnęła Kleopatra, kiedy prosiła, żeby ją zawinąć w ten dywan. Wyciągnął drugą rękę i chwycił się barierki. Podciągnął się, podparł nogą i przegramolił na moją stronę. Poprawił ubranie i przeczesał dłonią zmierzwione włosy.

– Nigdy tego panu nie zapomnę – wysapał. – Panie…

– Germain. Proszę mi mówić po imieniu.

– Germain? – zawahał się. – Tak jak ten francuski hrabia? Saint-Germain?

– Wybacz, Albercie, ale nie kojarzę – odparłem, bo jak mówiłem, są historie, o których lepiej nie pamiętać.

Próbował mnie namówić na wspólny posiłek, ale miałem już dosyć. Uścisnąłem ostatni raz jego dłoń i odszedłem w stronę Berner Münster, układając sobie w głowie tę i inne opowieści. Nie miałem złudzeń, co do tego, że kiedyś, za kolejne tysiące czy miliony lat, wszystkie one rozpłyną się w nicości, jak kręgi fal na wodzie. Ale o tym też już potrafiłem nie myśleć.

Choć z drugiej strony, było kilka takich wspomnień, z którymi naprawdę trudno będzie mi się rozstać. Jak, na przykład, to parne, burzowe przedpołudnie na Sun Hills, kiedy spotkałem Marilyn Monroe…

Koniec

Komentarze

Coboldzie, jak ty to robisz, że zwykłą opowiastkę o fizyce, zmieniasz w historię, którą czyta się z zapartym tchem, delektując się kazdym słowem? To drugie Twoje opowiadanie, które przeczytałem, i powiedzieć mogę tyle, że jestem pod wrażeniem Twojego stylu.

Nawiązania do historii tylko dodają smaku temu szorciakowi. 

Niech to, żeby tak pięknie pisać… 

Bardzo fajnie ograny konkursowy temat, klimat, a przy tym – wszystko to ciekawie językowo opowiedziane, impresyjnie, z narracją z punktu widzenia zastosowaną trafnie i przekonująco do scharakteryzowania narratora. Zdecydowanie mi się podobało.

Twoja Córka poławiacza żachw była pierwszym opowiadaniem, które przeczytałem na tym portalu, ale muszę przyznać, że nie podobała mi się nawet w połowie tak bardzo jak to.

Niezwykle wyraziste w swoim koncepcie. Choć nawiązanie do hasła konkursowego nie bije po oczach, to mniej lub bardziej subtelnie rezonuje na kilku poziomach dzieła. Podoba mi się gładko zrealizowane show-don’t-tell w narracji St Germaina i graniczące z naiwnością rozkminy młodego Einsteina.

Bardzo mocno kojarzy mi się z takim filmem butelkowym pt. Człowiek z Ziemi. Polecam, swoją drogą.

Co tu wiele pisać? Twoje teksty są chwalone, od kiedy tu publikujesz, ale to, co mnie w powyższym cieszy, to progres, jaki widać. Językowy, co wcale nie tak łatwo dostrzec, ale ja jestem wyczulony na takie rzeczy. I pod kątem treści także. To już nie jest rebus-zagadka, tylko klimatyczna, elegancka i zrozumiała dla każdego historia z warstwami. Kojarzy mi się z Sandmanem i właściwie widziałbym to jako komiksowy one-shot w stylu graficznych opowiadań Gaimana – te wszystkie miniretrospekcje o postaciach historycznych można by fajnie przedstawić w postaci kadrów/plansz w tle; te rozchodzące się fale też mogłyby fajnie wyjść w formie okrągłych kadrów. 

Noc była rześka, bezksiężycowa, miliardy gwiazd mrugały na niebie, tysiące w dole na powierzchni rzeki, a on w rozpiętej marynarce i bez nakrycia głowy trząsł się, może z zimna, a może z emocji, przytulony od zewnętrznej strony do żeliwnej barierki mostu.

Jak ja szanuję takie zdania. 

Podobnie śmiał się Szekspir i chyba też młody Aleksander, choć co do tego drugiego mogłem się już mylić.

Kupiłeś mnie tym zdaniem, i zaciekawiłeś. Od tego momentu pojawił się emocjonalny związek z opowiadaniem, pogłębiony później takimi perełkami:

Może udają, że się nie widzą? Albo potrafią o tym zapomnieć?

Zapomnienie jest jedynym antidotum na nieskończoność.

Niestety braki w erudycji nie pozwoliły mi się cieszyć pełnią bogactwa zawartego w tekście. Całe szczęście, że w dzisiejszych czasach są dostępne protezy w postaci googla.

Klikam oczywiście.

Stylem angażujesz czytelnika i tak leci się gładko przez tekst. Ładne to, lektura lekka i przyjemna, mimo że wolę Twoje teksty podszyte humorem. 

edek:  Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Prosto… hmm…

 

Świetne, wciąga od początku, piękne napisane i bardzo fajny pomysł na ogranie tematu konkursowego. Czy tylko ja nie mogę się pozbyć skojarzeń z Doktorem Who? Te wszystkie wspominki spotkań z postaciami historycznymi… Super :) 

Czy tylko ja nie mogę się pozbyć skojarzeń z Doktorem Who?

Ashildr/Me? Jeśli tak, to też mi się od razu skojarzyła.

Dzięki za komentarze i kliki!

 

Dr Who, powiadacie? Coś słyszałem… Ale ja z tego pokolenia, że raczej Żyd Wieczny Tułacz, Balsamo i właśnie St Germain ;)

Bo to jest dobry, stary jak świat motyw. Po prostu te komentarze brzmią mi tak bardzo w stylu Doktora.

@japkiewicz skojarzenie zarówno z 12 i 11, ja jestem wierną fanką 11stego ;)

(coś mi się kliknęło przez przypadek i omyłkowo zgłosiłam któryś komentarz do moderacji, chyba swój :D ale jeśli któryś z powyższych – to przepraszam, administracjo udawajcie, żeście tego nie widzieli, mea culpa ;))

Fajna zabawa imionami.

Nie rozumiem tylko, po co Albert przełaził na drugą stronę barierki (zwłaszcza przy śliskim moście/pogodzie), jeśli tylko chciał wrzucić do wody jeden kamień. I nie mogę się pozbyć wrażenia, że dla podkręcenia emocji czytelnika, bo przecież doświadczenie spokojnie mógłby przeprowadzić bez tego. Jeśli w ogóle potrzebował sprawdzić, co dzieje się z powierzchnią wody po wrzuceniu kamienia.

Rozkminy na temat interferencji światła też wydają mi się niegodne Alberta. Ale może przez następne sto lat sporo się pozmieniało w optyce.

Ale tekst napisany porządnie, ma ręce i nogi.

Babska logika rządzi!

Bardzo sprawnie napisana miniatura. Ciekawa, jeżeli idzie o postać Einsteina. Tutaj należy pogratulowac bardzo umiejętnego połączenia fantastyki z fizyką i finezyjnego ukazania procesu dochodzenia Alberta do epokowego odkrycia.

Jeden ból, ale za to duży. Wszystko jest pięknie i cacy, jeżeli ktoś nie czytał Aleksandra Dumasa ojca i nie zna opowiesci o Józefie Balsamo, notabene bardzo przegadanej. Wtedy miniatura jest odkrywcza. Ale, jeżeli zna, to w tekście ewidentnie brakuje mu zakończenia – bo to u Dumasa już było, co prawda, nie z Einsteinem, tylko z innymi postaciami historycznymi, ale było. I końcówka mnie rozczarowała, no bo, całkiem po prostu, brak jest końcówki.

Jednakowoż literacko miniatura jest świetnie dopracowana i została napisana bardzo dobrze. 

W zalewie opowieści kierowanych do biblioteki zdecydowanie wyróżnia się in plus.

Pozdrówka.

Finklo – dzięki za odwiedziny. No cóż, to jest Albert na miarę swojego autora, nie za mądry taki. Choć w 1902 o naturze światła było wiadomo znacznie mniej niż np. w 1905 ;) I akurat w 1902 Einstein miał osobiste powody, żeby balansować na krawędzi mostu.

 

Rogerze, dzięki za miłe słowa, dobrze Cię znowu widzieć!

Do wtórności przyznaję się bez bicia, choć akurat Dumasa nie wskazywałbym szczególnie palcem. Podobnych pomysłów było w literaturze miliony, sam popełniłem takich bohaterów co najmniej czterech, nie licząc dalszych 99 bezimiennych w “Oddziale dla obłąkanych” ;) A koniec (jak i początek) są, jakie są, bo to “Granice nieskończoności”.

Świetnie nakreśliłeś postać Einsteina, który był odrobinę szurnięty i autodestrukcyjny – dlatego sposób i pora przeprowadzania eksperymentu wydają mi się wiarygodnie. Rozważania na temat fal, w ogóle cały dialog bohaterów, czytało się bardzo przyjemnie. Narrator niepokoi i fascynuje. Bardzo dobry szort.  

Bardzo fajny short – namacalna opowieść, w której zręcznie wyrażasz słowami to, co roztańczona wyobraźnia może pomyśleć, a sama historia pobudziła mój umysł do myślenia o nieskończoności i przemijaniu…

Pozdrawiam smiley

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Trochę mitologii, trochę fizyki i wyszedł z tego bardzo zgrabny tekst. W dodatku w takim gawędziarskim tonie, jakby mógł się rozwinąć w coś nieco dłuższego, ale samodzielnie jak najbardziej się broni i wciąga aż do ostatniego słowa. smiley

Czytało się świetnie i niezwykle płynnie. W sumie wszystko mi się tu podobało, ale najbardziej delikatna sugestia o nieśmiertelności bohatera. W ogóle są tu sugestie na sugestiach, wprost wiele o bohaterze nie mówisz, a jednak wszystko wiadomo. Co więcej, zagadnienia zazwyczaj trudne i nudne, przedstawiłeś w lekki i prosty sposób. No i te trzy kropki rozpoczynające i kończące tekst, jakby opowieść nigdy się nie kończyła :)

No i to jest prawie takie opowiadanie, jakie miałam nadzieję przeczytać w tym konkursie – eksperyment z nieskończonością. Prawie, bo jednak ten eksperyment nie stanowił głównego filaru opowiadania (oczywiście to wcale nie jest źle), a treść bardziej się koncentruje na osobie głównego bohatera, który z jakiegoś powodu jest nieśmiertelny, będzie żył nieskończoność czasu i próbuje pewne rzeczy zapomnieć, by ta nieskończoność go nie przytłoczyła – tak to rozumiem. Ciekawe podejście do tematu.

EDIT Przypomniało mi się – dlaczego używasz słowo “świat” w znaczeniu “wszechświat”? Może jest w tym jakiś ukryty sens, o którym nie wiem, ale mnie to trochę gryzło podczas czytania.

Dziękuję za kolejne komentarze :)

Nieśmiertelność i pamięć to moje dyżurne tematy i ostrzegam, że mam jeszcze wiele pomysłów na ich wykorzystanie.

Co do pytania Sonaty – prawdę mówiąc nie wiem, nie zrobiłem tego świadomie. Może chodziło o potoczność dialogu, a może o bardziej uniwersalne (w sensie nie tylko kosmologiczne, ale też inne, w tym metaforyczne) znaczenie “świata”.

Piękny szort. Ktoś napisał tu o delektowaniu się każdym zdaniem – i rzeczywiście, całość napisana jest prosto, ale z ogromną klasą. Do tego oparta na świetnym, efektownym koncepcie. Ujmujący narrator zmęczony nieśmiertelnością, refleksja nad wszechświatem i pochłaniającą nieskończonością. Klasa. Naprawdę.

Ujęła mnie też tytułowa gra słów, wspaniała! I jak pięknie odnosi się do dyskutowanego w tekście eksperymentu i jego szerszego znaczenia. 

 

Edytka: przyszło mi jeszcze do głowy – to szort idealny, bo doskonale wykorzystuje swoją długość. Są pewne niedopowiedzenia, intrygująca postać, ale nie ma poczucia niedosytu, pomysłu upchniętego na małej przestrzeni – wszystko jest odpowiednio wyważone i stanowi zamkniętą całość.

Niby nic wielkiego, ot spotkanie nieśmiertelnego z postacią historyczną, a Ty potrafiłeś zrobić z tego intrygującą opowieść :) Chyba nie chciałabym być nieśmiertelna, za dużo do zapomnienia, a przy tym jak wybrać… ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dziękuję za kolejne komentarze!

 

Mogę się tylko przyłączyć do grona zadowolonych czytelników. Krótkie spotkanie nieśmiertelnego z Einsteinem oddane w świetny sposób. Główny bohater i selekcja w pamięci najciekawszych momentów życia – można by to rozwinąć w znacznie dłuższą formę.

Co było do napisania o tej historii, to już inni napisali przede mną. Dlatego ja napomknę może jeszcze tylko o stylu. Bardzo charakterystyczny. Szalenie subtelny. Napisałbym nawet, że trochę niedzisiejszy. Zawierający w sobie jak gdyby taki bardzo głęboki szacunek do literatury i słowa pisanego.

Niezależnie od treści to zawsze będzie zwracało uwagę, bo i niejako wpływa trochę na podejście czytelnika do danego tekstu. Daje takie poczucie obcowania z literaturą z prawdziwego zdarzenia.

Jak pisałem, o treści wypowiedzieli się inni, więc tutaj już nie będę się za bardzo rozwodzić, bo nie ma potrzeby powtarzać po przedpiścach.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cichy plusk. Gwiazdy pod nami zadrżały w posadach.

Piękne zdanie, aż musiałam je wyróżnić.

Udany szort – przystępny, klimatyczny, wciągający. Napisany przy tym tak zręcznie i sprawnie, że lektura jest samą przyjemnością. Z motywów nieskończoności i granicy najbardziej przypadł mi do gustu ten z granicą człowieczeństwa dla nieśmiertelnego. Trudno się dziwić, że w nie kończącym się życiu dopada człowieka coraz większa obojętność…

Z motywów nieskończoności i granicy najbardziej przypadł mi do gustu ten z granicą człowieczeństwa dla nieśmiertelnego. Trudno się dziwić, że w nie kończącym się życiu dopada człowieka coraz większa obojętność

To ja tu tylko serduszko dla Czytelniczki zostawię: heart

Ależ pysznie tak, wędrować po dziejach! Być obecnym w tylu miejscach, przy tylu osobach. Hrabia Saint-Germain, postać prawdziwa i mityczna. Jest i go nie ma. Ponoć nieślubne dziecko. Kapryśny ten podróżnik, nieskończoność może być męcząca przez powtarzalność doświadczeń. Bez granicy nie ma nieskończoności. 

Bardzo lubię Twoją frazę, Coboldzie. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Osobiście uważam, że nieśmiertelność jest przereklamowana ;)

Też tak myślę, Coboldzie. :DDD

Siedzę obecnie w ewolucji i wirusach, entropii i chaosie. Kurcze flaczek, lubię chaos, lubię cykle, lubię celowość. A człowiek, cóż, ma po prostu używać dostępnych sobie narzędzi, i bardzo jestem zagniewana, jeśli tego (człowiek, muszę precyzować, za co przepraszam, bo ciągle jakieś niezrozumienie się wkrada pomiędzy litery:D) nie robi. Przecież nie jest bożą krówką. Pamiętasz ją. xd

 

Satyra na bożą krówkę,  K.I. Gałczyński

 

Po cholerę toto żyje? 

Trudno powiedzieć, czy ma szyję, 

a bez szyi komu się przyda?

 

Pachnie toto jak dno beczki, 

jakieś nóżki, jakieś kropeczki - 

ohyda.

 

Człowiek zajęty niesłychanie, 

a toto proszę, lezie po ścianie 

i rozprasza uwagę człowieka;

 

bo człowiek chciałby się skoncentrować, 

a ot bożą krówkę obserwować musi, 

a czas ucieka.

 

A secundo, szanowne panie, 

jakim prawem w zimie na ścianie?! 

Co innego latem, gdy kwitnie ogórek! 

Bo latem to co innego: 

każdy owad może tentego 

i w ogóle.

 

Więc upraszam entomologów, 

czyli badaczy owadzich nogów, 

by się na tę sprawę rzucili z szałem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No tak, kwitnące ogórki zmieniają perspektywę ;)

A jeśli chodzi o Gałczyńskiego, to jednak #teamwróbelek.

O, lepszy wróbel, szary, rodzimy i śpiewający. Dzisiaj widziałam takiego jednego. Z bliska nie jest taki szary. Perłowy, pióra ma różne i ciekawski jak diabli, poza tym wszędzie go pełno. Abyś nie myślał , że to ja zwróciłam na niego uwagę, o nie! Ja ślepa i głucha. Kiedy pokazywałam dziecięciu (nie swojemu) największą mewę siodłatą, a tenże pokrzykiwał “rubel, rubel”, pomyślałam: “Ki diabeł”, aż wreszcie zoczyłam kroczącego wróbelka. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – wygrałaś! :))

Znaczy, poddaję się. :DDD

 

Edytka: Programowo lubię przegrywać. Naturalnie, to poza, pewnie pozór, ale w gruncie rzeczy – chyba tak. Siedzę w stosunkowo wygodnym kątku i nie muszę walczyć. Eh, najchętniej oddałabym się bezproduktywnym deliberacjom, bo zdają mi się cenniejsze. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nieśmiertelność to to temat bez przerwy przewijający się w literaturze, a ująłeś go naprawdę świetnie. Miałam dreszcze – trochę niezwykłości, trochę fizyki i trochę filozofii w bardzo przystępnej formie ze świetnym klimatem. :D Myślę sobie, że mogłabym żyć wiecznie.

Zostaw ten żyrandol.

Dałeś mi kolejny powód, żeby jeszcze raz sięgnąć po Rękopis Znaleziony w Saragossie. Jedyną rzeczą, jaką w tej chwili pamiętam z wątku Żyda Tułacza i Germanusa jest awantura w świątyni. Fun wspomniał też o Sandmanie – pamiętam podobny zeszyt.

Szort czytało się bardzo przyjemnie – nie było odkrywczo, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Pewne rzeczy już były, może więcej niż raz, ale jeśli robi się je dobrze raz jeszcze, uszczęśliwiając odbiorców, to może warto ;) ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Verus – dzięki! Wiele osób tak myślało…

 

Nevaz – gdzieś Ty był, jak Cię nie było? Jeżeli dzięki opowiadaniu sięgniesz ponownie po Rękopis, to mam dobry uczynek na dziś zaliczony ;)

Bardzo podobał mi się Twój styl i prowadzenie akcji w sposób angażujący dla czytelnika. Widać, że masz świetny warsztat.

Prawie do końca opowiadania podejrzewałam, że narrator okaże się śmiercią, ale jednak wybrałeś inną koncepcję. Intresujące podejście do tematu nieskończoności, plastycznie przedstawiona postać Einsteina.

Jako fan nauk nie tylko humanistycznych ale też i ścisłych – gdy tylko padły pierwsze przykłady teorii naukowych, od razu się uśmiechnąłem. Bardzo przyjemnie czytało mu się tą tysiączkę – a sposób w jaki piszesz sprawił, że wydawała mi się (pozytywnie) dłuższa niż to tysiąc słów! :)

Obserwuj i przybierz odpowiednie barwy - tylko tak uda Ci się przetrwać do następnego posiłku...

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Mam straszny problem z tym opowiadaniem :( chciałabym tyle o nim napisać, ale coś mi się wyrazy w głowie gubią, nie układają się, może właśnie w obliczu okrągłości Twojego tekstu, coboldzie. Okrągłość, znaczy się, kiedy wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Od koncepcji, przez styl, język, emocje, postaci, dialogi, po precyzyjny dobór przedstawionego w historii momentu, zwłaszcza fajnie wybrzmiewającego w kontekście natury glównego bohatera. Wieczność pełna małych wielkich chwil. Pomysł nie musi być zawsze nowatorski, jeśli jest tak wybornie podany. :)

Bardzo mi się podobało!

 

ANDO – dziękuję. Ale przecież narrator nie mówił DRUKOWANYMI LITERAMI ;)

 

Kameleon – a powiesz coś więcej o rodzaju tego uśmiechu?

 

Anet – Fajnie!

 

Nir – dzięki! Są też jednak czytelnicy, którzy tę okrągłość uważają za wadę.

Mamy tu ani chybi do czynienia z tekstem w stylu retro :-) 

Użycie autentycznych postaci lub wydarzeń i dorzucenie fantastycznego elementu po to, by przedstawić czytelnikowi jakiś złożony i odjechany, ale prawdziwy naukowo problem, to wypisz wymaluj klasyka opowiadań SF sprzed kilku dekad. Pachnie latami siedemdziesiątymi i osiemdziesiątymi na dobre piętnaście parseków. Nie jest to jednak odgrzewanie pięćdziesięcioletnich kotletów, a raczej twórcze podejście w stylu, jaki samochodziarze nazywają "restomod" – reaktywacja klasyki z nowoczesnym sznytem i udogodnieniami. 

Na temat jakości tekstu rozwodzić się nie będę. Jesteś na specyficznym (i być może dość trudnym dla autora) poziomie twórczym – gdy autor taki napisze znakomity tekst, nie wypada krzyczeć z zachwytu, chwalić i bić gromkie brawa, tylko co najwyżej skinąć głową z uznaniem i stwierdzić, że wykonał dobrą, godną jego renomy robotę. Ale jeśli ma chwilową zniżkę formy i stworzy coś odrobinę słabszego… ;-) 

Zniżki nie ma, tekst jest coboldowo gładki i świetny w formie, bogaty w treść i zdradzający nieprzeciętną erudycję autora. 

Więc nie ma co chwalić.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki, Thargone!

Podoba mi się to określenie “restomod”. To idea dość bliska mojemu stetryczałemu sercu – bawić tak, jak sam się kiedyś bawiłem ;)

Choć to tylko 6 tysięcy znaków to świetnie się bawiłem przy lekturze tego szorcika. Naprawdę dobra robota.

W ogóle te rozważanie na temat tego czy światło to fala… miodzio. Zasłużona biblioteka.

 

No i ta MM na koniec ;)

Intrygujące splecienie historii z fizyką. W tekście mocno czuć atmosferę, chłodną, nieco nostalgiczną, a jednocześnie eteryczną z powodu kosmicznej przestrzeni kładącej się odbiciem na rzecznej arterii miasta. Dobra lektura.

 

Sugestie poprawek:

 

Odwrócił się, wyciągnął rękę przed siebie, sprawdził, czy go obserwuję[+,] i rozchylił palce.

Brakuje tu przecinka zamykającego zdanie podrzędne.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fantastyka: ledwo zauważalna, ale jest, więc wszystko ok.

Motyw konkursowy: ledwo widoczny, ale jest, więc w porządku.

 

"…takiego na przykład"

-> spację zdaje się zjadło po wielokropku?

 

"antidotum na nieskończoność"

A to bardzo ładne sformułowanie, charakterystyczne, poetyckie i zapamiętywalne.

 

Ogólnie tekst nie poruszył mnie tak, jak wielu komentujących, choć muszę przyznać, ze dopiero przy przejrzeniu komentarzy zaskoczyło mi w głowie, że to ten Comte Saint-Germain, o którym krążyły legendy na temat ludzi spotykających się z nim już po jego śmierci. W połączeniu z jego życiorysem i jego zamiłowaniem do alchemii itp. nagle staje się jasne, że wątek fantastyczny ma tu swoją rolę i zaczyna się wrażenie, że w tej postaci kryje się jakaś głębsza tajemnica – fajny smaczek, budujący drugą warstwę tekstu.

Jest tylko w tym wszystkim jeden problem. Otóż odbieram ten tekst jakby był wyrywkiem większej historii (mimo świadomości, że prawdopodobnie tak nie jest). Co samo w sobie nie jest złe, niektóre teksty świetnie sprawdzają się nawet jako „migawki”, a sygnały, że „jest coś więcej” nadają światu przedstawionemu realności. Tylko tu mam wrażenie jakbym albo ja czegoś nie zauważał, albo ta reszta historii była konieczna do pełnego odbioru tekstu.

Swoją drogą kiedyś był chyba taki miniserial filmowy, bodaj czteroodcinkowy, o m.in. Byronie, ale nie jestem pewien czy przypadkiem Saint Germain tez tam nie był jedną z postaci (choć lata historycznie by się nie zgadzały). Chociaż stój, to nie oni byli bohaterami. Bohaterzy byli współcześni, ale poszukiwali jakiejś wiedzy o nieśmiertelności, której wcześniej szukał Byron i kilku innych. Nie pamiętam tytułu, ale trochę mi się skojarzyło z tą postacią.

 

O. Człowiek uczy się całe życie :-)

Poza tym to nie są zwykłe wielokropki. To wielokropki, które próbują sztucznie ograniczyć nieskończoną historię bohatera ;)

To wielokropki, które próbują sztucznie ograniczyć nieskończoną historię bohatera ;)

O tak, to jest w tym opowiadaniu jeden z wybornych smaczków. Kto by pomyślał, że można tyle powiedzieć wielokropkiem!

[Wydawało mi się, że zostawiłam tu komentarz bardzo dawno, ale nie, może mi wtedy zjadło]. Dla mnie bohater to taki lajtowy Doktor Who, a de Saint Germain jakby tu wskoczył z finału mojego opowiadania z Retrowizji ;) Nie powiem, żeby mi ten konkretny bohater – z jego historycznym, ale i popkulturowym bagażem – pasował do takiego konkretnego pomysłu literackiego, może dlatego, że widzę w nim postać bardziej tragiczną, a nie bajarza opowiadającego o napotkanych celebrytach.

Przyjemna miniaturka, ale właśnie przez to, że tak bardzo w stylu Doktora, nie wzbudziła we mnie emocji, choć lubię serial. Niemniej na literaturę to jak dla mnie trochę mało.

http://altronapoleone.home.blog

widzę w nim postać bardziej tragiczną

Ja też. Doktora Who znam bardzo słabo, ale

wszystkie one rozpłyną się w nicości, jak kręgi fal na wodzie

kojarzą mi się z innym filmem.

 

I jeszcze, w ramach obrony zakamuflowanych związków z tematem konkursu, wrzucam zdjęcie portalu Berner Munster, w stronę której podąża bohater.

 

Das Berner Münster als Ort der Kraft und Besinnung

wszystkie one rozpłyną się w nicości, jak kręgi fal na wodzie

Z ciekawości: z jakim filmem?

 

Btw ja też Doktora jakoś maniakalnie dobrze nie znam, nie to co ninedin, która jest autentyczną fanką – ja tak przez osmozę poniekąd. Ale ten lekki ton, anegdotyczność, rozgadanie, przeskakiwanie z rzeczywistości w rzeczywistość – to wszystko skojarzyło mi się właśnie z tym serialem, który zresztą w tym jego wycinku, który naprawdę znam (Doktor 9-11 oraz spinoff Torchwood), miewa poważne i wręcz tragiczne fragmenty.

O, z Twoim bohaterem kojarzy mi się też np. Crowley z “Good Omens” Gaimana/Pratchetta, może jakiś Loki, jakiś inny trickster, albo też inni bohaterowie Gaimana. Najmniej ze wszystkich “podróżników w czasie” akurat Saint Germain… Może jeszcze gdyby było tak, że bohater wziął sobie po nim imię, pogrywał z tą legendą?

http://altronapoleone.home.blog

No tak, Gaiman już prędzej. Choć bardziej chyba Merlin. Ale i St. Germaina bym bronił. Sama zawsze powtarzasz, żeby nie układać tych klocków rutynowo. To jest mój St. Germain, starszy, znużony brakiem celu i uchwytnych perspektyw, szukający zahaczenia w anegdotycznych wspomnieniach, ale świadomy, że nawet one są niczym wobec nieskończoności.

Z ciekawości: z jakim filmem?

To jest mój St. Germain, starszy, znużony brakiem celu i uchwytnych perspektyw, szukający zahaczenia w anegdotycznych wspomnieniach, ale świadomy, że nawet one są niczym wobec nieskończoności.

Problem zatem zapewne w tym, że ja w ogóle tak tej postaci nie odebrałam… Dla mnie to, jak to jest wszystko opowiedziane, sprawia, że widzę takiego skaczącego sobie po epokach i miejscach trochę lekkoducha, trochę człowieka znudzonego (ale to ennui, a nie zaduma nad conditio humana), trochę pozera, trochę wiecznego zbieracza wrażeń, trochę kogoś, kto opowiada anegdoty dla poklasku w knajpie, ale raczej powierzchownego, a nie takiego głębokiego bohatera, o jakim teraz w komentarzu piszesz.

 

Merlin? Hmmm.

 

A dlaczego nie skojarzyłam Blade Runnera, nie wiem, może dlatego, że z bohaterem Hauera też mi się nie kojarzy :D

http://altronapoleone.home.blog

A teraz Cię lepiej rozumiem. Bo faktycznie w samym otwarciu (”takiego na przykład…”) jest klimat beztroskiej gawędy w karczmie. Ale to pozór – w krytycznym momencie bohater odsłania swoje prawdziwe oblicze, mówiąc o cenie nieśmiertelności – koniecznym dystansie wobec przemijających ludzi (”Może udają, że się nie widzą”), zagrożeniu utratą człowieczeństwa (”powstrzymanie się od działania oznaczało przekroczenie granicy, za którą przestałbym już być człowiekiem”) i w ogóle świadomości nieprzystawania ludzkiej perspektywy do tego co nieograniczone (”Zapomnienie jest jedynym antidotum na nieskończoność”). Wspomnienie o MM w ostatnim akapicie to już nie tyle przechwałka, co wyraz pełnej nostalgii rezygnacji kogoś pozornie potężniejszego od otaczających ludzi, ale jednak też nikłego wobec ogromu świata i czasu – stąd skojarzenie z Royem Battym.

Bardzo fajne opowiadanie. Szybko nas wciągasz w pierwszą scenę i z łatwością dopływamy do końca, nawet nie wiedząc kiedy. Ja tu widzę trochę udawanej i udanej banalności i lekkości, która z drugiej strony przemyca trochę głębszych i gorzkich przemyśleń o przemijaniu, braku celu, wypaleniu i tak dalej.

Napisane bardzo płynnie i ładnie, styl jest bardzo przystępny, a jednocześnie elegancki. Podobało mi się. 

To jeszcze ja dołączę do pochwał: bardzo mi się podobało :). Intrygujący bohater i obrazowo pokazana rozkmina praw fizyki. Świetne zarówno językowo, jak i fabularnie. Jeden kamień przebija nieskończoność. Tylko końcówka lekko zawiodła. 

Hm hm hm…

Malkontenci też muszą być? To ja się zgłaszam.

Bo tak – językowo, stylistycznie to wiadomo: pierwsza klasa. Wydajże w końcu jakąś ksiązkę, to będę się delektował dłużej :).

Ale…

Ale diabeł tkwi w szczegółach:

– “miliardy gwiazd mrugały na niebie” – panie! To, ze tyle ich tam jest, to nie znaczy, ze tyle ich widzimy; https://ciekawe.org/2015/10/25/10-faktow-na-temat-gwiazd-o-ktorych-pewnie-nie-masz-pojecia/ ; co innego przy użyciu przyrządów;

– “szybko sięgnąłem nad kutą balustradą” – a tu mi brakuje – “siegnąłem ręką? dłonią?”;

– “wyciągnął rękę przed siebie” – z tekstu zrozumiałem, że Einstein jest zwrócony twarzą do rozmówcy – toteż aby wyrzucić kamień do wody, musi wyciągnąć rękę w bok, czy tak?:

– “potrzebuje kilku tysięcy lat” – no raczej nie; kilkunastu, kilkudziesięciu (czepiam się, wiem :P).

 

Ale największy zarzut mam do zakończenia. Tu Einstein, gwiazdy, Wszechświat… A tu Marilyn Monroe.

Ok, dla nas, ludzi XXI wieku nie ma większego znaczenia, czy ktoś jest znany, bo ma wielkie cycki, czy dlatego, że dokonał epokowego odkrycia.

Ale dla Hrabiego Saint Germain? Z perspektywy wieków? Meh!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Marudź, Staruchu, marudź. Taki przywilej wieku.

 

“miliardy gwiazd mrugały na niebie” – panie! To, ze tyle ich tam jest, to nie znaczy, ze tyle ich widzimy;

Technicznie tak, ale perspektywa SG jest inna. A przy tym: kto wie, jak działają jego zmysły?

 

– “wyciągnął rękę przed siebie” – z tekstu zrozumiałem, że Einstein jest zwrócony twarzą do rozmówcy – toteż aby wyrzucić kamień do wody, musi wyciągnąć rękę w bok, czy tak?:

Przeczytaj jeszcze raz całe zdanie ;)

 

“potrzebuje kilku tysięcy lat” – no raczej nie; kilkunastu, kikudziesięciu (czepiam się, wiem :P).

To akurat sprawdzałem – https://www.kwantowo.pl/2020/03/09/ktora-widoczna-gwiazda-lezy-najdalej/

 

Ale największy zarzut mam do zakończenia. Tu Einstein, gwiazdy, Wszechświat… A tu Marilyn Monroe.

Ok, dla nas, ludzi XXI wieku nie ma większego znaczenia, czy ktoś jest znany, bo ma wielkie cycki, czy dlatego, że dokonał epokowego odkrycia.

A to bluźnierstwo pozostawię bez komentarza, składając je również na karb Twojego wieku ;)

Technicznie tak, ale perspektywa SG jest inna. A przy tym: kto wie, jak działają jego zmysły

Znaczy, że jest Obcym? Nieładnie pogrywasz :P

Przeczytaj jeszcze raz całe zdanie ;)

“Odwrócił się do mnie, lewą ręką mocno ściskając barierkę (…)Odwrócił się, wyciągnął rękę przed siebie, sprawdził, czy go obserwuję i rozchylił palce”

To ma sens tylko wtedy, gdyby narrator podszedł do Einsteina prostopadle do osi drogi=mostu. Ale na moście chodzimy WZDŁUŻ jego osi. I dlatego mi to nie gra. Bo wtedy Einstein zrzuca kamień nie do wody, a na chodnik.

To akurat sprawdzałem – https://www.kwantowo.pl/2020/03/09/ktora-widoczna-gwiazda-lezy-najdalej/

Mogę coś podesłać na priv? Bo to jest temat, który mnie kiedyś nurtował.

A to bluźnierstwo pozostawię bez komentarza, składając je również na karb Twojego wieku ;)

Ech, te młodziaki :P

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Znaczy, że jest Obcym?

Oj tam, od razu Obcy. On studiował w Toledo!

 

Mogę coś podesłać na priv?

No pewnie, nauki nigdy za wiele :)

 

Ech, te młodziaki :P

Wybacz, Staruchu, ale przy narratorze opowiadania wszyscy jesteśmy gówniarzami :) I dlatego, co do MM, ufam jego perspektywie.

There’s no time for us, there’s no place for us.

Dobry ten króciak o uczuciach trapiących nieskończonego. Intrygujący główny bohater, Einstein też w porządku.

Co by tu jeszcze napisać. Mógłbym znowu się pospierać ze Staruchem, to by było emocjonujące. Niestety, o liczbę mrugających gwiazd nie mogę, sam to ledwie przełknąłem. Kto i pod jakim kątem ustawił się do czego nie policzę, sprawa mnie przerasta. O, no tak. Marilyn Monroe. Bardzo się cieszę, że hrabia o niej opowie ;)

Wiem. Przywołam z powrotem kochane wróbelki.

Kiedy miałem cztery lata, patrząc na staw, ujrzałem coś, co mnie najwyraźniej poruszyło:

– Tatusiu, ratunku, wróbelek wpadł do wody!

(zaraz pójdzie na dno jak kamień, zostawiając po sobie jedynie gasnące kręgi fal…)

Tylko że to było kaczątko.

Tata opowiadał o tym zdarzeniu z pisiąt razy, ku uciesze słuchaczy. A ja go (zdarzenia) nie pamiętam.

Mimo że jesteśmy ograniczeni w czasie, raczej – podobnie jak hrabia de Saint-Germain – nie chcemy pamiętać wszystkiego. Niektórych wspomnień jednak szkoda.

Sorry za nie do końca zborne ględzenie. W zasadzie to chcialem po prostu zakomunikować, że przeczytałem i że się podobało.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki, Jerohu!

To o wróbelkach, to niespodziewanie głębokie było.

:) Jeszcze jedna rzecz.

>>>>

“potrzebuje kilku tysięcy lat” – no raczej nie; kilkunastu, kikudziesięciu (czepiam się, wiem :P).

To akurat sprawdzałem – https://www.kwantowo.pl/2020/03/09/ktora-widoczna-gwiazda-lezy-najdalej/

<<<<

Pytanie nie brzmi, jak jest naprawdę, tylko co w 1902 roku mógł wiedzieć Einstein. Bo tak jakbyście o tym zapomnieli.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Punkt dla Jeroha.

Nowa Fantastyka