- Opowiadanie: Lafran - Smok Zimy

Smok Zimy

Zahak, Flo­ren­cja 1350

 

Na wstę­pie chciał­bym go­rą­co po­dzię­ko­wać Si­lvie i Plisz­cze-Czaj­ce, za ich pomoc, po­ra­dy i cier­pli­wość. Zwłasz­cza przy walce z moimi nie­zręcz­no­ścia­mi ję­zy­ko­wy­mi. Dzię­ki nim po­niż­szy utwór zy­skał na­praw­dę dużo. :D

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Smok Zimy

Blask ognia oświe­tlał si­nia­ki, rany, ob­tar­cia i brud na pół­na­gim ciele męż­czy­zny. Ręce i nogi krę­po­wa­ły mu grube więzy, na któ­rych brą­zo­wia­ły plamy za­schnię­tej krwi. Od­dy­chał cięż­ko i splu­wał co chwi­lę ró­żo­wą śliną zmie­sza­ną z dro­bi­na­mi pia­sku. Słoń­ce cho­wa­ło się za grzbie­tem po­bli­skie­go szczy­tu. Nie­da­le­ko pasł się koń oraz baran, w od­da­li zawył sza­kal. Zand, sie­dzą­cy na­prze­ciw­ko zwią­za­ne­go, pod­niósł głowę i za­czął na­słu­chi­wać.

– Złe miej­sce – po­wie­dział. – Może le­piej cię tutaj zo­sta­wię? Ku­zy­ni pew­nie już zła­pa­li two­ich kam­ra­tów. Star­czy roz­ryw­ki na kilka dni, gdy konie będą ich roz­ry­wać. I po co było kraść nam owce?

Męż­czy­zna za­re­ago­wał sze­ro­kim uśmie­chem, wy­szczer­bio­nym przez kilka go­dzin wle­cze­nia po ziemi przez konia. Nie od­zy­wał się, je­dy­nie char­czał i splu­wał. Jego twarz wy­glą­da­ła, jakby po­stra­dał zmy­sły. Oczy bie­gły we wszyst­kie stro­ny, szu­ka­jąc cze­goś w oto­cze­niu. Zand mi­mo­wol­nie się od­wró­cił. Nie­wiel­ka do­li­na, w któ­rej roz­bił obo­zo­wi­sko na noc, zda­wa­ła się być opusz­czo­ną. Je­dy­ne ślady ludz­kiej obec­no­ści sta­no­wi­ły ka­wał­ki po­gań­skich ruin, któ­rych czas nie zdą­żył roz­kru­szyć. Nie za­chę­ca­ła, ale nie chciał klu­czyć przez wą­skie gór­skie przej­ścia i prze­smy­ki po nocy. Ist­nia­ło spore ry­zy­ko, że on lub koń się po­tkną lub wpad­ną w szcze­li­nę. Szko­da zwie­rzę­cia.

– Złe miej­sce – po­wtó­rzył.

Rap­tem koń za­rżał i sta­nął dęba. Zand ze­rwał się z miej­sca. Pod­szedł do wierz­chow­ca i wtedy za­uwa­żył, że tuż obok głowę pod­niósł wąż. W bla­sku ognia jego łuski wy­glą­da­ły ni­czym odłam­ki ob­sy­dia­nu. Gad spo­glą­dał na Zanda ba­daw­czo, wy­su­wa­jąc co chwi­lę roz­dwo­jo­ny język, a potem zwró­cił łeb w stro­nę ba­ra­na. W tym samym mo­men­cie po do­li­nie roz­legł się obłą­kań­czy śmiech zło­dzie­ja. Zand zro­bił krok do tyłu i ostroż­nie za­czął się od­wra­cać.

Usły­szał syk. Zand od­sko­czył in­tu­icyj­nie w bok, spo­dzie­wa­jąc się ataku. Nic. Wąż nie od­wró­cił wzro­ku od ba­ra­na. Wtem Zand do­strzegł dru­gie­go, iden­tycz­ne­go, który oplótł się wokół szyi zło­dzie­ja. Sy­czał wście­kle i ję­zy­kiem bi­czo­wał po­wie­trze. Oba gady nie­na­tu­ral­nie zle­wa­ły się z cie­niem szczy­tów, jakby były jego czę­ścią.

Pa­sterz w duchu po­mo­dlił się do Al­la­ha o zmi­ło­wa­nie. Miał wra­że­nie, że zo­sta­je pod­da­ny pró­bie.

– Nie waż się wy­ma­wiać imie­nia jed­ne­go z uzur­pa­to­rów! – wrza­snął nie­zna­ny głos.

Zand ner­wo­wo ro­zej­rzał się do­oko­ła, szu­ka­jąc osoby, która się ode­zwa­ła, ale ni­ko­go nie do­strzegł. W do­li­nie był tylko on, zło­dziej, koń, baran i dwa węże. Żad­nej innej isto­ty ludz­kiej. Gady za­mar­ły, wbi­ja­jąc żółte śle­pia w pa­ste­rza, który wpa­dał w coraz więk­szą pa­ni­kę. Ich oczy świe­ci­ły de­li­kat­nym bla­skiem, jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­cym i hip­no­ty­zu­ją­cym. Nie­wi­docz­na siła trzy­ma­ła go za wszyst­kie koń­czy­ny, nie po­zwa­la­jąc na naj­mniej­szy ruch.

– Wkro­czy­łeś do gro­bow­ca na­sze­go pana. Klęk­nij, ofia­ruj czło­wie­ka i ba­ra­na, a włos ci z głowy nie spad­nie. De­cy­duj. Już! – ode­zwał się po­now­nie nie­zna­ny głos.

Zand, choć był pro­stym pa­ste­rzem, zdał sobie spra­wę, że to węże do niego mówią. W jego gło­wie. Uścisk ze­lżał. Padł na ko­la­na i oddał po­kłon gadom. Naj­po­kor­niej jak umiał. Trząsł się cały ze stra­chu, bojąc się o swoje życie oraz duszę.

Węże za­sy­cza­ły z apro­ba­tą i przy­stą­pi­ły do przy­ję­cia ofia­ry. Pierw­szy sko­czył, wy­strze­lo­ny ni­czym strza­ła. Głową ude­rzył ba­ra­na pro­sto mię­dzy oczy. Kość pękła, a za­sko­czo­ne zwie­rzę padło na zie­mię. Wąż otrzą­snął się, bo czym wbił się do środ­ka i za­czął pa­ła­szo­wać mózg. Drugi po pro­stu za­czął wpy­chać się do głowy męż­czy­zny przez nos. Hi­ste­rycz­ny śmiech zło­dzie­ja prze­ro­dził się w sko­wyt. Chrząst­ka chrup­nę­ła, a prze­gro­da no­so­wa ro­ze­rwa­ła się od na­po­ru ga­dzie­go ciel­ska. Z nosa, ust i uszu lała się krew. Znaj­du­ją­cy się we­wnątrz ciała wąż wy­cią­gnął przez nos mózg na po­wierzch­nię, po czym po­łknął go w ca­ło­ści.

Zand dys­kret­nie ob­ser­wo­wał wszyst­ko, i mimo prze­ra­że­nia nie rzu­cił się do uciecz­ki. Po­wstrzy­my­wa­ła go świa­do­mość, że jeśli znie­wa­ży owe de­mo­ny, to te rzucą się na niego i sta­nie się ofia­rą w tej po­gań­skiej do­li­nie.

Węże na­cie­szy­ły się po­sił­kiem i zwró­ci­ły uwagę na pa­ste­rza. Pod­peł­zły do niego, ota­cza­jąc z obu stron. Rze­kły jed­no­cze­śnie w gło­wie Zanda.

– Po­stą­pi­łeś mą­drze. Pierw­szy, co po­sia­da rozum. Je­steś po­tom­kiem daw­nych kró­lestw. Na­da­jesz się.

Nagle oba węże znik­nę­ły, by zaraz po­ja­wić się na bar­kach pa­ste­rza. Wgry­zły się w jego ciało i za­czę­ły wsią­kać ni­czym płyn. Zand padł na ka­mie­ni­sty grunt i ledwo od­dy­chał. Nic nie wi­dział, ogień zgasł, na­sta­ła ciem­ność. A w niej po­ja­wi­ła się po­stać męż­czy­zny o trzech gło­wach. Jed­nej ludz­kiej i dwóch wę­żo­wych. Wy­glą­dał jak ten, któ­re­go Zand wi­dział kie­dyś na pła­sko­rzeź­bie w mie­ście wy­mar­łych pogan.

Wtedy po­stać zmie­ni­ła się. Uro­sła. Stała się trój­gło­wą, ga­dzią be­stią.

 

***

 

Fio­ren­zo obu­dził się zlany potem. Wstał, pod­szedł do miski z wodą i obmył twarz. Każ­dej nocy, gdy tylko za­mknął oczy sen wra­cał. Za­wsze ten sam. Zer­k­nął na łoże. Sofia spała snem spra­wie­dli­we­go. Po cichu za­ło­żył spodnie i luźną ko­szu­lę, po czym wy­szedł z sy­pial­ni. Za­szedł do po­ko­ju obok. W łó­żecz­kach spały jego skar­by – Ezio i Pie­tro. Le­że­li spo­koj­nie, zmę­cze­ni ca­ło­dzien­ną za­ba­wą.

Ru­szył dalej, kie­ru­jąc się ku da­cho­wi ro­dzin­nej sie­dzi­by rodu Fe­rid­di­ci, który to gó­ro­wał nad oko­licz­ny­mi bu­dyn­ka­mi. Wszedł na nie­wiel­ki taras, który zle­cił wy­bu­do­wać, by mieć punkt do ob­ser­wa­cji gwiazd. Bu­dyn­ki w naj­bliż­szym oto­cze­niu na­le­ża­ły do jego ro­dzi­ny, zaś tuż za nimi za­czy­na­ły się sie­dzi­by in­nych za­moż­nych rodów. Gdzie nie spoj­rzał, tam po­ten­cjal­nych prze­ciw­ni­ków stra­szy­ły grube mury, wą­skie okien­ka strzel­ni­cze i okute że­la­zem bramy. Nawet tutaj, w naj­wspa­nial­szym i naj­bo­gat­szym mie­ście cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta, ludz­kie emo­cje brały górę i rody się­ga­ły po osta­tecz­ny ar­gu­ment – siłę. Na szczę­ście Fe­rid­di­ci nie mu­sie­li od czasu Ligi Lom­bardz­kiej się­gać po broń inną niż pióro i flo­re­ny.

Spoj­rzał w niebo. Od dawna pa­sjo­no­wał się astro­lo­gią. Przy­po­mniał sobie swoje no­tat­ki sprzed kilku dni i roz­mo­wy z in­ny­mi astro­lo­ga­mi z uni­wer­sy­te­tu. Roku pań­skie­go 1345 na­stą­pi­ła ko­niunk­cja Marsa, Jo­wi­sza i Sa­tur­na. Wy­raź­ny znak, że nad­cho­dzi coś złego. Ka­ta­stro­fa na nie­zna­ną dotąd skalę. Wspól­nie na­pi­sa­li pismo do sa­me­go Kle­men­sa VI, o swo­ich prze­wi­dy­wa­niach i proś­bach o mo­dli­twę za dusze wszyst­kich miesz­kań­ców Flo­ren­cji. Po­dej­rze­wa­li wojnę lub za­ra­zę. Fio­ren­zo jed­nak nie wspo­mi­nał, że za­ob­ser­wo­wał coś jesz­cze. Tylko on wi­dział cień na po­wierzch­ni księ­ży­ca. Jakby sam Sza­tan przy­jął po­stać smoka i mu się ob­ja­wił. Mil­czał, choć czuł, że to znak cze­goś znacz­nie gor­sze­go. Nie przy­znał się ni­ko­mu poza ojcem. Na­zwa­li­by go sza­leń­cem, a plot­ka o po­mie­sza­niu zmy­słów mo­gła­by za­szko­dzić in­te­re­som ro­dzi­ny. W tro­sce o przy­szłość swo­ich synów Fio­ren­zo nie chciał do tego do­pu­ścić.

Noc była parna. Wcią­gnął po­wie­trze nosem, by po­czuć za­pach mia­sta. Rynsz­tok, koń­skie łajno, świe­żość wody i woń wełny. Flo­ren­cja w całej oka­za­ło­ści. Bra­ko­wa­ło tylko jed­ne­go ele­men­tu, by nadać miej­skie­mu bu­kie­to­wi ca­ło­ści, ale jak to mó­wi­li sta­ro­żyt­ni: „pe­cu­nia non olet”. Wy­chy­lił się jesz­cze, by spoj­rzeć na ulicę. Do­strzegł wtedy, że z ga­bi­ne­tu ojca wciąż wi­docz­ny jest blask świec. Fio­ren­zo po­sta­no­wił go od­wie­dzić.

Za­pu­kał, po czym wszedł do środ­ka. Gio­van­ni Fe­rid­di­ci pod­niósł głowę znad księ­gi. Miał w zwy­cza­ju za­pi­sy­wać pod ko­niec dnia przy­cho­dy i roz­cho­dy całej fa­mi­lii, aby mieć wie­dzę o każ­dym flo­re­nie, który tra­fia lub wy­pły­wa ze skarb­ca w piw­ni­cach. Na po­marsz­czo­nej twa­rzy sie­dem­dzie­się­cio­lat­ka ma­lo­wa­ło się nie­za­do­wo­le­nie.

– Ojcze… – za­czął Fio­ren­zo.

– Znowu nie mo­żesz spać? Wizje?

– Tak, cią­gle czuję, że zmie­rza do nas tra­ge­dia. Przy­po­mi­nam sobie cią­gle tego smoka, tak samo tego pa­ste­rza o śnia­dej twa­rzy. Myślę…

– Po­my­ślał­byś o wy­ko­rzy­sta­niu swo­ich ta­len­tów w ro­dzin­nym in­te­re­sie – od­parł sucho sta­rzec, skro­biąc dalej pió­rem po per­ga­mi­nie, kre­śląc równe rzędy cyfr. – Za­dbał­byś o nasz dom ban­ko­wy. Stary je­stem, wszyst­kie­go nie upil­nu­ję, a i dobry wzór swoim synom dasz. Twój brat sam za­rzą­dza przę­dzal­nia­mi w mie­ście, jest lu­bia­ny wśród grę­pla­rzy. Le­piej dba o in­te­res ro­dzi­ny. Jak­byś też wziął się do uczci­wej pracy, god­nej rodu pa­try­cju­szy, to pew­nie już byśmy za­sia­da­li w ra­dzie miej­skiej.

Fio­ren­zo z po­ko­rą słu­chał ojca. Po­nie­kąd przy­zna­wał mu rację, ale jego dusza od spo­glą­da­nia na ro­sną­ce stosy złota wo­la­ła wgłę­biać się w gwiaz­dy. Wes­tchnął. Przy­szedł tak na­praw­dę za­py­tać się o coś jesz­cze.

– Ro­zu­miem, ojcze. Nie chcę za­wieść ro­dzi­ny, ale uwierz pro­szę, że te wizje są tak na­tręt­ne, że nie po­zwa­la­ją mi sku­pić się na ni­czym innym. Dla­te­go po­na­wiam py­ta­nie, które za­da­łem parę dni temu.

Gio­van­ni odło­żył pióro i uło­żył dło­nie w pi­ra­mid­kę. Spoj­rzał na syna, jak na jed­ne­go z wielu kup­ców, któ­rzy przy­cho­dzi­li pro­sić ród Fe­rid­di­ci o po­życz­kę. Oce­niał go i li­czył w gło­wie po­ten­cjal­ne zyski i stra­ty.

– Pod jed­nym wa­run­kiem. Jak tylko roz­wią­żesz tę spra­wę, to sku­pisz się na ro­dzi­nie, a nie gwiaz­dach. Zgoda?

– Tak, ojcze.

– Do­brze. – Gio­va­nni wstał i pod­szedł do jed­nej z półek. Wy­cią­gnął kilka ksią­żek, od­sła­nia­jąc tym samym ukry­tą skryt­kę. W środ­ku znaj­do­wa­ła się szka­tuł­ka. – Jest prze­po­wied­nia, która po­ja­wi­ła się, gdy nasz ród za­rzą­dzał w imie­niu Rzymu pro­win­cja­mi na wschód od daw­nej Fe­ni­cji. Żył kie­dyś król, któ­re­go imię za­gi­nę­ło, za­ko­pa­ne pew­nie gdzieś na ste­pach przez po­ko­le­nia he­re­ty­ków z Kon­stan­ty­no­po­la i za­dep­ta­ne ko­py­ta­mi koni pogan. Na­praw­dę nie wiem, w czym ci niby to po­mo­że.

Se­nior rodu prze­rwał, sta­wia­jąc szka­tuł­kę na ławie. Otwo­rzył ją. W środ­ku znaj­do­wa­ła się gli­nia­na ta­blicz­ka, w wielu miej­scach po­pę­ka­na lub po­kru­szo­na. Wy­ry­to na niej li­te­ry, które Fio­ren­zo nic nie mó­wi­ły. Pismo wy­glą­da­ło, jakby ktoś wbi­jał nie­wiel­ki klin, do na­pi­sa­nia tre­ści. Na samym środ­ku znaj­do­wa­ła się po­stać ude­rza­ją­ca trój­gło­we­go po­two­ra bu­ła­wą z by­czy­mi ro­ga­mi.

– Co to jest, ojcze?

– To, o co pro­si­łeś – od­po­wie­dział. – Wiem tylko tyle, że ta ta­blicz­ka była już dzie­dzic­twem ro­dzi­ny jesz­cze za po­gań­skich cza­sów. To wła­śnie ta prze­po­wied­nia. Mój dziad po­ka­zał to kie­dyś jed­ne­mu uczo­ne­mu. Stwier­dził, że to pismo, któ­rym po­słu­gi­wa­li się Ba­bi­loń­czy­cy i ludy z tam­tych stron. Wi­dzisz. To jest dowód, że je­ste­śmy po­tom­ka­mi tego króla, a kon­kret­nie jego naj­star­sze­go syna. Nasza ro­dzi­na jest stwo­rzo­na by rzą­dzić. Jak nie tamtą kra­iną, to przy­naj­mniej Flo­ren­cją. A tak, do rze­czy. Owy mi­tycz­ny wład­ca zabił in­ne­go, ja­kie­goś strasz­ne­go ty­ra­na, prze­peł­nio­ne­go po­gań­ską mocą. Uczo­ny wy­czy­tał trzy imio­na. Nie wiem, czy wszyst­kie od­no­szą się do niego, czy nie. Azi Da­ha­ka, Zahak i Smok Zimy. Jego rządy oka­za­ły się cza­sem nie­szczęść, cho­rób i be­stial­stwa. Obie­cał ze­mstę na uzur­pa­to­rze i jego po­tom­kach. Pa­mię­tasz tę dziw­ną bu­ła­wę, którą kie­dyś zna­la­złeś w skarb­cu w na­szej willi w To­ska­nii? Tę z głową byka. To ponoć nią za­bi­to tego ca­łe­go Za­ha­ka. Ile w tym praw­dy, nie wiem, ale sam w to nie wie­rzę, i ty le­piej też nie.

Gio­va­nni prze­że­gnał się, a Fio­ren­zo wraz z nim. Sta­rzec za­mknął szka­tuł­kę i scho­wał.

– Idź już le­piej spać. Za­cznij od jutra swoje ob­li­cze­nia, przy­pusz­cze­nia i wró­że­nie z gwiazd. Chcę cię jak naj­szyb­ciej wi­dzieć zaj­mu­ją­ce­go się po­sze­rza­niem wpły­wów ro­dzi­ny.

 

***

 

Zand wę­dro­wał. Długo. Nie po­tra­fił stwier­dzić, czy przez kilka mie­się­cy czy lat. Do­tarł do dziw­nych krain wscho­du, peł­nych won­nych przy­praw, bo­ga­tych tka­nin i ta­jem­nic. Chwy­cił się za pierś. Jego pan żądał ko­lej­nej ofia­ry. Dwój­ka mło­dych chłop­ców pró­bo­wa­ła się wy­zwo­lić z wię­zów. Krzy­cze­li przez za­kne­blo­wa­ne szma­ta­mi usta, ale na ze­wnątrz nikt nie mógł ich usły­szeć. Wszy­scy byli mar­twi, po­kry­ci czar­ny­mi wrzo­da­mi na ciele. Tylko krew Fe­ri­du­na mogła uchro­nić przez za­ra­zą, którą on, Smok Zimy spro­wa­dził, by od­siać cel swo­jej ze­msty od mo­tło­chu. Chłop­cy byli zdro­wi, ży­wot­ni, od­waż­ni, ale wciąż tylko ludź­mi. Krew mieli rozrzedzoną tak mocno, że poza zdro­wiem nie po­sia­da­li nic wię­cej ze swo­je­go przod­ka.

Pod­szedł do nich. Na jego bar­kach po­ja­wi­ły się dwa wy­brzu­sze­nia. Zand zrzu­cił z sie­bie szaty, od­sła­nia­jąc nagi tors. Dwa czar­ne węże wy­ra­sta­ły z jego bar­ków, ni­czym do­dat­ko­we głowy. Na wy­so­ko­ści splo­tu sło­necz­ne­go błysz­czał me­da­lion, rów­nież wro­śnię­ty w ciało, przed­sta­wiał twarz wy­sta­wia­ją­cą roz­dwo­jo­ny język. Zand zmie­nił się przez ten czas. Z wą­tłe­go pa­ste­rza prze­isto­czył się w sil­ne­go, po­staw­ne­go męż­czy­znę. Moc Za­ha­ka rzeź­bi­ła jego ciało, czy­niąc je jak naj­lep­szym na­rzę­dziem. Na wspo­mnie­nie swo­je­go po­cząt­ko­we­go buntu chcia­ło mu się śmiać. Czuł, że jest nie­po­ko­na­ny, każda cząst­ka jego ciała udo­sko­na­lo­na. Na­gro­da za po­chy­le­nie głowy przed Smo­kiem Zimy. I czeka jesz­cze więk­sza, gdy znisz­czy wszyst­kich po­tom­ków uzur­pa­to­ra. Nawet sam Ahura Mazda, zdraj­ca swego ludu, po ty­siąc prze­klę­ty naj­wyż­szy, nie ura­tu­je ich.

Zand chwy­cił obu chłop­ców za gar­dła i pod­niósł. Wzmoc­nił uścisk. Kręgi szyj­ne trza­snę­ły ni­czym słoma. Bez oporu. Węże, jak to miały w zwy­cza­ju, za­czę­ły wgry­zać się w ich głowy, by do­stać się do mó­zgów. Uwiel­bia­ły mózgi. Zahak uwiel­biał mózgi. Zand rów­nież za­czął uwiel­biać mózgi. Do wspól­ne­go żo­łąd­ka tra­fił ra­ry­tas, sycąc i do­da­jąc ko­lej­ną por­cję mocy. Pu­ścił tru­chła i po­ło­żył się na po­bli­skim po­sła­niu z liści. Za­słu­żył na od­po­czy­nek.

Po do­brym śnie Zand usiadł na środ­ku osady. W wil­got­nym po­wie­trzu brzę­cza­ły muchy, sia­da­ją­ce na ciała zrzu­co­ne na wóz. Woń błota, po­bli­skich kwia­tów ozda­bia­ją­cych do­mo­stwa oraz ka­dzi­dła z ka­plicz­ki wie­lo­rę­kie­go, nie­zna­ne­go boga mie­sza­ła się z za­pa­chem gni­ją­cych ciał i cho­ro­by. Zand uło­żył nogi w po­zy­cji lo­to­su, tak jak na­uczył go nie­daw­no jeden z tu­tej­szych mni­chów, zanim czar­ne wrzo­dy za­ra­zy wy­ssa­ły z niego życie.

Zand za­szedł da­le­ko na wschód. Wi­dział dwie rzeki, więk­sze od Eu­fra­tu i Ty­gry­sa. Żółtą, bę­dą­cą źró­dłem życia sko­śno­okie­go ludu o rów­nie sta­ro­żyt­nym ro­do­wo­dzie, co kró­le­stwo Za­ha­ka oraz świę­tą rzekę Gan­ges, rów­nież da­ją­ca siłę rodom ob­cych i sta­rych bogów oraz ich ludzi. Zahak rów­nież uczył się od Zanda. Duma wiel­ka ni­czym góra otwo­rzy­ła się na nowe moż­li­wo­ści. Chło­nął nową wie­dzę. Nie za­bi­jał od razu, uczył się. Ina­czej niż w prze­szło­ści.

Sługa za­czął od­dy­chać rów­no­mier­nie. Za­głę­biać się w sie­bie. Coś, co za sta­re­go życia uznał­by za bzdu­rę. Się­gał po moc, którą dzie­lił się z nim Zahak. Wciąż słabą, bę­dą­cą za­le­d­wie iskrą daw­nej po­tę­gi. Nie­na­wiść, która po­zwa­la­ła szu­kać po­tom­ków i roz­sie­wać za­ra­zę. Stwo­rze­nie cze­goś, co Zahak na­zwał Czar­ną Śmier­cią mocno nad­wą­tli­ło jego siły, zmu­sza­jąc Zanda do zja­da­nia nie­mal w dzień w dzień ludz­kich mó­zgów. Nie było to łatwe, bo nie chciał przy­cią­gać uwagi.

Zmie­szał swoje zmy­sły ze zmy­sła­mi Smoka Zimy i otwo­rzył na świat. Coraz sze­rzej i sze­rzej. Wizja po­ka­zy­wa­ła mu po­ła­cie te­re­nu zdzie­siąt­ko­wa­ne przez za­ra­zę. Za­rów­no da­le­kie jak i jego ro­dzin­ne stro­ny. Po­tom­ków uzur­pa­to­ra nie wy­czu­wał, ale ślad wciąż ist­niał. Po­pro­sił, by jeden z łbów sku­pił swoje zmy­sły na kra­inach na za­cho­dzie. Do­me­nie hi­po­kry­tów, od­da­ją­ce­go cześć ukrzy­żo­wa­ne­mu me­sja­szo­wi. Zand po­czuł znie­sma­cze­nie swo­je­go pana i go ro­zu­miał, ale nie miał teraz na to czasu.

Po­czuł ich. Do­stał aż gę­siej skór­ki. Mro­wie roz­rze­dzo­nej krwi, roz­sia­nej po morzu po­mię­dzy lą­da­mi. I jedno miej­sce, gdzie sku­pi­ło się plemę Fe­ri­du­na. Mia­sto na wiel­kim pół­wy­spie.

Zand otwo­rzył oczy. W gło­wie miał mę­tlik od wra­żeń po­za­zmy­sło­wych, ale tak jak jego pan czuł za­do­wo­le­nie. Nad­szedł czas, by wy­ru­szyć na za­chód.

 

***

 

Dwój­ka męż­czyzn cią­gnę­ła wóz wy­peł­nio­ny cia­ła­mi zmar­łych na cho­ro­bę, którą miej­sco­wi na­zwa­li Czar­ną Śmier­cią. Pro­wa­dził ich le­karz za­ra­zy, który pukał gru­bym kijem do drzwi każ­de­go z domów, by za­py­tać o zdro­wie do­mow­ni­ków. Smród cho­ro­by i pa­lo­nych ludz­kich ciał do­mi­no­wał na uli­cach, po­dob­nie jak płacz, nie mo­gą­cych się po­go­dzić z odej­ściem bli­skich. Za­ra­za trwa­ła już dwa lata, i nawet teraz, roku pań­skie­go 1350, nie ustę­po­wa­ła.

Fio­ren­zo wes­tchnął. Zo­stał sam w ro­do­wej sie­dzi­bie. Brat, jego ro­dzi­na i ro­dzi­na Fio­ren­zo ucie­kli w głąb To­ska­nii rok temu. Oj­ciec zo­stał wraz z nim, aby pil­no­wać in­te­re­sów, ale zmarł. Fio­ren­zo zna­lazł go w jego ga­bi­ne­cie. Leżał na swo­jej księ­dze, a ręka wciąż trzy­ma­ła pióro, z któ­re­go zdą­żył spły­nąć cały atra­ment. Se­nior rodu Fe­rid­di­ci zmarł we śnie, ze sta­ro­ści.

W pu­stym do­mo­stwie Fio­ren­zo czuł się źle, bo mo­men­ta­mi nie miał do kogo się ode­zwać. Nawet przy­ja­cie­le, młod­si i star­si, ucie­kli poza mia­sto. Jak sły­szał, bar­dzo lu­bi­li wtedy opo­wia­dać sobie hi­sto­rie. O mi­ło­ści, cza­sem o woj­nie lub o pla­nach na przy­szłość. Te krót­kie wie­ści i wy­mia­ny in­for­ma­cji trak­to­wał ni­czym skarb.

Choć ból sa­mot­no­ści do­skwie­rał mu nie­mi­ło­sier­nie, to wie­dział, że do­brze zro­bił. On nad­cho­dził. Po kilku la­tach spo­kój wizje wró­ci­ły ze zdwo­jo­ną siłą. Smok po­ja­wiał się każ­dej nocy, czar­ne ciel­sko o dwóch wę­żo­wych gło­wach i jed­nej ludz­kiej. Le­ciał na bło­nia­stych skrzy­dłach po nie­bo­skło­nie, ni­czym cień nad­cho­dzą­cej za­gła­dy. Oj­ciec nie wie­rzył w prze­po­wied­nie, ale Fio­ren­zo tak. Gwiaz­dy, for­tu­na wy­da­na na spro­wa­dze­nie ksiąg z Je­ro­zo­li­my, kon­sul­ta­cje na uni­wer­sy­te­tach z uczo­ny­mi cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta umoc­ni­ły go w wie­rze, że on, Zahak, Smok Zimy zmie­rza ku niemu i jego ro­dzi­nie.

Wie­dzio­ny prze­czu­ciem Fio­ren­zo zszedł do ro­dzin­ne­go skarb­ca. Przez chwi­lę si­ło­wał się z ku­fra­mi flo­re­nów, które blo­ko­wa­ły mu drogę, ale udało się. Od­na­lazł sar­ko­fag po­kry­ty pi­smem kli­no­wym. Od­chy­lił wieko. Bu­ła­wę o głow­ni w kształ­cie by­czej głowy po­kry­wa­ły pa­ję­czy­ny, jak całun dzia­ła w gro­bow­cu. Fio­ren­zo chwy­cił pew­nie za rę­ko­jeść oręża.

Nagle ośle­pi­ło go świa­tło, a gdy od­zy­skał wzrok uj­rzał po­stać wo­jow­ni­ka, o fan­ta­zyj­nie ple­cio­nej w walce bro­dzie. Ciało miał śnia­de, a mię­śnie wy­raź­nie za­zna­czo­ne.

– Jam jest Fe­ri­dun, krwi z mojej krwi – po­wie­dział ba­so­wym gło­sem. – Chcę ci po­bło­go­sła­wić Fio­ren­zo, przed bitwą z Za­ha­kiem, któ­re­go to obo­wią­zek po­ko­na­nia spadł na cie­bie. Przyj­mij pro­szę…

Rap­tem w po­miesz­cze­niu po­ja­wi­ła się druga po­stać, spo­wi­ta jasną po­świa­tą. Kop­nę­ła Fe­ri­du­na w brzuch, po czym prze­bi­ła go włócz­nią. Fio­ren­zo do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę, kto mu się ob­ja­wił – San Gior­gio, po­grom­ca smoka. Fe­ri­dun znik­nął. Świę­ty wy­cią­gnął rękę nad bu­ła­wę, a broń roz­pa­li­ła się do czer­wo­no­ści. Nie­wiel­kie cie­nie wy­peł­zły z oręża i spło­nę­ły. Na­stęp­nie San Gior­gio dał znać, by czło­wiek chwy­cił za rę­ko­jeść.

Fio­ren­zo pod­niósł oręż, który rap­tem za­czął się zmie­niać. Rę­ko­jeść wy­dłu­ży­ła się do drzew­ca, głowa byka zmniej­szy­ła, a rogi wy­dłu­ży­ły i złą­czy­ły ze sobą, two­rząc ostrze. Tym samym po­wsta­ła włócz­nia.

– Fio­ren­zo, synu Gio­va­nnie­go, demon przy­by­wa do twego mia­sta. Po­czwa­ra, która wy­do­sta­ła się na świat i sieje za­ra­zę. Jed­nak Pan wy­zna­czył cie­bie – tu za­wie­sił głos i spoj­rzał ba­daw­czo na Fio­ren­zo – by po­ko­nać potwora. Z Bożą po­mo­cą i moim świę­tym bło­go­sła­wień­stwem dasz radę. Pa­mię­taj, moc po­cho­dzi od Pana, a nie po­gań­skie­go bał­wa­na.

Po czym znik­nął.

Od tam­te­go czasu Fio­ren­zo nie mógł się po­wstrzy­mać i co go­dzi­nę za­no­sił mo­dli­twy dzięk­czyn­ne do San Gior­gio, że po­bło­go­sła­wił go i tę po­gań­ską broń, by na chwa­łę Bożą zgła­dzić po­two­ra. Czuł się wy­bra­ny, tak jak mówił oj­ciec. Ich ro­dzi­na do­ko­ny­wa­ła i wciąż miała do­ko­ny­wać wiel­kich czy­nów. Nie wie­dział tylko kiedy.

Dni spę­dzał na po­le­ro­wa­niu broni i nauce walki nowym orę­żem. Wie­czo­ra­mi mo­dlił się, by mi­ło­sier­ny Bóg uchro­nił jego dzie­ci przed za­ra­zą i be­stią. Nie zaj­mo­wał się in­te­re­sa­mi, bo te prak­tycz­nie za­mar­ły. Kupcy omi­ja­li więk­sze mia­sta lub osia­dli, cze­ka­jąc lep­szych cza­sów i bez­piecz­niej­szych szla­ków. Grę­pla­rze w warsz­ta­tach jego brata umie­ra­li każ­de­go dnia. Mo­ro­we po­wie­trze lu­bi­ło do­pa­dać szcze­gól­nie ich. Jakiś sza­lo­ny uczo­ny z uni­wer­sy­te­tu gło­sił, że to przez wszy i szczu­ry, ale za gło­sze­nie głu­pot obito go ki­ja­mi. Fio­ren­zo po­dej­rze­wał, że to Zahak, ale nie miał do­wo­du na to. Bo kto niby uwie­rzy, że po­gań­skie bó­stew­ko po­tra­fi za­bi­jać z taką mocą? Mil­czał. Bał się klą­twy, nie chciał za­szko­dzić ro­dzi­nie.

 

***

 

Fio­ren­zo otwo­rzył oczy. Ktoś go pró­bo­wał obu­dzić. Spoj­rzał do­oko­ła, był w ro­dzin­nej ka­pli­cy. Wi­docz­nie za­snął pod­czas mo­dli­twy. Od­wró­cił się i aż pod­sko­czył. Za jego ple­ca­mi stał San Gior­gio w zło­tej zbroi. W dłoni trzy­mał włócz­nię Fio­ren­zo, oce­nia­jąc ją do­kład­nie. Spoj­rzał z nie­sma­kiem na grot włócz­ni i byczą głowę pod nią.

– Synu, po­wstań. Już czas. – Podał drzew­ce Fio­ren­zo.

Męż­czy­zna po­chy­la­jąc głowę przy­jął po­kor­nie broń. Czu­jąc, że świę­ty na­masz­cza go przed nad­cho­dzą­cą bitwą. Potem znik­nął. Fio­ren­zo na­tych­miast przy­wdział na sie­bie zbro­ję, która pa­mię­ta­ła czasy jego dziad­ka, wal­czą­ce­go razem z gwel­fa­mi z wła­dzą ce­sa­rza. Czuł na ple­cach smut­ne spoj­rze­nie swego po­gań­skie­go przod­ka, ale je zi­gno­ro­wał. Za­wie­rzył życie Bogu i to w jego chwa­le za­bi­je dia­bła. I to Bóg spi­sał chwa­łę jego i jego ro­dzi­ny, a nie ja­kieś sta­ro­żyt­ne byty, które w więk­szo­ści wy­mar­ły. Gdy był go­to­wy wy­szedł, wie­dzio­ny in­tu­icją do swo­je­go wroga.

Spo­tka­li się na placu, na któ­re­go to brze­gach wciąż znaj­do­wa­ły się stosy gruzu i po­pio­łów, ale to nie była spraw­ka Za­ha­ka. Tutaj znaj­do­wa­ły się do­mo­stwa rodów po­pie­ra­ją­cych gi­be­li­nów, zdraj­ców wspie­ra­ją­cych stron­nic­two ce­sa­rza. Rada mia­sta ochrzci­ła to miej­sce Piaz­za della Si­gno­ria i mieli wzglę­dem niego spore plany. Słoń­ce do­pie­ro co ma­sze­ro­wa­ło ku szczy­to­wi nie­bo­skło­nu, cho­wa­jąc się za Pa­ła­cem Vec­chio. Do po­łu­dnia było jesz­cze da­le­ko.

Awa­tar Za­ha­ka wy­glą­dał w mnie­ma­niu Fio­ren­zo dziw­nie, ale za­ra­zem bo­ga­to. We Flo­ren­cji je­dwab był luk­su­sem, dro­go­cen­nym to­wa­rem spro­wa­dza­nym z da­le­kie­go wscho­du. Nawet on po­my­ślał­by dwa razy zanim by kupił choć­by belę. Tym­cza­sem jego prze­ciw­nik nosił ko­szu­lę oraz spodnie z tego ma­te­ria­łu. Zand rap­tow­nie ze­rwał z sie­bie górną war­stwę odzie­nia. Nagi tors po­kry­wa­ły bli­zny i dziw­ne ta­tu­aże, głów­nie węży. Jed­nak uwagę naj­bar­dziej przy­cią­gał me­da­lion na pier­si.

Fio­ren­zo chwy­cił moc­niej włócz­nię i wy­ce­lo­wał pro­sto w serce swego wroga.

Zand spoj­rzał na po­tom­ka Fe­ri­du­na po­błaż­li­wie. Pro­sta zbro­ja, zła po­sta­wa, nie­pew­ny chwyt broni. Innej niż się spo­dzie­wał. Zahak pod­szep­ty­wał, że to czas lub wpły­wy tu­tej­sze­go bó­stwa zmie­ni­ły oręż i widać było, że prze­ciw­nik nie miał zbyt dużo czasu na naukę walki. Zand zaś miał wiele lat do­świad­cze­nia, od­wie­dził wiele miejsc i uczył się od mi­strzów. Wszyst­ko, by stać się na­rzę­dziem swego pana, by być god­nym stać u boku Smoka Zimy. Tym­cza­sem prze­ciw­nik zda­wał się zu­peł­nie nie przy­go­to­wa­ny do star­cia. Słaby, niewie­dzą­cy co to praw­dzi­wa walka. Zand prych­nął, znie­sma­czo­ny tym wi­do­kiem. By nadać star­ciu odro­bi­ny sa­tys­fak­cji i dreszczu emocji przy­jął po­zy­cję, wy­sta­wia­jąc przed sie­bie ręce. Za­mie­rzał upo­ko­rzyć prze­ciw­ni­ka go­ły­mi rę­ko­ma.

Fio­ren­zo ru­szył do sztur­mu. Krzy­cząc cią­gle:

San Gior­gio, uc­ci­so­re del dra­go! San Gior­gio, uc­ci­so­re del dra­go!

Rap­tem, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, oczy Fio­ren­zo za­lśni­ły ja­snym bla­skiem, tak samo włócz­nia. Na ple­cach zaś wy­ro­sła para skrzy­deł. Nie­sio­ny mocą świę­te­go, Fio­ren­zo wy­pro­wa­dził kilka szyb­kich pchnięć w kie­run­ku za­sko­czo­ne­go Zanda. Awa­tar Za­ha­ka wy­ko­nał kilka uni­ków, ale i tak grot włócz­ni ska­le­czył mu twarz.

Zdu­mio­ny Zand szyb­ki­mi su­sa­mi cof­nął się, two­rząc dy­stans mię­dzy nimi. Mil­czał. Nie spo­dzie­wał się, że ten słaby czło­wiek bę­dzie na­czy­niem dla innej po­tę­gi. Jed­nak wciąż nie za­mie­rzał przy­wo­ły­wać całej mocy swego pana. Cze­kał cier­pli­wie. Wy­czu­lo­ny­mi zmy­sła­mi po­czuł, że ob­ser­wu­je ich wiele par oczu. Ży­wych oraz mar­twych. Mia­sto cier­pia­ło od za­ra­zy, we­wnętrz­nych waśni i pychy, więc i zbłą­ka­nych dusz na uli­cach nie bra­ko­wa­ło.

Fio­ren­zo znowu ru­szył do ataku. Wło­żył całą siłę w pchnię­cie. Zand ob­ró­cił się, po­now­nie uni­ka­jąc ciosu. Szyb­kim susem zmniej­szył dy­stans i sam przy­stą­pił do ataku. Ude­rzał pię­ścia­mi w twarz i zbro­ję. Fio­ren­zo nie wie­dział, co się dzie­je. Nigdy nie wi­dział, by ktoś tak wal­czył. Przy­po­mi­na­ło to ta­niec śmier­ci, nie­zna­ny w tej czę­ści świa­ta. Ude­rze­nia dzwo­ni­ły raz za razem. Ryt­micz­nie. W mgnie­niu oka.

Zbro­ja wgię­ła się głę­bo­ko. Blask zgasł. Trzesz­cza­ły żebra. Flo­rent­czyk od­rzu­cił włócz­nię i wy­cią­gnął miecz, ale nie zdą­żył nawet się nim za­mach­nąć. Zand za­wi­ro­wał pół­ob­ro­tem, pod­ci­na­jąc nogi Fio­ren­za. Ten padł na zie­mię i nie zdą­żył wstać. Zand ude­rze­niem pię­ścią po­zba­wił go tchu, a po chwi­li życia.

Kruki, po­si­la­ją­ce się przed chwi­lą pa­dli­ną cho­rych, rzu­ci­ły się na świe­ży po­si­łek. Dzio­ba­ły bez li­to­ści, wy­ja­da­jąc oczy i ka­wał­ki mięsa. Na placu po­ja­wi­ło się kilku zbroj­nych, we­zwa­nych przez za­nie­po­ko­jo­ne­go pa­try­cju­sza. Zand tylko uśmiech­nął się. Przy­wo­łał parę nie­to­pe­rzo­wych skrzy­deł i wzbił się w po­wie­trze, ob­ser­wu­jąc, jak gapie po­spiesz­nie wy­ko­nu­ją znak krzy­ża. Miał jesz­cze dużo pracy, by do­ko­nać ze­msty swego pana, Za­ha­ka. Wy­czu­wał w oko­licz­nych kra­inach wielu po­tom­ków. Nie wie­dział tylko, czemu rap­tem paru za­czę­ło mu umy­kać. Jakby oszu­ki­wa­li zmy­sły. Zdła­wił nie­po­kój. Żaden przed nim nie uciek­nie.

Na plac wy­szło kilku ga­piów, któ­rych cho­ro­ba jesz­cze nie zmo­gła. Długo potem opo­wia­da­no o dia­ble, który zabił pra­we­go czło­wie­ka, a potem czmych­nął. Zo­sta­wia­jąc za sobą smród siar­ki. Flo­rent­czy­cy za­wsze lu­bi­li ko­lo­ry­zo­wać.

Tym­cza­sem w nie­wiel­kiej win­ni­cy w To­ska­nii na­le­żą­cej do rodu Fe­rid­di­ci dwóch mło­dych chłop­ców i dwie dziew­czyn­ki słu­cha­ły sta­re­go sługi o sta­ro­żyt­nych cza­sach, chwa­le ich ro­dzi­ny oraz temu, że są prze­zna­cze­ni do wiel­ko­ści. Muszą tylko wie­rzyć w sie­bie, a nie obce moce i się przy­go­to­wać. Mieli tylko śmiesz­ne imio­na, któ­rych nie po­tra­fi­ły wy­mó­wić pra­wi­dło­wo. Fe­ri­di­num… Fe­ri­dun…

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo interesujące powiązanie miejsca akcji i bohatera mitologicznego, za nawiązania do mitów z tego obszaru zawsze można dostać ode mnie plusa wink. Florencja w przeddzień renesansu też wypada całkiem całkiem, a główny bohater jest skonstruowany tak, że most – nazwijmy to – pomiędzy mitem a jego rzeczywistością tworzy spójną oś akcji. W warstwie językowej parę lekkich zgrzytów, ale nic, co zepsułoby przyjemność z lektury.

Tak, że zaskarżam do klika. smiley

Niewątpliwymi zaletami tego opowiadania są dla mnie: intrygujący, klimatyczny wstęp, ciekawie zrealizowane połączenie konkursowe, no i nietypowe zakończenie. Wraz z całkiem przyzwoitym stylem tworzy to fajną całość, nawet jeśli jest parę miejsc, którym przydałoby się wygładzenie. Miło też, że nawiązano do “boskiej” otoczki wybranego miejsca.

I mam nadzieję, że to wystarczy do uznania klika :)

Drobne uwagi techniczne do włoskiego: imię Giovanni przez dwa n, Piazza della Signoria (nie Signora), nie jestem też pewna, czy chciałeś mieć smokobójcę w odniesieniu do smoków w ogóle, czy tego konkretnego w tej frazie o św. Jerzym ;) Jeśli to drugie to raczej del drago.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję bardzo Oidin, Silva, Ninedin i Drakaina, za poświęcony czas na przeczytanie. smiley W tym wyjątkowo intensywnym i ciężkim czerwcu, to naprawdę wiele dla mnie znaczy.

 

Ninedin, podejrzewam, że to obraz Feriduna? Ja akurat korzystałem z własnej wyobraźni i starałem się go wykreować na bardziej babiloński styl, stąd ta broda.

 

Drakaina, dziękuję za uwagi. Akurat romańska część świata to nie mój konik. Zawsze bardziej patrzyłem na wschód, do Rosji, gdzie byłem nie raz i znam język. Podejrzewam o co ci może chodzić z ilustracją. To chyba dragon i moja nieznajomość włoskiego (choć we Florencji dwa lata temu byłem i stąd wybór miejsca), sprawia, że Fiorenzo mówi o żołnierzu tej formacji, a nie smoku, tak?

Lafranie, złamię jurorskie milczenie raz jeszcze, bo to nie o opowiadaniu – wszędzie daję jako komentarze obrazki jakoś tam nawiązujące do epoki napoleońskiej, która jest moim hobby i naukową pasją, więc dragon wyłącznie ze względu na nazwę tej formacji, nie ma tu dodatkowych znaczeń :)

http://altronapoleone.home.blog

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Solidne opowiadanie, czytało się przyjemnie, historia wciągnęła. Nie nużyło chyba w żadnym momencie, mimo że większość tekstu to opisy. Zwłaszcza początek bardzo dobry, zwrócił uwagę i wzbudził zainteresowanie. Końcówka trochę zbyt gwałtowna, jakbyś ciął. Budujesz napięcie, zbliża się ta wielka walka dwóch sił, a tu parę zdań, wymiana kilku ciosów i koniec. Trochę fajerwerków według mnie by nie zaszkodziło ;) Bohaterowie dobrze zarysowani, między Zahakiem i Zandą powstała ciekawa, wyraźna więź, a Fiorenza poznałem na tyle dobrze, żeby faktycznie zacząć mu kibicować. Technicznie również nie mam zastrzeżeń, poza tym:

Jego twarz wyglądała, jakby dostał postradał zmysły.

Coś tu nie gra.

Chłopcy byli zdrowi, żywotni, odważni, ale wciąż tylko ludźmi, a krew rozrzedzona tak mocno, że poza zdrowiem nie posiadali nic więcej ze swojego przodka.

Coś mi zgrzyta w tym zdaniu i to dwukrotnie. Chyba w ogóle podzieliłbym to na dwa zdania. Coś w tym stylu:

Chłopcy byli zdrowymi, żywotnymi, odważnymi, ale wciąż tylko ludźmi. A krew mieli rozrzedzona tak mocno, że poza zdrowiem nie posiadali nic więcej ze swojego przodka.

 

Myślę, że klik będzie zasłużony.

 

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

herox002, Anet, dzięki wielkie za to, że przeczytaliście moje opowiadanie. Cieszę się, że wam się podoba. smiley

 

Dzięki herox za uwagi. Faktycznie, “dostał” się wymknęło z poprzedniej wersji tego zdania. I faktycznie, może do zdanie będzie można podzielić. Mam skłonności do przesadzania z imiesłowami i karkołomnych zdań. wink

 

Co do końcówki. Dwa słowa. Po pierwsze, mimo wszystko to tekst konkursowy i kierowałem się limitem znaków, który i tak delikatnie przekroczyłem. Po drugie, trochę chciałem, by to był kontrast i zaskoczenie. Szykuje się epicki pojedynek dwóch potęg, a tu bum, bach, liczy się doświadczenie i ciężki trening, a nie zdobyte moce.

Nowa Fantastyka