- Opowiadanie: Chrzuszczu - Egipski piesek

Egipski piesek

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy III

Oceny

Egipski piesek

Dzień w Memfis był upalny, lecz rybacy, nieustannie poławiający na Nilu, pracowali w cieniu olbrzymiej świątyni, przysłaniającej palące słońce. Jeden z mężczyzn podpłynął bliżej brzegu, wkroczył w chłodny nurt i zagłębiając stopę w piaszczystą podwalinę, rozpoczął transport zdobyczy z sieci do wiklinowych koszy, ułożonych w równych rzędach. Gdy wypełnił wszystkie plecionki, przetarł spocone czoło i podniósł wzrok, przysłaniając dłonią podrażnione promieniami oczy. Na wzgórzu, porośniętym licznymi krzewami, ujrzał psa o jasnej sierści i niskim wzroście. Łeb zwierzęcia, zakończony długim pyskiem i wytrzeszczonymi ślepiami, obracał się raz w prawą, a raz w lewą stronę. Wzrok kundla świdrował zaskoczonego poławiacza, który nigdy wcześniej nie widział tak cudacznej rasy. Gdy zaakceptował odmienny wygląd czworonoga, zaczął wymachiwać ku niemu rękami, starając się przegonić go od świeżo zdobytych ryb. Mieszaniec nie uciekł przestraszony, lecz uniósł głowę, nadstawił uszy i odszedł spokojnie, niknąc w zaroślach.

Rzemieślnicy, harujący w centrum miasta, ujrzeli go kilka chwil później, odrywając wzrok od swoich zatłoczonych stoisk. Większość handlarzy sprzedawała lśniące i całkowicie niepraktyczne błyskotki, które miały na celu jedynie wspomaganie niskiego poczucia wartości biedniejszych mieszkańców. Gorzej potraktowani przez los witali się ze swoimi sąsiadami, ściskając im dłonie dłuższy czas, uwidaczniając bransoletki z tombaku, przypominającego kolorem złoto i fikuśne rzemyki. Tymczasowo wchodzili w skórę kupców i rządzących, kolorując swoje szare życie, by później wrócić od rutynowej nędzy.

Cudaczne zwierzę przechadzało się po targu, otrzymując kawałek chleba od piekarza oraz wymuszając głaskanie na mistrzu haftu. Wielu klientów brało psa za niewyrośniętą świnię. Dopiero po oswojeniu się z jego nietypowym wyglądem, krótkie owłosienie i włochaty, prosty ogon sygnalizowały zebranej na rynku społeczności przynależność do innego gatunku.

Kundel wkroczył na dziedziniec świątyni Ptaha, wcześniej unikając rozdeptania przez końskie kopyta, utrzymujące brązowe cielska doczepione do karawan. Usiadł przy wielkich, złotych drzwiach, jakby witał wchodzących i czekał, obmywając łapy.

– Mamo, mamo! – Jeden z dzieciaków, trzymający dorosłą wierną za rękę, wskazywał go palcem. – Możemy zabrać go ze sobą?

– To dzikus – syknęła rodzicielka. – Sam sobie poradzi.

Pies oblizał pysk i wpatrywał się w chłopca, machając ogonem. Gdy latorośl zniknęła we wrotach przybytku, położył się, przymykając oczy.

Nie zorientował się, gdy nastał wieczór. Uderzenie laską o grunt obudziło go. Chłodne powietrze było orzeźwiające. Napawał się zefirem i dopiero po chwili skierował wzrok na postać, stojącej przy jego ciele. Był to wysoki mężczyzna o wyjątkowo opalonej skórze. Dzierżył kij z wieloma zdobieniami i przypatrywał się zwierzęciu.

– Tak długa podróż musiała być wycieńczająca – odezwał się niskim głosem. – Co cię sprowadza, przyjacielu?

– Macie tu piękne miasto, przypominające raj. – Pies wyciągnął przednie kończyny i napiął zmęczone ciało, długo się przeciągając. – Kto nie chciałby go odwiedzić?

– Nie musisz być zbyt uprzejmy. – Oparł się o laskę. – Bóstwa nigdy nie odwiedzają równych sobie, aby dyskutować o wykwintności dekoracji.

Kundel zmierzył go wzrokiem i zaczął schodzić po schodach świątyni. Ptah ruszył za nim. Próbował nadążyć wśród bazarowego tłoku, przypominającego iskry w kominku, toczące wieczny, chaotyczny pojedynek o to, które wyskoczy z płomienia najwyżej. Minęli plac budowy, gdzie kilku robotników kruszyło fragmenty granitowego bloku, aby mógł kształtem wpasować się w pozostałe części minerału. Czworonoga zatrzymał dopiero brzeg Nilu, przy którym rozsiadł się w cieniu roślin i czekał na egipskiego bożka. Ten dogonił go chwilę później, poruszając się tak płynnie, jakby jego stopy nie dotykały ziemi. Ułożył ciało na piaszczystym gruncie, wbijając obok laskę. Artefakt zakończony był zwierzęcą głową, jednak trudno było dokładnie ustalić, jakie to stworzenie. Mocno zniszczonemu materiałowi najbliżej było, do wizerunku ptaka z długim dziobem i wysokim opierzeniem.

– Twoja kraina jest potężna. – Pies wystawił język i wziął kilka łyków, prosto z rzeki. – W moich stronach wszyscy zazdroszczą wam bogactwa i cywilizacji. Ja jednak nie stoję z nimi w parze. Nie wierzę, że twoje metody pozwolą tej stolicy przetrwać.

– Dlatego postanowiłeś poświęcić czas, aby przyjechać do Memfis i mnie obrazić? – Egipcjanin był zdenerwowany, chociaż nie podniósł głosu.

– Nie. – Zwierzę spojrzało na niego i przymknęło oczy. – Moi przyjaciele śmiali się ze mnie, gdy usłyszeli propozycję, jaką ci przedstawię. Jako jedyny odważyłem się wkroczyć do niepokonanego miasta i stawiać własne warunki. Chociaż dlatego powinieneś obiecać, że nie stanie mi się tu krzywda, nawet jeśli rzeczy nie będą szły po twej myśli.

– Jestem potężny i sprawiedliwy. – Chełpliwy ton Egipcjanina rozśmieszył zwierzę, które starało się to ukryć. – Obiecuję nie uczynić ci rany, dopóki ty nie uczynisz mi.

– Wierzę. – Machając ogonem, wskoczył do wody, delektując się chłodem, opatulającym jego nagrzane ciało. – Moja propozycja zaczyna się od prostego twierdzenia, które wygłosiłem kilka lat temu. Uważam, że to wcale nie ty jesteś źródłem postępu Memfis. Co więcej, psujesz to miasto do tego stopnia, że nie przetrwa do następnych tysiącleci.

Ptah nie odpowiedział. Gdyby nie złożył obietnicy, zapewne pies już skomlałby, błagając o jak najszybszą śmierć. Słuchał cierpliwie dalej, pogrążony w przesuwaniu dłoni po wilgotnym piasku z letargicznym wyrazem twarzy.

– Co rok będę cię odwiedzać, przyjacielu. – Wyszedł z rzeki i otrzepał się, stojąc w znacznej odległości od nowo poznanego. – Co rok będziemy wrzucać jedną obręcz, świadczącą o zaniedbaniu, na twoją laskę lub na moją szyję. Ten, który jako pierwszy ugnie się przed drugim, przegrywa.

– Co zyskuje wygrany?

– Domyśliłem się, że z góry założysz o swoim zwycięstwie. – Podrapał się po uchu – Wygrany będzie żyć w dostatku, wraz ze swoimi poddanymi. Czego jeszcze chcesz?

– Będziesz mi służyć przez wieki, Nodensie.

– Jeżeli mam zdecydować się na coś, co nigdy się nie wydarzy, a pozwoli na satysfakcjonujące zakończenie, to niech będzie. – Podbiegł do gęstych krzewów, z których wyciągnął zębiskami worek. Pakunek brzęczał bardzo głośno, a gdy pies rzucił go pod nogi Egipcjanina, wyleciały z niego obręcze. Ptah podniósł jedną z nich i wrzucił na szyję zaskoczonego psa.

– Zaczynamy od dzisiaj. – Wysoki mężczyzna podszedł, wyciągnął rękę w kierunku pyska zwierzęcia i poprawił ucho, na którym zawiesiła się metalowa obroża.

Rozstali się bez słowa. Ptah powrócił do swej świątyni, przyglądając się wiernym, a Nodens rozpoczął długą podróż powrotną do Brytanii. Za dwanaście miesięcy mieli spotkać się nad brzegiem Nilu, do niedawna niepokonanej rzeki, którą wielcy obywatele Memfis okiełznali i dostosowali do swoich potrzeb.

Los pojedynku nie spędzał snu z powiek ulubieńca Memfis, przekonanego o bezkompromisowym zwycięstwie. W rok świątynia, gdzie lokalni wierni spotykali się niemal codziennie, oddając mu cześć i wręczając dary, rozrosła się do niezwykłych rozmiarów. Gigantyczne mury wymagały również wewnętrznego udekorowania, nad czym Ptah sprawował osobistą kontrolę i inspirował wyrobników artystycznych.

Targ wybrzmiewał muzyką kupców i rzemieślników, dzięki którym rzesze ludu z całego kontynentu, jak i spoza niego, dowiadywali się o niezwykłych sposobach haftowania, przyozdabianie własnego ciała błyskotkami, odkrywali tajemnice rzeźbiarstwa oraz wykonywania broni. Gdy po umówionym terminie pies wkroczył w bramy lśniącej świątyni, brzęcząc od wejścia zawieszoną na szyi obręczą, mężczyzna czekał na niego wśród posągów, stworzonych na własne podobieństwo i dzierżył kawałek metalu w dłoni. Założył go czworonogowi na szyję. Ten skinął twierdząco łbem i odszedł w swoją stronę, nie odzywając się.

Trzy lata później, pies miał na sobie już pięć okrągłych ozdób, które coraz bardziej przeważały przód jego ciała. Dysząc i kiwając ogonem, podbiegł do malującego kolejne znaki na ścianie świątyni Ptaha. Ten odwrócił się i uśmiechnął, klepiąc Nodensa po mokrej głowie.

– Jeszcze nigdy nie odpuściłeś sobie kąpieli w rzece. – Wytarł ręce w szatę.

– To jedyne remedium na zmęczenie podróżą. – Strzepnął krople na pobliskie ławy.

Gdy egipski bożek był gotów na wrzucenie kolejnej, ciężkiej ozdoby, pies odchylił głowę.

– Handel nie idzie tu tak, jak wcześniej, drogi Ptahu. – Podbiegł do wyjścia i przyniósł w pysku swoją błyskotkę.

– Chwilowy triumf nie przysłoni skali wielkiego zwycięstwa. – Trzymający rozpadającą się laskę wyjął obręcz spomiędzy zębów kundla i przełożył przez wymyślny trzon wyniszczonego kija, będący jego symbolem władzy.

Szczeknięcie zakończyło ich spotkanie.

Wschodnia część Brytanii kwitła, a okoliczna ludność delektowała się fasolą i podróżowała na pobliskie targi z workami upraw. Dzieci biegały po żyznych polach, strasząc gęsi i owce. Ptak, lecący nad północną częścią krainy, nie mógł nadziwić się jasnopurpurowym barwom, które rozciągały się w salinach. To właśnie przez te kolorowe tereny przechodził pies, udając się do Egiptu. Wyczulonym nosem wdychał każdy zapach prężnie zagospodarowanej ziemi.

Następne spotkanie odbyło się w strugach deszczu na drobnym wzgórzu, z którego widać było uprawne pola niedaleko Nilu. Niemal cała ich powierzchnia była zalana, a wszelkie narzędzia służące do regulowania wylewów rozpadały się, przypominając kawałki zgniłego drewna. Do sędziwego i kaszlącego Ptaha podszedł Nodens, otrzepując się i zajmując miejsce obok.

– Nie opiekowałeś się rolnikami, wynalazcami i rzemieślnikami – stwierdził pies, podnosząc z ziemi okrągły metal.

Ptah, który z trudem sięgnął po przedmiot, nałożył go w umówione miejsce i patrzył szklistymi oczami przed siebie.

– Da się coś zrobić, przyjacielu? – Przetarł krople z czoła.

Czworonóg zerknął na niego, zbliżył i stając wyłącznie na tylnych łapach, polizał pomarszczoną rękę starca. Odszedł, dźwięcznie chlapiąc przemokniętą ziemią.

Przez następne lata Memfis niszczało. Kupcy i wyrobnicy wszelkiej maści ozdób wyjeżdżali za pracą do pobliskich miejscowości, a o świątynie dbał wyłącznie stary, schorowany i ledwo poruszający się mężczyzna. Rzeka zalała niemal każdą, zdolną do upraw część ziem, a piramidy, będące niegdyś miejscami czci poległych faraonów, stały się jedynie obiektami, w których cieniu siadały zwierzęta i ludzie, szukający ukojenia w upalne dni.

Potężny dom Ptaha świecił pustkami, dzięki którym echo tuptania drobnych łap było łatwiejsze do wychwycenia. Nodens rozglądał się po zakurzonych ławach, podartych haftach i startych hieroglifach, dźwigając w pysku worek pełen metalu. Gdy znalazł sędziwego przyjaciela, ścierającego dziwny osad na ołtarzu do składania ofiar, usiadł przed nim.

– Ile to już minęło, drogi przybłędo? – Siwa broda całkowicie zasłaniała mu szyję.

– Trzydzieści.

– To miasto jest moim wytworem. – Podparł się o kawałek rozsypującego się marmuru i stanął przed kundlem. – Za tysiąclecia ludzkość będzie pamiętać o wielkiej świątyni Ptaha, bogatym rynku i potężnym mieście, które ujarzmiło widmo wylewającego Nilu.

– Tak, przyjacielu. Na pewno cię zapamiętają.

Nodens rzucił przed leciwego człowieka pakunek, z którego wyleciało trzydzieści brzęczących kawałków. Ostatni raz spojrzał na swojego przeciwnika, podnosząc łapę i opierając ją o chudą, pełną wystających żył nogę. Ptah nakładał po kolei każdą obręcz, nie spiesząc się. Dyszący, jasny psiur przyglądał się mu i czekał, aż wszystkie kółka spoczną na lasce. Gdy tak się stało, oparty o drobną rzeźbę wiekowy Egipcjanin wstał i chwycił mocno swój atrybut.

– Gratuluję.

Po tych słowach dźwięk łamanych kości rozległ się po pustym obiekcie sakralnym. Ptah leżał martwy przed dumnym kundlem. Ten polizał truchło po poliku, złapał za laskę i strząsnął metale. Później zrobił to samo z rdzawymi ozdobami na swojej szyi. Usiadł przy ciele i czekał, aż pojawią się żałobnicy.

Procesja pogrzebowa ściągnęła tłumy z różnych stron świata. Pochód rozciągał się na długość całego Memfis i ostatni raz w historii, piramidy i inne użytkowe budowle, będące uosobieniem triumfu, jak i upadku wielkiego miasta, widziały tak wielu ludzi.

Zgromadzenie prowadził dumny, idący już na dwóch łapach człekopodobny osobnik, dzierżący w humanoidalnych łapach starą, wyniszczoną czasem laskę. Gawiedź odsuwała się od niego, a on patrzył z politowaniem swoimi wyłupiastymi oczami, wychodzącymi z długiego, jasnego pyska.

– Ludzie radujcie się! – zawołał. – Oto bowiem wasz dumny Pan, ogłosiwszy swą śmierć, zwiastował prawdziwy dobrobyt!

Gdy miano zamykać sarkofag, pies wrzucił do środka jedną obręcz.

– Na pamiątkę, przyjacielu.

Koniec

Komentarze

Z tego co pamiętam upadek Memfis wiązał się z wybudowaniem Kairu przez Arabów na długo po tym jak Ptah stracił wpływy ;)

 

Niemniej czytało się dobrze.

 

Interesujące ujęcie tematu, chociaż jest trochę potknięć w zapisach dialogów, ale nic, czego do końca konkursu nie można by wyprostowaćsmiley.

Co do realiów historycznych – nie wypowiem się, bo nie mam w tym kierunku wystarczającej wiedzy, ale kilmat bazaru i zmianę Memphis z miasta kwitnącego w nieco peryferyjne oddałeś bardzo ładnie.

Bardzo dziękuję za opinię MPJ 78 i oidrin :) oidrin, postaram się przyjrzeć się temu wszystkiemu, jak tylko wrócę z pracy! :)

Przeczytałem

 

wytwarzanie haftu 

Nie lepiej po prostu “haftowaniem”?

 

Jeszcze jedna rzecz. Jak się mieli spotykać co roku to jak to się nagle stało że dowalił mu trzydzieści 

na raz a nie jedną co roku? (wybaczcie może czegoś nie zajarzyłem bo dla mnie już późna godzina)

 

Poza tym czytało się bardzo przyjemnie.

 

Pozdrawiam.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Haftowanie rzeczywiście lepiej pasuje, już poprawione! 

 

Z tymi obręczami chodziło mi bardziej o to, że Nodens widząc umierającego i tracącego zmysły Ptaha, dopełnił całkowicie zakładu, pieczętując swoje zwycięstwo. Bez względu na to, że minął rok. To bardzo bezczelne zagranie, ale jakoś musiał to podkreślić, a Egipcjanin na to przystał, bo wiedział, że już nic nie naprawi. 

 

Dzięki za uwagi! :) 

Cześć Chrzuszczu,

Na początek kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę:

Dzień w Memfis był upalny, lecz rybacy, nieustannie poławiający nad Nilem, pracowali w cieniu olbrzymiej świątyni, przysłaniającej palące słońce. Jeden z mężczyzn podpłynął bliżej brzegu

Wydaje mi się, że poławiali na Nilu, a nie nad Nilem – nad Nilem, to tak jakby stali na brzegu.

Rzemieślnicy, harujący w centrum miasta, ujrzeli go kilka chwil później, odrywając wzrok od swoich zatłoczonych stoisk. Większość handlarzy produkowała lśniące i całkowicie niepraktyczne błyskotki, które miały na celu jedynie wspomaganie niskiego poczucia wartości biedniejszych mieszkańców. Gorzej potraktowani przez los witali się ze swoimi sąsiadami, ściskając im dłonie dłuższy czas, uwidaczniając złote bransoletki i fikuśne rzemyki.

Raz, kłóci mi się określenie „handlarze produkujący”. Handlarz w moim odczuciu tylko sprzedaje. Po drugie, skoro byli gorzej potraktowani przez los, to pozwoliliby sobie na złote bransoletki? Moim zdaniem nie bardzo.

Cudaczne zwierzę przechadzało się po targu, otrzymując kawałek mięsa od wytwórcy włóczni oraz wymuszając głaskanie na mistrzu haftu.

Zastanawia mnie ten wytwórca włóczni na targu. Ktoś taki miałby swój stragan? Tuż obok miecznika? :P Nie wiem, czy można było coś takiego dostać na targu po prostu. Jeśli masz jakieś źródło, to chętnie spojrzę.

Uderzenie laską o grunt obudziły go. -> Uderzenie laską o grunt obudziło go.

– Wierzę – machając ogonem, wskoczył do wody, delektując się zimnem, opatulającym jego nagrzane ciało.

Bardziej nazwałbym to chłodem albo orzeźwieniem, bo zimno utożsamiam z czymś o niższej temperaturze.

zapewne pies już skamlałby, -> a nie „skomlałby”?

Trzy lata później, pies miał na sobie już 5 okrągłych ozdób, -> liczebnik słownie

Rzeka zalała niemal każdą, zdolną do upraw część ziem,

Jak się to zdanie ma do tego, że Nil wylewa okresowo?

 

Sama historia jest dobra, w jakiś sposób poczułem klimat Egiptu, ale coś co było trudne w czytaniu, to dużo opisów narratora. Może to po prostu moja preferencja ale dałbym więcej dialogów i więcej opisów zawarł w wypowiedziach postaci. Coś czego mi zabrakło to tego, by moment kulminacyjny mocniej wybrzmiał.

Ogólnie, to chętnie przeczytam następne Twoje teksty, jeśli się takowe pojawią. ;)

 

Hej! Poprawiłem wszystko, co mogłem, wielkie dzięki! A co do reszty:

1. Bardziej miałem na myśli to, że pozwalali sobie okazjonalnie. Właśnie po to, żeby chociaż przez chwilę poczuć się lepiej wśród bogatych mieszkańców Memfis.

2. Gdzieś obiło mi się, że piechota lubowała się w mieczach i włóczniach, dlatego po prostu stwierdziłem, że ktoś taki mógł istnieć. Jeśli się mylę, to też chętnie przygarnę źródło :D

3. Zapewne przez późną porę nie rozumiem, o co chodzi z tym okresowo wylewającym Nilem. Tu, biorąc pod uwagę machiny, kontrolujące wylewy i ilość, przekazywaną na pola, uznałem, że upadek takiej podstawy tym bardziej podkreśli to zaniedbanie :D

Jeszcze raz wielkie dzięki za uwagi! Wszystkie biorę pod uwagę i chętnie przeczytam odpowiedź :D

Hejka!

– Jeszcze nigdy nie odpuściłeś sobie kąpieli w rzece wytarł ręce w szatę.

→ Wytarł – z dużej i kropka po “rzece”.

 

– To jedyne remedium na zmęczenie podróżą strzepnął krople na pobliskie ławy.

→ To samo co wyżej. 

Strzepnął z dużej, po podróży kropka.

 

– Handel nie idzie tu tak, jak wcześniej, drogi Ptahu podbiegł do wyjścia i przyniósł w pysku swoją błyskotkę.

→ Podbiegł z dużej, po Ptahu kropka. 

 

Tego typu błędów – trochę tutaj było. W skrócie – zapis dialogów nieco kuleje. 

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Poleciłbym ten poradnik, bo oprócz zapisu dialogów większych zastrzeżeń nie mam. Czytało się całkiem sprawnie. 

Po Egipcie prędzej spodziewałbym się kota niż psa, ale jak widać… tak też można. 

Fabularnie nie mam nic negatywnego do powiedzenia. Tekst mnie zaciekawił i nawet mi się spodobał. 

Myślę, że mimo dialogowych technikaliów (którym mam nadzieję się przyjrzysz), tekst jak najbardziej jest wart biblioteki. Przynajmniej ode mnie w niedługim czasie przyleci klik. 

No to powodzenia w konkursie i pozdrawiam! 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Nie wiem, dalej mi się to kłóci. W sensie dla mnie, to domena współczesności, że nawet ktoś nieco biedniejszy czasem przyoszczędzi trochę grosza i się szarpnie na coś. Czy w realiach biedoty Egiptu można by o czymś takim mówić? Złoto dla przeciętnego człowieka raczej nie było osiągalne.

No dobra, na pewno istniał wytwórca włóczni czy też inny rzemieślnik zajmujący się produkcją broni. Tylko czy na targu? Bo to tak, jakby była swoboda kupienia broni przez byle kogo.

Wiesz, lista zakupów:

Dwa worki daktyli, trzy ryby z Nilu na wędzenie i dwie włócznie u Staśka Amona?

O ten zgrzyt mi chodzi xD

Zapewne przez późną porę nie rozumiem, o co chodzi z tym okresowo wylewającym Nilem. Tu, biorąc pod uwagę machiny, kontrolujące wylewy i ilość, przekazywaną na pola, uznałem, że upadek takiej podstawy tym bardziej podkreśli to zaniedbanie :D

 

Właśnie wspomniałeś o machinach kontrolujących wylewy o których nic nie było (chyba, ze późna pora i nie ogarnąłem?). Dopytałem, bo to zdanie sugerowało trwałe zalanie terenów rolniczych (co nastąpiło w Twoim opowiadaniu) tylko nie wiedziałem, czy to celowy zabieg czy niedopatrzenie faktu cyklicznych wylewów tej rzeki.

 

EDIT: doczytałem, co to miałyby być za machiny? 

 

W wolnej chwili przeczytam inne opowiadania. ;)

Sagitt, wybacz, źle to nazwałem. To był system rowów i kanałów, czysta irygacja, która, z tego co doczytałem, była rewolucją w starożytności, szczególnie w kwestii terenów przy wylewającym Nilu. Gdy nikt tego nie kontrolował, to w opowiadaniu doprowadziło to do zalania większości pół. Wcześniej wspominam o ujarzmieniu rzeki i myslalem, ze to wybrzmiewa, ale może zagubiło się w mnogich opisach :D Wiedziałem, że cyklicznie wylewała, dlatego chciałem się na tym skupić, jako na najważniejszym aspekcie. 

Masz rację, zmieniłem wytwórcę włóczni XD. Dzięki, to rzeczywiście bardzo zgrzyta. 

Tak samo dopisałem, że bransoletki były wykonane z tombaku, czyli sztucznego i mało wartościowego surowca, przypominającego złoto :D Z tym również się zgadzam. 

 

 

NearDeath, poprawiłem to, co zaznaczyłeś i jutro zasiądę poprawiając wszystko, bo dzisiaj jest już za późno i pewnie przeoczyłbym sporo rzeczy. Wielkie dzięki, szczególnie za klik do biblioteki! :) 

Dobra, teraz rozumiem, dochodziło do niekontrolowanego zalewania co źle się przekładało na późniejsze rolnictwo.

Co do takich rzeczy z włócznią czy złotem to po prostu moja opinia/odbiór danego elementu. Ale ten tombak już lepiej brzmi, bo biedota chcąc poczuć się bardziej zamożna używa tanich zamienników, byleby wyglądało. ;)

Cieszę się. Wiem, że to Twoja opinia, ale bardzo przekłada się na wydźwięk całości. Wielkie dzięki ;)

Cieszę się, że mogłem pomóc w jakiś sposób. ;)

NearDeath, poprawiłem dialogi. Mam nadzieję, że teraz wszystko jest w porządku ;).

Super. Teraz lepiej to wygląda! 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Dziękuję za klik!

Przeczytałam i mam kilka uwag co do konstrukcji tekstu. Na początku narrator opisuje scenę nad Nilem z punktu widzenia rybaka/robotnika i potem nagle przechodzi do narracji prowadzonej z punktu widzenia psa (od słów “Nie zorientował się, gdy nastał wieczór”). Czy narrator nagle zmienił stronę?

Pierwsza część z drobiazgowymi opisami sugeruje pewien realizm, ale w środku pojawia się styl baśni, gdy czytamy, że: w pierwszym roku… drugiego roku… itd., aby skończyć znów akapitem nieco patetycznego opisu. Słowem, przeszkadza mi nierówność tego opowiadania. Czy jest to wynikiem niezdecydowania, jaką konwencję przy pisaniu wybrać, czy też pewnego niedopracowania?

Brakuje trochę emocji w tak wykreowanych bohaterach. Niestety ich zakład (spór?) nie wzbudza zainteresowania. Nie za bardzo wiedziałam, o co tak naprawdę chodzi, a przedstawienie wagi tego starcia byłoby ważne, skoro obaj pozostają dla czytelnika tylko szablonowymi, niepogłębionymi postaciami.

Pozdrawiam!

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Ciekawy pomysł na opisanie zakładu dwóch bóstw:). Fajnie było odwiedzić Egipt i śledzić poczynania Ptaha. I tu mam problem, ponieważ dla mnie za mało było w opowieści Nodensa. Czułam, że nie poznałam go dostatecznie, choć to co już stworzyłeś podoba mi się.

 

Rzuciło mi się w oczy:

Pusty i potężny dom Ptaha świecił pustkami, – Wyrzuciłabym pierwszy pusty.

Nie jestem fanką Egiptu, a tu klimat mi się spodobał :) Czuć ten targ, czuć upał, czuć błogosławieństwo/przekleństwo uzależnienia od Nilu. Szczególnie początek dobry, gdy Nodens pałęta się jak takie psisko i węszy, szwęda, daje się głaskać itd. Fajne to! 

Nie wiem w sumie czemu Nodens wymyślił zakład, ale nie zmienia to faktu, że podoba mi się przedstawienie cykliczności jego powrotów i to całe obserwowanie jak Memfis, a wraz z nim Ptah (dosłownie) chylą się ku upadkowi.

Przemawia też do mnie sposób w jaki przedstawiłeś rywalizację bóstw. Jest konkurencja, ale i swoisty szacunek. Zwracają się do siebie przyjacielsko, godnie, z uznaniem.

Jedynie parę razy mi zgrzytło jakieś zdanie, jak tutaj, dla przykładu:

Dopiero po oswojeniu się z jego nietypowym wyglądem, krótkie owłosienie i włochaty, prosty ogon sygnalizowały przynależność do innego gatunku.

Niby wiem, o co chodzi, ale coś mi tu nie brzmi, kto i komu sygnalizuje, kto się oswoił? Bo brzmi jakby ogon po oswojeniu się coś sygnalizował :D 

 

Ogólnie fajnie :) Fabuła gra i klimat jest. Dzięki!

 

http://altronapoleone.home.blog

Opowiadanie przypomina mi przypowieść, która miała zakończyć się jakimś morałem, chociaż tu jest on raczej symboliczny. Ot przegrany zakład, przegrany godzi się z losem. Niemniej jednak czytało się przyjemnie, a opisany przez ciebie klimat Memfis jest fajny :)

Bardzo dziękuję wszystkim za uwagi! Poprawiłem wszystko najlepiej, jak mogłem. :)

Nie kupuję tego tekst, ale to też wynika z mojego stosunku do Egiptu. Staram się bywać często i zwiedzać ile się da, ale ostatnimi czasy tylko na południu. Już wieki nie byłam na północy. 

 

https://www.ancient.eu/article/875/pets-in-ancient-egypt/ – prawdopodobny stosunek starożytnych Egipcjan do psów. Możesz tam zobaczyć ilustrację z różnymi psiakami, więc scena, że ludzie widzą dziwnego kundla nie przekonuje mnie. Gdyby miał jakąś “magiczną” cechę jak np. albinos (tutaj zgaduję) no to dałoby się obronić. W końcu piszesz o cywilizacji, która miała znaną słabość do zwierzaków domowych.

Nie widzę też odniesień historycznych, takich z prawdziwego zdarzenia, które umieściłyby opowiadanie w epoce. Data sugeruje koniec kontrowersyjnej XVIII dynastii, więc spodziewałabym się czegoś w tym kierunku. 

Ale podziwiam za zmierzenie się z tak trudną lokalizacją :)

Nowa Fantastyka