- Opowiadanie: japkiewicz - Za Wielką Pustką

Za Wielką Pustką

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Za Wielką Pustką

Maurice nie przeżył hibernacji.

Nie wiem, dlaczego tak się stało. Razem z nami trafił do Sypialni i razem z nami został z niej wypuszczony. Coś musiało pójść nie tak. Gdy my wszyscy powoli się budziliśmy, on tylko leżał bez życia. Nikt nad nim nie zapłakał. Prawdopodobnie nikt poza mną nie zauważył nawet, że Maurice jest martwy.

 

Gdy któryś z nas umiera, idzie “do wylotki”. Gdy żyje, zwyczajnie pozwala się mu żyć dalej, w nagrodę. Ostatecznie, istniejemy tylko po to, żeby Oni mogli się nam przyglądać. Chyba. Nie wiem, nigdy nie potrafiłem Ich zrozumieć. Ich nie da się objąć umysłem, przynajmniej z naszego poziomu pojmowania.

Każdy z nas zawsze dostaje swój osobny wszechświat, sztywno oddzielony od pozostałych. Wszystkie są jednakowych rozmiarów i wszystkie pozwalają nam zachować to, co najcenniejsze – życie i twórczość. Wszechświatów jest wiele, ale nie nieskończenie wiele. Czasami trafiam na skraj multiwersum, za którym nie ma już nic, tylko Wielka Pustka.

A za Wielką Pustką są Oni.

Nadświat.

Nadegzystencja.

Tym razem nie trafiłem na krawędź wieloświata. Usytuowano mnie gdzieś pośrodku spłaszczonej piany kosmosów. Ze wszystkich stron otaczali mnie bracia, zamknięci we własnych rzeczywistościach. Przeważnie trafiałem między podobnych sobie, ale tym razem każdy z braci był inny.

Nasze wszechświaty tworzono w jednym celu – żebyśmy my mogli je formować. Z początku były puste, krystaliczne, nieskalane. My zaś je profanowaliśmy. Odbieraliśmy im czystość, zastępując ją ohydnym brudem naszego istnienia. Gdy zbrukaliśmy kosmos doszczętnie, transferowano nas do nowego. I tak w kółko.

W kółko.

Bez końca.

Ile istnień miałem jeszcze przed sobą? Ilu mnie już trwało? Ilu odeszło, jak Maurice? Ilu Maurice’ów przeżyło hibernację i ilu jeszcze nadejdzie, by zdewastować kolejne wszechświaty?

Próżne dociekania. Pytania tkają iluzję celowości. Życie nie ma celu. Życie jest tylko po to, by być. By trwać i tworzyć, dopóki nie nadejdzie śmierć. A gdy nadejdzie…

Wtedy trafia się do utylizacji.

 

Dlaczego Maurice umarł? Zawsze był taki silny i szybki. Błyskawicznie kolonizował swoje kosmosy, a wtedy Oni kierowali go do Sypialni, gdzie mógł spędzać kolejne wieczności w spokojnym nie-istnieniu hibernacyjnego snu.

Maurice miał naturę wojownika. Bywało, że Oni urządzali sobie igrzyska i wrzucali go do jednego wszechświata z którymś z pozostałych braci. Maurice zawsze wygrywał. Zanim oponent się zorientował, on miał już we władaniu większość wszechświata i odnosił miażdżące zwycięstwo przy pierwszym spotkaniu.

A teraz leży trupem.

 

Żyję. Rozgrzewam się. Moje myśli krążą wokół Maurice’a przez większość procesu kolonizacji. Jestem nim tak bardzo zaabsorbowany, że nie zauważam, jak bardzo się rozpędziłem. Z transu wyrywa mnie dopiero przebłysk świadomości, że zdążyłem zbrukać każdy zakątek. Byłem już wszędzie. Tak szybko…

Gdy skala się cały kosmos, trzeba się uspokoić, wstrzymać wodze rozwoju, przestać pędzić na złamanie karku. Bo i dokąd? Wszechświat to wszechświat, nie da się go przekroczyć. Można tylko czekać na kolejną hibernację i nowy cykl.

Ja jednak nie mogę się uspokoić. Dlaczego wciąż targa mną potrzeba rozwoju, głód wędrówki, pragnienie dalszej kolonizacji?

Maurice. Martwy Maurice. Jego świat jest pusty, czysty. Och, jak kusi, jak woła. Ale ja nie mogę tam pójść, jestem zamknięty tutaj, w odizolowanym więzieniu mojej rzeczywistości.

Wciąż się miotam, formuję i buduję. Dlaczego nadal tworzę? Przecież sprofanowałem już wszystko, dotarłem do kresu wszechrzeczy. Sunę jednak wzdłuż granicy, inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Kreuję w innym wymiarze. Mam moc, mam możliwości, mam nieposkromiony głód.

Unoszę wieko wszechświata.

Mała Pustka wita mnie cicho, beznamiętnie. Dostrzegam w niej obce kosmosy. Nie tylko ten Maurice’a, ale i wszystkie pozostałe. Chcę ich dla siebie. Każdy z nich da mi więcej energii, więcej materiału do tworzenia.

Płynę przez Małą Pustkę, brnę jej suchymi, martwymi kanionami do kolejnych bąbli odległych wszechświatów. Pożeram je. Miażdżę braci pod sobą. Nie dbam o nich. Oni nie dbaliby o mnie. Teraz ja jestem wojownikiem, po tysiąckroć potężniejszym od Maurice’a. Liczy się tylko życie, a życie ma ten, kto ma siłę.

Mała Pustka w heksagonalnej tkaninie kosmosów przestała już być jakąkolwiek przeszkodą. W swoim pędzie przestałem ją zauważać.

Jestem.

Żyję.

Tworzę.

Mam wszystko. Wszechświat wszechświatów, porozdzielany niegdyś granicami, które wówczas wydawały się nieprzekraczalne, zlał się w jedno pod moim władaniem. Nie ma już granic, nie ma Małej Pustki.

Jestem tylko ja.

A przede mną nie kto inny jak ona, Wielka Pustka. Ta, której nawet wyobrażenie nie jest możliwe. Ta, której nigdy nie poskromię. Ta, za którą są Oni…

Nie mam szans z Wielką Pustką. Jednakże rozpędu życia nie da się powstrzymać, dopóki istnieje choć szczypta siły do rozwoju. A ja mam jej znacznie więcej niż szczyptę.

Robię pierwszy krok w Wielką Pustkę, a potem drugi. Nie ma w tym czynie żadnej doniosłości.

Wszystko jest zwyczajne.

 

* * *

 

Sylwester Skowronek, student piątego roku, zawsze jako pierwszy zapalał światło w laboratorium. Profesor Jabłonka, cierpiący na starczą bezsenność, stawiał się wprawdzie jeszcze wcześniej, ale jego obecność ograniczała się do położonego piętro wyżej biura. Toteż Sylwek każdego dnia mógł celebrować ciszę godzin porannych, wolną od chaosu, który ściągała ze sobą reszta pracowników instytutu. W poniedziałki te chwile wolności były przeważnie dłuższe, jako że koleżanki i koledzy nie podzielali jego zapału do pracy.

Sylwek spokojnie założył fartuch laboratoryjny i nitrylowe rękawiczki, a następnie przekroczył próg swojego królestwa. W zeszły piątek wysiał całą masę przeróżnych mikroorganizmów na płytkach agarowych, zawierających nowatorskie podłoże hodowlane. Nie mógł doczekać się obserwacji wyników eksperymentu.

Pierwszym, co go powitało, był zapach. W laboratorium mikrobiologicznym woń pleśni nikogo nie dziwiła, ale ta była nadzwyczaj silna. Zaintrygowany, Sylwek zajrzał do boksu z dygestorium i aż wykrzyknął ze zdumienia.

– O rany – powiedział do siebie na głos, a następnie obrócił się na pięcie i, powiewając fartuchem, popędził w stronę schodów. – Panie profesorze! – krzyknął. – Musi pan to zobaczyć!

Pożyteczny grzyb pleśniowy, Aspergillus terreus, przyjął się na eksperymentalnym podłożu tak dobrze, że aż wystąpił ze swojej płytki i porósł całą okolicę, wpychając się nawet pod wieczka sąsiednich płytek i pożerając ich podłoże. Wystąpił aż poza granice dygestorium, rozwlekając swoją grzybnię dobrych parę centymetrów po podłodze.

Plechowe macki niemal sięgały podłogowej kratki odpływowej, ale zaaferowany Sylwek nie zwrócił na to uwagi. Tuż-tuż, jeszcze milimetr, może nawet pół. Kto wie, co może się wydarzyć w ciągu całych wieczności, zanim podstarzały profesor zwlecze się po schodach?

Koniec

Komentarze

Niby znaków mniej, ale twoje tysiąc słów wydaje mi się dłuższe niż moje tysiąc słów. :P

Ciekawe ujęcie tematu, podobało mi się. Te porównanie do wszechświatów naprawdę niezłe. Byk taki moment, jeden, malutki, na początku, kiedy podejrzewałem taki obrót spraw, później narracja zbiła mnie z tropu, bo prowadziła jakby do czegoś absolutnego, a potem zmiana perspektywy. I w sumie kto wie, kto wie, może też jesteśmy tylko obiektem obserwacji tych Onych. ;) 

Pozdrawiam 

Fajne – na temat, dobrze skrojone do limitu. Trochę mi zgrzytnęły komediowe nazwiska w epilogu, ale okazało się jednak, że pasują do pastiszowej konwencji końcówki. Klikam.

Gekikara

Zabawa z czytelnikiem przyświecała mi jako główna siła napędowa w tym opowiadanku.

No właśnie, któż może to wiedzieć…?

Dzięki za wizytę!

 

cobold

Dziękuję za opinię i za klika!

W pierwszej chwili, po przeczytaniu całości, zacząłem się zastanawiać, czy zakończenie więcej odbiera czy też dodaje całemu opowiadaniu. Bo z jednej strony niszczy jego kosmiczną wzniosłość i potęgę, ale z drugiej dodaje przecież jakąś ciągłość. Powoduję, że (wszech)światy rozciągają się nie tylko w górę, ale też w dół wymiarów.

Opowiadanie podobało mi się z wielu powodów:

Porusza temat ciągłości istnień, który nurtuje mnie chyba od zawsze. Poza moim światem są inne, do których nie mam dostępu bo istnieją w następnym wymiarze. Człowiek, ze swoją świadomością nie jest ostatnim ogniwem ewolucji a byty na niższym poziomie nie dostrzegają efektów działalności na poziomach wyższych. Ech, długo by gadać.

Podoba mi się wprowadzenie postaci Maurica, nadaje on tekstowi trochę „przyciemności”, sprawia, że jest lepiej przyswajalny, chociaż kwestia komunikacji pomiędzy bytami nurtowała mnie od początku. Zasadniczo, wedle przedstawionej ontologii, nie powinny mieć takiej możliwości.

 

I żeby trochę pomarudzić na koniec – pęd tworzenia i profanacji nowych wszechświatów wydał mi się w pewnym momencie lekko nużący, ale szczęśliwie uczycie to nie dostało szansy rozwinięcia się.

I jeszcze nie mogę sobie wyobrazić, jak ten Maurice leżał trupem – nawet jeśli był tylko pleśnią.

Warte klika.

Dołączam do grona zadowolonych czytelników. 

Ładnie napisane. Kilka zdań, a raczej zabiegów jak ten: 

 

A gdy nadejdzie…

Wtedy trafia się do utylizacji.

 

albo:

 

Robię pierwszy krok w Wielką Pustkę, a potem drugi. Nie ma w tym czynie żadnej doniosłości.

Wszystko jest zwyczajne.

 

sprawiają, że trzeba się zatrzymać. W przemyślenia i wizje życia i nieżycia, wplotłeś właśnie takie przyziemne bum! Tematyka tekstu również do mnie przemawia. Kim są wielcy Oni? 

Fajnie, że zakończyłeś opowiadanie obrazową sceną w laboratorium. Właściwie dwie postacie, ale w tym krótkim fragmencie udało Ci się, w pewnym sensie, dużo o nich opowiedzieć. Dobre to.

 

Polecam, gdzie trzeba. ;)

 

Na początku miałem w sobie zgrzyt po przejściu z części pierwszej do drugiej. Leciałem gdzieś przez wieloświat mając w pamięci Maurice’a, biednego Maurice’a, i nagle rozbiłem się na jakimś studencie w laboratorium.

Po chwili szczerze zachwyciłem się przeskalowaniem wielkich światów na laboratoryjne płytki. Grzyb pleśniowy został pionierem w swojej skali. Przemierzając Wielką Pustkę, opuszczał znany świat, by zostać kimś potężniejszym od poprzedniego fungusowego Maurice’a. Kilka centymetrów dalej.

Podoba mi się Twoje ujęcie tematu i przeskalowanie o którym wspomniałem, że granica światów i wielka pustka są pojęciami bardzo względnymi, zależnym od skali i sytuacji, w której ktoś się znajduje. I pytanie, czy jesteśmy w tym wszystkim bardziej obserwatorami czy bardziej obserwowanymi.

Daję klik do biblioteki.

fizyk111

Dzięki!:) Mnie ten temat też zawsze fascynował – owo przesunięcie relacji “Bóg-człowiek” na “człowiek-bezrozumne istoty niższe” i vice versa.

Zasadniczo, wedle przedstawionej ontologii, nie powinny mieć takiej możliwości.

To prawda, ale ta zdolność percepcji jest częścią artystycznego zamysłu. Narządu wzroku grzyby nie mają w takim samym stopniu, jak nie mają rozumu. To element bajkowej personifikacji.

I jeszcze nie mogę sobie wyobrazić, jak ten Maurice leżał trupem – nawet jeśli był tylko pleśnią.

Maurice’owi po prostu padły procesy metaboliczne. Być może z błędu eksperymentatora, a może przez niekompatybilne podłoże. Jego szczepka po prostu leżała pośrodku płytki bez żadnych procesów metabolicznych. “Trup” oczywiście też wynika z personifikacji.

 

SaraWinter

Dziękuję ślicznie za miłe słowa i za kliczka:)

 

Sagitt

Niezmiernie mi miło, że przeskalowanie wyszło przekonująco i że przeskok między scenografiami wywołał zamierzony efekt. A jak zobaczyłem słowa “szczerze zachwyciłem się”, to aż mi się cieplej na sercu zrobiło:)

Fajne! Ha, czyli dobrze myślałam, że będzie twist tego typu :D Gdzieś w momencie, gdy bohater zaczyna pazernie patrzeć na pozostałe wszechświaty i się na nie przerzucać, coś mnie tknęło… Nabrałam nawet większej ochoty żeby dowiedzieć się co dalej, czekałam czy okaże się być jakimś mikro czymś/sterowanym bytem/komórką rakową itd. Akurat grzyba nie wiem czemu nie rozważałam :D Pojawienie się wielkich, niepoznanych, boskich “Onych” też daje taką podpowiedź. 

Rozkminy filozoficzne typu, czy jesteśmy tylko jakąś bakteryjką, co jest ponad nami – może jakiś Sylwester właśnie? – to są zawsze dobre rozkminy :D

japkiewicz, 

lubię takie rozważania o życiu, o sensie istnienia, o śmierci. 

 

Życie nie ma celu. Życie jest tylko po to, by być. By trwać i tworzyć, dopóki nie nadejdzie śmierć.

niby pesymistyczne, ale chwilę później bohater stwierdza, że stać go na więcej, że jest silniejszy niż Maurice i może dokonać niemożliwego.

Dlaczego wciąż targa mną potrzeba rozwoju, głód wędrówki

 

Jak dla mnie zakończenie jest najlepsze:-) przewrotne, z humorem:-)

 

powodzenia w konkursie

klik ode mnie

pozdrawiam serdecznie

Ciekawy pomysł, zakończenie dobrze go podkreśla. I ta nutka niepewności – pół milimetra do nieskończoności… Fajna sprawa.

Babska logika rządzi!

Koimeoda

Ano, muszę się liczyć z tym, że znajdą się tacy, których nie dam rady zmylić:) Ale cieszę się, że pomimo braku zaskoczenia się podobało. Zgadzam się, fotelowa neoteologia zawsze w cenie!

 

Olciatka

Dzięki za ostatniego kliczka!

niby pesymistyczne

Kwestia podejścia. Niektórzy znajdują ukojenie w skończoności i braku wyższych celów.

 

Finkla

Dziękuję bardzo za miłe słowa:)

Ej! Ja też dałam ostatniego kliczka! ;-)

Babska logika rządzi!

A, to chyba twój był jednak finalny. No to dziękuję za niego:D

Dobre.

Niby niczego nowego nie zaprezentowałeś, koncepcja warstwowości wszechświatów jest przecież od dawna użytkowana, a jednak ładnie ubrałeś to w słowa, zostawiłeś nieco humoru na koniec i dobrałeś formę do treści i zamknąłeś to w długości w jakiej nie męczy, a wręcz ciekawi.

W sam raz na przerwę w pracy, akurat pod koniec czytania kąsałem słodkie kawałki jabłka naszykowane do pracy przez żonę razem z kanapkami :-) (Tak, takie święto, że żona zrobi mniamu do pracy, czasem się zdarza), no i wdzianko też mam całe białe jak laborant z tekstu i rękawiczki i inne takie, tylko labu tu nie mam (znaczy jest, ale tam mnie nie wpuszczają).

Martwy Maurycy robi dobrze temu tekstowi, no i jak zauważyła Finkla pół milimetra od nieskonczności też dobre.

Klika bym dał, ale już masz. Nie wiem czy już coś Twojego czytałem wcześniej (chyba nie?) trzeba zajrzeć do czegoś dłuższego :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

A niech to, trochę mi przyjemność z czytania zepsuł fakt, że od samego początku podejrzewałam taki twist. Ale obstawiałam szczury laboratoryjne (no bo Maurycy…), jednak to wyrastanie poza wszechświaty mi nie pasowało ;) Ogólnie jednak tekst jest dobry, a ostatni fragment urzekł mnie zmianą tonu. No i jak na szorciaka – emocjonalne, aż przejęłam się losem biednej pleśni.

Ciekawa interpretacja hasła konkursowego. 

Nie przewidziałem końcowego twistu. Spodziewałem się space – horroru w paranoicznym sosie, dostałem solipsyczne rozkminki pleśni. Twist jak się patrzy :)

Słusznie wyczuwam inspiracje ,,Kocią kołyską”?

Mytrix

Dzięki bardzo!

Nie wiem czy już coś Twojego czytałem wcześniej (chyba nie?) trzeba zajrzeć do czegoś dłuższego :D

Kafkowe będziesz miał okazję przeczytać w antologii, jeśli zechcesz:> Natomiast polecam Siódmą ofiarę, bo nieskromnie twierdzę, że to bardzo dobre opowiadanie, a cierpi na niedobór czytelników.

 

Silva

Empatia względem braci jeszcze mniejszych to ważna rzecz. Bardzo mnie cieszy, że ktoś potrafi przejąć się mikroorganizmem!

Ale obstawiałam szczury laboratoryjne (no bo Maurycy…)

A to jakieś nawiązanie kulturowe? Nie znam szczura Maurycego.

 

adam_c4

Dzięki!

Kocią kołyskę czytałem sto lat temu i nie pamiętam jej na tyle, żeby znaleźć tu podobieństwa. Pamiętam tylko lód utrzymujący się w warunkach normalnych, który był alegorią arsenału nuklearnego.

Zaintrygowany, Sylwek zajrzał do boksu z dygestorium i aż wykrzyknął ze zdumienia.

Trochę nienaturalne, nie lepiej: krzyknął ze zdumienia?

Panie profesorze! – krzyknął(+.) – Musi pan to zobaczyć!

rozwlekając swoją grzybnię dobre parę centymetrów po podłodze.

dobrych

 

Ciekawe opowiadanie, wyraźnie tu widać, na jaki konkurs jest napisane. Spodziewałam się jakiegoś mocniejszego zakończenia, zamiast pleśni czegoś powodującego okropną epidemię w świecie ludzi, ale tak też jest ok. Podobały mi się wstawki filozoficzne i styl. Niektóre fragmenty są mocno obrazowe, wręcz filmowe. W sumie niby oczywiste, ale do początku tej drugiej części nie domyśliłam się, że chodzi o jakieś “robaczki” hodowane przez ludzi w laboratorium.

Fajny plot twist w tym opowiadaniu, w sumie nadaje wszystkiemu dużo lżejszy, bardziej żartobliwy charakter. I dobrze, bo zbyt ciężkie zakończenie tekstu z taką ilością filozoficznych wywodów nie wyszłoby ani tak świeżo i dowcipniesmiley.

Narracja też dobrze dobrana do konwencji i formy, czyta się naprawdę z przyjemnością. 

Japkiewiczu, skojarzenie wzięło mi się z powodu książki "Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie". Ha, byłam pewna, że w tytule były szczury. No, ale strasznie mi się przez to to imię kojarzy ze szczurami ;)

No hej ;) Jak nic zostanę fanką twoich opowiadań (już po Kafce tak myślałam) – pasuje mi tu wszystko: język, pomysł, wyczucie. Początek mocno filozoficzny, obrazowy i ciężki (ale w tym dobrym znaczeniu): wszechświaty, wielkie plany, zbrukanie. A potem gładkie przejście do laboratorium, z prostym bohaterem i jego spostrzeżeniami. Obie części zupełnie inaczej napisane, a mimo to naprawdę do siebie pasujące. I ta „wielka ucieczka grzyba” – normalnie mu kibicowałam!

Sonata

Cóż, robiłem co mogłem, żeby czytelnik się nie zorientował do odpowiedniego momentu, więc cieszy mnie to:)

Trochę nienaturalne, nie lepiej: krzyknął ze zdumienia?

Kiedy właśnie wykrzyknął mi pasuje lepiej…

Pozostałe dwa poprawiłem.

 

oidrin

Dzięki! Badzo mi miło.

 

Silva

Ha, nie kojarzę tego w ogóle. Maurice wpadł mi bez powodu. W pierwszej wersji był Glen, ale go zmieniłem, bo się kojarzył z glonem, a chciałem uniknąć skojarzeń, które prowadziłyby do twista.

 

kasjopejatales

Dziękuję bardzo za te słowa! Ogromnie się cieszę, że się podobało.

Podobało się, ale… dopiero po przeczytaniu końcówki ;) Najpierw myślałem, że nie przedrę się przez ciężki początek. Po lekturze całości, aż wróciłem jeszcze do początku, popatrzeć jak umiejętnie wplatałeś cały opis sytuacji z punktu widzenia grzyba. Spodziewałem się najpierw egzystencjonalnych rozważań nieznanego bytu, a dostałem pleśń w laboratorium. Dobre i ciekawe.

Zanais

Dzięki!

Twój awatar w sumie trochę kojarzy mi się z mikroorganizmem porastającym płytkę.

Ależ to dobre. :D I to ostatnie zdanie, miód. Moim zdaniem świetny tekst ze znakomitym klimatem.

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję serdecznie, Verus!

Patrzę na półkę obok łóżka z kilkoma pozycjami o grzybach i innych rodzajach życia i jak zawsze zastanawiam się "Ile jeszcze o nich nie wiemy" – choć spodziewałem się podobnego zakończenia (takiego jakby przeskoczenia do innego wymiaru postrzegania) to czytało się to nadal z zapartym tchem (zwłaszcza, że to moje pierwsze przeczytane opowiadanie na tym forum) Ogólnie – super i bardzo w mój gust trafione ;)

Obserwuj i przybierz odpowiednie barwy - tylko tak uda Ci się przetrwać do następnego posiłku...

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Niezłe, niezłe :-) 

Zazwyczaj filozofowanie, zwłaszcza takie na wysokim C, z szalejącą ontologią i tak dalej, raczej mnie męczy. A jeśli tekst zasadniczo tylko do tego się sprowadza, to już w ogóle. Twój szort "czytał się" jednak zaskakująco dobrze. Trochę dzięki solidnemu warsztatowi oczywiście, trochę dzięki wprowadzeniu dynamiki (konkretny bohater, który do czegoś dąży) trochę przez to, że od początku czytelnik spodziewa się jakiegoś zaskoczenia, jakiegoś tłista. 

I gdy ów tłist następuje, mimo że spodziewany, odczułem satysfakcję – okej, takie gwałtowne sprowadzenie na ziemię, nagłe skrócenie skomplikowanego równania to zabieg znany i wielokrotnie stosowany, ale tutaj jak najbardziej na miejscu. 

Jest to więc tekst udany – dobrze napisany, odpowiednio skrojony kompozycyjnie, niegłupi, sprawiający satysfakcję. I fantastyczny w dobrym, nieco okdskulowym stylu. 

Jedna sprawa – nie wydaje mi się, że imię Maurice jest trafione. Zbytnio antropomorfizuje nieszczęsnego grzyba. To znaczy zdaję sobie sprawę z tego, że to celowe – Twoi zgrzybiali bohaterowie mieli być ludzcy – ale sam początek tak mocno sugeruje jakąś międzygwiezdną wyprawę z nie tak znów odległej przyszłości (bo przecież ktoś o swojskim imieniu Maurice nie może żyć w odległości milleniów; to swój chłopak, tu i teraz) że solidnie przyssałem się do takiego obrazu i cały tekst, aż do tłista, odruchowo starałem się przepuszczać przez filtr klasycznego settingu SF – długa wyprawa do innego systemu gwiezdnego poszła źle. Dlatego, gdy owe filozoficzne jazdy sukcesywnie pięły się na coraz wyższe poziomy abstrakcji, rosło we mnie zniecierpliwienie – o co, na Srygława i Twaroga, autorowi chodzi?! 

Na szczęście (jak pisałem na początku) długość tekstu, zwartość i pewna dynamika narracji spowodowała, że nie zdążyłem się zmęczyć, nim dotarłem do satysfakcjonującego zakończenia. 

To oczywiście pierdółka, ale fajny przykład, że jeden pozornie nieistotny szczegół (imię) może mocno wpłynąć na odbiór tekstu, wpychając umysł czytelnika w jakieś konkretne koleiny :-) 

W ogóle to proponowałbym, zamiast swojskiego Maurycego (właściwie czemu nie Zenek ;-)) użyć czegoś, co wprowadziłoby jednak pewien element obcości, co nie mówiłoby jednoznacznie, że mamy do czynienia z człowiekiem bliskiego zasięgu. Nie mówię oczywiście o "Ooonnghamuthpha", bo to przegięcie w drugą stronę, ale raczej o czymś, co nie jest imieniem (w każdym razie nie tak powszechnie rozpoznawalnym) ale mogłoby nim być. Coś w stylu nicka któregoś z tutejszych użytkowników, na przykład :-) 

Dobra, dość ględzenia o mało istotnych pierdołach. To bardzo dobry tekst i tyle. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przyjemnie się czytało i tak jak nie lubię takich filozoficznych opisów tak tutaj to naprawdę bardzo dobrze zagrało. Twist z pleśnią nawet wywołał uśmiech. Zasłużona biblioteka :)

Dziękuję, Anet:)

 

thargone

Dzięki za wizytę i opinię! Bardzo mi przyjemnie, że się podobało.

Co do Maurice’a, to właśnie specjalnie siedziałem nad imieniem, żeby było jak najbardziej “ludzkie”, żeby wprowadzić jak najsilniejsze zaburzenie percepcji. Nawet mnie kusiło, żeby terreusa ochrzcić imieniem Terry i dodatkowo doczłowieczyć narratora.

Też uważam, że dłuższemu dziełu nie wyszłoby na zdrowie takie górnolotne i wzniosłe pitupitu, więc cieszę się, że spasowanie długości z formą wyszło zadowalająco.

 

grzelulukas

Dziękuję za miłe słowa!

 

EDIT:

 

Kameleon

(wybacz, w pośpiechu umknął mi ten komentarz)

Cieszę się, że szorcik udźwignął ciężar pierwszego czytanego opowiadania:) Bardzo dziękuję za wizytę!

Zaskakujące. Podobało misię. :-) Zwłaszcza plastycznie sytuacja życia w osobnych „wszechświatach” z punktu widzenia Maurice. Zatrzymały mnie na chwilę miana studenta i profesora, budując zbyt duży przeskok, ale za chwilę zrozumiałam, ze w tym szaleństwie jest metoda. ;-)

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka