- Opowiadanie: Artemisia - Małe skrzydła

Małe skrzydła

Tekst napisałam niecałe dwa lata temu, w ramach koleżeńskiego wyzwania literackiego, pod hasło “instrument”. O ile generalnie został odebrany pozytywnie, tak miałam wrażenie, że niewiele osób zrozumiało zakończenie. Po czasie postanowiłam wrócić do opowiadania, zmieniłam tytuł, wprowadziłam poprawki i przede wszystkim zmodyfikowałam końcówkę. Może teraz wybrzmiewa mocniej.

Wrzucam tutaj, ciekawa interpretacji i ogólnego feedbacku :) 

Tekst jest luźno inspirowany pewnym polskim wierszem (czy właściwie poematem), jestem ciekawa, czy ktoś zgadnie którym :) 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Małe skrzydła

Well she's walking through the clouds

With a circus mind

That's running wild

Butterflies and zebras and moonbeams

And fairy tales,

That's all she ever thinks about

Jimi Hendrix, Little Wing

 

Cienie znikają. Orfeusz wychodzi na nową ścieżkę swojej poezji zwanej mroczną.

Zbigniew Herbert, H.E.O

 

Była tylko niekończąca się droga w dół. 

Pamiętał wszystko jak przez mgłę – idącą ukośnie nocną uliczkę Seattle, wilgotne powietrze, własne mokre od potu dłonie, wreszcie niebieski, mrugający neon, obskurną klatkę schodową i tego dziada w stróżówce.

Zanim Orph zdołał choćby przekroczyć próg, dziad ozwał się skrzekliwie, siedząc w otwartych drzwiach:

–  Przejścia nie ma!

Goła żarówka bezlitośnie obnażała jego przekrwione oczy i tłustą brodę. Orph stanął przed stróżówką. Skórzana kurtka ociekała deszczem.

–  Ja do klubu – rzucił, próbując brzmieć szorstko i pewnie.

Nie brzmiał szorstko i pewnie.

Tak naprawdę serce tłukło mu się jak oszalałe, a w ustach czuł metaliczny posmak. Na klatce śmierdziało trupią stęchlizną i starym mięsem. Instynkt Orpha krzyczał.

Mimo to chłopak chwycił mocniej futerał z gitarą, wyślizgujący mu się ze spoconej dłoni. Dyskretnie wytarł wolną we flanelową koszulę.

Dziad parsknął i wgryzł się w konsumowaną właśnie kanapkę z krwistą wołowiną.

–  Tu nie ma żadnego klubu.

Orph przestąpił z nogi na nogę, jakby gotów zerwać się do biegu. Dziad chyba to zauważył, bo wyprostował się nieznacznie, nagle napięty i czujny. Chłopak z jakiegoś powodu wiedział, że ani podeszły wiek, ani wielka kanapka nie będą stanowiły przeszkody.

–  Przecież wiem, że jest – rzucił Orph z desperacją. Zawahał się. – Niech mnie pan wpuści, gram tam koncert.

Dziad zmarszczył brwi i wciągnął w nozdrza powietrze. Powęszył chwilę. Po chwili splunął surowym kawałkiem wołowiny do kosza pod biurkiem.

–  Koncert, tak? – Otaksował go wzrokiem. – Idź do domu. To nie jest miejsce dla ciebie.

–  Jest opłata? – naciskał chłopak.

Dziad roześmiał się bez wesołości.

–  Dla ciebie nie. A teraz spierdalaj.

Orph położył futerał na ziemi i zaczął go rozpinać. Dziad kręcił głową, kiedy wyjmował gitarę.

Orph zagrał.

Po chwili zbiegał po stromych stopniach w dół, prosto w chłodny mrok klatki schodowej. Gitarę przewiesił sobie przez ramię, nie fatygując się, żeby ją chować – mogła się jeszcze przydać. Żółte światło żarówki oświetlało kolejne stopnie.

Znalazł się na obskurnym półpiętrze z paroma drzwiami. Szarpnął za klamki, ale wszystkie były zamknięte – dalej wiodły tylko pogrążone w ciemności schody, daleko, daleko w dół, gdzie majaczyło mdłe błękitne światło. Z piwnic dobiegało miarowe dudnienie.

Orph przełknął ślinę. Przejechał palcami po gryfie swojej ukochanej gitary, czule dotknął lakierowanego drewna w kolorze sunburst. Odetchnął głęboko. Dla niej, pomyślał. Robię to dla niej.

Ruszył w dół. Musiał iść ostrożnie, bo w mroku nie dostrzegał kolejnych stopni. Gitara obijała mu się o biodro, kiedy brnął przez mrok i powietrze tak zimne, że można by je kroić na kostki lodu. Mokra od potu koszula zesztywniała. Orph sunął dłonią po chłodnym betonie, usiłując przypomnieć sobie, jak to było ogrzewać się ciepłem drugiego ciała i wtulać twarz w dziewczęce włosy. Nie szło mu. Próbował przywołać Ericę. W końcu to dla niej tu był. To o nią chodziło. Tylko o nią przecież.

Poznali się jakiś rok temu, na koncercie. Miała rudawobrązowe włosy i ciemnoniebieskie dżinsy, i tak niesamowicie czuła muzykę, tańcząc. Postawił jej wtedy piwo i pamiętał, że tak śmiesznie chichotała znad plastikowego kubka. Erica pachniała żywicą i lubiła chodzić po mokrym lesie. Erica miała trawy i kwiaty we włosach. Erica była jego dziewczyną, jego muzą. Snuła historie, przytulała się do jego piersi, biegała o świcie, chodziła dziarsko i energicznie. Przywoływał jej uśmiech, energiczny krok, jej czerwone usta i mokre włosy przyklejone do twarzy, i czuł rosnące w piersi ciepło.

Dudnienie narastało, aż wreszcie dało się rozróżnić perkusję i drgający hipnotyzująco bas. Niebieskie światło przybliżało się i w końcu przybrało kształt wylewającego się spod zamkniętych drzwi zimnego blasku rysującego w ciemności trzy barczyste sylwetki w garniturach. Białe koszule wystające spod marynarek jakby fosforyzowały.

Orph przystanął na ostatnim stopniu.

W mroku błysnęły po kolei trzy pary białych zębów.

–  Kim jesteś

–  I co

–  Tutaj robisz?

Zdanie wypowiedziane trzema różnymi głosami zabrzmiało tak płynnie, że Orph aż się wzdrygnął. Przycisnął gitarę do piersi.

–  Orph Chandler – powiedział. – Przyszedłem do waszego szefa.

Jeden z nich wydał gardłowy odgłos – zaraz potem podobne wydobyli z siebie drugi i trzeci.

–  Jak

–  Tu

–  Wszedłeś?

–  Tu nie ma

–  Wstępu dla

–  Takich jak ty.

–  Ale wszedłem. – Orph powoli chwycił za gryf i położył palce na strunach. – Stary mnie wpuścił.

Ochroniarze zaszumieli.

–  Po co

–  Miałbyś rozmawiać

–  Z szefem?

–  Mam do niego sprawę – powiedział Orph wymijająco.

Znowu gardłowy odgłos.

–  Wiesz, że musisz

–  Mieć coś dla

–  Niego w zamian?

–  Mam. – Orph spróbował się uśmiechnąć. – Wasz szef chyba lubi dobrą muzykę, tak?

Ochroniarze namawiali się przez chwilę.

–  Mogę zagrać – zaproponował. – Żebyście usłyszeli.  

Patrzyli na niego z ciemności. Przełknął ślinę.

–  Zagraj – zażądali chórem.

Orph odetchnął głęboko i zagrał.

Po chwili jeden z nich pchnął drzwi, zalewając klatkę schodową błękitnym blaskiem. Orph szybko przestąpił próg, w razie gdyby ochroniarze jednak się rozmyślili i wszedł prosto w dym i dźwięk.

Klub tętnił i dudnił, wypełniony bujającym się tłumem. Ze sceny na cały klub rozchodziły się dźwięki depresyjnego, ciężkiego grunge’u i Orph nie mógł powstrzymać dreszczu ekstazy. Bas i ciężka gitara przeszywały go aż do kości. Nawet tu, mimo masy ciał, panował chłód, ale stał się jakby bardziej znośny.

Do rzeczywistości przywołała go czarnowłosa kobieta, która wymownie wskazała na jego nadgarstek. Przybiła na nim pieczątkę oznaczającą znak wstępu i skinęła w stronę tłumu.

Orph zanurzył się w morze chłodnych ciał. Z trudem powstrzymał krzyk. Ludzie zacisnęli się wokół niego, jakby spragnieni ciepła. Tańczyli ciężko i obijali o siebie, jak zahipnotyzowani, z pustym wzrokiem. Niektórzy mieli w dłoniach plastikowe kubki z ciemnoczerwoną cieczą. Orph popłynął bezradnie z tłumem, usiłując dojrzeć cokolwiek ponad kołyszącymi się jak makówki głowami.

Wiedział, że powinien się skupić, jednak jego wzrok co chwilę wędrował w stronę sceny. Zespół zanurzał się w coraz niższe tony, a tłum wzbierał jak fala. Ochrypły głos wokalisty przeszywał Orpha na wskroś, jego trzeźwość, ból, czyniły go niemal namacalnym. Na pewno byli ze Seattle. Brzmieli trochę jak Alice in Chains, trochę jak Soundgarden. Co za dźwięk. Gitarzysta odrzucił głowę, a blond włosy otoczyły go białą chmurą. Podartą koszulę miał obwiązaną wokół pasa. Gołe klatki piersiowe lśniły od potu; w tym świetle ich skóra wydawała się szara, a surowe wnętrze stawało się jeszcze zimniejsze.

Ktoś szarpnął go za ramię. Wykręcił głowę, żeby dojrzeć cokolwiek w tłumie.

–  Ty do Pana H? – rzuciła druga ciemnowłosa kobieta. Miała czarną ramoneskę i zęby spiłowane na kły.

–  Tak? – bardziej zapytał niż stwierdził Orph, czując, jak trochę opuszcza go duch.

Kobieta bez słowa pociągnęła go zimną ręką w lewo, w stronę baru. Orph posłusznie podążył za nią, czując, jak coś zaciska mu się na gardle. Przeszli trochę na bok, mijając scenę i głośniki. Wokalista wpatrywał się ciemnymi oczami w przestrzeń, miarowo kiwając głową w rytm.

Nagle tłum wypluł Orpha i oto znalazł się przy betonowej kolumnie podtrzymującej strop piwnicy – tam, na lekkim podwyższeniu, na czarnych plastikowych krzesłach, siedział Pan H ze swoją Panią we własnej osobie. Muzyk poczuł dreszcz biegnący mu w górę kręgosłupa. Wiedziałby, że to oni, nawet bez mnóstwa legend i opowieści krążących po klubach i salach koncertowych Seattle. Zdrętwiały mu palce.

Pan H podniósł głowę, przytrzymując czoło. Był śmiertelnie blady, a czarny garnitur miał wymięty i zużyty. Spojrzał na Orpha zmęczonym, ciemnym spojrzeniem. Miało w sobie coś beznamiętnie obojętnego. Było puste. Orph poczuł, jak coś ciągnie go w dół. Ta muzyka… ta muzyka…

–  Orph Chandler – powiedział Pan H. Jego głos był cichy i chrapliwy. – Tak? – Nie czekał na odpowiedź. – Wiesz, że nie powinno cię tu być.

Orph pokiwał głową, usiłując wyrwać się z odrętwienia i dziwnego upojenia dźwiękiem.

–  Wiem.

–  A jednak jesteś. – Pan H oparł się o plastikowy podłokietnik. – Najchętniej wrzuciłbym cię do piwnic za wejście bez zaproszenia, ale za bardzo się nudzę. Czego chcesz?

Pani przyglądała mu się z uwagą. Jej jasnobrązowa skóra wydawała się idealnie gładka, a spojrzenie, w przeciwieństwie do tego męża, było bystre. Orph spojrzał na nią i zaczerpnął powietrza.

–  Jest tu moja dziewczyna. Nie powinno jej tu być.

Pan H roześmiał się śmiechem, który przypominał rozdzierany papier.

–  Każdy ma tu swoje miejsce. – Objął gestem salę. – Nawet ty, w swoim czasie. Nikt tu nie jest bez powodu.

Orph pokręcił głową, zdeterminowany.

– Przyszedłem ją stąd zabrać. Jeśli pozwolicie mi z nią wyjść, zagram wam piosenkę, jakiej nigdy nie słyszeliście.

Znowu smętne rozdzieranie papieru. Pani patrzyła na niego spod gęstych, ciemnych rzęs. Czarne loki spadały jej kaskadą na ramię.

–  Dawno nie mieliśmy tu takich jak ty. No, dzielny muzykancie. – Pan H pochylił się lekko. – Bardzo to wszystko piękne i szlachetne. To twoja ukochana, tak?

Orph gwałtownie pokiwał głową.

Pan H pokręcił głową.

–  Nie, chłopcze. Ona już nie jest twoją ukochaną. Nie jest nikim dla nikogo. 

–  Gdzie ona jest? – spytał Orph przez zaciśnięte gardło.

Mężczyzna machnął ręką w stronę tłumu.

–  Bawi się.

Te dwa słowa w jego ustach zabrzmiały tak pusto, że w uszach Orpha aż zadzwoniło. Milczał przez chwilę.

–  Zagram wam – powiedział. – Zagram i wtedy zrozumiecie.

Pan H popatrzył na niego z uwagą.

–  Co zrozumiemy?

–  Kim ona dla mnie jest.

Pan H otworzył usta, ale wtedy Pani położyła mu smukłą dłoń na ręku. Spojrzała na Orpha. Dopiero teraz zauważył, że do czarnej sukni ma przypiętą broszkę w kształcie rozciętego granatu. Migotała purpurowo. 

–  Pozwól mu – powiedziała. – Chcę go posłuchać.

Mężczyzna milczał przez chwilę, po czym westchnął, a westchnięcie jakby spuściło z niego resztki powietrza. Ze znużeniem pstryknął palcami. Naraz na całej sali zapadła cisza, a z tłumu wyszła ona – jak zwykle smukła i pełna gracji, jak nigdy sztywna i bez zwykłej żywiołowości.

Orph przez chwilę nie mógł oddychać. Erica stała sztywno, jak nie ona. Soczyście zielone oczy przygasły do odcieni szarości i wpatrywały się przed siebie bez wyrazu. Miała szarą twarz i fioletowe sińce. Luźne kosmyki opadały jej na spoconą twarz. Oddychała ciężko, jakby wyczerpana tańcem.

Orph złapał ją za rękę, bliski rozpaczy. Była zimna i zaraz wyślizgnęła mu się z dłoni. Głos Pana H zabrzmiał w ciszy jak tarcie kamienia o kamień.

–  Graj, chłopcze.

Orph spojrzał na scenę. Zespół właśnie robił mu miejsce. Chłopak powoli ruszył w tamtą stronę. Czuł na sobie tysiące spojrzeń, kiedy wchodził po schodkach, kiedy drżącymi rękami podłączał gitarę do wzmacniacza, kiedy podchodził do mikrofonu. Potoczył wzrokiem po milczącym tłumie.

Orph ostrożnie przewiesił sobie gitarę przez ramię i położył dłoń na strunach. Przycisnął do nich swoją szczęśliwą kostkę i zamknął oczy. Przebiegł palcami po strunach, po gryfie. Tę piosenkę znał na pamięć. Tę piosenkę potrafił zagrać wyrwany ze snu w środku nocy.

Martwy tłum milczał, kiedy po klubie niosły się dźwięki „Little Wing” Jimiego Hendrixa.

Melancholijna, bluesowa gitara rozbrzmiała czysto i mocno. Orph zbliżył usta do mikrofonu.

–  Well she’s walking – zaczął trochę drżąco. – Through the clouds…

Po chwili jego głos nabrał pewności. Czysty blues. Smutek i melancholia. Orph nadał swojemu głosowi ciepła, dodał trochę chropowatości i nostalgii. Pomyślał o Erice. Erica była jak to Małe Skrzydło. Jak mały, trzepoczący ptak. Raz jeszcze przymknął powieki. Gdyby nie ona, nie wiedziałby. Nie potrafiłby oddać tej magii, kolorów kompozycji. Nie wiedziałby, jak to jest śpiewać o dziewczynie ujeżdżającej wiatr. Dzięki niej jego muzyka stawała się pełniejsza.

Przy solówce pozwolił sobie trochę odpłynąć. Pierwsze nuty wygrał zgodnie z kompozycją, a jego palce swobodnie przebiegały po strunach. Później poleciał. Bawił się brzmieniem. Zagrał trochę niżej, trochę ciemniej, nostalgia zrobiła się mroczniejsza. Spodobało mu się to. Poszedł jeszcze głębiej. Zaczerpnął z tego, co właśnie usłyszał, z ciężkiej, depresyjnej gitary, zanurzył w niskie dźwięki. Przywołał obraz martwej Eriki, gitara zabrzmiała jeszcze lepiej. Poczuł przypływ euforii z własnego odkrycia. Wygrał całą solówkę. I wiedział, że to była dobra solówka. Na koniec zwolnił, wrócił do poprzedniego stylu, nostalgicznego i nasyconego barwami. Wygrał kilka wyższych dźwięków i opuścił dłoń.

Tłum milczał. Oddech Orpha szumiał w głośnikach.

Pan H wstał. Pani wciąż siedziała.

–  Tak – powiedział Pan H, a jego głos rozbrzmiał dziwnie czysto. Widocznie się zastanawiał. Na jego policzkach wykwitł cień rumieńca. – Tak, teraz wiem, czym ona dla ciebie jest.

Orph nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc milczał, próbując złapać oddech. Spojrzał w stronę bladej Eriki. Była dziwnie piękna w tym błękitnym świetle.

–  Pozwolimy ci ją zabrać.

Szybko odwrócił głowę w stronę państwa.

–  Jest tylko jeden warunek.

–  Jaki? – spytał gorliwie Orph.

–  Wyjdziesz przodem, a ona za tobą. Odprowadzi was Merc. – Pan H kiwnął głową w stronę zadbanego, młodego mężczyzny w garniturze, którzy wychynął z cienia. Wyglądał jak menadżer. – Nie wolno ci ani razu spojrzeć za siebie. Ani razu, rozumiesz?

Orph pokręcił głową.

–  Czemu?

–  Jedyne, co masz zrobić, to nie odwrócić się aż do stróżówki. – Pan H zerknął na Panią. – Nie tylko pozwalamy ci z nią wyjść. Pomagamy ci ją odzyskać.

Orph przełknął ślinę. Pani dłonią pokazała mu wyjście.

–  Piękny występ, Orph. A teraz ruszaj. Idź na górę.

Rozejrzał się. Tłum stał beznamiętnie. Zespół czekał, aż scena będzie wolna.

Orph powoli zszedł ze sceny i ruszył w stronę drzwi. Ludzie rozstępowali się przed nim w ciszy. Za sobą słyszał lekkie kroki i bardzo korciło go, żeby upewnić się, czy to Erica. Jakiś męski głos szepnął coś uspokajająco. Orph zacisnął zęby i wyszedł z klubu. Przepełniało go dziwne uczucie – jakaś podskórna świadomość, że nic już nie będzie takie samo. Usłyszał tu coś, czego nie słyszał nikt inny. Dotknął czegoś, czego na górze jeszcze nie znali.

Za jego plecami gruchnęła muzyka. Z trudem oparł się odruchowi spojrzenia przez ramię i ruszył po schodach. Czuł na sobie wzrok trzech ochroniarzy. Zaczął wspinaczkę w górę. Serce waliło mu jak młotem, a pot ściekał po plecach. Oddychał płytko. Muzyka oddalała się i w piersi narastała mu dziwna tęsknota.

Orph sunął dłonią po zimnym betonie. Za sobą słyszał kroki. Zostawiono otwarte drzwi na powrót Merca i muzyka unosiła się ciężko w górę.

Kiedy dochodzili już do stróżówki, gitarzysta zagrał solówkę. Instrument jęczał przepełniony jakimś niewymownym bólem, jakąś połykającą ciemnością, spiralą schodów, w dół i w dół. To było to. Tak, to było właśnie to!

Orph odwrócił się gwałtownie.

Okrzyk triumfu uwiązł mu w gardle. Przypomniał sobie o warunku, przypomniał sobie o Erice i już czuł zbliżającą się rozpacz, kiedy ją zobaczył. Stała tam, widoczna, parę stopni za nim.

Ulga prawie zbiła go z nóg. Wyciągnął do niej rękę. Erica stała przez chwilę bez słowa, jakby nie wiedząc, co ma z nią zrobić. Kiedy Orph zszedł do niej kilka stopni w dół, w końcu niepewnie podała mu dłoń. Kiedy zacisnął palce na jej palcach, poczuł, jak są lodowate. Głowa lekko się jej kołysała, jakby w rytm wewnętrznej muzyki. Odwróciła się w stronę schodów i Orph musiał pociągnąć ją lekko, żeby poszła za nim.

W ciemnej stróżówce urósł mech. Dziad w zamyśleniu przyglądał się motylom wylatującym ze śmietnika i szuflady biurka.

Na dole, przy mruczącym hipnotyzująco grunge’u, trzech ochroniarzy milczało. W piersiach rosło im księżycowe światło.

Pan H spojrzał na swoją Panią. Pani spojrzała na swojego Pana H.

Orph i Erica wyszli z podziemi, prosto na letni deszcz. Dziewczyna stała sztywno w mżawce, podczas gdy muzyk opadł ciężko na schodki.

Erica podniosła głowę w stronę chmur, spojrzała na krople ściekające jej po dłoniach. Długo przyglądała się mokrym palcom.

Odwróciła się w stronę schodów. W głowie wciąż pulsował jej bas i czuła jego wibracje pod stopami. Kiedy ruszyła do drzwi, ktoś wstał i zablokował jej drogę. Przez chmury zaczynała prześwitywać szarość.

Zbliżał się nowy dzień, a Seattle miało usłyszeć muzykę, jakiej nie słyszał nikt.  

Koniec

Komentarze

A więc, Bylico, przychodzisz tu do mnie w dniu ślubu mojej córki i próbujesz mi sprzedać stary mit w nowym wydaniu?

 

Cóż, sprzedane! Kupuję od razu, cena nie gra roli! 

 

Przekuwając stary mit w nowe ramy można go skrzywdzić na wiele sposobów. Można zrobić zbyt dosłowną kalkę, można odlecieć tak daleko, że źródłowy mit staje się tylko wydmuszką. Ty, Bylico, mitu o Orfeuszu i Eurydyce nie skrzywdziłaś, potraktowałaś go z całym szacunkiem, tak jak na to zasługuje. Sam bardzo szanuję mitologię grecką. Ty szanujesz mitologię, ja szanuję Ciebie. 

 

Kupuję wszystko. Charona jako starego portiera, Cerbera jako nierozłączne trio ochroniarzy, umarłych jako członków (?) osobliwego, podziemnego klubu, Hadesa jako Pana H. trzęsącego całym podziemiem i wreszcie Persefonę jako wpływową damę z “granatową” biżuterią. A także to, że epilog jest bardziej optymistyczny niż oryginał. W końcu i mitom czasem należy się jakieś dobre zakończenie.

 

Czapka z głowy. To był kawałek naprawdę dobrego opowiadania.

Cześć Artemisia, przeczytałem. Bardzo lubię opowiadania o wampirach. Nie bardzo kapuję o co w tym opowiadaniu chodzi ale wątek wampiryczny mi się bardzo podoba. :)))

 

Pozdrawiam.

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

@Motacillo-Vanellusie! 

(swoją drogą, dopiero niedawno dowiedziałam się, że Artemisia coś oznacza! Do tej pory kojarzyłam ją tylko z żeńskim imieniem i barokową malarką)

Bardzo mi miło! Szastam nóżką i oddaję wyrazy szacunku. Cieszę się, że kupujesz tę wersję i że całość przypadła do gustu. 

Optymistyczne powiadasz? Ajajaj :) 

 

@dawidiq150, dzięki, że wpadłeś. Niestety w opowiadaniu wampirów nie ma. Jeśli chodzi Ci o panie ze spiłowanymi kłami, to są zupełnie inne potworzyce ;) z mitologii greckiej. 

Bardzo mi się podobało. Klimat świetny, główny bohater sympatyczny, no i Cerber z Charonem pierwsza klasa. Trochę brakowało mi opisania bardziej, co się dzieje z nimi, gdy Orph zaczyna grać, ale to kwestia gustu. Wędrówka w pierwszej połowie lepsza niż dotarcie do celu, ale to drugie nadal bardzo dobre :)

A komentarz dawidiq150 był wisienką na torcie ;)

Cześć Zanais, bardzo mi miło :) Fragmenty z reakcjami na grę Orpha zostały pominięte celowo, żeby nie walić tak prosto z mostu, wprost i dać element tajemniczości. Cieszę się, że przypadło do gustu! 

Artemisia,

czy to nie Czesław Miłosz pisał o Orfeuszu i Eurydyce?:-)

 

Odnośnie zakończenia: moim zdaniem wcale nie kończy się optymistycznie:

 

Dziewczyna stała sztywno w mżawce, podczas gdy muzyk opadł ciężko na schodki.

 

Ona wyszła, on został, tak? i jeszcze tu: 

Zbliżał się nowy dzień, a Seattle miało usłyszeć muzykę, jakiej nie słyszał nikt. – jestem prawie pewna, że został:-)

 

czytałam z ogromną przyjemnością! Pięknie opisujesz występ Orpha, łączysz muzykę z miłością.

 

klik ode mnie:-)

pozdrawiam serdecznie

Nieśmiało przypomnę, że oryginał (w najpowszechniejszej wersji) kończył się szaleństwem Orfeusza i rozszarpaniem go przez bachanatki/menady. Także tak, uważam to zakończenie za szczęśliwsze :)

Hmmm. Jest przeniesienie starego mitu w bardziej współczesne czasy. OK.

Ale nie przemawia do mnie końcówka – obejrzał się, więc coś się powinno skiepścić, a ja nie mam pojęcia co. Wydaje mi się, że jednak obydwoje wydostali się z klubu:

Orph i Erica wyszli z podziemi, prosto na letni deszcz.

Czyli wyszli. Tylko ona stała sztywno – jak zombiak? Za mało wiem o muzyce, żeby wiedzieć, co się działo wtedy w Seattle.

Ogółem – mam wrażenie, że za wcześnie urywasz. Ale w sumie na plus, tekst dobrze napisany.

Babska logika rządzi!

Pliszka-Czajka,

 

no tak, Artemisia była bardziej łaskawa:-)

Artemi :-), jutro komentarz, muszę mieć kompa i lepszy net.

Finklo,  masz czuja, czujkę. W Seattle urodził się „brudny” rock, grunge. Z tego, co możesz znać to słynna czwórka z Seattle: Nirwana (pierwszy album – Nevermind; lider grupy – Cobein), Pearl Jam, Alice In Chains, SoundGarden. Silne elektryczne gitary, ale takie dysharmoniczne, surowe i najważniejszy był przekaz – tekst. Gdy widzę tag muzyka, to nie mogę się powstrzymać, a ręce same stukają znaki. Somnambulizm, daję słowo. Więcej, nie napiszę, oddaję głos Artemi, jeśli chce dojaśnić. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, nie rozpoznałabym grunge, nawet gdybym się o niego potknęła.

Nie znam się na muzyce. Z podanych zespołów kojarzę “Nirwanę” – chyba nawet słyszałam jakiś ich utwór, ale nie pamiętam żadnego tytułu. “Pearl Jam” – nazwa obiła mi się o uszy. Pozostałe – tabula rasa. Czyli, wybitnie nie jestem targetem.

Babska logika rządzi!

Target targetem, Nirvana obiła Ci się o uszy, w zasadzie każdemu. Puść sobie kawałek – zobaczysz jaki klimat, ale ostrzegam ciężki, choć dawno nie słuchałam, więc nie wiem, jak dzisiaj bym to odebrała, mam takie se wspomnienia z Nirvaną, bardziej zawodowo słuchałam, nie z upodobania, za silnie autodestrukcyjnie brzmiała.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przypomniało mi się – kiedyś słyszałam “Smells Like Teen Spirit”. Niczym mnie nie ujęło.

Babska logika rządzi!

Tak, nie dziwię się. :-) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O, ile nowych komentarzy, jak fajnie :) Już na wszystko odpowiadam!

 

Olciatko, dziękuję za klika i ciepłe słowa! Cieszę się, że przypadło do gustu.

 

moim zdaniem wcale nie kończy się optymistycznie

No to zdradzę, że myślę tak samo :)

 

Ona wyszła, on został, tak?

Nie o to mi chodziło, ale bardzo fajna interpretacja!

 

czy to nie Czesław Miłosz pisał o Orfeuszu i Eurydyce?:-) 

Tak, dokładnie! Podpowiem, że ten wiersz może być dobrym tropem do zrozumienia zakończenia, jak i całego tekstu.

 

Finklo, cieszę się, że mimo wątpliwości, ogólnie na plus! Dziękuję za klika.

jak zombiak 

Ciepło!

 

Co do muzyki ze Seattle, to Asylum właściwie wszystko wyjaśniła, oczywiście chodzi o grunge, nic dodać nic ująć.

Osobiście też nie przepadam za Nirvaną. Z grunge’owych piosenek najbardziej lubię “Man in the Box” (Alice In Chains, o których wspomina Orph) “Black Hole Sun” (Soundgarden; myślę, że na pewno kiedyś słyszałaś, choć raz) i “Hunger Strike” Temple of the Dog. Absolutnie świetne numery. I również te najpopularniejsze :) więc żadna ze mnie znawczyni. 

Z kolei wiodąca piosenka, czyli “Little Wing” Jimiego Hendrixa to blues z lat 60, zupełnie inny klimat. Piękny, melancholijny utwór, polecam. 

 

Grunge jest jednak tylko dodatkiem, dekoracją, drobnym ukłonem w stronę mojego ojca, który do dziś mówi, że początek lat 90 to najlepszy czas dla muzyki :) I to mówi na tyle przekonująco, że uznałam, iż wykorzystam to w tekście.

Tak naprawdę jednak wcale nie chodzi w tym tekście konkretnie o grunge, a o muzykę ogólnie. 

 

Widzę, że zakończenie wciąż budzi pytania, nawet po uczynieniu go (w mojej opinii) mniej mglistym. Ciekawi mnie, czy ktoś choć trochę zbliży się do mojej interpretacji. 

Cześć, Artemi. :-)

Jeśli wzdrygnęłaś się, widząc Artemi, krzyknij słowo, a natychmiast zmienię na poprawnościowe. W tagu muzyka, a dalej fragment Hendrixa, więc po prostu nie mogłam inaczej, palce sztywniały, klawiatura zmieniała się czarodziejskim sposobem na obcojęzyczną, nawet pojawiły się robaczki, więc dałam spokój, bo nigdy komentarza nie zaczęłabym, nie mówiąc o skończeniu. Fajnie, że przemeblowałaś opko, i coś czuję, że na dobre mu to wyszło. :-)

Do czytania marsz, koniec próżnych dywagacji.

 

Już przeczytane.

Fajne, podoba mi się. Pomysł doskonały, połączenie przeniesienia tego właśnie mitu do Seattle było dla mnie w punkt. Patrzyłam przez Kurta Cobeina, ponieważ Nirwany nasłuchałam się po same uszy.

Skarżę do biblio. :-) Pomysł jest, historia też, bohatyrzy jak najbardziej. Poza tym poprawnie wykonane (tu, bardziej mam nadzieję, bo tylko kilka przecinków zauważyłam).

Odnośnie zakończenia, przymierzałam się do optymistycznego została z nim jako muza, rytm, natchnienie, ale nie cieleśnie i substancjalnie. Zastanawiałam się też nad innym (prócz tego oczywistego, jak w micie) – grunge rozlał się po świecie, Pan i Pani wyszli, wyprowadzili swoich na światło dzienne i tak na dwie dekady zapanował grunge, bo potem wrócili, musieli. Tak w skrócie.

Hendrix miał kiedyś u mnie swój niepodzielny okres, a teraz poczesne miejsce jak Joplin. Trochę mnie zmylił cytat z Jimmiego, kiedy zobaczyłam Seattle. 

 

Widzę, że nie jest na konkurs, a że wstawiłaś w piątek to, trochę się poczepiam, jeśli pozwolisz:

*Manewr z powtórzeniami jest ok, ale w treści są mało dynamiczne, mało szarpiące przez 

treść.

W zasadzie niewiele zmieniłoby się, gdyby były napisane normalnie, a jedynie to jest dla mnie wystarczającą przesłanką do zastosowania jakiegoś zabiegu. Inaczej ma być najprościej jak się tylko da.

 

*Poszerzyłabym innymi reakcjami, zmysłami opowiadając innymi słowami, wyrażeniami odczucia głównego bohatera. Obecne: po pierwsze powielają się w tekście, bo ciągle się poci, serce mu bije jak szalone, czuje trupi smród, „sztywnieje” mu kręgosłup; po drugie są (niestety) bardzo oklepane. Sięgnęłabym do własnych mikroodczuć, nawet jeśli tylko ździebłko podobne w klimacie, aby nie tłuc tego samego stereotypu.

 

*Miałam trzy logiczne zatrzymania. 

1/ Kiedy schodzi zadziwiłam się, że na półpiętrze wypróbowywał wszystkie klamki, przecież powinna go prowadzić niebieska poświata – przecież to jasne. Tak jest, idziemy w stronę światła. On był bywalcem, przecież grał i profeska?!

2/ Pieczątka. dlaczego dziewczyna go stempluje, a nie wejściowi, stempel zawsze przed wejściem, nawet jeśli profilują.

3/ Coś się posypało w momencie, gdy jego przewodniczką prowadzącą do Pani i Pana.

Nie wiemy, czy wzięła go za rękę, popychała, on za nią podążał. Idziesz na skróty, pal diabli czytelnika. Zerknij na ten fragment. Ty wiesz, ja tego nie widzę. 

4/ Zakończenie jest z lekka zawieszone. Może takie być, ale czegoś brakuje. Te dwie drogi: tam i z powrotem są dla mnie potraktowane po macoszemu. Gdyby to było na piórko sarkałabym, że poszłaś na megaskróty. Przynajmniej jedna porządna stacja powinna być, jeśli to drogi.

 

*Kilka przykładów z różnych parafii, jeśli wyboldowane to IMHO niepotrzebne:

Tak naprawdę serce tłukło mu się jak oszalałe, a w ustach czuł metaliczny posmak. Na klatce śmierdziało trupią stęchlizną i starym mięsem.

Krew czuł, przygryzł wargi?

wgryzł się w konsumowaną właśnie kanapkę z krwistą wołowiną.

Chłopak z jakiegoś powodu wiedział, że ani podeszły wiek, ani wielka kanapka nie będą stanowiły przeszkody.

Ruszył w dół. Musiał iść ostrożnie, bo w mroku nie dostrzegał kolejnych stopni.

Nie budowałabym piętrowego narratora, po co to musiał? albo szedł ostrożnie, albo skompresować, np.

“Ostrożnie, w mroku nie dostrzegał kolejnych stopni.”

W ogóle, przypomniało mi się, że miałam też zatrzymanie związane z tą ponawiającą się ręką „sunącą po betonie” – barierek/poręczy nie było, może wolał iść przy ścianie, nie wiem, ale Ty wiesz. :-)

Dla niej, pomyślał

Myśli bohatera, są bez cudzysłowu, tu nie wiem? stosujesz konsekwentnie, ja – chyba już -zaczęłam się przekonywać do cudzysłowu.

powietrze tak zimne, że można by je kroić na kostki lodu.

Hmm, nie, brył lodu najostrzejszym nożem nie pokroisz, chyba że to galaretka, tasak potrzebny. :DDD

tak niesamowicie czuła muzykę, tańcząc.

Hmm, kolejność. Najpierw czuła muzykę i tańczyła, czy tańczyła i wtedy czuła. To drobiazg, ale zatrzymał. 

 

Na tym skończę z zamieszczaniem możliwych poprawek, choć dalej też sporo jest, ale i tak komentarz przeciągnięty.

Fajne opko, Artemi, powtórzę, ale wszystkie muzyczne i smocze łykam z zamkniętymi oczami, choć jak widzisz nie do końca, dyżurność wymusza obiektywizm i odrzucanie preferencji, a poza tym już na poważnie przydałaby się większa rozpiętość słów, doznań i muzyczność tekstu.

 

Pozdrawiam serdecznie :-)

piątkowa asylum komentująca w niedzielę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dobre, bardzo dobre, i co by tu jeszcze… mówiłem, że dobre? 

Kurde, ale mi się podobało! Niby retelling, niby w zasadzie tylko zakończenie zmienione, ale mimo to historia wciągnęła mnie jak mało która, chyba dlatego, że po pierwsze dopiero pod koniec zorientowałem się, że to opowieść o Orfeuszu i Euredyce (chyba dlatego, że tak popłynąłem z tekstem) i po drugie napisałaś ją w zupełnie nowy sposób. 

Wspominałem już, jakie to dobre opowiadanie? 

 

Ciekawe opowiadanie. No i grunge, me gusta. Przy takich eksperymentach (przeróbka mitu), trzeba ostrożnie, żeby nie przeszarżować. Wyszło zgrabnie. Cerber – najlepszy.

Ujmujące połączenie muzyki i mitologii. Stylistyka grungeowa dodaj smaczku tej bardzo klasycznej, romantycznej historii. Zaryzykuję, że urzekło równie, jeśli nie mocniej niż oryginał, ale to wina tego, że Parandowski jest dobry, ale już dawno temu trąci myszką. Język taki trochę w stylu Neila Gaimana – bez przesadnej stylizacji, z siłą dobrze napisanych dialogach.

To wymaga polecajki!smiley 

A do mnie, niestety, kompletnie nie trafiło.

Prawdopodobnie głównie dlatego, że w momencie, kiedy bohater imieniem Orph usiłuje wejść do klubu, wokół pachnie stęchlizną, a wejścia pilnuje niechlujny dziad żądający zapłaty “nie dla bohatera”, wiedziałam, co będzie dalej i co najwyżej łudziłam się, że będzie mocno oryginalnie. (Mam jednakowoż wrażenie, że nawet na tym portalu czytałam już opowieści o rockmanach-Orfeuszach…) Ale nie – narracja idzie kroczek w kroczek za mitem, dopiero na końcu jest nieco inaczej, ale wtedy kończysz opowiadanie – w miejscu, gdzie ono powinno się zaczynać… Przez moment miałam nadzieję, że Eurydyką jest na przykład gitara, a nie dziewczyna ;)

Mam też bardziej idiosynkratyczny powód, żeby odpaść od tego opowiadania, zwłaszcza zważywszy wymienione powyżej rozczarowanie – kompletnie nie czuję tej strony “subkulturowej” i po prostu nie kupuję tego zakończenia “Zbliżał się nowy dzień, a Seattle miało usłyszeć muzykę, jakiej nie słyszał nikt”. Przyznam, że w ogóle z początku myślałam, że bohater to Hendrix (i też się buntowałam), potem jako że jestem research freak, więc wikipediowałam życiorysy, a także przeczytałam komentarze, uświadomiłam sobie, że pewnie Cobain. Niemniej jakkolwiek jakąś jedną czy drugą piosenkę Nirvany nawet lubię, to jednak moje muzyczne serce buntuje się na wynoszenie ich dokonań na wyżyny muzyki Orfeusza i rewolucji w muzyce jako sztuce (sensu largo). I jakkolwiek w wikipedyjnej notce o Cobainie znalazłam osobę, która od biedy mogłaby być Eurydyką, to nie jestem pewna, czy to było autorską intencją, czy nie ja odlatuję zbyt daleko.

Niemniej kluczowe jest tu dla mnie to, że w zasadzie wyłącznie zmieniłaś dekoracje mitu w 99% tekstu, a w 1%, który przyniósł powiew nowości, urwałaś opowiadanie. Myślę, że łatwiej bym je kupiła, gdyby było o fikcyjnym gitarzyście, i nie stanowiło jedynie takiej hagiograficznej czy fanowskiej opowiastki o kimś konkretnym. I gdyby to, co tu jest, było punktem wyjścia, a nie dojścia fabularnego. Na dodatek nie czuję, co się wydarzyło w tym zakończeniu :(

http://altronapoleone.home.blog

Uf, znowu się nagromadziło, no to po kolei! Chyba rozbiję odpowiedzi na dwa komentarze.

 

Coraz bardziej intrygujące interpretacje, wciąż odległe od tego co miałam na myśli :) Ale nic w tym złego! To właściwie bardzo ciekawe, patrzeć, jak różnie ludzie odbierają tekst, niektóre teorie są naprawdę fajne. Mam wrażenie, że trochę namieszałam sobie tym wyjściem Eurydyki, bo uwaga automatycznie koncentruje się na tym. To tylko pokazuje mi, że jako autorka może niewystarczająco wyraźnie nakreśliłam o co mi chodziło. 

 

Asylum, zdrobnienia mi pasują, nie mam z tym problemu :) cieszę się, że przypadło do gustu, dzięki za klika!

 

Odnośnie zakończenia, przymierzałam się do optymistycznego została z nim jako muza, rytm, natchnienie, ale nie cieleśnie i substancjalnie.

Mmm, nawet ciepło. Ale. Czy to na pewno optymistyczne? :)

Zastanawiałam się też nad innym (prócz tego oczywistego, jak w micie) – grunge rozlał się po świecie, Pan i Pani wyszli, wyprowadzili swoich na światło dzienne i tak na dwie dekady zapanował grunge, bo potem wrócili, musieli. Tak w skrócie.

Ciekawe! Ale zwróć uwagę, że grunge już istnieje przed wyjściem Orpha, w końcu wspomina, że “podziemny zespół” brzmi trochę jak Alice in Chains. Klub Pana H po prostu nadąża za trendami :)

 

Wielkie dzięki za uwagi! Jeśli chodzi o te dot. stylu – raczej nie będę już tak drastycznie grzebała przy samym tekście, poza oczywistymi błędami, niedociągnięciami i rzeczami niezrozumiałymi raczej nie będę go poprawiać, bo to dla mnie dość dawna, zamknięta sprawa. Nie mniej komentarze są bardzo cenne – i na pewno będę pamiętać o nich przy pracy nad warsztatem. 

 

1/ Kiedy schodzi zadziwiłam się, że na półpiętrze wypróbowywał wszystkie klamki, przecież powinna go prowadzić niebieska poświata – przecież to jasne. Tak jest, idziemy w stronę światła. On był bywalcem, przecież grał i profeska?!

2/ Pieczątka. dlaczego dziewczyna go stempluje, a nie wejściowi, stempel zawsze przed wejściem, nawet jeśli profilują. 

Oj, racja! Nie przyszło mi to do głowy. 

3/ Coś się posypało w momencie, gdy jego przewodniczką prowadzącą do Pani i Pana.

Nie wiemy, czy wzięła go za rękę, popychała, on za nią podążał. Idziesz na skróty, pal diabli czytelnika. Zerknij na ten fragment. Ty wiesz, ja tego nie widzę.

W takim razie przyjrzę się temu fragmentowi uważniej. 

4/ Zakończenie jest z lekka zawieszone. Może takie być, ale czegoś brakuje. Te dwie drogi: tam i z powrotem są dla mnie potraktowane po macoszemu. Gdyby to było na piórko sarkałabym, że poszłaś na megaskróty. Przynajmniej jedna porządna stacja powinna być, jeśli to drogi. 

Prawda, brak tu wyrazistych etapów, są raczej kolejne krótkie przystanki symbolizujące postacie z mitu; może to dlatego, że sam tekst jest dość krótki. 

 

Co do przekombinowanych czy budzących wątpliwości zdań – słusznie, przyjrzę się im uważniej! 

 

Gekikara, Rebelmac, Oidrin – bardzo dziękuję za odwiedziny i miłe słowa! Cieszę się, że przypadło do gustu.

Język taki trochę w stylu Neila Gaimana 

To jest dla mnie ogromny komplement :)

 

Drakaino, dzięki za odwiedziny i komentarz! Czasem tak bywa, że coś nie przypadnie do gustu. Biorę to na klatę :)

Nie mniej jednak 

uświadomiłam sobie, że pewnie Cobain

Nie, w żadnym wypadku. Stąd

łatwiej bym je kupiła, gdyby było o fikcyjnym gitarzyście, i nie stanowiło jedynie takiej hagiograficznej czy fanowskiej opowiastki o kimś konkretnym.

To zdecydowanie za daleko wysunięty wniosek. Orph nie jest robiony na żadną z realnych postaci, jest w zupełności fikcyjnym gitarzystą. I nie o żadną gloryfikację osoby czy gatunku w tym tekście chodzi.

Swoją drogą aż się uśmiechnęłam, bo Nirvana to mój najbardziej znielubiony zespół grungowy :)

 

Na dodatek nie czuję, co się wydarzyło w tym zakończeniu :( 

Rozumiem i cóż, ewidentnie zrobiłam całość zbyt mglistą, skoro dużo osób wciąż nie wie, co tu się zadziało. Opowiadanie powinno bronić się samo, więc to moje niedopatrzenia. Jeśli jednak chciałabyś jakiś trop, to clue tekstu nie jest sam grunge, a muzyka jako taka. Czy nawet szerzej. 

Polecam poemat “Orfeusz i Eurydyka” Czesława Miłosza, bo to była moja główna inspiracja. Plus uważne wczytanie się w to, co mówią do Orpha Pan H i Pani po jego występie, powód, dla którego odwraca się Orph i wreszcie samą końcówkę. Może to trochę wyklaruje moje intencje i wymowę zakończenia.

 

Przez moment miałam nadzieję, że Eurydyką jest na przykład gitara, a nie dziewczyna ;) 

Tak oczywiście nie jest dosłownie – ale jeśli chodzi o hierarchię ważności Orpha… podpowiem, że może coś w tym jest.

Ups. Może w takim razie to Seattle jest niedobrym pomysłem? Bo ono mnie wraz z komentarzem Asylum naprowadziło na Cobaina… Może trzeba było akcję umieścić w jakimś neutralnym mieście? To, co może się z czymś czytelnikowi skojarzyć, zazwyczaj w końcu się skojarzy – temu czy innemu ;) A dałaś tych tropów tyle, że niestety skojarzenia się narzucają, nawet osobie tak całkowicie dalekiej od klimatów zarówno Hendrixa jak i grunge’u jak ja :(

 

Co do Miłosza, to istotnie to jedyny nadający się poemat, sęk w tym, że nie przepadam za późnym Miłoszem…

 

muzyka jako taka

Możesz to rozwinąć?

http://altronapoleone.home.blog

Hmm, jeśli miałaby być muzyka we w ogóle, to nie wybrzmiało, gdyż zejście było jednoznaczne, grunge złamał konwencję. Odebrałam, opko (przesłanie): był dobry ( w sensie profesjonalny i talentny, dar-czar),  gdy schodził, lecz mrok dodał nowych brzmień. Eurydyka po przejściach nie mogła być taka sama, wrócić do tej samej rzeki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Eurydyka po przejściach nie mogła być taka sama, wrócić do tej samej rzeki.

I właśnie tego wątku mi najbardziej tu żal – to o tym piszę, że dla mnie końcówka tego tekstu to jest dopiero początek historii. Ale za to mam pomysł na opowiadanie ;) Zupełnie inne, bardzo daleka inspiracja.

http://altronapoleone.home.blog

Grunge posłużył jako dekoracja, element wzbogacający to uwspółcześnienie mitu – a wybrałam go, ponieważ ta ciężka, mroczna muzyka jakoś pasuje mi do motywów śmierci. Pod tym względem oczywiście jest ważna. Jednak wydaje mi się że w tekście nie ma żadnych wskazań aby Orph był konkretnym gitarzystą z epoki – tym bardziej, że sama mówiłaś Drakaino że musiałaś się naszukać i mocno naciągnąć elementy z życiorysu żeby pasowało to np do Cobaina.

Zastanawiam się czy mówić o co mi chodziło… Mówić? :)

Odzywam się  jeszcze jako piątkowa, poczekaj jeszcze kilka dni, @Artemi. :-)

Wygooglałam wreszcie Artemisię, bardzo ciekawa i w dodatku związana z malarstwem Caravaggia. On też zmienił optykę – w pewien sposób. Ona zainspirowana  w “malowaniu” przez ojca. Nie znałam. 

Nie odebrałam tego elementu, tj. grunge jako wzbogacający, lecz determinujący przekaz. Miejsce, czas, otoczenie ma znaczenie. Droga ma znaczenie, chyba że nie ma, też tak może być i jest to twist.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zapomniałam wspomnieć – grunge pasował mi tu również jako muzyka, w której najbardziej liczy się przekaz osobisty, trauma, doświadczenie.

I tu już zamilknę.

Okej, w takim wypadku wstrzymam się z wyłożeniem moich założeń :) Pozwolę sobie jednak rzucić, w ramach tropu, kilka cytatów:

 

Pan H popatrzył na niego z uwagą.

–  Co zrozumiemy?

–  Kim ona dla mnie jest. 

–  Tak – powiedział Pan H, a jego głos rozbrzmiał dziwnie czysto. (…)– Tak, teraz wiem, czym ona dla ciebie jest. 

Przywołał obraz martwej Eriki, gitara zabrzmiała jeszcze lepiej. Poczuł przypływ euforii z własnego odkrycia.

– Nie tylko pozwalamy ci z nią wyjść. Pomagamy ci ją odzyskać.

 

Tak, Artemisia Gentileschi jest bardzo ciekawą postacią! Czemu “malowanie” w cudzysłowie? 

Bardzo ciekawą i malarką, i kobietą. Niezwykłą, zważywszy czasy, w których żyła. Ogromnie utalentowaną.

”Malowanie” w cudzysłowie, bo jej obrazy widziane w necie zrobiły na mnie wrażenie, a maluje dziecko, tymczasem ona była świadoma i to sztuka, wyprzedzała epokę. :-)

 Artemisiu, niestety, skrótowo się czasami wypowiadam (nie wierz tym, którzy twierdzą, że zawsze :D) i trzeba dojaśnić. Dobrze, że dopytałaś. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Podobały mi się fragmenty, kiedy Orph grał na gitarze. Napisane są w taki sposób, że łatwo mi było wczuć się w “klimat”. Zgaduję, że pewnie grasz na jakimś instrumencie lub słuchasz dużo muzyki.

Kiedy padło imię Orph, domyśliłam się, jaki będzie dalszy ciąg opowiadania. Całość ratują ciekawe pomysły, np. Pan H czy Cerber, ale po zakończeniu czuję lekki niedosyt. Właściwie nie zrozumiałam, czy oboje wyszli, czy któreś z nich zostało. Za interesujący uważam natomiast pomysł, że Erica upodabnia się do zombie.

 

Cześć Artemisia,

W opowiadaniu poruszyłaś ryzykowny element. Poruszyłaś muzykę, pewien jej specyficzny gatunek i klimat, który może się nie przyjąć u ludzi, którzy nie mieli z nią do czynienia. Taka twórczość do konkretnych odbiorców.

Dla mnie, jako amatorskiego basisty i osoby wrażliwej na muzykę, a jednocześnie znającej trochę Alice in Chains, w Twoim opowiadaniu bardzo czuć klimat i to jest jego największy plus. Sprowadza się na to fajne odwzorowanie miejsc, ludzi i sytuacji. Słyszałem ten pomrukujący grunge w tle, czułem klimat tego ciemnego, klubowego światka, widziałem ten występ Orpha, drżenie strun po uderzeniu kostką. Poczułem nostalgię temu towarzyszącą, za co cenię ten tekst.

Dałbym klika do biblioteki, ale za późno, bo opowiadanie już tam jest. :P 

osoby wrażliwej na muzykę

Wiesz, ja też jestem wrażliwa na muzykę, tylko inną… Nie rozpoznam poszczególnych zespołów grunge’owych (zapewne nawet nie rozpoznam grunge’u), za to jeśli w orkiestrze symfonicznej zafałszuje jeden instrument, to Ci powiem, który to instrument, a wielu kompozytorów rozpoznaję po brzmieniu, nawet jeśli nie znam utworu ;) Może należałoby to dawać z dookreśleniami? Tak jak wcześniej mówisz o “konkretnym gatunku”.

Dlatego pytałam Autorkę, co rozumie przez “muzykę jako taką”, bo uniwersalizmu muzycznego to tu nie widzę :(

http://altronapoleone.home.blog

Wiesz, ja też jestem wrażliwa na muzykę, tylko inną… Nie rozpoznam poszczególnych zespołów grunge’owych (zapewne nawet nie rozpoznam grunge’u), za to jeśli w orkiestrze symfonicznej zafałszuje jeden instrument, to Ci powiem, który to instrument, a wielu kompozytorów rozpoznaję po brzmieniu, nawet jeśli nie znam utworu ;) Może należałoby to dawać z dookreśleniami? Tak jak wcześniej mówisz o “konkretnym gatunku”.

 

Dlatego właśnie napisałem: „osoby wrażliwej na muzykę, a jednocześnie znającej trochę Alice in Chains”. ;) Znajomość zespołu z danego gatunku bardzo pomaga, wręcz jest konieczna dla tego typu opowiadania, bo jeśli w powyższym tekście byłby jazz, to moja wrażliwość zdałaby się na nic, bo po prostu nie słucham jazzu i nie bardzo mógłbym sobie wówczas wyobrazić poszczególne elementy.

Także nie mogę powiedzieć o uniwersalizmie muzycznym niestety.

PS. A jak rozpoznajesz kompozytorów po samym brzmieniu to wow. :D

Ando, Sagitt, dzięki, że wpadliście! Cieszę się, że się podobało. 

 

Zgaduję, że pewnie grasz na jakimś instrumencie lub słuchasz dużo muzyki.

 

Ha, właśnie sęk w tym, że nie! Nie gram na niczym, a muzyki słucham dużo, owszem, ale z całej masy gatunków. I grunge naprawdę nie jest tym dominującym, raczej siedzę mocniej w indie, muzyce alternatywnej, latach 80. Czasem posłucham, parę utworów lubię, ale zdecydowanie nie jestem znawczynią. Mój research do tekstu opierał się na uważnym wsłuchaniu się w Alice in Chains i Soundgarden, obejrzeniu fragmentu filmu “Singles” i obserwacjach mojego ojca – tego, jak opowiadał o swojej grungowej młodości, jak wyglądał, gdy wyciągał gitarę i przypominał sobie riffy, albo tworzył melodie.

Tym bardziej cieszę się, że udało mi się przekonująco oddać klimat i uczucia muzyka. To dla mnie duży komplement.

 

Łał, Drakaino, ja też wyrażam podziw. Zawsze zdumiewali mnie ludzie, którzy mają takie muzyczne ucho :)

Hm, jak dla mnie znajomość grunge’u nie jest aż tak konieczna – tj oczywiście łatwiej wczuć się w klimat, też piszę z perspektywy autorki, która sama zna te brzmienia, ale… założenia gatunku naprawdę nie są potrzebne do jego zrozumienia. Tak jak wspominałam wcześniej – to bardziej dekoracja, narzędzie do budowania klimatu. Grunge to gatunek, który pasował mi do historii o zejściu do Podziemi, ale szczerze mówiąc, mógłby być równie dobrze jazzem i dla mnie wymowa tekstu pozostałaby taka sama.

 

No to powiem tak – sama gra. Akt tworzenia sztuki. Sama sylwetka muzyka i sylwetka artysty. I to, co jest gotowy poświęcić dla swojej sztuki.

To jest, w moim zamierzeniu oczywiście, główny temat tekstu :)

 

 

Edit: i oczywiście ogromne dzięki dla klikających do biblioteki, bardzo mi miło.

W kwestii uniwersalizmu muzycznego: to, co miałam na myśli, to np. coś takiego, że w tym Hadesie rozbrzmiewa różna muzyka, a nie jeden konkretny gatunek rocka. Nawet rozpięcie między Hendrixem i grunge to mało. Tu mi czegoś brakowało ;)

 

A co do muzycznego ucha – to głównie kwestia osłuchania, nie rozpoznam oczywiście kompozytora, którego znam słabo, a paru takich jest, choć ostatnio nadrabiam, chyba że byłby jakoś niewiarygodnie wręcz charakterystyczny :) Wykształcenia formalnego nie mam, szkołę muzyczną porzuciłam, bo byłam perfekcjonistką i nie potrafiłam przeżyć tego, że fałszuję, a nauczyciele nie byli na tyle mądrzy, żeby powiedzieć, że każdy tak ma na początku :D

http://altronapoleone.home.blog

Ciekawe umieszczenie starego mitu w nowej osłonie. Co prawda nie jestem fanem akurat tej strony muzycznej subkultury, ale doceniam aluzje i całkiem fajne opisy. To one tworzą szczególny klimat.

Sama historia i bohaterowie są kropka w kropkę z mitu. Tu trochę się zawiodłem – de facto odtwarzasz historię. To powoduje, że jeśli strona opisowa lub nawiązania muzyczne nie chwycą, to niestety nie ma niczego innego, co zaczepiłoby czytelnika.

Sam jednak tekst ma dobrą konstrukcję i przyjemne tempo. Technicznie żadne błędy jakoś mi się nie rzuciły, ale nie jestem najlepszy w łapanki. Tym niemniej od tej strony było bardzo przyjemnie :)

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków, choć brakuje odrobiny wariacji w fabule. Klikałbym bibliotekę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Stary mit w nowym ubranku, ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

@NoWhereMan, Anet, dzięki za odwiedziny i komentarze! Szastam nóżką.

Na dniach zbiorę się i napiszę tutaj o co mi chodziło, jeśli ktoś byłby ciekawy :) To pokazuje mi tylko, że przekaz, na którym mi zależało jest zbyt mglisty i przemyka niezauważony. Może powinnam była jednak inaczej rozłożyć akcenty w micie, widzę, że wyjście Eriki z Podziemi trochę konfuduje. Trudno, lekcja na przyszłość! Cieszę się, że mimo to stary tekst generalnie czyta się dobrze. 

Nowa Fantastyka