- Opowiadanie: Gekikara - Na swoje podobieństwo

Na swoje podobieństwo

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Na swoje podobieństwo

Wystarczyło kilka uderzeń skrzydeł, by przebyć pustkę między Yos-Toroll a małą, błękitną planetką. Smok przycupnął na samotnym księżycu, dwieście wielkich łap rozorało pazurami szarą powierzchnię satelity, ogon opasał równik. Z paszczy bestii buchał ogień – ślad po trwającej w trzewiach syntezie pierwiastków.

Troje młodych smocząt, każde wielkie jak góra, ścigało się w pobliżu matki, wypuszczając z pysków strumienie plazmy i ciągnąc za sobą smugi fotonów. Jeden przemknął niefortunnie blisko zakutego w zbroję jeźdźca, prawie topiąc przezroczystą półsferę służącą mu za hełm, ten przegnał je w kierunku czwartej planety układu.

– Jesteś pewien, że to tutaj, mój panie? – zapytał, gdy obok pojawił się Władca Kosmosu na czarnym koniu. – Sprawdziłem tę planetę, panie. Niczym się nie wyróżnia, a jej mieszkańcy to proste, bezmyślne istoty. Nie może równać się z przedwieczną Yss, z bliskimi układami, gdzie nie ma dnia i nocy, a niebo stale rozświetlają gwiazdy, ani z wieloświatami na granicach Horyzontu. Prowadziłem twoje armie przez trzy kwarty kosmosu, mój panie, ta planeta…

Błękitnoskóry monarcha zwrócił ku niemu twarz. Oczy płonęły niczym dwie żółte gwiazdy. Był jednym z Pierwszych, więc nie potrzebował skafandra, by przeżyć w pustce.

– Czyżbyś wątpił, Yhwahu?

Smoczy jeździec spuścił głowę, by nie patrzeć mu w oczy. Miał wrażenie, że ich ogień przepala jego umysł, odsłaniając skryte pragnienia i plany. To niemożliwe, nosił przecież szczelny pancerz, którego wnętrze pokrywały ochronne znaki. Nikt, nawet Pierwszy, nie mógł złamać tej bariery. Jedyne myśli, jakie mógł słyszeć jego pan, to te, które Yhwah sam przed nim odkrywał.

Mimo to odczuwał strach.

– Nie, panie – odpowiedział. – Zastanawiam się tylko… dlaczego tutaj? Całe wieki szukaliśmy tego miejsca, oczekiwałem więc czegoś… spektakularnego.

– Wciąż nie masz pewności? Służyłeś mi wiernie przez eony, jesteś moim najlepszym generałem. Posiadasz przywilej wyrażenia własnej opinii.

Głos rozlegał się w głowie Yhwaha, wypełniał umysł, rezonował w całym ciele, nakazując mu przemówić. Jeździec poczerwieniał, pulsująca w żyłach krew niemal się zagotowała. Żadna istota nie mogła oprzeć się woli Pierwszych – istnieli przecież po to, by władać.

Yhwah zwrócił wewnętrzne oko ku planecie dewastowanej właśnie przez trzy młode smoki. Rdzawa zieleń ustępowała brudnej czerwieni, znikały ślady jakiegokolwiek życia. Dotychczas żyzny glob zmieniał się w pustynię.

Ten widok dodał mu otuchy.

Nic we wszechświecie nie mogło się równać z siłą smoczego ognia, a żaden smok nie był potężniejszy od jego Lewiatana.

– Czy nie uważasz, panie… – rozważnie formował w myślach taką odpowiedź, jakiej oczekiwał władca – …że to granica, której nikt, nawet ty, panie, nie powinien przekraczać?

Śmiech Pierwszego rozsadzał głowę Yhwaha. Błękitna planeta zawtórowała serią wulkanicznych erupcji.

Władca Kosmosu rechotał, kołysząc się na grzbiecie wierzchowca czarniejszego niż ciemność. Mroczna sylwetka konia pochłaniała pobliskie światło i zakrzywiała przestrzeń, ale Pierwszy był niewrażliwy na tę moc.

– Ty się boisz, Yhwahu – stwierdził, rozbawiony tym odkryciem. – Kiedy objąłem swoją wolą pierwszą galaktykę i zdecydowałem się przemierzyć ocean pustki, by zająć kolejną, inni sądzili, że oszalałem, ale ty ruszyłeś ze mną. Gdy wyprawiałem się do centrum wszechświata na wojnę z Przedwiecznymi, wielu wieszczyło mą śmierć, ale ty stałeś u mego boku. Pamiętasz kampanię za Horyzont, gdzie zdobyłem mojego wierzchowca? Najodważniejsi spośród Zastępów uciekali w popłochu, ty zaś stałeś na czele oddziałów nacierających na tysiącrękich pożeraczy gwiazd. A teraz się boisz.

– Mój panie, i bez tego Władca Nicości ulegnie prędzej czy później. Panujesz już nad większością kosmosu, nie ma powodów, by…

– Dość!

Myśl Yhwaha urwała się nagle pod naporem woli suzerena, a błękitną planetę pokryły burzowe chmury.

– Dlaczego wszyscy jesteście tak krótkowzroczni? – Pierwszy zapatrzył się w dalekie słońce. – Żyjecie ledwie kilka chwil dłużej niż pomniejsze stworzenia, a wydaje się wam, że będziecie istnieć wiecznie… Nie obawiam się Arumanna, mój plan sięga dalej. Kiedy już zjednoczę kosmos, jak długo będzie trwać moja władza? Czy nic nie zagrozi mojemu dziełu? Wszechświat, Yhwahu, jest jak każde inne stworzenie. Rodzi się, starzeje i umiera. Pierwsi mogą być ostatnimi, którzy przetrwają, ale zginą wraz z nim… chyba, że ktoś zatrzyma cykl. Mały krok dzieli mnie od realizacji planu. Ta niepozorna planetka… to punkt przejścia, ostateczna granica. Tu bariera jest najcieńsza, moc twojego Lewiatana powinna wystarczyć, by zrobić w niej wyłom. Otworzysz przejście i będziesz je trzymać, aż wrócę. To twoje zadanie.

Kiedy nastał moment koniunkcji, Błękitnoskóry dobył dwóch ostrzy. Jedno jaśniało białym światłem, drugie było czystym mrokiem.

– Teraz!

Yhwah dał znak bestii. Smocza gardziel rozgorzała ognistym blaskiem, księżycowy pył i skały uniosły się pod wpływem nowego potężnego źródła grawitacji. Lewiatan otworzył paszczę i wystrzelił strumień plazmy.

Słup płynnego ognia uderzył w powierzchnię globu.

Oceany wystąpiły z brzegów, wulkany przykryły ziemię pyłem, kontynenty starły się w boju, niosąc zagładę. Panujące na lądach, w przestworzach i głębinach jaszczury padały jeden po drugim.

Planeta zachwiała się na swojej orbicie… Nie, to cały wszechświat zadrżał. Każdy atom, aż po najodleglejsze Rubieże, wibrował w jednym rytmie. Najpierw pojawiła się rysa, czarna kreska na powierzchni planety. Kilka pęknięć rozeszło się od niej jak po tafli lodu, tworząc wyrwę w strukturze czasoprzestrzeni, aż wreszcie rzeczywistość implodowała, ukazując złożony z fraktali, wielobarwny, uporządkowany chaos maszynerii wszechświata – Krainę Absolutu.

– Trzymaj przejście! – Władca Kosmosu powtórzył rozkaz i galopem wpadł w portal.

Yhwah czuł, kiedy jego pan był daleko. Wówczas władza, jaką miał nad jego ciałem i umysłem, słabła. Czekał chwili, gdy Pierwszy wystarczająco się oddali…

Nadszedł czas.

Teraz, albo nigdy.

Jeździec rozkazał bestii przestać.

Rozbita rzeczywistość zaczęła się zrastać, potłuczone fragmenty wracały na miejsce kawałek po kawałku.

– Yhwahu… – Ciche zawodzenie rozbrzmiało w głowie generała. – Cóż to ma znaczyć?

– Nikt już nie chce wojny, Ahuro – odparł tamten arogancko. – A wielu zadowoli się częścią tego, co tobie nie wystarczało… ot, choćby tą planetką.

– To zdrada! – Pierwszy mknął już z powrotem ku przejściu, ale to znikało zbyt szybko. – Jak śmiesz?! Kiedy przybędą Zastępy, odpowiesz za zamach stanu! Lusferus…

– Lusferus właśnie negocjuje pokój z Arumannem.

– Jestem Pierwszym! – Krzyk wybrzmiał w głowie buntownika jak odległy grzmot. – Nikt nie zaakceptuje władzy takich, jak wy!

– Czy wiesz, Ahuro, kiedy zamach stanu jest usprawiedliwiony? – Usta Yhwaha wykrzywiło szyderstwo. – Wtedy, kiedy się powiedzie.

Nie usłyszał już gróźb pomsty i rzucanych klątw. Bramy światów zatrzasnęły się i nie pozostał po nich żaden ślad, poza wypełniającym się wodą kraterem na powierzchni planety.

Nadeszła pora, by tworzyć na swoje podobieństwo.

Koniec

Komentarze

Wykorzystam pierwszy komentarz, by podziękować Silvie za garść uwag, a przede wszystkim za wysłuchiwanie moich lamentów, jak to nie mogę znaleźć odpowiedniego tytułu. Dzięki! 

Nie trawię high fantasy… chyba, że jest już kompletnie przegięte i kipi kiczem. Kolosalne kosmiczne smoki i ognisty oddech tworzący dziury w rzeczywistości – to mi się podoba.

Nie znam się za bardzo na zaratustrianizmie, ale nawiązania do Ahura Mazdy i Angra Mainju są dostatecznie wyraziste. Rozumiem, że mamy tu wywrócenie wartości – Ahura niesie nie dobro, a ład, porządek, który osiąga poprzez wojnę i podbój na miarę całego kosmosu. Rozumiem też, że mamy tu sytuację z przeszłości, gdy Ziemię, oczyszczoną z życia, przybysze zaczynają formować na swoje podobieństwo (nawiązanie do sumeryjskich Anunnaki?)

Jest parę niejasności względem autorskiej koncepcji i bohaterowie trochę sztucznie tłumaczą czytelnikowi tło dialogami, ale ogólnie rzecz biorąc fajne.

Spróbuj uporządkować ekspozycję – w pierwszych akapitach masz (licząc smoczątka i czarnego konia) łącznie siedmiu bohaterów i nie wiadomo, którzy są istotni. Chronologia ich wejścia na scenę sugeruje, że chyba smok. Dodatkowe zamieszanie wprowadzają synonimy (kim jest matka?) i podmioty domyślne (kto wypowiada pierwszą kwestię?).

Z drobiazgów – czemu smoczątka zaatakowały czwartą planetę od słońca? W ogóle cyfra “4” zdaje się sponsorować to opowiadanie ;) “Cztery uderzenia skrzydłami” kontrastują z “całe wieki szukaliśmy tego miejsca”.

Podoba mi się we fragmentach, gdy bierze głębszy oddech – te fragmenty o wszechświecie i wielkich bitwach przypominają końcowy monolog z “Blade runnera”.

Rebusy z imionami i nawiązania mitologiczne czy religijne u mnie zawsze w cenie :)

 

Pierwsze co mnie uderzyło w tym opowiadaniu, to pomieszanie trzech skal. Nie zgrywały mi się w jedność konie i smoki z planetami i wszechświatem. Dodatkowo jeszcze wprowadzasz konfuzję gdy smok jest wielkości księżyca a jego młode wielkie jak góry.

Masz trochę mało miejsca, aby spokojnie wprowadzić czytelnika w stosunki panujące pomiędzy Przedwiecznymi, pierwszymi i innymi istotami.

Nie poznajemy też powodu tych walk. Znaczy, wiem, ze Ahuro chce zjednoczyć kosmos i zatrzymać cykl, ale dlaczego walczy z innymi? I co zamierza znaleźć w Krainie Absolutu?

Ja rozumiem, że bawisz się i pomysłem i formą, ale niestety pomysł jest tak olbrzymi, że i tysiąc słów go nie pomieści. Nie wszystkie nazwy i imiona rozszyfrowałem, ale to chyba dobrze, będę miał zabawę przy czytaniu komentarzy.

W sumie całkiem fajny szorcik, z dobrym zakończeniem, które na poziomie świata zaskakujące nie jest, ale na poziomie bohaterów jak najbardziej.

Japku, dzięki za wizytę! 

Co do dociekania, kto ma zamiar tworzyć, tropem jest imię drugiego bohatera. ;) 

Czy sztucznue tłumaczą – rozumiem, że masz takie wrażenie, ale raczej stylizowałem to na podniosły, po trosze biblijny styl wypowiedzi. I znowu nie tłumaczą aż tak dużo. :) 

 

Cobold, dzięki za uwagi, zmieniłem to i owo, by było jaśniej kim jest matka i by podmiot się zgadzał. Co do ilości bohaterów, to jeśli wierzchowca traktować jako bihatera to rzeczywiście, ale nie zawsze pierwsza postać jest kluczowa dla tekstu, tym bardziej, jeśli jest to zwierzę. Za to pierwsza postać, która wypowiada kwestię, już jak najbardziej jest istotna w opowiadaniu. 

Co do szukania miejsca, to nie tyle było od nich oddalone, co niepozorne, na co jedna z postaci zwraca uwagę. 

Super, że podobał ci się monolog! Kurcze, widzę że co opinia, to inne elementy się podobają, a inne nie. :) 

Nawiązania mitologiczne i zabawy imionami, to coś, co stosuję bardzo często, jak nie orawie zawsze, więc doceniam docenienie! :) 

 

Fizyk, tak opowiadanie miesza kilka skal, miesza space opera z fantasy. Ogólnie tematem są granice, więc czemu by nie granice wyobraźni? Smoki tak wielkie, że aż absurdalne, kosmiczne konie, humanoidy żyjące wiecznie, a nawet przebicie się przez powierzchnię wszechświata? Trochę tu się wzorowałem na Żelaznym, pamiętam jego oois jednej z planet, gdzie morze było u góry, nad chmurami. Napisał: "tak było, bo nie mogło być inaczej." I resztę sobie czytelniku wyobraź. :) 

Co do motywów walki, jest prosty i chyba zasugerowany w tekście: władza. Wielka władza, wieczna władza i absolutna władza. Fakt, że by mieć czysty obraz kto z kim i po co, trzeba skupić się na imionach. 

Cieszę się, że w sumie Ci się podobało. Zakończenie koresponduje z tytułem i jak porównasz je z imieniem zdrajcy, to będziesz miał fajną ukrytą puentę. :) 

 

Co do dociekania, kto ma zamiar tworzyć, tropem jest imię drugiego bohatera. ;) 

Ano, jedna literka odróżnia od najbardziej prawdopodobnego kandydata. Jakoś tak odniosłem wrażenie, że tworzyć na swoje podobieństwo miała cała grupa, ale jak przejrzałem końcówkę tekstu, to chyba sobie to ubzdurałem. Teraz wszystko jasne.

jak porównasz je z imieniem zdrajcy, to będziesz miał fajną ukrytą puentę. :) 

To akurat było dla mnie najbardziej oczywiste, być może dla tego, że sam się podobnie zabawiałem. Jak masz pięć minut, to zajrzyj tutaj: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20971

Natomiast zaratusztrianizm to dla mnie kompletna nowość, więc poległem.

 

Fizyk, widzę, ze audycja zawiera lokowanie produktu. XD

A serio to z chęcią przeczytam. 

Nawiązanie do zaratusztrianiznu nieprzypadkowe, bo Jahwe często porównuje się z Ahurą, za to w ezoteryce różnego rodzaju Aryman stoi nad Lucyferem… ech, człowiek jest ofiarą swoich zainteresowań. Zauważyłem, że prawie wszystkie moje opowiadania zawierają jakieś elementy mitologiczne lub religijne. 

Skoro tutaj spotkałeś się ze ścianą w nawiązaniach do religii, to sprawdź https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/24830 – w sumie sądzę, że to najlepsze z moich dotychczasowych. :) 

Najbardziej podoba mi się – chyba już klasycznie w moich komentarzach pod Twoimi opowiadaniami ;) – klimatyczny opis scen, robisz to tak, że po prostu je widać. Wy tu o religiach, a ja najbardziej zapamiętałam błękitnego władcę, smoki orzące pazurami planetę, kosmicznego konia ciemniejszego niż mrok i padające dinozaury (bo to dinozaury, nie? ;)). 

Niezła wizja, z rozmachem. :-)

Zabawę z imionami też doceniam, podoba mi się taka interpretacja. W końcu to zawsze zwycięzcy dyktują podręczniki historii.

Babska logika rządzi!

Z rozmów na SB byłem ciekaw, co tworzysz na granice nieskończoności. :P

Przechodząc do opinii: tekst jest fabularnie dobry, może nie ma wielkiego zaskoczenia pod koniec ale jest spoko. Techniczne wykonanie także. Smoki jednak bardziej przypominały mi jakieś wielkie, półrobotyczne twory przez takie opisy:

Z paszczy bestii buchał ogień – ślad po trwającej w trzewiach syntezie pierwiastków.

 

wypuszczając z pysków strumienie plazmy i ciągnąc za sobą smugi fotonów.

Chociaż to może kwestia obcowania z pierwiastkami, fotonami, plazmą przez studia i techniczne/stosowalne podejście do owych terminów.

 

Jest jeden fragment, którego chyba nie widzę tak, jakbyś chciał by go czytelnik widział.

 

Najpierw pojawiła się rysa, czarna kreska na powierzchni planety. Kilka pęknięć rozeszło się od niej jak po tafli lodu, tworząc wyrwę w strukturze czasoprzestrzeni, aż wreszcie rzeczywistość implodowała, ukazując złożony z fraktali, wielobarwny, uporządkowany chaos maszynerii wszechświata – Krainę Absolutu.

Nie widzę tych fraktali, nie widzę tego chaosu. Mam tą pękającą sferę planety, która implodując, zapada się. Aby się zapaść, poszczególne fragmenty muszą się na siebie nałożyć. I mi zasłaniają w ten sposób wyobrażenie tego co może być pod spodem i jakby to, co tam jest, wyglądało z zewnątrz. Przy eksplozji nie byłoby tego problemu. Albo jakbym tego fragmentu nie traktował zbyt dosłownie. :P

 

Coś co chyba padło powyżej, to to, że jest dużo postaci, wydarzeń, terminów ale tekst po prostu jest za krótki, by je rozwinąć i dać czytelnikowi satysfakcję z ich odkrywania i pogłębiania.

Także ogólnie jest to dla mnie dobry tekst, ale chyba na nieco bardziej rozbudowaną formę, która pozwalałaby więcej zrozumieć i przede wszystkim dłużej się nim delektować.

Koimeoda, po raz kolejny dzięki, że zwróciłaś na to uwagę. :) Tak, to były dinozaury, przy okazji też rozwiązałem zagadkę braku życia na Marsie. Jak szaleć, to szaleć.

Finkla, w końcu ktoś pozytywnie odebrał rozmach. :D W końcu to Granice Nieskończoności, wyszedłem od tego, że ma być rozmach!

Sagitt, a kto wie, kto wie, mogą być cyborgami, mogą być tez organiczną maszyną. To już zależy od tego, gdzie przebiega granica naszej wyobraźni. :) Podoba mi się twoja interpretacja.

Co do implozji, może przydałby się bardziej szczegółowy opis, ale wykorzystałem słowa pod korek. Na myśli miałem to, że rzeczywistośc zapadła się w tym miejscu, odsłaniając to, co jest pod jej powierzchnią. Coś, jak implozja kineskopu.

Pomysł na taki świat miałem od pewnego czasu, czekał tylko na wykorzystanie – może stąd wrażenie wielkości. Z drugiej strony spotkałem się z kilkoma opowiadaniami, nawet książkami, gdzie czytelnika wrzuca się w świat bez większych (albo w ogóle bez) wyjaśnień i nawet mi się to spodobało. 

 

Gekikara, o kwestiach religijnych nie napiszę, bo się nie znam:-) jednak zwróciłam uwagę na ciekawą relację Yhwahu z Pierwszym. Pierwszy rzeczywiście mu ufa, przytacza liczne przykłady jego oddania i wierności, powierza mu ważne zadanie, a tu taka zdrada. 

 

– Czy wiesz, Ahuro, kiedy zamach stanu jest usprawiedliwiony? – Usta Yhwaha wykrzywiło szyderstwo. – Wtedy, kiedy się powiedzie. – to bardzo wymowne. 

 

Piszesz bardzo obrazowo, czytałam z przyjemnością.

Klikam:-) i pozdrawiam

 

 

Fajnie, że zwróciłaś na to uwagę! Historia ludzkości to historia zdrajców… oczywiście tylko z pewnej perspektywy, ale zdrad i przewrotów w niej masa. Fraent, który przytoczyłaś, jest inspirowany, muszę się przyznać, wypowiedzią jednego z moich wykładowców na temat przewrotu majowego. Oryginalna wypowiedź była trochę bardziej rozbudowana i osadzona w historii, ale wydźwięk ten sam. ;) 

I dzięki za klika, przyda się! :D

Nawiązania do zooroastrianizmu zawsze na plus, tak samo atmosfera tekstu i kreacja (wszech)świata przedstawionegosmiley. W pewnym momencie jest tu jednak trochę stłoczonych smaczków i szczegółów, które obroniłyby się bardziej w nieco dłuższej formie. Jednak, jak to u Ciebie, czytało się gładko, a plastyczne opisy działały na wyobraźnię jak trzeba. 

W opowiadaniu jest mnogość abstrakcji, która mi się podoba. Jest bardzo obrazowe i przedstawia ciekawe połączenie fantasy z sf. Styl jest ładny, a świat przedstawiony ciekawie wykreowany. Dobrze zrobił bohater, zamykając tego niebieskiego, kibicowałam, żeby się udało. Myślę, że szort zasługuje na klika.

Zbyt wielki rozmach jak na mój gust, ale uwielbiam fragment Apokalipsy o Niewieście i smoku, więc gargantuiczne stwory szybujące nad planetami zdołały przemówić mi do wyobraźni. Innych aluzji około-religijnych, niestety, nie wyłapałem.

Oidrin, dzięki za komentarz. Rozumiem, że się podobało… bo chyba się podobało, nie? :) 

To fakt, że opowiadanie zawiera masę szczegółów, moim punktem wyjścia było wziąć na warsztat fantasy i… popuścić wodze fantazji. :) 

 

Sonata, dzięki za klika! 

Oj, nie wiem, czy to tak dobrze, bo tak to zapełnił planetę sobie podobnymi. Z drugiej strony… bez niego by się nie pojawili, więc w sumie są plusy. 

 

Adam, temat konkursowy z rozmachem to i rozmach z rozmachem. :) 

Łał, mi się :)

Podoba mi się pomysł na połączenie smoków i kosmosu. Szczególnie smoczątka, znęcające się nad Marsem bardzo mi się spodobały :)

Masz rozmach, to Ci trzeba przyznać. O Zaratrusztianizmie wiem tyle, żeby skojarzyć imię władcy, więc pewnie większości smaczków nie wyłapałam, ale i tak mi się podobało.

Jedyne, co mogę Ci zarzucić to skrótowe potraktowanie tego świata. Coś takiego zasługuje na więcej. Oczywiście rozumiem – konkurs, limit, ale i tak trochę mi żal. To mniej więcej tak, jakbyś całą historię starożytnego Rzymu sprzed naszej ery ograniczył do zasztyletowania Cezara ;)

Kliczek, z nadzieją, że kiedyś do tego uniwersum wrócisz :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Wiedziałem, że nie przejdziesz obojętnie wobec Marsa niszczonego przez smoki. ;) 

Co to zaratusztrianizmu, to nawet nie jest to nawiązanie tylko do zaratusztrianizmu, ale do różnorakiej ezoteryki, gdzie Aryman jest nad Lucyferem i reprezentuje inny aspekt ludzkiego zepsucia. 

Fakt, świat jest o wiele większy niż to opowiadanie, siedział mi już w głowie od dawna i wahałem się, czy pisać na ścieżkę A, czy B, ale chciałem jednak móc udostępnić tekst. Czy wrócę? Możliwe, ale już mi się kilka takich uniwersów zebrało, do których chciałbym wrócić. 

Co do samego swiatotworstwa, rozmachu i te pe, to zerknij, jak będziesz chciała, do mojego opowiadania na ZAMIANĘ. Może nie powtórzy spektakularnego sukcesu opka, które dostało aż jednego taka do piórka (xD), ale uważam je za – jak do tej pory – najciekawszy mój tekst. 

 

Przypomina mi pewne książki, które czytałem kiedyś, ten sam styl i rozmach. A ponieważ je lubiłem, więc sentyment pozostał. Dla mnie nie musisz nic tu więcej tłumaczyć, konwencja nakazuje wrzucić smoka wielkości góry i od tej pory iść z coraz potężniejszymi elementami świata :) Połączenie fantasy z s-f ma swój urok i, choć fabuła dość prosta, to klimat zdecydowanie mi „sprzedał” to opowiadanie.

Miło słyszeć Zanaisie, że jesteś w pełni usatysfakcjonowany. :) 

Cześć!

Wpadam uzupełnić pewną klikową wyrwę. ;)

Zacznę od długości tekstu. Zgaduję, że liczy on sobie 999 słów, co? Bo ewidentnie na styk w limicie. ;)

Na styk w limicie, bo i pomysł odważny. Upchnąć opowiastkę fantasy w tysiącu słów.

Pomysł dobry i niedobry.

Dobry dlatego, że w sumie fajnie się to czyta. Jest w tym kawałek jakiejś historii. Ciekawe i niekonwencjonalne w pewien sposób połączenie fantasy z tematem nieskończoności, bo ona tak jakoś zupełnie naturalnie wpisuje się przecież w gatunek science fiction.

Zakończenie fajne. Stawiasz na lekkie zaskoczenie, zmyślne, a jednocześnie jakoś tak ludzkie i prawdziwe na swój sposób. Zatem tekst jako taka swoista droga do puenty też sprawdza się wcale dobrze.

Niedobry natomiast był ten pomysł dlatego, że tekst sprawdził się fajnie, że tak to ujmę, w momencie czytania. Kiedy wracam po kilku dniach z komentarzem , to jednak musiałem jeszcze raz przemknąć sobie wzrokiem przez tekst, żeby sobie przypomnieć o co w tym tekście szło, co tam się działo, a poprzez to i odtworzyć w pamięci wrażenia z lektury.

Fantasty upchnięte w mały limit ma jednak to do siebie, że strasznie trudno zawalczyć mu o pamięć czytelnika. A przynajmniej czytelnika CM-a. ;-)

Wydaje mi się, że masz kilka zbędnych enterów na końcu tekstu.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł…

…po ostatniego klika. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, z tego, co pamiętam, to 998.;)

 

Upchnąć fantasy – nie low fantasy, nie realizm magiczny, nie alegorię – w tysiąc słów to rzeczywiście wyzwanie. Miejsca na światotwórstwo było bardzo mało, a chciałem pokazać tę wizję. Cóż, rozumiem, że kosmicznych rozmiarów smiczyska dewastujące księżyc i czasoprzestrzenne rumaki jednym zostaną na dłużej w głowie, a inni szybko o nich zapomną. Sam przy takiej ilości czytanych tekstów, wiele z nich zapominam. 

W każdym razie dzięki za klika. :) 

 

Fajne. Zrobiło na mnie wrażenie.

 

Szklany Anioł

Nie wiem dlaczego, ale na początku miałam wrażenie, że czytam Pratchetta skrzyżowanego z grupą Monty Pythona. I to nie jest złe połączenie – żeby wszystko było jasne ;) Oczywiście, gdy zaakceptowałam już setting świata, to opowieść naprała płynności. Zakończenie fajne – zdrada zawsze w cenie!

Na początku się pogubiłem kto kogo ujeżdża (koń smoka, smok konia, sługa smoka, koń sługę etc.?) ale po chwili kontemplacji wszystko sobie poukładałem. Jak na moje gusta – za bardzo podkręcone, choć oczywiście jest to obrana forma (która nie musi trafiać do każdego) i jako taka bardzo mi się podoba – no i perełka na końcu w formie ostatnich słów do Ahuro wywołała szczery uśmiech na mojej twarzy. Coś trochę jak z Gry o Tron (choć nie jestem wielce z tym oczytany – ale mi się skojarzyło).

Obserwuj i przybierz odpowiednie barwy - tylko tak uda Ci się przetrwać do następnego posiłku...

Cóż mogę powiedzieć… To bardzo sprawnie napisana, inteligentna zabawa motywami biblijnymi i mitologicznymi, pełna mniej lub bardziej ukrytych smaczków i sprytnych odniesień. 

Właściwie do niczego nie mogę się przyczepić – styl jest bardzo dobry, opisy obrazowe, bez abstrakcyjnego zadęcia, o co nietrudno w przypadku takiej treści. Rozwiązanie dostarcza czytelniczej satysfakcji :-) 

Zachwycać się nie będę, ale nie z powodu jakości tekstu, która jest wysoka; raczej przez moje przejedzenie biblijno-religijnymi retellingami i "originami". Oczywiście nie krytykuję Cię za pójście w tę stronę – w przypadku tak ograniczonej objętości tekstu użycie motywów i postaci funkcjonujących w świadomości każdego czytelnika (okej, nie każdy zna się na Mazdaiźmie, ale też nie wymagasz więcej niż pobieżnej wiedzy) to dobre posunięcie, bo odpada przynajmniej połowa roboty (i przede wszystkim miejsca) poświęconych na worldbuilding. 

Po prostu takie rzeczy nieco mnie zmęczyły (choć nie aż tak, jak odmieniane przez wszystkie przypadki i czasy ugrofińskiej gramatyki, nordyckie mity) Ale to zupełnie nie umniejsza wartości Twojego tekstu. Jest bardzo dobry :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Rozmach epicki, faktycznie.

Bez wątpienia szort jest dobrze napisany, niemniej nie zostanie na długo w głowie :( 

pikaczu, miło mi :)

 

kasjo, kurde, to wyszło humorystycznie? xD chyba, że to z powodu groteski, to w sumie… coś może w tym być. 

 

Kameleon, nie wiem skąd pomysł, by smok ujeżdżał konia i odwrotnie, ale nie wnikam. :P

Czy pokręcone… owszem, jak najbardziej, jeszcze jak! W końcu mamy smoki i konie w kosmosie. 

 

thargone, motywy biblijno-religijne są bardzo popularne, a ja cierpię na przypadłość bycia ich wielkim miłośnikiem, co niestety bardzo często przekłada się na moje pisanie. Tak, poszedłem trochę na skróty, bo nie musiałem kreować postaci od podstaw, ale doskonale rozumiesz, dlaczego. :)

 

grzelulukas, nie oczekiwałem, że ktoś do tego szorta będzie wracał pamięcią, nie ma w nim wielkich dramatycznych przeżyć, jest za to rozmach w kreacji świata – bardziej miałem na celu, by ktoś na chwilkę przystanął między akapitami i wyobraził sobie właśnie takie uniwersum. A nóź widelec kogoś ta wizja zafascynuje, bo za mną taki obrazek chodził i chodził i chodził długi czas. 

Rozmach duży w przestrzeniach. To wraz smokami pulsuje i punktuje. :-)  Nawet smoczęta były, ciut niesforne i niepilnowane. :-) Zatrzymały mnie, bo na wojnę je brali?

Trochę się gubiłam, choć ogólny mitologiczny zamysł „złapałam”. ;-) Zakończenie również odbieram jako ciekawe.

Zatrzymywały mnie określenia bardziej fizykalne, tu mi się zgadzało, a tam nie i żałowałam, że w tej warstwie lekko po łebkach.

Powodzenia w konkursie! :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Świetnie zgrały mi się w głowie smoki z kosmosem – aż byłam zaskoczona, jak dobrze w Twojej wizji do siebie pasują, choćby zrównująć smoczy ogień z plazmą, a zionięcie z uderzeniem meteorytu w Jukatan. Podobały mi się także zabawy motywami religijnymi – ostatnie zdanie bardzo w punkt. No i ta zdrada wpisana w fundament ludzkiej natury jako stworzonej na podobieństwo pierwszego zdrajcy. Bardzo dobre :)

Dialog, a właściwie w głównej mierze monolog, nieco mi się dłużył. Po pierwsze dlatego, że w zasadzie z konieczności wymuszonej przez zakrawającą na mit formę, styl jest bardzo wzniosły. Po drugie, wymieniane w nim liczne wydarzenia i podboje są tak wielkiego formatu i abstrakcji, że zabrakło mi jakiegoś punktu zaczepienia, nawet mimo odniesień do motywów znanych. To wszystko chyba dlatego, że zmieściłeś tak obszerną i szczegółową wizję w tak ograniczonym limicie. Podejrzewam, że odrobina oddechu w tekście pozwoliłaby uniknąć tego przytłoczenia. Ale nie narzekam, takie prawa konkursu :) Pozostaję urzeczona pomysłem na smoki. 

Fantastyka: jest.

Motyw konkursowy: jest.

 

Niby z pompą, a czuć pewną zabawę gatunkiem i bardzo lekką, ale jednak ironię. Powiem też szczerze, że od razu pojawiło się drobne skojarzenie z Don Kichotem i Sancho, pytanie czy jako autor też chciałeś to skojarzenie tu zawrzeć.

 

Generalnie całkiem fajny pomysł, a jednak… mam wrażenie, że mocno niewykorzystany. Tu można było się mocno pobawić kosmicznym high fantasy. Z drugiej strony bardzo zastanawiam się, ile – przy Twoim stylu pisania, który znam z innych Twoich tekstów – byłbyś w stanie wycisnąć z tego w wersji „mroczno-ponurej”. Choć to raczej luźne gdybanie, nigdzie nie jest powiedziane, że autor musi być „więźniem” jednego nastroju.

 

Ogólnie jednak pomysł mi się podobał, tylko… Czegoś brakło w finale. Bo końcówka jest przewrotna, ale… mało wyraźna. I nie chodzi tu o jej subtelność, czy o efekt tego, że dopiero po chwili się załapuje (przynajmniej ja tak miałem). To jest w porządku. Tylko… chyba zostało za słabo zaakcentowane, by było zapamiętane na dłużej. A mogło być i jestem przekonany, że leżało to w Twoich możliwościach.

 

Ale wątki religijne ładnie wplątane. I w sumie ta wątpliwość, czy to czasy przed człowiekiem, czy… u jego schyłku (mam wrażenie, że bardziej to drugie).

 

Świat namalowany z rozmachem i miałem wrażenie, że trafiłem na krótką scenkę wyciętą z jakiejś gigantycznej historii. Czytało się bez zgrzytów, płynnie, choć też chyba nie odczytałem dużej ilości odniesień, które wiele osób wspominało w komentarzach. No ale to już mój problem :).

Niemniej jednak całkiem fajny pomysł i przyjemna lektura. 

trwającej w trzewiach syntezie pierwiastków

Aliteracja – "trwającej w trzewiach" nie brzmi dobrze, "synteza pierwiastków" – hmm. Gwiezdny smok? Zobaczymy, co z tym zrobisz.

 Jeden przemknął

Skoro smoczę, to jedno.

 przemknął niefortunnie blisko

Niejednoznaczne.

 prawie topiąc przezroczystą półsferę służącą mu za hełm, ten przegnał je w kierunku czwartej planety układu.

Hełm je przegnał? I – półsfera to fajny kapelusz, ale hełm mało praktyczny.

Sprawdziłem tę planetę, panie

Jedno "panie" już było, służalec :)

 Nie może równać się

"Się" lepiej by brzmiało w środku.

 przez trzy kwarty kosmosu

Kwarty?

 ich ogień przepala jego umysł

Hmm.

 To niemożliwe, nosił przecież szczelny pancerz

Miał na sobie pancerz, to raz. I przeformułowałabym, bo kluczowa informacja (o ochronnych runach) jest na końcu, a bez niej brzmi to bardzo naiwnie.

 Jedyne myśli, jakie

Które. I tak, trzeba by to przerobić, żeby uniknąć powtórzenia.

 Mimo to odczuwał strach.

Hmm.

 Posiadasz przywilej wyrażenia własnej opinii.

Hmmm… nie brzmi to naturalnie.

 ku planecie dewastowanej

Ku planecie, dewastowanej.

 Mroczna sylwetka konia pochłaniała pobliskie światło i zakrzywiała przestrzeń, ale Pierwszy był niewrażliwy na tę moc.

Hmm.

 rozbawiony tym odkryciem

To jasne, co go bawi.

 wielu wieszczyło mą śmierć

Aliteracja, ale daje całkiem fajny efekt, tylko: wielu wieszczyło mi śmierć.

 Otworzysz przejście i będziesz je trzymać

Nie wiem, czy przejście można trzymać.

 Yhwah czuł, kiedy jego pan był daleko.

A nie: czuł, że jego pan jest daleko? Albo: wyczuwał, kiedy jego pan jest daleko?

 władza, jaką

Którą. I nie jest w pierwszej chwili jasne, kto ją miał.

 ale to znikało

"To" zbędne.

 

Hmm, no, space opera, a właściwie preludium do niej. Bo teraz, to się dopiero zacznie, co? W sumie podpisałabym się pod opinią Sagitta. Trochę temu epickiemu pomysłowi ciasno… Konkurs ma swoje wymogi i tak dalej, ale jednak.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Przyszła, zmasakrowała, na koniec jeszcze zabrała jedyną wymówkę i się skrzywiła, i co tu ja mogę ci napisać, poza… 

 

Twoje uwagi niewątpliwie są słuszne, problem w tym, że tysiąc słów jest wymaksowane, ale jeśli  kiedy przyjdzie mi wrócić z dłuższą wersją, wezmę Twoje uwagi pod uwagę. :P

 

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka